Międzynarodówka nacjonalistów

Justyna Szambelan
25 listopada 2013

Narodowcy wszystkich krajów rozważają, czy łączyć się. Media przedstawiają współpracę ruchów nacjonalistycznych jako kuriozum. Ironiczny chichot grzęźnie jednak w gardle, kiedy zastanawiamy się nad konsekwencjami.

Kilka dni po ekscesach polskich nacjonalistów 11 listopada w Warszawie nacjonaliści rosyjscy skierowali do najważniejszych organizacji polskiej skrajnej prawicy list. Wyrażał on w łagodnych słowach ubolewanie nad faktem, że podczas marszu zaatakowana została ambasada rosyjska, ogólną pochwałę ducha narodowego „białej Europy” oraz apel o poniechanie historycznych uraz i wspólną walkę z wrogimi siłami syjonistycznego i islamskiego globalizmu. Redakcja magazynu „Polityka Narodowa” odpowiedziała na list w przychylnym tonie, chociaż odpowiedź ta nie reprezentuje stanowiska szerszej prawicowej publiczności. Opinie narodowców wobec odezwy są bowiem skrajnie różne, poczynając od „ten list powinien być pocięty i odesłany bez odpowiedzi” aż po „sojusz w tym wypadku jest nie tyle wskazany, co konieczny”.

Współpraca między nacjonalistami z różnych krajów, choć nieoczywista, jest rzeczą znaną. Któż nie słyszał o braterstwie między Młodzieżą Wszechpolską a węgierskim Jobbikiem. Nietrudno też rozpoznać ton sympatii, z jakim media Ruchu Narodowego śledzą problemy Złotego Świtu w Grecji. Na sojusz polskich narodowców z Węgrami można patrzeć przez pryzmat „realpolitik”, co potwierdzają dyskutowane na prawicowych stronach dylematy, czy wyklucza to współpracę ze Słowakami albo czy porozumienie z Chorwatami oznacza odwrócenie się od Serbów… Dopóki są to sojusze wykluczające się i gra o sumie zerowej, dyskurs nacjonalistów tkwi w realiach XIX-wiecznych. Ale ewentualna sztama z nacjonalistami rosyjskimi byłaby przełomowa – wydobywałaby bowiem narodowców z bagien historycznej fantastyki i wynosiła na nowy, przyszłościowy kurs.

O ile sam fakt formowania się nacjonalistycznej międzynarodówki (i to na zawołanie z Rosji) może wywoływać uśmiech, o tyle konsekwencje takiego rozwoju sytuacji powinny już budzić niepokój. Dopóki bowiem nacjonalizm odwołuje się do historycznego porządku, który jest nie do odtworzenia w zglobalizowanej rzeczywistości, dopóty można go wyśmiewać jako wsteczny i mieć uzasadnioną nadzieję, że skostniały sam się wykruszy z żywej tkanki społeczeństwa. Na przykład nawoływanie do odbudowania granic, z których zniesienia tak wielu Polaków korzysta, nawoływanie do wypędzenia z Polski międzynarodowych przedsiębiorstw, z których usług również korzystają wszyscy, albo nawoływanie do przywrócenia powszechnego poboru do wojska, to nie są nośne postulaty zdolne pozyskać nowych zwolenników. W zasadzie nie wiadomo, co zrobić z takimi hasłami. W dzisiejszych czasach hasło „niezawisłości” jest trudno przekuć na konkretne polityczne rozwiązania i dlatego naturalnie hamuje ono rozwój ruchu narodowego. Jego przetrwanie zależy od kilku nowoczesnych postulatów, których nie było w pismach Dmowskiego, m.in. dyskryminacji gejów i zakazu aborcji. Siłą organizacji jest jej zdolność do zmiany i do odpowiedzi na aktualne wyzwania (nawet jeśli jest to odpowiedź fałszywa).

Takim aktualnym wyzwaniem jest na przykład polityka europejska, w której poważne partie prawicowe muszą się jakoś odnaleźć. W środę 13 listopada Marine Le Pen i Geert Wilders, reprezentujący skrajnie prawicowe ugrupowania z Francji (Front Narodowy) i Holandii (Partia Wolności) wystąpili wspólnie na konferencji prasowej, ogłaszając zawarcie sojuszu przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Obie partie mają zamiar „potwora z Brukseli” wspólnie rozpruć od środka, mówiąc słowami Wildersa. Dodatkowo w piątek 15 listopada w Wiedniu odbyło się spotkanie przedstawicieli prawicowych partii z Austrii (Freiheitliche Partei Österreichs), Włoch (Lega Nord), Belgii (Vlaams Belang), Szwecji oraz Francji (wspomniany Front Narodowy) – tu również rozmawiano na temat możliwej wspólnej strategii w przyszłorocznych wyborach europejskich. Nie doszło jeszcze jednak do żadnych wspólnych publicznych deklaracji. Ewentualni koalicjanci stąpają bowiem po autentycznym polu minowym, tyle jest między nimi znaczących różnic, które mogą potencjalnie rozsadzić porozumienie.

Na przykład Front Narodowy łączy ksenofobię i antysemityzm – Le Pen senior odpowiadał przed sądem za zaprzeczanie holokaustowi – podczas gdy holenderska Partia Wolności jest silnie proizraelska. Być może najciekawszym z niuansów europejskiej prawicy jest fakt, że holenderscy nacjonaliści są skłonni walczyć za prawo par homoseksualnych do małżeństwa, ciskając na muzułmańskie wspólnoty oskarżenia o homofobię. Marine Le Pen natomiast prowadziła jeszcze wiosną tego roku kampanię przeciwko legalizacji małżeństw homoseksualnych we Francji. Krajowa specyfika nie jest jednak wyłącznie cechą partii prawicowych i nie należy pokładać wiary, że nie uda im się jej przezwyciężyć, tak jak partiom innych opcji politycznych. Jedyna nadzieja w tym, że nacjonalistyczni rycerze dadzą się pochłonąć europejskiej biurokracji w tym sensie, że nikt na wygodnym stanowisku u władzy nie likwiduje stołka, na którym siedzi.

Media o zabarwieniu pluralistycznym czy demokratycznym przedstawiają współpracę ruchów nacjonalistycznych jako kuriozum. Łatwo wyczytać milczące założenie, że ta ideologia opiera się na sprzeczności interesów między państwami narodowymi, tym samym uniemożliwia porozumienie ponad granicami i ogranicza działania skrajnie prawicowych partii do skali lokalnej.

To może być jednak myślenie życzeniowe. Nietrudno przecież wskazać wspólny mianownik prawicowych ruchów w Europie, jak i na całym świecie: wrogość do obcych, czyli imigrantów. W Rosji w Dzień Jedności, zaledwie trzy tygodnie temu, tysiące ludzi demonstrowało pod hasłem zaostrzenia reżimu imigracyjnego. Front Narodowy i Partia Wolności łączą się w retoryce antymuzułmańskiej. W Polsce skala imigracji jest jeszcze wciąż niewielka i choć nacjonaliści atakują obcokrajowców, ich uwaga skupiona jest gdzie indziej. Problem w tym, że Polska aby się rozwijać, a nawet tylko utrzymać na powierzchni globalnej gospodarki, potrzebuje otwarcia na imigrantów. Migracja jest współczesnym wyzwaniem, na które ruch narodowy daje jasną odpowiedź. Całkowicie fałszywą, ale niezwykle nośną.

Jedną rzeczą jest więc obawa przed silnym ruchem narodowym, który chce cofnąć Polskę do XIX w. Inną rzeczą jest strach przed ruchem narodowym, który odkrywa siłę przesłania „white power”. Jeżeli narodowcy zdobyliby się na to, aby przekroczyć swoje historyczne ograniczenia i budować nowoczesną ideologię dyskryminacji, zagrożenie z ich strony byłoby znacznie większe. Ruchy nacjonalistyczne działające na skalę krajową są co prawda destrukcyjne, powodują indywidualne cierpienia i chaos polityczny, ale jednocześnie podcinają pod sobą gałąź. Natomiast ruch oparty na spójnej i uniwersalnej ideologii dyskryminacji może być zarodkiem zorganizowanej przemocy na skalę współczesnego świata.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.