Historia bez nadęcia

Bartłomiej Kozek
30 stycznia 2015

Do kin weszła „Hiszpanka” (reż. Łukasz Barczyk), reklamowana jako polska superprodukcja, luźno acz obficie czerpiąca z dziejów Polski. Jak udał się ten nietypowy pomysł?

Od kilku lat, nieco na uboczu rosnącego zainteresowania powstaniem warszawskim, przypomina się również o zdarzeniu nieco wcześniejszym. Powstanie wielkopolskie, uznawane za jedyny zakończony sukcesem zryw w polskiej historii, przywróciło region odradzającemu się krajowi.

Znając polską tendencję do śmiertelnie poważnego traktowania dziejów kraju, można było się obawiać, że gdy znajdą się pieniądze na sfilmowanie wydarzeń lat 1918-1919, otrzymamy pompatyczne, heroiczne kino, przygniatające nas Wielką Historią i Wielkim Cierpieniem. Tymczasem tym razem – mimo zaangażowania środków publicznych i wsparcia wielkopolskiego samorządu – otrzymaliśmy rzecz lekkostrawną, a jednocześnie nie obrażającą zanadto inteligencji widza.

Duch polskości i duch Paderewskiego

Oto w Poznaniu spotyka się grupa osób zainteresowanych zjawiskami paranormalnymi. Wspólnymi mediumicznymi siłami odkrywają, że Niemcy szykują spisek na podróżującego z Londynu do Warszawy słynnego polskiego kompozytora Ignacego Jana Paderewskiego. Do ustalenia pozostaje określenie, kto pomaga Niemcom osłabić siły witalne wirtuoza, a także pozyskać dla „sprawy narodowej” pewnego żydowskiego jubilera, który za pieniądze gotów jest wesprzeć starania polskich patriotów…

Już ten krótki opis fabuły wyraźnie wskazuje, że nie mamy tu do czynienia z typowym przykładem polskiego kina historycznego. Owszem, na ekranie pojawiają się historyczne postacie, otrzymamy również porcję wiedzy na temat poszczególnych etapów powstania, nie będzie to jednak ani nudny, lekko tylko fabularyzowany wykład, ani obraz martyrologiczno-patriotyczny.

Wręcz przeciwnie – mamy tu do czynienia z kinem wyraźnie rozrywkowym, na dodatek dość zręcznie przeskakującym między wysokimi i niskimi rejestrami. Jedna z głównych bohaterek odgrywa rolę… ruskiej klaczy w wystawianym w polskim teatrze przedstawieniu na podstawie dzieła galicyjskiego twórcy… Stanisława Kubryka. Główny wróg, dysponujący potężnymi mocami (z telekinezą włącznie) doktor Abuse, wzbudzi uśmiech na twarzy a to amatora kinowej klasyki, a to umiarkowanie znających język angielski.

Historia i (pop)kultura

Może ktoś jednak zapytać, czy film z jednej strony zahaczający o historyczne wydarzenia, z drugiej zaś opowiadający na ich bazie zupełnie nieprawdopodobną historię, zdoła utrzymać równowagę między bawieniem audytorium a odlotem w stronę skrajnego przerysowania. Co ciekawe, choć widać tu pewne niedomagania, równowaga ta przez większość „Hiszpanki” zostaje zachowana. Nie dostaniemy tu za dużo patosu, a i szaleńcze triki formalne nie przykrywają mimo wszystko fabuły.

Klaustrofobiczne wnętrza, w których odbywają się seanse mediumiczne, pogoń Paderewskiego za muchą, która niemal prowadzi go do postradania zmysłów, wreszcie przedstawienie teatralne, które momentami zaczyna przypominać „Miasteczko Twin Peaks” – kodów popkulturowych tu nie brakuje. To film, który żeni ważne klisze kultury masowej z polską historią, co udaje mu się naprawdę nie najgorzej.

Oczywiście nie ma co przekonywać, że mamy tu do czynienia z kinem godnym Oskara. Szczególnie na początku potrzeba nieco czasu, by przyzwyczaić się do pewnego przerysowania, trącącego niekiedy sztucznością. Nażelowane włosy doktora Abuse czy przekrzywiona twarz jego żydowskiego rywala Funka wymagają od widza pewnej wyrozumiałości. Kiedy już jednak zaczynają rozwijać się poszczególne wątki opowieści (przyjazd Paderewskiego, aresztowanie części mediów, problemy z finansowaniem „sprawy narodowej”), przestaje to tak bardzo uwierać.

Między faktem a fabułą

Czy osoba, która obejrzy film, zainteresuje się samym powstaniem? Nawet gdyby nie miała na to ochoty, na sam koniec otrzyma w pigułce zestaw faktów historycznych, prezentujących poszczególne momenty wydarzenia. Co więcej, ma szansę przeżyć spory dysonans poznawczy – oto bowiem ogląda film, w którym Polki i Polacy zrzucają obce jarzmo i wygrywają dzięki współpracy oraz dobremu planowaniu. Nawet jeśli uznamy tę wizję za nieco zbyt optymistyczną, to na tle wielu ekranizacji wydarzeń smutnych i krwawych daje nieco odetchnąć od historycznego fatalizmu.

Choć wątek to marginalny, warto szczególnie zwrócić uwagę na to, kiedy z ust jednego z ważniejszych bohaterów pada stwierdzenie, że wolałby, by barwy polskiej flagi – biel i czerwień – kojarzyły się nie z honorem i krwią, lecz z truskawkami ze śmietaną. Lękając się zdradzenia zbyt dużej części fabuły więcej nie napiszę – dość wspomnieć, że niepodległość będzie miała w pewnym momencie gorzki posmak…

Można, jeśli oczywiście się chce, czepiać się szczegółów. Na pewno z klasowego punktu widzenia walka o wolność osuwa się momentami w zabawę elit. Z drugiej jednak strony takie postawienie sprawy, w połączeniu z przerysowaniem niemieckich antagonistów, pozwala ominąć rafę popadnięcia w nacjonalistyczne tony.

Przede wszystkim jednak – przy wszystkich niedociągnięciach – „Hiszpanka” pozwala wyobrazić sobie inne polskie kino historyczne. Kino, w którym historia będzie mogła zejść z piedestału i stać się okazją do opowiadania najróżniejszych historii. Zarówno tych poważnych, jak i tych trochę mniej.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *