Przygotowania do maratonu

Bartłomiej Kozek
27 października 2017

Jeśli dojdzie do powstania wspólnej listy liberalnej opozycji to październik tego roku – dość niepostrzeżenie – może się okazać ważnym punktem na drodze realizacji tego planu.

Zeszłotygodniowa konwencja samorządowa Platformy Obywatelskiej w Łodzi, delikatnie mówiąc, nie wzbudziła entuzjazmu. Nie tylko z lewej strony.

Wśród komentarzy internetowych nie zabrakło pytań o to, skąd pomysł na poruszanie kwestii takich jak postulat emerytalnych „trzynastek” na spotkaniu poświęconym szczeblowi lokalnemu i regionalnemu czy obietnice dotyczące przekazywania całości podatku PIT i CIT samorządom, które mogą być zrealizowane wyłącznie na szczeblu centralnym.

Spotkanie PO warto przeanalizować na dwóch poziomach – konkretnych zapisów programowych oraz ogólnego przekazu, płynącego z ust szefa partii, Grzegorza Schetyny. Pod tym pierwszym kątem uderzyć może przede wszystkim fakt, że w niemal 80-stronicowym dokumencie… właściwie zbyt wiele konkretów nie uświadczymy.

Marnowanie papieru?

Stworzenie odpowiednio grubej broszury nie jest sprawą trudną – wystarczy umieścić w niej nieco zdjęć, podzielić program na dużo podrozdziałów, każdy oddzielić grafiką wprowadzającą, zapewnić czcionce odpowiednią wielkość i interlinię – i voila!

To prawda, że program samorządowy nie jest sprawą łatwą, mówi wszak o trzech szczeblach rządzenia i bardzo zróżnicowanych rejonach kraju z charakterystycznymi dla siebie bolączkami i wyzwaniami. Zamiast jednak tworzyć ogólnikowy dokument można było pomyśleć np. o przedwyborczych spotkaniach wysokiego szczebla w każdym województwie (wszak i tak będą musiały powstawać programy regionalne) zakończonych zaprezentowaniem krótkiej deklaracji, np. dekalogu priorytetów dla każdego przyszłego samorządowca Platformy.

Umówmy się bowiem – jeśli partia chwali się, że w przygotowaniu programu uczestniczyło szerokie grono polityków i ekspertów, a np. w dziale „Bezpieczeństwo” jedynym konkretem zdaje się obietnica programów „Bezpieczna Gmina”, a w „Polityce zdrowotnej” – gminne programy in vitro i budowanie obiektów sportowych to trudno oprzeć się wrażeniu, że ktoś nie traktuje elektoratu poważnie.

Nawet projekt przeniesienia całości dochodów z podatków osobistych i korporacyjnych do samorządów nie wydaje się przesadnie dopracowany. Pojawia się w nim wprawdzie obietnica mechanizmu solidarnościowego dla tych rejonów kraju, które zmagają się z problemami społecznymi, nie jest ona jednak przesadnie skonkretyzowana. Wystarczyłoby lekkie zniuansowanie przekazu („oddajemy całość tych pieniędzy dla samorządów, ale XXX – np. 1/3 – dochodów trafi na fundusz solidarnościowy”) by pokazać, że dostrzega się problem i traktuje go poważnie.

Samozachwyt zamiast analizy

Podejście takie wymagałoby jednak zrozumienia powodów, dla których PiS wygrał wybory w roku 2015 i wyjścia poza wygodną dla siebie bańkę bezkrytycznych admiratorów przebiegu polskiej transformacji ustrojowej.

Niechęć do przebycia tej drogi znalazła swe ujście w „Polsce Samorządnej”, gdzie w kontekście konieczności powołania Funduszu Rewitalizacji pisze się o „katastrofalnych błędach komunistycznej gospodarki” jako źródłach degradacji przestrzeni miejskiej, zupełnie przemilczając w tej materii gorszą stronę zmian po roku 1989, takiemu jak pogłębiający się chaos przestrzenny.

Zasklepienie się w dotychczasowym języku opisu rzeczywistości potwierdziło zresztą sobotnie przemówienie Grzegorza Schetyny.

Nie chodzi już nawet o portretowanie Polski po wyborach roku 2015 wyłącznie w czarnych barwach – nie brakuje bowiem powodów do tego, by wobec rządów PiS być krytycznym. Dużo bardziej chodzi o niezdolność do uwolnienia się od ograniczeń starego, konserwatywnego i neoliberalnego języka, coraz bardziej odstającego od pozycji politycznej, którą chce się zajmować.

Nie wystarczy obiecać 500 złotych na każde dziecko czy trzynastą emeryturę, by uznać się za centrowca kłaniającego się również politycznej lewej stronie.

Nie wystarczy tym bardziej, że wkrótce potem np. roztacza się przed jednym z najbardziej zapracowanych społeczeństw w Europie wizję „bogactwa biorącego się z pracy, a nie zasiłków”. Sporo osób zarabiających do niedawna po kilka złotych za godzinę na umowach cywilnoprawnych w sprzątaniu czy ochronie może mieć na ten temat odmienną opinię.

Jednoczenie przez obrażanie

Mało kto oczekuje po Platformie bycia wielką sojuszniczką progresywnych wartości czy postulatów. Czasem wystarczyłoby jednak mówić trochę mniej – np. o prywatnych emeryturach kiedy dopiero co rozmontowało się OFE czy o zasiłkach w tonie moralnej winy zamiast obywatelskiego uprawnienia. Trudno nie dostrzec w tym zgrzytu, kiedy wkrótce potem słyszymy z ust szefa PO o tym, że to jego partia (i chwała jej za to) wydłużała urlopy rodzicielskie.

Przede wszystkim jednak, jeśli już naprawdę chce się być tym jednoczącym opozycję centrum warto byłoby nie nazywać radykałami wszystkich tych, które i którzy chcą liberalizacji restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej. Nikt nie oczekiwał po nim raczej przejścia do awangardy rewolucji obyczajowej w trakcie konwencji mającej – podobno – skupiać się na kwestiach lokalnych, no ale…

Czy naprawdę szefa PO nikt nie poinformował, że wedle badań poparcie dla poluzowania przepisów jest dziś dużo większe niż dla ich zaostrzania – i praktycznie równie popularne co zachowanie status quo? Jak Schetyna sądzi – w której z dwóch grup opowiadających się za zmianami ma większe szansę na poszerzenie poparcia?

W efekcie otrzymujemy dość przemocowy przekaz, w którym lider Platformy uważa, że ze względu na szefowanie największą partią opozycyjną może z dużą pewnością siebie prezentować program z kartonu i traktować choćby uczestniczki i uczestników Czarnego Protestu jako chłopów pańszczyźnianych, których „trzeba obronić przed PiS-em”, a nie partnerki i partnerów do poważnej rozmowy politycznej.

Cierpi na tym sama Platforma, która mogłaby całkiem sporo ugrać jednym z nielicznych inspirujących konkretów programowych, jakim możliwość wprowadzenia darmowej komunikacji publicznej (oczywiście „tam, gdzie to tylko finansowo możliwe”…).

Wyciągnięta ręka?

Być może jednak mgławicowy charakter programu samorządowego PO ma jeszcze inne dno. Przez ostatnie dni w niekończących się dyskusjach o „wspólnej liście opozycji” pojawił się nowy trop, w którym podkreśla się mniejszą rozbieżność programową na szczeblu lokalnym.

Patrząc się z tego punktu widzenia mało konkretów Platformy tworzy mało punktów konfliktu, przede wszystkim z .Nowoczesną, jako że PSL nie będzie raczej rezygnować ze swojego szyldu w wyborach, w których jest najmocniejsza.

Co więcej, te punkty, które się w „Polsce Samorządowej” pojawiły powinny raczej formacji Ryszarda Petru się spodobać. Wspólnym mianownikiem jest m.in. pomysł likwidacji urzędu wojewody, bezpośredni wybór starostów powiatowych czy wsparcie dla programów in vitro. Nowoczesna opowiada się również za zwiększeniem udziału samorządów w podatku PIT i CIT czy za delegowaniem zadań publicznych organizacjom pozarządowym.

Jak już jednak wspomnieliśmy spora część z tych postulatów nie dotyczy wyborów samorządowych – trudno zatem będzie czynić z nich oś kampanii.

Formacja Petru zdaje się ten fakt rozumieć nieco lepiej niż PO, czego dowodem opublikowany niedawno program dla Warszawy.

Pomysł na stolicę

Wybór konkretnej jednostki samorządowej pozwolił .Nowoczesnej na pokazanie własnych konkretnych postulatów przed wyborami, w których mają one spore znaczenie. Co więcej, pokazała też, że nadwiślański liberalizm potrafi (jeśli chce) w miarę nieźle trzymać rękę na pulsie bieżących światowych trendów, próbując jednocześnie być atrakcyjnym dla elektoratu o bardziej lewicowej wrażliwości.

Rzecz w różnych fragmentach ponad 30-stronicowej „Warszawy z rozmachem” udaje się to lepiej, w innych zaś gorzej. Niespecjalnie dziwi fakt, że najwięcej starego języka znajdziemy w części dotyczącej rozwoju gospodarczego miasta, w której mocno stawia się na konkurencję podatkową i przyciąganie ulgami przedsiębiorców spoza Warszawy, co kontrastuje chociażby z brakiem pomysłów na rozwijanie podmiotów ekonomii społecznej.

Z drugiej strony nie sposób nie zauważyć wyraźną obecność tematyki ekologicznej czy promowania transportu publicznego.

Nie zawsze konsekwentnie, czego przykładem zapis o „oddaniu przestrzeni naziemnej, w tym zieleni, na rzecz budowy parkingów podziemnych lub wielopoziomowych w centrum miasta i przy nowych inwestycjach biurowych”. Aż dziw bierze, że twórcy programu nie dostrzegli pewnej sprzeczności między nim a własnymi postulatami antysmogowymi, których nie zabrakło (włącznie z wielkim balonem, mającym informować mieszkanki i mieszkańców o stanie powietrza).

Nie da się jednak nie odnotować wspomnianych już ukłonów w lewą stronę – choćby dlatego, że wykonywane są one z większym wyczuciem niż w wypadku PO. Mamy tu zatem wzmianki o polityce mieszkaniowej sprzyjającej ich dostępności dla osób z niepełnosprawnością, powrocie medycyny szkolnej (w tym stomatologii), dostępie każdego dziecka do przedszkola czy większą ilość placówek nakierowanych na potrzeby osób starszych.

Konkurencja dla lewicy

Rzecz jasna nie są to postulaty, które podnosić będzie wyłącznie Paweł Rabiej i wspierająca go ekipa stołecznej .Nowoczesnej.

Wiele z nich bez problemów może zostać przejęte chociażby przez PO. Nadal też istnieje sporo miejsca na bardziej wyraźne podnoszenie niektórych tematów (np. polityki mieszkaniowej) czy na progresywne podejście do tych już przez .Nowoczesną poruszonych (np. bezpłatne posiłki szkolne dla wszystkich dzieci, nie tylko najbiedniejszych jako budowanie egalitarnej, wspólnotowej wizji szkoły).

Odsłonięcie – na dwóch różnych poziomach – programu przez dwie główne siły liberalnej opozycji daje formacjom sytuującym się na lewo od nich szansę do zaprezentowania własnych, pogłębionych widziećkalnych społeczności, które chciałyby zbudować.

Daje ono nie tylko czas, ale i narzędzia do przedstawienia bardziej klarownych alternatyw, uzasadniających tworzenie alternatywnych wobec potencjalnej listy PO i .Nowoczesnej list wyborczych. Przykład tej drugiej partii pokazuje, że nie wystarczy zrównać ze sobą Schetynę i Kaczyńskiego i spocząć na laurach sądząc, że wystarczyć będzie powtarzanie mantry o walce z zaściankiem i neoliberalizmem.

Stawki roku 2018 – rozpoczynającego dwuletni maraton wyborczy w Polsce – będą bowiem wysokie.

Zdj. Platforma Obywatelska na licencji CC BY-SA 2.0

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *