Reformy brytyjskiej ochrony zdrowia w ciągu ostatnich trzech dekad przekształciły demokratycznie zarządzaną służbę publiczną w otwarty, konkurencyjny rynek. Pomimo regularnych zapewnień przywódców politycznych, że ich decyzje oparte będą na dowodach, nasz nowy raport The Wrong Medicine (Fałszywe lekarstwo) nie znalazł dostatecznych dowodów, które uzasadniałyby te zmiany.
Ustawa o opiece zdrowotnej i społecznej z 2012 r. jest najnowszym i najdalej posuniętym krokiem w stronę urynkowienia służby zdrowia. Wielkie nastawione na zysk organizacje, często amerykańskie, zdobywają coraz więcej kontraktów w służbie zdrowia. Negocjowane właśnie porozumienie handlowe między Unią Europejską a USA (TTIP) grozi utrwaleniem kontroli sektora prywatnego nad ochroną zdrowia poprzez nałożenie ogromnych kar finansowych na wszelkie przyszłe rządy, które próbowałyby przywrócić usługi zdrowotne w ręce publiczne.
Dążenie do podporządkowania ochrony zdrowia logice rynku spotkało się z szerokim sprzeciwem ze strony ekspertów, w tym Królewskiego Kolegium Lekarzy Rodzinnych, Królewskiego Kolegium Pediatrów oraz Królewskiego Kolegium Lekarskiego. Lord Owen ostrzega, że ustawa o opiece zdrowotnej i społecznej może „doprowadzić do pełnego podporządkowania Narodowej Służby Zdrowia logice rynku”. Nawet niektórzy z torysów starszej daty uznało tę ustawę za największy błąd rządu Davida Camerona.
Koszty utrzymywania mechanizmów rynkowych w Narodowej Służbie Zdrowia zostały ostrożnie oszacowane na 4,5 miliarda funtów rocznie. Kwota ta wystarczyłaby do opłacenia 10 specjalistycznych szpitali, 174.798 dodatkowych pielęgniarek, 42.413 dodatkowych lekarzy pierwszego kontaktu lub 39.473.684 dodatkowych wizyt pacjentów na pogotowiu.
Niewielu zdaje sobie z tego sprawę. Dwóch na trzech ludzi objętych badaniem Ipsos MORI powiedziało, że niewiele wie o zmianach w Narodowej Służbie Zdrowia. Ani konserwatyści ani liberalni demokraci nie obiecywali wyborcom tej ustawy w swoich programach wyborczych w 2010 r.
Istnieją przemożne dowody na to, że urynkowienie nie jest dobre ochrony zdrowia. Z pewnością zaś nie ma naukowych dowodów na to, że mechanizmy rynkowe czy prywatna własność będą bardziej wydajne czy poprawią opiekę nad pacjentami w porównaniu z publicznym, publicznie kontrolowanym i finansowanym systemem. Przeprowadzona przez New Economics Foundation analiza skutków reform służby zdrowia pokazała, że:
Mechanizmy rynkowe i prywatyzacja systemów ochrony zdrowia mają niepewny lub negatywny wpływ na jakość i równy dostęp do opieki zdrowotnej.
Nic nie wskazuje na to, że zwiększenie zakresu wyboru pacjentów poprawił wrażliwość brytyjskiej służby zdrowia na ich potrzeby lub choćby zwiększył jej konkurencyjność.
Partnerstwo publiczno-prywatne, czyli dominujące od lat 90. wykorzystanie inwestycji prywatnego sektora, aby budować nowe szpitale, spowodowało poważne i długoterminowe koszty finansowe dla służby zdrowia bez kompensujących je oszczędności czy innych korzyści.
System ochrony zdrowia w USA plasuje się znacznie niżej niż brytyjski w międzynarodowych porównaniach pomimo najwyższych na świecie wydatków per capita. Kiepski wynik jest bezpośrednio przypisywany mechanizmom rynkowym. Brytyjska służba zdrowia ma nieustająco lepsze wyniki niż amerykańska pod względem jakości, sprawiedliwości i racjonalnego wykorzystania pieniędzy.
Rynki w służbie zdrowia niemal zawsze okazują się nieopłacalne z punktu widzenia pacjentów, obywateli i podatników. Mechanizmy rynkowe funkcjonują najlepiej, gdy wszystkie strony mogą dokonywać wyborów na podstawie pełnej informacji, ale pacjenci często nie mają dość informacji, często z trudem dokonują wyborów i preferują zaufaną, lokalną opiekę.
Problemów spowodowanych przez rynki w służbie zdrowia nie da się rozwiązać przez regulację czy ustalenie taryf za określone terapie, co sprzyja „grze” między dostarczycielami usług.
Rynki nie są dopasowane do tego, aby promować profilaktykę czy bardziej zintegrowaną opiekę zdrowotną i społeczną. Są zależne od zwiększonej aktywności, która wymaga większej liczby chorych i wymagających opieki. Zdrowy pacjent nie przynosi dochodu. Integracja wymaga zaufanych, długoterminowych relacji i chęci dzielenia się informacjami, ryzykiem i wynagrodzeniem – rynkowa konkurencja stanowczo temu nie sprzyja.
Krótko mówiąc, wprowadzane przez konserwatywno-liberalną koalicję reformy nadwątlają zdolność brytyjskiej służby zdrowia do zachowania jej światowego poziomu. Teraz jest coraz bardziej odzierana z pieniędzy. W ramach zaciskania pasa rząd tnie publiczne fundusze, podczas gdy zapotrzebowanie na opiekę medyczną wciąż rośnie, co wpędza służbę zdrowia w finansowe tarapaty.
Dominująca opowieść głosi, że państwowa służba zdrowia się nie sprawdza – potrzebne jest silne lekarstwo, aby ją uratować, co oznacza więcej urynkowienia i więcej dostawców usług z sektora prywatnego. Im bardziej zaś służba zdrowia podlega presji finansowej, tym łatwiej przedstawiać ją jako upadającą instytucję publiczną – problem, który tylko rynek może uzdrowić. Noam Chomsky (i nie on jeden) zauważył, że jest to standardową techniką polityków forsujących prywatyzację: „obciąć fundusze, upewnić się, że nie działa, podburzyć ludzi i oddać wszystko w prywatne ręce”.
Jakie mamy alternatywy? Badania dowodzą, że usługi zdrowotne dla wszystkich, dostarczane według potrzeb, a nie zasobności portfela, najlepiej można zapewnić przez oparta na współdziałaniu publiczną służbę zdrowia, w które (jak to ujął w 2005 r. Gordon Brown) „zaangażowani funkcjonariusze państwowi przedkładają obowiązek, powinność i służbę publiczną ponad zysk i osobiste korzyści”. Brown zignorował własną słuszną radę. W gruncie rzeczy żaden premier z ostatnich trzech dekad nie oparł się trendowi urynkowienia służby zdrowia; większość mu sprzyjała.
Ponieważ obecne reformy służby zdrowia nie opierają się na dowodach, możemy wnioskować, że kierowane są ideologią: zestawem idei, które kształtują politykę i – w tym wypadku – sprzyjają konkurencyjnym rynkom z wieloma dostawcami usług zorientowanymi na zysk zamiast publicznym instytucjom, służącym interesom społeczeństwa.
Jak wskazywaliśmy w opublikowanej przez nas analizie If ideology is dead, how can the new politics find its voice? Neoliberalism and the crisis of politics przywódcy polityczni zadają sobie wiele trudu, aby zdystansować się od ideologii, twierdząc że ich własna polityka jest kształtowana przez konieczność i „naglącą prawdę” (David Cameron) bądź tęż że robią „cokolwiek zadziała” (Tony Blair). Pora, aby przyznali się do swych ideologicznych przekonań, torując drogę publicznej debacie. Narodowa Służba Zdrowia wciąż jest instytucją kochaną przez Brytyjki i Brytyjczyków, ale satysfakcja z jej funkcjonowania dramatycznie spadła od 2009 r. Wyborcy mają prawo wiedzieć, czemu służba zdrowia jest w tarapatach i że rynki są częścią problemu, a nie rozwiązaniem.
Artykuł Markets are the wrong medicine for the NHS ukazał się na stronie New Economics Foundation (Fundacji Nowej Ekonomii). Przeł. Tomasz Szustek.
Zielone prawybory były eksperymentem bez precedensu na szczeblu europejskim. Pozwoliły zielonym wyborczyniom i wyborcom z całego kontynentu na udział w procesie wyłaniania twarzy kampanii europarlamentarnej Europejskiej Partii Zielonych w roku 2014. Jak wyglądało to wydarzenie z perspektywy Francji, Niemiec i Hiszpanii?
„Tym razem jest inaczej”
„Tym razem jest inaczej” – to slogan, za pomocą którego Parlament Europejski wspierał ideę wiodących kandydatów, będących twarzami poszczególnych frakcji w eurowyborach. Kiedy już Jean-Claude Juncker wyminął ostatnie przeszkody, okazało się, że istotnie wygraliśmy małą, demokratyczną rewolucję. Za pięć lat, kiedy już elektorat będzie bardziej świadom władzy, jaką zyskał, paneuropejskie formacje będą musiały ponownie przedstawić swoich „szpickandydatów”. Tak wygląda budowanie instytucji w praktyce.
Większość obywatelek i obywateli UE nie jest jednak przekonanych do tego procesu – rezygnuje z głosowania albo powierza swój głos rosnącej rzeszy populistów. Niektóre partie polityczne nie przejmowały się kwestiami europejskimi i zajęły się mówieniem niemal wyłącznie z perspektywy narodowej. Bez zaprzężenia europejskich ugrupowań w proces budowy odpowiedzi na wyzwania stojące przed kontynentem pozostanie on podzielony na wierzycieli i dłużników, północ i południe, zwycięzców i przegranych globalizacji oraz wspólnego rynku.
Kolejnym krokiem w procesie budowy europejskich instytucji powinny być ponadnarodowe listy wyborcze. Raport europosła Duffa w minionej kadencji proponował, aby obok mandatów przypadających poszczególnym państwom członkowskim, wprowadzić również 25-osobową listę ogólnoeuropejską, na którą mogłyby głosować wszystkie obywatelki i obywatele Unii. Jej celem było zaproszenie wyborców i wyborczynie z całej Europy do utożsamienia się ze wspólnym projektem integracji, zamiast wykorzystywania narodowych delegacji wyłącznie do reprezentowania partykularnych interesów poszczególnych państw. Mieliśmy nadzieję, że rozwiązanie to wejdzie w życie już w wyborach w roku 2014, jednak po dziś dzień brak konsensusu w kwestii dodania tak niewielkiej liczby mandatów do PE.
Gdyby można było głosować zarówno na partie narodowe, jak i na listy europejskie, punkt ciężkości zacząłby się przenosić na ugrupowania paneuropejskie, ich oferty programowe, propozycje oraz dotychczasowe osiągnięcia. Uczynilibyśmy pierwszy krok do zmiany narracji z haseł w rodzaju „mój kraj musi dostawać od Unii więcej, niż jej daje” na to, „jakiej Europy chcemy”. Populistyczny dyskurs wiąże się z tożsamością narodową – bez przekonujących, europejskich programów tworzonych wewnątrz paneuropejskich ugrupowań nie będzie on miał naprzeciwko siebie wiarygodnej alternatywy.
Zielone prawybory w perspektywie
Pomysł na współpracę ludzi z różnych krajów, zbierających się, by działać na rzecz wspólnego celu, nie jest niczym nowym. Dowodem na możliwość jednoczesnej mobilizacji ponad granicami są ruchy antyatomowe i pacyfistyczne, europejskie inicjatywy obywatelskie takie jak „right2water” czy kampanie międzynarodowych organizacji pozarządowych. Zielone prawybory były jednak bez precedensu. Choć były projektem ponadnarodowym, kształtowany był on na różne sposoby przez kontekst i perspektywy poszczególnych krajów.
Niemcy
Niemiecki elektorat nie ma bogatego doświadczenia prawyborczego. Niemieccy Zieloni wybrali czołowe twarze swojej kampanii parlamentarnej w roku 2013 w głosowaniu wszystkich członkiń i członków ugrupowania. Frekwencja była jednak umiarkowana, a partia nie powstrzymała Merkel przed objęciem władzy na kolejną kadencję. Europejskie prawybory przytrafiły się partii wtedy, gdy bardzo poważnie zastanawiała się nad swoim kierunkiem.
Patrząc na liczby bezwzględne, to właśnie z Niemiec nadeszło najwięcej głosów w prawyborach. Wiąże się to rzecz jasna ze stosunkowo dużą ludnością oraz liczebnością niemieckich Zielonych. Biorąc pod uwagę te uwarunkowania, inne partie należące do EPZ mogły pochwalić się lepszymi osiągnięciami. Grupy robocze ds. europejskich rozpoczęły kampanie profrekwencyjne, np. pokazując w lokalnych kołach, w jaki sposób można wziąć udział w głosowaniu.
Dyskusje na temat korzyści z udziału w tym procesie zaczęły się jednak za późno. Brakowało komunikacji między radą EPZ, która w kwietniu 2013 r. postanowiła o przeprowadzeniu zielonych prawyborów, delegatkami i delegatami, a szeregowymi członkiniami i członkami. Choć było to cenne (i pierwsze!) doświadczenie, widać po nim wyraźnie, że następnym razem procedury dotyczące kampanii i głosowania będą musiały być opracowane wcześniej, a kwestie techniczne – uproszczone, jeśli chcemy w ten proces zaangażować więcej osób.
Francja
Również dla francuskiego elektoratu idea prawyborów jest dość nowa. Tradycyjne partie polityczne zawsze nominowały swoich kandydatów za pomocą wewnętrznych, mało przejrzystych procedur. Zmianę przyniosły wybory prezydenckie w roku 2012. Partia Europa Ekologia – Zieloni (EELV) zorganizowała głosowanie, mające na celu wybór swojego kandydata, otwarte również dla osób nienależących do partii. Okazało się ono całkiem udane – zarejestrowało się do niego 35 tysięcy osób (z czego do partii należało ok. 15 tysięcy). Wyboru dokonywano spośród czwórki kandydatów, z czego połowa nie należała do ugrupowania.
Prawybory na kandydata na prezydenta zorganizowane jesienią 2011 r. przez Partię Socjalistyczną były całkowicie otwarte dla osób spoza tej formacji. Frekwencja była imponująca – 2.661.231 osób w pierwszej i 2.860.157 w drugiej turze – dając spore wsparcie dla kandydatury François Hollande’a. Były one uważnie śledzone przez media, towarzyszyły im debaty telewizyjne, stanowiły również istotną inspirację dla europejskich zielonych prawyborów. Uważa się, że nawet francuska prawica – UMP – zdecyduje się na podobny krok przed wyborami prezydenckimi w roku 2017.
Zielone prawybory europejskie odbywały się tu zatem w kontekście rosnącej popularności tej idei. Choć zainteresowanie medialne było umiarkowane, to jednak towarzyszyły im raczej pozytywne komentarze – prawdopodobnie z powodu popularności jednego z kandydatów, zielonego europosła José Bové. Główną trudnością był fakt, że toczyły się tu w trakcie kampanii przed wyborami lokalnymi, które odwracały uwagę i przyczyniły się do rozczarowującej frekwencji.
Hiszpania
Prawybory to popularne słowo na hiszpańskiej scenie politycznej. Uważane są za narzędzie promowania transformacji tutejszej polityki, zapobiegające skostnieniu lokalnych elit partyjnych. Większość z założonych niedawno partii politycznych w Hiszpanii (liberalna UPyD, zielona EQUO i lewicowa Podemos) od samego początku zdecydowały się na prawybory jako sposób na wybór osób kandydujących, tworząc presję na starsze partie lewicowe (socjalistów oraz Zjednoczoną Lewicę) na obranie podobnego kierunku. Popularność prawyborów w tym kraju może tłumaczyć względnie wysoki udział głosów z niego w zielonych prawyborach (trzeci pod względem wielkości) – pomimo faktu, że tutejsza partia ekopolityczna jest niewielka, a obecność tematyki europejskiej w kampanii do PE była śladowa.
Rzecz jasna prawybory nie dają żadnej gwarancji sukcesu. EQUO organizuje je – wraz z innymi metodami wykorzystania demokracji bezpośredniej – od swojego powstania 3 lata temu. Mimo to osiągnęła znacząco mniej sukcesów niż Podemos, gdzie od początku wiadomo było, kto je wygra. Prawybory w tej partii zainteresowały 30 tysięcy osób (w majowych wyborach zdobyła ponad milion głosów), podczas gdy w Zielonych – 3 tysiące.
Czego nas nauczyły zielone prawybory?
Dobrym pomysłem okazało się zaprezentowanie zielonej inicjatywy jako eksperymentu wewnątrzpartyjnej demokracji na szczeblu europejskim. Próba zaangażowania ludzi w wybór wiodących twarzy kampanii, które nie były im znajome, okazała się nie lada wyzwaniem. Ewaluacja tego procesu może być jednak cennym ćwiczeniem. Możemy spojrzeć na te prawybory jako na rozpoczęcie procesu budowy rzeczywiście ponadnarodowych struktur partyjnych, które przydadzą się nam w wypadku zaistnienia list ogólnoeuropejskich, które być może w całości będą wybierane w ten sposób.
Zauważyliśmy szereg pozytywnych elementów tego doświadczenia, które mogą być przydatne w przyszłości:
Udowodniło ono, że młodzieżówka EPZ – Federacja Młodych Europejskich Zielonych (FYEG) ma solidną, wydajną strukturę kampanijną, co poświadcza wynik Ska Keller.
Wiele partii członkowskich ma już europejskie grupy robocze. Grupy te, np. w belgijskiej partii Ecolo, holenderskiej Zielonej Lewicy oraz niemieckiego landu Nadrenia Północna-Westfalia, już organizują wspólne wydarzenia, korzystając z geograficznej bliskości.
Co kilka lat EPZ powinna zwoływać kongres, na którym wybierałaby prawdziwie ponadnarodową listę kandydacką. Wiązałoby się to z szeregiem wyzwań, jak np. kwestiami finansowymi czy brakiem doświadczenia w organizacji podobnych przedsięwzięć. Aktualnie delegatki i delegaci odgrywają rolę dopiero tuż przed kongresem – musimy im dać narzędzia internetowe do tego, by działali również między zgromadzeniami. Ich doświadczenie może okazać się niezwykle cenne dla funkcjonowania partii.
Zielone prawybory, symbolizujące otwarcie polityki dla każdej i każdego, pokazały również skalę wyzwań związanych z harmonizowaniem bardzo różnorodnych procedur oraz struktur członkowskich w poszczególnych partiach. Widać wyraźnie, że będzie to długofalowa inwestycja, która pochłonie sporo czasu, energii i innych zasobów. Jego pomyślne rozwikłanie zależy od tego, jak bardzo szczerze zależy nam na budowie prawdziwie europejskiego ruchu politycznego.
Artykuł The Next Democratic Revolution: From the Green Primary to European Lists ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim). Przeł. Bartłomiej Kozek.
Wracać do ekologicznych korzeni czy skończyć z udziałem w kulturze politycznego kompromisu? Wyzwania aktualne nie tylko w Brukseli. (więcej…)
Gdy zapada zmierzch, ogarnięte mrokiem ulice pustoszeją. Zostają na nich tylko grupy młodych ludzi, którzy nie mają dokąd pójść. Tak wygląda ich „dom”, w dzień i w nocy, nieważne, czy wokół panuje przejmujące zimno, czy nieznośny upał. Jednakże tym młodym ludziom udaje się jakoś przetrwać. Wiele młodych kobiet trzyma się blisko swoich partnerów, by uniknąć nieproszonego towarzystwa i związanych z tym konsekwencji, podczas gdy inne w tym samym czasie zajęte są zarabianiem własnym ciałem, aby zdobyć jedzenie czy schronienie. Nauczyli się już do trudnego życia na ulicy. A przecież ci młodzi ludzie nie zawsze tak żyli.
Dotknięci przez kryzys
Posiadanie dachu nad głową jest jednym z podstawowych praw sformułowanych w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Mimo to ludzie wciąż lądują na bruku, co dotyczy w dużym stopniu młodych. Młodzież nie powinna żyć na ulicy, lecz z wielu powodów tak to się właśnie kończy. Często przyczyną są niedostatki na rynku mieszkaniowym, choć nawet gdy tu teoretycznie nie ma problemu, wielu zwyczajnie na mieszkanie nie stać. Co więcej, osobista sytuacja niektórych osób może uniemożliwić im zdobycie stałego schronienia, zwiększając tym samym ryzyko popadnięcia w nędzę. Niestety, młodzież pozostaje najbardziej narażoną na tego rodzaju zjawiska grupą.
Podczas przejścia z okresu dojrzewania do dorosłości młodzież doświadcza serii zmian i emocjonalnych problemów. Zdarza im się porzucić szkołę i dom rodzinny. Jeżeli uda im się zdobyć pracę i miejsce, w którym mogliby się zaczepić, taka transformacja może być znośna, miejscami nawet przyjemna i ekscytująca. Jednakże problemy pojawiają się, gdy młodzi stykają się z obciążeniami finansowymi, jak opłacanie rachunków, co – gdy nie mogą znaleźć zatrudnienia – jest, rzecz jasna, najgorsze. I może zakończyć się bezdomnością.
W całej Unii Europejskiej to właśnie młodzież została najciężej dotknięta przez kryzys finansowy, co drastycznie pogłębiło już istniejące ryzyko nędzy i wykluczenia. Pobieżne spojrzenie na statystyki pokazuje, iż średni wskaźnik bezdomności w tej grupie wynosi ok. 20%. W niektórych krajach, jak Hiszpania i Łotwa, sięga nawet 40%. Bezdomność nierozerwalnie łączy się ze zjawiskiem bezrobocia, gdyż jedno prowadzi do drugiego. Widać to szczególnie na przykładzie tych, którzy mają mało lub w ogóle perspektyw; przede wszystkim dotyczy to osób wywodzących się z upośledzonych społecznie środowisk. Dla nich rynek pracy jest kompletnie zamknięty.
Włączenie społeczne jest jednym z głównych punktów strategii Europa 2020, której celem jest przeciwdziałanie ubóstwu i wykluczeniu. Komisja Europejska zadecydowała, że co najmniej 20% wydatków z Europejskiego Funduszu Społecznego w okresie fiskalnym 2012-2020 zostanie przeznaczone na politykę włączenia społecznego, z czego znaczna część powinna być przeznaczona na politykę mieszkaniową.
W maju 2012 r. odbyło się spotkanie zorganizowane pod auspicjami duńskiej prezydencji, na którym zebrało się 150 uczestników z osobistymi doświadczeniami ubóstwa i bezdomności. Celem spotkania było poruszenie tematu bezdomności i prawa do mieszkania w kontekście aktualnego kryzysu. Zastanawiano się m. in. nad dobrymi i złymi sposobami zajmowania się bezdomnością.
Czemu młodzi kończą na ulicy?
Ogólnie rzecz biorąc, młodzi, którzy nie są w stanie opłacić czynszu lub nie mają dostępu do rynku pracy, są najbardziej narażeni na bezdomność. Jednakże mogą się z tym łączyć też inne czynniki, pogłębiające problem: konflikty w łonie rozbitych rodzin, uzależnienia, przez które młodzi izolują się od otoczenia bądź wydają wszystko na kontynuowanie zgubnych nawyków, tym samym pozbywając się potrzebnych do opłacenia czynszu środków.
Wśród sytuacji prowadzących do bezdomności poczesne miejsce zajmują wspomniane już różnego rodzaju uzależnienia, które mogą popchnąć jednostkę do opuszczenia domu i w konsekwencji znalezienia się na ulicy. Młodzi spotykają się również z zaniedbaniem, brakiem emocjonalnego bądź finansowego wsparcia ze strony rodziny. Innymi częstym zjawiskiem jest seksualna lub emocjonalna przemoc. Przemoc seksualna najczęściej spotyka młode kobiety, dla których życie na ulicy staje się sposobem na ucieczkę. W większości przypadków sprawcą jest rzeczywiście ktoś z rodziny, lecz ucieczka z toksycznego środowiska nie rozwiązuje problemu. Wręcz przeciwnie, tylko go pogłębia, albowiem bezdomne kobiety na ulicy są jeszcze bardziej narażone na to, przed czym uciekają.
Na tym nie wyczerpują powody popychające do opuszczenia domu i przeniesienia się na ulicę: niechciana ciąża, brak akceptacji dla odmiennej orientacji seksualnej. Grupą młodych, u której ryzyko bezdomności jest wysokie, są ci, którzy mieli do czynienia z wymiarem sprawiedliwości. Z powodu kryminalnej przeszłości i chaotycznego stylu życia mają niewielkie szanse na znalezienie pracy i dachu nad głową, podobnie jak na wsparcie ze strony rodziny i państwa.
Pomimo trudnych warunków życia na ulicy młodym bezdomnym zwykle udaje się przeżyć, jednakże nie bez poważnych konsekwencji dla ich kondycji fizycznej i psychicznej. Ciężkie warunki takiej egzystencji często popychają młodych bezdomnych, którzy nie mieli wcześniej takich problemów, ku aktywnościom takim jak handel narkotykami, kradzieże czy prostytucja. Do jeszcze innych czynników ryzyka związanych z długim życiem na ulicy należy wszechobecna przemoc oraz choroby, szczególnie dotykające żeńską część tej populacji.
Większość z nich handluje własnymi ciałami w zamian za pieniądze, jedzenie i schronienie, często bez żadnej ochrony. Nic dziwnego, iż drastycznie zwiększa to ryzyko występowania chorób przenoszonych drogą płciową, takich jak HIV/AIDS, wirusowe zapalenia wątroby typu B i C, a także innych schorzeń, jak świerzb, gruźlica, problemy z uzębieniem. Do tego często dochodzi narkomania i alkoholizm, za pomocą których młodzi bezdomni szukają ucieczki od trudnej rzeczywistości. Rzeczywistości, która zarazem powoduje występowanie schorzeń psychicznych.
Większość młodych bezdomnych boryka się z depresją, niską samooceną oraz zespołem stresu pourazowego, wywołanego traumami z wcześniejszych lat. To wszystko powoduje, iż młodzi znajdują się w niezwykle trudnym położeniu.
Szukając rozwiązań
W konsekwencji młodzi stoją w obliczu wielu barier, wykluczających ze społeczeństwa, przez co są ignorowani przez pozostałych jego członków. Młodzi są filarem społeczeństwa, przeto pozbawiając ich elementarnego bezpieczeństwa socjalnego, reszta społeczeństwa narusza ich podstawowe prawa człowieka. Dlatego, aby zapewnić im ochronę, którą zakłada obowiązująca równość praw, i zwalczyć zjawisko bezdomności, istniejące rozwiązania muszą zostać zrewidowane, a nowe wprowadzone w życie jak najszybciej.
Celem nowych założeń musi być przede wszystkim prewencja, a potem zajęcie się potrzebami już istniejącej grupy bezdomnych. Pomoc młodym na ulicach musi zakładać nowe podejście, w tym rozwój doraźnych narzędzi, m.in. schronisk. Nie ma najmniejszej wątpliwości, iż tego typu działania pomagają utrzymać młodych poza ulicami na długi czas, ale musimy również robić wszystko, co w naszej mocy, żeby walczyć z przyczynami problemu.
Jest więc konieczne umocnienie i integracja sektorów takich jak budownictwo publiczne, służba zdrowia, zatrudnienia i szkolnictwo celem wypracowania spójnej polityki. Aby tego dokonać, konieczne jest stworzenie systemu wspólnych ram działania, których funkcją byłaby integracja pracy specjalistów z wymienionych gałęzi celem wypracowania skutecznych rozwiązań. Taki zespół spotykałby się regularnie, lub w zależności od kryzysów, dostarczając szybkiej ekspertyzy w celu pomocy bezdomnym oraz zapobiegania pojawieniu się nowych na ulicy. Zorganizowana współpraca między zainteresowanymi stronami redukuje problemy z biurokracją i tym samym usprawnia skuteczność działania.
Ponadto tego rodzaju zespół zajmowałby się wypracowywaniem stałych programów pomocy dla bezdomnych, opierając się na ich indywidualnych doświadczeniach, a także propagując wiedzę na temat problemu oraz prowadzić badania. Zespół starałby się zidentyfikować najbardziej narażonych.
Ponieważ przyczyny, z powodu których młodzi znajdują się na ulicach są często bardzo różne, trzeba przyjąć podejście indywidualne, co z kolei będzie wymagało rozbudowy w danych społecznościach specyficznych służb pomocy, zwracających się w stronę konkretnych problemów i grup. Przykładem takiego podejścia byłyby instytucje funkcjonujące w danej społeczności, zajmujące się narkomanią, zdrowiem psychicznym lub młodymi zwolnionymi z więzień: pomoc młodym w znanym im, zdrowym środowisku.
Zapewnienie dostępnych mieszkań
Młodzi nigdy nie będą mieli szansy na nic lepszego niż ulica, jeżeli nie będzie dla nich dostępnych mieszkań. Ich zapewnienie jest kluczowe dla zwalczenia problemu bezdomności i zapewnienia stabilności. Rzecz jasna, nawet wówczas nie można zapominać o umożliwieniu młodym korzystania z potrzebnych usług. Często młodzi potrzebują wsparcia i rady przy aklimatyzowaniu się w nowych warunkach. Profesjonaliści są potrzebni byłym bezdomnym, którzy równocześnie zetknęli się z nałogami i światem przestępczym, aby nie wracali na tę drogę. A trzeba pamiętać, że to najbardziej narażona grupa, dla której ryzyko nie kończy się automatycznie wraz ze znalezieniem stałego dachu nad głową.
Rozważając strategie dostępnego mieszkalnictwa, decydenci powinni poważnie rozważyć użycie taniego, a zarazem solidnego zielonego budownictwa, którego pozytywnym aspektem są, jak sama nazwa wskazuje, niskie koszty oraz zdrowe warunki, najbardziej odpowiednie dla tej szczególnie narażonej grupy społecznej. Ta polityka zasługuje na uwagę decydentów i poparcie ze strony administracji. W rezultacie można połączyć zwalczanie bezdomności z tworzeniem zdrowych warunków życia.
Użycie zielonego budownictwa jest coraz powszechniejsze w Stanach Zjednoczonych. Jego rozwój znajduje się na liście ustawodawczych priorytetów administracji prezydenta Baracka Obamy, łącząc ograniczanie kosztów, lepszą dostępność finansową oraz ekologię.
Młodzi są przyszłością i dlatego muszą być jak najbardziej zintegrowani z resztą społeczeństwa. Są zasobem, którego nie powinny ignorować żaden rząd i żadne państwo. Jednakże nie zawsze jest to takie oczywiste, przez co młodzi lądują na ulicach. Zastosowanie wymienionych rozwiązań wraz ze złożonym podejściem pozwoli młodym żyć zdrowym życiem, z daleka od zaułków oraz przeszkód w dostępie do edukacji i rynku pracy.
Artykuł „Ending Youth Homelessness; More accessible Housing” ukazał się w publikacji Federacji Młodych Europejskich Zielonych Reclaim the Future! Przeł. Krzysztof Pacyński.
Komisarz Cecilia Malmström wierzy, że w kwestii przejrzystości rozmów “można zrobić więcej”. Czemu więc zajmuje to tyle czasu? (więcej…)
Gdy Antony Jenkins, prezes Barclaysa, wprowadził latem 2014 r. program mający całkowicie odmienić wizerunek banku, zasłużenie spotkał się z powszechną aprobatą. Celem tego programu była walka z negatywną opinią dotyczącą korporacyjnej kultury banku po serii skandali związanych z nieetycznymi praktykami sprzedaży i manipulacją rynkiem. Plan ten był z pewnością silnym wyrazem chęci wprowadzenia zmian.
Pozostaje jednak pytanie, czy plan, zakładający obowiązkowe szkolenia pracowników w zakresie „Wartości Barclaysa”, akceptowalnych „Zachowań” oraz „Zrównoważonej Karty Wyników”, ma jakąkolwiek szansę na osiągnięcie założonych celów w świecie społecznym, jakim jest miejsce pracy?
Szukając wzoru na sukces
Przyjrzeliśmy się temu pytaniu w publikacji Fundacji Nowej Ekonomii (NEF) The Reality of Now: How the social process drives organisational behaviour (Rzeczywistość chwili obecnej: jak procesy społeczne wpływają na zachowanie organizacji).
Książka ta powstała na bazie badań, które miały początkowo zupełnie inny cel. Zaczęliśmy od analizowania firm z własną charakterystyczną kulturą i strukturą korporacyjną, które odniosły sukces na rynku i które (w naszej opinii) wpisują się w ekonomię zrównoważonego rozwoju. Tym, czego poszukiwaliśmy, był magiczny wzór na sukces.
Podobnie jak inni współcześni badacze i teoretycy sądziliśmy, że tradycyjne hierarchiczne struktury oparte na poleceniach i kontroli powinny ustąpić miejsca strukturze bardziej dopasowanej do rozwiązywania skomplikowanych problemów społecznych, ekonomicznych i ekologicznych.
Dokładna analiza czterech firm doprowadziła nas do zdawałoby się oczywistego wniosku, który w praktyce jest jednak często lekceważony: bez względu na to, w jakie struktury i procedury się je wpisze, ludzkiego zachowania nie można skodyfikować.
Ludzie, nie maszyny
Ostatnie osiągnięcia nauk o złożoności mogą nam zarówno pomóc, jak i przeszkodzić w rozumieniu ludzkiego zachowania. Obserwujemy, że zachowanie złożonych systemów jest wypadkową niezliczonych wzajemnych oddziaływań między pojedynczymi elementami, które je budują. Nauka pozwala nam na lepsze zrozumienie precyzyjnych reguł, które rządzą tymi interakcjami w systemach przyrodniczych. Rozumiemy, jak z pozornego chaosu wyłaniają się spójne wzory.
Jednak nauka nie jest w stanie zidentyfikować dokładnych reguł interakcji między ludźmi, ponieważ takie reguły nie istnieją. Złożoność systemów społecznych jest jakościowo inna niż złożoność systemów naturalnych. Ludzie komunikują się poprzez nieustanny taniec do nieharmonijnej muzyki, złożonej nie tylko z obowiązujących w danej firmie planów i procedur, lecz także norm społecznych, osobistych motywów, emocji, przekonań i kodów kulturowych.
Owszem, menadżerowie mogą grać wojskowe marsze i podkręcać regulator. Ale zostaną zagłuszeni przez muzykę procesów społecznych. Lepiej byłoby dla nich, gdyby się w nią wsłuchali. Oczywiście jak najbardziej trzeba ustalać reguły i przekazywać określone wartości, ale nie warto się łudzić, że będzie to oznaczało rzeczywistą kontrolę nad zachowaniami pracowników.
Czy zatem menadżerowie są zbędni?
Nie. Jednak wprowadzając w życie swoje plany, powinni niestrudzenie skupiać się na nieprzewidywalnej „rzeczywistości chwili obecnej” – wymiarze ludzkim. Oznacza to, że nasza koncepcja przywództwa powinna bardziej koncentrować się na ułatwianiu, inspirowaniu i dostarczaniu grupie poczucia sensu, a nie wydawaniu poleceń. Wartości wyłaniają się bowiem z interakcji, a nie dlatego, że ktoś na górze tak postanowił.
Być może zarząd Barclaysa lepiej zrobiłby, gdyby zamiast organizować pracownikom szkolenia z „Wartości Barclaysa”, po prostu zrezygnował ze swoich wyśrubowanych premii i zmniejszył kuriozalnie wysokie wypłaty dla swoich spekulantów finansowych. Pokazałoby to, że maksymalizacja korzyści finansowej nie jest jedyną nagrodą. Zmiana kultury opartej na bezwzględnym dążeniu do zysku wymaga nie tylko pięknych słów, ale i czynów.
Spontaniczność, nieprzewidywalność, improwizacja
Plany korporacji są potrzebne. Potrzebujemy zasad, by móc przejść przez zawiłości życia codziennego nie tylko w organizacjach, ale i w nowoczesnym społeczeństwie. Były one przecież potrzebne do stworzenia tego skomplikowanego społeczeństwa.
Ale powinniśmy pamiętać, że te zasady nigdy nie będą wiernym odzwierciedleniem rzeczywistości. Można przyrównać to do różnicy między przedstawieniem z pisanym scenariuszem a improwizacją. Scenariusz ma formę deterministyczną i określa zakres spontaniczności i nowości. Kolejne przedstawienia będą różnić się tylko nieznacznie, a ich zakończenie będzie z góry znane.
Z drugiej strony improwizacja pozwala na większą dozę wolności i kreatywności aktorów, a przez to nosi rys niepewności i nieprzewidywalności. Jednak nie jest to równoznaczne z indywidualną autonomią. Aktorzy nie są kowalami własnego losu. Ich gra jest kształtowana przez grę innych aktorów, przez to, co się działo w ich życiu, przez warunki w teatrze, reakcję publiczności i mnóstwo innych czynników poza ich kontrolą.
Życie codzienne jest w dużym stopniu podobne do improwizowanego przedstawienia – odbywa się w pewnych ramach, ale nie jest zdeterminowane przez scenariusz.
Może to być zła wiadomość dla Antony’ego Jenkinsa i jego planu zmiany scenariusza banku. Jednak jest to dobra wiadomość dla społeczeństwa – ponieważ improwizacja, złożoność, nieprzewidywalność i spontaniczność pozwalają na wprowadzenie innowacji i kreatywności. Zamiast próbować kontrolować te procesy, lepiej podjąć wysiłek, aby je zrozumieć i zaakceptować.
Artykuł Barclays Transform: can corporate plans really change employees’ behaviour? ukazał się na stronie New Economics Foundation. Przeł. Dariusz Pilucik.
Rozczarowanie mizernymi wynikami poprzednich szczytów klimatycznych było sporym ciosem dla aktywizmu klimatycznego. Dziś, gdy na horyzoncie rysują się już obrady COP 21 w Paryżu, w Europie daje się odczuć ożywienie. Zieloni mają szansę, by stać się głosem tego nowego ruchu – uda im się to jednak tylko wtedy, kiedy przekonają obywatelki i obywateli, że słyszą ich żądania zmian i zobowiążą się do ich realizacji.
Powrót nadziei
W grudniu 2015 r. światowi przywódcy zjadą do Paryża, by podjąć ponowną próbę osiągnięcia porozumienia, które ograniczyłoby skutki zmian klimatu, zanim zupełnie wymkną się one spod kontroli.
W roku 2009, podczas szczytu COP 15 w Kopenhadze, na którym miano wypracować zobowiązania redukcji emisji gazów cieplarnianych do bezpiecznych poziomów, oczekiwania były wysokie. Niestety, wzmożona mobilizacja obywatelska, połączona ze sporym zainteresowaniem mediów nie przekonały światowych przywódców do tego, by wspięli się ponad wąskie narodowe interesy. Generujący olbrzymie oczekiwania entuzjazm zderzył się ze ścianą. Dopiero w ostatniej chwili Chiny, Republika Południowej Afryki, Indie, Brazylia oraz Stany Zjednoczone doszły do dalece niesatysfakcjonującego, pozbawionego ambicji porozumienia, które pogrzebało nadzieje aktywistek i aktywistów na wspólny, prawdziwie globalny bój o przyszłość planety.
Rezultaty tamtego szczytu sparaliżowały cały ruch ekologiczny. Obywatelki i obywatele, organizacje pozarządowe oraz partie ekopolityczne, które poświęciły sporo czasu na przybliżanie problemu społeczeństwu, biznesowi czy mediom obudziły się dzień po nim na kacu i z poczuciem absolutnej bezsilności. Zmęczenie tematem, spowodowane tym ciosem, trwało bardzo długo.
Ale nastroje właśnie się zmieniają – i to na lepsze. W ostatnich pięciu latach tak obywatelki i obywatele, jaki i ruchy ekologiczne lizały rany i organizowały się na nowo. Nie czekały z założonymi rękami, ale poświęciły ten czas na głębszą refleksję. Powoli na naszych oczach rodzi się niewielki, ale coraz bardziej aktywny ruch społeczny. Obserwujemy zmiany w różnych sektorach społeczeństwa. Rosnące grono ludzi dostrzega fakt, że sposób organizacji naszych społeczeństw wyczerpuje się i musi dojść do zmian. Rozwija się ekonomia dzielenia się, wspierana przez rozwój technologii oraz ludzkiej pomysłowości. Społeczności lokalne gromadzą się, by realizować projekty energetyki obywatelskiej, każdego dnia powstają nowe spółdzielnie oraz rodzinne firmy. Testowane są nowe waluty oraz systemy płatności. Na naszych oczach nabiera kształtu zielona, cyrkularna gospodarka. Wszystkie opisane przed chwilą działania zaczynają tworzyć prawdziwy ruch na rzecz alternatywy, która do niedawna uważana była za zbyt idealistyczną i niszową, a która dziś rośnie i wcześniej czy później stanie się normą.
Niektórzy mogą twierdzić, że sprawy idą w złym kierunku – i nie byłoby tak łatwo obalić tę tezę. Skutki zmian klimatu są odczuwane na całym świecie, a najnowsze raporty UNFCCC przynoszą coraz bardziej alarmujące wieści. Zarówno w Europie, jak i na całym świecie narodowe interesy stają na drodze wspólnym działaniom, tworząc wrażenie już nawet nie stagnacji, co cofania się.
Choć światowi przywódcy mogą nie chcieć wyjść ze swojego krajowego grajdołka ani rezygnować ze swych wąsko pojętych interesów, a niektórzy ludzie tracą już wiarę w to, że ich reprezentanci są w stanie poprawić jakość ich życia, nie oznacza to jeszcze, że nie dzieje się nic ważnego i mogącego napawać optymizmem.
Rola Zielonych
Największy w historii marsz klimatyczny, jaki miał miejsce w Nowym Jorku oraz w miastach całego świata pokazał, że ludzie gotowi są na coś nowego. Obywatelki i obywatele mają konkretne żądania – wśród nich kluczową rolę odgrywa to, by światowi przywódcy odeszli od paliw kopalnych w stronę zwiększania roli energetyki odnawialnej.
Na kilka miesięcy przed COP 21 w Paryżu Zieloni mają świetną szansę i rolę do odegrania – stania się tubą tego rodzącego się ruchu oraz orędownikami nowego modelu gospodarki, który już dziś wykuwają miliony ludzi na całym świecie. Mogą sprawić, by ten alternatywny ruch nadal rósł w siłę, a wysuwane przezeń żądania, dotyczące m.in. budowy zielonej gospodarki cyrkularnej, stawiającej człowieka i przyrodę na pierwszym miejscu, zostały zrealizowane. Partie ekopolityczne muszą pokazać obywatelkom i obywatelom, że dostrzegają postulaty, których inne formacje nie widzą, marginalizują albo lekceważą.
Polityka klimatyczna wraz ze zbliżaniem się paryskiego szczytu powinna zaprzątać więcej głowy politykom oraz mediom – to okazja, z której ruch ekologiczny powinien skorzystać. Już od dawna Zieloni pokazywali, że istnieją ekologiczne oraz efektywne kosztowo rozwiązania dla trapiących nas dziś kryzysów: finansowego, ekonomicznego czy społecznego. Nadszedł czas, by unieśli sztandar, który od zawsze stanowił rdzeń wyznawanych przez nich wartości i pokazali innym partiom że to, co kilkanaście lat temu uważane było za nazbyt idealistyczne, dziś rozprzestrzenia się po całym świecie. Obywatelki i obywatele potrzebują naszej pomocy, by ich głosy brzmiały donośnie i by zmiany, na rzecz których pracują, stały się faktem.
Artykuł The Run-Up to Paris 2015: A Change of Paradigm in the Climate Movement ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim). Przeł. Bartłomiej Kozek.
Frederik Moch z niemieckiej konfederacji związkowej DGB o tym, jak jednocześnie chronić klimat i ludzi – w rozmowie z Bartłomiejem Kozkiem. (więcej…)
O tym, dlaczego rolnicy i konsumenci żywności powinni bacznie przyglądać się negocjacjom handlowym między Unią Europejską a USA. (więcej…)
Jeśli straciłbyś jutro pracę, zachorował bądź potrzebował wziąć urlop, aby zająć się chorym dzieckiem czy starszym krewniakiem, pomógłby ci w tym system bezpieczeństwa socjalnego. Stworzono go, aby zmierzyć się z problemem niepewności i aby wspierał nas w życiowych zmianach – czy to posiadaniu dzieci czy znalezieniu nowej pracy. W języku angielskim odzwierciedla to oryginalne XIV-wieczne znaczenie słowa „welfare” – ma pomóc nam w „dobrej podróży” przez życie.
Jednak obecny system bezpieczeństwa socjalnego znalazł się pod ostrzałem. Różne partie polityczne postrzegają zasiłki jako obciążenie dla budżetu, zamiast patrzeć na nie jako na inwestycję w dobrobyt społeczeństwa i zrównoważoną gospodarkę. Reformy polityki społecznej skupione są na zmniejszaniu dostępnego wsparcia i zachęcaniu do poszukiwania indywidualnych raczej niż zbiorowych odpowiedzi na problem niskich płac i niepewnych dochodów. My natomiast uważamy, iż należy stworzyć system oparty na uwspólnieniu ryzyka i współdzieleniu zasobów, tak aby zapewnić siatkę bezpieczeństwa każdemu, kto tego potrzebuje.
W ramach naszej refleksji nad zarysem nowej umowy społecznej wypracowaliśmy wspólnie z ekspertami szereg pomysłów na poprawę bezpieczeństwa socjalnego. Potrzebujemy systemu bardziej nastawionego na zapobieganie, bardziej kolektywnego i dynamicznego.
W nowej publikacji NEF Social security for a new social settlement (pdf) proponujemy szereg konkretnych działań w tym kierunku, przede wszystkim następujące pięć kroków:
1. Dostrzegać osobistą odpowiedzialność, jednak w kontekście współzależności
Wiele spośród problemów obecnego systemu – to, że tworzy podziały, jest karzący i stygmatyzujący – pochodzi ze spojrzenia na osobistą odpowiedzialność. Za sytuacje takie jak bezrobocie obwinia się jednostki, nie uwzględniając kontekstu ekonomicznego. My proponujemy nową definicję, na którą trafiliśmy podczas badania doświadczeń matek poszukujących pracy. Jak wskazują: „W kontekście tego, że ludzie od siebie wzajemnie zależą, osobista odpowiedzialność oznacza, że prosi się o wsparcie, gdy jest ono potrzebne, i daje się wsparcie, kiedy się może”.
2. Uznać doniosłość zapobiegania problemom
Wszystkie zasiłki z natury są potencjalnie prewencyjne. Pozwalają ludziom na uniknięcie pogorszenia zdrowia psychicznego lub fizycznego z powodu bezrobocia lub pogrążenia w długach wskutek choroby czy niepełnosprawności. Profilaktyka pozwala ograniczyć straty, zarówno finansowe, jak i koszty ludzkie, dzięki temu, że nie czekamy z działaniem, aż wydarzy się coś niedobrego. Uznanie profilaktycznej wartości zasiłków wymaga zmiany mentalności – trzeba dostrzec w nich nie tyle obciążenie, co formę inwestycji, i przyglądać się ich oddziaływaniu w dłuższym okresie.
3. Zapewniać nie tylko liczne, lecz również dobre miejsca pracy
Ludzie potrzebują stałego wsparcia, które pomaga im znaleźć zatrudnienie, ale należy także zadbać o to, aby rzeczywiście dostępny był taki rodzaj zatrudnienia, jakiego trzeba. Potrzebujemy nie tylko Gwarancji Pracy, ale także Gwarancji Dobrych Miejsc Pracy, w tym skrócenia tygodniowego czasu pracy i wzmocnienia zobowiązania pracodawców, aby zapewnili odpowiednie warunki dla niepełnosprawnych pracowników.
4. Stworzyć bardziej wspierające urzędy pracy
Obecnie urzędy pracy mierzą swój sukces jedynie liczbą aplikacji, jaką wysyła bezrobotny po zarejestrowaniu się. Czemu nie przekształcić ich w ośrodki wspólnej aktywności, dostarczające wsparcia na wiele różnych sposobów? Dzięki współprodukcji ludzie mieliby znacznie więcej do powiedzenia w kwestii tego, jakiego wsparcia potrzebują, by znaleźć odpowiednią pracę. Model banków czasu pomógłby także w prawidłowym ocenianiu czynności, które pomagają w przygotowaniu się i poszukiwaniu zatrudnienia. Ludzie mogliby wówczas wybierać pakiet wsparcia bardziej dopasowany do ich potrzeb, w tym warsztatów w urzędach pracy, spotkań z lokalnymi pracodawcami i dostarczania wsparcia innym – np. w formie opieki nad dzieckiem kogoś, kto ma w tym czasie rozmowę o pracę czy uczenia innych określonych umiejętności – to też jest cenne.
5. Zdemokratyzować proces decyzyjny
Obecnie niewielu ma głos w kwestiach polityki bezpieczeństwa socjalnego. Aktywistki i aktywiści, organizacje non profit i inne grupy ludzi dążą do uzyskania wpływu, ale ich głosów rzadko się słucha. Zamiast tego politycy opierają politykę na sondażach opinii, ukształtowanej przez media, których przekaz z kolei tworzony jest przez elitarne, odległe figury. Mało tu prawdziwego dialogu. Brak np. dyskusji o wpływie wzrostu kosztów życia na korzystanie z zasiłków. Albo o skali nieodpłatnej pracy wykonywanej przez ludzi otrzymujących świadczenia (opiekunów, rodziców, wolontariuszy), pracy, za którą w przeciwnym razie należałoby sporo zapłacić. Czy choćby o głębszych czynnikach powodujących wzrost wydatków na pomoc społeczną, zwłaszcza takich jak rosnące czynsze czy nierówne płace. Powinno się stworzyć demokratyczne instytucje, wobec których rząd byłby formalnie odpowiedzialny, sprzyjające bardziej przejrzystym, opartym na dowodach debatom z udziałem ludzi mających doświadczenie z pierwszej ręki w systemie bezpieczeństwa socjalnego.
Sprawnie działający system bezpieczeństwa socjalnego tworzy strukturę wzajemnej empatii i wspólnej odpowiedzialności. Wspólne działanie przeciwko niepewności i na rzecz lepszego podziału bogactwa pomaga budować solidarność. Sprzyja ono równiejszemu udziałowi w tym, co społeczeństwo ma do zaoferowania. Chodzi o równą możliwość odegrania sensownej roli, wnoszenie przez każdego wkładu na miarę swych możliwości, otrzymywanie wzajemnego wsparcia i rozwój osobistego potencjału. To są rzeczywiste korzyści, czekające na to, by je wyzwolić.
Artykuł Five steps to a more effective social security system ukazał się na stronie New Economics Foundation (Fundacji Nowej Ekonomii). Przeł. Tomasz Szustek.
Colleen Hartland, członkini Rady Ustawodawczej australijskiego stanu Wiktoria, opowiada o tym, jak dziewczynka z robotniczej rodziny została zieloną polityczką. (więcej…)
Uzależnienie Europy od rosyjskiego gazu ziemnego i ropy naftowej jest dla niej sporym zagrożeniem. Warto pamiętać, że Rosja może się zbroić i zachowywać się agresywnie na arenie międzynarodowej dzięki pieniądzom, jakie kraje Unii Europejskiej wydają na wspomniane surowce. Obecny konflikt stanowi historyczną szansę na zredukowanie poziomów konsumpcji energii, jak również emisji gazów cieplarnianych – zarówno w Unii Europejskiej, jak i w Ukrainie.
Europa na rozdrożu
W listopadzie 2013 r. ówczesny prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz pod naciskiem Kremla odmówił podpisania umowy stowarzyszeniowej kraju z UE, do czego miało dojść podczas szczytu w Wilnie. Społeczeństwo odpowiedziało na to demonstracjami na ulicach i placach ukraińskich miast – „euromajdanami” – domagając się europejskiej przyszłości dla swojego kraju. Rząd odpowiedział policyjną brutalnością, która jednak nie była w stanie złamać oporu. Gdy pod ukraińskimi i unijnymi flagami zginęła przeszło setka osób, wybuchła rewolucja – skorumpowany, opresyjny reżim musiał odejść, a Janukowycz uciekł ze swoimi kamratami do Rosji.
Odpowiedzią Moskwy na zmiany w Ukrainie była próba pobudzenia kontrrewolucji – anty-Euromajdanu we wschodnich i południowych rejonach kraju, zamieszkiwanych przez ludność rosyjskojęzyczną. Kiedy w wyniku braku poparcia wysiłki te spełzły na niczym, kraj stał się obiektem z początku utajonej, następnie zaś jawnej agresji zbrojnej. Po zajęciu Krymu przez „zielone ludziki”, którymi byli rosyjscy żołnierze bez wojskowych insygniów, rosyjska tajna policja oraz zamaskowane siły zbrojne wszczęły konflikt w położonym na wschodzie uprzemysłowionym regionie Donbasu.
Ukraina jest dziś zatem w stanie wojny. Jej rzeczywistym celem jest próba powstrzymania za pomocą obcych czołgów ekspansji wspólnego rynku, rządów prawa oraz praw człowieka promowanych przez Unię Europejską oraz pożądanych przez sporą część ludności wschodniej Europy oraz Kaukazu.
Los Ukrainy może zapowiadać los UE oraz „europejskiego snu” – tak samo, jak wydarzenia lat 1937-1938 zapowiadały klęskę zachodnich demokracji w Monachium w roku 1938.
Europa – główny sponsor rosyjskiej potęgi militarnej
Jednym z europejskich paradoksów jest obfita konsumpcja paliw kopalnych oraz spory udział w globalnej emisji dwutlenku węgla czy metanu wskutek nadmiernego zużycia ropy i gazu. W 2013 r. 35% zużytej w krajach UE ropy oraz 30% gazu ziemnego pochodziło z Rosji. W wielu państwach członkowskich Unii udział rosyjskiej ropy i gazu sięga 100%.
Uzależnienie od tych surowców i ich importu z Rosji ma – poza konsekwencjami klimatycznymi – inny istotny skutek. Odpowiadają one za 75% importu Unii z tego kraju. Europejki i Europejczycy płacą za to rocznie 150 mld euro (całościowy koszt importu z Rosji wynosi 213 mld). W tym samym czasie Unia eksportuje w tym kierunku towary jedynie za 123 mld, co oznacza deficyt handlowy rzędu 100 mld euro rocznie.
Zdolność ograniczenia przez Kreml dostaw gazu, jak również kształtowania jego cen, umożliwia rosyjskim władzom wpływanie na sytuację niejednego europejskiego państwa, co jasno pokazał „kryzys gazowy” z 2009 r. oraz postawa Rosji wobec Ukrainy. Przeszło połowa – niektóre szacunki mówią wręcz o 60-80% – przychodów rosyjskiego budżetu pochodzi z eksportu ropy, gazu i innych surowców. Znaczna część tej kwoty pochodzi z kasy Unii Europejskiej. Przypływ pieniędzy z tego źródła umożliwia Rosji zbrojenia, które stają się bezpośrednim zagrożeniem dla państw członkowskich UE (w szczególności krajów bałtyckich) oraz sąsiadów UE (Ukrainy z okupowanym Krymem i Donbasem, Mołdowy z Naddniestrzem oraz Gruzji z Abchazją i Osetią Południową).
Znaczenie tej militaryzacji pokazują następujące wskaźniki. W corocznym Globalnym Indeksie Pokoju (Global Peace Index) Instytutu na rzecz Ekonomii i Pokoju Rosja zajmuje dopiero 152. miejsce na 162, zaraz obok Korei Północnej. Wypadek przy pracy? Niekoniecznie. W roku 2013 kraj ten zajmował 154. pozycję, w 2012 zaś – 152. W Globalnym Indeksie Militaryzacji (Global Militarisation Index), za który co roku odpowiada Międzynarodowe Centrum Zmian w Bonn, Rosja zajęła w rankingu zbrojeń trzecią pozycję w roku 2012, zaś w 2011 i 2010 r. czwartą. Od 2000 r. Rosja nigdy nie wypadła z pierwszej piątki w tym rankingu.
Po rozpoczęciu okupacji Krymu oraz wojny w Ukrainie Europa musi zacząć patrzeć się na rosyjskie działania przez pryzmat zarządzania ryzykiem. Olbrzymim ryzykiem dla kontynentu jest zatem zależność od importowanych z tego kraju surowców. Jeszcze ważniejsza jest świadomość, że pieniądze, które za nie płacimy, umożliwiają militaryzację Rosji. Mogąc pochwalić się obrotami handlowymi rzędu 367,5 mld euro w 2012 r., Unia Europejska jest głównym partnerem gospodarczym Rosji. Dla porównania wskaźnik obrotów z Chinami w tym samym roku wyniósł 64,1 mld euro, z Ukrainą – 24,3 mld, a ze Stanami Zjednoczonymi, Japonią, Turcją czy Koreą Południową – mniej niż 20 mld.
Ukraina szansą dla polityki klimatycznej UE
Wojna w Ukrainie może stać się silną motywacją do zmniejszenia poziomów konsumpcji energii oraz emisji gazów cieplarnianych – zarówno w UE, jak i w Ukrainie. Emisje tego kraju w porównaniu PKB są bardzo wysokie i sięgają 0,9 kg na 1 dol. wartości wytworzonej w gospodarce (wg parytetu siły nabywczej), w porównaniu do 0,2 kg w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii czy we Włoszech. Wysoka intensywność energetyczna oraz emisje CO2 na jednostkę PKB mogą być po części wyjaśnione strukturą lokalnej gospodarki, w której istotną rolę odgrywa sektor przemysłowy (odpowiadający za 43% konsumpcji energii), a także bardziej surowym klimatem kontynentalnym. Istotnym czynnikiem jest tu jednak również niezmiernie niska efektywność energetyczna oraz marnowanie energii. Mieszkalnictwo, rolnictwo czy usługi odpowiadają za pozostałe 40% zużycia energii, transport zaś jedynie za 11%.
Gołym okiem widać fatalną sytuację, jeśli chodzi o budynki w Ukrainie – da się ją porównać z sytuacją w Polsce i Czechosłowacji w latach 70. XX w., a może nawet z wcześniejszego okresu. Potencjał oszczędzania energii oraz redukcji emisji w sektorze budowlanym jest olbrzymi, łatwy do zrealizowania oraz wymagający tańszych inwestycji niż te potrzebne w Niemczech czy państwach skandynawskich. Kluczowym wyzwaniem jest szybkie wykorzystanie tego potencjału.
Dwie możliwości – szkoły i uchodźcy
Doświadczenia krajów z rozwiniętymi systemami centralnego ogrzewania, takich jak Czechy czy Słowacja, wskazują na długi czas wdrażania programów oszczędzania energii w tkance mieszkaniowej z powodu zawikłanej sytuacji właścicielskiej oraz skomplikowanych regulacji dotyczących zmian w już stojących budynkach. Choć przygotowanie szeroko zakrojonego programu efektywności energetycznej, nakierowanego na sektor budowlany, jest absolutną koniecznością, to jego realizacja będzie rozłożona na lata. Szybkie zmiany można uzyskać dzięki odpowiedniej termorenowacji czy poprawie jakości produkcji i dystrybucji ciepła, ale już zmniejszanie ucieczki ciepła z istniejących budynków będzie większym wyzwaniem.
W przeciwieństwie do skomplikowanej sytuacji w sektorze mieszkaniowym sektor edukacyjny może okazać się znacznie łatwiejszą areną dla szeroko zakrojonych działań służących poszanowaniu energii, jako że placówki oświatowe są własnością publiczną i są publicznie zarządzane. Jasna struktura własnościowa oraz realizowane obowiązki, jak również wysoki poziom standaryzacji sprawiają, że ukraińska infrastruktura edukacyjna nadaćje się do szybkiego, masowego programu interwencyjnego, który zmniejszy uzależnienie tego kraju od konsumpcji gazu.
Skupienie się na tym sektorze (nazwijmy ów program Inicjatywą Szkół Wolności) miałoby równiez niebagatelne znaczenie symboliczne. Wysłałoby Ukrainkom i Ukraińcom czytelny sygnał – wasze dzieci, wasz kraj mają przyszłość. Skupienie się na szkołach nie powinno budzić kontrowersji politycznych, zostanie również docenione przez opinię publiczną. Program poprawy efektywności energetycznej szkół – przynosząc dostrzegalne, pozytywne i szybkie skutki dla milionów dzieci, nauczycieli oraz rodziców – ma potencjał pokazania nowej ekipy rządzącej w Kijowie jako grupy zainteresowanej zmianami w kraju, co może przyczynić się do wzrostu jej popularności. To szczególnie ważne w kontekście pamięci o kłótniach, jakich społeczeństwo tego kraju było świadkiem po „pomarańczowej rewolucji” z roku 2004.
Potencjał do tego, by projekt ten był zrealizowany na naprawdę szeroką skalę, jest olbrzymi. W Ukrainie działa 15.500 placówek opieki przedszkolnej, w których znajdziemy 1,2 miliona dzieci, jak również 20.600 placówek edukacji podstawowej, ponadpodstawowej oraz wyższej, do których uczęszcza 4,5 miliona uczennic i uczniów, pracują zaś 522 tysiące nauczycielek i nauczycieli. Wszechobecność szkół – tak w miastach, jak i na wsi – a także bliskie kontakty między placówkami a społecznościami lokalnymi tworzą dogodne warunki do rozprzestrzeniania się kluczowych pomysłów wspomnianego przeze mnie projektu: oszczędzania energii dzięki wdrażaniu standardu niskoenergetycznego oraz pasywnego, jak również wykorzystywania dostępnych kosztowo technologii: ocieplania ścian oraz odpowiedniej jakości okien.
Tego typu projekt może być wdrożony dzięki wykorzystaniu narzędzi produkcji wielkoprzemysłowej, takich jak szkoły modułowe, przygotowane przez wyspecjalizowane ekipy na już istniejących i uzbrojonych terenach szkolnych w krótkim czasie. W Europie już wykorzystywane są (choć na mniejszą skalę) budynki kontenerowe. Produkowane na skalę przemysłową mogą być przewożone na miejsce pociągami albo ciężarówkami i łączone w najróżniejszych konfiguracjach. Dane z wybudowanych w ten sposób szkół w Słowacji wskazują, że koszt ich budowy jest o 25% niższy niż standardowych placówek podobnej jakości.
Istnieje rzecz jasna wiele innych sposobów, na które możemy wykorzystać odpowiednio ocieplone budynki kontenerowe w skali potrzebnej dotkniętemu konfliktem krajowi. Zapewnienie dachu nad głową zmagającym się z zimą 300 tysiącom uchodźców z Krymu i Donbasu jest jednym z przykładów.
Oszczędzanie energii sposobem na militaryzm
Jest tylko jeden dobry sposób, w który kontynent może odpowiedzieć na aktualną sytuację. Wbrew dominującym w dyskusji głosom rozwiązaniem nie jest importowanie gazu ze Stanów Zjednoczonych czy porzucanie norm ekologicznych w celu rozpoczęcia wydobycia gazu łupkowego. UE musi podporządkować swoje kluczowe projekty nadrzędnemu celowi strategicznemu, jakim powinno być zredukowanie poziomów importu ropy i gazu – i to ze wszystkich jego źródeł, a nie tylko z Rosji.
Bez sensu budować w Europie nowe budynki inaczej niż w standardzie pasywnym, dzięki któremu niemal nie będą one potrzebować ogrzewania w zimie czy chłodzenia latem. Nie ma usprawiedliwienia dla twierdzeń, że stosowne prawodawstwo nie może zostać wprowadzone natychmiast. Nie możemy czekać do roku 2018 czy 2020 – już jesteśmy bardzo spóźnieni.
Równie bezcelowe jest wydawanie przez Brukselę miliardów euro na budowę kolejnych dróg i autostrad zamiast inwestowania w efektywne energetycznie budownictwo mieszkaniowe, modernizację transportu publicznego czy elektryfikację kolei. Pieniądze, które wydajemy na rosyjską ropę, która potem napędza nasze samochody, finansują również i rosyjską armię. Za te same pieniądze, które dziś wydajemy na drogi, szeroko zakrojony program termorenowacji istniejącej tkanki mieszkaniowej stworzyłby znacznie więcej bardziej zróżnicowanych oraz trwałych miejsc pracy.
Rosyjska agresja w Ukrainie, jak również dobrze udokumentowane wsparcie Rosjan dla skrajnie prawicowych, antyunijnych partii politycznych z wielu państw członkowskich mogą być dla Unii powodem i szansą na skończenie z „polityką taką jak zwykle” w kwestiach energetycznych. Jeśli Bruksela oraz państwa Unii nie odpowiedzą na te wyzwania, oznaczać to będzie fiasko nie tylko obecnych elit politycznych, ale całego europejskiego projektu pokoju, bezpieczeństwa i dobrobytu.
Duński minister spraw zagranicznych Martin Lidegaard miał rację, gdy stwierdził, że redukcja zużycia paliw kopalnych oraz wzrost znaczenia energetyki odnawialnej stanowią najlepszą, najbardziej całościową odpowiedź na rosyjską agresję oraz zbrojenia. Historia osądzi, czy inni europejscy politycy będą w stanie wykorzystać aktualne wydarzenia do odejścia od dotychczasowej polityki, czy może staną wraz z podporucznikiem Milo Minderbinderem z „Paragrafu 22” w rzędzie osób, które w pogoni za krótkoterminowym zyskiem wspierały rozwój zdolności militarnych własnych przeciwników, a tym samym własną zagładę.
Artykuł War in Ukraine and Europe’s Energy Conservation and Climate Policies ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim). Przeł. Bartłomiej Kozek.