Okolice 10. rundy negocjacji Transatlantyckiego Partnerstwa w zakresie Handlu i Inwestycji (TTIP) pokazały, że zarówno zwolennicy umowy, jak i jej przeciwnicy mocno zwierają szeregi. Przedmiotem rozmów był tym razem przede wszystkim sektor usług. Kolejna runda w październiku. Dotyczyć będzie tego, o co do tej pory był największy spór – mechanizmu rozstrzygania sporów inwestor-przeciw-państwu (ISDS) oraz przetargów publicznych.

Do października trwać będzie wzmożona aktywność przeciwników TTIP oraz podobnej wynegocjowanej już umowy z Kanadą (CETA). W ramach Samodzielnej Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej zebrano już prawie 2,4 mln podpisów przeciw TTIP i CETA. Podczas Zielonego Letniego Uniwersytetu w Białowieży menedżerka kampanii Stop-TTIP Stephanie Roth przyznała, że podpisy będą zbierane nawet po zakończeniu akcji, tak by nadal uświadamiać opinii publicznej, jak wielki jest opór przeciw tego typu umowom.

Komisja idzie w zaparte

Komisarz ds. handlu Cecilia Malmström przyznała w najnowszym wywiadzie dla niemieckiego „Tagespiegel”, że priorytetem Komisji jest zamknięcie negocjacji jeszcze za administracji Baracka Obamy oraz rozpoczęcie procesu ratyfikacji CETA na początku 2016 r. To oczywiste, że podpisanie się UE pod umową z Kanadą utrudni kampanię wymierzoną w TTIP. Przygotujmy się na bardzo długie jesień i zimę.

Ożywienie wokół TTIP zaczęło się już w czerwcu, kiedy Martin Schultz przełożył głosowanie nad rezolucją Parlamentu Europejskiego w sprawie TTIP na 8 lipca z obawy przed tym, że mandat Komisji Europejskiej zostanie ograniczony. Nie było to jego pierwsze i ostatnie makiaweliczne zagranie. Dążąc do przegłosowania zgody PE na niewyłączenie z TTIP kontrowersyjnego mechanizmu ISDS, Schultz nie poddał pod głosowanie zaproponowanej przez Zielonych poprawki 118, która całkowicie odrzucała niedemokratyczny ISDS. Poddał natomiast pod głosowanie jedynie poprawkę 117, której celem była symboliczna reforma ISDS, która nie zabezpieczy naszych interesów przed naporem ewentualnych pozwów ze strony inwestorów z USA.

Ostatecznie PE przyjął zalecenia dla Komisji Europejskiej w sprawie TTIP – za rezolucją głosowało 436 posłanek i posłów, przeciw 241, a 32 wstrzymało się od głosu. Z kolei „nowy system” ISDS dostał aż 447 przeciwko 229. Opór wobec przywilejów dla inwestorów jest tak duży, że już teraz słychać głosy, że Komisja zmieni skrót ISDS na jakiś inny, ponieważ ten ludzie wreszcie znają i rozumieją.

Problem z Europą Środkową

Nad makiawelicznymi zabiegami Komisji dyskutowali przeciwnicy TTIP i CETA podczas okrągłego stołu aktywistów po konferencji „TTIP and beyond”, którą 1 lipca w Parlamencie Europejskim zorganizowali Zieloni/WSE. Wszyscy zgodnie przyznali, że największy problemem w walce z TTIP jest w Europie Środkowo-Wschodniej.

Rząd w Polsce prowadzi kampanię na rzecz TTIP na wszystkich frontach, czego dowodem może być zmanipulowany sondaż CBOS-u, w którym pytano Polki i Polaków jedynie o potencjalne korzyści TTIP, ale już nie o zagrożenia. Fakt, że rząd jest głuchy na głosy krytyki (które nawet Komisja jest w stanie wysłuchać, jak choćby w przypadku miażdżących dla niej konsultacji społecznych, szczególnie w sprawie ISDS) potwierdza ostatnie posiedzenie podkomisji nadzwyczajnej ds. umów handlowych UE. Nie pada tam praktycznie ani jedna wątpliwość wobec TTIP, a powtarzane tezy dowodzą uporu, z jakim rząd forsuje niekorzystne dla Polski porozumienie z USA.

Słychać też argumenty geopolityczne (o których więcej w moim wywiadzie z Martinem Köhlerem), że TTIP to „gospodarcze NATO”, co w obecnej sytuacji jest hasłem nawiązującym do silnych antyrosyjskich resentymentów. Jest to również hasło, które wpisuje się w fałszywą retorykę uprawianą przez zwolenników TTIP i CETA, której celem jest przekonanie opinii publicznej, że przeciwnicy obu umów są de facto przeciwnikami bezpieczeństwa, projektu europejskiego czy wręcz „zachodniej cywilizacji”.

Nigdy dość przypominania, że kapitał już dawno w dużej mierze nie szanuje podziałów narodowych i kulturowych. TTIP mógłby stać się „gospodarczym NATO”, ale tylko jeśli cała armia Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego zostałaby w pełni sprywatyzowana, a jej jedynym celem byłoby nie tyle chronienie interesów suwerennych państw, lecz przynoszenie zysków ponadnarodowym korporacjom i ich akcjonariuszom. TTIP nie ma więc z NATO nic wspólnego. Ma natomiast dużo wspólnego z presją biznesu i rynków finansowych, by podważać demokratyczne rządy (patrz ISDS i Grecja) i jeszcze bardziej uwolnić się od jurysdykcji prawa krajowego.

Nie oddawajmy marzeń!

Europejki i Europejczycy nie prosili o TTIP. Jeśli już ktoś zabiega o podpisanie partnerstwa, to tylko lobbyści uwiarygadniający konserwatywne i antydemokratyczne dogmaty ekonomiczne i społeczne Unii Europejskiej. Tak jak Traktat z Maastricht ograniczył możliwości państw strefy euro do działań prorozwojowych i prospołecznych oraz umocnił lobby rynków finansowych, czego efektem jest fatalna polityka Trojki wobec Grecji, TTIP i CETA mogą przypieczętować oddanie resztek demokracji i marzeń o wspólnej Europie.

Należy do upadłego powtarzać: nie chcemy deregulacji, obniżenia standardów, nowych przywilejów dla inwestorów, osłabienia jakże wątłych już praw pracowniczych, czy wreszcie oddania sprawiedliwości w ręce prywatnych sądów. To sprawa na tyle ważna, że organizacje pozarządowe i partie polityczne nie powinny kierować się koniunkturalizmem wyborczym. TTIP musi być obecny w kampanii wyborczej – jak na razie cała nadzieja w Zielonych. Nie wolno dopuścić do tego, by hasło „TTIP to gospodarcze NATO” było kolejnym pseudo-faktem, obok jakże eurosceptycznego w kontekście greckim truizmu „jak pożyczasz, to oddawaj”. Nie dajmy się zagłuszyć w walce o lepszą Europę. Jesień i zima będą nasze!

STOP_TTIP_tlo

Encyklika papieża Franciszka „Laudato si” odbiła się szerokim echem. Czy warto ją czytać i w czym tkwi jej siła? (więcej…)

W wyborach samorządowych w Hiszpanii w maju 2015 r. po raz pierwszy wzięły udział tak zwane „listy konwergencyjne”, które połączyły partie polityczne, organizacje pozarządowe oraz indywidualne obywatelki i obywateli celem ożywienia polityki lokalnej. Co łączy te listy? W jaki sposób zostały zorganizowane? Kim są ich przeciwnicy w tych wyborach? Jaki będą miały wpływ na obecnie funkcjonujący system polityczny?

Nowe inicjatywy

Wielką nowością maja 2015 r. było pojawienie się „kandydatur konwergencji”, zainspirowanych inicjatywą Guanyem w Barcelonie. Fenomen ten szybko rozprzestrzenił się w skali całego kraju dzięki działalności tych, którzy zorganizowali się w celu uzyskania dostępu do politycznych instytucji samorządowych oraz wokół idei „demokratycznej odnowy”. Czołową rolę w tych ruchach odgrywają ludzie z bardzo różnych środowisk (członkowie partii politycznych i niezrzeszeni, lokalni aktywiści społeczni oraz „wolni strzelcy” bez historii uprzedniego zaangażowania w sprawy publiczne). Połączył ich wspólny cel.

Przyczyną rozmnożenia się takich list jest zmęczenie i rozczarowanie dotychczasową rzeczywistością polityczną. Widać oburzenie, któremu początkowy wyraz dały akcje organizowane przez Ruch 15-M. Od roku 2011 Hiszpanki i Hiszpanie coraz częściej zaczęli się organizować w ramach różnego rodzaju akcji społecznych i politycznych. Wymienić tu warto kampanie przeciw eksmisjom oraz na rzecz zmiany polityki energetycznej czy wprowadzenia demokracji bezpośredniej. Jednocześnie na tej fali powstały nowe partie polityczne – EQUO w 2011 r. oraz, a raczej przede wszystkim, Podemos, utworzona przed ostatnimi wyborami do Parlamentu Europejskiego partia, która przełożyła na instytucjonalną politykę dotychczasową kulturową hegemonię Ruchu 15-M.

W ostatnich latach coraz więcej obywateli zaczęło zdawać sobie sprawę z konieczności oddolnego zaangażowania, jako jedynego sposobu na osiągnięcie realnej zmiany. Kolosalne zaniedbania i zwyczajna niekompetencja władz w tak wielu obszarach, połączone ze wzajemnie zderzającymi się interesami ekonomicznymi pokazały wyraźnie, że obecność nowej siły w polityce jest niezbędna.

Ujmując to bardziej precyzyjnie: trzeba jedną nogą pozostać na ulicy, a drugą postawić na gruncie istniejących instytucji. Innowacyjnym aspektem tego typu partycypacji jest ich równoległe umiejscowienie pomiędzy lokalnym i społecznym aktywizmem a klasyczną działalnością polityczną.

Dwie wspólne cechy

Możemy zidentyfikować dwie wspólne cechy, składające się na filary wszystkich tego typu ruchów.

Po pierwsze, są to przeważnie ruchy społeczno-polityczne zainicjowane na gruncie czysto lokalnym, dążące do odzyskania wpływu na rzeczywistość na tym szczeblu i wprowadzenia tam głęboko idących zmian.

Plagą charakteryzującą politykę lokalną w Hiszpanii jest topienie ogromnych środków w bezsensownych projektach, przedstawiających znikomą wartość społeczną. Chęć przywrócenia samorządom roli służebnej, sprzeciw wobec polityki zaciskania pasa, koncepcje tworzenia trwałego mieszkalnictwa oraz demokratyzacja instytucji lokalnych to punkty wspólne, wokół których jednoczą się, w mniejszym lub większym stopniu, osoby o bardzo różnych poglądach i życiorysach.

Po drugie, działania te są ucieleśnieniem ideałów „odnowy demokracji”, której społeczeństwo tak bardzo potrzebuje. Dystans pomiędzy klasą rządzącą a ogółem ludności, lekceważenie interesu publicznego na rzecz egoistycznych korzyści wąskich koterii czy niekończąca się fala skandali korupcyjnych – wszystko to zjawiska, jakie wyrugować chcą zwolennicy nowego podejścia do polityki.

Potrzeba większego zaangażowania obywateli w działalność publiczną, demokratyzacji procesu decyzyjnego oraz zmiany sposobu funkcjonowania starych partii politycznych zaowocowały powstaniem organizacji, w których decyzje podejmowane są przez szerokie grona, a odpowiedzialność delegowana na zasadzie jasnych procedur. Listy wyborcze są układane w wyniku otwartych prawyborów, wraz z pryncypiami równej reprezentacji. Poszczególni kandydaci musieli podpisać kodeksy etyczne oraz zobowiązać się do przestrzegania programu.

Układanie list

W tym miejscu trzeba podkreślić szczególną rolę, jaką w powstawaniu tego typu ruchów odegrało EQUO, biorąc udział w praktycznie każdej „wspólnotowej” inicjatywie. Od samego początku partia popierała model partycypacyjny – właśnie dlatego, iż reprezentuje on esencję zielonej polityki: demokracji bezpośredniej oraz nacisk na sprawy lokalne.

Z jednej strony służyliśmy naszym praktycznym doświadczeniem na polu demokracji bezpośredniej. Z drugiej, choć nie było to początkowo dla wielu „kandydatów konwergencji” aż tak istotne, dzięki naszemu zaangażowaniu ruchy te przyjęły na swe sztandary ważne punkty zielonej polityki, jak chociażby budownictwo mieszkaniowe uwzględniające kryteria ekologiczne, odnawialne źródła energii, przyjazny transport publiczny czy zdecydowane przeciwstawienie się przemocy wobec zwierząt.

Trudno ustalić dokładną liczbę kandydatów tych list, którzy brali udział we wiosennych wyborach – ocenia się ją na kilkaset w skali kraju. Zachowując podobną formę, ruchy różnią się nieco między sobą w zależności od miejsca startu. Odmienne bywają struktury organizacyjne, zaangażowane w nie partie, przebicie w mediach, stopień zaangażowania zwykłych wyborców itd. Oto niektóre z powodów utrudniających wypracowanie jednolitego modelu działania:

  • Różnice warunków społeczno-politycznych panujących w dużych miejscowościach, gdzie narodziły się ruchy (Madryt, Barcelona), a tymi w mniejszych społecznościach.
  • Różnorodność zaangażowanych stron (partii politycznych, lokalnych stowarzyszeń, ruchów społecznych, różnego rodzaju porozumień programowych, wolnych strzelców).
  • Indywidualna charakterystyka partnerów i różny poziom woli wspólnego działania.
  • Występowanie zakorzenionych w danej społeczności konfliktów socjo-ekonomicznych.
  • Współpraca pomiędzy partiami politycznymi jest bardzo ograniczona w ramach hiszpańskiego systemu politycznego, przez co zaangażowana w danym ruchu lokalnym partia siłą rzeczy wysuwa się dzięki posiadanym strukturom i doświadczeniu na wiodącą pozycję.
  • Różne kombinacje wyżej wymienionych czynników wpływają na proces oraz rezultaty działalności, włącznie z klapą list alternatywnych tam, gdzie nie wszystkim zainteresowanym stronom udało się wcześniej porozumieć. Jednakże, pomimo pewnych lokalnych porażek, fenomen list konwergencyjnych spopularyzował nowy sposób wchodzenia w lokalne porozumienia, skupione nie wokół jednej organizacji, ale wspólnoty celów.

    Współpraca czy hegemonia?

    Współpraca, sieciowanie oraz różnorodność zaangażowanych elementów są oryginalnym produktem tego procesu. Bardzo znamiennym jest fakt, że listy kandydatów w Barcelonie i Madrycie były kierowane przez kobiety – Adę Colau i Manuelę Carmena, niezaangażowane wcześniej w działalność partyjną, lecz doświadczone w kampaniach społecznych.

    Wyniki głosowania 24 maja wykazały największe poparcie dla tych list, gdzie kandydaci otwarcie współpracowali w ramach lub z poparciem istniejących środowisk i gdzie na listach znajdowali się przedstawiciele zaprzyjaźnionych partii. Ich rezultaty okazały się spektakularne, a rzeczone listy zdobyły największą liczbę głosów (miało to miejsce w Barcelonie, La Coruña oraz Santiago de Compostella). Wiele list zdobyło dobry wynik w stolicach prowincjonalnych, zyskując co najmniej jedno miejsce w radach, często stając się przysłowiowym języczkiem u wagi.

    Podemos, który w mniejszych miejscowościach nie startował w wyborach pod własnym szyldem (udzielając poparcia listom równoległym w większości przypadków), uzyskało dobry wynik w głosowaniach w krajach autonomicznych. Nie udało mu się jednak podważyć hegemonii Partii Socjalistycznej w roli głównej opozycji wobec rządzącej Partii Ludowej. Prócz tego wiele list alternatywnych zdobyło więcej głosów niż Podemos, jak chociażby Ahora Madri (uzyskując 519.210 głosów wobec 286.973 oddanych na Podemos w wielu stołecznych okręgach). Strategia dążenia do zdobycia hegemonii pokazała swoje wyraźne ograniczenia.

    Listy konwergencyjne udowodniły, iż strategia homogenicznej „wyborczej machiny wojennej”, praktykowana przez Podemos, nie są jedyną alternatywą dla politycznego status quo. Polityczno-społeczna alternatywa może rozwijać się i kwitnąć pod sztandarem współpracy między różnorodnymi elementami. Można by powiedzieć, że w obliczu wariantu jednolitej partii politycznej, europejskie motto „jedności w różnorodności” okazało swoją siłę.

    Choć współpraca pomiędzy partiami coraz rzadziej występuje na hiszpańskiej scenie politycznej, nie da się jednocześnie zaprzeczyć, iż nowy sezon polityczny będzie się cechował o wiele większą różnorodnością. Oznacza to, iż trudniej będzie o sformowanie stabilnego rządu, przez co czeka nas większa niestabilność.

    Na marginesie należy odnotować, iż EQUO odnotowało świetny wynik, uzyskując ponad stu radnych, w tym 16 w radach prowincjonalnych: większość wybrano właśnie z list alternatywnych.

    Pozostaje teraz tylko czekać, aby się przekonać, czy ruchy list konwergencji dadzą sobie radę z praktyczną działalnością w warunkach powyborczych. Czy uda im się spełnić wysokie oczekiwania ze strony wyborców? Niezwykle istotnym będzie utrzymanie modelu demokracji partycypacyjnej w warunkach innych niż kampania wyborcza. Tak samo jak ważnym będzie, czy uda im się przekuć hasła ekologiczne, włączone do programu, w realne działania.

    Tak czy inaczej, w roku 2015 byliśmy świadkami zupełnie nowego sposobu prowadzenia polityki. Ciekawe, czy rozmiary zainteresowania i uczestnictwa w polityce lokalnej zostaną utrzymane na obecnym poziomie. A co najważniejsze, czy zdobyte doświadczenia pomogą w wypróbowaniu modelu partycypacyjnych list alternatywnych na szerszym gruncie.

    Artykuł From Social Activism to Political Activism: Citizen Candidates to Local Elections in Spain ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim). Przeł. Krzysztof Pacyński.

    Genewa, 2 lipca. W chwili obecnej negocjowanych jest wiele umów o wolnym handlu i inwestycjach, takich jak Partnerstwo Transpacyficzne (TPP), Kompleksowa Umowa Gospodarczo-Handlowa z Kanadą (CETA) i Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP). Grupa ekspertów ONZ wydała oświadczenie, w którym wyraża zaniepokojenie z powodu utajnienia procesu opracowywania i negocjacji wielu z tych umów, i ich potencjalnie negatywnego wpływu na prawa człowieka.

    Chociaż umowy handlowe i inwestycyjne mogą stworzyć nowe możliwości gospodarcze, chcielibyśmy zwrócić uwagę na potencjalny negatywny wpływ tych umów i porozumień na realizację praw człowieka, zarówno obywatelskich, kulturalnych i ekonomicznych, jak i politycznych i społecznych, zapisanych w prawnie wiążących instrumentach. Nasze obawy dotyczą praw: do życia, żywności, wody i warunków sanitarnych, zdrowia, odpowiednich warunków mieszkaniowych, edukacji, nauki i kultury, poprawy standardów pracy, niezależnego sądownictwa, czystego środowiska i prawa do tego, by nie być poddanym przymusowemu przesiedleniu.

    Jak podkreślono w „Wytycznych ONZ dotyczących biznesu i praw człowieka” (Guiding Principles on Business and Human Rights), państwa mają obowiązek zagwarantować, że umowy handlowe i inwestycyjne nie ograniczą ich zdolności do wypełniania zobowiązań w zakresie praw człowieka (Wytyczna 9).

    Obserwatorzy są zaniepokojeni, że te umowy i porozumienia prawdopodobnie będą miały negatywny wpływ na ochronę i promocję praw człowieka, m.in. na skutek obniżenia standardów ochrony zdrowia, bezpieczeństwa żywności i pracy, a także podporządkowania interesom monopoli farmaceutycznych oraz poszerzenia ochrony własności intelektualnej.

    Istnieją uzasadnione obawy, że zarówno dwustronne, jak i wielostronne porozumienia inwestycyjne mogą zaostrzyć problem skrajnego ubóstwa, zagrozić sprawiedliwej i skutecznej renegocjacji zagranicznego zadłużenia, i wpłynąć negatywnie na prawa ludów tubylczych, mniejszości, ludzi niepełnosprawnych, starszych i innych osób podatnych na zagrożenia. Bez wątpienia globalizacja i wiele Dwustronnych Porozumień Inwestycyjnych oraz Umów o Wolnym Handlu mogą mieć zarówno pozytywny, lecz także negatywny wpływ na promocję demokratycznego i sprawiedliwego porządku międzynarodowego, wiążącego się z solidarnością międzynarodową.

    Zawarte w tych umowach zapisy o arbitrażu inwestycyjnym (ISDS) również stają się coraz bardziej problematyczne, wziąwszy pod uwagę doświadczenia podobnych arbitraży od dziesięcioleci przeprowadzanych przed trybunałami ISDS. Doświadczenia te pokazują, że zagrożone są funkcje regulacyjne wielu państw i ich zdolność ustanawiania prawa w interesie publicznym.

    Uważamy, że problem pogłębia się w wyniku „efektu zniechęcającego”, pojawiającego się, gdy na skutek korzystnych dla inwestorów wyroków trybunałów ISDS państwa są karane za uchwalanie przepisów mających na celu np. ochronę środowiska, bezpieczeństwo żywnościowe, dostęp do leków generycznych i podstawowych, ograniczenie palenia, zgodnie z wymogami ramowej konwencji Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) o ograniczeniu użycia tytoniu, czy też podniesienie płacy minimalnej.

    Zapisy ISDS są nieprawidłowe, ponieważ zapewniają ochronę jedynie inwestorom, nie zaś państwom i społecznościom. Pozwalają inwestorom na pozywanie państw, ale nie odwrotnie. Przyjęcie konwencji Narodów Zjednoczonych dotyczącej przejrzystości w umownych postępowaniach arbitrażowych między inwestorem a państwem (United Nations Convention on Transparency in Treaty-based Investor-State Arbitration) jest ważnym krokiem w kierunku rozwiązania problemu zazwyczaj tajnego i niepartycypacyjnego charakteru umów pomiędzy inwestorami a państwami. Większa przejrzystość powinna zapobiec niespójności pomiędzy obecnym modelem inwestycji a poszanowaniem praw człowieka.

    Zachęcamy rządy państw do zweryfikowania negocjowanych umów i upewnienia się, że wspierają one, a nie utrudniają, przestrzeganie praw człowieka. Jeśli umowy te zawierają klauzule dotyczące rozstrzyganiu sporów pomiędzy inwestorami a państwami, zakres kompetencji arbitrów musi być zapisany w taki sposób, aby nie zezwalał na ingerencję w krajowe ustawodawstwo budżetowe, fiskalne, zdrowotne i ekologiczne oraz inne polityki publiczne.

    Ponadto trybunały arbitrażowe powinny zezwalać na ocenę społeczną, a państwom musi przysługiwać prawo do odwołania się od ich wyroków do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości lub specjalnego, nowego Międzynarodowego Sądu Inwestycyjnego, który funkcjonowałby w sposób przejrzysty i odpowiedzialny.

    Rekomendacje:

    • Wszystkie obecne negocjacje dwu- i wielostronnych porozumień handlowych i inwestycyjnych powinny być prowadzone przy zachowaniu pełnej przejrzystości, w konsultacji ze wszystkimi zainteresowanymi stronami, w tym związkami zawodowymi, organizacjami konsumenckimi, grupami działającymi na rzecz ochrony środowiska i specjalistami w dziedzinie ochrony zdrowia, i przy ich udziale.
    • Wszystkie projekty porozumień powinny zostać opublikowane, tak by parlamentarzyści i obywatele mieli wystarczającą ilość czasu na zapoznanie się z nimi i rozważenie w sposób demokratyczny wszystkich za i przeciw.
    • W odniesieniu do istniejących i proponowanych porozumień dwu- i wielostronnych powinny być przeprowadzone oceny ex ante i ex post oddziaływania na prawa człowieka.
    • Strony powinny szczegółowo określić, w jaki sposób wypełnią swoje zobowiązania dotyczące praw człowieka, jeśli ratyfikują negocjowane porozumienia.
    • Biorąc pod uwagę zakres i zasięg negocjowanych aktualnie porozumień, muszą one zawierać solidne zabezpieczenia, gwarantujące pełną ochronę praw człowieka.

    Źródło: strona Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka. Przeł. Jan Skoczylas.

    W PRL było bardzo mało samobójstw na wsi. Dziś jest ich tam najwięcej. Dlaczego? Z prof. Marią Jarosz rozmawiają Maciej Kassner i Katarzyna Dębska.

    Maciej Kassner: Dlaczego socjolog bada śmierć samobójczą? Czy samobójstwa mówią nam coś ważnego o społeczeństwie, w którym żyjemy?

    Maria Jarosz: Samobójstwa, a ściślej śmierć samobójcza, uważana jest przez socjologów za wskaźnik kondycji społeczeństwa. Tak jest już od ponad stu lat, od czasów Emila Durkheima. I już od kilkudziesięciu lat ten punkt widzenia na śmierć samobójczą jest powszechny w Europie.

    U nas niekoniecznie, bo u nas o samobójstwa się pyta się wyłącznie psychiatrów. A psychiatrzy – w dużym uproszczeniu to mówię – uważają, że jeżeli człowiek popełnił samobójstwo, to nie jest w pełni sił psychicznych. Ja nie potrafię powiedzieć, dlaczego określony człowiek z określonymi cechami w określonym środowisku popełnił samobójstwo, a inny człowiek z podobnymi cechami tego nie zrobił. Po prostu nie wiem. Natomiast jako socjologa interesuje mnie śmierć człowieka funkcjonującego w określonym środowisku społecznym. Z tej perspektywy śmierć samobójcza jest ważnym wskaźnikiem dezintegracji społecznej.

    Katarzyna Dębska: Jak to się stało, że zaczęła pani badać samobójstwa?

    MJ: Samobójstwa zainteresowały mnie jeszcze w PRL-u. Po tym, jak obroniłam doktorat, przez ponad półtora roku byłam bezrobotna, aż w końcu na początku lat 70. znalazłam się w Głównym Urzędzie Statystycznym. Tam właśnie zainteresowałam się śmiercią samobójczą. Chciałam opublikować tekst na temat samobójstw. Wtedy publikacja takiego artykułu wymagała zgody ministra spraw wewnętrznych. Napisałam do prezesa GUS-u pismo, że chcę dane o samobójstwach opublikować. Po jakimś czasie przyszła odpowiedź z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, że dane o samobójstwach nie były, nie są i nigdy nie będą publikowane.

    A ja mam podły charakter. Miałam wtedy ksywę „Mańka-nie-daj-się”. Kiedy to pismo zobaczyłam, zaczęłam sięgać do źródeł i na poważnie zajmować się tym tematem. I stąd się wzięło moje zainteresowanie samobójstwem.

    KD: Kto w Polsce popełnia samobójstwa?

    MJ: Wskaźniki samobójstw są odwrotnie proporcjonalne do wielkości miejscowości: najwyższe na wsi, nieco niższe w małych miasteczkach, jeszcze niższe w średnich miastach, a najniższe w wielkich aglomeracjach. Najczęściej odbierają sobie życie dwie grupy zawodowe: bezrobotni i rolnicy. W PRL-u było bardzo niewiele samobójstw na wsi, to się w ogóle nie liczyło. Natomiast już pod koniec lat 80. rolnicy zaczęli wysuwać się na czoło grup zawodowych dokonujących samozniszczenia.

    To się zaczęło od naszej zmiany ustrojowej. Kiedy ponad sto lat temu Emil Durkheim pisał o samobójstwach, to dowodził, że jest to zjawisko szczególnie charakterystyczne dla miasta ze względu na to, że tam właśnie następują gwałtowne zmiany społeczne związane z procesami industrializacji i urbanizacji. Czy to znaczy, że jego teoria się nie sprawdza? Otóż nie, sprawdza się, tylko, że to, co kiedyś miało miejsce w miastach, teraz dzieje się na wsi.

    MK: Samobójstwa są najbardziej powszechne wśród grup, które najbardziej ucierpiały w wyniku transformacji?

    MJ: Tak, ukułam nawet takie pojęcie – wykluczeni z życia. Na wykluczenie składa się wiele czynników. Po pierwsze, dostęp do lekarza jest na wsi gorszy niż w mieście. Na wsi dużo częściej niż w mieście mamy do czynienia z chorobami nieleczonymi. Po drugie, problemy ze znalezieniem pracy. Żeby dostać odpowiednią pracę, trzeba mieć poparcie. No więc ludzie, którzy tego poparcia nie mają, pracy nie znajdują i w konsekwencji żyją krócej. Po trzecie, problemy ze zdobyciem wykształcenia. Badania pokazują, że dzieci pochodzące z rodzin biednych, niewykształconych na ogół nie awansują. Nawet jeżeli cała rodzina złoży się na to, żeby dziecko gdzieś studiowało, to nie dostaje się ono na wyższe studia do dobrych uczelni, ale do takich, w których się płaci i po których znowu nie ma pracy.

    W PRL-u przyznawano punkty za pochodzenie. Wtedy na pierwszym roku studiów wyższych był zawsze z reguły co drugi student z rodziny inteligenckiej, ale co piąty, szósty z rodziny robotniczej, a co trzynasty, czternasty z chłopskiej. Ale to się skończyło w połowie lat 60. A teraz na studiach wyższych znajdzie się najwyżej jeden student z rodziny rolniczej na całym roku. W rezultacie człowiek, który ma dzisiaj 20 lub 30 lat i jest niewykształcony – a przeważnie to się wiąże z pochodzeniem ze wsi – będzie żył 10-12 lat krócej od swojego rówieśnika z wyższym wykształceniem z lepszego środowiska.

    MK: Wieś została najmocniej zmieniona pod wpływem transformacji oraz integracji z Unią Europejską. Skutki reform Balcerowicza na wsi były tragiczne. Zamknięto PGR-y, na wsi panowało masowe bezrobocie, pojawił się problem nożyc cenowych, czyli niekorzystnej relacji cen wyrobów rolnych do cen produktów przemysłowych. Sytuacja zaczęła się zmieniać na lepsze dopiero w wyniku integracji z Unią Europejską, kiedy na wieś popłynął nowy strumień pieniędzy. Pojawia się pytanie, czy wysoki wskaźnik samobójstw na wsi to odłożony w czasie efekt reform Balcerowicza? A może jest raczej tak, że samobójstwa popełniają ci, którzy nie załapali się na proces modernizacji finansowany pieniędzmi z UE?

    MJ: Myślę, że i jedno, i drugie. Po pierwsze, w latach 90. ludzie dużo oczekiwali. Im większe oczekiwania, tym rozczarowanie jest potem większe. Drugą przyczyną jest to, że rolnicy zaczęli funkcjonować w nowej rzeczywistości. Nie przywykli do tego, że państwo się nie zajmuje różnymi sprawami, chociażby zdrowiem. Transformacja stworzyła nowy status i nowe wymagania. U nas to stało się bardzo szybko, podczas gdy na Zachodzie podobne przemiany były rozłożone w czasie.

    Statystyki pokazują, że samobójstwa są częstsze w biedniejszych regionach – na ścianie wschodniej i wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z fenomenem ludzi „źle urodzonych”. Na człowieka wpływa przecież nie tylko to, co się dzieje w społeczeństwie, ale również sytuacja rodzinna. Najgorzej jest tam, gdzie się dziedziczy biedę i niemożność.

    Dotacje unijne nie są lekarstwem na taką odziedziczoną, utrwaloną biedę. Modernizacja wsi ma charakter selektywny, dotacje kierowane są głównie do najzamożniejszych grup jej mieszkańców. Mówi się, że jest wspaniale, bo są pieniądze z Unii Europejskiej. Tylko że z tymi pieniędzmi bywa różnie. Często rolnicy biorą pożyczki, których potem z różnych względów nie mogą spłacić. I nagle okazuje się, że wszystko można utracić. Wzorem dla polskiego mężczyzny, a już zwłaszcza rolnika, jest macho, silny, zdecydowany, pewny siebie mężczyzna. Polscy mężczyźni uważają, że to oni powinni wziąć odpowiedzialność za rodzinę, a kiedy w którymś momencie nie potrafią sobie z tym poradzić, to odbierają sobie życie.

    KD: W popkulturze pojawiają się takie diagnozy, że dla rolników, dla mężczyzn żyjących na wsi problemem jest znalezienie partnerki. Nie tylko, żeby była odpowiednia, ale żeby po prostu była. Pojawiają się takie programy, jak „Rolnik szuka żony”. Myśli pani, że samotność może być przyczyną samobójstw?

    MJ: Może być. Ale nie po prostu samotność, ale nagłe osamotnienie. To działa nie tylko na wieś, miasto, to działa w ogóle w Polsce. Przy nagłym osamotnieniu – tzn. wdowieństwie albo rozwodzie – czterokrotnie częściej samobójstwo popełnia osoba, która została sama, czterokrotnie częściej niż osoba zamężna albo osoba samotna. Do tego rodzaju samobójstw, zakończonych zgonem, dochodzi w pierwszym roku nagłego osamotnienia.

    KD: Co możemy zrobić, żeby ograniczyć liczbę samobójstw?

    MJ: Temat samobójstw ciągle pozostaje nieobecny w przestrzeni publicznej. Nikt się tym nie zajmuje. A przecież śmierć samobójcza jest bardziej powszechna niż śmierć w wyniku wypadków drogowych. W zapobieganiu samobójstwom ważna jest przede wszystkim poprawa sytuacji społeczno-gospodarczej. To jest problem potomków ludzi z PGR-ów i innych wykluczonych, problem rosnących nierówności społecznych. Na to należałoby zwrócić większą uwagę, żeby pomóc tym ludziom. Nie tylko po to, żeby uniknąć samobójstw.

    MK, KD: Dziękujemy za rozmowę.

    Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
    Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

    Wczesnym rankiem 16 lipca po długich dyskusjach ostatecznie zakończyło się głosowanie w greckim parlamencie, które zobowiązuje grecki rząd do podjęcia próby wdrożenia ze swojej strony ekonomicznie katastrofalnego porozumienia zawartego w niedzielę 12 lipca późnym wieczorem.

    38 posłów i posłanek rządzącej partii Syriza, w tym były minister finansów Janis Warufakis, zagłosowało przeciwko przedstawionym propozycjom, przez co rząd, aby uzyskać wymaganą większość, musiał polegać na partiach opozycyjnych. Przed parlamentem na demonstrantów czekały specjalne oddziały policji, te same, które rząd Syrizy wcześniej obiecał rozwiązać.

    Mówiąc o tym, jak złe jest to porozumienie dla Grecji, ciężko jest przesadzić. Idzie ono dużo dalej niż początkowa propozycja złożona na krótko przed referendum 5 lipca przez „instytucje”, czyli wierzycieli Grecji znanych wcześniej jako „Trojka”, która to propozycja została stanowczo odrzucona przez 61% głosujących w referendum. Tym razem przekroczone zostały wszystkie „czerwone linie”, rządu greckiego, poczynając od obniżek emerytur po podwyżki VATu, a narzucone jednocześnie tempo cięć wydatków, których celem jest osiągnięcie pierwotnej nadwyżki budżetowej na niesłychanym poziomie 3,5%, gwarantuje, że ciężkie czasy w Grecji nie skończą się prędko.

    Jeszcze gorsze jest to, że w porozumieniu przewidziano dwa rozwiązania, które odbierają Grecji suwerenność ekonomiczną. Po pierwsze, Grecja musi umieścić aktywa skarbu państwa warte 50 mld euro w specjalnym funduszu, który posłuży jako zastaw gwarantujący „właściwe zachowanie” kraju w przyszłości. Po drugie porozumienie wymaga, aby rząd grecki „konsultował i uzgadniał z instytucjami wszystkie projekty ustaw w istotnych obszarach z odpowiednim wyprzedzeniem przed przekazaniem ich do konsultacji publicznych lub do parlamentu”.

    Takie warunki bardziej przypominają porozumienia narzucane krajom pokonanym w wojnie; dlatego nie dziwi, że były minister finansów Janis Warufakis porównał je do „drugiego traktatu wersalskiego”.

    Za to wszystko Grecja nie zyskuje prawie nic. Banki w chwili pisania tej notatki są nadal zamknięte. Mechanizmy finansowania w ramach pakietu pomocowego trzeba będzie dopiero uzgodnić, a najważniejsza kwestia redukcji długu została odłożona do omówienia w bliżej nieokreślonej przyszłości.

    Ta ostatnia sprawa ma kluczowe znaczenie, co stwierdził sam Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) w dokumentach, które strategicznie „wyciekły” przed referendum i później, po zawarciu porozumienia. Greckiego długu nie da się spłacić w żadnym wiarygodnym terminie. Jedynym sensownym wyjściem jest zredukowanie przynajmniej jego części. Powinna to być poważna redukcja. MFW proponuje 30-letnie zamrożenie spłat, ale nawet przy tym rozwiązaniu domaga się dalszych cięć i zakłada nierealistycznie wysoką stopę wzrostu gospodarczego. Tymczasem Grecja miałaby jakąś szansę na ożywienie gospodarcze, gdyby zredukowane zostało przynajmniej 50% jej zadłużenia.

    Okazuje się jednak, że redukcja długu jest poza wszelką dyskusją dla najbardziej bezkompromisowych wierzycieli Grecji. Problem, z którym mamy tu do czynienia, jest bezpośrednim skutkiem wcześniejszych pakietów pomocowych. Kiedy pod koniec 2009 r. stało się jasne, że po kryzysie finansowym dług rządu greckiego jest niespłacalny, troszczono się głównie o to, by ochronić wierzycieli przed skutkami ewentualnego bankructwa kraju. Chodziło przy tym o wierzycieli, którzy lekkomyślnie pożyczali kolejnym rządom „starej gwardii” duże sumy pieniędzy w czasach, kiedy w strefie euro działo się dobrze (teraz zaś ta sama stara gwardia ochoczo popiera ostatnie porozumienie). Wierzycielami w tym przypadku były przede wszystkim banki francuskie i niemieckie – aby chronić je przed perspektywą jeszcze głębszego kryzysu, wprowadzono serię „pakietów pomocowych”, w ramach których pozostałe kraje strefy euro pożyczyły Grecji pieniądze na spłatę długów.

    Były to zatem „pakiety pomocowe” dla banków, a nie dla Grecji. Co najmniej 90% funduszy trafiło bezpośrednio do wierzycieli Aten. Grecja została w rezultacie z jeszcze większym długiem niż poprzednio, przy czym teraz była winna pieniądze innym państwom strefy euro, a nie prywatnym bankom. Bankierzy byli zatem bezpieczni, podczas gdy z problemem zostali, przynajmniej teoretycznie, podatnicy w innych krajach UE. W ten sposób dla reszty Unii zmienił się charakter kryzysu: to, co z początku było problemem ekonomicznym, stało się problemem politycznym. Nie znaleziono jednak dla niego ogólnounijnego rozwiązania politycznego, mimo przedstawienia przez rząd Grecji propozycji dotyczącej zorganizowania międzynarodowej konferencji w sprawie zadłużenia oraz zaproponowania pewnych racjonalnych posunięć z myślą o rozwiązaniu problemu. Zamiast tego państwa strefy euro skupiły się na wewnętrznych problemach politycznych, nie chcąc pokazać, że godzą się na ustępstwa wobec Grecji.

    Niemcy, będące dominującą siłą w strefie euro i w całej Unii Europejskiej, sztywno egzekwowały żądania spłaty długu wobec Grecji i pozostałych dłużników. Chodziło w tym o pokaz siły w strefie euro; z braku mechanizmów zapewniających skuteczne działanie unii walutowej, w tym zwłaszcza transferów fiskalnych, które najwyraźniej są nie do przyjęcia ze względów politycznych, Niemcy postanowiły sztywno egzekwować żądania wierzycieli.

    Ponieważ u podstaw strategii rządu greckiego leżała wola pozostania w strefie euro, bezkompromisowy niemiecki minister finansów Wolfgang Schäuble i jego doradcy dali jasno do zrozumienia, że jeśli zajdzie taka potrzeba, umyją ręce w sprawie Grecji. W niemieckiej propozycji, która wyciekła tuż przed osiągnięciem przez strony ostatecznego porozumienia, sugerowano nawet, że Grecja mogłaby opuścić strefę euro „tymczasowo”, co oczywiście jest nonsensem: po wyjściu z unii walutowej nigdy by do niej nie wróciła.

    Źródłem porażki greckiego rządu była sprzeczność między dwoma jego podstawowymi założeniami: że Grecja może skończyć z polityką zaciskania pasa i że może jednocześnie pozostać w strefie euro. Ponieważ grecki rząd nie chciał brać pod uwagę Grexitu, musiał zrezygnować ze sprzeciwu wobec cięć.

    Jednak w tym momencie wyjście Grecji z unii walutowej wydaje się nieuniknione. Nie ma żadnej gwarancji, że wierzyciele zgodzą się na postanowienia zawarte w najnowszym porozumieniu, kiedy trafi ono pod głosowanie w ich krajowych parlamentach. Bez znacznej redukcji długu, która najwyraźniej jest politycznie nie do przyjęcia, nie można oczekiwać, że grecka gospodarka się ustabilizuje. Nie jest też prawdopodobne, że grecki rząd będzie w stanie wyegzekwować cięcia na skalę, jakiej oczekują wierzyciele. O ile nie wydarzy się jakiś mały cud, pytanie nie brzmi, czy Grexit nastąpi, ale kiedy to się stanie.

    Wady euro były znane od początku. W zadziwiająco aktualnym artykule napisanym w 1992 r., kiedy zbliżał się do końca proces ratyfikacji traktatu z Maastricht torującego drogę do wprowadzenia wspólnej waluty, ekonomista Wynn Godley przewidział ogólny zarys kryzysu, w jakim obecnie znalazła się Grecja: „Jeśli kraj lub region nie ma możliwości zdewaluowania swojej waluty, i jeśli nie korzysta z systemu wyrównywania dochodów budżetowych, nie ma nic, co mogłoby go uchronić przed procesem narastającego i terminalnego upadku, którego ostatecznym skutkiem jest emigracja, będąca jedyną alternatywą dla ubóstwa i głodu”. Jeśli Grecja nie opuści unii walutowej, tak prawdopodobnie będzie wyglądać jej przyszłość.

    Artykuł The true Greek tragedy ukazał się na stronie New Economics Foundation (Fundacji Nowej Ekonomii). Przeł. (iz).

    Łódzka firma Enkev musi się przeprowadzić, by kontynuować swoją działalność. Sprawa nie jest jednak prosta, a samorząd – zdaniem jej prezesa, Czesława Grochulskiego – niczego nie ułatwia. Rozmowa Bartłomieja Kozka. (więcej…)

    Pięć czy dziesięć lat – o co chodzi w sporze o długość okresów zobowiązań Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie Zmian Klimatu? (więcej…)

    Aby zrozumieć Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP) i podobne umowy o wolnym handlu, trzeba uwzględnić ich geopolityczny kontekst. Jeszcze przed głosowaniem w Parlamencie Europejskim nad poprawkami rezolucji w sprawie TTIP, które miało miejsce 8 lipca 2015 r., rozmawialiśmy z Martinem Köhlerem, doradcą ds. handlu międzynarodowego we frakcji Zielonych. Pretekstem do rozmowy było jego wystąpienie na temat roli Chin w relacjach handlowych między Unią Europejską i Stanami zjednoczonymi podczas konferencji „TTIP and beyond”, którą 1 lipca w Parlamencie Europejskim zorganizowali Zieloni/WSE. Relacja z konferencji z komentarzem na temat rzeczonego głosowania już za tydzień. (więcej…)

    Szkoła powinna odwracać negatywne wzorce przyniesione z domu rodzinnego, a jednak tego nie robi – Jej Perfekcyjność w rozmowie z Markiem Nowakiem. (więcej…)

    Zatrzymajmy chaos przestrzenny! To możliwe jeszcze w tej kadencji Sejmu! – apeluje Joanna Erbel. (więcej…)