Wolny handel a zdrowie publiczne

Yannick Jadot , Michèle Rivasi
30 lipca 2014

Przyjęcie TTIP byłoby groźne z punktu widzenia ochrony zdrowia w Europie – piszą Yannick Jadot i Michèle Rivasi.

Zdrowie – to jeden z tematów najżywiej przykuwających uwagę europejskich społeczeństw. Jest też jedną z głównych stawek negocjacji nad umową o wolnym handlu między USA a Unią Europejską (TTIP), toczących się od lipca 2013 r. Po latach walki o to, by Unia Europejska dysponowała prawodawstwem chroniącym zdrowie obywatelek i obywateli, grozi nam ogromny krok wstecz. W istocie możemy stracić wszystko, co udało się w tej materii osiągnąć.

Zagrożone standardy

Problem jest tymczasem palący. Mimo postępów medycyny mamy do czynienia z epidemią chorób związanych ze stanem środowiska. Płodność Francuzów spada każdego roku o 2%, mnożą się nowotwory hormonalne, zaś choroby przewlekłe uderzają w rosnącą liczbę naszych współobywateli. Za ten stan rzeczy odpowiadają w wielkiej mierze pestycydy i inne chemikalia, z którymi się na co dzień stykamy. Należą do nich substancje zaburzające gospodarkę hormonalną, jak ftalany i bisfenol A, które trafiają do naszej żywności z opakowań czy zawarte w kosmetykach parabeny, przenikające przez naszą skórę. Zwiększa się oporność na antybiotyki. Pozostałości leków przenikają do wody w kranie i do wody butelkowej. W efekcie pogarsza się zdrowie rzesz obywateli, rosną wydatki na ochronę zdrowia, zaś bioróżnorodność jest pod coraz większą presją.

Przełamując zawzięty opór lobby przemysłowego i rolniczego, Unia Europejska stworzyła najbardziej rozwinięte na świecie ramy prawne chroniące konsumentów przed takimi zagrożeniami. Dopuszczenie na rynek produktów chemicznych wymaga ścisłego spełnienia warunków określonych w rozporządzeniu i dyrektywie REACH z 2006 r. Przemysł zobowiązany jest ponadto do oceny ryzyka związanego z produktami chemicznymi i zarządzania tym ryzykiem, a także zastąpienia najbardziej niebezpiecznych substancji innymi.

Kierując się zasadą przezorności i wiedzą naukową, którą zbyt wiele państw lubiłoby ignorować, Unia Europejska przoduje również w walce z zanieczyszczeniem powietrza pyłami, z zatruwaniem wody azotanami, ze skażeniem gleby pestycydami.

Teraz te wysiłki mogą znów być podane w wątpliwość. Podobnie jak w przypadku ochrony środowiska, rolnictwa, danych osobowych czy żywności, ambitna europejska polityka w dziedzinie zdrowia publicznego może zostać złożona w ofierze bożkowi wolnego handlu.

Harmonizacja w dół

To już się powoli dzieje. Komisja Europejska miała do grudnia 2013 r. przyjąć kryteria identyfikacji i oceny substancji zaburzających gospodarkę hormonalną na potrzeby regulacji dotyczących biocydów i pestycydów. Lecz teraz gra na zwłokę. Aby nie urazić lobby chemicznego, potężnego po obu stronach Atlantyku, zdecydowała się poprzedzić wprowadzenie tych kryteriów analizą skutków ekonomicznych. Ochrona konsumentów nie stanowi już priorytetu, zaś dane naukowe rozpatrywane są przez pryzmat wątpliwych interesów ekonomicznych.

Podpisanie TTIP będzie stanowić zagrożenie dla ochrony zdrowia publicznego w Europie. Niebezpieczeństwa są liczne. Przede wszystkim grozi nam harmonizacja standardów polegająca na ich obniżeniu. W Stanach Zjednoczonych nie ma rozbudowanej kontroli dotyczącej używania i nadużywania hormonów i innych przyspieszaczy wzrostu w hodowli trzody i bydła na mięso i w produkcji mlecznej.

Rząd USA bez wątpienia posłuży się TTIP, aby podważyć obowiązujące w Unii Europejskiej zasady przezorności i oceny ryzyka, narzucając w zamian amerykańskie reguły: że dopóki ryzyko nie zostanie na 100% dowiedzione, produkt może być dopuszczony na rynek. Ryzyko wiąże się z zasadą wzajemnego uznania, która oznacza, że produkt dopuszczony na jeden rynek ma tym samym dostęp i do drugiego.

Cele Amerykanów w tych negocjacjach są jasne. Chcą oni, by nasze talerze wypełniły się żywnością modyfikowaną genetycznie, chlorowanym drobiem, klonowanym mięsem, wołowiną naszpikowaną hormonami, zaś półki sklepowe – produktami zawierającymi substancje chemiczne o niezbadanym wpływie na ludzkie zdrowie. Otworzyłoby to furtkę nieznanym zagrożeniom, zamieniając konsumentów w chomiki doświadczalne.

Największa groźba: arbitraż

Najpoważniejsze zagrożenie związane z TTIP dotyczy jednak arbitrażu, który w absurdalny sposób uzbraja korporacje przeciwko państwom. W ramach tego systemu spory między firmami a państwami rozstrzygałby trybunał arbitrażowy całkowicie niezależny od publicznego wymiaru sprawiedliwości. Przedsiębiorstwa mogłyby zakwestionować przed tym trybunałem dowolną decyzję władz lokalnych, państw bądź Unii Europejskiej. Uznawszy, że jakaś decyzja zagraża ich interesom finansowym, aktualnym lub oczekiwanym, korporacje będą mogły żądać odszkodowań idących w miliony euro.

To właśnie taki mechanizm pozwolił Chevronowi uderzyć w Ekwador po to, by uniknąć odpowiedzialności za odkażenie wody i ziemi w okolicach szybów naftowych, w momencie, gdy ludność lokalna uzyskała zobowiązujący go do tego sądowy nakaz.

W przypadku przyjęcia TTIP amerykańscy producenci będą mogli domagać się, by Francja wycofała się z zakazu stosowania bisfenolu A w butelkach dla niemowląt, i żądać rekompensat finansowych.

Mechanizm arbitrażu zagraża nie tylko naszym demokratycznym wyborom w dziedzinie ochrony zdrowia, środowiska czy praw pracowniczych. Stanowi on piekielną machinę wytoczoną do walki z państwem służącym swoim obywatelom. Trudno sobie wyobrazić, jak w reżimie arbitrażu Unia Europejska miałaby np. zaostrzyć wymogi dotyczące chemikaliów w obliczu jakiejś nowej eksplozji chorób albo nasilić walkę z zanieczyszczeniem powietrza lub żywności, skoro musiałaby wówczas liczyć się z perspektywą wypłaty miliardów euro odszkodować ponadnarodowym korporacjom.

Zanim będzie za późno

Jest swoistą ironią, że odrzucenie zasady przezorności uderzyłoby też rykoszetem w resztę świata. Sam rozmiar europejskiego rynku sprawia, że nasze regulacje wpływają na sytuację w krajach wytwarzających produkty chemiczne. Wszelkie obniżenie norm sanitarnych i środowiskowych w krajach europejskich oznaczać będzie wzrost zagrożeń, na jakie wystawieni będą obywatele państw takich jak Chiny czy Indie, dokąd przenoszą produkcję ponadnarodowe korporacje łase na zyski z dumpingu socjalnego i ekologicznego. Tak więc TTIP to gra, w której ostatecznie wszyscy przegrywają.

Podczas wizyty w USA prezydent François Hollande apelował o przyspieszenie negocjacji nad transatlantycką strefą wolnego handlu. Ani słowem nie zająknął się o 500 milionach obywatelek i obywateli Europy, wykluczonych z procesu negocjacji, które toczą się bez nich i najczęściej przeciwko nim.

A przecież w czerwcu 2013 r. Hollande walczył we francuskim parlamencie o to, by skłonić europejskich partnerów do wyłączenia z obszaru negocjacji sektora audiowizualnego i filmowego, aby ochronić wyjątkowy status francuskiego przemysłu kulturalnego. Ten wyjątek to drzewo, za którym nie widać lasu. Dlaczego nie chronić w podobny sposób naszego rolnictwa i żywności? Naszych usług publicznych? Środowiska i ludzkiego zdrowia?

Zanim będzie za późno, wzywamy, by odrzucić całe to porozumienie. Demokratyczna decyzja o stosowaniu zasady przezorności nie może być podawana w wątpliwość za plecami obywatelek i obywateli. Nasze zdrowie jest najważniejsze.

Artykuł pochodzi ze strony ttip2014.eu.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *