Polskie mity nuklearne

Jan Haverkamp
9 września 2014

Poważna awaria w Lubiatowie może sprawić, że Gdynia i Gdańsk, a nawet Warszawa staną się niezdatne do zamieszkania na całe dziesięciolecia, a Polska nie jest przygotowana do zadośćuczynienia ofiarom.

Jest rok 2043…

Jest rok 2043. Polska zbudowała dwa francuskie reaktory jądrowe EPR na Wydmie Lubiatowskiej w gminie Choczewo w województwie pomorskim, które rozpoczęły pracę w 2030 r. po sześcioletnim opóźnieniu w budowie. Dwa następne powstają 16 kilometrów dalej na brzegach jeziora Żarnowiec, otoczone gigantycznymi wieżami chłodniczymi.

Pewnego spokojnego, letniego dnia późnym rankiem pęka rurociąg pierwotnego obiegu chłodzenia bloku pierwszego w Lubiatowie i reaktor w krótkim czasie traci duże ilości wody.

Pomimo rozpaczliwej akcji operatorów 6,5 godziny później rdzeń reaktora jest odsłonięty i poprzez uszkodzony rurociąg ogromne ilości materiałów radioaktywnych przedostają się do środowiska. 17% jodu-131 i podobna ilość cezu-137 zostają wypchnięte do atmosfery przez ciepło reaktora. Wiatr wieje z zachodu. Wieczorem, około godziny 22.00 radioaktywna chmura dociera do Gdyni, gdzie ludzie, siedzący jak przykuci przed telewizorami, oglądają w wiadomościach ewakuację mieszkańców miejscowości takich jak Choczewo, Gniewino i Krokowa oraz walkę pracowników elektrowni w Żarnowcu o ochronę przed promieniowaniem. Tylko niektórzy odwiedzili rano aptekę, aby zaopatrzyć się w tabletki jodu i rozdać je członkom swoich rodzin.

Następnie zostaje ogłoszony rozkaz ewakuacji Gdyni. Późną nocą mężczyzna stoi obok swojego samochodu tkwiącego w korku na drodze do autostrady i wymiotuje. Samochód wypełniony jest członkami jego rodziny i najniezbędniejszym rzeczami. Choroba popromienna o ostrym przebiegu. Później okazuje się, że ci, którzy pozostali w mieście w pierwszym tygodniu po katastrofie, otrzymali dawkę efektywną 500 mSv na skutek wystawienia na działanie promieniowania z opadu cezu-137 oraz kilka siwertów dawki pochłoniętej przez tarczycę z powodu absorpcji jodu-131. Gdynia pozostanie niezdatna do zamieszkania przez dziesięciolecia.

Wypadki nie są brane pod uwagę

Przerażający scenariusz. PGE i polskie Ministerstwo Gospodarki chcą nas przekonać, ze taki wypadek jest niemożliwy. Twierdzą nawet, że nieprawdopodobne jest, aby jakiekolwiek promieniowanie radioaktywne mogło kiedykolwiek wydostać się na zewnątrz z tego nowoczesnego reaktora generacji III+ i że z tego powodu nie są konieczne żadne specjalne środki bezpieczeństwa w odległości od elektrowni większej niż 3 km.

W podjętej 17 lutego 2014 r. decyzji Rady Ministrów ws. polskiego programu nuklearnego tego rodzaju wypadki nie są w ogóle brane pod uwagę.

Pozostaje pytanie, czy jest to uzasadnione. Autorzy raportu Instytutu Bezpieczeństwa i Studiów Ryzyka (IRS) Uniwersytetu BOKU w Wiedniu piszą we wnioskach końcowych: „Nawet jeśli taki rozwój wypadków wydaje się mało prawdopodobny, jest on (i powinien być) brany pod uwagę przy opracowywaniu wymogów i środków bezpieczeństwa dla reaktora jądrowego”.

Powód jest prosty: istnieje duży poziom niepewności kalkulacji dotyczących prawdopodobieństwa niektórych wypadków. Wypadek w Fukushimie nie powinien się zdarzyć częściej niż raz na 10 000 lat. Jednak się zdarzył. Poza tym są kwestie, które nie zostały wzięte pod uwagę w tego rodzaju obliczeniach, takie jak: poważne błędy ludzkie i braki techniczne (pomyślcie o dziesiątkach tysięcy niecertyfikowanych części użytych w południowokoreańskich reaktorach jądrowych), akty terroryzmu i sabotażu oraz działania wojenne.

Ryzyko to prawdopodobieństwo pomnożone przez oddziaływanie, a ponieważ siła oddziaływania może być tak przerażająco wielka, nawet przy niewielkim prawdopodobieństwie wynikającym z probabilistycznej analizy bezpieczeństwa ryzyka nie można wykluczyć. To może się zdarzyć i musimy być przygotowani na konsekwencje.

Analiza bezpieczeństwa innych proponowanych Polsce reaktorów jądrowych, japońskiego Hitachi ABWR i amerykańskiego Westinghouse AP1000, nie daje o wiele lepszych rezultatów. Analogiczne scenariusze w ich przypadku wykazują podobne emisje głównych izotopów promieniotwórczych – cezu-137 i jodu-131. Dotknięta może być nie tylko Gdynia. Inne warunki pogodowe mogłyby doprowadzić do konieczności ewakuacji Gdańska, a nawet części Warszawy.

Odpowiedzialność i koszty

Polski rząd nie chce także otworzyć oczu na koszty poważnej awarii. Polska jest stroną Konwencji Wiedeńskiej i w trakcie przygotowań do przyjęcia Polskiego Programu Jądrowego rząd ostatecznie ratyfikował ostatnie protokoły do tej konwencji.

Konwencja Wiedeńska jest jednym z trzech porozumień międzynarodowych, które organizują kwestie odpowiedzialności po wypadkach jądrowych w taki sposób, by przemysł nuklearny był w stanie przetrwać. Została utworzona przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej w odpowiedzi na Konwencję Paryską, w ramach której państwa zachodnie uregulowały zagadnienia dotyczące swojej odpowiedzialności za awarie nuklearne. Konwencja Paryska była korzystna dla przemysłu nuklearnego, ponieważ wprowadzała: największą kwotę odpowiedzialności (tzw. ograniczenie odpowiedzialności), limit czasu, w którym można dochodzić odpowiedzialności, (co oczywiście, ponieważ wiele potencjalnych skutków zdrowotnych spowodowanych wystawieniem na promieniowanie radioaktywne ujawnia się tylko po długim okresie, jest bardzo korzystne dla przemysłu), oraz brak odpowiedzialności dostawców urządzeń nuklearnych. Potencjalne ofiary uzyskiwały gwarancję, że otrzymają przynajmniej trochę pieniędzy z tytułu odszkodowania, jakkolwiek o wiele za mało. Przyjęto zasadę tzw. „odpowiedzialności bezwzględnej” (strict liability, odpowiedzialność niezależna od udowodnienia winy – przyp. red.), która oznacza, że nie muszą udowadniać, że ich straty zostały spowodowane wypadkiem jądrowym.

Konwencja Wiedeńska daje te same prawa przemysłowi i potencjalnym ofiarom, lecz zmniejsza największą kwotę odpowiedzialności o połowę. Polska ustaliła tę kwotę na 345 milionów euro. Proszę to porównać z oszacowanymi przez Komisję Europejską kosztami katastrofy w Fukushimie: 186 miliardów euro. A następnie proszę porównać tę katastrofę ze scenariuszem opisanym powyżej. Wniosek jest jasny: jakikolwiek poważny wypadek nuklearny doprowadziłby do bankructwa państwa i ofiary mogłyby zapomnieć o odszkodowaniach.

To prawda, że prawdopodobieństwo wypadku nuklearnego w elektrowni atomowej jest małe. Możliwe, że jest ono mniejsze w przypadku nowoczesnych reaktorów – jakkolwiek nie powinniśmy zapominać, że i one pewnego dnia się zestarzeją. Ale nie oznacza to, że powinniśmy pozwolić polskiemu rządowi na wmawianie ludziom, że one nie mogą się zdarzyć. Mogą. Oszacowanie prawdopodobieństwa wystąpienia wypadku jądrowego jest trudne. A jeśli się zdarzy, konsekwencje będą poważne. Bardzo poważne.

Greenpeace apeluje do polskiego rządu o ponowne przeanalizowanie programu nuklearnego. Z powodów ekonomicznych, ekologicznych, geopolitycznych, jak również pod względem bezpieczeństwa. W świetle raportu zamówionego przez Greenpeace wydaje się to bardzo rozsądnym żądaniem.

Przeł. Jan Skoczylas

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *