ISSN 2657-9596

Uwolnić GMO!

Anna Sierpińska
7 maja 2021
Na jednym ze spotkań zaproszony rolnik opowiadał o tym, co uważa za największe zagrożenie dla swojej głównej działalności – w jego przypadku – uprawy zbóż. Odpowiedź nie była zaskakująca dla nikogo, kto ma do czynienia z rolnictwem: problemem są zmiany wzorców pogodowych i ciągłe zmiany prawa. Do zmiany klimatu można próbować się adaptować. Można się dostosować do unijnych przepisów i polityk dotyczących chociażby ograniczania stosowania pestycydów. Jest jednak coś, co powoduje, że przyszłość może rysować się ponuro: konkurencja ze strony światowych producentów. Zalew taniej żywności i pasz wytworzonych w USA czy Ameryce Południowej z zachowaniem niskich standardów ochrony środowiska powoduje, że polscy (czy szerzej – unijni), rolnicy nie są w stanie konkurować pod względem cen.

Stoją więc przed dylematem: z jednej strony produkcja musi im się opłacać, a z drugiej przepisy i strategie unijne nakładają coraz więcej wymagań dotyczących np.: ochrony bioróżnorodności czy zdrowia ludzi. Można więc powiedzieć, że działania Unii Europejskiej cechuje pewien rozdźwięk. Przedstawiane są plany oraz strategie, dzięki którym europejskie rolnictwo ma być bardziej zrównoważone, „jakościowe” i jednocześnie podpisywane są umowy o wolnym handlu jak np.: ta z krajami Mercosur*. W tym kontekście na wspomnianym spotkaniu z rolnikami, pojawił się temat importowanego ziarna paszowego GMO oraz zdecydowane „nie” dla GMO.

„Rzetelna” nauka versus „śmieciowa”

Dyskusje o GMO prowadzone w sferze publicznej są często sprowadzane do dzielenia ludzi na “antynaukowych” przeciwników i “pronaukowych” zwolenników. Ci ostatni argumentują np. jakoby bez GMO nie dało się wyżywić świata – slogan podobny do tego, który pojawił się w wartej 1,6 mln dolarów kampanii reklamowej Monsanto na terenie Wielkiej Brytanii i Francji w 1998 r. Problem w tym, że spór toczony w tym temacie ma niewiele wspólnego z nauką w znaczeniu angielskiego słowa „science”. Dyskusja naukowa toczy się na łamach recenzowanych periodyków w gronie specjalistów. Nie wszystkie aspekty analizowanych problemów są jednak w równym stopniu znane – chociażby to, w jaki sposób ustalenia badaczy są używane w grach politycznych czy handlowych.

Wykorzystywanie nauki (a może przede wszystkim środowiska naukowego) w celach PR-owych albo do zwiększania sprzedaży określonych produktów, zawdzięczamy przemysłowi sfabrykowanych wątpliwości. Peter Huber, analityk think tanku Manhattan Institute pracującego na rzecz m.in. przemysłu tytoniowego spopularyzował w latach 90. pojęcia „sound science” i „junk science”. Ta pierwsza miała być rzetelną nauką, bez kontrowersji, a druga – byle jaką, „śmieciową” (1, 2, 3). Pojęcie „sound science” było później wykorzystywane w różnych kontekstach: zarówno przez naukowców, którzy chcieli wyraźnie odróżniać solidne badania naukowe od pseudonauki jak i przemysł wydobywczy czy chemiczny do opisu własnych analiz. Powodowało to duże zamieszanie w postrzeganiu wyników badań naukowych przez opinię publiczną. Co miało pewne korzyści – głównie dla przemysłu**. Gdy ludziom trudno było określić, którzy naukowcy są tymi „właściwymi”, łatwiej było podważać naukę i wprowadzać wątpliwości tam, gdzie ich nie było. Pozycjonowanie różnych osób jako korzystających z „właściwych” albo „śmieciowych” badań jest stosowane także w dyskusjach o GMO, łącznie z próbami bezpardonowego dyskredytowania naukowców. Problem w tym, że spór o GMO w dużej mierze dotyczy tak naprawdę czegoś innego niż faktów naukowych.

Soja zamiast lasów

Uprawa roślin GMO (soja, kukurydza) to domena USA oraz państw Ameryki Pd.: Brazylii i Argentyny. W USA i Brazylii stanowią one ok. 95% upraw soi i 90% kukurydzy. Wprowadzenie odmian GMO zwiększyło znacznie produkcję soi w USA: z ok. 75 mln ton w 2000 do prawie 110 w 2020. W 2020 roku na czoło wysunęła się Brazylia z ponad 125 mln ton soi. Amerykański rząd wydaje co roku miliardy dolarów na subsydia rolnicze. W ostatnich latach miały one także pokryć straty w związku z restrykcjami w handlu z Chinami, będących obecnie głównym importerem soi. Najwięcej pieniędzy idzie na wsparcie upraw kukurydzy i soi, a ze względu na sposób liczenia najbardziej korzystają z programów ogromne gospodarstwa. Pod uprawy soi na paszę w państwach Ameryki Południowej niszczone są tysiące hektarów lasów deszczowych czy ekosystemów trawiastych. Inne, niż w Unii Europejskiej prawo dotyczące ochrony środowiska wpływa także min. na użycie środków ochrony roślin – Chiny, USA, Brazylia i Argentyna są największymi konsumentami pestycydów***. Regulacje dotyczące ich stosowania są zróżnicowane między państwami. W USA**** nadal można używać np.: chlorpyrifosu – najwięcej stosuje się go w uprawie kukurydzy – podczas gdy w Europie został wycofany ze względu na prawdopodobieństwo wywoływania zaburzeń rozwojowych u płodów. Ponad 1/4 pestycydów stosowanych w USA stanowią środki zakazane w Unii Europejskiej. Do tego stosowanie odmian GMO niekoniecznie wpłynęło na zmniejszenie zużycia w USA np.: preparatów chwastobójczych – w przypadku soi stało się wręcz odwrotnie.

Dzięki wsparciu finansowemu, czy wręcz dumpingowi, efektowi skali (w USA średnia wielkość gospodarstwa to ok. 180 ha, w Brazylii ok. 60, w EU ok. 17), słabszym obostrzeniom dotyczących ochrony środowiska USA i część państw Ameryki Południowej stały się czołowymi producentami ziarna paszowego, na które popyt – wraz z rosnącym zapotrzebowaniem na tanie mięso – ciągle rośnie. USA przez wiele lat były głównym eksporterem soi i dopiero niedawno zostały zdetronizowane przez Brazylię, nadal jednak są na 1 miejscu jeśli chodzi o kukurydzę. Niskie ceny pozwalają konkurować amerykańskim rolnikom z europejskimi nawet na rynku unijnym.

„Zła” zasada przezorności

Jest to jeden z powodów dlaczego USA przez kilkanaście lat walczyły z Unią Europejską o GMO. Nie, nie chodzi o naukę, ale o ogromne pieniądze. Unia jest drugim na świecie importerem soi i kukurydzy. Wartość wwiezionej na teren UE w 2018 roku soi wynosiła ponad 5 miliardów euro, z tego ponad 70% pochodziło z USA, a ponad 20% z Brazylii. Unia jest dla USA głównym partnerem handlowym nie tylko jeśli chodzi o ziarno paszowe, ale i biopaliwa. W latach 1985-2003 wartość importu produktów rolnych do UE miała jednak znaczący trend spadkowy, chociaż ochrona interesów rolników była trudna ze względu na regulacje Światowej Organizacji Handlu (ang. World Trade Organization, WTO). Unia Europejska wykorzystywała furtki w przepisach, aby powstrzymywać ekspansję zagranicznych podmiotów na swój rynek czy zwiększać też przewagę konkurencyjną europejskich producentów w eksporcie.

W 1998 roku, niedługo po zatwierdzeniu kukurydzy MON810 do uprawy w Europie (obecnie jest uprawiana na ponad 120 000 ha) Unia Europejska przestała de facto dopuszczać na rynek kolejne odmiany GMO. Wnioski***** nie były zatwierdzane bądź na poziomie europejskim, bądź poszczególne państwa wprowadzały własne obostrzenia. USA postrzegało działania unijne odnośnie GMO jako poza finansowe bariery w wolnym handlu i zagroziło EU złożeniem skargi do WTO. W związku z tymi pogróżkami, Unia Europejska zaczęła lobbować w 2000 roku za przyjęciem protokołu z Kartageny do Konwencji o Ochronie Bioróżnorodności. W protokole znalazły się zapisy mówiące o stosowaniu zasady przezorności (precautionary principle) do produktów biotechnologicznych czy o specjalnych wymaganiach odnośnie handlu GMO. Dokument miał potencjał, by służyć interesom Unii upowszechniając standardy europejskie na kolejne obszary prawodawstwa i dawał szansę obrony europejskich regulacji w zakresie GMO przed atakami na podstawie regulacji handlowych. Jego sygnatariusze mogli w momencie, gdy nie było pewnych podstaw naukowych, zakazać importu GMO na podstawie zasady przezorności.

GMO dla Afryki

Ze względu na to, że w USA nie było żadnych obostrzeń dotyczących upraw GMO i ich areał rósł dynamicznie, amerykańscy farmerzy i firmy biotechnologiczne stali się głównymi eksporterami żywności i ziarna modyfikowanego genetycznie. Dostrzegali więc zagrożenie związane z protokołem z Kartageny mogącym zamknąć im dostęp do zagranicznych rynków. USA wraz z państwami, które miały podobne obawy, stworzyły tzw. grupę z Miami, która miała doprowadzić do tego, aby protokół z Kartageny nie pozwalał na restrykcje w handlu GMO. Ostatecznie przegrali, a protokół, którego USA nie podpisały, zawierał zapisy, których domagała się EU. Sytuację zaogniło w 2002 roku zwrócenie USA przez Zambię otrzymanej jako pomoc humanitarna kukurydzy GMO. Minister rolnictwa Zambii tłumaczył to tym, że ziarno GMO mogłoby zanieczyścić krajowe zapasy, co zagrażało by eksportowi produktów rolnych do Europy. Nie było to twierdzenie bez podstaw. Dwa lata wcześniej europejscy kupcy przestali importować wołowinę z Namibii, ponieważ krowy były karmione kukurydzą GMO pochodzącą z RPA. Robert Paarlberg, specjalista od międzynarodowej polityki rolnej m.in. afrykańskiej, wskazywał, że “Unia Europejska importuje więcej towarów rolnych z państw rozwijających się niż USA, Kanada, Argentyna, Japonia i Australia razem wzięte. […] Więc cokolwiek robi Europa, Afryka lubi naśladować, bo afrykański eksport jest w największym stopniu nacelowany na rynki europejskie”. Z precedensu skwapliwie skorzystały też Chiny, dodatkowo zakazując firmom takim jak Monsanto i Syngenta inwestycji u siebie w rozwój odmian GMO, co przemysł biotechnologiczny postrzegał jako protekcjonizm.

„Dziś argument [o potrzebie ustalenia] jasnych, wspólnych standardów opartych o solidną naukę (org. sound science) brzmi jeszcze bardziej przekonująco niż kiedykolwiek. […]. Niestety w Europie pojawiła się teraz alternatywna koncepcja zwaną zasadą przezorności, która wydaje się być oparta na przesłance dotyczącej samego istnienia teoretycznego ryzyka. […] Ta koncepcja, która nie jest oparta na żadnych obiektywnych standardach, może z łatwością zablokować niektóre z najbardziej obiecujących produktów rolniczych […] szczególnie te bazujące na biotechnologii.” – komentowała w 2002 roku Ann Veneman, amerykańska sekretarzyni ds. rolnictwa. Wraz z sekretarzem ds. handlu Robertem Zoellickiem lobbowała za podjęciem kroków przeciw EU.

Przede wszystkim – swobodny handel

Wnioski o zatwierdzenie kolejnych odmian GMO do uprawy czy importu na długo utknęły w machinie unijnej i z tego powodu USA w 2003 roku skierowały skargę na EU do WTO. Uważały, że UE wprowadziła de facto moratorium na GMO, co było pogwałceniem zasad wolnego handlu. Szacowano, że „moratorium” przyniosło amerykańskim rolnikom uprawiającym kukurydzę łączne straty w eksporcie w wysokości 300 mln dolarów rocznie. Podczas gdy w 1997 roku 4% amerykańskiego eksportu kukurydzy trafiało do EU, to w roku 2004 było to już jedynie 0,1%.

Wnioski o zatwierdzenie kolejnych odmian GMO do uprawy czy importu na długo utknęły w machinie unijnej i z tego powodu USA w 2003 roku skierowały skargę na EU do WTO. Uważały, że UE wprowadziła de facto moratorium na GMO, co było pogwałceniem zasad wolnego handlu. Szacowano, że „moratorium” przyniosło amerykańskim rolnikom uprawiającym kukurydzę łączne straty w eksporcie w wysokości 300 mln dolarów rocznie. Podczas gdy w 1997 roku 4% amerykańskiego eksportu kukurydzy trafiało do EU, to w roku 2004 było to już jedynie 0,1%.

źródło: USDA

Do skargi przyłączyło się więcej państw m.in. Kanada, Argentyna, Brazylia i Chiny. Rozstrzygał ją Panel (Dispute Settlement Body) złożony z ekonomistów i prawników od spraw handlowych. Argentyna i Kanada przekonywały, że rośliny genetycznie modyfikowane właściwie niczym się nie różnią od tych, które wyhodowano innymi metodami (np.: wykorzystując mutacje), stąd nie ma żadnych podstaw do regulacji handlu nimi. Prawnicy Komisji Europejskiej usprawiedliwiali opóźniania w zatwierdzaniu GMO naukowymi niepewnościami dotyczącymi wpływu na środowisko i zdrowie ludzi. Aby uniknąć rozstrzygania na podstawie samych przepisów tzw. SPS (Agreement on the Application of Sanitary and Phytosanitary Measures), w których nie ma nic o zasadzie przezorności, rekomendowano TBT (ang. Agreement on Technical Barriers to Trade) i protokół z Kartageny jako podstawy do oceny unijnych procedur regulacyjnych. Jednak Panel odrzucił ten wniosek i oparł się tylko na SPS i dodatkowo w 2004 roku zdecydował o zasięgnięciu opinii ekspertów. Strony sporu nie zgadzały się często bez przedstawiania uzasadnienia, na udział danego naukowca. W ten sposób np.: światowej sławy specjalista od przepływu genów z University of California Riverside, który wypowiadał się na temat GMO mniej krytycznie niż inni dwaj kandydaci został odrzucony na wniosek Argentyny. Prawnicy argumentowali, że „jest on autorem serii publikacji, gdzie w naszej opinii, zajął stanowisko, które może wspomóc interesy UE w tym sporze”. Inny naukowiec, piszący na temat transgenów w odmianach kukurydzy w Meksyku, został odrzucony na wniosek USA, gdyż ich zdaniem, był „aktywistą sprzeciwiającym się biotechnologii”. Unia Europejska przedstawiła za to bardzo obszerną listę ekspertów – co wymagało od prawników USA tracenia czasu na wyszukiwanie informacji na ich temat – licząc na to, że chociaż kilku nie zostanie odrzuconych.

Strony sporu często dzieliły ekspertów na „naukowych i „nienaukowych”. Do tego Panel uznawał wiele naukowych niepewności dotyczących tematu za „nieistotne”. Prawnicy Komisji Europejskiej wskazywali za to, że ”skarżące strony zdają się unikać albo ignorować całą społeczno-polityczną, prawną, faktograficzną i naukową złożoność sprawy” a także „ignorują międzynarodowe debaty naukowe i regulacyjne […] w tym tą, która doprowadziła do wniosków zawartych w protokole z Kartageny”. Wskazywali także potencjalny, negatywny wpływ GMO na zdrowie ludzi (np.: wywoływanie alergii) i środowisko (np.: rozwój odporności niepożądanych owadów, zwanych szkodnikami) oraz to, że zasada przezorności ma na celu zapewnienie przez państwo ochrony obywateli i środowiska.

Prawnicy Argentyny oskarżali Komisję Europejską o to, że próbuje odrzucić solidne dowody z powodu jakiś „niepewności”, a Kanady wskazywali, że „warto odnotować, że najbardziej uderzające przykłady niezamierzonego wpływu żywności na zdrowie ludzi, to wynik tradycyjnych metod hodowli (np.: wysoka zawartość solaniny w ziemniakach)”. Zaproszeni naukowcy oprócz odpowiadania na pytania musieli też m.in. odpierać zarzuty o rzetelność swoich badań, tłumaczyć się z wyciągniętych w nich wniosków czy wniosków z analizy dostępnych artykułów. Dr Squire pytany o swoje badania dotyczące negatywnego wpływu roślin GMO (oraz stosowanych w ich uprawach pestycydów) na rośliny ekosystemu rolniczego, odparł, że „brytyjski ekosystemem rolniczy ma 2-3 tysiące lat i chcemy by trwał kolejne kilka tysięcy lat”. Oraz że pytanie brytyjskiego rządu do naukowców odnośnie do tego, czy odporne na herbicydy uprawy mogą zagrozić ostatnim „resztkom sieci troficznych” związanym z dzikimi roślinami towarzyszącym polom jest jak najbardziej zasadne, a odpowiedź na nie potrzebna przed podjęciem działań związanych z wprowadzeniem upraw GMO.

Tanie pasze – wysokie koszty środowiskowe

W rezultacie postępowania WTO uznało, że UE rzeczywiście wprowadziła de facto moratorium na GMO. W 2006 roku rozpoczęły się rozmowy stron mające na celu wprowadzenie w życie uzgodnień z raportu Panelu w przeciągu 2 lat. Po upłynięciu tego okresu USA zawiadomiły UE o zamiarze wprowadzenia sankcji odwetowych, co doprowadziło do skierowania przez Europę sprawy pod arbitraż WTO. W 2009 doszło do ugody z Kanadą, w 2010 z Argentyną, jednak rozmowy „techniczne” z USA toczą się nadal. W 2019 prezydent Donald Trump podpisał rozporządzenie, które wymagało od agend rządowych stworzenia „międzynarodowej strategii by usunąć nieuzasadnione bariery handlowe i zwiększyć rynek dla rolniczych produktów biotechnologicznych.” Być może miało to też pewien związek z pojawiającymi się w Europie inicjatywami mającymi promować uprawę soi na kontynencie, czy jej pozyskiwanie ze „zrównoważonych” źródeł. Można się spodziewać więc, że USA będą nadal walczyć o zyski swoich firm i rolników. Odmian GMO, które pojawiły się w sprzedaży w UE, w wyniku zmian wymuszonych rozstrzygnięciami na forum WTO, w żywności dla ludzi praktycznie nie ma, ale zaczęły dominować w importowanym ziarnie paszowym.

Jaki wpływ ma ta sytuacja na rynek rolny na naszym kontynencie? Rolnicy mogą mieć poczucie, że trudno im konkurować z tanimi produktami z zagranicy, podczas gdy oni sami muszą spełniać coraz bardziej wyśrubowane standardy unijne. Są także inne aspekty sprawy, nie tylko dochody rolników, ale chociażby dotyczące polityki klimatycznej Unii Europejskiej. Wliczenie importu pasz pochodzących z terenów po wyciętych lasach deszczowych do śladu węglowego diety przeciętnego Europejczyka, powoduje, że osiąga on 1070 kg CO2e rocznie (równowartość przejechania ok. 6 tys. km samochodem osobowym), czyli 1/3 więcej niż w przypadku szacunków uwzględniających tylko produkty rolnictwa europejskiego. A jeśli doliczymy do tego jeszcze utratę możliwości magazynowania węgla organicznego przez zniszczone naturalne ekosystemy, to wartość ta rośnie do prawie 9000 kgCO2e – czyli emisje z diety wynoszą wtedy tyle, ile zazwyczaj się zakłada, że wynoszą roczne emisje przeciętnego Europejczyka z całej konsumpcji, łączenie ze zużyciem energii.

W epoce „wolnego handlu” ochrona rynku przed zalewem taniej paszy o wysokim śladzie węglowym jest jednak bardzo trudna. Pojawiają się próby „obchodzenia przepisów”, co tylko pokazuje, jak wypaczony stał się „wolny rynek”. Kapitulować muszą przed nim nie tylko potrzeby rodzimych producentów żywności, ale nawet zasady dotyczące zdrowia ludzi, czy też ochrony bioróżnorodności i klimatu. Jednocześnie jakość dyskusji o GMO często bardzo słaba. Spojrzenie na sprawę w szerszym kontekście pokazuje, że sednem niekoniecznie jest spór naukowy, ale np.: aspekty ekonomiczne. Czy rozwiązaniem jest wprowadzenie większej ilości odmian GMO do uprawy w Europie? Z pewnych punktów widzenia – być może. Pytanie tylko, czy tym, czego potrzebujemy w dobie kryzysu klimatyczno-przyrodniczego jest produkcja coraz większej ilości pasz dla zwierząt? Czy raczej wysokiej jakości żywność dla ludzi, żyzne gleby i różnorodność gatunkowa owadów? Czy przesuwanie kosztów środowiskowych nie kłóci się z działaniami Europy w kierunku bardziej zrównoważonej gospodarki? Choć polityka rolna EU pozostawia wiele do życzenia, wyraźnie rysuje się trend dążenia ku bardziej zrównoważonemu rolnictwu i wdrażania praktyk wskazywanych chociażby przez raport IPPC (Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu) „Climate Change&Land” (Zmiana Klimatu i Powierzchnia Ziemi) jako wspomagających mitygację (łagodzenie) i adaptację do zmiany klimatu. To – jak wskazał inny rolnik na spotkaniu – może być naszym atutem. Specjalnością Europy może stać się wysokiej jakości żywność, produkowana z poszanowaniem środowiska przyrodniczego. Póki co, jesteśmy liderem tego trendu. I być może nie ma żadnego sensu próbować konkurować z państwami, które stawiają przede wszystkim na „dużo i tanio”.

* petycja odnośnie do odrzucenia tej umowy: https://naukadlaprzyrody.pl/2019/08/23/srodowisko-naukowe-apeluje-do-ue-o-odrzucenie-umowy-z-mercosur/
** o tym jak przemysł tytoniowy wpływał na postrzeganie problemów związanych z paleniem i prawodawstwo więcej można przeczytać tutaj. Skargi rozpatrywane przez WTO: więcej informacji – tutaj.
*** zużycie na ha ziemi rolnej może jednak być w nich niższe niż w niektórych państwach europejskich
**** stan Kalifornia jest na drodze wprowadzenia zakazu jego sprzedaży
***** W Europie wprowadzenie do uprawy czy do sprzedaży roślin i produktów z roślin GMO wymaga oddzielnej zgody dla każdej odmiany, licencja jest przyznawana na 10 lat i wymaga odnowienia: dokument.

Dokumenty z całej sprawy przed WTO dostępne są tutaj, wypowiedzi naukowców tutaj. Informacje w tekście podane bez źródeł pochodzą z wymienionej dokumentacji.

Fot. Jen Wilton


 

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.