Klątwa meblościanki

Bartłomiej Kozek
12 października 2012

Doświadczenie różnych, nierzadko skomplikowanych warunków mieszkaniowych oraz relacji własnościowych panujących na rynku nieruchomości nieczęsto staje się obiektem publicznej uwagi. A szkoda, bo to kopalnia ciekawych historii. Aby się o tym przekonać, wystarczy zajrzeć do wydanego przez Fundację Bęc Zmiana oraz Narodowe Centrum Kultury albumu „Wynajęcie”.

Dawno, dawno temu przyszło mi emigrować za nauką z Podkarpacia do Warszawy. Elementem wejścia na głęboką wodę dorosłego życia było znalezienie sobie, z dala od rodzinnych stron i wykutych tam znajomości, jakiegoś lokum, w którym możliwa byłaby nauka. Z początku wydawało się, że będzie to oznaczać życie w akademiku, wizja ta miała jednak swoje wady. Lęk przed hałasem studenckich imprez zwyciężył, w czym dobitnie pomogła mu okazyjna oferta zamieszkania w dwuosobowym pokoju na Pradze Południe.

Przyczółek Grochowski, będący parotysięcznym osiedlem realizowanym wedle wizji Oskara Hansena, przez rok był moją bazą wypadową na drugi brzeg Wisły. Życie w bloku z obcymi osobami wymagało negocjowania dostępu do łazienki czy znoszenia przyjmującego okresowo katastrofalne wymiary bałaganu w kuchni. Oznaczało także cierpliwe wbijanie spadających z piętrowego łóżka desek, słabo znoszących leżenie na nich. Choć trudno sobie wyobrazić życie w tego typu warunkach na zawsze, to jednak z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że miało ono swój urok, który skończył się wraz ze sprzedażą mieszkania przez jego właściciela.

Opisywanie obrazem

Podobne historie co roku przytrafiają się setkom tysięcy osób. Chodzi nie tylko o studentki i studentów. Po rynku, na którym deficyt szacowany jest na 1,5 miliona mieszkań, tułają się osoby, mające dosyć mieszkania pod jednym dachem z rodzicami, przeprowadzające się do innych miast lub też niemające zasobów pozwalających na wzięcie kredytu mieszkaniowego. Poruszają się one nie tylko w przestrzeni ekonomii, ale również wyobrażeń społecznych – przekonania, że życie „na własnym” jest najwyższą miarą sukcesu życiowego oraz wejścia w dorosłość.

Polskie realia stara się za pomocą znalezionych w Internecie zdjęć mieszkań na wynajem opisać Natalia Fiedorczuk. Książkę opatrzoną wprowadzającymi w temat tekstami Marka Krajewskiego, Rafała Drozdowskiego, Marty Skowrońskiej oraz Filipa Schmidta ogląda się z pewnym dysonansem estetycznym. Mniejsza już o kwestie takie jak oświetlenie czy kiepska rozdzielczość umieszczanych w internetowych serwisach ogłoszeniowych zdjęć. To raczej wystrój wynajmowanych mieszkań i pokoi pochłania tu najwięcej uwagi.

Meble i klasy

Peerelowskie meblościanki kontra hotelowe apartamenty – tak w dużym skrócie określić można oś estetycznego sporu, który rozgrywa się na polskim rynku wynajmu. Jak wskazują autorki i autorzy tekstów, to nie tylko kwestia gustu. Chociaż meble pamiętające „gospodarkę niedoboru” odstają od gustów prezentowanych w telewizjach śniadaniowych i modnych serialach, nadal jednak zachowują wartość użytkową, zostawia się je zatem najemcom. Pełnią funkcję trochę rupieci, trochę zaś darów, swoistego ekwiwalentu chleba i soli.

Ten krótki opis każe zastanowić się nad kolejną kwestią, a mianowicie podejściem do wynajmowanej przestrzeni. Filip Schmidt przywołuje przy tej okazji dwa modele rynku mieszkaniowego, jakie można wyróżnić w Europie. W jej rdzeniu, obejmującym Niemcy, Szwajcarię, Danię i Holandię, mieszkania na wynajem – z istotną rolą sektora publicznego i komunalnego – odgrywają co najmniej równorzędną (a w dużych miastach wręcz dominującą) rolę, jak mieszkania czy domy własnościowe. W szerokim pasie państw Europy Środkowej, Południowej czy w państwach anglosaskich z kolei – dotyczy to również Polski – dominuje przekonanie o nadrzędnej roli mieszkania własnościowego. Badania wskazują na negatywną korelację między stopniem rozwoju zabezpieczeń społecznych w danym kraju a rynkowym udziałem mieszkań własnościowych.

Jak taka sytuacja przekłada się na codzienne doświadczenia? Niedorozwój mieszkalnictwa społecznego czy komunalnego sprawia, że rynek wynajmu opiera się w dużej mierze na prywatnej inicjatywie. Oznacza to dużą niestabilność życia, właściwie ciągle „na walizkach” na wypadek chociażby sprzedaży mieszkania przez jego właścicieli czy chęci przekazania go dorastającemu dziecku czy wnukowi. Sytuacja ekonomiczna przekłada się na społeczny odbiór wynajmu (szczególnie w formie „komuny mieszkaniowej”) jako zjawiska, które „przystoi” w czasach studenckich i powinno skończyć się wraz ze ślubem i wzięciem kredytu na własne M.

Sytuacja, w której państwo i samorządy praktycznie zostawiają sprawy „niewidzialnej ręce rynku”, rodzi różnego rodzaju wykluczenia. Np. opisywane przez Marka Krajewskiego przeludnienie mieszkań (22,2% ludności Polski mieszka w minimum 2 osoby na pokój, w tym 6,3% – 3 i więcej osób na pokój, jak informuje ekspertyza polskiego oddziału Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu). Przy czym właściciele wynajmowanych mieszkań wcale nie muszą być krwiożerczymi kapitalistami. Mogą to być osoby, które same wynajmują mniejsze mieszkanie, albo żyją kątem obok obcych dla siebie ludzi, aby zaoszczędzić nieco na kosztach życia.

Przestrzeń nieudomowiona

Wykluczenie mieszkaniowe ma oprócz tego wymiar, który można nazwać kulturowym. Idea „życia na swoim”, będąca dalekim echem lęku przed brakiem autonomii i PRL-owskimi dokwaterowaniami, staje się swego rodzaju zinternalizowanym przymusem. Osoby nierealizujące tego modelu, np. chcące kontynuować wspólne życie ze znajomymi pod jednym dachem po zakończeniu studiów, mogą liczyć na nieprzychylne komentarze zarówno ze strony rodziny, jak i na wirtualnych forach mieszkaniowych. Cudze meblościanki i boazeria nie odpowiadają wizji szczęśliwej rodziny z klasy średniej „made by IKEA”. Tam, gdzie w krajach niemieckojęzycznych na ratunek rusza mieszkanie komunalne, w Polsce zbyt często nie ma się żadnej w miarę stabilnej alternatywy.

To właśnie brak stabilności i autonomii jest jednym z problemów analizowanych w „Wynajęciu”. Płacącym czynsz doskwiera często brak możliwości przesunięcia mebli czy zagospodarowania przestrzeni zgodnie z własnymi gustami. Całe dnie spędzają w obszarze, który nie poddaje się w prosty sposób udomowieniu. Właściciele krzywo patrzą na pomysły w rodzaju burzenia ścianek działowych albo zmiany wystroju kuchni. Ponieważ w wielu mieszkaniach dominuje drobnomieszczański „horror vacui” – lęk przed pozostawieniem jakiejkolwiek wolnej przestrzeni – najemcy zmuszeni są do życia wśród drobiazgów obcych im ludzi, na obszarze, który siłą rzeczy pcha ich w stronę marzenia o zdolności kredytowej i własnych czterech kątach.

Na pierwszy rzut oka album Natalii Fiedorczuk to przede wszystkim zdjęcia. Wraz z opublikowanymi w nim tekstami tworzy jednak książkowy przyczynek do dyskusji o kwestii mieszkaniowej w Polsce oraz o warunkach politycznych, ekonomicznych i społecznych, które ją kształtują. Spełnia się w tej roli znakomicie.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Komentarze do “Klątwa meblościanki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *