– naukowcy odpowiadają na najczęstsze pytania i wyjaśniają, jak jest naprawdę.
Część 1. O korniku
1. Dlaczego Puszcza Białowieska jest cenna?
– znaczne jej fragmenty są prawie nietknięte siekierą, jest tu dużo starych drzew i występują rzadkie gatunki, a ekosystem jest kształtowany przez czynniki naturalne, niemal tak jak tysiące lat temu. To jedyne takie miejsce w Europie, dlatego przyrodnicy na zachodzie znają ten las i bardzo nam go zazdroszczą. 17% polskiej części Puszczy to Białowieski Park Narodowy.
2. Co to jest kornik?
– pełna nazwa to kornik drukarz (Ips typographus). To 5-milimetrowy chrząszcz. Potrafi latać i rozwija się w świerkach.
3. Jak kornik zabija świerki?
– atakuje osłabione drzewa. Przegryza się przez korę i składa jaja, wykluwające się z nich larwy żerują niszcząc tkanki drzewa. Drzewo się broni produkując żywicę, ale jeśli korników jest dużo – zamiera.
4. Czy wcześniej nie było kornika w Puszczy?
– kornik jest tu od tysięcy lat i jego obecność jest całkowicie naturalna. W ciągu ostatnich 100 lat obserwowano kilka większych jego pojawów (gradacji). Ale każdorazowo zabija tylko część świerków i nie zagraża Puszczy.
5. Dlaczego mamy gradację kornika w Puszczy?
– jest ona zjawiskiem naturalnym, ale sprzyja jej działalność leśników, którzy latami wycinali drzewa liściaste i sadzili świerki. Dodatkowo przez dziesięciolecia odwadniano Puszczę (także na Białorusi), żeby łatwiej prowadzić gospodarkę leśną, co osłabiło świerki mające płaski system korzeniowy. W efekcie pojawiło się dużo świerków w gorszej kondycji – to raj dla kornika, stąd gradacja.
6. Czy kornik jest szkodnikiem?
– w lasach gospodarczych kornika traktuje się jak szkodnika, bo zagraża produkcji drewna, więc się z nim walczy. W tym celu trzeba wyciąć minimum 80% zaatakowanych drzew i wywieźć je z lasu, zanim kornik zdąży z nich wylecieć i zaatakować kolejne.
7. A jaka jest rola kornika w Puszczy Białowieskiej?
– diametralnie inna: nie jest szkodnikiem lecz naturalnym elementem, ułatwiającym zmiany lasu, wynikające ze zmian klimatu. W Puszczy jest więcej świerków niż być powinno, więc część, prędzej czy później, musi zginąć. Kornik usuwa ich nadmiar, naprawiając błędy leśników, i zostawia te najlepiej dostosowane. Zatem walka z kornikiem nie tylko nie jest potrzebna, ale wręcz szkodzi Puszczy.
8. Czy wycięcie zaatakowanych drzew ograniczy gradację kornika?
– to zupełnie nierealne. Kornik ma 5 milimetrów i umie latać, las jest ogromny, a świerki rozrzucone po całym obszarze. Więc nie da się znaleźć wszystkich zaatakowanych drzew w odpowiednim terminie, a wycinanie części nie ma sensu. Poza tym, część świerków rośnie na Białorusi i w Parku Nar. (to 2/3 Puszczy), a tam nie da się ich wyciąć. Więc metoda wycinania świerków jest skazana na porażkę i leśnicy to nieoficjalnie przyznają. Poza tym jest to metoda bardzo szkodliwa.
9. Dlaczego wycinka jest szkodliwa?
– bo to kuracja gorsza od choroby. Wycinki robi się wiosną i latem, gdy w całym lesie jest dużo młodych zwierząt (np. piskląt w dziuplach) i są one masowo zabijane przez maszyny dokonujące wycinek, rozjeżdżane traktorami. Te które nie zginą, uciekają płoszone hałasem, obecnością samochodów wywożących drewno. O ile możemy to tolerować w lasach gospodarczych, o tyle w Puszczy Białowieskiej w żadnym wypadku, bo występuje tu wiele rzadkich i chronionych gatunków. Tym bardziej, że nie ma takiej potrzeby – patrz punkt 7.
10. Dlaczego leśnicy chcą wycinać zaatakowane świerki?
– po pierwsze, wycinają zaatakowane przez kornika świerki, bo chcą ograniczyć jego gradację, jak robią to w lasach gospodarczych, nawet jeśli miałoby to zaszkodzić rzadkim gatunkom i skutkować utratą bioróżnorodności Puszczy. Po drugie, wycinają suche świerki, by sprzedać pozyskane w ten sposób drewno.
11. Kornik zabije wszystkie drzewa i powstanie step.
– kornik atakuje starsze świerki, drzew liściastych i młodych świerków nie atakuje nigdy. Po drugie, Puszcza sobie świetnie radzi bez naszej pomocy i na miejsce każdego suchego świerka błyskawicznie pojawia się wiele młodych drzew. W glebie są miliardy nasion, które czekają aż zwolni się miejsce „na górze”. Gdy jakieś dorosłe drzewo zamiera, od razu kiełkują, aby po kilkunastu latach mieć 10 metrów wysokości. W Puszczy, w miejscach zabitych świerków samoistnie odnawia się las. No chyba że jeździł tam ciężki sprzęt…
12. Leśnicy jednak wycinają suche świerki…
– tak, i tym samym… pomagają kornikowi! Gdy kornik zabije drzewo, opuszcza je. Więc nie ma sensu go wycinać. Ale w tym suchym drzewie rozmnaża się tysiące organizmów, w tym wrogowie kornika, którzy potem na niego polują. Gdyby leśnicy naprawdę chcieli walczyć z kornikiem, nie tknęliby żadnego suchego świerka, bo to jak podkładanie nogi policjantowi, który goni złodzieja. Tymczasem wycinają ich tysiące! Po co? Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to… może sami ich zapytajcie.
13. Suche drzewa są niebezpieczne dla ludzi.
– ale mniej niż strome zbocza w Tatrach. Suchy świerk może stać wiele lat, w końcu jednak się przewróci, dlatego w czasie silnego wiatru ograniczany jest ruch turystyczny w Puszczy. W Parku Narodowym, gdzie jest dużo martwych drzew i tysiące turystów, nikt nie ucierpiał. Poza tym, suche świerki blisko domów i dróg można ściąć dla bezpieczeństwa ludzi i nikt nie będzie protestował – przyrodnicy nie są wariatami. Ale nie ma powodu, by wycinać tysiące suchych drzew w głębi lasu i wywozić je do tartaków, bo to nie ma nic wspólnego z bezpieczeństwem, tylko zarabianiem pieniędzy i niszczeniem różnorodności biologicznej!
14. Ekolodzy blokowali wycięcie pierwszych zaatakowanych świerków kilka lat temu, stąd inwazja kornika.
– leśnicy ok. dwukrotnie zwiększyli ilość świerka w gospodarczej części Puszczy, co musiało doprowadzić do gradacji kornika i wycięcie tych, czy innych, drzew nic by nie zmieniło – gradacji nie dało się zapobiec. Jest to zjawisko naturalne i pożądane.
15. Puszcza wygląda jak cmentarzysko, bo tyle tu martwych drzew.
– korniki zabiły ok 8% drzew, więc nic nie zagraża Puszczy jako całości. Nasze wyobrażenia o prawdziwym lesie są fałszywe, bo znamy głównie lasy gospodarcze, a tam martwe drzewa są szybko usuwane. Ale w prawdziwej Puszczy jest ich dużo. I bardzo dobrze, bo są ważne – powstają w nich dziuple dając schronienie ptakom i nietoperzom, w martwym drewnie żyją bezkręgowce, grzyby, itd. Właśnie dlatego w Puszczy jest tyle rzadkich gatunków.
16. Przykład Lasu Bawarskiego pokazuje że trzeba ciąć.
– las ten jest doskonałym przykładem na nieskuteczność działań leśników. Najpierw sztucznie nasadzono tam świerki, więc zabił je kornik, ale teraz zaczyna rosnąć tam prawdziwy las, bez ingerencji ludzkiej. Zatem natura sama sobie dała radę. Znamy badaczy z Lasu Bawarskiego, podpisali oni apel o ochronę Puszczy Białowieskiej.
17. Co zatem należy zrobić?
– zostawić Puszczę w spokoju, prowadzić monitoring i badania. Największym zagrożeniem dla niej jest ingerencja człowieka. Kornik zabije jeszcze trochę świerków, potem zmniejszy swoją liczebność, a Puszcza będzie w znacznie lepszym stanie, niż po masowych wycinkach. Martwe świerki z czasem się rozłożą, a ich miejsce zajmą młode drzewa, w tym również świerki, które licznie się pojawiają, i sytuacja się ustabilizuje. Zatem cała Puszcza powinna być Parkiem Narodowym.
Część 2. O leśnikach i ekologach
8. Jakie są strony w tym sporze?
– przeciwko wycinkom jest część lokalnych mieszkańców, niemal cały świat naukowy, organizacje pozarządowe chroniące przyrodę. Także część leśników, którzy rozumieją, że wycinki są bez sensu. Pozostali leśnicy, głównie ci na wysokich stanowiskach, popierają wycinki, a także minister środowiska, nieliczni naukowcy (na ogół związani z Lasami Państwowymi), oraz część ludności lokalnej, niedostrzegająca potencjału turystycznego Puszczy.
19. Kto zyskuje, a kto traci na całej awanturze?
– lokalna ludność traci dochody z turystyki, nauka traci możliwość badania naturalnych procesów. Wizerunkowo bardzo tracą zwykli leśnicy, bo są postrzegani jako bezmyślni dewastatorzy Puszczy – złe decyzje podejmowane przez ich zwierzchników odbijają się na nich. Traci też całe społeczeństwo, bo Puszcza to nasze wspólne dobro. Natomiast wąskie grupy związane z Lasami Państwowymi, zajmujące się wyrębem i obrotem drewnem, mogą na wycinkach zyskiwać finansowo.
20. Cała lokalna ludność domaga się wycinek.
– nieprawda. Ogromna część lokalnej ludności żyje z turystyki (sprawdź w StreetView, ile jest kwater turystycznych w Białowieży), bo Puszczę odwiedza mnóstwo ludzi. Ale nie po to, by podziwiać stosy pociętych drzew, warkot pił albo defiladę ciągników wlokących pnie po leśnych drogach. Poza tym, gdy leśnicy już wytną stare drzewa i posadzą młode w rządkach, to Puszcza nie będzie atrakcyjna dla turystów. Zatem wycinki obniżają ruch turystyczny, co budzi sprzeciw mieszkańców. Co więcej, ochrona Puszczy tworzy wiele miejsc pracy w turystyce i usługach: jeden hotel zatrudnia tylu ludzi, ile trzy puszczańskie nadleśnictwa, które zresztą są deficytowe.
21. Ludności brakuje drewna przez ograniczenia w wycince.
– lokalna ludność ma problem z kupnem drewna, bo leśnicy sprzedają je zewnętrznym odbiorcom. Ochrona Puszczy nie oznacza zakazu wycinania, przeciwnie – przyrodniczo mniej cenna część Puszczy powinna zapewniać drewno na lokalne potrzeby.
22. Ekolodzy chcą zamknięcia Puszczy.
– przeciwnie; to przecież ekolodzy organizowali spacery po Puszczy i zapraszali do jej odwiedzania. Prowadzą też edukację przyrodniczą, a naukowcy upowszechniają wiedzę o Puszczy. Tymczasem Lasy Państwowe ustanowiły całkowity zakaz wstępu do znacznej części Puszczy, nawet tam gdzie nie ma martwych drzew, co doprowadziło do protestów lokalnej ludności, żyjącej z turystyki.
23. Zakaz wycinek w Puszczy to pomysł lewaków.
– większość naukowców będących zdecydowanymi przeciwnikami wycinek nie ma nic wspólnego z ideologią lewicową. Zresztą ideologia nie ma tu nic do rzeczy – czy idąc do stomatologa zastanawiasz się nad jego poglądami? Tu ważne są fakty i wiedza naukowa, a argument ideologiczny wskazuje na brak innych.
24. W Białowieży protestują tylko eko-oszołomy bez żadnej wiedzy.
– jeśli czytasz taką opinię, są dwie możliwości: jej autor dał się oszukać, albo sam oszukuje. Przeciw wycinkom protestuje prawie cały polski świat naukowy (1,2,3,4,5,6). Polscy naukowcy z Polskiej Akademii Nauk i najlepszych uczelni, od kilkudziesięciu lat badający przyrodę Puszczy, są przeciw wycinkom, bo wiedzą jak są szkodliwe. Również eksperci spoza Polski są zgodni, że nie należy wycinać świerków. Protestują też organizacje pozarządowe, blokując ciężki sprzęt, gdy zaczynają się wycinki najcenniejszych fragmentów i głównie one przebijają się do mediów. Protestują też tysiące zwykłych ludzi, w tym zza granicy.
25. Eksperci od ochrony przyrody mówią, by zwalczać kornika.
– a potrafisz wymienić choć jednego? Nie, bo to kolejny mit. Niektórzy naukowcy związani z przemysłem drzewnym, na przykład zajmujący się pilarkami, są zwolennikami zwalczania kornika. Ale w żadnym razie nie są ekspertami od ochrony przyrody. Niemal wszyscy liczący się naukowcy zajmujący się ochroną przyrody (ci, prowadzący własne badania i publikujący prace naukowe w dobrych anglojęzycznych czasopismach) są przeciwko wycinaniu świerków.
26. Leśnicy wiedzą najlepiej, co robić w Puszczy.
– unikatowość Puszczy polega właśnie na braku ingerencji leśników. Leśnicy szkolą się jak gospodarować lasem, by produkować dobrej jakości surowiec drzewny. Ale na ochronie przyrody znają się mniej niż naukowcy, bo edukacja leśników jest ukierunkowana na produkcję. Zatem to naukowcy mają odpowiednie kompetencje, by decydować jak chronić Puszczę, nie leśnicy. To przede wszystkim naukowcy prowadzą w Puszczy badania, na przykład monitoring ptaków od 40 lat. Znasz takie badania prowadzone przez leśników?
27. Leśnicy muszą zwalczać kornika, bo takie są przepisy.
– takie są przepisy w lasach gospodarczych. Zatem dlaczego nie chcą rozszerzenia Parku Narodowego na całą Puszczę? Żalą się, że muszą ciąć, a równocześnie sprzeciwiają się rozwiązaniu, które ten obowiązek z nich zdejmuje. Podejrzane, prawda? Zróbmy park narodowy w całej Puszczy, a problem zniknie – naukowcy, przyrodnicy i 3/4 Polaków jest za.
28. Czym jest obiekt UNESCO i dlaczego jest problemem?
– Lista Światowego Dziedzictwa UNESCO to obiekty najcenniejsze w skali świata. Puszcza jest jedynym w Polsce obiektem przyrodniczym z tej listy. To dla nas wyróżnienie, podkreślające wyjątkowość Puszczy, z którego jesteśmy dumni. Jednak masowe wycinanie drzew w Puszczy jest całkowicie sprzeczne z zasadami ochrony obiektów UNESCO, rodzi też konflikty z Komisją Europejską.
29. Cały konflikt jest polityczny.
– każdy konflikt w Polsce, jeśli jest dostatecznie medialny, staje się polityczny. Także tutaj, z obu stron pojawiają się politycy, próbujący zyskać przy okazji trochę sympatii wyborców. Nas jednak polityka nie interesuje i robimy to, za co płaci nam polski podatnik, czyli prowadzimy badania i informujemy o stanie faktycznym, zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą.
30. Komu powinno się wierzyć w tym sporze?
– zachęcamy do ograniczonego zaufania w sprawach Puszczy, bo Internet jest pełny domorosłych ekspertów i ludzi naiwnie powtarzających zasłyszane kłamstwa. Więc zawsze sprawdzaj kompetencje wypowiadających się o Puszczy (nasze również). Słuchaj naukowców, którzy potrafią podeprzeć swoje zdanie wynikami badań i nie mają innego interesu poza ochroną Puszczy – ani nie sprzedajemy drewna, ani nie zarabiamy na turystyce.
O artykule
Treść tego artykułu jest maksymalnie skompresowana, stąd musieliśmy pominąć wiele ważnych informacji, a opisy uprościć. Z łatwością jednak dowiesz się więcej z wielu publikacji dokumentujących bogactwo przyrodnicze i zagrożenia dla Puszczy. Na początek polecamy: publikacja 1, publikacja 2, publikacja 3, publikacja 4, publikacja 5 oraz wywiad, a także filmy na YouTube o korniku, ssakach, ptakach, historii Puszczy.
O autorach
Rafał Kowalczyk – jest doktorem habilitowanym, profesorem PAN i dyrektorem Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży. Z wykształcenia leśnik, od 25 lat mieszka w Puszczy Białowieskiej i prowadzi badania nad biologią ssaków.
Piotr Tryjanowski – jest profesorem i dyrektorem Instytutu Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. Zajmuje się naukowymi podstawami ochrony przyrody i wpływem zmian klimatycznych na różnorodność biologiczną.
Michał Żmihorski – jest doktorem biologii, pracuje na Uniwersytecie Rolniczym w Uppsali (Szwecja), oraz w krakowskim Instytucie Ochrony Przyrody PAN. Zajmuje się ochroną przyrody w lasach.
Artykuł w formie ulotki do pobrania w formacie pdf: https://drive.google.com/file/d/0B6-oaYd8Um6KT3dIUzQzaklYVzA/view
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Ekonomia społeczna i solidarna ma się dobrze w Katalonii, a najbardziej w aglomeracji Barcelony. Szczególnie odkąd w ostatnich wyborach samorządowych w 2015 roku władzę w Barcelonie przejęła lewicowo-ekologiczna koalicja ruchów obywatelskich, organizacji, kooperatyw i partii – wśród których ważną rolę odegrali Zieloni – Barcelona en comú (Barcelona wspólnie), w istotny sposób zmieniając politykę miasta.
„Ekonomia społeczna i solidarna stała się po raz pierwszy w historii miasta jednym z oficjalnych filarów polityki gospodarczej samorządu” – mówił do nas Xavier Rubio, bezpośrednio podlegający członkowi władz Barcelony odpowiedzialnemu za ten sektor. „Ponieważ tradycyjna gospodarka utrzymuje i tworzy niesprawiedliwości społeczne i ekologiczne, konieczne było opracowanie nowego modelu. Nasz nowy model nosi nazwę „gospodarki mnogiej” i składa się z trzech kręgów działalności gospodarczej: klasyczna działalność biznesowa, działalność samorządu jako podmiotu gospodarczego – to 20% gospodarki Barcelony, wreszcie gospodarka społeczna i solidarna”.
Dowiedzieliśmy się też, że promocja nowych inicjatyw społecznych i solidarnych i wzmocnienie istniejących nie jest pomysłem, który wziął się znikąd. Te działania już były, tylko poprzednie ekipy ich nie wspierały. Celem nowych władz Barcelony jest „poruszenie” tych sił, które działają w sposób niestandardowy lub stawiają sobie za cel rozwiązanie problemów stworzonych przez system. Tylko w ten sposób, czyli poprzez praktykę, da się zmienić dominujący system i załagodzić jego niesprawiedliwości i patologie.
Lepiej zrozumieliśmy źródła nobilitacji obywatelskich form działalności społecznej i gospodarczej – służących interesom lokalnej społeczności i przyszłych pokoleń – gdy nasz przewodnik, Sergi Alegre Calero, Zielony wiceburmistrz podbarcelońskiego miasta El Prat Llobregat (w skrócie El Prat) zaprowadził nas do budynku przy ulicy Casp 43 w Barcelonie. Jest to siedziba siedemnastu struktur (stowarzyszeń, kooperatyw, spółek, bank etyczny…), a także czasowa siedziba wielu rodzących się prospołecznych „start- -upów”. Wszystkie te struktury, bez względu na ich formę prawną, łączy to samo pragnienie: aby ich działalność miała sens i służyła wspólnemu dobru i społeczności. Te same wartości – co robimy, dla kogo działamy i jak to robimy – stanowią wystarczające „lepidło”, aby możliwe było kolektywne współzarządzanie wynajmowanym za 5,5 tysiąca euro miesięcznie dwupiętrowym budynkiem w centrum miasta. Tylko kilka pomieszczeń jest wydzielonych, i to szklanymi, całkowicie przejrzystymi ścianami. Poza zamkniętymi ze względu na przepisy bezpieczeństwa pomieszczeniami banku etycznego FIARE oraz kilkoma salkami na zebrania, pozostałe przestrzenie są otwartymi skupiskami biurek, regałów i krzeseł, gdzie o dziwo, mimo dużej ilości pracujących osób, poziom hałasu jest ograniczony, a liczne wspólnie użytkowane przestrzenie – w tym wspólna kuchnia i jadalnia z pełnym zieleni tarasem – sprzyjają współpracy i wymianie informacji. W jednym z pomieszczeń pokazano nam miejsce, gdzie przez lata pracowała (czy działała) aktualna burmistrzyni Barcelony Ada Colau, była rzeczniczka ruchu ofiar kredytów hipotecznych Plataforma de Afectados por la Hipoteca, powstałego w wyniku masowych eksmisji po kryzysie z 2008 roku.

Jedną ze struktur mieszczących się w zwiedzanym przez nas budynku jest ECOS – grupa spółdzielni, kooperatyw i innych struktur gospodarki społecznej i solidarnej, działających w różnych sektorach. ECOS skupia 14 organizacji partnerskich zatrudniających około stu osób, prowadzących bardzo różnorodną działalność: wspieranie inicjatyw edukacyjnych, doradztwo prawne, usługi architektoniczne, ubezpieczenia, doradztwo organizacyjne i inkubator dla struktur ekonomii solidarnej, sprawiedliwy handel, spółdzielnia mieszkań socjalnych, usługi i doradztwo w zakresie zrównoważonego marketingu i komunikacji, usługi sprzątania, kurierskie, opiekuńcze, językowe, zdrowotne, dziennikarskie i inne. Jako grupa ECOS ma ok. 7200 stałych partnerów korzystających z usług struktur członkowskich.
Celem ECOS jest przede wszystkim wzmocnienie i rozwój struktur członkowskich działających na rzecz dobrobytu i dobrostanu ludzi, promujących modele działania oparte na zaufaniu, przejrzystości, demokracji, równości, samoorganizacji i solidarności, starających się umieszczać ludzi w centrum swoich działań i przyczyniać się do transformacji społecznej. Aby osiągnąć te cele, ECOS tworzy systemy wzajemnego wsparcia i wspólnego inwestowania, promuje produkty i usługi, a wraz z nimi odpowiedzialność społeczną i ekologiczną, dzielenie się doświadczeniami, wzajemną pomoc i uczenie się.
Jedną ze struktur członkowskich ECOS jest IACTA, Cooperativa d’assessorament juridic i transformacio social (spółdzielnia doradztwa prawnego i transformacji społecznej, http://iacta.coop), skupiająca szóstkę prawników-działaczy, z których pięć to kobiety.
„Prowadzimy między 300 a 400 spraw rocznie, doradzając ludziom o bardzo różnych profilach, którzy mają jedną wspólną cechę: są niewidoczni dla społeczeństwa. Osoby te zwykle nie rozumieją istoty swoich problemów i nie radzą sobie z nimi. Mogą to być na przykład imigranci albo kobiety zatrudnione jako pomoce domowe. Ponieważ w naszej pracy dostrzegamy luki i blokady prawne, których inni nie widzą, staramy się również lobbować na rzecz zmiany prawa, nie tylko rozwiązywać sytuacje pojedynczych osób” – opowiada jedna z prawniczek z IACTA.
ECOS zarządza dwiema wyposażonymi przestrzeniami biurowymi w Barcelonie, które udostępnia strukturom ekonomii społecznej i solidarnej. W jednym z tych budynków ma swoją siedzibę XESC (Xarxa d’Economia Solidaria de Catalunya , http:// www.xes.cat) czyli katalońska sieć ekonomii solidarnej, skupiająca około 200 struktur (spółdzielni, kooperatyw, stowarzyszeń, małych firm, itp.). Podobnie jak ECOS, XESC udowadnia, że inny model gospodarki jest nie tylko konieczny i możliwy, ale już istnieje. Sieć XESC powstała w 2002 roku jako efekt wieloletniego procesu refleksji i debaty między kooperatywami katalońskimi i brazylijskimi, zapoczątkowanego w połowie lat 90. XX w. Aby być członkiem XESC, firma czy organizacja musi spełniać co najmniej 9 z 15 kryteriów, ocenianych corocznie, na skali od 1 do 5, przez niezależny zespół. Ocenie podlega nie to, jaka jest forma prawna struktury, tylko to, co firma czy organizacja robi dla zmiany społecznej (a nie tylko dla zarabiania pieniędzy), oraz jak to robi (jaką ma politykę płci, niedyskryminacji, jak organizuje handel, czy uwzględnia skutki ekologiczne, jaki ma proces podejmowania decyzji, przejrzystość etc.). XESC jest także organizatorem corocznych katalońskich targów gospodarki społecznej i solidarnej.
W zarządzanym przez Zieloną koalicję – od prawie czterdziestu lat i bez ani jednej „afery” (!) – mieście El Prat odwiedziliśmy duże schronisko młodzieżowe z siedzibą fundacji Fundació Catalana de l’Esplai, największej katalońskiej organizacji organizującej czas wolny dla młodzieży w ubogich regionach. W siedzibie fundacji w El Prat pracuje ok. 200 osób, ale fundacja zatrudnia w sumie ponad 1000 pracowników. FCE pracuje aktualnie nad projektami, które mają na celu pomoc młodym ludziom w radzeniu sobie ze skutkami kryzysu w Hiszpanii, poprzez sieć pomocy i współpracy dla tysięcy młodych ludzi w Hiszpanii i Ameryce Południowej.
W San Boi, 5 km od El Prat, odwiedziliśmy siedzibę fundacji Fundació Cassià Just, znaną z marki „cuina justa” czyli „sprawiedliwa kuchnia” (http://www.fundacio-cassiajust.org). Fundacja dostarcza codziennie ok. 6 tysięcy posiłków dla szkół, instytucji i firm. Specyfiką fundacji jest to, że prawie wszyscy pracownicy (ok. 180 osób), to osoby upośledzone umysłowo i wykluczone społecznie. Sukces fundacji, beż żadnej pomocy publicznej, opiera się na tym, że jej pracownicy nie czują się upośledzeni i nie mają poczucia, że są ciężarem dla społeczeństwa. Odpowiednio przygotowani i otoczeni cierpliwą opieką, są w stanie sprostać takim samym wymogom jak inni pracownicy i działać na rzecz najważniejszego dla organizacji celu, jakim jest dostarczanie konsumentom wysokiej jakości żywności po konkurencyjnej cenie. Organizacja pracy, oparta na długim procesie przygotowania każdego nowego pracownika i powierzeniu mu rutynowych, dostosowanych do jego możliwości zadań, zapewnia fundacji stabilność, a jej pracownikom niezależność finansową i poczucie własnej godności.
Ostatnim etapem naszej wizyty śladami katalońskiej gospodarki społecznej i solidarnej był odbywający się w tym czasie w El Prat alternatywny Festival Esperanzah, gdzie obok stoisk z wyrobami kooperatyw katalońskich i z krajów Ameryki Południowej odbywały się koncerty i debaty na temat ekonomii dobra wspólnego i jej doświadczeń.
Katalonia, z ponad czterema tysiącami organizacji, kooperatyw, spółdzielni i firm działających na rzecz dobra wspólnego według zasad gospodarki społecznej i solidarnej, jest niewątpliwie wzorem, nad którym warto się pochylić. Również, a może szczególnie, w postkomunistycznej Polsce, mocno promującej przedsiębiorczość dla indywidualnego zysku – bez względu na jej konsekwencje społeczne, ekologiczne i dla przyszłych pokoleń.
Reprywatyzacja to proceder przejmowania nieruchomości odebranych prywatnym właścicielom w okresie Polski Ludowej. W Warszawie objęte były nim do niedawna niemal wszystkie budynki w przedwojennych granicach miasta.
Stanowiło to znaczący łup dla ludzi, którzy postanowili się szybko wzbogacić. Powstały kancelarie adwokackie specjalizujące się w „restytucji mienia”. Miejscy urzędnicy nie tylko nie sprawdzali napływających roszczeń, ale wręcz popierali proces, ponieważ prowadził on do pozbywania się „kłopotliwych” budynków mieszkalnych wymagających od samorządu ciągłych nakładów na remonty. O skali patologii, jaka ma miejsce w Warszawie przy okazji oddawania nieruchomości „prawowitym właścicielom”, organizacje lokatorskie pisały już w roku 2010. Powstał wówczas, siłami Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, Komitetu Obrony Lokatorów i kilku innych stowarzyszeń, „Raport w sprawie reprywatyzacji warszawskiej”. Sami lokatorzy oddawanych budynków opisali przykłady reprywatyzacji dokonanej pomimo tego, że dawni właściciele uzyskali już wcześniej odszkodowania z tytułu posiadania obywatelstwa innych państw, z którymi Polska podpisała umowy o rekompensatach za przejęte mienie. Zwrócili uwagę na odzyskiwanie kamienic między innymi na podstawie wątpliwych testamentów czy wręcz przez ludzi zmarłych na długo przed reprywatyzacją. Raport trafił do kosza, a zignorowanie go doprowadziło do wielu tragedii. Najbardziej znaną jest zabójstwo w marcu 2011 roku Jolanty Brzeskiej, działaczki WSL.
Nie dało się nie oddawać
Od początku w sprawie reprywatyzacji pojawiały się te same nazwiska, między innymi czyściciela kamienic Marka Mossakowskiego, członka zarządu Związku Szlachty Polskiej, księcia, jak się określał, Huberta Massalskiego i grupy znanych prawników. Wśród tych ostatnich znalazł się Robert N. Dla grupy klientów, których reprezentował, odzyskał w roku 2012 działkę przy ulicy Chmielnej 70. Sprawdzające wnioski zwrotowe Biuro Gospodarki Nieruchomościami nie dopatrzyło się nieprawidłowości. Decyzję o reprywatyzacji podpisał Jakub R., wicedyrektor BGN. Jedną z osób odzyskujących była z kolei Marzena K., siostra mecenasa N. oraz urzędniczka w Ministerstwie Sprawiedliwości. Wszyscy bohaterowie tej sprawy żyliby spokojnie do dziś, gdyby na jaw nie wyszły niewygodne dla nich fakty. Stowarzyszenie „Miasto Jest Nasze” poinformowało, iż działka przy Chmielnej 70 została odebrana po wojnie człowiekowi, który miał duńskie obywatelstwo, więc posiadał prawo do rekompensaty, co powinno anulować wszelkie roszczenia. Na nic zdały się zapewnienia ratusza, że „nie dało się nie oddawać”. Światło dzienne ujrzał też fakt, iż plan zagospodarowania przestrzennego ratusz zmienił w taki sposób, aby na działce przy Chmielnej 70 można było zbudować wieżowiec. Sprawiło to, że jej wartość wzrosła do 160-190 mln zł.
Wkrótce potem w tarapaty wpadł Jakub R. Wicedyrektorowi BGN udowodniono, że robił interesy z mecenasem N., z którym jest współwłaścicielem górskiego pensjonatu. W kluczowym dla sprawy roku 2012 zabrakło jego sprawozdania majątkowego. Jakby tego było mało, Jakub R. w pół roku po odejściu ze stanowiska wicedyrektora sam został kamienicznikiem. Od swoich rodziców nabył zreprywatyzowaną kamienicę położoną w atrakcyjnym punkcie miasta. Rodzice odzyskali ją wcześniej, gdy R. był jeszcze wicedyrektorem. Jak się później tłumaczył, nie rozpatrywał tego wniosku, więc nie było konfliktu interesów.
Problemy „niezatapialnych”
30 stycznia 2017 roku miało miejsce wydarzenie istotne dla historii warszawskiej reprywatyzacji. Jakub R., wraz z rodzicami oraz mecenasem Robertem N., czyli ludzie uznawani dotąd za „nie-zatapialnych”, trafili za kratki. CBA prowadzi obecnie postępowanie w sprawie wręczenia łapówek za zwrot nieruchomości przy Chmielnej. Ich szacowana wartość to około 2,5 mln zł.
Kłopoty ma również siostra mecenasa N. Okazało się, że uzyskała od miasta ponad 35 mln zł odszkodowań za nieruchomości, których miała być „prawowitą właścicielką”. Prokuratura przygląda się temu, czy pieniądze te nie zostały wyłudzone.
6 lutego zatrzymany został kolejny były wicedyrektor BGN – Jerzy M. Gdy w zeszłym roku spotkał się z aktywistami Kolektywu Syrena, którzy wraz z organizacjami lokatorskimi zwracali uwagę na koszt odbudowy Warszawy poniesiony przez społeczeństwo, twierdził, iż jest on nieistotny, gdyż miasto nie może domagać się od nowych właścicieli zwrotu tak dużych nakładów. Podczas rozmowy wyśmiał sugestie, że może procederem reprywatyzacji zajmie się prokuratura.
Na wolności pozostaje jak dotąd Marcin Bajko, który do niedawna pełnił obowiązki dyrektora BGN, co nie przeszkadzało mu jednocześnie prowadzić działalności gospodarczej polegającej między innymi na doradzaniu zarządcom nieruchomości.
Hanna Gronkiewicz-Waltz, aby ratować swój wizerunek, zapowiedziała audyt warszawskiej reprywatyzacji. Miałby on być zlecony i opłacony przez ratusz, czyli kontrolowany sam by się kontrolował. W związku z tym nie wpłynęła żadna poważna oferta przeprowadzenia audytu. Warto też pamiętać, iż lokatorzy mieszkający w zreprywatyzowanych budynkach nie usłyszeli od polityków rządzącej miastem PO przeprosin. Pani prezydent udaje, że o niczym nie wiedziała. Hanna Gronkiewicz-Waltz padła, jak wynika z jej słów, ofiarą niecnego spisku uknutego przez podległych jej urzędników. Na sesjach poświęconych polityce mieszkaniowej po prostu się nie pojawiała, gdyż były mniej pasjonujące od przecinania wstęg.
Patologiczny system
Afera reprywatyzacyjna stała się orężem politycznej wojny. Odbywają się nadzwyczajne sesje Rady Miasta. PiS domaga się głowy prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz, a jego radni spekulują nawet, czy aby nie ucieknie ona za granicę. Okręgowa Rada Adwokacka, do której należał mecenas N., odcina się od niego i stara się zmienić swój wizerunek. Brakuje jednak bardzo ważnego stwierdzenia. W Warszawie setki milionów złotych trafiały z budżetu miasta w ręce prywatne nie ze względu na aferę, czy jednostkowe przypadki patologii. Cały system, w którym uznano, że własność prywatna jest świętością, bez względu na społeczne koszty i ludzkie tragedie, to patologia. Miasto nie dbało o mieszkańców reprywatyzowanych budynków, ponieważ lokatorzy komunalni to w ogromnej większości ludzie niezamożni, niezauważani przez system. Póki występowali w jednostkowych sprawach, byli ignorowani. Kiedy protestowali na sesjach Rady Warszawy, broniący obecnie „demokracji” radni PO nasyłali na nich straż miejską i policję. Wspomagającym ich aktywistom przyczepiono z kolei łatkę „niebezpiecznych anarchistów”. To, że układ ten zaczyna się sypać, jest po części zasługą zorganizowania się lokatorów, a także współpracy z „niebezpiecznymi anarchistami”, przeciwko której reprywatyzowani nie mieli żadnych oporów.
O tym, że postępuje upartyjnianie sprawy, świadczyło lansowanie się polityków w dniu 6 lutego 2017 roku na nadzwyczajnej sesji Rady Warszawy. Publiczność była nimi wypełniona do tego stopnia, że znaczna część przybyłych lokatorów nie została na salę wpuszczona. Odbył się więc spontaniczny protest lokatorski w kuluarach. Broniący „demokracji” poseł Szczerba z PO, który pojawił się, aby wspierać warszawski ratusz, usłyszał od członków grup lokatorskich kilka nieprzyjemnych słów.
1 marca w Warszawie oficjalnie otwarto skwer imienia Jolanty Brzeskiej. Warszawscy Radni jednogłośnie poparli nadanie mu imienia zamordowanej lokatorki. W uroczystości wzięły udział Kolektyw Syrena oraz grupy lokatorskie. Obecnie toczy się walka również o odszkodowania dla osób, które ucierpiały w wyniku reprywatyzacji. Nie wiadomo jeszcze, jak skończą się postępowania prokuratorskie – dojdzie do skazania osób pociągających za sznurki, czy jedynie pionków? Należy jednak jasno powiedzieć: nie ma „dzikiej”, „patologicznej” reprywatyzacji i „normalnej”, „uczciwej”. We wszystkich przypadkach jest ona grabieżą mienia przez dziesięciolecia służącego mieszkańcom miasta.
Artykuł po raz pierwszy ukazał się w anarchistycznej gazecie ulicznej A-tak nr. 5/2017.
Zmiana tkanki społecznej zakątków miast do tej pory uważanych za „gorsze” dla ich dotychczasowych mieszkańców miewa nie najlepsze skutki. Łukasz Drozda postanowił je opisać. (więcej…)
Informacja prasowa Koalicji Ratujmy Rzeki (KRR)*
Budowa dróg wodnych sprzeczna z konstytucyjną zasadą zrównoważonego rozwoju
Najpoważniejszym zagrożeniem dla ludzi i kraju, związanym z rozwojem śródlądowych dróg wodnych jest wzrost zagrożenia powodziowego, zniszczenie przyrody oraz koszty, które obciążą podatników na lata.
Koalicja Ratujmy Rzeki wraz z artystami zaprosiła dziennikarzy na śniadanie prasowe na galarze solnym na Bulwarach Wiślanych. Przed poczęstunkiem artyści pokazali happening o Złotej Rybce, symbolicznie ukazujący wzrost ryzyka powodziowego, suszy oraz dewastację przyrody dolin rzecznych, do której doprowadzić mogą gigantyczne plany budowy żeglugi towarowej w Polsce. Odbyła się krótka przejażdżka po Wiśle na Galarze Solnym.

Ewa Ciepielewska, malarka i artystka pływająca od lat po polskich i europejskich rzekach: Nie możemy przez przekształcenie naturalnych rzek w kanały żeglowne dla wielkich barek zniszczyć przyrody – naszego wyjątkowego, narodowego bogactwa i dziedzictwa. Na tych rzekach jest możliwa dziś wspaniała żegluga turystyczna, rekreacyjna, też pasażerska bez wydawania setek miliardów złotych z budżetu na ujarzmienie rzek.
KRR uważa, że najpoważniejszym zagrożeniem dla ludzi, związanym z rozwojem dróg wodnych, jest wzrost zagrożenia powodziowego. Odcięcie koryt od terenów zalewowych, skrócenie długości rzek poprzez prostowanie łuków oraz utrzymywanie wymaganego przez żeglugę wysokiego poziomu wód w korytach szlaków żeglownych to bezpośrednie przyczyny zwiększenia częstotliwości i zasięgu niszczących powodzi.
Jacek Bożek, Klub Gaja, członek KRR, od lat zaangażowany w obronę Wisły i innych rzek: Dziecko wie, że wyprostowanie, zawężenie koryt, wąskie obwałowania, to przyspieszenie spływu wód i brak możliwości rozlania się rzeki na naturalnych terenach. Doprowadzi do większych i groźniejszych powodzi uderzających w miasta i miasteczka nad rzekami. Funkcja budowy dróg wodnych zwiększa niebezpieczeństwo powodziowe dla ludzi i ich majątku.
– Mamy do czynienia z bezprecedensowym zagrożeniem dla dwóch parków narodowych, 14 parków krajobrazowych oraz ponad 1000 km przyrody dolin rzecznych. Straty w ekosystemach dolin rzecznych będą nieodwracalne, wielokrotnie przewyższające wątpliwe zyski z żeglugi towarowej – dodaje dr hab. Wiktor Kotowski, Uniwersytet Warszawski, Centrum Ochrony Mokradeł, członek KRR.
Założenia rządu dotyczące przekształcenia Odry i Wisły w sztuczne szlaki żeglowne oraz projekt Banku Światowego mający doprowadzić do III klasy żeglowności na Odrze są dewastacyjnymi działaniami. Nie mają uzasadnienia ekonomicznego, ekologicznego i społecznego. Mówi o tym poważane stanowisko KRR wskazujące na naruszenie art. 5 Konstytucji RP o zasadzie zrównoważanego rozwoju.**
– Ten rząd, ale poprzednie były tylko trochę lepsze, prezentuje anachroniczne podejście. Traktuje ekosystemy wodne jako przestrzeń do eksploatacji i zabudowy. Jest to sprzeczne z konstytucyjną zasadą zrównoważonego rozwoju – harmonii celów ekologicznych, gospodarczych i społecznych – tłumaczy Radosław Gawlik ze Stowarzyszenia EKO-UNIA, członek KRR.
Plany uruchomienia barek towarowych na Wiśle i Odrze są też nieracjonalne ekonomicznie. Doprowadzą do złej alokacji naszych podatków i powiększenia deficytu budżetowego, a nie przyniosą obiecywanych efektów. Plany te są błędne również powodu kreowania sztucznej konkurencji z państwowymi kolejami.
Kontakt:
Ewa Ciepielewska, artystka, pływająca po rzekach na galarze solnym, tel. 504 632 876
Jacek Bożek, KRR tel. 603 636 554
dr hab. Wiktor Kotowski, KRR, tel. 517 751 379
Radosław Gawlik, KRR, tel. 605 037 417
Załączniki:
**Stanowisko Koalicji Ratujmy Rzeki w sprawie kanalizacji rzek na potrzeby rozwoju żeglugi towarowej, dostępne również tu: http://eko.org.pl/imgturysta/files/stanowisko_krr_zegluga.pdf
_____________________________________________________________________________
* Koalicja Ratujmy Rzeki działa na rzecz systemowej ochrony walorów przyrodniczych i naturalnej retencji, szerokiej skali renaturyzacji cieków, ochrony i przywracania ciągłości ekologicznej, dostosowania planów rozwoju żeglugi do rzek oraz planów rozwoju sektorów gospodarki do rzek. Jej cele wyrażone są we wspólnej Deklaracji. W skład Koalicji wchodzą organizacje pozarządowe, osoby indywidualne i przedstawiciele nauki.
Organizacje: Centrum Ochrony Mokradeł, Fundacja Dziedzictwo Przyrodnicze, Fundacja Greenmind, Fundacja Nasza Ziemia, Fundacja Strefa Zieleni, Fundacja WWF Polska, Klub Pstrągowy „GŁOWACZ”, Klub Przyrodników, Klub Przyjaciół Dunajca, Małopolskie Towarzystwo Ornitologiczne, Mazowiecko-Świętokrzyskie Towarzystwo Ornitologiczne, Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków, Polska Zielona Sieć, Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody „Salamandra”, Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, Sekcja Przyjaciół Raby PZW Koło Raba, Stepnicka Organizacja Turystyczna Nie Tylko Dla Orłów, Stowarzyszenie Ekologiczno-Kulturalne Klub Gaja, Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA, Stowarzyszenie Ab Ovo, Towarzystwo Badań i Ochrony Przyrody, Towarzystwo na rzecz Ziemi, Towarzystwo Przyrodnicze ALAUDA, Towarzystwo Przyjaciół Rzek Iny i Gowienicy, Zielony Instytut, Zielone Wiadomości / Fundacja Zielone Światło
Grupy nieformalne, aktywiści: Wolne Rzeki, Matki Polki na Wyrębie, Wodna Masa Krytyczna, Piotr Topiński, Urszula Biereżnoj-Bazille
Przedstawiciele nauki: prof. Grześ Marek (UMK), dr Skóra Michał (Stacja Morska Instytutu Oceanografii w Helu), dr hab. Żurek Roman (prof. IOP PAN)
Członkowie medialni: Dominik Dobrowolski – www.recykling-rejs.pl, Mazik Andrzej – www.eko.org.pl, Nowak Beata – www.zielonewiadomosci.pl
Koalicja ma poparcie Związku Stowarzyszeń Kongresu Ruchów Miejskich oraz Partii Zieloni.
Rok 1989 nadal pozostaje ważnym punktem odniesienia dla dyskutujących o aktualnych polskich realiach. Zanim ten trend się skończy czeka nas jeszcze niejedna debata. (więcej…)
Aktywiści organizacji ekologicznych oraz kilkanaście osób z Czech i Rumunii zablokowało ciężki sprzęt do wycinki drzew, który w ostatnich dniach pracował w cennych przyrodniczo, starych częściach Puszczy Białowieskiej. Rozwinęli bannery z hasłami nawołującymi do zaprzestania wycinki w języku polskim, angielskim i po czesku.
Wycinka w Puszczy Białowieskiej to temat bulwersujący nie tylko Polaków, ale także międzynarodową opinię publiczną. Dlatego o poranku w nadleśnictwie Hajnówka, w okolicy wsi Postołowo, do protestu organizacji ekologicznych dołączyła grupa osób z Czech i Rumunii. Aktywiści zwracają uwagę, że Puszcza Białowieska jest wyjątkowa – jest jednym lasem na niżu europejskim na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dlatego zasługuje na specjalną ochronę i cała powinna być objęta ochroną parku narodowego.
– Mimo interwencji policji podczas czwartkowej blokady w Puszczy, nie odpuszczamy. Obrońców Puszczy jest coraz więcej. Domagamy się zaprzestania wycinki najcenniejszego przyrodniczo lasu w Polsce. Ponownie blokujemy maszyny, które sprawiają, że Puszcza znika na naszych oczach – powiedziała Katarzyna Jagiełło, Greenpeace Polska. To skandal, że na nieco ponad dwa tygodnie przed szczytem UNESCO w Polsce, jego gospodarz, czyli Ministerstwo Środowiska, dopuszcza do masowej dewastacji jedynego przyrodniczego obiektu światowego dziedzictwa w Polsce – dodała.
– Puszcza Białowieska to ostatni nizinny las naturalny Europy – dziedzictwo nas wszystkich. Nie mogę uwierzyć, że trwa jego wycinka. Mam wielu przyjaciół w Polsce i wielokrotnie odwiedzałem Puszczę, która oczarowała mnie swoim pięknem. Działam na rzecz ochrony przyrody w Czechach i brałem wcześniej udział w podobnej blokadzie wycinki w Parku Narodowym Szumawa, gdzie wspierało nas wiele osób z Polski. Cieszę się, że mogę się teraz odwdzięczyć, chroniąc przyrodę w Polsce. W Szumawie się udało i każdego roku park narodowy odwiedzają tysiące turystów, wspierając w ten sposób lokalną ludność. Oby to samo spotkało Puszczę Białowieską – powiedział Jaromir Blaha, uczestnik blokady z Czech.
– To wstyd, że ludzie z zagranicy muszą bronić Światowego Dziedzictwa Ludzkości przed polskim Ministrem Środowiska, dla którego zyski ze sprzedaży drewna są ważniejsze niż zachowanie lasów naturalnych i ochrona procesów przyrodniczych – mówi Adam Bohdan z Fundacji Dzika Polska.
Ciężki sprzęt do wycinki pracuje w Puszczy w drzewostanach ponadstuletnich i w strefach ochronnych UNESCO, w których priorytetem powinna być ochrona naturalnych procesów. Tymczasem prowadzone prace leśne służą między innymi usuwaniu martwych świerków, które według Komisji Europejskiej i ekspertów UNESCO powinny pozostać w Puszczy dla zapewnienia ciągłości procesów naturalnych. Dzieje się to na niespełna trzy tygodnie przed spotkaniem Komitetu UNESCO w Krakowie, którego gospodarzem będzie Ministerstwo Środowiska
To czwarta blokada ciężkiego sprzętu wycinającego Puszczę Białowieską przeprowadzona przez aktywistów. Poprzednie dwie – 24 i 30 maja – zakończyły się po potwierdzeniu informacji o wycofaniu sprzętu z miejsc blokady. Trzecia – 8 czerwca – została przerwana interwencją policji.
Zdjęcia do nieodpłatnego wykorzystania wkrótce na: https://www.flickr.com/photos/greenpeacepl/
Kontakt:
Marianna Hoszowska, marianna.hoszowska@greenpeace.org, 664 066 372
Adam Bohdan, Dzika Polska, adam.bohdan@wp.pl, 532 284 313
Radosław Ślusarczyk, Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, suchy@pracownia.org.pl, 660 538 329
źródło: Pracownia na rzecz Wszystkich Istot
Do Puszczy Białowieskiej powinna zostać wysłana nowa misja UNESCO, która sprawdzi, czy scenariusz realizowany obecnie przez Jana Szyszkę nie oznacza konieczności wpisania Puszczy na listę światowego dziedzictwa w zagrożeniu – to najważniejszy wniosek z opublikowanej 2 czerwca oficjalnej roboczej wersji decyzji, która ma zapaść na lipcowej sesji Komitetu UNESCO w Krakowie.
W opublikowanym przez UNESCO dokumencie wyrażone jest zaniepokojenie działaniami ministra Jana Szyszki i tym, że odpowiedzi przygotowane przez Ministerstwo Środowiska na temat zarządzania Puszczą zawierają nieścisłości i zapisy wzbudzające wątpliwość. Eksperci UNESCO zaniepokojeni są prowadzoną przez Polskę intensywną gospodarką leśną w Puszczy oraz wnioskują o wszczęcie formalnej procedury, która ma sprawdzić, czy Puszcza nie musi być wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa w Zagrożeniu. Dokument przygotowany przez ekspertów będzie dyskutowany podczas 41. sesji Komitetu Światowego Dziedzictwa, która odbędzie się za miesiąc w Krakowie.
Najważniejsze zapisy decyzji ekspertów UNESCO:
- Wzywają do natychmiastowego zatrzymania wycinki w najstarszych, ponadstuletnich częściach lasu.
- Wskazują, że cięcia sanitarne i względy bezpieczeństwa są nadużywane przez polski rząd jako pretekst do wycinki (wycinane są też drzewa zdrowe i nie stanowiące zagrożenia dla turystów).
- Wskazują, że minister Szyszko zezwolił na zwiększenie wycinki, a nie została przeprowadzona ocena wpływu wycinki na te cechy Puszczy, dzięki którym została uznana za Światowe Dziedzictwo (tzw. wyjątkowa uniwersalną wartość).
- Ponawiają prośbę o przygotowanie priorytetowo planu zarządzania zapewniającego realną ochronę obszaru Światowego Dziedzictwa.
- Wyrażają zadowolenie z decyzji Białorusi, która zwiększyła obszar ścisłej ochrony na terenie Puszczy Białowieskiej o 1250 ha.
- Wnioskują o rozpoczęcie procedury mogącej prowadzić do wpisania Puszczy na listę Światowego Dziedzictwa w Zagrożeniu. Częścią tej procedury jest monitoring kontrolny (ang. reactive monitoring), a więc proces sprawdzania stanu zachowania obszaru w odpowiedzi na potencjalne lub rzeczywiste zagrożenia. Jednocześnie ostrzegają, że w wyniku potwierdzenia zagrożeń, na kolejnym spotkaniu Komitetu w 2018 roku Puszcza Białowieska można znaleźć się na Liście Światowego Dziedzictwa w Zagrożeniu. Może być to pierwszy krok w stronę odebrania Puszczy statusu Światowego Dziedzictwa.
- Głębokie zaniepokojenie ekspertów budzi fakt rozpoczęcia przez Komisję Europejską formalnej procedury prowadzącej do Trybunału Sprawiedliwości UE z powodu zwiększenia wycinki w Puszczy.
Koalicja organizacji pozarządowych (ClientEarth Prawnicy dla Ziemi, Dzika Polska, Greenmind, Greenpeace, OTOP, Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, WWF) uważa, że wnioski ekspertów UNESCO są przygotowane rzetelnie i odpowiadają obecnej sytuacji w Puszczy. Jednocześnie ekolodzy zaniepokojeni są tym, że w oficjalnym raporcie o stanie Puszczy dla UNESCO za rok 2016 Ministerstwo Środowiska wykazało pozyskanie drewna, które jest trzy razy mniejsze od rzeczywistego. Ministerialny raport wskazuje też, że w strefach wyłączonych z gospodarki leśnej nie była prowadzona wycinka, podczas gdy według danych z nadleśnictw około 40% cięć wykonanych było w tych częściach Puszczy, które zgodnie z naszymi zobowiązaniami wobec UNESCO są wyłączone z wycinki.
Pokazywanie niepełnych danych, uporczywe trzymanie się tez niezgodnych z wiedzą i doświadczeniem naukowym oraz unikanie jasnych odpowiedzi wydaje się być metodą ministra środowiska na dyskusję z UNESCO. Metoda ta nie sprawdziła się jednak w przypadku ekspertów, którzy wypunktowali błędy w zarządzaniu Puszczą i wynikające z nich zagrożenia. Dla UNESCO działania ministra środowiska są podstawą do rozpoczęcie procedury, która może prowadzić do wpisania Puszczy na listę Światowego Dziedzictwa w zagrożeniu. Organizacje wchodzące w skład koalicji Kocham Puszczę liczą na to, że decyzja Światowego Komitetu Dziedzictwa, która zostanie podjęta w lipcu w Krakowie, będzie opierać się – tak samo jak decyzja robocza – na faktach i podstawach naukowych, a kwestie polityczne nie spowodują zmian niekorzystnych dla Puszczy Białowieskiej, jedynego polskiego obiektu przyrodniczego na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.
W skrócie o Puszczy Białowieskiej i UNESCO:
Puszcza Białowieska jest jedynym polskim obiektem przyrodniczym wpisanym na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Została wpisana na tę listę w 1979 roku, jako jedna z pierwszych na świecie. Od 2014 roku obiektem UNESCO jest cały obszar Puszczy – w Polsce i na Białorusi.
Przyznając Puszczy status światowego dziedzictwa kierowano się tym, że stanowi ona “wyjątkowy przykład procesów ekologicznych i biologicznych istotnych w ewolucji i rozwoju ekosystemów oraz zespołów zwierzęcych i roślinnych” (kryterium IX UNESCO) oraz obejmuje siedliska naturalne najbardziej reprezentatywne i najważniejsze dla ochrony in situ różnorodności biologicznej, włączając te, w których występują zagrożone gatunki o wyjątkowej uniwersalnej wartości z punktu widzenia nauki lub ochrony przyrody (kryterium X).
Polska i Białoruś rozszerzając obszar obiektu zobowiązały się do przestrzegania szeregu zasad, między innymi do znacznego ograniczenia gospodarki leśnej na terenie Puszczy. W tym celu Puszcza została podzielona na cztery strefy, pozyskanie drewna dopuszczalne jest tylko w jednej z nich.
Lista obiektów dziedzictwa ludzkości w zagrożeniu obejmuje te z najcenniejszych obszarów przyrodniczych i zabytków, które są zagrożone poważnym i ściśle określonym niebezpieczeństwem – zarówno naturalnym jak i wynikającym z działalności człowieka. Obecnie na tej liście znajduje się 55 obiektów. Dotychczas z listy UNESCO zostały usunięte tylko dwa obiekty – rezerwat w Omanie i Drezno.
źródło: Fundacja Greenmind
9 czerwca w odpowiedzi na apel aktywistów Greenpeace, Dzikiej Polski i Pracowni na rzecz Wszystkich Istot protestujących przeciwko wycince Puszczy Białowieskiej grupa naukowców próbowała odbyć wizję lokalną na terenie objętym wycinką. Straż Leśna uniemożliwiła ekspertom przeprowadzenie monitoringu, wypraszając ich z Puszczy.
Grupa naukowców – prof. Rafał Kowalczyk z Instytut Badań Ssaków PAN, prof. Wiesław Walankiewicz i prof. Dorota Czeszczewik z Instytutu Biologii UPH w Siedlcach, prof. Tomasz Wesołowski z Pracowni Biologii Lasu Uniwersytetu Wrocławskiego – odpowiedziała na apel osób protestujących 8 czerwca przeciw wycince Puszczy Białowieskiej i zgodziła się przeprowadzić wizję lokalną w Nadleśnictwie Hajnówka, w miejscach, gdzie w ostatnich dniach pracował ciężki sprzęt do masowej wycinki drzew. Naukowcy mieli sprawdzić, czy prowadzone prace nie obejmują drzewostanów objętych ochroną, a także drzew martwych, w których od dawna nie ma kornika. Ekspertom towarzyszyli dziennikarze i przedstawiciele organizacji pozarządowych. Wszyscy zostali spisani przez Straż Leśną i wyproszeni z lasu.
Już na początku maja nadleśnictwa Hajnówka i Browsk przekroczyły średnie, roczne limity pozyskania drewna a pozyskanie drewna w starodrzewach z wykorzystaniem potężnych maszyn nie ma nic wspólnego z ochroną przyrody czy walką z kornikiem, gdyż wywożone drzewa od dawna są pozbawione kory. To właśnie chcą ukryć leśnicy – mówi Adam Bohdan z Fundacji Dzika Polska.
– Działanie Lasów Państwowych potwierdza tylko ich chęć ukrycia przed opinią publiczną dowodów na to, że wycinki prowadzone są w sposób niezgodny z przepisami polskimi i międzynarodowymi zobowiązaniami Polski. Uniemożliwienie przeprowadzenie ekspertyzy niezależnym naukowcom to skandal – powiedziała Katarzyna Jagiełło z Greenpeace.
Minister Szyszko i część leśników tłumaczy trwające wyręby względami bezpieczeństwa i chęcią powstrzymania kornika atakującego świerki. Tymczasem Greenpeace i Dzika Polska od ponad roku pokazują dowody na to, że cięcia nie mają nic wspólnego z bezpieczeństwem turystów, a wywożone z lasu drzewa są bardzo często wolne od kornika. Wizja lokalna naukowców miała dać odpowiedź, w jakim stopniu proceder usuwania drzew w starych fragmentach lasu szkodzi chronionym i bardzo rzadkim gatunkom ptaków, owadów i roślin. Zgodnie z zasadami UNESCO oraz obszaru Natura 2000 martwe świerki powinny zostać w Puszczy, jako jej integralna część.
– Jesteśmy w momencie, w którym naturalna, dzika Puszcza zamieniana jest w zwykła plantacje drewna: drzewostany ponadstuletnie są wycinane i wywożone pod pretekstem walki z kornikiem, a w ich miejscu za chwilę zostanie posadzony w rządkach las, jakich setki w całej Polsce – powiedział Radosław Ślusarczyk z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot.
Kontakt:
Radosław Ślusarczyk, Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, suchy@pracownia.org.pl, 660 538 329
Marianna Hoszowska, marianna.hoszowska@greenpeace.org, 664 066 372
Adam Bohdan, Dzika Polska, adam.bohdan@wp.pl, 532 284 313
źródło: Pracownia na rzecz Wszystkich Istot

Foto: Greenpeace Polska
Zamiast silnego i stabilnego rządzenia – brak samodzielnej większości. Zamiast wyborczego nokautu – dawno nienotowany skok poparcia. To była noc niespodzianek w Wielkiej Brytanii. (więcej…)
W samorządach z ust do ust podawana jest pewna historyjka. Otóż staruszka / beneficjentka 500+/ niepełnosprawny / bezrobotny (wybierz aktualnie pasujące do sytuacji) przychodzi po zasiłek do lokalnego ośrodka pomocy społecznej, po czym porzucając kule /wózek / dowolny inny sprzęt wsiada do nowego Mercedesa /BMW /Audi / Bentleya (wybierz według granic swojej wyobraźni) i odjeżdża z piskiem opon.
Ten dowód anegdotyczny ma posłużyć we wzajemnym utwierdzaniu się, że system pomocy społecznej w Polsce jest nadużywany na każdym kroku, a mieszkańcy to generalnie sprytni wyłudzacze. Kiedy zapytasz, jakiego koloru był samochód, otrzymujesz zwykle odpowiedź, że właściwie widział to kolega, żona lub daleki wujek.
Podobno istnieje mechanizm, który sprawia, że ludzie stojący niżej w jakiejś hierarchii mają tendencję do racjonalizowania decyzji władz lub swoich przełożonych. Potrzebne jest nam poczucie, że osoby, które rozstrzygają w ważnych sprawach, robią to rozważnie na podstawie pogłębionej wiedzy. Tymczasem badanie przeprowadzone w 2007 r. przez Phila Daviesa udowadnia, że dla decydentów dowody naukowe są najmniej ważne i jako źródła zajmują ostatnie miejsce po opiniach otoczenia, konsultantów, lobbystów, przekonaniach politycznych, źródłach medialnych czy internetowych, miejskich mitach, a nawet po osądach taksówkarzy, którzy zwykle są dla nich jedynymi dostępnymi przedstawicielami tzw. ludu.
Zaczynając trzy lata temu pracę w samorządzie, byłam klasycznym przykładem pierwszego opisanego mechanizmu. Wydawało mi się, jeśli niektóre decyzje władz lokalnych są złe, to być może nie do końca znam dane i okoliczności, na jakich były oparte. Lub też po prostu muszę dostarczyć nowych obiektywnych badań i analiz, żeby decyzje te były lepsze. Podczas podróży przez struktury administracji lokalnej przekonałam się jednak nie raz boleśnie o prawdziwości badań Daviesa. A także o tym, że staruszka uciekająca z zasiłkiem w Bentleyu jest często o wiele ważniejszym dowodem niż dwustustronnicowy raport badawczy.
Poprzeczka coraz wyżej
Nie wpadajcie jednak w pesymizm. Oczywiście urzędnicy mający jakiś kontakt z rzeczywistością są raczej odporni na dowody anegdotyczne, a to oni są solą samorządu i wypracowują większość racjonalnych decyzji, dzięki którym to wszystko jeszcze jakoś się kręci. Również wiele polityk samorządowych w Polsce opartych jest na rzetelnej wiedzy popartej badaniami, choć giną one w morzu strategii typu co-mi-się-zamarzy i jeszcze częstszych programów typu kopiuj – wklej. Zwykle miasta nie przywiązują szczególnej wagi do dokumentów strategicznych i traktują je jako PR-owe świecidełka z logiem drogiej firmy konsultingowej (jak np. Masterplan Nowego Centrum Łodzi) lub nudne i powtarzalne spełnienie ustawowego obowiązku, czego smutnym dowodem jest większość programów profilaktyki i rozwiązywania problemów alkoholowych.
Jednak rzeczywistość nie stoi w miejscu i to, co było jeszcze wystarczające dziesięć lat temu, dziś nie spełnia swojego zadania. Nie tylko dlatego, że pojawiają się nowe wyzwania w różnych dziedzinach, jak choćby coraz powszechniejsze uzależnienia krzyżowe czy rozlewanie się miast. Poprzeczkę podnoszą też sami mieszkańcy, oczekując, że szczytne strofy zapisane w strategiach przełożą się na codzienną jakość ich życia, a nie na kolejne stadiony czy estakady. Stąd rośnie rola obszaru zarządzania miastami, który nazywamy potocznie polityką społeczną. Małą i jak najbardziej pozytywną rewolucję w jej zakresie zrobiła wprowadzona ponad rok temu ustawa o rewitalizacji. I warto przyjrzeć się, jaką.
W Okopach Świętej Trójcy
Strategie i programy dzielą się na obowiązkowe i nieobowiązkowe. Tych pierwszych wymagają ustawy, drugie gminy tworzą wedle ambicji czy potrzeby. Do pierwszych należy Strategia Rozwiązywania Problemów Społecznych, którą obowiązkowo każdy musi mieć. Ustawa o pomocy społecznej, która tego wymaga, prócz ram formalnych (diagnoza, cele, finanse, wskaźniki) nie określa ani ich zakresu, ani też nie wymaga żadnej innowacji w podejściu do nowych wyzwań. Dlatego większość tego typu dokumentów jest biernym spisem obowiązkowych działań, jakie miasto X podejmuje w zakresie ubóstwa, bezdomności, bezrobocia, przemocy czy pieczy zastępczej.
Już sama nazwa tej strategii kieruje na rozwiązywanie problemów, a nie jakiekolwiek zapobieganie im. Sprawy społeczne są ograniczone do katalogu działań pomocy społecznej, co wzmacnia jeszcze gettoizację tematu. Takie podejście karmi też upiora polskiej administracji – silosowość, która sprawia, że według słów klasyka nie tylko państwo, ale i miasta w Polsce istnieją tylko teoretycznie, bo działają tylko fragmentami broniącymi niepodległości jak Okopy Świętej Trójcy. Inwestycje sobie, mieszkaniówka sobie, lokalny ośrodek pomocy społecznej sobie – byle mieć spokój w ramach własnych zadań i budżetu, a każda współpraca to ryzyko naruszenia status quo.
Że problem ma długą historię, świadczy „Analiza strategii rozwiązywania problemów społecznych” z 2008 r.: „powyższe dane uprawniają także do zadania pytania, czy są to dokumenty, które można nazwać strategiami, czy są tylko próbą doraźnego reagowania na dokuczliwe, obecne w danej chwili problemy danej społeczności.” (Lipke, Hryniewska, Instytut Rozwoju Służb Społecznych). A o ich skuteczności zazwyczaj można się przekonać wychodząc sto metrów poza budynek ratusza, gdzie oko wprawnego obserwatora odnajdzie w mig typowy zestaw butelek, torebek po białym proszku i zużytych prezerwatyw.
I być może wszystko byłoby po staremu, gdyby nie ta „cholerna rewitalizacja”. Otóż parę lat temu ministerialni specjaliści od urbanistyki i rozwoju zauważyli, że pomimo intensywnych nakładów na sferę socjalną, w miastach uporczywie utrzymują się skoncentrowane ogniska problemów społecznych powiązanych z innymi oznakami kryzysu: zrujnowaną zabudową, brakiem potrzebnych funkcji, zanieczyszczeniem czy fatalnym stanem gospodarki. I choć ich ministerialnym kolegom od pracy i polityki społecznej wszystko zgadzało się w tabelkach sprawozdań, to właśnie w resorcie rozwoju (potem połączonym z infrastrukturą) powstała brzemienna w skutki idea, że rewitalizacja rozumiana dotąd jako remont połączony z czystką socjalną tylko przemieszcza i pogłębia problemy społeczne miast. Niemały wkład w tę zmianę miały ruchy miejskie i naukowcy, których postulaty znalazły odzwierciedlenie w Krajowej Polityce Miejskiej, wytycznych do funduszy czy ustawie o rewitalizacji.
Rewitalizacja, głupcze!
Co zmieni właściwie pojęta rewitalizacja w podejściu miast do polityki społecznej? Długoterminowo wiele. Każda gmina, która chce w tej perspektywie wzmocnić się funduszami unijnymi na ten cel, musi obecnie zrobić specjalny program, a w nim rzetelną diagnozę z mapami poszczególnych problemów społecznych. Obszar rewitalizacji wyznacza się bowiem tam, gdzie są one szczególnie skoncentrowane i występują razem z innymi negatywnymi czynnikami, jak np. zniszczona zabudowa. Dotąd w strategiach rozwiązywania problemów społecznych dane te badano zbiorczo dla całego miasta i czasem dobierano je dowolnie tak, żeby ukryć kryzys. Sprawdzała się również taktyka „jeśli czegoś nie zbadaliśmy – problem nie istnieje”. Oczywiście to, co wyniknie z programów rewitalizacji nie jest złotym panaceum, ale przynajmniej nieco zmienia myślenie i daje jakąś szansę faktom.
Po drugie rewitalizacja siłą rzeczy łamie w samorządach silosowość. Przy opracowaniu programów rewitalizacji trzeba usiąść przy wspólnym stole i nie ograniczać się zadań własnej jednostki. Często wtedy okazuje się, że np. za stanowczą politykę eksmisyjną miasto drugą ręką płaci krocie na zadania związane z bezdomnością i reintegracją ludzi wyrzuconych na bruk. Lub też że wzrost zadłużeń czynszowych ma duży związek z wstawieniem centralnego ogrzewania do kamienic o wysokich stropach bez uprzedniej wymiany okien, bo lokatorzy nie są w stanie udźwignąć zbyt wysokich opłat. Znów remonty ulic wymagają wsparcia lokalnych przedsiębiorców, którzy prowadzą przy nich biznes. Takich wcześniej nie zauważonych powiązań może pojawić się wiele, a z nimi nowe pojęcia, jak „biedni pracujący” czy ubóstwo energetyczne.
Ponadto ustawa o rewitalizacji wymaga spójności miejskich polityk, w tym zgodności programu rewitalizacji ze strategią rozwiązywania problemów społecznych. W tworzeniu dokumentu spełniającego te kryteria brałam udział dwa razy – w Łodzi i w Gorzowie Wielkopolskim. Autorem obydwu był Wojciech Kłosowski, ekspert rozwoju lokalnego. Nazwaliśmy je Politykami Społecznymi, żeby już w nazwie zaznaczyć ich znacznie szerszy zakres, niż zwyczajowo przyjęty. Nad obydwoma pracowały interdyscyplinarne zespoły urzędników wzbogacone potem o organizacje pozarządowe, lokalnych naukowców i praktyków.
W Łodzi udało się „poszerzyć pole walki” o mieszkalnictwo, tożsamość, edukację, zdrowie, kulturę, sport, a nawet odpowiedzialne społecznie zamówienia publiczne. Sprawy społeczne wreszcie przestały ograniczać się do doraźnej pomocy. W diagnozie pojawiły się mapy problemów i porównanie do grupy podobnych miast. Udało się też wpisać kilka programów dedykowanych rewitalizacji, która w gorzowskiej Polityce Społecznej stała się już oddzielnym celem strategicznym z działaniami przypisanymi poszczególnym obszarom. Jak działają te dwie polityki? Jeszcze za wcześnie na ocenę, ich horyzonty umieszczone są odpowiednio w 2020 i 2023 roku. Niemniej sama próba powiązania ich z rewitalizacją spowodowała znaczną modyfikację ich tradycyjnej zawartości.
Laboratorium miejskich innowacji
Im dłużej przyglądam się miastom, tym bliższa jestem tezie, że rewitalizacja to sprzątanie po deficytach systemu polityki społecznej. I po innych zresztą też, bo słowo „społecznej” można tu zamienić na „przestrzennej” czy „mieszkaniowej”. Ale to ona obecnie stanowi laboratorium miejskich innowacji. Dowodem na to jest wytwarzanie nowych form i narzędzi opartych na wynikach rzetelnych i aktualnych badań, które powstają m.in. dzięki ministerialnym pilotażom. W Łodzi już dziś pracują świeżo zatrudnieni gospodarze obszarów i latarnicy społeczni odpowiedzialni za wsparcie mieszkańców. Okazało się, że właśnie na tym poziomie ani pracownicy socjalni, ani asystenci rodzin, ani tym bardziej obłożeni biurokracją administratorzy nieruchomości nie stanowią skutecznego systemu. Trzeba więc było wytworzyć nowy. I w tym cała nadzieja.
Rządowe plany rozwoju śródlądowych dróg wodnych ostro krytykują organizacje pozarządowe skupione w Koalicji Ratujmy Rzeki. Nie chodzi tylko o ochronę przyrody, ale także o aspekt gospodarczy i społeczny całej sprawy, w tym o ochronę przed powodzią i konkurencję dla kolei.
Koalicja Ratujmy Rzeki (KRR)* w swym stanowisku ogłoszonym podczas 5 Kongresu Morskiego w Szczecinie wykazuje, że rządowy projekt rozwoju wielkogabarytowej żeglugi rzecznej trwale obciąży budżet państwa wysokimi kosztami utrzymania, a tymczasem jak dotąd nie przedstawiono żadnych analiz potwierdzających jego efektywność. Eksperci z Koalicji bez ogródek piszą, że 300 mld PLN zysku, o którym mówił Prezydent Duda, jest przysłowiową kwotą z kapelusza, a koszty realizacji programu kanalizowania oszacowane na 90 mld wzrosną do 200 mld, oraz kilkuset milionów rocznie wydanych na utrzymanie ze środków publicznych. Przywołują przy tym przykłady takich inwestycji jak Malczyce czy Świnna Poręba, których koszt wzrósł kilkukrotnie.
Argumentują także, że tego typu plany nawet bez szczegółowych analiz ekonomicznych z założenia są błędne, ponieważ przystosowywanie rzek do transportu towarowego, które można było uznać za słuszne w XIX i XX wieku w odniesieniu do zasobnych w wodę takich rzek jak Ren, Dunaj, czy Missisipi, jest zupełnie nieracjonalne ekonomicznie w XXI wieku w odniesieniu do rzek Polski o całkowicie odmiennych warunkach.
Znaczne kontrowersje wzbudza u koalicjantów także plan przenoszenia transportu kolejowego na barki, co odbierają jako próbę stworzenia konkurencji i zagrożenie dla rodzimej kolei. Przytaczają dodatkowe argumenty przeciwko takiemu rozwiązaniu wykazując, że transport kolejowy jest szybszy, dużo bardziej dostępny z uwagi na istniejącą rozwiniętą sieć połączeń, w minimalnym stopniu uzależniony od czynników zewnętrznych, podczas gdy żegluga wymaga znacznych ingerencji w środowisko rzek, obarczona jest zagrożeniem nieciągłości z uwagi na pokrywę lodową, niedobory wody i wezbrania powodujące przerwy w transporcie. Ryzyko to będzie dodatkowo zwiększać się wraz ze zmianami klimatu i większą częstotliwością zjawisk ekstremalnych.
Obalają też mit o niskiej emisyjności żeglugi, powielany w dokumentach rządowych, przywołując najnowsze dane Europejskiej Agencji Środowiska, wg których w transporcie towarowym kolej emituje trzykrotnie mniej CO2 od żeglugi, a w transporcie pasażerskim, różnica ta jest ośmiokrotna.
Wiele przytoczonych w stanowisku Koalicji danych dotyczy ekonomii, jednak najpoważniejsze zagrożenie dla ludzi, związane z rozwojem dróg wodnych widzą oni we wzroście zagrożenia powodziowego. Bowiem odcięcie koryt od terenów zalewowych, skrócenie długości rzek poprzez prostowanie łuków oraz utrzymywanie wymaganego przez żeglugę wysokiego poziomu wód w korytach szlaków żeglownych to bezpośrednie przyczyny zwiększenia częstotliwości i zasięgu niszczących powodzi. Dowody potwierdzające tę tezę odnajdują w licznych publikacjach dotyczących np. Renu, gdzie na skutek wyprostowania koryta i utraty 85% terenów zalewowych, powodzie o prawdopodobieństwie wystąpienia 1% („raz na sto lat”) w ostatnim stuleciu wystąpiły pięciokrotnie.
Na tym jednak nie koniec kontrowersji i zagrożeń, zwłaszcza gdy KRR omawia problemy na linii hydrotechnika a ochrona środowiska: techniczne przekształcanie rzek w drogi wodne według „Założeń do planów rozwoju śródlądowych dróg wodnych w Polsce na lata 2016-2020 z perspektywą do roku 2030 r.” wiąże się z negatywnym wpływem na wszystkie korytowe i dolinowe typy siedlisk przyrodniczych chronione prawem polskim i UE, dewastacją ponad 1000 km dolin rzecznych, stanowi realne zagrożenie dla 2 parków narodowych, 14 parków krajobrazowych, kilkudziesięciu Specjalnych Obszarów Ochrony Siedliski i Obszarów Specjalnej Ochrony Ptaków Natura 2000 i kilkudziesięciu rezerwatów przyrody. Ponadto zwiększone ładunki zanieczyszczeń wnoszone przez skaskadyzowane i uregulowane koryta do morza pogłębią zasięg martwych stref beztlenowych i zakwitów sinicowych, wywołując zagrożenie i dla środowiska i dla atrakcyjności obszarów nadmorskich. Tego typu strat w ekosystemach wodnych nie da się zminimalizować ani zrekompensować uważają naukowcy skupieni w Koalicji, i zagrozi to realizacji celów środowiskowych określonych w Ramowej Dyrektywie Wodnej UE. Jednocześnie naturalne zespoły siedlisk rzecznych i dolinowych świadczą usługi ekosystemowe o znacznej wartości, których nieuchronna w razie kanalizacji rzek utrata jest całkowicie pomijana w rządowych analizach.
Kończąc swój dokument Koalicja przedstawia listę postulatów i apeluje, aby odstąpić od wielkoskalowych projektów regulacji rzek, noszących znamiona „gigantomanii” rodem z minionej epoki gospodarki centralnie sterowanej, podporządkowanych jednej branży – żegludze towarowej. Proponuje, by zamiast niszczyć polskie rzeki, wdrożyć zintegrowane podejście do gospodarowania wodami, koncentrując wysiłki na poprawie bezpieczeństwa powodziowego i jakości wód poprzez przyjazne środowisku metody ochrony, czyli działania harmonijnie łączących interes człowieka z zachowaniem i poprawą stanu środowiska, stanowiącego nasze narodowe dobro.
Kontakt z przedstawicielami Koalicji Ratujmy Rzeki :
Jacek Engel, Fundacja Greenmind, jacek.engel@greenmind.pl, 691 384 242
dr Przemysław Nawrocki, WWF Polska, pnawrocki@wwf.pl, 608 384 242
dr hab. Wiktor Kotowski, Centrum Ochrony Mokradeł, w.kotowski@bagna.pl, 517 751 379
dr inż. Marta Wiśniewska, Fundacja Greenmind, marta.wisniewska@greenmind.pl, 602 888 143
Ewa Leś, Koordynator Koalicji, evvales@gmail.com, 503 414 715
_________
Do pobrania:
Deklaracja Koalicji Ratujmy Rzeki
Stanowisko Koalicji Ratujmy Rzeki w sprawie kanalizacji rzek na potrzeby rozwoju żeglugi towarowej
*Koalicja Ratujmy Rzeki działa na rzecz systemowej ochrony walorów przyrodniczych i naturalnej retencji, szerokiej skali renaturyzacji cieków, ochrony i przywracania ciągłości ekologicznej, dostosowania planów rozwoju żeglugi do rzek oraz planów rozwoju sektorów gospodarki do rzek. W skład Koalicji wchodzą organizacje pozarządowe, osoby indywidualne i przedstawiciele nauki (wykaz – patrz Deklaracja Koalicji).