Kobiece odcienie pracy

Bartłomiej Kozek
6 marca 2011

Kobiety doświadczają na własnej skórze skutków deregulacji rynku pracy, ograniczania praw pracowniczych i świadczeń socjalnych. Od pracowników wymaga się elastyczności i dostosowania do rynku, ale nie zapewnia się im poczucia bezpieczeństwa.

Rząd Tuska nie dostrzega tego problemu. Strategie takie jak Polska 2030 wskazują na wolę zachowania status quo, a nawet na umacnianie negatywnych tendencji. Np. samozatrudnienie promuje się jako formę pracy idealną dla młodej, kreatywnej awangardy „społeczeństwa opartego na wiedzy”. Tymczasem wystarczy spojrzeć na liczby. Marta Trawińska w artykule o samozatrudnieniu w raporcie Fundacji Feminoteka Kobiety na zielonej wyspie. Kryzys w Polsce a kwestie gender (2010) podaje, że 64% osób samozatrudnionych dotyka niestabilność zatrudnienia, otrzymują dochody nieregularnie, pracują nawet 50,8 godzin w tygodniu, co mocno przekracza standardowy, 40-godzinny wymiar czasu pracy. 29% samozatrudnionych pracuje w handlu, 21% w innych usługach, 13% w transporcie, a po 10% w pośrednictwie finansowym i nieruchomościach.

Obecności kobiet na rynku pracy nie sprzyjają działania sprzeczne z kodeksem pracy. Już na etapie rozmów kwalifikacyjnych kobiety pyta się o szczegóły z życia osobistego. Jak podaje raport I Kongresu Kobiet (2009), 17% kobiet pytanych jest o plany małżeńskie, a 12,3% o plany prokreacyjne. Mężczyznom w zasadzie nikt takich pytań nie zadaje: tylko 3,8% z nich zostało zapytanych o plany małżeńskie. Dla pracodawców życie osobiste mężczyzny nie jest problemem, ponieważ kulturowo nie jest on obciążony obowiązkami domowymi. W Polsce to wciąż kobieta postrzegana jest jako ta, która zajmuje się domem i dzieckiem. Sytuację tę mogłoby zmienić wprowadzenie – np. wzorem Szwecji – rozwiązań, które zwiększałyby udział mężczyzn w pracy opiekuńczej. Wprowadzony w 2010 r. tygodniowy, a od 2012 r. dwutygodniowy urlop ojcowski to wciąż za mało, aby zrównoważyć sytuację kobiet i mężczyzn na rynku pracy.

W retoryce rządu (choćby w raporcie Polska 2030) podkreśla się potrzebę dalszego zwiększania elastyczności, mimo że polski rynek pracy nie odbiega znacząco od przeciętnej w krajach OECD. Zarazem dezawuuje się rolę świadczeń społecznych. Pomija się dwa sprawdzone w praktyce modele flexicurity (elastyczności na rynku pracy): duński i holenderski. W tym pierwszym pracownica/pracownik, choć łatwo może być zwolniony przez pracodawcę, nabywa jednocześnie prawo do zasiłku w wysokości 90% swojej dotychczasowej pensji z okresu ostatnich tygodni przed zwolnieniem, wypłacanego przez 4 lata. Przysługują mu również finansowane przez państwo szkolenia, na które trzeba uczęszczać po roku od utraty pracy. W ten sposób zachowana jest równowaga pomiędzy pracownicą/pracownikiem a pracodawcą. Co roku 25-35% osób pracujących zmienia miejsce zatrudnienia, a poziom zatrudnienia kobiet w 2008 r. osiągnął wskaźnik najwyższy w Unii Europejskiej – 74,3% (dla mężczyzn – 81,9%). W Holandii z kolei zdecydowano się na poprawę poziomu zabezpieczenia społecznego dla pracownic i pracowników nieetatowych. W 2008 r., jak donosi Eurostat, poziom zatrudnienia kobiet wyniósł tam 71,1% (trzeci, najwyższy po Szwecji, wskaźnik w UE), podczas gdy mężczyzn – 83,2%. Polski rząd znacznie chętniej powołuje się na przeżywającą kryzys Irlandię…

*****

Niniejszy tekst jest fragmentem artykułu, który ukazał się w raporcie Fundacji Feminoteka pt. 20 lat, 20 zmian. Kobiety w Polsce w okresie transformacji 1989-2009 (2009).

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *