Walcząc z wykluczeniami

Bartłomiej Kozek
18 września 2015

Dlaczego dostęp do Internetu staje się kolejnym polem walki? Jak powinien wyglądać system edukacyjny, by w realny sposób walczył z dyskryminacją? Czy można skutecznie walczyć o prawo do mieszkania?

To tylko kilka spośród wielu pytań, na które wspólnie poszukiwaliśmy odpowiedzi w ramach Kongresu Młodych Europejczyków, który odbył się na początku września w Budapeszcie. Jego hasłem przewodnim było odzyskiwanie przestrzeni dla osób młodych. Przestrzeni rozumianej szeroko – od tej cyfrowej po jak najbardziej rzeczywistą.

Równe prawa do danych

W XXI w. „nowe grodzenia”, analogiczne do odbierania wspólnych pastwisk angielskim chłopom przed kilkoma wiekami, mają miejsce w najróżniejszych przestrzeniach.

Jedną z nich jest świat wirtualny. Utopia równości w sieci, wedle której niezależny głos blogerki czy blogera ma potencjalnie tę samą moc co korporacyjny portal internetowy, już od dawna jest dość mocno kwestionowana. Nowa przestrzeń aktywności społecznej okazała się rewirem inwigilacji oraz sporów o wolność słowa i ekspresji, które ograniczać mają anachroniczne reguły dotyczące praw autorskich.

W tle wspomnianych przed chwilą sporów (których apogeum stanowiły masowe protesty przeciwko ACTA) od czasu do czasu powraca inna, bardzo istotna walka – o neutralność sieci. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że niezależnie od tego, jaką stronę internetową sprawdzamy w przeglądarce, to wczytują się nam one mniej więcej równie szybko.

Czy może być inaczej? Jak najbardziej. Sandra Mamitzsch z organizacji Digitale Gesellschaft zaprezentowała wizję alternatywnego Internetu, dostosowanego do pragnień koncernów telekomunikacyjnych. W tej wizji w wariancie podstawowym otrzymujemy szybki dostęp jedynie do niewielkiej części zasobów globalnej sieci. By skorzystać z bardziej zaawansowanych narzędzi (np. Skype’a), wykupić musimy droższy pakiet.

Nierealne? Sęk w tym, że gwarancje neutralności sieci (a więc równej prędkości przesyłu różnych paczek danych) znajdują się w prawodawstwie niewielu krajów – np. Holandii. Choć trwają pracę nad wprowadzeniem tej zasady do prawodawstwa Unii Europejskiej, równie intensywne są działania lobbingowe na rzecz jej ograniczenia, podejmowane przez część dostawców internetowych (ISP).

Najczęściej – jak w omawianym w czasie warsztatów przykładzie Indii – próby ograniczenia równego dostępu do danych mają zakulisowy charakter. Nagle, w dokumencie konsultacyjnym, przedkładanym opinii publicznej gdzieś na uboczu strony internetowej regulatora rynku telekomunikacyjnego (najlepiej pod skomplikowaną nazwą) pojawia się zapis, umożliwiający dostawcom Internetu jego dzielenie na paczki danych.

Gdy aktywiści na rzecz praw cyfrowych się o tym dowiadują wszczynają raban, apelując za pośrednictwem mediów społecznościowych o udział w konsultacjach i sprzeciwienie się kontrowersyjnym zapisom. W przypadku z Indii udało się zablokować zakusy firm, tłumaczących się m.in. potrzebą sfinansowania swoich inwestycji infrastrukturalnych.

Ich działania, podyktowane chęcią zysku (spora część z nich np. świadczy usługi telefoniczne, dla których Skype stanowi bezpośrednie zagrożenie), w praktyce mogą zarówno ograniczać wolność słowa, jak i utrudniać prowadzenie innowacyjnego biznesu w sieci.

Czy możemy jednak przejść do ofensywy, jeśli chodzi o nasze prawa cyfrowe? Wśród osób uczestniczących w warsztacie nie brakowało głosów krytycznych wobec nie tylko jakościowego, ale i ilościowego ograniczania szybkiego przesyłu danych (znanego chociażby z rozwiązań mobilnych). Zakwestionowanie tego typu ograniczeń wymagać jednak może alternatywnych rozwiązań, dotyczących finansowania rozbudowy i utrzymania sieci infrastrukturalnej.

Jak jednak pokazują alternatywni dostawcy WiFi, którzy rozwijają się w ogarniętej kryzysem Grecji, nie jest to zadanie niemożliwe. Powinniśmy chronić i poszerzać zasięg nie tylko tych praw cyfrowych, które już mamy (np. prawa do panoramy, wokół którego w ostatnich tygodniach toczyły się zażarte dyskusje na szczeblu unijnym), ale też myśleć o nowych rozwiązaniach. Podstawowy pakiet kulturalny, dający dostęp do różnego rodzaju dzieł sztuki za stałą miesięczną opłatą, mógłby być jednym z nich.

Inny Budapeszt jest możliwy

Co jednak z wolnością od biedy, która dla wielu z nas wydaje się na pierwszy rzut oka ważniejsza niż którekolwiek z praw cyfrowych? Podczas kongresu znalazł się czas na dyskusję i o tych kwestiach.

Rebeka Szabó z partii Dialog dla Węgier (PM) opowiadała o realiach polityki samorządowej w XIV dzielnicy Budapesztu – Zugló, w której lewicy udało się utrzymać przy władzy. Dzięki temu, jak również względnie dużej swobodzie, jaką węgierskie samorządy mają w kształtowaniu polityki socjalnej na swoim obszarze, mogą one próbować przeciwdziałać najgorszym skutkom reform Viktora Orbána.

W Zugló postanowiono wypróbować ideę minimalnego dochodu gwarantowanego (MDG). Lokalny samorząd (Szabó jest tam wiceburmistrzynią) dopłaca różnicę między dochodem na osobę w gospodarstwie domowym a minimalnym, ustalonym przez gminę dochodem. Poprzeczka ustawiona została na poziomie 26 tysięcy forintów (ok. 350 zł) – nie jest to oszałamiająca kwota, ale takie też są możliwości lokalnego samorządu.

Szabó za jeden z ważniejszych problemów polityki miejskiej w stolicy Węgier uznaje kwestie mieszkaniowe. Do wysokich kosztów utrzymania dochodzi upodobanie, jakie rządzący krajem Fidesz ma do idei karania bezdomności. Choć ogólnokrajowe prawo w tej materii zostało wyrzucone do kosza przez Trybunał Konstytucyjny, poszczególne samorządy nadal mogą wprowadzać przepisy zakazujące spania pod gołym niebem.

Więcej na temat problemów mieszkaniowych na Węgrzech dowiedzieć się mogliśmy z warsztatu, prowadzonego przez reprezentantów ruchu Miasto dla Wszystkich.

By zdać sobie sprawę ze skali problemu, wystarczy przywołać liczby. 3 miliony Węgrów doświadcza dziś ubóstwa mieszkaniowego – przepełnionej przestrzeni i wysokiego udziału kosztów jej utrzymania w ogólnym budżecie domowym. Bezdomność trapi 30 tysięcy osób w całym kraju. Problem po części wiąże się ze skutkami transformacji ustrojowej, kiedy to padło niemało fabryk, a lokalne rolnictwo znacznie osłabło.

Sporo problemów, o których mówili działacze mieszkaniowi z Węgier (Zsolt Csizi oraz Kata Ámon) wydaje się bardzo podobnych do tych, jakie znamy z Polski. W całym kraju przeszło 300 tysięcy osób oczekuje na mieszkania komunalne, stanowiące jedynie 3% ogółu mieszkań. W tym samym czasie pół miliona lokali stoi pustych.

Powiązania między lokalnymi samorządami a chcącymi np. wyburzyć jakiś pustostan i postawić na jego miejscu galerię handlową zagranicznymi inwestorami stanowią tajemnicę poliszynela. Obraz trudnej sytuacji dopełnia brak centralnych subsydiów mieszkaniowych – zresztą nawet gdy istniały, były one bardzo niewielkie, sięgając okolic… 10 euro. Dziś możliwość ich przyznawania mają samorządy, tyle że ich ograniczone budżety nie są w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb.

Miasto dla Wszystkich to organizacja, która stawia sobie za cel ciągłe przypominanie o znaczeniu prawa do mieszkania. Można ją luźno porównać do nadwiślańskiej Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej (KSS) Piotra Ikonowicza. Grupuje przede wszystkim ludzi, którzy sami doświadczają ubóstwa mieszkaniowego, a nawet bezdomności.

W jej obrębie działają wyspecjalizowane komórki, zajmujące się poszczególnymi aspektami krajowej polityki mieszkaniowej. Dział ds. bezdomności walczy z pomysłami na jej kryminalizację i niszczenie siedlisk. Jeszcze inny organizuje Marsz Pustostanów oraz Forum Lokatorów Komunalnych. Zdarza im się okupować puste budynki, by zwrócić uwagę na naganne ich zdaniem praktyki samorządów oraz inwestorów. Dział prawników ulicznych zmienił się w osobną inicjatywę.

Miasto dla Wszystkich chce jednak nie tylko protestować – proponuje również konkretne rozwiązania. Remont pustych budynków w zamian za odliczenie kosztów od czynszu, zakaz eksmisji bez lokalu zastępczego, okrągły stół z udziałem instytucji publicznych oraz organizacji pozarządowych, opodatkowanie pustostanów – to tylko część z ich postulatów, które sprzyjać mają unormowaniu rynku mieszkaniowego.

Edukacja dla różnorodności

Na koniec tej części relacji warto wspomnieć o warsztacie poświęconym edukacji antydyskryminacyjnej w Europie. W związku z tym, że prowadzili go aktywiści romscy, David Tišer oraz Michal Miko, to właśnie temat traktowania romskich dzieci przez systemy edukacyjne poszczególnych państw europejskich znalazł się w centrum uwagi.

Niestety, nadal nie brak w nich dyskryminacji i uprzedzeń. W Czechach istotnym problemem było wysyłanie młodych Romek i Romów do szkół specjalnych – dzieci uznawano za „opóźnione w rozwoju”, gdy np. nie znały czeskiego. W przedszkolach – o czym na własnym przykładzie opowiadał Tišer – zabrania się często dzieciom mówić po romsku.

W Grecji w wyniku skumulowania obecności społeczności romskich na niewielkich obszarach rejonizacja szkół sprawia, że znaleźć można placówki złożone w 95% z romskich dzieci i młodzieży. Nie trzeba dodawać, że taka gettoizacja nie służy ich szansom na lepszą integrację z lokalnymi społecznościami.

Jeśli marzy się nam rozwiązanie tego typu problemów, potrzebny jest lepszy system edukacyjny. Jak miałby on wyglądać? Przede wszystkim powinien tworzyć pewną wspólną przestrzeń dyskusji na temat naszej różnorodności, która nie będzie lekceważyć różnic, ale umożliwiać ich twórcze wykorzystanie.

Dla przykładu – Romowie przez wieki bywali kowalami czy muzykami, a więc mieli wykształcenie. Docenienie ich umiejętności może być pierwszym krokiem do tego, by w naszych szkołach więcej było szacunku bez względu na płeć, rasę, narodowość czy szereg innych czynników, które dziś służą do dzielenia młodych ludzi na tych bardziej i mniej dostosowanych do spełniania biurokratycznych wymagań edukacyjnych.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *