Ruch dóbr wspólnych proponuje rozwiązania, które potwierdziły swoją użyteczność w najróżniejszych społecznościach. Przykłady jego udanych przedsięwzięć oraz toczących się w jego obrębie dyskusji postanowiła przybliżyć Fundacja im. Heinricha Bölla. (więcej…)

Zielone projekty energetyczne – słoneczne, wiatrowe i inne – kwitną nawet w najbardziej zanieczyszczonych miejscach. Oto 7 stanów, które przodują w tym procesie. (więcej…)

Jeśli przyjąć, że polityka neoliberalna wyzwala energię i mobilizuje „aktywnych” ludzi do intensywnej działalności i rozwoju, to jednocześnie musimy uznać, że dobrostan pozostałej części społeczeństwa ulega pogorszeniu. Konieczna staje się aktywna polityka rządu, aby powstrzymać wzrost społecznego rozwarstwienia i pogłębianie się przepaści między bogatymi a biednymi. Obie te warstwy powstają kosztem warstwy średniej, której istnienie jest zasadniczym warunkiem prawidłowo rozwijającego się państwa. Podstawą polityki państwa powinna być zasada, że dochody ludności uboższej winny rosnąć szybciej niż ludności zamożnej. Pozwoliłoby to również lepiej wykorzystać potencjał gospodarczy Polski.

Rozwarstwienie a polityka energetyczna

W przypadku polityki energetycznej przyczyną zjawiska skutkującego powiększaniem się rozwarstwienia społecznego jest „zawłaszczenie” pewnych źródeł energii (złoża ropy naftowej czy gazu ziemnego) np. przez koncerny krajowe i międzynarodowe. Polska jest przykładem kraju, w którym polityka energetyczna jest w rękach lobby paliwowo-energetycznego. Oznacza to, że właściciel czy dysponent źródeł energii może dyktować cenę, a odbiorca musi ją płacić.

Wyjściem z tej sytuacji jest oparcie polityki energetycznej na energii, której źródeł nie można zawłaszczyć. Właściwość taką mają odnawialne źródła energii (OZE), a polityka oparcia się na OZE nazywana jest demokracją energetyczną. Chodzi przede wszystkim o energię wiatrową i słoneczną. Obok elektrowni słonecznej czy wiatrowej można zbudować inne tego typu konkurencyjne elektrownie, co może obniżyć cenę prądu.

Odnawialne źródła energii są, co istotne, własnym krajowym źródłem energii. Dziś Unia Europejska importuje aż 55% potrzebnej jej energii, z tendencją do wzrostu tego importu nawet do 70%. Stąd obecne w unijnej polityce dążenie do oparcia się w większym stopniu na OZE. Polska pod wpływem swojego lobby paliwowo-węglowego już kilkakrotnie wetowała projekty bardziej ambitnego promowania przez Unię Europejską energetyki odnawialnej.

Weta te uzasadniano obroną polskiego węgla. Obrona ta sprawia wrażenie nieracjonalnej w sytuacji, gdy importujemy 15% węgla i inwestujemy w nowe elektrownie węglowe. Jeśli do tego dodamy opłaty za emisję CO2, to musi się to odbić na wzroście cen energii elektrycznej, który pokryją odbiorcy.

Alternatywą byłoby postawienie na OZE, ale ich rozwój jest jak dotąd skutecznie hamowany. Widać to w odwlekaniu prac nad nowoczesną i skuteczną ustawą o OZE, jak też w rozpowszechnianiu opinii, że jest to droga i nierealna metoda uzyskiwania energii. Zaprzecza temu przykład Niemiec, które w roku 2011 zarobiły na OZE 11,2 mld euro.

Ryc. 1 Koszty i korzyści otrzymywania prądu z energii odnawialnej w 2010 r. w Niemczech

Ryc. 1 Koszty i korzyści otrzymywania prądu z energii odnawialnej w 2010 r. w Niemczech

Wynik ten był tak zachęcający, że opracowano kilka metod całkowitego przejścia gospodarki Niemiec na energię odnawialną. Jena z nich opracowana przez redakcję „Photon” podaje jako ostateczny rezultat:

  • przejście takie możliwe już w 2030 r.,
  • cena prądu będzie poniżej ceny obecnej,
  • warunki techniczne: oparcie się na: 70% energii wiatrowej oraz 30% energii słonecznej.
  • Ile wydajemy na atom

    Oczywiście symulacje niemieckie zakładają całkowitą rezygnację z energetyki jądrowej. Polskie lobby paliwowo-energetyczne, chcące mieć dalej w swoich rękach zasadnicze źródła energii, preferuje budowę elektrowni jądrowej, mimo że obecnie inwestycja taka jest ekonomicznie nieopłacalna.

    W odpowiedzi na interpelację poselską Anny Grodzkiej (nr 19289), wnioskującej o podanie aktualnych kosztów takiej budowy, Ministerstwo Gospodarki powołało się na nieaktualne dane z OECD z 2010 r. Dane te nie przypadkiem opublikowane są w roku poprzedzającymi katastrofę elektrowni jądrowej w Fukushimie (2011), od kiedy to koszty inwestycyjne i eksploatacyjne budowy elektrowni jądrowych znacznie wzrosły. Natomiast aktualne dane z 2013 r. według Agencji Rynku Energii oraz prof. Andrzeja Strupczewskiego wskazują, że obecnie cena inwestycyjna 1 MW prądu z elektrowni jądrowej wynosi ok. 4,5 mln euro i jest co najmniej 3 razy wyższa niż 1 MW prądu z elektrowni słonecznych czy wiatrowych.

    Również koszty eksploatacyjne prądu z elektrowni jądrowej, zawierające koszty zagospodarowania odpadami promieniotwórczymi (ok. 30-40% kosztów inwestycyjnych) oraz koszty paliwa (ok. 10-15% kosztów inwestycyjnych) znacznie przewyższają koszty eksploatacyjne elektrowni słonecznych czy wiatrowych, ponieważ słońce czy wiatr nie pobierają opłat. Należy też pamiętać, że w czasie kilkunastoletniego okresu budowy elektrowni jądrowej nowe rodzaje OZE jak fotowoltaika czy nowe metody magazynowania prądu elektrycznego będą się dalej rozwijać i stanowić coraz większą konkurencję dla energetyki jądrowej.

    Następna teza, że farmy wiatrowe i elektrownie słoneczne cechuje „konieczność dotowania niezapewniająca zwrotu z inwestycji’’, świadczy o nieznajomości praktyki stosowania OZE. Oficjalne dane z Niemiec informują, że gospodarka niemiecka zarobiła na wprowadzaniu OZE 11,3 mld euro w 2010 r. Coroczne zarabianie na OZE ok. 11 mld euro oraz zatrudnienie dodatkowo w OZE ok. 450 tysięcy pracowników powinno być znane ministerstwu i uwzględniane w założeniach naszej polityki energetycznej.

    Stwierdzenie ministerstwa o braku zwrotu kosztów inwestycji w OZE można natomiast bez wahania odnieść do kosztów zainwestowanych w promocje i przygotowania do budowy elektrowni jądrowej. Koszty te wynoszą według informacji z Ministerstwa Gospodarki już ok. 370 mln zł. Nasuwa się pytanie: kto decyduje o tych rosnących wydatkach? Na co PGE S.A. wydała ponad 98 mln zł?

    Na kwotę tę składają się m.in. wysokie wynagrodzenia dwóch nowo powołanych spółek: PGE EJ1 oraz PGE EJ. Obie spółki zajmują się przygotowaniem inwestycji w elektrownie, natomiast PGE EJ dodatkowo buduje kapitał intelektualny. Zarządy obu spółek są identyczne, zakresy pracy podobne, jedynie wynagrodzenia są oddzielne i wysokie. Zarobki prezesa obu spółek, byłego ministra skarbu, Aleksandra Grada wynoszą w spółce PGE EJ1 41 468 zł, a w spółce PGE PGE EJ 13 818 zł. Zarobki pozostałych członków zarządów obu tych spółek są równie wysokie i wynoszą ok. 40 tys. zł.

    Lobby czy dobro ogółu?

    Znamienne, że odpowiedź na interpelację poselską nr 19289 podpisała prof. Hanna Trojanowska, Pełnomocnik Rządu ds. Energii Jądrowej. Wyjaśnia to częściowo powoływanie się w tym piśmie na dane nieaktualne, ale korzystne dla energetyki jądrowej, jak też pomijanie danych korzystnych dla OZE. Stwarza to wrażenie, że Ministerstwo Gospodarki traktuje OZE jako konkurenta, a nie partnera, zaś polityka energetyczna rządu podporządkowana jest interesom różnych sektorów lobby paliwowego, a nie rozwojowi państwa i społeczeństwa.

    Europa nie żyje. Albo może: Niech żyje Europa? Są tacy, co uważają, że nadal grozi jej paraliż i rozpad, oraz ci, którzy wykorzystują choćby najmniejszy pozytywny sygnał, by z optymizmem ogłosić – nie po raz pierwszy – że kryzys może służyć Europie za punkt odbicia. Brakuje jednak głębszego poczucia historii, które pomogłoby zrozumieć obecny kryzys jako punkt zwrotny w procesie, który trwa już ponad 50 lat.

    Projekt europejski przeszedł przez kilka odrębnych faz, które są ściśle związane z przekształceniami w systemie światowym. Pierwsza z nich trwała od utworzenia Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS) w 1951 r. do okresu po wydarzeniach 1968 r. i kryzysu naftowego; kolejna od r. 1970 do upadku systemu radzieckiego i zjednoczenia Niemiec w 1990 r.; zaś ostatnia – od zainicjowanego w następstwie tych wydarzeń rozszerzenia Unii Europejskiej na wschód aż po kryzys zapoczątkowany pęknięciem bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości w USA w 2007 r. i bankructwem Grecji, częściowo powstrzymanym w 2010 r., w warunkach, które są dobrze znane.

    Europa – świadomy wybór

    Byłoby jednak błędem patrzeć na rozwój projektu europejskiego jak na proces liniowy, który może najwyżej przebiegać szybciej lub wolniej. Każdy z etapów tej historii stanowił scenę konfliktu między kilkoma możliwymi ścieżkami.

    Początkowy okres zaraz po r. 1945 można postrzegać w kontekście zimnej wojny, ale także odbudowy przemysłu Europy Zachodniej i stworzenia systemów zabezpieczeń społecznych. Cechą tej fazy było uświadomione napięcie między absorpcją Europy do strefy wpływów USA a dążeniem do własnego geopolitycznego i geoekonomicznego odrodzenia. Zwyciężył ten drugi kierunek, oczywiście w ramach kapitalizmu.

    To samo odnosi się do ostatniego etapu, którego wynik jest jednak przeciwny. Nie na korzyść (kruszącej się w oczach) amerykańskiej hegemonii, ale asymilacji przez zglobalizowany kapitalizm finansowy. Tutaj decydującą rolę odegrały Niemcy. Istotne było zwłaszcza postawienie przez kanclerza Gerharda Schrödera (1998-2005) na konkurencyjność przemysłu w oparciu o utrzymywanie niskich płac.

    Kluczową kwestią jest jednak zrozumienie, jak dokonywano wyborów i jak zmieniały się relacje władzy w środkowym okresie dominacji francusko-niemieckiego tandemu, w czasach Komisji Delorsa (1985-1994). Zaproponowano wówczas dwa nowe rozwiązania, mające stanowić równorzędne filary „wielkiego rynku”: jednolitą walutę i „Europę socjalną”.

    Jak wiadomo, euro stało się centralną instytucją Unii Europejskiej (nawet jeśli nie wszystkie państwa je przyjęły), zaś Europa socjalna została ograniczona do formalnych regulacji świata pracy. Ten wynik zasługuje na własną szczegółową opowieść, na odkrycie nie tylko, kto za niego odpowiada, lecz również obiektywnych przyczyn politycznych, które do niego doprowadziły. Należy do nich, obok presji neoliberalnej, niezdolność europejskich związków zawodowych do wpływania na decyzje podejmowane na szczeblu unijnym. Spowodowane to było zarówno prowincjonalizmem poszczególnych organizacji związkowych, jak i brakiem równowagi władzy. Tymczasem przedsiębiorstwa stale przenosiły swą działalność poza UE. To ważna lekcja na przyszłość:

  • Projekt europejski zawsze przedstawia się w postaci alternatyw. Ale możliwość ich wykorzystania zależy od sił i planów, które nie zawsze są oficjalnie rozpoznane.
  • Europa znów podzielona

    Przejdźmy do kwestii gospodarczych, w tym ich wymiaru społecznego i politycznego. Jeżeli, jak to jest powszechnie przyjęte, żadnej polityki nie można określić niezależnie od ograniczeń ekonomicznych, to i odwrotnie: nie ma gospodarki, która nie byłaby połączeniem (zbiorowo podejmowanych) decyzji i wytworem stosunków władzy.

    Od końca XIX w. walka klas i polityka społeczna dała klasom pracujących standard życia powyżej minimum określonego przez „wolną i uczciwą konkurencję”, standard obejmujący nakładanie pewnych ograniczeń dla nierówności społecznych. Dziś, w imię konkurencyjności i kontroli długu publicznego, widzimy dwutorowy ruch w przeciwnym kierunku. Realne dochody z pracy spadły z powodu pogoni za konkurencyjnością, podczas gdy konsumpcja masowa wciąż rośnie, karmiona przez siłę nabywczą pracowników i ich zdolność kredytową. Możliwe, że strategie „tworzenia stref” i zróżnicowanie społeczne oraz pokoleniowe opóźnią moment, w którym sprzeczność między tymi tendencjami wybuchnie. Ale w końcu może być tylko gorzej, w efekcie systemowych zagrożeń wpisanych w gospodarkę opartą na długu.

    Inną konsekwencją modelu Europy, który nadaje rozwiązaniom neoliberalnym rangę nieomal konstytucyjną, jest podważanie politycznych i moralnych warunków integracji europejskiej.

    Możliwość przezwyciężenia historycznych antagonizmów w ramach tej postnarodowej struktury ze współdzieloną władzą zakłada dążenie do konwergencji państw w trzech dziedzinach: synergii ich możliwości, współdzielenia zasobów i wzajemnego uznawania praw. Jednak triumf zasady konkurencji doprowadził do wzrostu nierówności. Zamiast wspólnego rozwoju we wszystkich regionach Europy jesteśmy świadkami polaryzacji, którą zaostrza jeszcze kryzys. Dystrybucja potencjału przemysłowego, pracy, możliwości kształcenia staje się coraz bardziej nierówna – do tego stopnia, że można powiedzieć, patrząc na tendencje obecne w całej Europie od 1945 r., że dawny podział wschód-zachód zastępuje wyraźny podział północ-południe. Nawet jeśli nie przyjmuje on postaci muru, lecz raczej jednokierunkowego drenażu zasobów.

    Uporczywość „kwestii niemieckiej”

    Jakie miejsce zajmuje państwo niemieckie w tym systemie wywodzącym się z nierównego rozwoju? Można było przewidzieć, że zjednoczenie Niemiec przyniesie odrodzenie nacjonalizmu, a odtworzenie Mitteleuropy, w której niemieckie firmy korzystają ile się da z „nisko płatnej, wysoko wykwalifikowanej” siły roboczej, da im przewagę konkurencyjną w stosunku do innych krajów europejskich. Ale można było uniknąć tego, że te dwa czynniki złożą się na polityczną hegemonię (nawet, jak to się obecnie mówi, „niechętną”).

    Wynika to z kluczowej pozycji, jaką udało się zająć Niemcom, lawirującym między eksploatowaniem europejskich zasobów gospodarczych, a nawet ich słabości (jak ma to miejsce w przypadku niemieckich pożyczek branych na ujemny procent, które rynki finansowe rekompensują sobie wysokimi stawkami, jakie pobierają od innych krajów europejskich) a wyspecjalizowaniem niemieckiego przemysłu na potrzeby eksportu poza Europę. A więc jak na razie Niemcy znalazły się na wygodnym miejscu, gdzie skupiają się narodowe przewagi nierównego rozwoju – tym bardziej, że mniej od innych krajów (zwłaszcza Francji) uzależniły się do neoliberalnej finansjalizacji.

    Ale wrażenie hegemonii ma inne przyczyny, począwszy od braku mechanizmów unijnych wspierających rozwój wspólnotowej polityki gospodarczej, wraz z głupotą postawy obronnej innych rządów (zwłaszcza francuskiego, który odrzuca alternatywne wzory rozwoju instytucji ponadnarodowych). Wreszcie, to wrażenie hegemonii jest obecnie jednym z czynników, które dzielą nasz kontynent na „Europę bogatych” i „Europę biednych” – stanowią strukturalną przeszkodę dla projektu europejskiego. Więc „kwestia niemiecka” będzie istnieć w Europie jeszcze przez długi czas.

    Cel neoliberalizmu

    Jednak obecna sytuacja jest dla neoliberałów paradoksem. W momencie, kiedy widać oznaki spowolnienia i nawet ekonomiści Międzynarodowego Funduszu Walutowego krytykują politykę oszczędności – gdyż wywołuje recesję i pogarsza wypłacalność zadłużonych krajów – wydaje się, że Europa. jako podmiot gospodarczy, jest jedną z najsłabszych części świata. jeśli chodzi o pobudzanie aktywności. Nie ma na to prostego wyjaśnienia, ale można rozpatrzyć pewne powody ideologiczne.

    Niektórzy odnoszą się do wprowadzenia w mechanizmy wspólnej waluty ordoliberalnego modelu Europejskiego Banku Centralnego (EBC) absolutnie niezależnego od celów „realnej” polityki gospodarczej. Inni odnoszą się do wyrzutów sumienia europejskich klas rządzących, które musiały bardziej zdać się na keynesowską politykę publiczną i postrzegają wzrost gospodarczy oparty na odnawiającym się popycie, który nadchodzi poprzez poprawę warunków życia klasy pracującej, jako wielkie niebezpieczeństwo grożące powrotem logiki kapitalizmu „społecznego”.

    Wreszcie, uważam, że inny, bardziej złowrogi rodzaj wyrachowania nie może przejść niezauważony, a wykazuje go upór, z jakim pod pretekstem „reform strukturalnych” przeprowadzono demontaż i kolonizację greckiej gospodarki. Chodzi o to, że chociaż efekty cięć i monetaryzmu są szkodliwe dla ogólnego dobrobytu, to przynajmniej doprowadzają do wzrostu rentowności dla niektórych inwestorów lub określonej frakcji kapitału, już w dużej mierze „zdeterioralizowanego” i zdolnego natychmiast przenieść działalność w inne miejsce. Oczywiście, ta kalkulacja jest politycznie opłacalna tylko wtedy, gdy „twórcza destrukcja” nie ma znaczącego wpływu na tkankę społeczną i spójność narodów dominujących, co nie jest jednak pewne:

  • Wdrażany w Europie projekt neoliberalny nie prowadzi do przekształcenia swego obiektu; dąży do jego zniknięcia.
  • W poszukiwaniu legitymizacji i demokracji

    Projekt europejski osiągnął punkt zwrotny, który zawiera w sobie możliwość pojawienia się nowego etapu, wskazując na kierunki, które są radykalnie i wzajemnie niezgodne. Ale ani krystalizacja konfliktu, ani jego ewolucja nie może odbywać się poza miejscem politycznej konfrontacji i reprezentacji. Krótko mówiąc, zależą one od sposobu, w jaki rozwiązuje się bliźniacze problemy legitymizacji i demokracji. To jest ten trzeci wymiar, który chcę podkreślić.

    Jak można realistycznie podejść do tego wyzwania?

    Przede wszystkim, musimy wyjść poza opozycję między dyskursem „suwerenistycznym” i „federalistycznym”, która opiera się na dwóch wyimaginowanych sytuacjach. Z jednej strony mamy ideę wspólnot narodowych jako w pewnym sensie naturalnych, stanowiących źródła legitymizacji instytucjonalnej pochodzącej z woli ludu. Z drugiej zaś strony mamy ideę faktycznego europejskiego „demosu”, jako czegoś, co miałoby się ustanowić i wyrażać jako efekt istnienia przedstawicielskiej struktury na szczeblu ponadnarodowym.

    Pierwszy pomysł podtrzymuje fikcję, że państwo narodowe posiada niezmienną legitymację i stanowi jedyne ramy, w których obywatele mogą realizować swoje prawa. Druga ogranicza się do proceduralnej koncepcji legalności. Należy uznać fakt, że europejski system polityczny, jakkolwiek by się wydawał niespójny, jest obecnie systemem mieszanym z kilkoma poziomach odpowiedzialności i władzy. Jest o wiele bardziej federalny niż większość obywateli zdaje sobie sprawę, ale mniej demokratyczny niż sam twierdzi. Podział kompetencji między wspólnotą a instytucjami krajowymi pozwala każdej z nich na to, by brak odpowiedzialności stał się ich cechą strukturalną, zaś wszelka możliwość pojawienia się sił przeciwważnych była hamowana.

    Ten system nigdy nie był stabilny. Ale obecny kryzys dodatkowo destabilizuje go, powodując powstawanie na gorąco quasi-suwerennej instytucji, jaką jest „niezależny” Europejski Bank Centralny, który znajduje się u zbiegu instytucji finansowych państw członkowskich i międzynarodowego rynku finansowego. Jego zwiększona potęga jest nie tylko krokiem w stronę większej technokracji czy efektem dominacji prywatnego kapitału. Jest to raczej próba „odgórnej rewolucji” w czasie, gdy władza polityczna nie jest już oddzielona od gospodarczej, zwłaszcza finansowej. Kluczową kwestią jest to, czy może to doprowadzić do powstania nowego systemu władzy, i jakie alternatywy można temu przeciwstawić.

    Z tego wynika drugie pomieszanie, które warto zniwelować, na temat powiązań między legitymizacją a demokracją.

    Jeśli będziemy trzymać się realistycznej, a nie ideologicznej definicji, nie możemy twierdzić, że procesy demokratyczne stanowią jedyną skuteczną formę legitymizacji – historia sugeruje inaczej. W tzw. sytuacjach wyjątkowych struktury autorytarne mają tendencję do roszczenia sobie i otrzymywania władzy nad populacjami, za pomocą procedur konstytucyjnych lub poza nimi.

    Uderza, że pilność odpierania ataków spekulacyjnych wobec wspólnej waluty i częściowa regulacja systemu finansowego nie przyniosły Komisji Europejskiej żadnej nowej legitymacji. Wobec „nadzwyczajnych” środków zastosowanych przez EBC i jego prezesa rządy mogły zaprezentować się jako jedyne nośniki suwerenności i prawa do samostanowienia. Demokracja została podważona jednocześnie po obu stronach, a system polityczny jako całość przesunął się znacząco w kierunku de-demokratyzacji.

    Głęboka zmiana w charakterze państwa narodowego

    Ten stan rzeczy wymaga od nas, abyśmy spojrzeli wstecz na historyczne przyczyny uprzywilejowanej pozycji państw narodowych w kwestii legitymizacji. Niektóre z tych przyczyn wynikają z emocjonalnej siły narodowej lub nacjonalistycznej ideologii w społeczeństwach, w których ideologie te zbudowały świadomość zbiorową w odpowiedzi na fale imperializmu.

    Ale z perspektywy czasu strategicznego znaczenia nabrał inny czynnik. Chodzi o fakt, że przemiana państwa policyjnego w państwo socjalne – szczególnie w krajach Europy Zachodniej – przybrała formę budowy narodowego państwa socjalnego, w którym ustanowienie praw socjalnych związane było z regularnym odtwarzaniem poczucia przynależności narodowej.

    To wyjaśnia zarówno, dlaczego masa obywateli zobaczyła naród jako jedyny kontekst uznawania i integracji społeczności, jak i dlaczego ten obywatelski wymiar przynależności narodowej chwieje się (lub degeneruje, stając się ksenofobicznym „populizmem”), gdy państwo zaczyna funkcjonować w rzeczywistości nie jako struktura umożliwiająca obywatelstwo społeczne, ale jako bezsilny świadek jego degradacji lub entuzjastyczny agent jego demontażu.

    Tak więc kryzys legitymizacji demokratycznej we współczesnej Europie wywodzi się zarówno z faktu, że państwa narodowe nie mają środków ani woli do obrony lub odnowy „umowy społecznej”, jak i z tego, że instytucje UE nie są predysponowane do poszukiwania form i treści społecznego obywatelstwa na poziomie wyższym – chyba że (ostatecznie) zostają popchnięte do tego przez powstanie ludowe. Albo że uprzytomnią sobie polityczne i moralne zagrożenia, jakie stanowi dla Europy połączenie dyktatury sprawowanej „odgórnie” przez rynki finansowe z antypolitycznym oddolnym gniewem, zrodzonym z niepewnych warunków życia, pogardy dla pracowników i zniszczenia nadziei na przyszłość.

    Oburzenie bez granic

    Mimo iż nadeszły ciężkie czasy, a stracone szanse stanowią gorzką lekcję, musimy mieć nadzieję, że pesymizm wynikający z dotychczasowych doświadczeń nie zniszczy całkowicie naszej wyobraźni – co również wynika z lepszej znajomości faktów.

    Wprowadzenie elementów demokratycznych w instytucjach UE stanowiłoby już pewną przeciwwagę dla trwającej „konserwatywnej rewolucji”. Ale taka demokratyzacja nie wystarczy, gdyż nie zapewnia sobie własnych warunków politycznych. One nie nadejdą, chyba że poprzez jednoczesne wywarcie nacisku przez opinię publiczną na zmianę priorytetów UE, na skierowanie ich na zatrudnienie, integrację młodzieży w społeczeństwie, zmniejszenie nierówności i sprawiedliwe opodatkowanie zysków finansowych. Ten nacisk nie nastąpi, dopóki ruchy społeczne i moralne „oburzenie” nie przekroczą granic i nie zbiorą wystarczająco dużo siły, aby odbudować dialektykę władzy i opozycji w całym społeczeństwie europejskim. Z pomocą demokracji musi przyjść „przeciwdemokracja”.

    Prawomocność projektu europejskiego nie może być zadekretowana ani nawet wymyślona za pomocą argumentacji prawnej. Może ona wynikać jedynie z tego, że Europa stanie się sceną dla społecznych, ideologicznych i namiętnych, a więc politycznych, konfliktów dotyczących jej własnej przyszłości.

    Paradoksalnie, dopiero gdy Europa jako taka zostanie zakwestionowana, nawet gwałtownie, ale nie w imię przeszłości (która straciła ważność), lecz w imię teraźniejszości i przyszłości (którą może kontrolować), stanie się ona trwałą konstrukcją polityczną. Europa zdolna do samodzielnego rządzenia się to niewątpliwie Europa demokratyczna, a nie oligarchiczna lub technokratyczna. Ale demokratyczna Europa nie jest wyrazem abstrakcyjnego „demosu”. To Europa, w której ludowe walki mnożą się i blokują przemieszczanie mocy podejmowania decyzji:

  • Opór wobec de-demokratyzacji nie jest wystarczającym warunkiem do krystalizacji historycznego przywództwa, ale jest warunkiem koniecznym, aby „naprawić Europę”.
  • Walka idei, nie narodów

    Obecny kryzys w Europie – autentycznie egzystencjalny, ponieważ stawia obywatelki i obywateli przed radykalnymi wyborami i ostatecznie kwestią „być albo nie być” – prawdopodobnie został przygotowany przez systematyczną nierównowagę jej instytucji i władz, które pozbawiały ludzi udziału we własnej historii.

    Europa od dawna świadomie funkcjonuje nie jako przestrzeń solidarności między jej członkami i pole wspólnych inicjatyw na rzecz stawienia czoła globalizacji, lecz jako instrument penetracji przez globalną konkurencję na arenie europejskiej. U źródeł jej problemów leży wykluczenie przepływu środków między terytoriami, zniechęcanie do wspólnych przedsięwzięć, odrzucenie „odgórnej” harmonizacji praw socjalnych i standardów życia, stworzenie sytuacji, w której każde państwo staje się potencjalnym drapieżcą wobec swoich sąsiadów.

    Ucieczka z tej autodestrukcyjnej spirali nie jest oczywiście możliwa na drodze zastąpienia jednej formy konkurencji przez inną. Zastąpienie konkurencji płacowej przez konkurencję systemów podatkowych i stóp procentowych, co sugerują niektórzy zwolennicy powrotu do narodowych walut, nie jest żadnym wyjściem. Jedyne wyjście to wynalezienie i ponowne zaproponowanie Europy odmiennej od tej, jakiej chcieliby bankierzy, technokraci i rentierska klasa polityczna. Europy konfrontującej ze sobą przeciwstawne modele społeczeństwa, a nie narody poszukujące swych utraconych tożsamości. Alterglobalistycznej Europy, zdolnej do wymyślania własnych rewolucyjnych strategii rozwoju i poszerzonych form zbiorowego uczestnictwa, proponującej je światu – ale również przyjmującej pomysły z zewnątrz. Europy ludów – ludzi i obywateli, którzy ją tworzą.

    Skrócona wersja artykułu, który ukazał się we francuskim wydaniu “Le Monde diplomatique” w marcu 2014. Przedruk za Green European Journal (Zielonym Magazynem Europejskim): Counter-democracy to the rescue of Europe. Przeł. Katarzyna Sosnowska.

    Niemcy, Polskę i Czechy w obszarze polityki energetycznej łączy jedno: zależność od węgla. Jednocześnie kraje te wybrały różne strategie wobec owego uzależnienia. Jak wygląda debata o polityce energetycznej w tych państwach? Jak niemiecka transformacja energetyczna wpływa na Polskę i Czechy? (więcej…)

    Wakacyjny urlop to dobry moment na nadrobienie zaległości czytelniczych. „Zaduszki” Rutu Modan mogą być dobrym wyborem. (więcej…)

    Nie jest tajemnicą, że potężny lobbing instytucji finansowych kształtuje regulacje przyjmowane na poziomie narodowym, europejskim i globalnym. Czy katastrofalny kryzys finansowy z 2007 r. zmienił ten stan rzeczy? Prawda jest taka, że stare instytucje nadal używają starych sztuczek. Jeżeli chcemy uniknąć powtórki kryzysu, musimy zmienić nasz sposób tworzenia polityki.

    Europejskie firmy silnie zależą od finansowania przez banki, co powoduje że europejski rynek bankowy jest największy na świecie. Kryzys sektora bankowego i wprowadzone w jego następstwie reformy mające na celu jego ponowną regulację mają bezpośrednie przełożenie na perspektywy europejskich gospodarek. W Europie możliwość wprowadzenia Zielonego Nowego Ładu i wyjścia z kryzysu silniej niż w innych wysoko rozwiniętych gospodarkach zależy od powodzenia tych reform.

    Jak wskazuje zielony europoseł Philippe Lamberts, mamy tu do czynienia z „szantażem” ze strony największych graczy finansowych. Trzymają oni społeczeństwo jako zakładnika w zamian za zabezpieczenie swoich zysków. To prowadzi do pytania, czy kryzys doprowadził do zmiany w podejściu do bankowego lobby u europejskich decydentów i czy nowe regulacje są dostatecznie silne, by zapewnić stabilność.

    W tym artykule próbuję odpowiedzieć na powyższe pytania przez spojrzenie na jedną kluczową dziedzinę prawodawstwa: obowiązujące w sektorze bankowym standardy kapitałowe. Mają one na celu zapewnienie wystarczającego bufora na wypadek niekorzystnej sytuacji na rynkach.

    Na poziomie globalnym standardy adekwatności kapitałowej instytucji finansowych ustalane są przez Bazylejski Komitet Nadzoru Bankowego (BCBS). Organy nadzorcze głównych europejskich rynków finansowych są członkami BCBS, zaś Europejski Bank Centralny i Komicja Europejska mają pozycję obserwatorów. Porozumienia bazylejskie transponowano na prawo Unii Europejskiej za pomocą szeregu dyrektyw, ostatnio – czwartej dyrektywy w sprawie wymagań kapitałowych (CRD IV).

    Tak wygląda proces tworzenia regulacji od strony oficjalnej. Ma on jednak i drugie oblicze: zażarty i stronniczy lobbing, którego efekty widać w ostatecznym kształcie regulacji. Pod koniec tego artykułu podam szereg konkretnych propozycji tego, jak poprawić demokratyczną prawomocność regulacji przez ograniczenie wpływów lobbingu. Zacznijmy jednak od procesu tworzenia polityki.

    Tworzenie polityki finansowej w UE

    Dużym problemem przy kształtowaniu globalnych regulacji finansowych jest ekskluzywny charakter forów, na których się ono odbywa. W efekcie dyskusja jest ograniczona i skrzywiona. Wśród decydentów wykształciły się pewne wspólne założenia, do których należy wiara w wyższość mechanizmów rynkowych i dążenie do wyrównywania gruntu dla konkurencji („wzrost konkurencji prowadzi do bardziej wydajnego dostarczania usług finansowych”). Również adekwatność kapitału bankowego jest postrzegana w kategoriach rynkowych: wielkim bankom pozwala się tworzyć własne modele określania niezbędnego poziomu kapitału w ramach umowy Basel II.

    Europejscy decydenci sprzyjają globalnego celowi ujednolicenia reguł, z naciskiem na użycie bazylejskich umów kapitałowych, w celu zwiększenia integracji europejskiego rynku finansowego. Wyrazem tego jest stosowanie porozumień kapitałowych z Bazylei do wszystkich banków europejskich, mimo iż miały one dotyczyć tylko wielkich banków o zasięgu międzynarodowym (i tak są stosowane np. w USA). Co więcej, dyrektywa CRD IV wzmocniła zapewnianie skonsolidowanego nadzoru banków w Unii Europejskiej. Ułatwia to bankom europejskim operacje transgraniczne.

    Owa skłonność do polegania na mechanizmach rynkowych w polityce wobec sektora finansowego nie pojawiło się znikąd. W trakcie tworzenia tych regulacji mieliśmy do czynienia z nieustającym i natarczywym lobbingiem sektora bankowego.

    Przedstawiciel tego sektora wyznał mi, że gdy BCBS pracowało nad określonymi zagadnieniami umowy Basel II, jego związek wezwano do organizacji spotkania na wysokim szczeblu z funkcjonariuszami BCBS. Ślady tego lobbingu widać w odpowiedziach na ogłaszane przez BSBS zapytania konsultacyjne. Zdecydowana większość komentarzy wyszła od prywatnych banków (ok. 70%) oraz organów nadzorujących (15%, na ogół opracowanych w ścisłej współpracy z krajowym sektorem finansowym). W dwóch rundach konsultacji wpłynęło ogółem 443 odpowiedzi, w tym jedynie garstka ze strony organizacji społeczeństwa obywatelskiego.

    Bruksela pod wpływem lobbystów

    Kolejną szansą dla lobbystów okazała się europejska implementacja umowy Basel II. Sektor bankowy był ściśle zaangażowany w negocjacje na poziomie europejskim. Europejska Federacja Bankowa pochwaliła wręcz Komisję za bezprecedensowy poziom konsultacji.

    Parlament Europejski okazał się być magnesem dla lobbystów, z pakietem niemal 600 poprawek zgłoszonych podczas dyskusji między Komisją, Radą a Parlamentem. Wiele poprawek miało na celu uwzględnienie specyfiki poszczególnych krajów, podczas gdy działający na arenie międzynarodowej sektor prywatny dążył do zmniejszenia różnic narodowych, a więc lobbował za odrzuceniem takich poprawek. Przy wszystkich poprawkach wdrażania umowy Basel II w Unii Europejskiej ani nie naruszyło jej ducha, ani nie osłabiło jej w żaden sposób.

    Globalny kryzys finansowy, który wybuchł w 2007 r., obnażył fakt, że standardy adekwatności kapitałowej banków same są nieadekwatne. Zarówno wewnętrzne modele banków, jak i zewnętrzne agencje ratingowe poniosły spektakularną porażkę w ocenianiu ryzyka związanego ze złożonymi sekurytyzowanymi produktami. Wiele banków doznało problemów z płynnością, a nawet wypłacalnością i potrzebowało rządowego wsparcia. Dla wszystkich stało się jasne, że globalne banki z sukcesem sprywatyzowały zyski i uspołeczniły straty.

    Upadek Lehman Brothers i ledwie uniknięta globalna katastrofa we wrześniu 2008 r. były ostatnim dzwonkiem. Nowo powołany przełożony brytyjskiego urzędu Financial Services Authority, lord Turner, ogłosił, że potrzeba nowych standardów adekwatności kapitału. Szczodre posługiwanie się pieniędzmi podatników dla ratowania banków sprawiło, że walki polityczne wokół regulacji finansowych zaostrzyły się. Ale czy osłabiło to lobby bankowe?

    Sektor prywatny na smyczy?

    Kryzys wydawał się sygnałem alarmowym, by wzmocnić regulacje sektora finansowego. W styczniu 2009 r. BCBS zaproponowało „wzmocnienie” umowy Basel II. Chodziło m.in. o zabezpieczenie przed ryzykiem płynności, lepsze modelowanie sekurytyzacji, bardziej precyzyjną definicję kapitału, cyklicznie dostosowywane bufory kapitałowe, podwyższone wymagania kapitałowe dla ważnych systemowo banków oraz wskaźnik finansowania działalności (gearing ratio).

    Ta ostatnia propozycja (zwana też „współczynnikiem dźwigni”) ustala wymagania kapitałowe względem bilansu banku (bez oceny ryzyka) i wyraźnie odbiega od założeń Basel II. Ten środek, od dawna stosowany w USA, w Europie, gdzie banki nie znały tego rozwiązania, okazał się kontrowersyjny. Np. BNP Paribas stwierdził 16 kwietnia 2010 r., że „poza swą ekstremalną (nadmierną…) prostotą, ten wskaźnik nie ma wyraźnego celu i uzasadnienia; co więcej, okazał się zawodny i pełen luk wszędzie, gdzie go stosowano, szczególnie w USA”.

    Główną linią obrony lobby przeciwko wzmocnieniu regulacji sektora prywatnego był domniemany negatywny wpływ ekonomiczny ścisłych wymagań kapitałowych.

    Powtarzało się to niemal we wszystkich odpowiedziach sektora prywatnego na zapytania konsultacyjne odnośnie do Basel III (można je znaleźć na stronie BIS). Lobby bankowe wykorzystało słabą sytuację gospodarczą, by wezwać do opóźnienia wprowadzenia w życie ściślejszych regulacji zawartych w Basel III. Powołując się na oczekiwania polityków, by banki przyczyniły się do sfinansowania ożywienia gospodarczego, lobbyści twierdzili, że banki nie będą do tego zdolne w przypadku wprowadzenia „nadmiernych” wymagań kapitałowych Basel III. Argument ten spotkał się ze zrozumieniem nadzorujących strefę euro, gdzie kryzys finansowy przerodził się w kryzys zadłużenia publicznego, blokujący drogę do ożywienia.

    Jeszcze jeden sukces lobbystów

    Lobby bankowe z powodzeniem osłabiło najbardziej kontrowersyjne aspekty Basel III. W niepewnej sytuacji gospodarczej nadzorujący powściągliwie forsowali ostrzejsze regulacje (nawet tam, gdzie tradycyjnie sprzyja się ściślejszym standardom, zwłaszcza w Niemczech).

    Mimo że nowa umowa obejmuje bardziej restrykcyjną definicję kapitału i zwiększenie buforów kapitałowych, jej wprowadzenie w życie planuje się na rok 2018. W odpowiedzi na krytykę, szczególnie ze strony europejskiego sektora finansowego, współczynnik dźwigni będzie do 2017 r. jedynie „testowany”.

    Innymi słowy, trudna sytuacja gospodarcza w Europie skłoniła publiczne organy nadzoru finansowego do ustępstw wobec sektora prywatnego w ich krajach. Bez wątpienia wiązało się to również ze słabymi bilansami banków niemieckich i francuskich, które po prostu nie sprostałyby ostrzejszym wymaganiom kapitałowym.

    Jednak nawet w obliczu kryzysu finansowego europejscy decydenci nie zapomnieli o celu, jakim jest dla nich integracja rynku. Ważna część Basel III będzie implementowana w drodze rozporządzenia, czyli będzie obowiązywać bezpośrednio w państwach członkowskich, bez konieczności przyjmowania krajowych ustaw. Ograniczy to zakres narodowych osobliwości, które pojawiły się przy okazji trzeciej dyrektywy w sprawie wymogów kapitałowych (CRD III).

    Inna propozycja Komisji dotyczyła traktowania norm Basel III jako standardu absolutnego, nie zaś minimalnego (jak widzi to BCBS). Taka „maksymalna harmonizacja” oznaczałaby, że kraje o dużych sektorach bankowych (np. Wielka Brytania) nie mogłyby ustalać dodatkowych wymagań kapitałowych. Zablokowałoby to również możliwość pojawienia się liderów zmiany – krajów, które nałożyłyby dodatkowe wymagania kapitałowe na inwestycje ryzykowne środowiskowo. Na szczęście maksymalna harmonizacja została odrzucona w głosowaniu w Parlamencie Europejskim.

    Co można zrobić lepiej

    Jak widać, lobby sektora finansowego wywiera spory wpływ na regulacje finansowe. Prowadzi to do przechyłu na korzyść zasad sprzyjających praktykom rynkowym wielkich banków działających na skalę międzynarodową. Co więcej, jak pokazuje przykład Basel III, lobby sektora prywatnego szybko odbudowało po kryzysie swą pozycję i opóźniło wprowadzenie w życie ostrzejszych regulacji. Dało mu to więcej czasu na walkę o zmniejszenie poparcia dla surowszych regulacji.

    Skutki są już widoczne. „Financial Times” z 13 stycznia 2014 r. informował: „Banki wygrywają ustępstwa w kwestii zasad zadłużania.” Lobby uratowanych z pieniędzy podatnika banków powstało jak feniks z popiołów, zwracając się przeciwko restrykcyjnym regulacjom.

    Co zatem należy zrobić?

    Po pierwsze: poszerzyć grono aktorów zaangażowanych w tworzenie polityki finansowej. Wyważony proces decyzyjny wymaga wysłuchania nie tylko banków, lecz także użytkowników usług finansowych – od innowacyjnych zielonych małych i średnich przedsiębiorstw przez fundusze emerytalne po zwykłe obywatelki i obywateli (reprezentowanych np. przez Finance Watch).

    Aby to umożliwić, przy innej okazji zaproponowałem zinstytucjonalizowany system „korporacyjnej” reprezentacji zainteresowanych stron. Jeszcze ważniejsze jest zwiększenie demokratycznej odpowiedzialności za proces kształtowania polityki. Mam nadzieję, że to feniks demokratycznego obywatelstwa powinien powstać z popiołów, pociągając do odpowiedzialności tych, którzy przyczynili się do kryzysu, np. przez popieranie liberalizacji finansowej.

    To wymaga przejrzystości procesu regulacyjnego, zarówno po stronie oficjalnej, jak i tej drugiej. Silny i wyraźny „ślad legislacyjny” musi być załączony, ilekroć do Parlamentu Europejskiego trafiają propozycje legislacyjne dotyczące regulacji sektora finansowego. Chodzi o omówienie propozycji lobbystów i decydentów oraz tego, jaki mieli wpływ na ostateczny kształt projektu. Pozwoliłoby to parlamentarzystom ocenić, czy właściwie zrównoważono interesy różnych aktorów i ustalić, czy warto samodzielnie dążyć do lepszego poznania głosu tych, których pominięto.

    Po drugie: lobbing powinien być bardziej transparentny. Chodzi nie tylko o wzmocniony rejestr lobbystów, ale też większą przejrzystość po stronie banków i innych zainteresowanych aktorów w kwestiach takich jak spotkania z decydentami czy finansowanie raportów.

    Niezależnie od powyższych propozycji nie wolno lekceważyć stopnia, w jakim owo nastawienie na rozwiązania korzystne dla wielkich, działających na skalę międzynarodową banków, posługujących się starym modelem ekspansji i wzrostu, cieszy się poparciem polityków sprawujących obecnie władzę.

    Powyżej pokazałem, jak europejscy decydenci używają globalnych regulacji do promowania wzrostu i integracji europejskich rynków finansowych. Mimo że standardy adekwatności kapitałowej banków na poziomie globalnym i europejskim nie odzwierciedlają w skali 1:1 uwikłania rządzących, jest bardzo wątpliwe, czy interes publiczny został tu odpowiednio uwzględniony. W sytuacji, gdy świat ponownie doświadcza niszczących skutków niestabilności finansowej, jest to wniosek niepokojący.

    Artykuł The Wrong Phoenix Rising ukazał się w Green European Journal (Zielonym Magazynie Europejskim). Tekst jest skróconą adaptacją rozdziału autora w książce pod red. D.K. Müggego „Europa i zarządzanie globalnymi finansami”, która ukaże się nakładem Oxford University Press. Przeł. Tomasz Szustek.

    W maju 2014 r. odbyły się w Mińsku mistrzostwa świata w hokeju na lodzie. Skupiona na prześladowaniach politycznych (prewencyjne aresztowania, zastraszania poprzez „pogadanki”, zakazy wjazdu do kraju), zagraniczna opinia publiczna nie zwróciła uwagi na inne aspekty mistrzostw.

    Hokej to już od dawna oczko w głowie Łukaszenki. Dyktator Białorusi posiada swoją ulubioną drużynę, w której sam gra. Zespół ten, niezgodnie z przepisami, składa się z byłych zawodowców, którzy zakończyli już karierę.

    W całym kraju powstają coraz to nowe „lodowe pałace”. Nie tylko w większych miastach, ale i w miasteczkach. Tam, gdzie nie ma drużyn hokejowych, budowy pochłaniają ogromne pieniądze, ale na tym wydatki się nie kończą. Dochody ze sprzedaży biletów bądź wynajmu budynków na koncerty i imprezy sportowe nie wystarczają na pokrycie kosztów utrzymania obiektów. Pieniądze, które można by wykorzystać na programy socjalne, zostają wydane na eksploatację sztucznego lodu.

    Podobny los czeka Arenę Czyżowka. W Mińsku w latach 90. zbudowano jeden „lodowy pałac”, ale, jak się wydaje, był zbyt mały na mistrzostwa świata. Specjalnie na okazję mistrzostw zbudowano dwa nowe obiekty: Arenę Mińsk i Arenę Czyżowka. O ile Arenę Mińsk wykorzystuje się do meczów hokejowych i koncertów zagranicznych gwiazd, to perspektywy Areny Czyżowka nie malują się w różowych barwach. Zapewne obiekt będzie stał pusty (porównanie z warszawskim Stadionem Narodowym narzuca się samo).

    Budowa Areny Czyżowka podkreśla jeden z największych problemów dzisiejszego Mińska: niszczenie stref zielonych. Mińsk był modelowym radzieckim miastem. W ciągu dekad rządów WKP(b)/KPZR historyczne dziedzictwo miasta zostało prawie w całości zniszczone, ale w modernistycznym planowaniu miasta można było znaleźć pozytywne strony.

    Na przykład stworzono tzw. średnicę wodno-zieloną: system parków, skwerów i innych stref rekreacyjnych wzdłuż brzegów rzek Swisłocz i Ślepianka. W ostatnich latach średnica ta jest aktywnie niszczona i zabudowywana, przeciwko czemu wybuchają protesty. Mistrzostwa Świata w hokeju były dla władz i inwestorów dobrym pretekstem, aby przepchnąć dużą liczbę niepopularnych projektów. W ten sposób Arena Czyżowka została zbudowana w Parku 900-lecia Mińska na brzegu Zbiornika Czyżowskiego. Park funkcjonuje jako strefa rekreacyjna dla gęsto zaludnionej dzielnicy.

    W 2010 r. ogłoszono, że na mistrzostwa w Mińsku zostanie zbudowanych kilkadziesiąt hoteli. W samej dzielnicy Lenińskiej zaplanowano budowę ośmiu z nich (w Mińsku jest dziewięć dzielnic administracyjnych). Zagraniczni i miejscowi kapitaliści otrzymali nie tylko łakome kąski w postaci ziemi pod budowę, ale również ulgi podatkowe. Oczywiście miejscami pod zabudowę w większości przypadków były strefy zieleni. Większości z zaplanowanych hoteli nie otworzono przed mistrzostwami – albo wciąż się budują, albo budowy jeszcze nie rozpoczęto.

    W atmosferze skandalu został otwarty hotel „Pekin” (zbudowany za chińskie pieniądze). Wybudowano go po wycięciu parku, chociaż tuż obok znajduje się opuszczony budynek fabryki, od dawna przeznaczony do rozbiórki. Protesty mieszkańców i organizacji ekologicznych nie zostały wysłuchane. Park 40-lecia Października wchodził skądinąd w skład wspomnianej średnicy wodno-zielonej.

    Nie mniejszy skandal towarzyszył budowie hotelu „Kempinski”. Pod jego budowę usunięto budynek dawnej elektrowni. Tym samym zniszczono znajdującą się na liście państwowej kulturową spuściznę. Zburzenie „żyrowały” władze miejskie, dlatego nie wszczęto śledztwa – ściganie przestępców ograniczyło się do niewielkiej grzywny. Ten sam hotel „Kempinski” popsuł wizualnie zespół Prospektu Niepodległości (początkowo – Prospektu Stalina), również będącego obiektem o dużej wartości historyczno-kulturowej.

    W niektórych przypadkach (np. na skrzyżowaniu ulic Kirowa i Lenina) „inwestorzy” wycięli drzewa i ogrodzili terytorium dostępnych wcześniej wszystkim skwerów, na czym budowę przerwano. Trudno to nazwać inaczej niż grabieżą ziemi.

    Większość hoteli jest cztero- i pięciogwiazdkowa. Nie wiadomo do końca, kim mają być ich klienci. W Mińsku jest wystarczająco dużo hoteli takiej klasy, nigdy nie są obłożone w pełni.

    Istniały również i inne aspekty mistrzostw świata. Już w kwietniu z akademików wysiedlono wielu studentów mińskich uniwersytetów. Ich miejsce mieli zająć kibice przyjeżdżający na mistrzostwa.

    Przed hokejową imprezą wprowadzono nowe środki bezpieczeństwa: monitoring. Mistrzostwa się zakończyły, a środki bezpieczeństwa pozostaną. Pieniądze na ich utrzymanie zostaną oczywiście wzięte z kieszeni pasażerów i podatników.

    Na budowie Areny Czyżowka przeprowadzono miejski czyn społeczny („subotniki”). Pracownicy różnych instytucji (np. ci zajmujący się konserwacją budynków, dozorcy szkół) pracowali w te dni nie w szkołach, a na budowach.

    Mistrzostwa odbywają się na tle przedsięwziętych środków gospodarczych. Tuż przed imprezą zwiększono pensum nauczycieli (z 18 do 20 godzin lekcyjnych tygodniowo) bez podwyżki wynagrodzenia. W muzeach Białorusi dokonano ogromnych cięć (zwolniono do 25% pracowników), a pensje pozostałych zostały obniżone. Jednocześnie bez trudu znajdują się pieniądze na zabawki i widowiska dla Łukaszenki. Mowa nie tylko o mistrzostwach świata w hokeju, ale o paradzie wojskowej 3 lipca czy też „pałacu niepodległości” – nowej rezydencji Łukaszenki.

    Mistrzostwa w hokeju nie osiągają tej skali, co mistrzostwa świata w piłce nożnej czy igrzyska olimpijskie. Dlatego też skala zniszczenia przyrody i powstałych problemów społecznych jest odpowiednio mniejsza. Niestety charakter problemów powstałych z powodu olimpiady w Soczi, mundialu w Brazylii, mistrzostw Europy w piłce nożnej w Polsce i Ukrainie czy mistrzostw świata w hokeju w Białorusi jest podobny. Pozwala on stwierdzić, że należy koniecznie zrezygnować ze sportowych megawydarzeń, przysparzających jedynie korzyści państwowej ideologii i złaknionym zysku korporacjom.

    Artykuł napisany specjalnie dla „Zielonych Wiadomości”. Przeł. Tomasz Goliński.

    „Nadzór” jest jak „gender” – to bardziej optyka lub istotny aspekt otaczającego nas świata niż konkretny, możliwy do wyizolowania problem. Katarzyna Szymielewicz i Wojciech Klicki z Fundacji Panoptykon odpowiadają na pytania Bartłomieja Kozka. (więcej…)

    Czy europejska gospodarka może pozostać konkurencyjna bez przejścia niskowęglowej transformacji? Odpowiedź brzmi „nie”. Jak zatem możemy ją taką uczynić? Jedynym wyjściem jest wyraźna zmiana w unijnych priorytetach budżetowych oraz wdrażanie innowacyjnych rozwiązań. (więcej…)

    O wartościach lewicy, wierze i swoich politycznych planach – Anna Grodzka, posłanka i działaczka społeczna, opowiada w rozmowie z Bartłomiejem Kozkiem. (więcej…)

    To dobrze, że politycy zainteresowali się w końcu potrzebami osób starszych. Warto jednak uważnie – i krytycznie – przyglądać się temu, w jaki sposób chcą się nimi zajmować. (więcej…)