ISSN 2657-9596
Fot. Artur Furdyna. Pogłębiarka, czyli potwór do zabicia życia w Zalewie Szczecińskim. Powstał specjalnie do tego celu. Pytanie: od jak dawna pewne kręgi “wiedziały”, że będą ryły nowy kanał przez (do niedawna) najrybniejszy akwen w Polsce, skoro miały dość czasu by wybudować to monstrum. Kolor wody nie jest tu bez znaczenia.

Magiczne technologie mamią

Artur Furdyna
15 czerwca 2021
Dziś, rok po zdarzeniu, które zainspirowało powstanie głównej części tego tekstu,  czyli spektakularnego spławu dwóch cystern Odrą, w czasie suszy w maju 2020 roku, rybacy z Zalewu Szczecińskiego zestawili wyniki połowowe sprzed dwóch lat i obecne.

Magiczne technologie z naturą nie wygrały, i nie wygrają. Za to kosztują słono – i ekonomicznie, i społecznie, i środowiskowo. Komu robimy prezent?

Akt ekobójstwa pod tytułem “szerszy i głębszy tor wodny do Szczecina”

Dziś wszyscy rybacy na tym akwenie łowią mniej, niż dwa lata temu, czyli przed rozpoczęciem aktu ekobójstwa złowiła jedna łódka!!!!
Dziękujemy za ten “prezent”, zaraz dołączą zapewne społeczności znad Bałtyku od Świnoujścia po Kołobrzeg, a może i dalej, gdy im sinice zamkną wszystkie plaże. Zakwity sinic to efekt uruchomienia ogromnych ilości biogenów dotąd zablokowanych w osadach dna Zalewu. Do ogromnego ładunku Odry doszła nowa, znaczna porcja.

Cała Społeczność oraz Przyroda regionu odczuwamy i będziemy odczuwać skutki tej chorej inwestycji.

Od pewnego czasu różne portale, szczególnie Wód Polskich, ale także inne pretendujące do racjonalnych, głoszą zachwyty nad drogami wodnymi i inną infrastrukturą hydrotechniczną jako rzekomymi nośnikami rozwoju krajów takich jak Niemcy czy inne państwa zachodnie. Trudno się nie zgodzić, że od początku naszej cywilizacji, ale przecież i tych znacznie wcześniejszych, rzeki były osiami rozwoju społeczeństw nad nimi żyjących. Niektóre z krajów dzisiejszej Europy położone są w klimacie o wiele łagodniejszym, bez zim skuwających rzeki lodem, z lodowcami zasilającymi rzeki znacznie większe pod względem ilości niesionej wody. Są to okoliczności sprzyjające wykorzystaniu rzek jako dróg wodnych. Nasze zresztą historycznie także były żeglowne w zakresie pasującym do ich parametrów, a przez wieki także Wisła była taką osią rozwoju. Jej żeglowność skończyła się, gdy wzięli się za nią polepszacze tego, co Natura wypracowała przez tysiące lat. Nasze rzeki były żeglowne, póki płynęły stanami średnimi przez większość roku. A płynęły tak, ponieważ większość ich zlewni była naturalna, nikt nie pomagał im spływać do morza. Dopiero ostatnie stulecia przyniosły znaczące ingerencje, powodowane chęcią użytkowania większych ilości gruntów, wykorzystania energii wód i tym podobnymi pomysłami na „kontrolowanie” lub “wykorzystanie” natury wód płynących.

Do pewnego stopnia te zachowania ówczesnych ludzi można zrozumieć – stała za nimi konieczność zaspokojenia rosnących potrzeb w sposób zgodny z ówczesną wiedzą. Początkowe zmiany nie były jednak dość znaczące, by zwrócić uwagę na ich skutki. W końcu jednak dobrnęliśmy jako cywilizacja do granicy, zza której wyziera katastrofa. Społeczna, ekologiczna i ekonomiczna.

Coraz więcej krajów zauważa ten problem. Szkoda, że my, Polacy, zauważamy go nie dość licznie, by zatrzymać pomysły powielania błędów poczynionych w krajach tzw. rozwiniętych. U nas nadal trwają kampanie na rzecz wykorzystania rzek zgodnie z technokratycznym modelem rozumowania. Szkoda, że niewielu zwolenników tego kierunku realnie odpowiada za forsowane ingerencje w  środowisko naturalne, czy chociaż partycypuje w kosztach. Może te czynniki wywołałyby nieco refleksji? Niestety, w naszym dziwnym modelu ani politycy, ani wspierający ich urzędnicy nie ponoszą żadnych konsekwencji popełnianych błędów. To chyba główny powód forsowania działań w interesie wąskich grup, kosztem większości społeczeństwa, włączając w te koszty przyszłe pokolenia.

Nie twierdzę, że nasze rzeki nie mogą pełnić także funkcji żeglugowych w rozmiarze dostosowanym do ich możliwości. Jednak nawet na największej rzece czynnikiem limitującym tę funkcję jest obecność wody. I tu mamy problem. Uwaga entuzjastów rozwoju żeglugi, skupiona na “drogach wodnych”, pomija kluczowy dla ich funkcjonowania aspekt – zapewnienie wody. Bez niej żadne  techniczne cuda nie pomogą. I tu tkwi podstawowa różnica w rozumieniu przez nas funkcjonowania rzeki. Człowiek zaślepiony technologią widzi w rzece drogę wodną, gdy w rzeczywistości pełni ona znacznie więcej funkcji, sama będąc częścią złożonych systemów hydrologicznych. Nie mówię o kanałach, choć i one skądś wodę wziąć muszą.

Wykorzystanie naturalnych systemów rzecznych do żeglugi wiąże się z wieloma ryzykami, które zaczęto zauważać stosunkowo niedawno, kilka dekad temu, nie tylko na naszym kontynencie. Skutkiem tego jest wprowadzenie Ramowej Dyrektywy Wodnej w Europie, ale też kilka podobnych programów w Ameryce. Na Łabie niedawno zakończono badania, na bazie których Niemiecki Federalny Urząd Żeglugi podjął decyzję o zaprzestaniu prób dalszej kanalizacji rzeki, gdyż obecnie nie daje ona już nic, a ostatnie susze na pewnych odcinkach pozwalały na żeglugę tylko kilku leciwych jednostek z napędem łopatkowym… Oczywiście, pewne formy utrzymania są tam realizowane, jako podtrzymanie skanalizowanego koryta rzeki, jednak podstawowe działania skierowane są na odzyskiwanie zniszczonej retencji w zlewniach. Rozumiem, że  przy pływaniu po europejskich czy innych drogach wodnych nie da się tego zaobserwować, jednak dziś społeczeństwa tamtych krajów największy problem zgodnie widzą w braku wody, nawet w Renie. W przeciwieństwie do forsowanego u nas archaicznego modelu kaskadyzacji i alimentacji, Niemcy (ale nie tylko oni) od ponad 3 dekad wykonują mnóstwo działań, których z drogi wodnej nie widać, ale widać ich efekty w postaci stabilizacji dostawy wody do systemów rzecznych dzięki odtwarzanej retencji w zlewniach.

Wracając na nasze podwórko – jak można sobie wyobrażać żeglugę na Odrze obecnie? Dla spławu dwóch składów z kilkoma cysternami spuszczono miliony kubików wody, jaz za jazem, by dać falę, która poniosła te barki w dół Odry. Co jakiś czas taka akcja się uda, jednak nikt nie powie chyba, że w takim modelu możliwa jest obecnie regularna żegluga? Poza tym proszę mi przedstawić choć jeden argument ekonomiczny na rzecz wydatkowania na te pomysły miliardów złotych pożyczonych na konto przyszłych pokoleń. Proszę ponadto wytłumaczyć, jak  połączyć potrzeby rolnictwa z alimentacją żeglugi? Program żeglugi, w zakresie możliwym dla rzek takich jak Odra czy Wisła, możliwy jest tylko poprzez odzyskanie zniszczonej pojemności retencji naturalnej zlewni, i to znacznej większości, bo punktowe akcje typu jaz czy zbiornik na korycie rzeki to iluzja retencji. Niewielka rzeka o zlewni rzędu 2 000 km2 to ok. 1 km3 pojemności retencyjnej, którą utraciliśmy przez drenaże, kanalizację dopływów, uszczelnianie powierzchni, czyli generalnie działania na rzecz tzw.  “utrzymania” wód. A celem tych działań jest zapewnienie spływu nadmiaru wód opadowych, który stale rośnie wraz z kontynuacją tych akcji utrzymaniowych – zamiast wsiąkać w gleby i dopływać do rzeki 20 razy wolniej.

Kwadratura koła! Przyspieszamy działaniami technicznymi spływ wód, których i tak mamy najmniej w Europie. 1 km3 utraconej objętości retencynej to jest bardzo delikatny szacunek dla 2 m zdrenowanych profili, a w wielu regionach straty są znacznie wyższe. Wystarczy policzyć, ile wody kosztował ostatni spław Odrą!!! Rzeki żeglowne muszą płynąć głównie stanem średnim, a nie na przemian powodziami i niżówkami, jak nasze od lat. Ten stan nie jest efektem zmian klimatu, tylko coraz szerzej zakrojonych działań w zlewniach dopływów wszystkich rzędów, od najwyższych począwszy.  Znamienne jest, że dziś, po dwóch dniach opadów na południu kraju, mamy już podtopienia, a jednocześnie susza trwa nadal.

Poza tym rzeki to nie tylko pole działania jednego sektora, jak się niektórym wydaje. To mnóstwo innych, znacznie ważniejszych usług ekosystemowych, stanowiących łącznie o dostępie SPOŁECZEŃSTWA do wody oraz o jego bezpieczeństwie. Obecny model to prosta droga do jeszcze większej katastrofy – i suszy, i powodzi. Nie chciałbym być w skórze decydentów prących do kontynuacji tej błędnej drogi “zarządzania wodą”, gdy rolnicy, mimo obecnej kampanii “jazów” i innych bajek, zobaczą suche dna rzek i zrozumieją, jak ich zrobiono w konia.

A skoro pada zarzut, że przeciwnicy kanalizacji rzek są manipulowani przez jakichś “przeciwników” Polski, to proszę wskazać, gdzie w całej tej układance jest korzyść polskiej żeglugi? Czy wymieniony przykład spławu dla operatora niemieckiego to jest ten nasz “biznes”? Po to mamy skanalizować jeszcze bardziej nasze rzeki, by korporacje żeglugowe mogły mieć korzyści kosztem kilku pokoleń Polaków? Właśnie jedyny częściowo polski operator zbył znakomitą większość udziałów  na rzecz tychże Niemców. To dla kogo ten biznes jest, za nasze i naszych dzieci pieniądze?

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.