Fot. Flickr.com/malias

Zmiana, która będzie obok

Lech Mergler
1 grudnia 2016
Od kilkunastu dni demoliberalny świat nie może się pozbierać – oto zadeklarowany rasista, ksenofob, seksista, zwykły nieokrzesany cham i kłamca, a do tego miliarder (ale nie z pucybutów, tylko po rodzicach) został najpotężniejszym człowiekiem świata – wybrany na prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Dlaczego? Jak TAKI KTOŚ mógł przekonać do siebie Amerykanów? Te pytania i pochodne są obecnie obracane na wszelkie możliwe sposoby przez wszystkie media zajmujące się polityką.

W Polsce po całej serii wyborów, których wyniki tak mało były spodziewane, jak przejechanie przez byłego prezydenta po pijanemu na przejściu dla pieszych przy czerwonym świetle zakonnicy w ciąży – amerykański szok nieszczególnie powinien zaskakiwać. Po drodze przydarzył się jeszcze Brexit i wybory w Austrii. Wydarzenia te miały miejsce zdecydowanie wbrew bazującym na sondażach kwalifikowanym przewidywaniom, potęgując zaskoczenie. Tak jakby nagle, w ciągu kilkunastu miesięcy, zasadniczo zmieniła się – przynajmniej dla istotnych dotąd dominujących środowisk obserwatorów – logika funkcjonowania świata polityczno-społecznego, radykalnie uniemożliwiając trafną w nim orientację.

Czyj świat?

Osobiście sądzę, że nie tyle świat nagle się zmienił, co dość gwałtownie stało się jawne wszem i wobec, a nie tylko dla licznych, ale niekoniecznie eksponowanych środowisk, że nasz świat jest wyraźnie inny, niż zdawało się środowiskom opiniotwórczym. Ta „inność” nie była przez całe dziesięciolecia dostrzegana albo nie była przyjmowana do wiadomości. Więc i polityka kreowana w oparciu o taki stronniczy ogląd świata musiała być polityką jednostronną. Skoro model świata, praktycznie służący jako jego mapa, określający to, co potrafimy zobaczyć (bo tego, czego nie ma na mapie, nie można odnaleźć w rzeczywistości) odwzorowuje świat wybiórczo, to działanie w tym świecie, przynajmniej do czasu, musi być ograniczone tylko do niektórych ludzi, rzeczy i procesów, a inne musi ignorować. Ale właśnie do czasu. I ten czas graniczny najwyraźniej nadszedł – albo nadchodzi: czas Zmiany (?).

Płynny, ponowoczesny świat globalny miał być przychylny dla Silnych i Sprawnych. I tak też został skrojony – pod ich potrzeby i możliwości, co nie zawsze było do udźwignięcia dla pozostałych. Ograniczenia sprawczej aktywności Silnych – w tym rozmaite serwituty na rzecz tych, którzy nie byli Silni – zostały rozbrojone jako krępujące. Uwolnienie od ograniczeń, wyzwalające aktywność tych, którzy nieśli potencjał sprawczej energii, miało przynieść niedostępny wcześniej przyrost bogactwa i pomyślności. Najpierw („zasłużenie”) tym, którzy go wygenerowali, ale z czasem korzyści miały mieć powszechny zasięg i objąć wszystkich.

Że tak się nie stało, że korzyści z „uwolnienia” aktywności Silnych i Sprawnych na rzecz bogactwa i rozwoju bynajmniej nie stały się udziałem wszystkich, nawet większości – dziś już wiadomo. Dochodzenie do takiej świadomości, czyli uświadamianie sobie głębokiego rozczarowania tak niesprawiedliwym urządzeniem świata trwało długo, a dzisiaj ta świadomość eksploduje. Na szczęście w akcie wyborczym, a nie krwawej rewolcie. Zbuntowanym i rozgoryczonym nie chodzi tylko o materię, bogactwo czy dobrobyt, ani tylko materialne bezpieczeństwo. Chodzi też o sens i godność, poczucie wartości własnej. Została ona fundamentalnie podkopana przez propagowany masowo wzorzec mentalny, w myśl którego na szacunek zasługuje jedynie człowiek tzw. „sukcesu” (kasa, sława, władza), a pozostali to nieudacznicy. Ponieważ „sukces” jest udziałem zdecydowanej mniejszości, powyższa konstrukcja generuje – po upadku nadziei na automatyczne i „naturalne” spłynięcie bogactwa „w dół” hierarchii (dzieje się dokładnie odwrotnie) – oceany frustracji i upokorzenia, a potem wściekłości i agresji.

Wolność – bez równości i braterstwa

Znoszenie ograniczeń dla swobodnej działalności kreatorów „bogactwa i rozwoju” ma za uzasadnienie ideę indywidualnej wolności, wyniesionej ponad wszystko i oderwanej od innych nowożytnych fundamentów aksjologicznych dobrego społeczeństwa, czyli równości i braterstwa. „Inni” to piekło i konkurencja, jesteście sami i musicie sobie radzić. Społeczeństwo nie istnieje, są tylko jednostki („There is no such thing as society” – Margaret Thatcher) walczące z innymi o indywidualny sukces, to jeden z aksjomatów neoliberalizmu. W Polsce w okresie transformacji społeczno-ekonomicznej establishment wbił do głowy nawet szczerym i wytrawnym socjaldemokratom (np. Jackowi Kuroniowi…), że im bardziej brutalny kapitalizm zostanie zaprowadzony, tym lepiej, bo tym szybciej będziemy się rozwijać i stawać się krajem naprawdę cywilizowanym. Stąd porządki zaprowadzane po 1990 r. tworzyły kraj przyjazny dla „ludzi sukcesu”, którzy mieli wreszcie utworzyć upragnioną, oczekiwaną klasę średnią. Reszta, czyli większość, znalazła się we własnym (?) kraju i państwie na pozycjach peryferyjnych. Można powiedzieć, że została „porzucona” przez własne państwo i jego elity.

Tymczasem to właśnie słabsi (społeczno-ekonomicznie, politycznie) członkowie społeczności, których zwykle jest najwięcej, potrzebują władzy, państwa, prawa dla chronienia ich podstawowych potrzeb. Nasilniejsi i najbogatsi mogą sobie wszystko kupić (albo „załatwić”): od bezpieczeństwa i sprawiedliwości po zdrowie i wykształcenie. Działo się odwrotnie, w rezultacie rozwój („rozwój”?) miał charakter jednostronny, koślawy. Rozwój dla jednych, stagnacja dla wielu innych. W rezultacie rozpadło się ogólnospołeczne „my”, w Polsce żywe jeszcze na początku lat 90-tych. Rozpadło się na dwa społeczeństwa, kiedyś komplementarne, potem alternatywne, obecnie przeciwstawne. Ściślej – na cały archipelag „segmentów” społecznych – społeczności, środowisk, obozów, plemion mających ze sobą coraz mniej wspólnego. Na krótszą metę to społeczne rozbicie i nierówności sprzyjały interesom grup najsilniejszych. W ostatnim czasie pojawiła się świadomość ekonomicznych kosztów takiej sytuacji (Picketty i „Kapitał XXI wieku”) i zagrożeń dla całokształtu ładu światowego, ale mocno późno.

Sama kategoria „wspólnoty” była w demoliberalnym dyskursie nacechowana raczej negatywnie, z historycznie uzasadnionych powodów – skojarzeń z nacjonalizmem, ksenofobią, autorytarnym kolektywizmem sprzecznym z indywidualną wolnością. Używano neutralnych pojęć „społeczeństwo”, „społeczność” – opisowych, a nie nacechowanych, jak „wspólnota”, afirmacją i metafizyką potencjalnie groźną. Do wspólnoty się przynależy i ona wiąże, rolę społeczną się przyjmuje i bywa, że można ją negocjować lub zmienić. Okazało się jednak, że dla bardzo wielu „wspólnota” jest jak żyzna gleba, bez której życie nie jest możliwe albo pozostaje jałowe. I groźne, bo z ich perspektywy bez przynależności jednostka jest nikim, jest sama, wyobcowana, bezbronna. „Istnienie zbiorowe” ma dziś swoje silne racje w konfrontacji z liberalną, indywidualną wolnością. Obok upokorzenia ze strony systemu nobilitującego Silnych, a pozostałych dyskredytującego, oraz realnego upośledzenia pod względem szans na zaspokojenie potrzeb życiowych na wystarczającym poziomie – destrukcja więzi wspólnotowych jest najistotniejszym źródłem narastającej frustracji, wściekłości i na koniec buntu.

Polskie końce świata

W Polsce stare wspólnoty straciły przywódców przez wojenne wyniszczenie elit, co zdaniem Andrzeja Ledera („Prześniona rewolucja”) było częścią rewolucji społecznej spowodowanej przez nazistów i radzieckich. Przede wszystkim jednak wspólnoty rozpadły się z historycznych powodów – na skutek wojny, eksterminacji, wysiedleń i przesiedleń, migracji ze wschodu na zachód oraz ze wsi do miast i z prowincji do centrum, urbanizacji i industrializacji. Oraz, zwłaszcza, opresji komuny, która intencjonalnie rozbijała stare więzi wspólnotowe, zaprowadzając „nowy kolektywizm”, programowo plebejski. Wielki ruch „Solidarności” to była skoncentrowana emanacja tego egalitarnego, socjalistycznego społeczeństwa, posiłkująca się tradycyjną symboliką – narodową i religijną. Z kolei transformacja ustrojowa lat 90-tych ten kolektywny ład rozbiła, a wcześniejszych więzi nie ożywiła – bo nie mogła i nie chciała.

Socjolog Stefan Nowak w latach 70-tych odkrył fenomen „próżni socjologicznej”. Badania pokazały, że Polak/Polka dysponuje identyfikacją społeczną na dwóch przeciwstawnych poziomach – mikro i makro. Poziom mikro obejmuje rodzinę, krewnych, najbliższych przyjaciół i sąsiadów. Poziom makro to (wyobrażony) naród polski, także z kościołem rozumianym dość abstrakcyjnie. Pomiędzy nie było nic – żadnych innych społecznych bytów średniej skali, z którymi Polacy by się identyfikowali, jak kluby, zrzeszenia, organizacje społeczne, związki zawodowe, korporacje branżowe, lokalne zrzeszenia mieszkańców itp. Nie oznacza to, że takiej społecznej organizacji nie było, przeciwnie, była i bywało, że ludzie byli w tę działalność głęboko zaangażowani. Jednak badania pokazały brak głębszej identyfikacji z nimi, typu wspólnotowego. Jest oczywiste, że komuna nie dopuszczała autentycznej, oddolnej i autonomicznej aktywności, która nie byłaby politycznie kontrolowana, jako niedopuszczalnego przejawu wolności zrzeszania się.

Socjalistyczny kolektywizm był specyficznie „abstrakcyjny”, czego wyrazem był ogólnonarodowy zryw „Solidarności”, a jednocześnie np. kompletny brak szacunku dla własności wspólnej, czyli społecznej. Transformacja ustrojowa lat 90-tych unicestwiła ten niewielki pozostały po jej rozbiciu potencjał uspołecznienia i wspólnotowości, przez komercjalizację osłabiła więzi rodzinne , przyjacielskie, sąsiedzkie, zaś „naród” i kategorie pochodne na lata znikły z mainstreamowego dyskursu publicznego. W sensie egzystencjalnym zwykły człowiek pozostał z niczym. Niektórzy karmili się długo iluzjami szans na materialny sukces, mający umożliwić satysfakcjonujące sycenie się konsumpcją. Kraj widziany jako supermarket, a społeczeństwo jako jego klientela, może być atrakcyjny, ale tylko kiedy ma się forsę…

Transformacja… świadomości

Czas transformacji społeczno-ekonomicznej, czyli lata 90-te, to okres destrukcji mentalnego ładu posocjalistyczno-posolidarnościowego. W istocie chodziło od odwrócenie porządku (względnego), jaki ludzie mieli w głowach po kilkudziesięciu latach centralnie planowanej, niekomercyjnej gospodarki państwowej, stosunków kolektywnych i autorytarnych rządów oraz po ogólnonarodowym doświadczeniu zrywu „Solidarności”, a potem złamania tego ruchu, Zadanie było karkołomne – wykazać, że polityka radykalnego odejścia od idei „Solidarności”, z całym ich aksjologicznym zapleczem (w tym lewicowym, wspólnotowym, socjalnym), to konsekwentna i wierna ich realizacja. Różnym wymiarom tych praktyk i reakcjom na nie poświęcono trochę uwagi, powstało kilka znaczących książek, niekoniecznie eksponowanych – m.in. „Klęska ‘Solidarności’ Davida Osta, „Prywatyzując Polskę” Elizabeeth Dunn albo „Siedmiolatka, czyli kto nam ukradł Polskę” Jacka Kuronia. Nie wchodząc tu w szersze analizy, warto przypomnieć niektóre obrazy sytuacji perswazyjno-dyskursywnych charakterystycznych dla tamtego okresu.

Społeczny, socjalny, wspólnotowy i lewicowy (socjalistyczny – poza własnym doświadczeniem i oceną taką interpretację NSZZ „Solidarność” lat 80-tych daje Karol Modzelewski, ówczesny rzecznik prasowy Związku, w swojej głośnej, autobiograficznej książce „Zajeździmy kobyłę historii, czyli wspomnienia poobijanego jeźdźca”) charakter związku „Solidarność” propaganda wczesnej transformacji przykryła dyskursem antykomunistycznym, narodowym, wolnościowym. Jakkolwiek prawdopodobnie największe znaczenie perswazyjne miała obietnica powszechnego zbawienia w raju masowej konsumpcji, dobrobytu dla wszystkich, który zapewni kapitalizm jak najbardziej „ortodoksyjny” – w obiegu była narracja o „tygrysach wschodu”, których błyskawiczny rozwój gospodarczy miał być wzorem.

W zwięzłej syntezie propagowanej ówcześnie, topornej aksjologii rywalizacja (indywidualna o „sukces”) była przeciwstawiona współdziałaniu, egoizm – solidarności, interesowność – altruizmowi, indywidualność była przeciw wspólnocie, a pragmatyczny materializm przeciw idealizmowi, rynek („wolny”) – państwu („marnotrawnemu” i „rozbuchanemu”), a władza publiczna (niewydolna i sprzedajna) – biznesowi (z natury efektywnemu). Taki naiwny i prostacki przekaz miał być odtrutką na toksyczne miazmaty „komuny” i ekspresowo przekształcić świadomość społeczną na wzór (wydumany! zmitologizowany!)) burżuazyjnych społeczeństw Zachodu.

W kwestii własności aksjologiczna przewaga własności prywatnej jako najbardziej „godnej”, „słusznej” i „naturalnej”, zsakralizowanej („święte prawo własności”…), uzyskała najwyższą podstawę formalno-prawną w zapisie konstytucyjnym (Art. 20-22). Praktyczne tego skutki są widoczne np. w orzecznictwie sądów, gdzie własność inna niż prywatna – państwowa, społeczna, komunalna, grupowa-wspólna jest na gorszej pozycji. Intencją było wymierzenie historycznej sprawiedliwości komunie, deprecjonującej własność prywatną. Efektem stała się reguła, że wielka własność wygrywa z małą, prywatna z publiczną, komercyjna z użytkową/osobistą. Czyli rządzi wielki biznes, a korzyści płynące z tranformacji społeczno-ekonomicznej są prywatyzowane, zaś jej koszty – uspołecznione. Państwo i prawo jest silne wobec słabych, a słabe wobec silnych. W wymiarze praktycznym – wielki biznes wygrywa z władzą publiczną i podmiotami społecznymi nie tylko dzięki zapisom Konstytucji i ustaw. Wygrywa, bo stać go na najlepsze kancelarie prawne, lepsze niż radcy w urzędach albo działający pro bono adwokaci wspierający NGO-sy..

Lata 90-te to był czas wbijania do głów neoliberalnej aksjologii i filozofii społeczeństwa i gospodarki, opartej na wizji brutalnego darwinizmu, egoistycznej rywalizacji w dżungli o „sukces”, pieniądze, pozycję… Gdzie wspólnota, współdziałanie, państwo i sfera publiczne są szkodliwe i powinny być ograniczane. Dość żenującym przykładem jest wieloletnia kampania mediów liberalnych, propagująca różne sposoby obchodzenia systemu podatkowego, która nasila się w okresie rozliczeń podatku dochodowego. Okazuje się, że dzisiaj młodzi buntownicy, poszukujący w nacjonalizmie pożywnej egzystencjalnie i emocjonalnie wspólnoty, wyznają społeczny darwinizm w wymiarze ekonomicznym, łącząc go ze wspólnotowością w wymiarze symbolicznym, nasyconym tradycjonalnymi treściami.

Finale

Nowe „My” wyrastające na takiej glebie warunków społeczno-ekonomicznych, w opozycji do projektu emancypacyjnego lewicowo(?)-liberalnego, który okazał się wykluczający, oznacza REGRES. Bo to „powrót” do archaicznych formuł istnienia zbiorowości – etnicznych, plemiennych, narodowych, rasowych, zwróconych przeciw innym, wspólnot agresji, odwetu i eksploatacji. Wydawało się, że bolesne lekcje historii ten etap skompromitowały. Wykluczeni na szeroką skalę przez neoliberalną gospodarkę i ekskluzywny projekt emancypacyjny nie dążą jednak do zanegowania systemu i sposobu myślenia, który z zasady żeruje na słabszych. Wyzwolone demony przeszłości nie prowadzą do zniesienia wykluczenia i dyskryminacji, tylko do ich radykalizacji przez wykluczenie Innych. Według potrzeb i namiętności.

Wydaje się, że polska debata publiczna zatrzymała się gdzieś w XVII/XVIII wieku. Jej głównymi podmiotami są współczesne wcielenia sarmatów, a spór-walka toczy się pomiędzy Sarmatami „progresywnymi” próbującymi implementować „nowinki” z Zachodu, a Sarmatami „tradycjonalistami”, broniącymi pod hasłami Bóg-honor-ojczyzna wzorów życia (wyobrażonego) z przeszłości. To jest prastary konflikt polski z bajek biskupa Krasickiego, komedii Fredry i „Pana Tadeusza”, odgrywany ponownie i wciąż jak chocholi taniec. Mentalnie sprzed oświecenia… Jedni i drudzy wznoszą się wysoko nad ludem prostym, w którym nie widzą podmiotu praw, wolności i polityki. Jednak Sarmaci tradycjonalni jako dobrzy panowie rozdają szczodrze jałmużnę w naszym folwarku, czym zyskują wdzięczność i poparcie ludu prostego. Sarmaci progresywni, zgodnie ze swoimi wyobrażeniami o „postępie”, tokują o dawaniu ludowi prostemu wędki zamiast ryby, kiedy sami uprawiają rybołówstwo za pomocą generatorów prądu dużej mocy. Toteż dostępnych ryb dawno już w stawach nie ma.

***

Nie udało nam się wykreować projektu nowoczesnej, otwartej, nieekskluzywnej i prospektywnej wspólnoty ludzi równych, ale różnych, a tym bardziej nie udało się do niego na szerszą skalę przekonać i wprowadzić w życie. Dlatego rozdziobią nas kruki, wrony…. Co też już było.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *