Chusty a sprawa kanadyjska

Bartłomiej Kozek
16 października 2015

Dwie kobiety, które odmówiły zdjęcia nikabu w trakcie uroczystości nadania im obywatelstwa, prawdopodobnie wywróciły przedwyborczy wyścig w Kanadzie do góry nogami.

Emocje w tej najdłuższej od lat kampanii wyborczej w Kanadzie miały być nakierowane zupełnie gdzie indziej.

Głównym tematem dyskusji – poza znanym również z Polski debatowaniem o formacie debat partyjnych liderów – miała być zadyszka, w jaką wpadła tamtejsza gospodarka. Sposoby ożywienia osuwających się w stronę recesji wskaźników ekonomicznych miały zdominować dyskusje na długie tygodnie.

Przez jakiś czas tak zresztą było. Rządzący krajem od roku 2006 konserwatyści premiera Stephena Harpera bronili swojego dorobku, obiecując utrzymanie kursu na nadwyżki budżetowe i wykluczając podwyżki podatków.

Przez opozycję – Partię Liberalną Justina Trudeau oraz Nową Partię Demokratyczną Toma Mulcaira – krytykowani byli m.in. za stawianie wszystkiego na jedną kartę wydobywania i eksportu ropy z piasków bitumicznych w prowincji Alberta.

Lewica z nadzieją

W tejże prowincji w kwietniu tego roku doszło do politycznego trzęsienia ziemi. Rządzący nią od lat 70. XX wieku konserwatyści utracili władzę na rzecz socjaldemokratów z NDP. Tak jak z reguły wyniki wyborów prowincjonalnych nie mają w Kanadzie wyraźnego przełożenia na politykę ogólnokrajową, tak tym razem pomogły oficjalnej opozycji w Ottawie w odzyskaniu politycznego wiatru w żagle.

NDP zdarzało się rządzić w prowincjach, ale nie w całym kraju. Do roku 2011 ich największym sukcesem było wsparcie liberalnych rządów w przeforsowaniu takich reform społecznych, jak wprowadzenie w latach 60. XX wieku powszechnej opieki zdrowotnej czy – w późniejszym okresie – systemu waloryzacji emerytur.

Nowa „pomarańczowa fala” miała przypominać tę sprzed 4 lat, kiedy to ówczesny lider partii, Jack Layton, zauroczył w sobie Quebec, odbijając go z rąk zwolenników niepodległości tej frankofońskiej prowincji. Gdy w tym samym roku zmarł na raka wyzwanie dalszego poszerzania poparcia w celu przejęcia władzy z rąk Konserwatywnej Partii Kanady zaczęło zdawać się jeszcze trudniejsze.

Nowy duch w centrum

Tym bardziej, że dotychczasowa „tradycyjna partia władzy” – liberałowie – nie zamierzali poddać się bez walki. Upokorzeni zepchnięciem na trzecią pozycję i zredukowaniem do dość szkieletowej reprezentacji w kanadyjskiej Izbie Gmin, postawili na młodego polityka z wielkim kapitałem symbolicznym.

Justin Trudeau, bo o nim mowa, to syn wieloletniego premiera tego kraju, którego rządy położyć miały fundamenty pod dzisiejszą Kanadę – od uznania francuskiego za język równorzędny z angielskim, poprzez wspomniane już reformy społeczne, aż po aktywną rolę na arenie międzynarodowej.

Trudeaumania miała swoje wzloty i upadki. Wkrótce po wyborze na lidera sondaże wystrzeliły w górę, momentami wieszcząc wręcz samodzielne rządy liberałów. Potem przyszły cięższe chwile, kiedy konserwatyści punktowali go za to, że jego najbardziej znaną propozycją programową była legalizacja marihuany. Dodajmy do tego poparcie dla kontrowersyjnej ustawy C-51, która zdaniem jej przeciwników dawała zbyt duże uprawnienia służbom antyterrorystycznym (nie to, czego spodziewać by się można było po liberałach, prawda?) by recepta na zadyszkę była gotowa.

W żelaznym uścisku

W efekcie splotu wspomnianych wydarzeń wkrótce po oficjalnym, sierpniowym ogłoszeniu rozpoczęcia formalnej kampanii przedwyborczej Kanada po raz pierwszy w historii z zapartym tchem obserwowała wyścig trzech równorzędnych partii.

Bywały momenty, w których socjaldemokraci sięgali 40% poparcia i wydawali się niepokonani. Bywały też takie, w których sondażowa różnica między nimi a konserwatystami i liberałami sięgała… jednego punktu procentowego. Przy ordynacji jednomandatowej taki scenariusz oznaczał tylko jedno – możliwe jest właściwie wszystko.

Ponieważ w badaniach opinii publicznej regularnie przewijał się wątek zmiany i zmęczenia rządami Harpera, dwie główne partie opozycyjne nierzadko pytano o to, czy mają zamiar zawrzeć formalną koalicję. Choć do pomysłu w kanadyjskiej historii parokrotnie się przymierzano, to normą w wypadku braku większości w Izbie Gmin były rządy z mniej lub bardziej stabilnym wsparciem mniejszych ugrupowań.

Mulcair mrugał okiem, Trudeau preferował bardziej „konwencjonalną” wizję rządu mniejszościowego – deklarując oczywiście, że walczy o samodzielną większość. To o tyle ciekawe, że obie formacje myślą o odejściu od „czystego” systemu westminsterskiego i wprowadzenia mniejszych czy większych elementów proporcjonalności do ordynacji wyborczej – co siłą rzeczy koalicje by wymuszało.

Frankofońskie pole bitwy

Myśleć o współpracy, kiedy przeciwnik trzyma klucze do zwycięstwa nie jest sprawą łatwą. W tej kampanii – której finałem będą wybory w poniedziałek, 19 października – jednym z takich kluczy jest Quebec. To stąd pochodzi większa część klubu parlamentarnego socjaldemokratów i to tu w wyścigu mają znaczenie nie trzy, ale cztery partie.

Do trzech ogólnokrajowych dołącza tu Blok Quebecki. Najlepsze lata ma on póki co za sobą. Po zmieceniu z politycznej sceny oraz wewnętrznych rozłamach zdołał on na koniec kadencji parlamentu zachować dwójkę posłów – tylu, co Zieloni. Ich nowy-stary lider, Gilles Duceppe, nie miał przez większość tej kampanii wiele szczęścia. Przedwyborcze barometry alarmowały, że w kolejnym parlamencie na Blok może nie być już miejsca – ewentualnie że zachowa jednego deputowanego.

Na osłabieniu NDP zależało zatem liberałom, którzy marzyli o odzyskaniu wpływów w Quebecu i poprawie notowań w prowincji, uznawanej za główne pole starcia – w sąsiednim Ontario. Zależało również walczącym o przetrwanie separatystom. Sami potrzebowali jednak kogoś innego, kto postawi „kropkę nad i” i przebije balon z poparciem dla socjaldemokratów. Tym kimś okazał się premier Harper.

Do tej pory wobec Mulcaira nie za bardzo skutkowały konserwatywne jeremiady o tym, jak to nierealistyczne obietnice (takie jak stworzenie miliona nowych miejsc w opiece żłobkowo-przedszkolnej czy obniżenie podatku CIT dla małego biznesu z 11 do 9%) rozsadzą budżet.

Nie szkodziły mu również przytyki Trudeau co do tego, że trzyma się konserwatywnej obietnicy skończenia z deficytami budżetowymi, co utrudnić ma jego zdaniem chociażby realizowanie ambitnych projektów infrastrukturalnych.
Czym jednak byłyby dziś dobre wybory bez wojen kulturowych?

Pułapka z zasłony

Temat znalazł się sam. Podatny grunt również. W roku 2011 konserwatyści wprowadzili obowiązek posiadania odsłoniętej twarzy w trakcie uroczystości nadawania obywatelstwa. Pochodząca z Pakistanu Zunera Ishak postanowiła zaskarżyć to prawo przed sądem stwierdzając, że ogranicza ono swobody, przysługujące jej jako (przyszłej) obywatelce.

I wygrała.

Partia premiera Harpera zadeklarowała, że – mimo przegrania również i apelacji – nie zamierza odpuścić i będzie walczyć przed Sądem Najwyższym. Choć Kanada jest krajem jak na globalne standardy całkiem otwartym na imigrację, w którym zasadniczo panuje w tej sprawie konsensus (w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych osoby o imigranckich korzeniach nie mają tu wielu oporów przed głosowaniem na prawicę), a całe zamieszanie przez ostatnie lata dotyczyło dwóch kobiet, to jednak każda okazja do pognębienia politycznego oponenta jest dobra, czyż nie?

Okazja była idealna – francuskojęzyczna debata telewizyjna w studiu w Montrealu. Mulcair, jako zwolennik prawa kobiet do ubierania się wedle własnych życzeń, otrzymuje solidną porcję grillowania. – Panie Mulcair, nigdy nie powiem swojej młodej córce, że kobieta musi zasłaniać swoją twarz tylko dlatego, że jest kobietą – deklaruje premier Harper. – To kwestia równości kobiet i mężczyzn – dodaje Duceppe, którego partia ma w sprawie nikabu to samo zdanie co konserwatyści.

Trudeau stara się nie zwracać na siebie uwagi w tej kwestii. Być może dlatego, że sam ma zdanie podobne do lidera socjaldemokratów. Na grillowanie narażać się nie chce – wie, że jeśli się nie sparzy będzie jednym z jego beneficjentów. Odnotuje fakt, że konserwatyści i separatyści chcą skorzystać na polityce strachu i podziału. Tak, żeby rozczarowani występem lidera NDP wiedzieli, na którą partię mogą przerzucić swój głos. Wahających się między socjaldemokratami a liberałami wyborców nie brakuje.

Debata wzmocniła erozję poparcia dla NDP, które według najnowszych sondaży spada poniżej 25%. W Quebecu na partię Mulcaira do niedawna głosować miała co druga osoba, wybierająca się do lokalu wyborczego. Teraz – jeśli wierzyć badaniom ośrodka Nanos dla stacji CTV – takie plany ma już tylko 30% uprawnionych do głosowania w tej prowincji.

Choć taki obrót spraw zasadniczo zwiększa szansę mniejszościowego rządu liberałów, wspieranego przez socjaldemokratów, może również skończyć się ponownymi rządami Harpera. Na razie scenariusz utrzymania przez niego bezwzględnej większości w parlamencie wydaje się mało prawdopodobny. Liberałowie dość wyraźnie odskoczyli w sondażach od konserwatystów. Jeśli jednak w Quebecu i Kolumbii Brytyjskiej o głosy lewicy i centrum walczyć będą trzy partie (liberałowie, NDP oraz – odpowiednio – Blok Quebecki i Zieloni), to nie jest on zupełnie wykluczony.

Harper nie musi jeszcze pakować swoich walizek. Ostatnie dni kampanii mogą zresztą przynieść kolejne, nieoczekiwane zwroty akcji. Kto na przykład wie, czy któryś z lokalnych negatywnych spotów wyborczych nie zasieje wątpliwości w tego czy innego lidera? Albo jak w ciągu parunastu godzin zmieni się „mądrość tłumu” w Internecie?

Wszystko powinno być mniej więcej jasne we wtorkowy poranek czasu polskiego.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *