Graffiti, symbol Legii Warszawa

Dziel i rządź Warszawą

Bartłomiej Kozek
9 września 2011

PO rządzi stolicą już 5 lat – rok dłużej, niż całą Polską. Przez pierwszą kadencję w koalicji z SLD, a od jesieni 2010 r. samodzielnie. Co to oznacza dla miasta? Bartłomiej Kozek podsumowuje zmiany, jakie zaszły w Warszawie pod rządami Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Będzie to opowieść dość osobista, jako że przez większość czasu rządów Platformy Obywatelskiej miałem przyjemność wraz z Ireną Kołodziej przewodniczyć warszawskiemu kołu Zielonych. Z perspektywy czasu dwie kwestie wydają mi się szczególnie znaczące Po pierwsze wzrost widoczności napięć społecznych w mieście – od lokalnych protestów przeciw konkretnym inwestycjom na terenach zielonych po rozwijający się ruch lokatorski. Po drugie coraz bardziej perfekcyjnie przeprowadzane działania na rzecz odpolitycznienia społecznego postrzegania władzy w mieście, symbolizowane przez zastąpienie politycznej wizji menedżerskim zarządzaniem bieżącym funkcjonowaniem oraz kolejnymi inwestycjami.

Narodziny i śmierć społeczności

O przestrzeni miejskiej zaczęto szerzej dyskutować w związku z palmą Joanny Rajkowskiej oraz jej kolejnym, jeszcze bardziej wchodzącym w interakcje z otoczeniem przestrzennym i społecznym projektem – Dotleniaczem na Placu Grzybowskim. Zbiegło się to w czasie z wysypem kontrowersji związanych z inwestycjami deweloperskimi na obszarach, które nie zostały objęte planami zagospodarowania przestrzennego. Do najbardziej spektakularnych przykładów należała próba zabudowy na terenie Pola Mokotowskiego oraz kontrowersje wokół budowy domów mieszkalnych w okolicy Jeziorka Czerniakowskiego. Odpowiedź Ratusza na protesty związane z tymi projektami pokazuje, na czym w praktyce polega „menedżerskie” zarządzanie miastem. Sprawa znajduje swój szczęśliwy finał wtedy, gdy uda się wokół niej zgromadzić społeczną masę krytyczną, wspieraną przez media (w przypadku Pola Mokotowskiego ważną rolę odegrało zaangażowanie „Gazety Stołecznej”). Kiedy zaś nie ma takiego wsparcia (casus Jeziorka Czerniakowskiego), miasto ze stoickim spokojem pozwala na kolejne etapy nawet wątpliwej prawnie inwestycji. Jako warszawskie koło Zielonych proponowaliśmy systemową odpowiedź na takie problemy w formie raportu o konfliktach w przestrzeni publicznej, który skatalogowałby tego typu przypadki i stał się podstawą do nadania priorytetów przygotowania planów zagospodarowania przestrzennego na obszarach sporów. Ratusz nie był tym jednak zainteresowany.

Nie można jednak powiedzieć, że pod względem partycypacji społecznej nie dzieje się nic dobrego. Wydarzenia w jednej z dzielnic (mam na myśli Pragę Południe) dobrze pokazują ewolucję stosunku lokalnych władz (w tym wypadku dzielnicowych, ale też z ramienia PO) do lokalnej społeczności. W 2007 r. rewitalizacja Parku Znicza, obejmująca m.in. ścięcie drzew, budziła w lokalnej społeczności spore emocje. Dziś władze dzielnicy chwalą się inną rewitalizacją – przezywanego „Balatonem” jeziorka na Gocławiu. Nie budzi ona podobnych kontrowersji, zaś zakres towarzyszących jej konsultacji uznano za wzorcowy. Zwiększyła się także liczba komisji dialogu społecznego. Ich oceny są skrajnie różne. O ile np. komisja ds. kultury zdaje się działać satysfakcjonująco dla co najmniej części zainteresowanych, o tyle z komisji zajmującej się ochroną środowiska stale dochodzą niepokojące sygnały, chociażby na temat zbyt krótkich konsultacji miejskich dokumentów.

Najważniejszym problemem związanym z depolityzacją jest trudność w mobilizacji ludzi do wspólnych działań. Ponieważ ruchy protestu skupione wokół konkretnych inwestycji na ogół nie osiągają masy krytycznej, dzięki której mogłyby rozpocząć kontaktowanie się ze sobą i kreowanie alternatywnej wizji polityki miejskiej (analogicznie chociażby do stowarzyszenia My Poznaniacy), z perspektywy zapracowanych, widzących kolejne kilometry remontowanych ulic i budowę II linii metra warszawianek i warszawiaków wszystko wydaje się być w najlepszym porządku. Pełne opanowanie dyskursu modernizacyjnego przez władze miasta umożliwia swobodne pogrywanie stereotypem, że obrońcy drzew na okolicznym skwerku „robią z miasta wieś”, chcący przesunąć trasę projektowanej drogi ze względu na występowanie cennych okazów przyrodniczych „wolą żabki od ludzi”, a eksmitowani lokatorzy zreprywatyzowanych kamienic to banda „roszczeniowców”.

Opozycja totalna i opozycja pasywna

W latach 2006-2010 Platforma rządziła miastem z Lewicą i Demokratami. Właściwie tylko z SLD, jako że wybrana z list LID radna PD, Agnieszka Kuncewicz, po rozpadzie LiD-u szybko wpadła w orbitę Platformy, zaś radny SDPL – Bartosz Dominiak – przeszedł do ostrej opozycji wobec działań Ratusza. Wynik lewicy w roku 2010 – zejście z 11 do 10 radnych – interpretuje się jako porażkę SLD. Nie jestem przekonany słuszności tej interpretacji. Po pierwsze liczbę okręgów wyborczych w mieście zmniejszono z 10 do 9, z korzyścią dla PO. Po drugie to spadek ilości radnych Prawa i Sprawiedliwości w znacznie większym stopniu przyczynił się do przejęcia przez PO w Warszawie pełni władzy. Utrzymanie wyniku osiągniętego kampanią bardzo popularnego jeszcze w 2006 r. Marka Borowskiego było praktycznie niemożliwe, tym bardziej, że SLD podczas kampanii wyborczej w 2010 r. nie potrafił dostatecznie odróżnić się od większego koalicjanta. Co ciekawe, miał na swym koncie przynajmniej dwie inicjatywy, którymi mógłby w czasie kampanii mocniej zagrać. Chodzi o wywalczenie taniego (40 zł rocznie) biletu seniora, który zamortyzował nieco poprzednią podwyżkę cen biletów w mieście oraz o konsekwentne blokowanie przez 4 lata współrządzenia pomysłów na sprzedaż miejskiej spółki ciepłowniczej SPEC.

Problem w tym, że od 5 lat role trzech wiodących partii w Radzie Miasta wydają się przydzielone i nie ulegają większym zmianom. Można być pewnym, że cokolwiek Platforma będzie chciała zrobić, PiS będzie temu przeciwne. Działania PiS w radzie miasta nie reprezentują jakiejś alternatywnej wizji rozwoju stolicy, lecz polegają na prostej negacji działań Hanny Gronkiewicz-Waltz. Należy oddać jednak sprawiedliwość: to radne i radni tej właśnie partii uważani są za osoby, do których zwykli mieszkańcy mogą zwrócić się w lokalnej sprawie i liczyć na interwencję. To dzielnicowe radne PiS na Mokotowie wspierały lokalną społeczność wokół Jeziorka Czerniakowskiego. Zaś miejski radny Dariusz Figura bronił przed cięciami żoliborski Fort Sokolnickiego – miejsce, które od dawna typuje się jako nowe centrum kulturalne gentryfikującej się dzielnicy. Na tym tle SLD wypada blado. Sojusz nadal nie potrafi mentalnie odkleić się od dawnej koalicji z PO, a pomysły na samodzielne zaistnienie na razie nie wypadają imponująco. Lęk przed byciem uznanym za sojusznika PiS sprawił, że warszawski Sojusz uznał, że sam zbierze podpisy w sprawie referendum dotyczącego prywatyzacji SPEC. W efekcie podpisów nie udało się zebrać ani SLD, ani PiS – tej ostatniej partii specjalnie powołana komisja weryfikacyjna odrzuciła sporą część z ok. 150 tys. zebranych podpisów.

My nie z tych…

Mając taką, a nie inną sytuację polityczną w Radzie Miasta, PO może dziś robić właściwie co chce. Mimo składanych w kampanii wyborczej deklaracji, że w drugiej kadencji Hanna Gronkiewicz-Waltz skupi się na poprawie jakości życia, nadal przeważa myślenie w kategoriach wielkich, infrastrukturalnych inwestycji. Nawet proste pomysły, takie jak chociażby jednolite oznakowanie kolei metropolitarnej i metra, ułatwiające poruszanie się koleją po Warszawie, nie zostały zrealizowane, mimo prowadzonej przez Zielonych i media kampanii. Stawianie stojaków rowerowych nadal jest drogą przez mękę, podczas której kolejne urzędy korespondują ze sobą, próbując ustalić, gdzie właściwie postawić je mogą. Pieniądze z podwyżek czynszów w mieszkaniach komunalnych, które miały iść na poprawę ich stanu, najczęściej łatają budżety dzielnic. Pełnomocniczka Ratusza, mająca zajmować się dyskryminacją, nie pojawiła się na EuroPride. O żadnych spektakularnych działaniach Warszawy w dziedzinie ochrony klimatu ani widu, ani słychu. A to tylko kilka przykładów.

Co jednak irytuje najbardziej, to systematyczne pozbywanie się odpowiedzialności za miasto. Pani prezydent – wiceprzewodnicząca partii rządzącej krajem – mogłaby znacznie aktywniej przekonywać rząd do działań korzystnych dla miasta, którym rządzi. Stanowczo zbyt dużo czasu zajęło opracowanie przepisów prawnych, dzięki którym płachty reklamowe na budynkach powoli przestają zasłaniać ludziom okna. Podobnie jak zbyt długo czekaliśmy na guzki i inne wybrzuszenia/wklęsłości, informujące osoby niedowidzące o krawędziach peronów, które w końcu zamontowano w metrze. Najbardziej widać to jednak w wypadku polityki finansowej. Cięcia podatkowe, w połączeniu z kryzysem, uczyniły wyrwę w miejskim budżecie. Dziurę zasypuje się z jednej strony podwyżką cen usług komunalnych, z drugiej zaś – wyprzedażą miejskiego majątku. Nie bierze się nawet pod uwagę możliwości oszczędności spowodowanych poprawą efektywności świadczonych usług, np. skoordynowaniem rozkładów jazdy czy optymalizacją wykorzystania taboru w wypadku komunikacji zbiorowej, co proponował SISKOM. Nie uwzględnia się faktu, że sprzedaż dochodowych przedsiębiorstw to krótkowzroczne działanie, pozbawiające miasta udziałów w przyszłych zyskach. Choć wskazują na to nawet miejskie dokumenty, takie jak założenia do tegorocznego budżetu Warszawy, pani prezydent nie powie głośno, że problemy z domknięciem budżetu nie są spowodowane przez „janosikowe”, lecz przez politykę podatkową jej własnej partii, przez którą istotnie zmniejszyły się wpływy do miejskiej kasy z PIT-u. Zaś na gospodarstwa domowe o małych i średnich dochodach spada koniec końców większy ciężar fiskalny (wyższy VAT) oraz koszt usług publicznych (żłobki i przedszkola, woda i ścieki, transport).

Co robić?

Platforma Obywatelska w Warszawie osiągnęła mistrzostwo w spychologii stosowanej. To, co do rozwiązania trudne i wymaga systemowego podejścia (nawet ścieżki rowerowe, które do dziś nie tworzą spójnej sieci miejskiej), bywa przemilczane, a ewentualne trudności z realizacją zamierzeń w rodzaju miejskich wypożyczalni rowerowych zrzucane są na karb np. urzędniczej opieszałości. Kiedy można użyć argumentu, że przyczyna jakiegoś problemu leży po stronie władz centralnych, bywa on używany – o ile rzecz jasna uderza w jakiś wadliwy przepis, nie zaś filozofię rządzenia krajem przez rząd Donalda Tuska. Kto nie docenia wysiłków Ratusza, ten „wypada z gry”, nazwany populistą i oszołomem. Gdy liczne, rozczłonkowane ruchy protestu organizują osobne, kilkudziesięcioosobowe pikiety bądź zakłócają obrady Rady Miasta, łatwo powiedzieć potem, że są to nieliczne grupy krzykaczy, wylewających swoje żale zamiast wejść w „konstruktywny dialog”. Ów dialog to – mimo starań – nadal zbyt często urzędniczy monolog, usiłujący udowodnić, że nie można rządzić (a właściwie zarządzać) miastem inaczej niż obecna ekipa. Dopóki nie uda się tego przekonania zakwestionować, dopóty PO utrzyma swą hegemonię w stolicy. Widać już pojedyncze przebłyski, takie jak wzrost znaczenia lokalnych komitetów dzielnicowych czy wybór Zielonego radnego Krystiana Legierskiego, ale na większe, dające nadzieję na ciekawsze wybory samorządowe w 2014 r. przejaśnienia na lokalnej scenie politycznej przyjdzie jeszcze poczekać.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *