Jak wyjść z kryzysu

James Galbraith
27 marca 2014

Zwolennicy „zaciskania pasa” przypominają hazardzistę, który za każdym razem przegrywa, ale powraca i podwaja stawki.

Ekonomista James K. Galbraith mówił ostatnio w Grecji o tym, dlaczego członkowie jego profesji tak nieudolnie zdiagnozowali problemy ekonomiczne i zarekomendowali niewłaściwe rozwiązania. Jak wyjaśnił, ekonomiści, którzy wyznają przestarzały model tego, jak funkcjonuje gospodarka, wsparli politykę skoncentrowaną na cięciach wydatków, deregulacji i prywatyzacji. Metody te poniosły dotkliwą porażkę w łagodzeniu skutków światowego kryzysu finansowego. Natomiast ekonomiści nastawieni krytycznie wobec tego modelu przeciwstawili się zdecydowanie cięciom i zarekomendowali politykę tworzenia silnej gospodarki oraz silnego społeczeństwa poprzez stabilizację instytucji, zmniejszenie ciężaru zadłużenia, restrukturyzację banków oraz promocję inwestycji i tworzenia nowych miejsc pracy. Którzy mieli rację? Galbraith twierdzi, że odpowiedź jest oczywista i że nadszedł czas na głęboką zmianę w myśleniu ekonomicznym. Poniżej publiujemy tekst jego wykładu.

W obliczu brutalnego kryzysu, który trwa już 5 lat, nawet ekonomiści powinni przemyśleć na nowo swoje poglądy. Większość ludzi zrobiłaby to znacznie szybciej, ale my jesteśmy szczególnie cierpliwi i uparci.

W stylu hazardzisty

Pogląd rozpowszechniony w czasie kryzysu głosił, że mamy do czynienia z serią problemów krajowych: w Stanach Zjednoczonych była to katastrofa na rynku kredytów hipotecznych, w Grecji rozbuchane wydatki i niskie wpływy z podatków, w Irlandii rynek nieruchomości komercyjnych, a w Hiszpanii bańka na rynku domów i mieszkań. Ale jakimś cudem wszystkie te rzeczy pojawiły się naraz i wywołały kryzys. Cóż za zbieg okoliczności!

Zgodnie z tym rozpowszechnionym sposobem myślenia, z kryzysem należało sobie radzić na szczeblu krajowym, poprzez działania rządów poszczególnych państw. Jakie to miały być działania? Cóż, chodziło o politykę, jaką kazano rządom realizować, w każdym z tych przypadków mniej więcej taką samą: cięcia w sektorze publicznym, podwyżki podatków, deregulacja rynków, prywatyzacja, prywatyzacja, prywatyzacja.

I chociaż ta polityka była przyjmowana przez władze, jej ocenę pozostawiono rynkom. Dobre zachowanie i zdecydowane kroki miały przynieść powrót zaufania. Słyszeliście to pewnie tysiące razy: zaufanie oznacza spadek stóp procentowych i otwarcie nowych rynków kredytowych. Tak to miało wyglądać. A gdy nic takiego się nie wydarzyło, zawsze można to było tłumaczyć „niedostatecznym wysiłkiem”.

Jako lekarstwo na porażkę takiej polityki serwowano… jej zaostrzenie. To podejście charakterystyczne dla hazardzisty, który za każdym razem przegrywa, ale powraca i podwaja stawki. Jesteśmy świadkami takiego zachowania. Można przez jakiś czas podtrzymywać ten styl gry. Być może znacie zdanie przypisywane Albertowi Einsteinowi, że szaleństwo polega na ciągłym robieniu tego samego i oczekiwaniu innego wyniku.

Głos ma opozycja

Jednak od początku istniał inny pogląd. Nie był zbyt powszechny, ale był. W jego centrum tkwiło przekonanie, że istotą kryzysu jest powszechne załamanie się modelu wzrostu gospodarczego napędzanego przez prywatne rynki kredytowe.

Wydawało się oczywistym, że o to chodzi. Bo dlaczego nie? Wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Załamanie, owszem, wynikało z załamania amerykańskiego rynku kredytów hipotecznych, którego straty zostały rozsiane po Europie na drodze sprzedaży toksycznych papierów wartościowych funduszom emerytalnym, samorządom oraz prywatnym inwestorom i bankom. A Europa i Stany Zjednoczone mają tych samych inwestorów. Ci z kolei reagują w taki sam sposób, gdy widzą przed sobą katastrofę – rzucają się do zabezpieczenia samych siebie. Tak więc sprzedali oczywiście wszystkie słabe aktywa – obligacje małych krajów – i kupili obligacje dużych krajów. A stopy procentowe rosły dla jednych i spadały dla innych. To jest przecież oczywiste. Czy stopy procentowe obligacji amerykańskich wzrosły, bo Stany Zjednoczone miały kryzys hipoteczny? Nie, one spadły. To była masowa ucieczka w zabezpieczenie samych siebie.

Tymczasem w Europie sytuacja została zaostrzona przez instytucje, które nie nadawały się do walki z kryzysem. Zostały one (źle) zaprojektowane przez moje pokolenie ekonomistów 30 lat temu, w czasach, gdy modny był pogląd, że, cóż, wiecie, wszystko będzie dobrze, jeśli bank centralny po prostu będzie kontrolował inflację, wszystkie budżety zostaną zrównoważone, a wszystkie rynki będą prywatne. Wyznawaliśmy zestaw idei, z którego od dekady wycofywano się na całym świecie – porzucono je w Ameryce Łacińskiej, nigdy nie przyjęto w Azji – ale w które nadal wierzyli i które wprowadzali w życie ci, co przywiązali się do nich wiele lat temu.

Na dodatek, nasz stosunek do polityki był w zasadzie stosunkiem agencji skupującej wierzytelności, nastawionej na ukaranie dłużników i nagrodzenie wierzycieli, w którym odmawia się uznania podstawowej prawdy, iż nie można mieć jednego bez drugiego, że każdej nadwyżce odpowiada deficyt. Tak więc istniała alternatywna idea, że w tym właśnie tkwi problem – światowe załamanie kredytu prywatnego połączone z niewłaściwymi instytucjami oraz zacofanymi pomysłami. I minęło 5 lat, a my zadajemy pytanie: która interpretacja jest lepsza? Mamy przypadki, którym możemy się teraz przyjrzeć.

Amerykański przykład

Chociaż nie jestem apologetą modelu amerykańskiego, uważam, że przede wszystkim możemy porównać Stany Zjednoczone i Europę i zobaczyć, że mimo iż Stany nadal mają wiele problemów, które muszą zostać rozwiązane – bezrobocie, eksmisje, stagnacja – ich sytuacja jest stabilna. Ustabilizowała się jakiś czas temu, a sytuacja w Europie nie. Kryzys się wręcz pogłębia. Dlaczego? To nie z powodu tego, że Stany Zjednoczone ustanowiły politykę rygorystycznych cięć i jej potem przestrzegały. Lecz właśnie dlatego, że tego nie zrobiły.

Owszem, w 2009 r. mieliśmy pakiet stymulacyjny i to było ważne. Ale nie było tak zasadnicze, jak fakt istnienia instytucji stabilizujących, które nadal działały i zamortyzowały straty, jakie ludzie ponieśli z powodu kryzysu.

Co to za instytucje? Tak, uratowaliśmy banki i nie jestem z tego szczególnie dumny. Ale nie to było ważne. Jedną z najistotniejszych rzeczy było to, że zadziałały mechanizmy zabezpieczenia społecznego. Wychodziły przelewy z systemu społecznego. Ubezpieczenie od bezrobocia zadziałało w całym kraju. Nadal działały programy ubezpieczenia zdrowotnego – które wprawdzie dotyczą tylko części społeczeństwa, ale mimo wszystko istotnej jego części. Zasiłki dotarły do części tych, którzy stracili pracę. Bony żywnościowe – bardzo ważny program – wręczono 70 milionom Amerykanów, sporej części społeczeństwa.

Wszystko to oznacza, że chociaż odczuto pewne straty, nie były one dla społeczeństwa czymś katastroficznym. I jeszcze jedna rzecz, odnosząca się do długu, jest prawie tak samo ważna. To tylko kwestia różnicy w okolicznościach. W Stanach Zjednoczonych długi, które stanowiły podstawę kryzysu, były głównie długami gospodarstw domowych. To były hipoteki i zadłużenia na kartach kredytowych – ale przede wszystkim hipoteki. A w ich przypadku z czasem mogą się wydarzyć dwie rzeczy: albo zostaną spłacone, albo dłużnik ogłasza niewypłacalność. To drugie jest bardzo trudne, ale sprawia, że pozbywamy się długu, a więc zadłużenie się zmniejsza z upływem czasu.

W Europie jest inaczej. Problemem jest dług publiczny. A ten jest odnawialny do czasu, gdy zostanie ponownie negocjowany lub odrzucony, przy czym to ostatnie jest dramatycznym posunięciem. Rozwiązanie musi być procesem aktywnym, a nie pasywnym. To jasne jak słońce.

Cztery niezbędne kroki

Co z tego wynika? Rozwiązanie musi być wprowadzone na poziomie europejskim i rozpoczynać się od oceny i zmiany idei. To jest najważniejsze. Gdy zmieniają się idee, wszystko inne też się zmienia. Polityka i, w razie potrzeby, instytucje. Wiele rzeczy można zrobić w ramach obecnie obowiązujących traktatów. Co to za rzeczy?

  • Po pierwsze, uwspólnienie długów i zmniejszenie obciążenia, tak żebyśmy nie pracowali z przekonaniem, że niespłacalne długi zostaną spłacone. Nie będą. Jeśli zmniejszymy obciążenie zadłużeniem i skutecznie uczynimy z niego wspólną odpowiedzialność społeczności europejskiej, uda nam się z nim poradzić. Jeśli nie, wiele stracimy.
  • Po drugie, restrukturyzacja banków. Musimy przyznać, że model wzrostu opierający się przede wszystkim na systemie finansowym generującym kredyt to już przeszłość. Jaki sens ma podtrzymanie wielkich instytucji bankowych, które się nie zmieniają? Czemu one służą? Jaka funkcja społeczna uzasadnia ich przywileje? Jeśli będziemy mieli mniejszy sektor finansowy, zatrudnienie będzie wyższe. Jeśli zyski nie zostaną pochłonięte przez wielkich bankierów, trafią do małego biznesu. Dlaczego nie wprowadzić tej rozsądnej zmiany w polityce tak Stanów Zjednoczonych, jak i Europy?
  • Po trzecie, uwolnienie funduszy potrzebnych dla inwestycji i tworzenia miejsc pracy. Mechanizmy widać jak na dłoni: trzeba wykorzystać istniejące instytucje do rozpoczęcia procesu rekonstrukcji i powrotu do zatrudnienia. Instytucje na poziomie kontynentu mogą zrobić rzeczy, których nie mogą zrobić instytucje na poziomie krajowym.
  • I jest jeszcze punkt czwarty. W moim mniemaniu jest to kwestia z biegiem czasu coraz bardziej paląca. Daje ona odpowiedź na pytanie, czy Europa faktycznie cokolwiek znaczy, czy Ameryka cokolwiek znaczy. Odpowiedź ta została udzielona w Ameryce lat 30., która również zmagała się z kryzysem, zagrażającym gospodarce narodowej i politycznemu istnieniu. Uznajmy, że to nie powrót do wzrostu gospodarczego jest najważniejszą kwestią. Nie chodzi o powrót do pewnego doświadczonego w przeszłości poziomu prosperity. Chodzi o coś więcej. Stajemy wobec zagrożenia, iż wielkie narody i społeczności się rozpadną. Zapobieżenie temu jest bardzo pilne.
  • Tak więc stabilizacja społeczeństwa oraz stabilizacja ludzkiej kondycji mają bardzo istotną rolę do odegrania w tym, co musimy zrobić. Chodzi o stabilizację emerytur, ubezpieczenia przed bezrobociem, podstawowych usług – edukacji i opieki zdrowotnej. Chodzi o odpowiednie zabezpieczenie depozytów bankowych, tak by nie doszło do katastrofy niekontrolowanej paniki i załamania systemu płatniczego.

    Te rzeczy robimy dla siebie nawzajem, głównie za pomocą wynalazku zwanego ubezpieczeniem: społecznym, depozytów, zdrowotnym, od bezrobocia. Jeśli rozszerzymy je na całą społeczność – mówię tu o całej Europie czy Ameryce – zespolimy nasze społeczności i powstrzymamy procesy, które sprawiają, że oddalamy się od siebie.

    Wydaje mi się, że celem, który trzeba wyartykułować, jest coś jak na razie bardzo prostego. Chodzi o powstrzymanie destrukcji, o stabilizację, opanowanie paniki i przezwyciężenie przemocy, tak naprawdę o zyskanie czasu – nie rozwiązanie natychmiast wszystkich naszych problemów – lecz kupienie czasu, tak aby skutecznie otworzyć możliwość nowej polityki opartej na zasadach, które nie są obce Europie, ale które zostały zapomniane w ostatnich latach. Chodzi o zasadę solidarności i ducha prawdziwej, działającej demokracji.

    Jeśli uda nam się to zrobić, być może będziemy mogli razem, na bazie europejskiej czy transatlantyckiej, na bazie wspólnych wartości i celów, zmierzyć się z ogromnymi i trudnymi problemami, które napotkamy nawet wtedy, gdy pójdziemy inną drogą, zmienimy naszą politykę i wreszcie zakończymy tej kryzys.

    Artykuł „How to Stop the Path of Economic and Social Destruction” ukazał się na witrynie AlterNet. Przeł. Katarzyna Sosnowska.

    Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.