Brazylia: blaski i cienie rozwoju

Bartłomiej Kozek
25 stycznia 2013

Brazylia stała się niedawno szóstą największą gospodarką świata. Rośnie jej dyplomatyczne i ekonomiczne znaczenie, szczególnie w Ameryce Południowej i w Afryce. Prowadzona przez Luiza Inácio Lulę da Silvę polityka walki z biedą stała się inspiracją dla lewicy na całym świecie. Czy jednak obraz rozwoju tego kraju naprawdę jest tak różowy?

Wystarczy rzut oka na kilka liczb, by uznać, że Brazylia jest dziś na fali. W kraju słynącym z hiperinflacji dziś kształtuje się ona na poziomie ok. 5%, kraj cieszy się stabilnym wzrostem gospodarczym (choć widać już pierwsze skutki osłabnięcia globalnej koniunktury, szczególnie zaś zmniejszenia popytu Chin na brazylijskie surowce naturalne), a stosunek długu do PKB w r. 2010 wyniósł jedynie 41%. Niegdyś zadłużone po uszy państwo dziś stało się jednym z globalnych kredytodawców, a z długiem radzi sobie ostatnimi czasy lepiej niż większość Europy. W ostatniej dekadzie nawet wysokie na globalnym tle stopy procentowe powoli, ale jednak spadały.

Programy społeczne, których podwaliny pojawiły się jeszcze w latach 90. XX w. i następnie rozwinięte zostały za prezydentury wywodzącego się z Partido dos Trabalhadores Luli da Silvy wydają się przynosić imponujące rezultaty. Pomoc finansowa, przekazywana rodzicom pod warunkiem szczepienia dzieci o posyłania ich do szkoły czy ochrony dziewiczej przyrody, a także szkolne programy dożywiania przyczyniły się do katapultowania olbrzymiej rzeszy ludzi z nędzy do klasy średniej – szacunki mówią nawet o 28 milionach. Mierzący rozwarstwienie społeczne współczynnik Giniego spadł z rekordowego 0,634 w r. 1989 do 0,552 w r. 2007. Pierwsza dekada XXI w. to czas powstania 15 milionów nowych miejsc pracy i wzrostu wysokości płacy minimalnej z równowartości 175 dol. amerykańskich w r. 2001 do 316 dol. w r. 2010 – w przeliczeniu na złotówki z około 560 do ponad 1.000 złotych.

Skąd ten rozwój?

Te imponujące zmiany w polityce społecznej i globalnej pozycji ekonomicznej Brazylii mogą jednak być oparte na chwiejnych podstawach, o czym możemy się przekonać dzięki lekturze wydanej przez brazylijskie biuro Fundacji im. Heinricha Bölla publikacji „Inside a Champion. An Analysis of the Brazilian Development Model”. Autorki i autorzy nie odmawiają realizowanej przez lewicowe rządy polityce Luli i jego następczyni Dilmy Rouseff pozytywnych efektów. Sęk w tym, że Brazylia w ostatnich latach – wbrew temu, jak chce się prezentować na zewnątrz – realizuje model rozwojowy, będący w dużej mierze kontynuacją dawnych, sięgających jeszcze czasów kolonialnych zależności.

Skąd taki wniosek? Zerknijmy na tekst Lauro Matteiego, z którego zaczerpnąłem większość wspomnianych przed chwilą danych. Brazylia cieszy się dziś nadwyżką eksportową, co wskazuje na jej istotną rolę jako dostarczyciela surowców dla globalnej gospodarki. Tyle że wedle danych z 2010 r. ponad połowę jej eksportu stanowią nieprzetworzone surowce naturalne, co lokuje ją w niekorzystnym dla długofalowego rozwoju położeniu w światowym podziale pracy. Podczas gdy na początku wieku udział wysokich technologii w eksporcie zbliżał się do 20%, dziś oscyluje w okolicach 12%. Oznacza to, że uznanie za „przewagę komparatywną” na globalnym rynku np. wydobycia ropy i żelaza czy hodowli soi, kawy czy cukru tłumi inicjatywę do zwiększania innowacyjności brazylijskiej gospodarki.

Zielone płuca w opałach

Taka struktura gospodarcza ma jeszcze jeden nieprzyjemny efekt uboczny, a mianowicie wiąże się z rosnącą presją na środowisko naturalne. Monokulturowe uprawy (przeważnie modyfikowanej genetycznie) soi czy hodowle bydła sprzyjają koncentracji ziemi w rękach nielicznych, ale za to bogatych i wpływowych latyfundystów, wypierających małych i średnich rolników. Wykorzystują oni swoje koneksje do lobbowania za korzystnymi dla nich zmianami prawnymi, na przykład zmniejszającymi prawną ochronę Amazonii. Lobby to stosuje zarówno metody prawne, jak i pozaprawne – z zastraszaniem aktywistek i aktywistów na rzecz sprawiedliwości ekologicznej i społecznej włącznie. Presja ekonomiczna z ich strony przyczynia się do migracji pozbawionych środków do życia drobnych rolników do miast, gdzie zasilają szeregi miejskiej biedoty.

Polityka brazylijskich władz nie wydaje się mieścić w obrębie zrównoważonego rozwoju. Ostatnimi czasy bardzo intensywnie stawiają one na poszukiwania ropy naftowej, która znajdować się ma pod dnem Atlantyku. Ambitne zapowiedzi dotyczące redukcji emisji gazów cieplarnianych o 36,1-38,9% do r. 2020, złożone jeszcze przez Lulę w trakcie szczytu klimatycznego w Kopenhadze, brzmią dobrze, ale już sposób dojścia do tychże redukcji – niekoniecznie. Trzonem strategii osiągnięcia tego celu jest bowiem budowa wielkich hydroelektrowni w dorzeczu Amazonki, co wiąże się z zalewaniem terenów dziś porośniętych przez lasy deszczowe oraz przesiedlaniem lokalnych społeczności, nierzadko mieszkających na tych obszarach od wieków. Wszystko to w sytuacji, gdy ubytki zalesienia w brazylijskiej części Amazonii stanowią prawie połowę całości zniszczeń, dokonywanych przez człowieka na tropikalnych lasach deszczowych, a emisje gazów cieplarnianych z tego tytułu szacuje się nawet na 2/3 całości emisji Brazylii.

Narodziny mocarstwa?

Brasilia pragnie wdrażać taki model rozwoju nie tylko w swoich granicach, ale też promować go poza nimi. W ostatnich latach, dzięki fali zwycięstw lewicy w większości krajów Ameryki Łacińskiej, udało jej się zmniejszyć tradycyjnie silne wpływy Stanów Zjednoczonych w regionie. Jako narzędzie swoich wpływów Brazylia wykorzystuje BNDES – Brazylijski Bank Narodowy na rzecz Rozwoju Społecznego i Ekonomicznego. Jego rezerwy, o czym piszą Carlos Tautz, João Roberto Lopes Pinto i Maíra Borges Fainguelernt, w r. 2010 były przeszło trzy razy większe niż rezerwy Banku Światowego i wynosiły ponad 96 mld dol. amerykańskich (przy niecałych 29 mld dol. w dyspozycji BŚ).

Pieniądze te – czerpane m.in. z krajowego systemu zabezpieczeń społecznych – trafiają następnie w postaci kredytu do brazylijskich (często państwowych) koncernów, inwestujących zarówno w kraju, jak i za granicą. Ich ekspansja kieruje się dziś głównie do krajów Ameryki Łacińskiej, Karaibów oraz Afryki – w tej ostatniej Brazylia przestała skupiać się jedynie na krajach portugalskojęzycznych i – jak donosi tygodnik „The Economist” – konkuruje na polu inwestycyjnym z Chinami. Działania BNDES, mimo społecznych nacisków, pozostają nieprzejrzyste, a wspieranie „narodowych czempionów” często odbywa się kosztem środowiska naturalnego i lokalnych społeczności. Znamienny może tu być komentarz dziennikarza z Mozambiku, który na zebraniu poszkodowanych przez jedną z brazylijskich firm wydobywczych stwierdził, że reputacja Brazylii jest dziś gorsza niż dawnego kolonizatora – Portugalii.

W okowach „rozwoju”

Brazylia z jednej strony nadal opiera swój wzrost gospodarczy na roli źródła zasobów, którym była od czasu jej kolonizacji w XVI w., z drugiej zaś sama staje się kolonizatorem – zarówno wobec innych państw, jak i własnego środowiska naturalnego. Źródła takiego podejścia do rozwoju Thomas Fatheuer szuka w historii kraju. W retoryce najwybitniejszych postaci jego życia politycznego w XX w., takich jak prezydenci Getúlio Vargas i Juscelino Kubitschek, Amazonia to miejsce, które należy podbić i zdominować, ucywilizować i wykorzystać dla potrzeb człowieka. Natura ma ulec pod naporem przecinających puszczę autostrad, a drzewa prastarej puszczy zostać zniszczone przez wetknięte w nie laski dynamitu. Przy lekturze opiewających taki model rozwojowy przemówień, a nawet fragmentów wierszy (!), osobom choć lekko wrażliwym na kwestie ekologiczne włos jeży się na głowie.

Mocarstwo, by poczuć, że jest mocarstwem, potrzebuje międzynarodowego uznania. Poza zdobywaniem go na niwie dyplomatycznej (w przypadku Brazylii istotnym narzędziem ku temu jest blok BRICS, złożony również z Rosji, Chin, Indii i RPA) uzyskuje się go, otrzymując przywilej organizacji masowych imprez sportowych. W ten sposób na ekranach miliardów telewizorów i komputerów na całym świecie za kilka lat gościć będzie gospodarz letnich igrzysk olimpijskich, Rio de Janeiro, a także szereg miast, w których odbywać się będą mecze mistrzostw świata w piłce nożnej. Tak jak Euro 2012 w Polsce, tak podobne imprezy w Brazylii są z jednej strony okazją do imponujących inwestycji infrastrukturalnych, z drugiej zaś – okazją do niezbyt prospołecznej polityki. Szacunki, które przywołuje Marilene de Paula, mówią o „przeniesieniu” od 150 do 170 tys. osób z terenów mieszkalnych przeznaczonych na infrastrukturę transportową i sportową – w samym tylko Rio de Janeiro.

Nic dziwnego, że taki model rozwojowy ma wielu oponentów. Ludzie eksmitowani ze slumsów, przesiedlani z powodu budowy kolejnej tamy drobni rolnicy, organizacje ekologiczne – wszystkie te grupy mają do niego wiele zarzutów. Grupy te starają się również prezentować alternatywy: krótkie łańcuchy produkcji i dystrybucji żywności zamiast skupiania się na eksporcie, rozwój kooperatyw i ekonomii społecznej zamiast promowania zachodniego modelu konsumpcji, rolnictwo w zgodzie z przyrodą zamiast rosnącego zużycia pestycydów i organizmów genetycznie modyfikowanych. Alternatywy te wpisują się w coraz bardziej wpływowy, ideowy nurt Buen Vivir – „dobrego życia”, realizowanego poprzez wzmacnianie niezależności lokalnych społeczności od turbulencji na globalnych rynkach, odtwarzanie więzi międzyludzkich i poszanowanie dla możliwości regeneracyjnych przyrody. Warto zapoznać się z tym podejściem do relacji człowieka ze środowiskiem, jak również z całą, fascynującą publikacją na temat kraju, który w najbliższych latach będzie jednym z najważniejszych światowych graczy.

Link do publikacji: Inside a Champion. An Analysis of the Brazilian Development Model.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *