Alfred Palmer Dym z fabryki 1942 fot Wikipedia

Modernizacja bez ekologii

Bartłomiej Kozek
21 lipca 2011

Polityka ekologiczna nie jest mocną stroną rządu PO-PSL. Ale czy główna partia opozycyjna ma dla wyborców lepszą propozycję?

Ekologia nie jest mocną stroną koalicji PO-PSL. Weto w sprawie przyjęcia przez UE ambitniejszego pakietu klimatycznego, plany budowy elektrowni jądrowej, a ostatnio nowa ustawa o nasiennictwie, otwierająca furtkę dla upraw GMO, to tylko niektóre z grzechów tego rządu. Czy PiS, największa partia opozycyjna, proponuje alternatywę dla zainteresowanych ekologią wyborców?

Warto przyjrzeć się z tego punktu widzenia nowemu projektowi programu Prawa i Sprawiedliwości. Temu ponad 250-stronicowemu dokumentowi nie sposób odmówić ambicji całościowego ujęcia rzeczywistości. Widać w nim „wolę mocy” i chęć zmiany, nie ma w nim naiwnej wiary, że wszystkie dziedziny życia należy oddać „bezstronnym ekspertom” pod kuratelą mitycznego wolnego rynku. To program modernizacyjny, nastawiony na wzrost gospodarczy, co stanowi zarazem jego największą zaletę i wadę. Wspomniana już całościowość programu może mobilizować zwolenniczki i zwolenników PiS, ale z drugiej strony proponowane rozwiązania nie służą uniknięciu błędów, jakie lokujące się na wyższych stopniach globalnej gospodarki państwa popełniły w swej drodze do dobrobytu. Co więcej, w wielu miejscach ten dość szczegółowy program staje się zdumiewająco mętny, szczególnie w kwestiach ekonomicznych.

W dziedzinie gospodarki głównym postulatem PiS jest racjonalizacja już istniejącego systemu poprzez uproszczenie ordynacji podatkowej, przyjęcie obowiązujących wykładni istniejących przepisów oraz walkę z unikaniem płacenia podatków. Niby nic kontrowersyjnego, wszak kwestie takie jak ucieczka osób zamożnych do „rajów podatkowych” spędzają sen z powiek rządzącym w niejednym państwie. Tyle że autorzy programu PiS upatrują w tym w gruncie rzeczy jedynego źródła zwiększenia dochodów skarbu państwa. A przecież to właśnie PiS przyczyniło się znacząco do uszczuplenia tych dochodów, przez obniżkę składki rentowej, likwidację podatku spadkowego i promowanie obniżenia stawek podatkowych PIT. Co więcej, w programie za nadmiernie opodatkowaną uznaje się nie tylko pracę, ale także kapitał i konsumpcję. Skąd więc państwo miałoby czerpać środki na bardzo ambitne plany inwestycji praktycznie w każdej dziedzinie życia?

W każdym omawianym w programie sektorze, od ochrony zdrowia po energetykę, proponuje się działania zgodne z regułą „3 x B” (Buduj, Buduj, Buduj) jako panaceum na wszystkie problemy. Alternatywne rozwiązania, skupiające się na zapobieganiu powstawaniu problemów, proponowane są rzadko, i to czasem w nieoczekiwanych miejscach. Na przykład kwestia profilaktyki zdrowotnej omówiona jest nie w rozdziale poświęconym zdrowiu, lecz w części dotyczącej… jakości życia na obszarach wiejskich.

Niemal z każdej strony tekstu wyziera wiara, że będzie się nam żyło lepiej, kiedy tylko zbudujemy więcej obiektów infrastruktury. Dokument programowy PiS zwraca uwagę na wysoką energochłonność polskiej gospodarki, aby następnie jako główny postulat w dziedzinie energetyki bezrefleksyjnie proponować budowę kolejnych elektrowni. I to elektrowni konwencjonalnych: węglowych, jądrowych, a w dalszej kolejności wykorzystujących gaz łupkowy. Nie dostrzega się tu potrzeby modernizacji rozsypujących się linii przesyłowych czy podnoszenia efektywności energetycznej. Narzeka się na fakt, że infrastruktura energetyki odnawialnej, np. wiatrowej, wymaga do funkcjonowania istnienia zapasowych instalacji gazowych (co zdaniem PiS ma pogłębiać energetyczne uzależnienie naszego kraju od Rosji). Zapomina się jednak o olbrzymim potencjale rodzimej biomasy, od wierzb energetycznych po odpady rolne, a także o możliwości wykorzystywania biogazu. Jak widać, autorów programu PiS nie interesuje przestawienie gospodarki na tory zrównoważonego rozwoju. Trudno, by było inaczej, skoro w samym tekście pojęcie to zdefiniowane jest jako troska o zmniejszenie nierówności ekonomicznych między regionami kraju, czyli zupełnie inaczej niż w dyskursie ekologicznym i w art. 5 Konstytucji.

Czytając dokument programowy, można odnieść wrażenie, że dla partii Jarosława Kaczyńskiego największym zagrożeniem dla rozwoju kraju (oczywiście poza rządami koalicji PO-PSL) jest… unijny pakiet energetyczno-klimatyczny. Zdaniem autorów programu pakiet klimatyczny będzie hamował rozwój Polski, karząc ją za to, że wykorzystuje ona swoje naturalne bogactwo (węgiel), powodując utratę miejsc pracy. W najlepszym przypadku jest on traktowany jako przejaw walki szlachetnej, ale skazanej na porażkę – w sytuacji, kiedy inne emitujące duże ilości CO2 kraje tak ambitnych planów nie mają. W najgorszym zaś razie uznaje się go za przejaw nadmiernej regulacji, prowadzącej do ucieczki z Europy energochłonnego biznesu i to w sprawie, w której zdaniem PiS odpowiedzialność człowieka nie jest udowodniona. Przywiązanie do czerpania energii ze źródeł nieodnawialnych jest widoczne nawet w dość innowacyjnym jak na polskie warunki postulacie powołania wzorem Wielkiej Brytanii ministerstwa do spraw energetyki i klimatu. Opis proponowanych kompetencji tego resortu wskazuje, że zamiast dbaniem o klimat zajmowałby się on głównie budowaniem nowych elektrowni węglowych i walką z unijnymi regulacjami ekologicznymi.

Proponowane przez PiS infrastrukturalne inwestycje przyczyniłyby się do znaczącego wzrostu emisji CO2 w Polsce. Na przykład w polityce transportowej za priorytet uważa się budowę i rozbudowę lotnisk oraz sieci autostrad. Choć mówi się też o potrzebie inwestycji w kolej, to jednak nie widać (jak zresztą nigdzie w tekście) przyjęcia do wiadomości faktu, że budżetowa kołdra – szczególnie z garbem deficytu – nie jest nieskończenie rozciągliwa. Ponieważ nie pada postulat większego zrównoważenia proporcji między wydatkami na kolej i na drogi, można się spodziewać, że gdyby PiS objęło władzę w Polsce, zamiast wielkich zmian w dziedzinie transportu czekałaby nas kontynuacja status quo.

Gaz łupkowy traktowany jest w programie niemal jak magiczny talizman, będący kluczem do nowego, lepszego świata. Nie da się inaczej wytłumaczyć padających na str. 230 słów, że „projekt uruchomienia eksploatacji gazu łupkowego jest w swoim wymiarze politycznym porównywalny, a może nawet ważniejszy niż członkostwo naszego kraju w NATO”. Partia Jarosława Kaczyńskiego wszelkimi możliwymi sposobami chciałaby zapobiec próbom wprowadzenia europejskiego moratorium na jego wydobycie. Choć teoretycznie autorzy programu troszczą się o bezpieczeństwo energetyczne, nie wahają się proponować dywersyfikacji źródeł importu ropy i gazu poprzez wykorzystanie zasobów z Kaukazu i Azji Środkowej. Ani przez moment nie pojawia się przy tym kwestia łamania w tym rejonie świata praw człowieka. Zaś „bezpieczeństwo energetyczne” oznaczają tu de facto utrzymanie uzależnienia polskiej gospodarki od wyczerpujących się paliw kopalnych. Traktowanie węgla czy gazu łupkowego jako „bogactw naturalnych” może mieć na nas podobny wpływ, jaki na gospodarkę hiszpańską w XVI w. miało wydobycie złota w Ameryce Łacińskiej. Choć naoliwiło ono tryby rodzącego się, europejskiego kapitalizmu, to w samej Hiszpanii doprowadziło do inflacji, w żaden sposób nie przyczyniając się do wejścia tego kraju do centrum globalnego systemu-świata.

Także w dziedzinie polityki zagranicznej propozycje PiS dalekie są od ekopolitycznej wizji świata. W dokumencie ubolewa się nad brakiem amerykańskich instalacji rakietowych i nad niedostatecznymi inwestycjami w armię. W polskim prawie zapisany jest sztywny udział wydatków na wojsko na poziomie 1,95% PKB, choć faktycznie rząd PO-PSL wydaje na ten cel mniej. Mimo to proponowane przez PiS jako panaceum dla polskiej armii zwiększenie wydatków militarnych do poziomu… 2% wydaje się pomysłem dość kuriozalnym. Ciekawe, że podobnego zainteresowania autorów programu nie budzi kwestia międzynarodowych zobowiązań Polski do przeznaczania 0,7% PKB na pomoc rozwojową – ani słowem nie wspomina się o potrzebie ich dotrzymania. Jeśli chodzi o wizję Unii Europejskiej, w ujęciu PiS ma to być przestrzeń wolnego handlu z rolniczymi dopłatami, nie zaś spójny polityczny projekt, zdolny do odgrywania istotnej roli w globalnej polityce i gospodarce. Przykładem tego nastawienia może być postulat zablokowania działań na rzecz harmonizacji stawek podatków od przedsiębiorstw w krajach UE.

Nawet w tych fragmentach programu, które wydają się sensowne, zdarzają się łyżki dziegciu. PiS chciałoby wspierać międzynarodową współpracę ekologiczną, ale głównie dlatego, że są na nią środki. Myśli o poprawie jakości programów stypendialnych oraz o obowiązkowym nauczaniu drugiego języka nowożytnego od gimnazjum, by zaraz obok straszyć programem „zero tolerancji w szkołach” oraz wychowaniem patriotycznym, mającym polegać między innymi na… udziale młodzieży w rekonstrukcjach bitew. Proponuje zwiększenie udziału powierzchni zalesionej do 30% terytorium Polski, sprzeciwia się uprawom GMO, ale jednocześnie wysuwa niepokojące żądania „uelastycznienia” przepisów chroniących obszary Natura 2000. Dla osoby wrażliwej społecznie i odpowiedzialnej ekologicznie taki polityczny projekt nie będzie atrakcyjny. Przypomina on raczej modernizacyjną narrację rodem z XIX w. niż poszukiwanie odpowiedzi na wyzwania wieku XXI.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Komentarze do “Modernizacja bez ekologii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *