Dwugłos o sztuce i przyrodzie: Kwiaty
Monika Kostera: Dominiko, jesteś artystką, a ja naukowczynią społeczną – porozmawiajmy o sztuce i przyrodzie. Nie w sensie teorii czy historii sztuki przedstawiającej naturę, ale o stanie świadomości, komunikowanym przez naturę wyobrażaną przez sztukę. Socjolog Hartmut Rosa pisze o rezonansie, czyli o szczególnej właściwości relacji człowieka ze światem.
Jest to niejednoznaczny, nieliniowy sposób tworzenia więzi między istotami i rzeczami, które mogą być bliskie lub odległe. Rezonans sprawia, że uczestniczący w nim w zasadniczy sposób zmieniają się wzajemnie. Świat w ten sposób „mówi” do nas i słuchanie go sprawia, że pojawiają się doświadczenia nadające i tworzące sens. Nie da się go kupić, spowodować, wyprodukować, zaplanować – ale też nie jest przypadkiem, nie wydarza się mimo woli. Udział w nim wymaga dyscypliny, cierpliwości i świadomości. Dzięki rezonansowi możliwa jest regeneracja społeczeństw ludzkich. Jednym z potężnych nośników rezonansu jest sztuka. Dlatego nie jest to działalność czysto pięknoduchowska, lecz coś, co ma praktyczną moc generowania nowej energii.
Niedawno byłam na wystawie poświęconej sztuce malowania kwiatów, charakterystycznej dla miasta Lyon. Jest to sztuka przede wszystkim dekoracyjna, ale jednak bardzo piękna, wywołująca uczucie radości zbliżone do tej, która uderza do głowy latem, podczas spaceru po ogródkach działkowych. Obrazy nie przywoływały tylko samych kolorów i estetyki wizualnej, ale żywo przypominały o zapachach, uczucia ciepła, obecności ptaków (tak jak mówiłyśmy wcześniej – one przylatują, gdy jest pięknie). Z drugiej strony mamy słoneczniki Van Gogha, które wcale nie są dekoracyjne, wręcz przeciwnie. Przyzwyczailiśmy się do ikoniczności tych obrazów, dlatego tak wielu osobom współcześnie podobają się, ale gdy Van Gogh je malował było zupełnie inaczej – żółty jest kolorem trudnym, słonecznik nie jest eleganckim kwiatkiem, ich sposób przedstawienia też wcale nie jest elegancki ani ładny. Jest w nich coś niebezpiecznego, pokracznego, a przede wszystkim – niesubordynowanego. Między Lyońskimi ogrodami radości a nieposłusznym Vincentem jest cała skala różnych wyobrażeń kwiatów. Fascynuje mnie, jak wiele uczuć, stanów ducha, myśli mogą przywołać w sztuce kwiaty. Ciebie też one interesują?
Dominika Kieruzel: Tak! Razem z holenderską artystką Teddy May de Kock zrobiłyśmy kilka lat temu performans o tytule ‘”Kwiaty”. Teddy, która zaprosiła mnie do tego projektu, dawała im maleńkie mikrofony i kapelusze, no bo przecież kwiaty performują, było to bardzo komiczne. Ale i patrzyłyśmy na ich piękno: bezwstydne, naturalne. Patrzyłyśmy na różne maleńkie, wdzięczne dzwoneczki i stokrotki rosnące przy chodnikach. To było takie antidotum dla środowiska artystycznego Londynu w tamtym czasie; wtedy poprawność polityczna tak mocno się rozrosła, że zaczęła dławić spontaniczne rozmowy i swobodę w której ludzie, którzy nawzajem sobie ufali mogliby popełniać błędy, dyskutować, negocjować, bawić się. Dla mnie centralny do tego projektu był cytat z Witkacego: ‘Dzieło sztuki powinno być tak tajemnicze w swojej prostocie czy komplikacji, jak tajemniczym jest każde żywe stworzenie, takie właśnie a nie inne. Jak kwiat wyrasta z danej rośliny, tak naturalnie powinno powstawać dzieło sztuki z człowieka.’
Więc skonstruowałyśmy sztukę teatralną w trakcie której starałyśmy się generować ‘spontaniczne’ i ‘naturalne’ interakcje. Na końcu Teddy, która była wtedy w ósmym miesiącu ciąży, tańczyła szalenie i cudownie w kostiumie kwiatu. To było piękne. Tak. Od tamtej pory nonszalanckie piękno kwiatów jest dla mnie ciągłą inspiracją; ich bezwstydność i otwartość a nawet niewinność odwracają uwagę od świata sztuki, który jest często sztywny, hermetyczny i mocno kontrolowany. Kwiaty przywołują wspomnienie artysty o intymności, naturalności i pięknie, które dzieje się między człowiekiem i światem i z którego wyrasta dzieło sztuki. I to chyba łączy te dwa ekstrema o których mówiłaś – nieposłuszność Słoneczników (kocham to!) i radość ogrodów Lyońskich.
Tak, Twoje Kwiaty są wspaniałe! Fascynują mnie, pokazywałam też fragmenty studentom – zdawali się od razu rezonować z tą sztuką. Możliwe, że to dzięki uniwersalizmowi języka kwiatów. Przychodzi na myśl tradycyjna “mowa kwiatów”, silnie obecna w kulturze popularnej i ludowej. Na przykład, czerwona róża symbolizuje miłość, a akacja zaufanie. Darowanie kwiatu pozwalało wyrazić uczucia osobom, które w normalnej rozmowie nie miały możliwości a może nawet pełnego prawa, by zabierać głos: zakochani bez zgody rodziców, młode panny, którym w żadnym razie nie wypadało wyznawać uczuć… W poprzedniej rozmowie mówiłyśmy o wizerunkach Matki Boskiej z ptakami. Bardzo często włoskie i francuskie Madonny malowane są także z kwiatami. Na przykład w jednym z wczesnych dzieł Leonarda da Vinci, Gabriel przynosi Marii delikatny, niemal przezroczysty kwiat lilii. Anioł sam stąpa po trawniku z którego wyrastają przeróżne kwiatki, głównie dzikie. Więc raczej łączka przy domu, jak teraz często się spotyka w miastach (uwielbiam!), niż wystrzyżony do bólu angielski trawnik.
Wow, mówisz o ‘Zwiastowaniu’ Leonarda, – lilia jest nieziemska, jak i księga którą czyta Maryja i szata Gabriela. Za to ziemskie kwiaty na trawniku są mięsiste, wyostrzone, cielesne. Echa i tembry, rytm drzew – ten obraz jest jak symfonia. Przychodzi mi na myśl obraz pre-Rafaelity ‘Ecce Ancilla Domini’ Dante Gabriela Rosettiego z 1850, namalowany ponad 370 lat później. Również temat zwiastowania ale tu Maria jest młodą dziewczyną przestraszoną wizytą anioła. W tej scenie jest zwyczajność, bardzo to lubię. Przypomina mi to, że trzeba być uważnym, bo właśnie w codzienności dzieją się rzeczy niezwykłe. Lilia znowu jest centralna, symbol niewinności, czystości, symbol Maryi, ale także kwiat pogrzebowy. Jakiś głęboki dramat zapętla się w tej symbolice, w jednym kwiecie, który staje się portalem do sfery duchowej i do przyszłości. No właśnie – mowa kwiatów. Pre-Rafaelici w ogóle kochali malować kwiaty. Tak jak i Wyspiański… U Franciszkanów w Krakowie nie mogę się napatrzeć na motywy kwiatowe na ścianach, szczególnie bratki.
Tak, genialny Wyspiański! Przypomina mi sztukę Williama Morrisa, który malował tapety w kwiaty w taki sposób, że w tych wnętrzach ma się poczucie bycia wewnątrz iluminowanej średniowiecznej Biblii. I natychmiast przychodzi na myśl obraz Wizje świętego Graala jego autorstwa, gdzie też mamy lilie i dzikie kwiaty na trawniku. Te kwiaty pochodzą ze świata hipnagogicznego, pomiędzy czuwaniem a snem. Patrząc na ten obraz mam wrażenie, że gdyby Galahad nie był tak bardzo zapatrzony w swoją wizję kielicha, mógłby z mowy tych kwiatów odczytać coś ważnego, co pomogłoby mu znaleźć wspólny język z aniołami. Z drugiej strony masz Georgię O’Keeffe która rozumie mowę kwiatów tak doskonale, że nie widzi nic innego. Kwiaty są u niej energią stworzenia, narodzinami i zwiastowaniem w jednym. To jedna z niewielu totalnych wizji świata która nie tylko przemawia do mnie, ale mnie porywa. A jak Ty reagujesz na tej kwiaty-światy?
Dojrzewam do nich! Szczególnie podobają mi się te rzeczy gdzie są kości zwierzęce i kwiaty. Jej paleta jest nietuzinkowa. Niezwykle oryginalna artystka i bardzo inspirująca osoba; spędziła dużą część życia mieszkając na pustyni w Nowym Meksyku…. Znalazłam cudowne zdjęcie O’Keeffe szkicującej kwiaty, zrobione przez jej męża Alfreda Stieglitza. Artystka siedzi na poduszce na ziemi z akwarelami, przy jakimś poboczu z którego wyrasta kwiatek. Jest to piękne że ona przyszła do niego, zamiast zabierać ten kwiat do pracowni.
Natomiast gobelin Morrisa kocham i doskonale też czuję o czym mówisz, kwiaty są piękniejsze i ciekawsze niż Graal. Ale też wydaje się jakby ta łąka tam wyrosła dosłownie pod ich stopami – tak jak ptaki przylatujące do piękna…
Stan pomiędzy czuwaniem a snem kojarzy mi się też ze zmysłowym upojeniem i z ‘Pieśnią nad Pieśniami’, w której powtarzają się motywy kwiatów i owoców. Jest tam gdzieś echo romansu O’Keeffe i Stieglitza. No właśnie bo kwiaty to atrakcja, seksualność, pociąg, no i płodność, owoce. Kwiaty nie chowają się przed światem ale do niego wychodzą, otwierają się, całe są tą ideą połączenia i transformacji w coś nowego, o tym się świetnie myśli w kontekście sztuki. Kocham dziką różę na przykład, kocham patrzeć jak późnym latem jej kwiaty powoli przemieniają się w owoce. Na mojej ścianie wisi pocztówka z botanicznym rysunkiem dzikiej róży autorstwa Jaqueline Devin, dostałam ją od Ciebie! W nowożytnej Europie jedna z pierwszych ksiąg zawierających botaniczne ilustracje jest the Carrara Herbal ilustrowana przez anonimowego artystę w późnym średniowieczu w Padwie. Rośliny są w nią wplecione, tak jakby związek pomiędzy ich materialnością, wyglądem a wiedzą o nich był pełen poetyki i zabawy.
O tak, te kości i kwiaty – również ze mną ta część jej sztuki najbardziej rezonuje! Carrara Herbal jest cudowna! W ogóle uwielbiam ilustracje botaniczne. Już w podstawówce kochałam plansze z takimi rysunkami, które nasza pani pokazywała nam na lekcjach przyrody. W Szwecji mam koleżankę, która pracuje teraz w transporcie publicznym, ale przez wiele lat zajmowała się rysowaniem takich ilustracji dla szkół. Poprosiłam ją o kilka i wisiały u mnie w pracy przez kilka lat, niestety zgubiły się gdzieś w przeprowadzkach. Miała piękny pseudonim artystyczny – Carduus, czyli kwiat ostu. Jej ilustracje były subtelne, pełna światła i takiego skandynawskiego bajkowego realizmu. To wspomnienie z kolei prowadzi prostą drogą do malarstwa Carla Larssona, który przedstawiał różne motywy domowe i ludowe. Jednak uwielbiam w szczególności to, jak malował swój ogródek – gdzie postaci osób, zwierząt i kwiaty wszystkie mają swoje własne tajemnice, a obraz tylko lekko dotyka ich prywatności, które spotykają się ale nie splatają. A jak ogród, to oczywiście Monet! Ciekawa jestem bardzo, jakie są Twoje spotkania z tym artystą?
Kiedy zaczynałam Liceum Plastyczne w Częstochowie w 2000 roku, nasz wychowawca i nauczyciel malarstwa, Mirosław Czarnocki polecił nam zrobić kopię dowolnego obrazu jako pierwsze zadanie, no i ja wybrałam sobie „Panią Monet i jej syna” … Ten obraz jest przepięknie rozświetlony, nie da się zrobić takiego zdjęcia… to uczucie. Kwiaty są raczej zjawiskiem wizualnym u Moneta niż formą, ale co jest piękne to ich jakaś jedność ze światłem, no bo przecież kwiaty i słońce, to taka wspólnota…

Wiesz, kiedy miałam ze 12 lat, jakiś mały chłopiec, zupełnie bez powodu dał mi różę na ulicy. To nie była róża kupiona, musiała wyrosnąć na jakimś podwórkowym krzewie. Włożyłam ją do wazonika i przez kolejne dni patrzyłam na nią, na to jak jej płatki zmieniają kolor i teksturę, od cynobru i różu po karmin i odcienie fioletów i brązów; czułam jej zmieniający się zapach, od świeżego, młodzieńczego, lekko cytrusowego, po odurzający, zmysłowy kiedy już zupełnie się otworzyła i zaczęła więdnąć. To było zdumienie i fascynacja, być wtedy z tą różą. W ostatnich latach zawsze ktoś przynosił kwiaty z ogródka do pracownianej kuchni. Było to pół-anonimowe i spontaniczne. Różne artystki miały różne sposoby układania kwiatów. Często był to tylko jeden kwiat. Zapatrzenie w niego kiedy przyszło się na przykład zrobić herbatę, kruchość tej chwili, tego piękna które po prostu jest, to bardzo wpłynęło na moją pracę, ba – na moje życie. Kwiaty wyrywały mnie z amoku codzienności. Patrzenie na nie i ich wspomnienie uświadomiło mi jak trudnym są tematem – o dziwo! Myślę i szukam takich dzieł sztuki które zbliżą mnie do tamtych uczuć. Dla mnie Hilma Af Klint ma coś takiego w sobie. Ona pewnie jest gdzieś pokrewna Georgii O’Keeffe. Bardzo lubię ‘Nasturcje’ af Klint ale też jej abstrakcje, które są pełne form kwiatowych i związane z teozofią artystki. I to chyba duchowość, która gdzieś się przebija przez naszą rozmowę, dla mnie jest czymś co pomaga wyrazić kwiaty w sztuce – ich ulotność, zjawiskowość (od zjawy!) i takie piękno, które nas zatrzymuje i transportuje… do życia? Jenny Odell w swojej książce ‘How to do Nothing’ mówi o traktowaniu doświadczania życia jako najwyższej wartości… Kwiaty są w tej przestrzeni właśnie.
O, tak, uwielbiam te nasturcje! Ale także inne jej kwiaty – i jej marzenie, by objąć wszystkie kwiaty świata. Tak samo jak Ty, podziwiam to, w jaki sposób ona wyrażała w swojej sztuce duchowość. Masz rację, że inne jej prace też mają w sobie coś kwiatowego. Na przykład, część jej prac poświęconych atomom. Opatrzyła te obrazy krótkimi komentarzami: “Każdy atom ma swój środek. Ale każdy środek jest bezpośrednio połączony z środkiem wszechświata.” oraz: “Środkiem wszechświata jest niewinność”.
Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.





