Fot. Olga Nowak.

Jazda konna – fakty i mity

Ewa Krzakowska-Łazuka
17 października 2013

Jazda konna to sport dla elit. Jest droga. A upadki są groźne. Czy na pewno? Ewa Krzakowska-Łazuka obala mity na temat jeździectwa. Kolejna część eseju o koniach i ludziach.

Mit „sportu elit”

Wyobrażenia na temat elitaryzmu jeździectwa podtrzymywane były przez rycerstwo i arystokrację, kiedy na horyzoncie historii pojawiły się interesy innych warstw społecznych. Koń długo był symbolem władzy, ale i narzędziem postępu oraz wszechobecnym dobroczyńcą każdego bez wyjątku stanu. Jest i był także ofiarą wielosetletniej eksploatacji. Mówi się, że droga człowieka do chwały usiana jest końskimi kośćmi.

Dobrze byłoby nareszcie odesłać ów romantyczny mit o jeździectwie jako sporcie elit do lamusa i zadbać o przewartościowanie tych wyobrażeń, które mają tak mało wspólnego z rzeczywistością. Mądrze pomyślana rewitalizacja i popularyzacja jeździectwa sprzyja dobrostanowi koni. Państwa takie jak Szwecja, Norwegia czy Niemcy, które są liderem w dziedzinie naukowych prac na temat hipoterapii, świadome zdrowotnych i społecznych korzyści jazdy konnej, zadbały o wprowadzenie rządowych programów promocji tej formy aktywności. Byłoby wspaniale, gdybyśmy mając gotowe wzorce, potrafili je w porę dostrzec i wynieść z nich pożytek.

„Za drogo! Nie mogę sobie na to pozwolić”

W wielu publikacjach spotkacie się z informacją, że na sprzęt jeździecki trzeba przeznaczyć minimum 1000 zł. Zacznijmy od tego, że na samym początku nic w zasadzie nie musicie kupować. Absolutnie niezbędnym elementem ekwipunku, bez którego nie możecie rozpocząć jazdy, jest kask jeździecki (toczek to bardzo eleganckie nakrycie głowy, wspaniale się w nim wychodzi na zdjęciach, nie chroni jednak w odpowiedni sposób). Nie spotkałam jeszcze stajni, w której kasków nie można by było nieodpłatnie wypożyczyć na czas jazdy. To samo dotyczy palcatów czyli bacików, którymi dajemy koniom delikatne sygnały wspomagające tzw. „pomoce” (czyli impulsy ciała powodujące taki a nie innych ruch konia). Uwaga! Koni nie bijemy. Prymitywna przemoc, tzw. siłowe podejście niszczy zaufanie i jest na ogół przeciwskuteczne.

Całą resztę, czyli bryczesy, sztyblety (buty do jazdy), czapsy (ochraniacze na nogi), rękawiczki czy kamizelkę możecie kupić dopiero w momencie, w którym stwierdzicie, że nie możecie już bez jeździectwa żyć. Na pełny ekwipunek w skromniejszej wersji nie będziecie musieli przeznaczyć więcej niż 500-600 zł. Na pierwsze jazdy z powodzeniem możecie zamiast bryczesów założyć legginsy lub inne dowolne obcisłe, niekrępujące ruchów spodnie oraz sportowe buty, najlepiej bez sznurowadeł.

Istnieje także opcja zakupu sprzętu używanego. To też nie najgorszy pomysł, bo są to na ogół rzeczy wysokiej jakości, powoli się zużywają i starczają na lata. Informacja ważna dla wegetarian i wegan: możecie bez problemu zaopatrzyć się w każdy element sprzętu jeździeckiego z ekoskóry i będzie to cenowo najkorzystniejszy wariant.

Faktor odstraszający potencjalnych jeźdźców stanowią także informacje o cenach jazd. Im większe miasto, im bliżej centrum tym, niestety, wyższe. W Polsce za godzinę jazdy zapłacicie od 30 do 60 zł. Taniej, często znacząco, jest przy wykupie karnetów. Jeśli nie możecie sobie pozwolić na taki wydatek – głowa do góry, jest i na to rozwiązanie. W stajniach jest zawsze mnóstwo pracy. Wiele z nich funkcjonuje na zasadzie częściowego wolontariatu. Tzw. wachty pozwalają jeździć zupełnie za darmo. To bardzo fajne rozwiązanie, bo sama praca przy koniach (czyszczenie, karmienie, sprzątanie, wyprowadzanie na łąkę) jest formą hipoterapii. Poznajecie i opiekujecie się końmi, przy okazji sporo się gimnastykujecie, a praktyczna wiedza zdobyta w ten sposób jest bezcenna. W miejscach, które znam, proporcja wygląda tak: godzina pracy przy koniach = godzina jazdy.

„Księżniczka Anna spadła z konia”

Spadają nawet najlepsi. Jazda konna uznawana jest za kontuzyjny sport, co nie znaczy, że od razu przydarzy się wam coś nieprzyjemnego. Pierwszy raz spadłam z konia po dwóch latach systematycznej jazdy. Do tej pory zaledwie kilka razy. Nawet nie zabolało. Spadamy błyskawicznie, co nie pozwala ciału spinać się i przybrać bardziej „wyszukanych”, niebezpiecznych pozycji.

Meksykańskie przysłowie mówi, że nie wystarczy umieć jeździć, ale trzeba również umieć spadać. Ta prawda odnosi się jednak raczej, jako metafora, do życiowych wzlotów i upadków. Spadamy na szczęście jak placek, w sposób niekontrolowany. Przy jeździe rekreacyjnej lądujemy na miękkim podłożu. Pomyślcie, jak przetrzebiona byłaby ludzkość, gdyby upadki z koni były tak częste i niebezpieczne, jak się to niekiedy przedstawia. Odpowiedni sprzęt, przestrzeganie zasad bezpieczeństwa (konie to płochliwe zwierzęta – ta cecha decydowała o ich przetrwaniu), stosowanie się do poleceń instruktora, obniża ryzyko nagłej zmiany położenia do minimum. Akty ułańskiej fantazji, „szarże lekkiej brygady” zostawmy sobie na później.

A czy wiecie, że powiedzenie „Lepiej spadać z wysokiego konia” – nie jest pustą frazą? A co z kopaniem, gryzieniem? W ciągu pięciu lat kontaktów z końmi żaden mnie nie ugryzł ani nie kopnął. Nawet nie usiłował. Dobry instruktor powinien was zaznajomić z podstawami psychologii konia, wytłumaczyć w jakich sytuacjach koń może kopnąć i że wynika to wyłącznie z poczucia zagrożenia. Jest kilka prostych sposobów, aby go nie wywoływać. Nie podchodzimy do konia z bliskiej odległości od strony zadu. Koń ma tam coś w rodzaju „martwego pola”. Nie widzi nas. Mówiąc obrazowo – nie wie, czy nie jesteśmy przypadkiem skradającym się do niego od tyłu wilkiem. Gdyby wiedział, nie przyszłoby mu nawet do głowy, żeby stresować czy robić krzywdę człowiekowi, z którym zawsze szuka porozumienia.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

6 thoughts on “Jazda konna – fakty i mity

  • 9 listopada 2014 at 22:46
    Permalink

    Jako dziecko często jezdziłam i to właśnie za pracę przy koniach bo byliśmy biedni, spadałam prawie codziennie bo to był duży klub jezdziecki, konie miały codziennie nowych , niedoświadczonych uczniów…upadki były normalką, teraz po 30 latach..mając 50 + dosiadłam fiorda i już od ponad roku jeżdzę w miarę możliwości czasowych i finansowych..wolę na przykład jazdę konną niż nowy ciuch a ciuchy kupuję w lumpeksie, nadal jestem biedna..kocham konie, zawsze się trochę boję ale czytam dużo o psychologi koni i słucham instruktora, wiem, że zawsze coś sie może zdarzyć jednak miłość jest silniejsza..

    Reply
    • 24 stycznia 2015 at 15:39
      Permalink

      Trzymam w takim razie za Panią mocno kciuki. Ja również ostatni grosz wydałabym prędzej na konie niż kino czy kosztowną kolację. Jedyną poważną konkurencją są książki – choć i te coraz częściej odkładam na rzecz przebywania z końmi.

      Reply
  • 21 lutego 2016 at 15:32
    Permalink

    Świetnie napisany artykuł.Mam nadzieję,że w stajni gdzie mam zamiar jeździć właściciele zgodzą sie na układ 1h pracy-1h jazdy,albo 1h pracy-0,5 h jazdy.Dla mnie czas spędzony z końmi to najcenniejszy czas :D

    Reply
  • 19 września 2016 at 21:29
    Permalink

    ojej ..to niesamowite ..znalazłam swój wpis po dwóch latach, nadal oczywiście dosiadam konie, czwarty rok, ten rok był najlepszy -od maja do teraz jeżdzę coraz lepiej a i kocham nadal tak samo mocno, przez te cztery lata nawiązując do artykułu powiem , że jeden raz koń mnie poniósł, przestraszył się znajomego pieska , który nagle wybiegł za domku, wszystko stało się tak nagle , że bardziej mnie zdziwił niż wystraszył a ja? zaczełam hamować pulsacyjnie i zatrzymał się.
    Wiem, że fiordy są bardzo spokojne ale też płochliwe i tego nie można całkowicie wyeliminować …ale jak sie chce coś przeżyć to zawsze jest ryzyko i myślę , że warto

    Reply
  • 21 listopada 2016 at 18:03
    Permalink

    Kompletnie nie zgadzam się z opinią autora tego artykułu. SPADAĆ TRZEBA UMIEĆ.
    Jeżdżę konno od dziecka, przerwałam nauka ze względu na wysokie koszta lekcji. Po 6 latach wróciłam do tego sportu. Im więcej chce umieć tym częściej coś idzie nie tak. W obecne wakacje spadłam z konia i wylądowałam na pogotowiu z wstrząsem mózgu i zgniecioną kością krzyżową. Do tej pory wiem i nikt mi nie udowodni, że przed samym spadnięciem jest pewna świadomość, że nie radzę sobię, że spadnę. Kilka może kilkanaście sekund przed upadkiem każdy jeździeć mimo walki zdaję sobie sprawę, że zaraz spadnie. Kwestia jest tylko tego czy potrafi spaść aby nic sobie nie uszkodzić. Od mojego tragicznego wypadku rzadko zdarza mi się teraz upaść bo walczę do końca ale są momenty, w których zdajemy sobie sprawę, że już nic nie zostało jak „wygodnie osiąść na ziemi” a też trzeba wiedzieć jak.! Pozdrawiam

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.