ISSN 2657-9596
Annelies_Jahn; kadr z instalacji wideo, 2023, kosmoss.co.uk

Dwugłos o sztuce i przyrodzie: Morze

Dominika Kieruzel , Monika Kostera
03/04/2026

Monika Kostera: Dominiko, jesteś artystką, a ja naukowczynią społeczną – porozmawiajmy o sztuce I przyrodzie. Nie w sensie teorii czy historii sztuki przedstawiającej naturę, ale o stanie świadomości, komunikowanym przez naturę wyobrażaną przez sztukę. Socjolog Hartmut Rosa pisze o rezonansie, czyli o szczególnej właściwości relacji człowieka ze światem. Jest to niejednoznaczny, nieliniowy sposób tworzenia więzi między istotami i rzeczami, które mogą być bliskie lub odległe. Rezonans sprawia, że uczestniczący w nim w zasadniczy sposób zmieniają się wzajemnie. Świat w ten sposób „mówi” do nas i słuchanie go sprawia, że pojawiają się doświadczenia nadające i tworzące sens. Nie da się go kupić, spowodować, wyprodukować, zaplanować – ale też nie jest przypadkiem, nie wydarza się mimo woli. Udział w nim wymaga dyscypliny, cierpliwości i świadomości. Dzięki rezonansowi możliwa jest regeneracja społeczeństw ludzkich. Jednym z potężnych nośników rezonansu jest sztuka. Dlatego nie jest to działalność czysto pięknoduchowska, lecz coś, co ma praktyczną moc generowania nowej energii.

Monika: W czasie pandemii COVID i lockdownów, gdy wiele muzeów było niedostępnych, a wystaw jak na lekarstwo, Muzeum Życia Romantycznego w Paryżu otworzyło niezwykłą wystawę poświęconą sztormom i  katastrofom morskim – Les Naufrages. Przedstawienia statków na wzburzonym morzu, ogromnych fal rozdzierających na strzępy łodzie i okręty, żagli drżących od wichrów – w szczególny sposób rezonowały ze mną w tamtym momencie. Sama czułam się jak rozbitek, nie tylko w z powodu pandemii. Porywające – dosłownie – przedstawienia morskiego żywiołu takich artystów jak Joseph Vernet, Théodore Géricault, Eugène Isabey, Eugène Boudin czy Gustave Courbet ilustrowane były muzyką Beethovena i Liszta. To było niezwykłe doświadczenie, może szczególnie dlatego, że te obrazy zostały zebrane razem i ukazane właśnie wtedy. W ogóle jednak nie ma takiego sezonu czy dnia, gdy nie miałabym ochoty obejrzeć obrazów morza namalowanych przez Gustave’a Courbeta. Na przykład ten, gdzie nie ma żadnych dramatycznych scen z rozbijającymi się statkami, nawet jeszcze nie ma sztormu. To jest najmroczniejszy, najbardziej niepokojący obraz jaki znam – a jednocześnie w przedziwny sposób pocieszający. Takie właśnie dla mnie jest morze – bezgranicznie niejednoznaczne.  Mój ukochany biolog, zmarły niedawno Francis Hallé, powiedział niedawno, tuż przed swoją śmiercią, że  nie jest do końca pesymistą klimatycznym, bo nawet jeśli człowiek zbyt dużo zniszczył,  to nadal jeszcze mogą uratować nas oceany i morza – pod warunkiem że się zmiarkujemy i zawrócimy z drogi destrukcji. One mogą nas wesprzeć na drodze naprawy. 

Dominika Kieruzel: Uch, chciałabym bardzo zobaczyć tę wystawę, szczególnie w Muzeum Życia Romantycznego. W ogóle nie jestem fanką „white cube”. Myślę że często sztuka wygląda najlepiej w warunkach domowych, i też jak najbardziej w połączeniu z muzyką. Te dwie sfery mogą się nawzajem otwierać… W opisie wystawy jest takie zdanie: 

Ta autentyczna inscenizacja szalejących żywiołów odsłania również całą gamę silnych uczuć, takich jak przerażenie, odwaga i podziw wobec potęgi i piękna natury. 

Pamiętam dokładnie kiedy zobaczyłam ocean po raz pierwszy. To było w Biarritz. Byliśmy na szkolnej wycieczce do Lourdes i jednego dnia na parę godzin pojechaliśmy właśnie tam. Jakieś niesamowite masy wody tłukły się o skały. Potęga tego to było coś niezapomnianego – wypełniającego i trwogą i podziwem. Natomiast ocean od jakiegoś czasu jest ze mną w inny sposób – przez Annelies Jahn, której pracę opublikowałam w Kosmossie pare lat temu. Annelies pływa codziennie w tym samym miejscu w Coogee, Sydney i jej praca tego miejsca i tego rytuału dotyczyła. Nagrania oceanu ułożone są obok siebie, parami (dlatego nie da się tego obejrzeć na smartfonie), tak że horyzonty sąsiednich filmów schodzą się w jedną linię, a potem gubią się i tak od nowa. Jest tu piękna poetyka dookoła     znajdowania i gubienia poczucia jedności z tym ogromnym bytem, ale i naszego niszczenia oceanów i ich odnowy. Annelies słuchało się cudownie. Czasem rozmawiałyśmy kiedy tam była lub właśnie stamtąd wróciła. Mówiła o jej oddechu i oddechu morza: 

Kiedy oglądasz [filmy] wyświetlane obok siebie, stajesz się świadoma przesunięcia horyzontu. To jest, jak sądzę, mój oddech. Trzymam kamerę, która jest w moim telefonie. Nie jest wyrafinowana, nie ma statywu. Dużo o tym myślałam: rytm oddechu osoby stojącej tam i będącej w tym miejscu. Można powiedzieć, że to wada filmu, ale mam nadzieję, że to też to, co cię tam przenosi. To ten naturalny ruch ciała, wiesz, tak naprawdę nigdy nie stoimy w miejscu. Możemy nawet myśleć o rytmie oceanu jako o oddechu. Ruch fal wciągających wodę do oceanu, a następnie wypychających ją z powrotem na brzeg. To jak ruch oddechowy, do wewnątrz i na zewnątrz, i jest stały.

I ten oddech oceanu teraz już zawsze mogę przywołać, on zawsze gdzieś jest. To rzeczywiście jest bardzo pocieszające.

M: Niesamowite to co piszesz – wprawdzie niby widywałam ocean wcześniej, ale doświadczyłam jego obecności po raz pierwszy właśnie w Biarritz, kilka lat temu. Chodziliśmy wzdłuż wybrzeża i w pewnym momencie weszłam kawałeczek do wody w ubraniu, naprzeciwko falom. To było doświadczenie graniczne – jednocześnie zjednoczenia z czymś co jest wszystkim, w tym sensie, że stąd pochodzimy, wszelkie istoty żywe. Z drugiej, jednak wrażenie odrębności, własnej energii istnienia, która nie jest żadną rzeczą, ani żadną cechą, nie da się nazwać, ale można jej doświadczyć, jak się ma szczęście.  W Biarritz Éric Rohmer nakręcił słynną ostatnią scenę „Zielonego Promienia”, gdy dwójka bohaterów wpatruje się w zachodzące na ocenie słońce i widzą ten ostatni promień – który trwa moment i jest zielony. To zjawisko zostało opisane przez Jules’a Verne’a w książce pod tym samym tytułem. Sylwestra ubiegłego roku spędzaliśmy na wyspie Groix i szliśmy jego zachodnim wybrzeżem, gdy zachodziło słońce. Zatrzymaliśmy się, by popatrzeć – i wtedy też zobaczyliśmy zielony promień. 

I jest dokładnie tak jak mówisz – oddech oceanu już zawsze jest gdzieś niedaleko. Czy jakiś artysta dobrze to, Twoim zdaniem, oddaje? 

D: Hmmm, ciekawa rzecz z Biarritz, być może są miejsca gdzie coś więcej się dzieje, gdzie życie bardziej do nas dociera… Jest taka praca – ‘Dark Ecology’ Olafura Eliassona. Jest to akwarela, część większej serii, wykonana w taki sposób, że na papier, na który nałożona jest cienka warstwa pigmentu w kształcie koła, położono kawałeczek lodowca wyłowionego z morza u wybrzeży Grenlandii. I ten lód po prostu się topi i przenosi pigment w różne strony. Ruch wody jest zapisany. Detale tego ruchu są przebogate: miękkie przestrzenie gradientowe, ostre krawędzie, wgryzanie się jednego ciała wody w drugie, momenty gdzie widać ślady napięcia powierzchniowego wody i te gdzie widać jak woda przesuwała pigment pod powierzchnią, po dnie, czyli papierze. Są też jakieś większe rytmy – zamarzania, topienia i parowania wody, również jej podróży. Jest to oczywistością, ale różne rodzaje wody rzeczywiście zachowują się inaczej. Kiedy malowałam akwarelą  w Londynie, zazwyczaj chodziłam nad Tamizę po wodę, bo ona rozlewała się o wiele ciekawiej niż kranówka. Więc woda z lodowca ma swoją specyfikę, swój sposób poruszania się i interakcji z otoczeniem. Widzę tę pracę tak jakby była ona portretem materii i jej ruchu, pełnym miłości i zapatrzenia. Ale też piękna i smutku, no bo termin dark ecology odnosi się do idei Timothiego Mortona, gdzie nasz zachwyt światem i jego zagłada są dwoma licami tej samej monety. Eliasson zrobił też bardziej monumentalną pracę około tematyki topienia lodowców – „The Ice Watch” – gdzie przywiózł duże bryły grenlandzkiego lodowca do różnych miast w Europie, bo i w Kopenhadze, i w Paryżu i w Londynie to się działo. Wtedy można było dosłownie patrzeć na topiące się lodowce, ludzie dotykali ich, obejmowali, wsłuchiwali się. Ta praca jednak wydaje mi się bardzo gorzka, bo aspekt ogromnych instytucji sztuki, jak Tate Modern, myślę zmienia ja pewną komercyjnością, staje się to trochę turyzmem lodowcowym. Pomijając to, jednym ze wspólnych punktów w  „Dark Ecology” i ”The Ice Watch” jest wskazywanie na jakość żywego obiektu. Dla mnie meritum tych prac, jest wywołanie stanu kontemplacji materii, i to nie statycznie, ale w jej ruchu, rytmie, sposobie poruszania się przez czas, w zmianie – czyli pokrótce, kontemplacji życia tej specyficznej materii. To jest oddech, ten ciągły ruch. Wydaje mi się że ta warstwa tych prac  jest miejscem gdzie myśl ekologiczna ma prawdziwą moc, to praktyka bliskości ze światem naturalnym, nasze poczucie odpowiedzialności myślę powinno być w niej zanurzone.

M: Tak, to jest wspaniałe! Nie znałam prac  Olafura Eliassona ale teraz zostałam fanką. Zupełnie z innej beczki ale kojarzy mi się to z pracami Michelle Holland, brytyjskiej rzeźbiarki która często tworzy w związku z morzem. Może dlatego, że kiedy była młodsza mieszkała na barce? A może dlatego, że orzeźwia ją kolor niebieski? Któż to wie… W każdym razie artystka zbiera wyrzucone na brzeg rzeczy: kawałki szkła, wodorosty, drewno. Tworzy z nich różne prace. Przede wszystkim znana jest ze swoich morskich książek – topi szkło znalezione na plażach, z wodorostów produkuje papier i powstają w ten sposób rzeźby-książki. Czasami szuka dalej, poszukuje rezonansów. Efektem takich poszukiwań jest jest rzeźba przedstawiająca fale. Ja czytam tę pracę muzycznie, dla mnie wydaje ona dźwięk.  Podobny do dźwięku fal w Biarritz. 

D: Materiały znalezione są zawsze jakoś ‘zanieczyszczone’, niestandardowe, kształtowane lub zmieniane przez swoje środowisko. To jest coś pięknego dla artysty, pracować z takim żywym materiałem. Moje dumania poszły również w stronę czegoś co w oceanie możemy znaleźć. Wczoraj obejrzałam film ‘Małni, Towards The Ocean, Towards The Shore’. Jego autor, Sky Hopinka, jest artystą wideo i zazwyczaj pokazuje swoje prace w galeriach, a to jest jego pierwszy feature film. Trochę oszalałam na jego punkcie. Jest tam bardzo rozpoznawalny sposób opowiadania historii, poetycka kompozycja, nielinearna, wrażeniowa i atmosferyczna. Natomiast rytm i sposób edytowania niesamowicie do mnie przemawiają: zdecydowanie, przestrzeń, uważność, jakieś zakorzenienie. Jeśli go obejrzysz, to zwróć uwagę na sposób chodzenia jednego z bohaterów, Jordana Merciera. On tak właśnie chodzi – w zdecydowany, wyważony i zakorzeniony sposób. Z siłą i swobodą. Ogromne wrażenie to na mnie wywarło. Sky Hopkina dotyka mitów swojego plemienia – Cherokee, z którego i on i jego bohaterowie się wywodzą. I tam jest właśnie ta gra kierunków – przybyliśmy z oceanu i po śmierci dusze do niego wracają. Pomyślałam o ich oceanie i o tym jak gdzieś on się łączy z naszym europejskim, i o nas wszystkich którzy na niego patrzyli i patrzą. I że częścią naszej origin story – opowieści o naszym pochodzeniu – jest to że wyszliśmy z oceanu – tak jak Tobie to się okazało w Biarritz. Więc posuwamy się o wiele głębiej w skali od jaskiń. Co znajdujemy w oceanie to źródło życia na Ziemi i wspólnotę, rodzinę, która obejmuje nie tylko nasz gatunek, ale i wszystkie żywe istoty. To kołysanie, w stronę brzegu, w stronę morza, źródło, którego echo jest w naszym oddechu. 

M: To niesamowite co piszesz – ocean jest w nas głębiej niż jaskinia… Nie miałam jeszcze okazji obejrzeć filmu w całości, dziękuję za polecenie – obejrzałam trailer i zgadzam się, że jest wspaniały. Pada tam pytanie, czy przemieszczamy się w górę, czy w dół rzeki – a może w kierunku oceanu? Bardzo silnie zarezonowało to ze mną. Przywołało mi to pracę Billa Violi, „Ocean bez brzegu”, która wywarła na mnie gigantyczne wrażenie. Jest to film opowiadający o kondycji ludzkiej, która jest nierozłączna z żywiołem wody. Postaci emanują jednocześnie światłem i wodą, jeśli można to tak ująć. W intencji autora jest to praca sakralna, wystawiana zresztą z kościołach, której tematem jest zmartwychwstanie. Woda jednocześnie wyraża smutek rozstania, jak jest tym elementem, który stanowi granicę między światami. Może dlatego tak mocno przemawia do mnie technika ebru preferowana przez Katarzynę Korzeniecką, czyli dosłownie malowanie obrazów na wodzie. 

D: Oh wow, ta praca Billa Violi jest niezwykła. On opowiada o tym też jak technicznie trudne było wykonanie czegoś co wygląda tak prosto – ściana wody, tak przezroczysta i gładka jak szkło. Opowiada o tym że dla ludzi którzy znaleźli się w jego filmie, przekroczenie tej ściany miało duże osobiste znaczenie. Więc to nie tylko praca wideo ale też zapis pewnego rytuału, pewnego zdarzenia. Dla mnie Bill Viola i Sky Hopkina bardzo się wiążą ze sobą… i wskazują na ocean jako miejsce ducha, zaświaty i źródło zarazem. 

A Katarzyna Korzeniecka, co ciekawe łączy wodę z kosmosem, więc znowu lądujemy w tym kontekście. 

M: Przez naszą rozmowę o morzu przewija się motyw patrzenia na nie przez człowieka. Patrzenie na morze jako część kondycji ludzkiej. Wspaniale to ujął Félix Buhot w swoim obrazie „Poeta patrzy na morze”. Obraz przedstawia postać ludzką pod parasolem, odwróconą do widza, siedzącą na brzegu morza na krzesełku, podczas gdy przed nią śmigają na falach dwie małe żaglówki. Niby nic się nie dzieje, ale wyraźnie czuję, jak powstaje poezja. Jest bowiem tak, jak mawiał Leonard Cohen: nie ma się kontroli nad dobrymi pieśniami, one są tam gdzie są i przychodzą jak przychodzą. Twórca nic nie produkuje, raczej chodzi po różnych przestrzeniach, gotowy do tego, by przyjąć pieśń. „Gdybym wiedział, gdzie są dobre pieśni, chodziłbym tam częściej”, mówi Cohen. To prawda, ale morze bywa szczególnie hojne dla poetów. 

Obraz Buhota przywodzi mi na myśl innego poetę i jego wiersz o morzu. Patrick Boulanger w jednym ze swoich wierszy zapewnia: „morze nas widzi”. Opowiada w swojej poezji o obecności życia wokół, o tym, że nie jesteśmy sami ani bez znaczenia – świadomość jest wszechobecna i naszą rolą jest współrezonowanie z nią. Morze, które nas widzi, to przejaw tego rezonansu, który jest żywy. Jesteśmy tu, na Ziemi, po to by w szczególnie świadomy sposób, poezją, sztuką, odpowiedzialnym zaangażowaniem, brać w tym udział, ponieważ, jak mówi Boulanger: „Nic nie umiera, co się zaczęło”. 

Flix Buhot, La Petite Marine – Souvenir de Medway, 1879, akwaforta, 22.4 x 33.3 cm

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Odkryj więcej z Zielone Wiadomości

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej