Occupy Wall Street 15-11-2011

Zieloni mierzą się z nierównością

Edgar Szoc
25 lutego 2013

Nierówność była jednym z czynników, które wprawiły w ruch prowadzącą w dół spiralę, zakończoną globalnym kryzysem finansowym. Obecnie została ostatecznie uznana za kluczowy problem. Skuteczne działanie w celu jej zmniejszenia może nam pomóc nie tylko w poradzeniu sobie z kryzysem, lecz również w przejściu do bardziej zrównoważonego społeczeństwa.

Nierówność dźwignią kryzysu

Kiedy tylko kryzys związany z kredytami hipotecznymi o wysokim ryzyku rozprzestrzenił się na dobre i w październiku 2008 r. ogłoszono coś dotąd nie do wyobrażenia, bankructwo Lehman Brothers, rozpoczęło się wskazywanie winnych. Ustalenie, kto odpowiadał za kryzys, nie trwało długo: chciwi bankierzy, skorumpowani pośrednicy, zadowolone z siebie agencje ratingowe i całkowicie pozbawione zdrowego rozsądku instytucje kontrolne. Była to historia dotycząca wyłącznie świata finansowego: bańka spekulacyjna oderwana od „realnej gospodarki” i napędzana przez zawiłe transakcje, asymetria informacji oraz deregulacja, a następnie wybuch, który spowodował ogromne „straty uboczne”.

Żadna z powyższych informacji nie jest błędna. Lecz obarczenie odpowiedzialnością za największy globalny kryzys finansowy w ciągu ostatnich 80 lat jedynie błędów i defraudacji w sektorze finansowym to za mało. Gdy emocje uległy uspokojeniu i minęły najgorsze lęki, ekonomiści podjęli przekonujące próby wykazania, do jakiego stopnia żadne z tych zjawisk nie byłoby możliwe bez uprzedniego wzrostu nierówności, a zwłaszcza stagnacji średnich dochodów gospodarstw domowych (szczególnie w USA).

W istocie, to właśnie presja na utrzymanie stałego standardu życia przy relatywnie niższych pensjach dała początek masowemu zaciąganiu kredytów. Deregulacja dokonała reszty. Lecz nie spowodowałaby ona tak ogromnych szkód, gdyby nie poprzedziła jej stagnacja płac. To spostrzeżenie i równoległa tendencja gwałtownego wzrostu najwyższych wynagrodzeń sprawiły, że kwestia nierówności ekonomicznych znalazła się centrum debaty publicznej, która przez trzy dekady zdominowana była przez hegemonię neoliberalną. Nawet tradycyjni orędownicy walki przeciwko nierówności mieli skłonność do koncentrowania swojej energii raczej na zwalczaniu ubóstwa. Jakie znaczenie miały nierówności ekonomiczne, gdy, w kategoriach bezwzględnych, poziom życia większości ludzi ubogich w społeczeństwie wzrósł?

Podążając za tą samą logiką, większość partii rządzących – niektóre w bardziej, inne w mniej eufemistycznym tonie – podzielała opinię Gordona Gekko z filmu Olivera Stone’a „Wall Street”: „Chciwość jest dobra”. Brytyjski polityk Peter Mandelson wyraził to równie otwarcie w swoim komentarzu na temat Nowej Partii Pracy (New Labour): „Nowa Partia Pracy nie ma nic przeciwko temu, żeby ludzie stawali się obrzydliwie bogaci – dopóki płacą podatki” (New Labour is intensely relaxed about people getting filthy rich – as long as they pay their taxes).

Co na to Zieloni?

Posługując się kategoriami ukutymi przez Nancy Fraser, musimy przyznać, że od swojego powstania partie ekologiczne większy nacisk kładły na walkę z nierównościami w wymiarze „uznania” niż „redystrybucji”. Zmagania o uznanie (różnych grup mniejszościowych, kobiet, środowisk imigranckich, homoseksualistów itd.) są częścią zielonej tożsamości i były siłą napędową Zielonych, odkąd pojawili się na scenie instytucjonalnej polityki. W tej dziedzinie mają imponujące osiągnięcia: w krótkim czasie w wielu krajach prawo i ludzka mentalność zmieniły się w oszałamiającym tempie.

Jeśli chodzi o nierówności ekonomiczne, a tym samym kwestię redystrybucji, bilans osiągnięć nie wygląda tak dobrze (nawet jeśli niewielka w tym wina samych Zielonych). W istocie narodziny różnych partii Zielonych zbiegły się w czasie ze wzrostem nierówności ekonomicznych. Zieloni byli z konieczności nastawieni na ich zmniejszanie (przynajmniej w krajach uprzemysłowionych) pod naciskiem ruchów pracowniczych, zinstytucjonalizowanym przez powojenne porozumienia społeczne. Chociaż związek Zielonych z problemem nierówności ekonomicznych jest złożony, wielopłaszczyznowy i dyskusyjny, ograniczenie się do „złotej legendy” walki o uznanie i niedostrzeganie potrzeby redystrybucji oznacza polityczną i geograficzną krótkowzroczność.

Z historycznego punktu widzenia walka podjęta przez Zielonych i związki zawodowe tak naprawdę wyrosła ze wspólnych korzeni, które są o wiele starsze, niż można by pomyśleć, zważywszy, że ruchy polityczne i partie Zielonych pojawiły się dopiero w następstwie 1968 r. Według Alaina Lipietza, pierwsze batalie ruchów pracowniczych wiązały ze sobą kwestie społeczno-ekonomiczne (płace, godziny pracy itd.) i szeroko pojęte kwestie ekologiczne (stosowane produkty, sprawozdanie jako narzędzie itd.). To powiązanie jest ciągle widoczne w wielu krajach rozwijających się. Walka społeczna nieuchronnie dotyczy poprawy podstawowych warunków materialnych, lub przynajmniej respektowania prawa do standardów życia i ich zachowania. Joan Martinez-Alier w swojej znakomitej książce „The Environmentalism of the Poor” przedstawia wiele zaskakujących i przekonujących przykładów.

Jeśli ten uprzywilejowany związek z ruchem pracowniczym może się dzisiaj wydać Zielonym w Zachodniej Europie nieco egzotyczny, jest tak bez wątpienia zarówno z powodu specyficznej ewolucji, jaką przeszły organizacje reprezentujące klasę robotniczą, jak i zmian wynikających z przejścia do gospodarki postindustrialnej. Ale być może jest jeszcze inny powód. My Zieloni nie damy się uwieść metaforze „wszyscy na jednym wózku”.

Dominujące definicje pojęcia środowiska naturalnego ujmują je zwykle jako uniwersalny byt, który jest zarówno obiektywny, jak i odporny na zróżnicowanie społeczne. Jedziemy wszyscy na tym samym wózku, jeśli chodzi o radzenie sobie ze zniszczeniami środowiska, takimi jak opad radioaktywny czy globalne ocieplenie. Tak więc, powtarzając opinię niemieckiego socjologa Ulricha Becka: czy przedstawiciele nauk społecznych uważają to globalne, systemowe i niezróżnicowane ryzyko za nowy nieprzekraczalny horyzont naszych współczesnych społeczeństw? Według Becka ryzyko nie zna już istotnych barier terytorialnych lub społecznych. Znaczyłoby to jednak, że zapomnieliśmy (raczej za szybko), iż degradacja ekologiczna nie ogranicza się w żadnej mierze do tych globalnych zagrożeń i biorąc pod uwagę zjawiska takie jak zanieczyszczenie powietrza i zagrożenie hałasem, metafora jednego wózka nie jest zbyt trafna. Bardziej celna byłaby przenośnia mówiąca o flotylli złożonej zarówno z luksusowych statków wycieczkowych, jak i starych rozchybotanych łodzi. Ruch na rzecz sprawiedliwości klimatycznej przypomina nam także, że jeśli chodzi o zmiany klimatu, globalne ryzyko, odpowiedzialność historyczna (i obecna), a także inne zagrożenia, są również rozłożone bardzo nierówno.

Ekologiczny punkt widzenia na kwestię nierówności nie może ignorować tego nowego wymiaru (nowego z perspektywy naukowej, nie w sensie faktycznego istnienia). Wymiar ekologiczny powinien teraz zostać dodany do nierówności społecznych, ekonomicznych, etnicznych i płciowych, tradycyjnie badanych i mierzonych (chodzi przy tym zarówno o udział w powodowaniu, jak i w ponoszeniu ciężaru zniszczeń ekologicznych). Włączenie tego wymiaru rzuca również światło na pozostałe: badania poszczególnych przypadków rzeczywiście potwierdzają, że nierówności ekologiczne wykraczają poza nierówności społeczno-ekonomiczne i zarazem pogłębiają je.

W stronę nowej teorii sprawiedliwości

Powrotowi problemu nierówności na pierwszy plan brakuje jednak ciągle podstawy teoretycznej. Pomimo, że badania Jacques’a Sapira (Un an après w „Actualités de la Recherche en histoire visuelle”) i Ragurama Rajana („Fault Lines: How Hidden Fractures Still Threaten the World Economy”), a także Richarda Wilkinsona i Kate Pickett („Duch równości”) pokazują jasno decydujący wpływ nierówności na stabilność, dobrobyt i zrównoważenie społeczeństw, polityka publiczna nadal kieruje się (w sposób zawoalowany bądź jawny) ślepym na nierówności „kryterium maksyminowym” Johna Rawlsa. Jakkolwiek wielu badaczy zajmuje się tą kwestią i znajduje sprzeczności w jego teorii, wyraźnie brakuje nam struktury intelektualnej, która mogłaby nadać temu znaczenie i zrekonstruować Teorię Sprawiedliwości, stawiając w centrum nierówności (we wszystkich wymiarach) i ich strukturalne konsekwencje.

W sytuacji, gdy filary, na których zbudowano system społeczno-gospodarczy, zarówno w okresie powojennym, jak i podczas neoliberalnej transformacji, sypią się jeden po drugim, przebudowa Teorii Sprawiedliwości na bazie kwestii ekologicznych i nowych ograniczeń przez nie narzuconych, jest dziś palącym i doniosłym wyzwaniem. To zadanie, zarówno stymulujące intelektualnie, jak i politycznie konieczne, będzie bez wątpienia największym wyzwaniem dla Zielonych w nadchodzących latach. Zmierzenie się z nim będzie również warunkiem wyborczych sukcesów.

Artykuł „On the importance of inequality for European Greens” ukazał się w „Green European Journal”. Przeł. Jan Skoczylas.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *