Tego lata szaleją pożary i huragany, a mój syn pyta: „dlaczego wszystko idzie w złym kierunku?”

W dzisiejszych czasach wiadomości na temat środowiska naturalnego dotyczą głównie wody – i nic dziwnego. Słyszymy o rekordowych ilościach wody, którą huragan Harvey zalał Houston i inne miejscowości w Zatoce Meksykańskiej, przy czym woda wymieszała się z substancjami ropopochodnymi, co spowodowało skażenia w skali niewyobrażalnej.. Słyszymy też (choć za rzadko) o ogromnych powodziach, które zmuszają setki tysięcy ludzi do migracji z Bangladeszu do Nigerii. Wreszcie po raz kolejny jesteśmy świadkami przerażającej siły żywiołów wody i powietrza – huragan Irma, jeden z najsilniejszych kiedykolwiek odnotowanych na świecie, sieje spustoszenie na Karaibach i zmierza w stronę Florydy.

Jednak na sporych połaciach Ameryki Północnej, Europy oraz Afryki tegoroczne lato nie przyniosło nadmiaru wody. Wręcz przeciwnie, problemem był jej niedobór; ziemia była tak wysuszona, a upały tak niemiłosierne, że porośnięte lasem góry płonęły i dymiły jak wulkany. Pożary były tak gwałtowne, że potrafiły przeskoczyć z jednego brzegu rzeki Kolumbia na drugi, tak szybkie, że w mig pochłaniały przedmieścia Los Angeles niczym inwazja obcej armii, tak wszechogarniające, że zagrażały takim bogactwom natury, jak najwyższe i najstarsze sekwoje czy Park Narodowy Glacier.

Dla milionów ludzi, od Kalifornii po Grenlandię, od Oregonu po Portugalię, od Kolumbii Brytyjskiej po Montanę, od Syberii po Afrykę Południową, lato 2017 roku było latem ognia. A przede wszystkim – latem wszechobecnego dymu, przed którym nie było ucieczki.

Naukowcy zajmujący się klimatem od lat ostrzegali nas, że ocieplający się świat to świat zjawisk ekstremalnych, w którym ludzkość zderzy się zarówno z brutalnym nadmiarem, jak i z dławiącym niedoborem podstawowych elementów, których równowaga przez wieki chroniła jej kruche trwanie. Pod koniec lata 2017 roku, kiedy spore miasta toną pod wodą, inne zaś stoją w płomieniach, przyszło nam na własnej skórze doświadczyć, jak to jest żyć w świecie ekstremów – świecie, gdzie kumulacji ekstremalnych zjawisk naturalnych, towarzyszą równie gwałtowne konflikty rasowe, społeczne i ekonomiczne.

#Fakeweather, czyli pogoda alternatywna

Zanim odwiedziłam dystrykt SunshineCoast w Kolumbii Brytyjskiej, sprawdziłam prognozę pogody. Kolumbia Brytyjska to poszarpany kawałek wybrzeża, pokryty ciemnymi, wiecznie zielonymi lasami, sięgającymi skalistych urwisk i plaż zasypanych kawałkami drewna wyrzuconymi przez fale – malowniczymi szczątkami grabieżczych wycinek, które trwają tu od lat. Dotrzeć tu można tylko promem albo hydroplanem. Tu żyją moi rodzice, tu urodził się mój syn, tu zmarli moi dziadkowie.. Choć to ciągle mój rodzinny dom, bywamy tu nie dłużej niż kilka tygodni w roku.

Strona internetowa kanadyjskiego rządu z prognozą pogody przewidywała, że najbliższy tydzień będzie przepiękny: nieprzerwane słońce, bezchmurne niebo, a temperatury wyższe niż przeciętnie. Nastawiłam się na gorące popołudnia nad Pacyfikiem i ciche, rozgwieżdżone noce.

Kiedy jednak z początkiem sierpnia przyjechaliśmy do SunshineCoast, wybrzeże spowijał przygnębiający biały tuman i było na tyle chłodno, że nie obeszło się bez swetra. Prognozy często bywają chybione, ale tu sprawa jest bardziej skomplikowana. Gdzieś ponad tym całunem niebo jest rzeczywiście nieskazitelne, a słońce rzeczywiście praży. To prawda, ale jest też coś, czego meteorologowie nie wzięli pod uwagę: ogromne ilości dymu, który napłynął z głębi prowincji, z odległości ponad 600 km, gdzie płonie 130 samoistnych pożarów, nad którymi nikt nie panuje.

Dymu wystarczyło, by niebo zmieniło kolor: błękit zniknął i zastąpiła go jednostajna, nieprzerwana biel. Wystarczyło go, by sporą część promieni słonecznych zawrócić z powrotem w kosmos i sztucznie obniżyć temperaturę. Wystarczyło go, by i samo słońce zmienić w złowrogą krwistą plamę otoczoną dziwną aureolą, niezdolną przebić się przez nieustępliwą mgłę. Wystarczyło go, by przesłonić gwiazdy na niebie i pochłonąć zachody słońca. Kiedy dzień dobiega końca, czerwona plama nagle znika i zastępuje ją dziwnie pomarańczowy księżyc.

Dym stworzył własne zjawiska pogodowe, na tyle potężne, że przekształciły klimat nie tylko tam, gdzie jesteśmy, ale na obszarze o powierzchni około 260 tys. km2. Ta gigantyczna smuga dymu, widoczna na zdjęciach satelitarnych, nie uznaje żadnych granic: pochłonęła nie tylko jedną trzecią Kolumbii Brytyjskiej, ale także rozległe połacie Wybrzeża Północno-Zachodniego, włącznie z Seattle, Bellingham i Portland w stanie Oregon. W dobie #fakenews, czyli faktów alternatywnych, takie zjawiska można nazwać #fakeweather – chaos na niebie, powstały w dużej mierze przez złą politykę i zgubne ignorowanie faktów.

Na całym wybrzeżu rząd wprowadził system ostrzegania przed zanieczyszczonym powietrzem, zachęcając ludzi do unikania wysiłku fizycznego. Oficjalnie uznano, że jeśli stężenie drobnych cząsteczek w powietrzu przekroczy pewien poziom, stanowi to zagrożenie dla zdrowia. W niektórych częściach Vancouver zanieczyszczenie powietrza jest trzykrotnie wyższe, niż przewiduje ta oficjalna norma, a niektóre mniejsze miejscowości na wybrzeżu mają znacznie gorzej. Seniorów i osoby z grup podwyższonego ryzyka zachęca się, by pozostały w domu – albo, jeszcze lepiej, udały się w miejsce z odpowiednim systemem oczyszczania powietrza. Pewien lokalny urzędnik zaleca wizytę w supermarkecie.

Piekło w głębi lądu

W samym epicentrum katastrofy, bliżej ognia, jakość powietrza jest dużo gorsza. Za niebezpieczne uważa się stężenie powyżej 25 mikrogramów cząsteczek na metr sześcienny. W mieście Kamloops, gdzie przebywa obecnie wielu ewakuowanych, stężenie jest na poziomie 684,5 mikrograma na metr sześcienny, czyli tyle co w najgorsze dni w Pekinie. Linie lotnicze odwołują loty, a oddziały szpitalne pełne są ludzi z chorym układem oddechowym.

Od początku katastrofy wybuchło 840 pożarów, co – jak podaje Czerwony Krzyż – wymusiło ewakuację ponad 50 tys. ludzi. Na początku lipca rząd ogłosił stan wyjątkowy i do czasu, gdy przyjechaliśmy, był on dwukrotnie przedłużany. Spłonęły setki budynków, a po niektórych miejscowościach, włącznie z rezerwatami rdzennych ludów Ameryki, pozostał popiół.

Dotychczas spłonęło około 4600 km2 lasów, pól uprawnych i pastwisk. Mamy więc do czynienia z drugim w historii pod względem rozmiarów pożarem w Kolumbii Brytyjskiej – a to nie koniec, ogień ma się dobrze i może stać się tym pierwszym.

Dzwonię do znajomego z Kamloops. „Każdy, kto może. zabiera dzieci jak najdalej stąd, szczególnie te najmłodsze”.

Nasza sytuacja na wybrzeżu jest więc zła, powietrze jest brudne, ale i tak jesteśmy szczęściarzami.

Zaraz to zwieje

Od początku roku i od chwili rozpoczęcia rządów nowej amerykańskiej administracji nie miałam wolnego dnia, a co dopiero weekendu. Jak tylu innym, przyszło mi uczestniczyć w bardzo wielu spotkaniach, demonstrować i maszerować do upadłego. Zdążyłam błyskawicznie napisać książkę i promować ją w różnych miejscach. Do tego wraz z mężem pomogłam założyć nową polityczną organizację. Przez zimę i wiosnę cała rodzina powtarzała jak mantrę: w sierpniu jedziemy do Kolumbii Brytyjskiej. To była meta (nawet jeśli chwilowa) tego maratonu i twardo planowaliśmy, że po jej przekroczeniu padniemy, znużeni, na ziemię. Ta perspektywa podobała się również naszemu 5-letniemu synkowi – Tomie. W zimne wieczory na wschodzie kraju z rozkoszą wyobrażaliśmy sobie czekające nas spacery po lesie, wyprawy łodzią canoe, kąpiele…Byliśmy pewni, że będziemy zbierać jeżyny, piec szarlotki, że odwiedzimy wszystkich, dziadków, babcie, ciocie, wujków, kuzynów i kuzynki, starych przyjaciół i przyjaciółki.

Ten wypoczynek w rodzinnych stronach (czyli „zadbanie o siebie”, używając języka moich młodszych współpracowniczek) urósł w naszym domu do rangi mitu. Może dlatego tak powoli do mnie dociera, jak groźne są te pożary – i dym.

Pierwszego dnia jestem pewna, że do południa słońce przebije się przez dym. Wieczorem oznajmiam, że do rana wiatr wszystko rozwieje i wreszcie zobaczymy kawałek nieba. Przez pierwszy tydzień witam każdy dzień z nadzieją, że to szare światło wpadające do sypialni to efekt porannej mgły. Każdego dnia się mylę.

Spokojna pogoda, którą zwiastowały prognozy i która wydawała się taka obiecująca, zanim przyjechaliśmy, okazała się przekleństwem. Słoneczne, bezwietrzne dni oznaczają, że dym, skoro już znajdzie się nad naszymi głowami, pozostaje tam, niczym szklany sufit, na stałe, dzień w dzień.

Moje alergie szaleją. Zakraplam oczy i biorę leki przeciwhistaminowe w ilościach przekraczających zalecane dawki. Toma dostaje tak silnej pokrzywki, że musi brać sterydy.

Co chwilę zdejmuję okulary i czyszczę je, najpierw koszulą, potem ściereczką z mikrofibry, w końcu odpowiednim środkiem. Nic nie pomaga. Ciągle są brudne.

 

Tęsknota za niebem

Po tygodniu spędzonym w białawym tumanie świat jakby się kurczy. Życie poza zasięgiem dymu zaczyna się wydawać nierealne, niczym plotka. Na brzegu oceanu wzrok sięgał zwykle poprzez Morze Salish aż do wyspy Vancouver. Teraz z trudem można dostrzec skały wystające z wody nie dalej niż 200 metrów od brzegu.

Przeżyłam tu wiele zim, kiedy rzadko było widać słońce. Nauczyłam się kochać stalowe piękno, niezliczone odcienie szarości w rzeźbie gór, nisko zawieszone chmury i pełzającą mgłę. Ale teraz jest inaczej. Dym jest pozbawiony życia, po prostu wisi w powietrzu, nieruchomy, monotonny.

Wiele ludzi na całym świecie, w zanieczyszczonych metropoliach, jak Pekin, Nowe Delhi, São Paulo, czy Los Angeles, nauczyło się żyć pod zasłoną smogu. Ale dym to troszkę coś innego. Częściowo dlatego, że wiesz, że nie oddychasz powietrzem skażonym przez elektrownie czy samochody, lecz dymem z płonących drzew, które jeszcze niedawno żyły. Dosłownie wdychasz las.

Wydaje mi się, że zwierzęta mają depresję. Foki wychylają głowy tylko po to, żeby zaczerpnąć powietrza, po czym znikają pod szarą powierzchnią. Nie bawią się. Orły, jestem przekonana, latają tylko w celach praktycznych, nie ma beztroski, akrobacji i szybowania. Na pewno tylko to sobie wyobrażam, projektuję i antropomorfizuję – zły nawyk.

Piszę maila do znajomego z Seattle, znanego ekologa, i pytam, jak sobie radzi z tym dymem. Odpisuje mi, że ptaki przestały śpiewać, a on jest cały czas wściekły. Przynajmniej nie tylko ja tak mam.

A jeśli nas też dosięgnie?

Zaczynam rozumieć, jak kruchy i nietrwały jest fakt, że akurat u nas się nie pali.

Ta część Kolumbii Brytyjskiej teoretycznie jest lasem deszczowym o umiarkowanym klimacie, ale tak naprawdę to pudełko zapałek. Tego lata spadło tu do tej pory mniej niż centymetr deszczu. Ściółka, zazwyczaj wilgotna i gąbczasta, w tym roku jest żółta, wysuszona i trzeszczy pod nogami. Dosłownie czuć zagrożenie pożarem.

Drogi zastawione są żółtymi znakami informującymi o zakazie rozpalania ognia. Stacje radiowe cały czas nadają coraz bardziej nerwowe ostrzeżenia o pożarach wywołanych niedopałkiem czy fajerwerkami. Jakiś gość ze strefy zagrożenia spędził noc w areszcie i musi zapłacić 1000 dolarów, ponieważ po pijanemu świętował fakt, że jego dom akurat nie spłonął – odpalał fajerwerki, które mogły przecież wzniecić kolejny pożar.

Wiadomo, że wystarczyłby jeden piorun albo jacyś głupi turyści, żeby to miejsce poszło z dymem. Mieliśmy już takie sytuacje, że niewiele brakowało. Dwa lata temu ogromny pożar zagrażał części wybrzeża o jakieś 20 minut drogi od nas. Zginął wtedy pewien miejscowy, pomagający walczyć z żywiołem. Mimo że mieszkałam tu przez wiele lat, aż do tej chwili nigdy właściwie nie myślałam, co by się stało, gdyby tak ogromny pożar wymknął się kiedykolwiek spod kontroli. Teraz już potrafię to sobie wyobrazić i nie jest to przyjemne..

Sunshine Coast ma od lat niezmienną populację w okolicach 30 tys. mieszkańców, a prowadzi tu jedna autostrada zakończona portem promowym. Jak do diabła miałaby wyglądać akcja ewakuacyjna w miejscu, z którego nie prowadzą żadne drogi lądowe?

Pytam o to tutejszych znajomych. Są zaniepokojeni i od razu przechodzą do rozmowy o tym, jaką kto ma łódż.

Śmierć na plantacji borówek

Po dziewięciu dniach życia w dymie docierają do nas fatalne wieści. W zadymionym Sumas w stanie Waszyngton – miejscowości oddalonej o około kilometr od kanadyjskiej granicy – zmarł w szpitalu w Seattle pracownik farmy. Honesto Silva Ibarra, lat 28, przybył do USA z Meksyku na wizie H-2A, aby podjąć sezonową pracę przy zbiorach. Poczuł się źle podczas zbierania borówek na plantacji Sarbanand Farms, której właścicielem jest kalifornijska firma Munger Farms.

Współpracownicy Silvy obwiniają za jego śmierć złe warunki pracy: nadgodziny, nieliczne przerwy, za mało jedzenia i zimnej wody – a to wszystko spotęgowane przez gęsty dym napływający z Kolumbii Brytyjskiej. „Pracownicy byli przepracowani, za mało jedli i pili, i trwało to od wielu tygodni” – twierdzi Rosalinda Guillen, dyrektorka grupy adwokackiej Community to Community Development. Od pracowników wiadomo, że były przypadki omdleń w trakcie pracy.

Przedstawiciel Munger Farms podał magazynowi The Intercept, że Silva zmarł, bo zabrakło mu leku na cukrzyce, a upał lub dym nie miały z jego śmiercią nic wspólnego. Firma twierdzi również, że dołożyła wszelkich starań, by go ratować. Śledztwo trwa.

Sposób traktowania współpracowników Silvy, którzy skarżyli się na warunki, jest częścią ponurej opowieści o tym, jak sprekaryzowane jest życie tysięcy tymczasowych pracowników i pracownic w USA. Dzień po tym, kiedy Silva został zabrany do szpitala, zorganizowano jednodniowy strajk, a ludzie domagali się odpowiedzi na różne pytania i lepszych warunków pracy. 66 osób natychmiast zwolniono za niesubordynację. Zostali bez środków na powrót do Meksyku, ale i bez wypłaty za ostatnie dni pracy. Po tym jak pracownicy założyli obóz protestacyjny, zorganizowali marsz do siedziby firmy i przyciągnęli uwagę lokalnych mediów, udało im się odzyskać należne pieniądze, a firma Munger – jak podaje jej rzecznik – „z własnej inicjatywy zaoferowała zwolnionym pracownikom bezpieczną podróż powrotną do domu”.

Nie odzyskali jednak pracy, której bardzo potrzebowali. Munger jest dostawcą dla takich firm jak Walmart, Whole Foods, Safeway czy Costco.

Na północ od granicy amerykańsko-kanadyjskiej odnotowano podobne przypadki omdleń i problemów ze zdrowiem wśród pracowników i pracownic tymczasowych, a dym najwyraźniej jest jedną z przyczyn. Prawnicy podkreślają, że zamiast leczyć, wysyła się ich do domu niczym towar z usterkami. Według stacji CBC, przynajmniej 10 osób pracujących w zadymionej Kolumbii Brytyjskiej odesłano do Meksyku i Gwatemali, ponieważ „zdrowie nie pozwalało im pracować”.

Katastrofa i stare podziały

Ciągle przychodzi nam się mierzyć z tymi samymi wyzwaniami: w społeczeństwach głęboko podzielonych nierównościami, które pokrywają się z liniami podziałów rasowych, katastrofy naturalne wcale nie powodują, że jednoczymy się jak jakaś wyimaginowana wielka rodzina. Katastrofy nakładają się na istniejące podziały i tym bardziej je pogłębiają, więc ludzie, którzy i tak już dostawali w kość, w trakcie katastrofy i po niej dostają jeszcze mocniej.

Wiemy już, jak to działa w przypadku huraganów, takich jak Katrina, Sandy, Harvey i Irma. Mniej wiemy, jeśli chodzi o pożary, ale to się zmienia. Wiemy już choćby to, że władze stanowe Kalifornii, która walczy z niekończącym się pasmem pożarów, zaczęły w dużym stopniu polegać na pracy osadzonych, którym płaci się uwłaczająco niską stawkę godzinową, na poziomie dolara na godzinę, za najniebezpieczniejszą walkę z ogniem.Wiemy też, że rok temu do walki z pożarem w Fort McMurray w Albercie sprowadzono setki osób z Południowej Afryki, którzy ostatecznie solidarnie zrezygnowali z pracy, kiedy odkryli, że ich płace są dużo niższe niż pracujących wraz z nimi Kanadyjek i Kanadyjczyków, a także niższe niż podawała prasa. Bezzwłocznie wysłano ich do domu.

Wiemy też, że podobnie jak w przypadku powodzi, media więcej uwagi poświęcają ratowaniu zwierząt domowych w USA lub Kanadzie niż ludzkim ofiarom w niekontrolowanych pożarach gdzieś daleko w Indonezji czy Chile. Badania z 2012 roku szacują, że rocznie ponad 300 tys. ludzi ginie z powodu zanieczyszczeń powietrza powstałych w wyniku pożarów samoistnych, głównie w Afryce Subsaharyjskiej i południowo-wschodniej Azji.

Tego lata w Kolumbii Brytyjskiej dowiedzieliśmy się jeszcze więcej na temat tego, jak funkcjonują nierówności w przypadku katastrofalnych pożarów. Wielu liderów ludności rdzennej wyraziło ubolewanie, że ich społeczności podczas ewakuacji nie otrzymały wsparcia na takim samym poziomie, co społeczności nierdzenne, zarówno w zakresie walki z ogniem, jak i usuwania szkód. W związku z tym ludność wielu rezerwatów bezpośrednio zagrożonych pożarem odmówiła ewakuacji, a część została, by pomóc w walce z pożarem. Są wśród nich zespoły wyszkolonych strażaków ze sprzętem oraz zwykli ludzie z wężami ogrodowymi i zraszaczami. W co najmniej jednym przypadku policja zareagowała groźbą, że przyjedzie i siłą zabierze dzieci rodzinie. Brzmi to złowieszczo w kraju, gdzie odbieranie dzieci rdzennym rodzicom było do niedawna częścią rozwiązań systemowych.

Ostatecznie policja nie weszła do żadnego z domów Narodów Pierwotnych, a wiele z nich uratowano właśnie dzięki lokalnej samoorganizacji. Ryan Day, wódz zagrożonej pożarem grupy Indian kanadyjskich Bonaparte Indian Band, powiedział: „Gdybyśmy się wszyscy ewakuowali, naszych domów w tym rezerwacie już by nie było”.

Świat o dwóch słońcach

Zadymienie trwa już prawie tydzień, a niedługo będziemy mieć pełnię księżyca. Tutaj traktuje się pełnię serio: korzystając z dodatkowego oświetlenia, w lasach organizuje się narkotykowe imprezki z tańcami, a na rzekach nocne spływy kajakowe.

Kiedy jednak z początkiem sierpnia wyłania się księżyc prawie w pełni, przez chwilę wydaje mi się, że to słońce. Ma ten sam kształt i prawie ten sam ognisty kolor.

Przez cztery dni jest tak, jakbyśmy się znaleźli na innej planecie – z dwoma czerwonymi słońcami i bez księżyca.

Cierpkie owoce

Zadymienie trwa już dwa tygodnie. Jeżyny powinny już być dojrzałe. Idziemy je zbierać. Dziwne uczucie – uczestniczyć w tym beztroskim letnim rytuale, kiedy powietrze jest gęste od dymu, a napływające wieści coraz gorsze, ale nie odpuszczamy. Połączenie wędrówki z nieustannym jedzeniem to jedno z ulubionych zajęć Tomy.

No i nic z tego. Przy tak niewielkich opadach deszczu i słabiutkim słońcu nawet najbardziej dojrzałe owoce są kwaśne. Toma szybko się zniechęca i kolejnych już nie kosztuje. Wracamy do domu podrapani, z pustym wiaderkiem.

Wędrówek jednak nie odpuszczamy. Codziennie chodzimy przynajmniej godzinę lub dwie wśród omszałych cedrów i daglezji, wdychając przesycone tlenem powietrze. Kocham te lasy, a ich pierwotne piękno nie przestaje mnie zachwycać. Jednak to, co czuję teraz, to niemal uwielbienie – dziękuję im w duchu nie tylko za cień, filtrowanie powietrza i sekwestrację dwutlenku węgla (czyli za ich „usługi ekosystemowe” w języku biznesu uważanego za przyjazny środowisku), ale przede wszystkim za ich niewiarygodną wytrzymałość. Za to, że nie dołączają do płonących brat i sióstr. Za to, że pomimo ludzkich błędów ciągle nam towarzyszą. Przynajmniej jak dotąd.

Prześladowca

Znam ten dym, wdychałam go już wcześniej. Nie te konkretne cząsteczki, ale dym z tych samych licznych samoistnych pożarów. Co ciekawe, oddychałam nim niecały tysiąc kilometrów na wschód od tego miejsca, w innej prowincji.

W połowie lipca byłam w Albercie, gdzie pomagałam prowadzić kurs reportażu poświęconego ochronie środowiska w centrum kultury w Banff.

Również wtedy prognozy zapowiadały piękną pogodę, czyste niebo i wysokie temperatury. I również wtedy od pierwszego dnia zamiast pogody mieliśmy całun dymu, który przesłaniał przepiękny górski pejzaż Parku Narodowego Banff, prowokował alarmy ostrzegające o niskiej jakości powietrza, wywoływał bóle głowy i problemy z oddychaniem. Znowu #fakeweather, znowu prognoza ma rację, a rzeczywistość kłamie.

W lipcu wiał wschodni wiatr, dlatego Góry Skaliste dusiły się od dymu. W Calgary, stolicy kanadyjskiego przemysłu naftowego, dym był tak gęsty, że zasłaniał lśniące sylwetki wieżowców z logotypami takich koncernów jak Shell, BP, Suncor czy TransCanada. Nie był to koniec wędrówki zanieczyszczeń. Nadal przemieszczały się na wschód, sięgając centrum kontynentu, prowincji Saskatchewan i Manitoba, oraz niżej – Dakoty Północnej i Montany (NASA pokazała przerażające zdjęcie z 800-kilometrową chmurą dymu).

Po czym, właśnie gdy moja rodzina była w drodze do Kolumbii Brytyjskiej, wiatry nagle zmieniły kierunek na zachodni, a Góry Skaliste stały się wielką rakietą tenisową, która odbiła dym lobem ponad lądem aż do do Pacyfiku.

Niepokojące doświadczenie – oddychać tym samym dymem z tych samych płonących lasów dwa razy tego samego lata, chociaż przejechałam prawie 1000 kilometrów i przekroczyłam granice prowincji. Miałam wrażenie, że ta chmura mnie śledzi, niczym dymny potwór z serialu „Zagubieni”.

Świat płonie

Co nas oszołamia w całej tej sytuacji, to między innymi rozpiętość katastrofy – czasowa i geograficzna. Nawet tak niszczycielskie huragany jak Harvey ograniczają swoje działanie do określonego obszaru, a czas ich trwania jest względnie krótki, nie wliczając oczywiście skutków.

Pożary, które szaleją miesiącami, są czymś zupełnie innym. Mają wiele skutków bezpośrednich. Pozostawiają ogromne obszary wypalonej ziemi. Wywracają świat do góry nogami dziesiątkom tysięcy ewakuowanych ludzi, którzy tracą farmy, domy i bydło. Powodują zamknięcie wielu firm i dobijanie całych branż przemysłu – od turystyki po przetwórstwo drewna.

Ale są też skutki pośrednie, wywołane przez wędrujący dym. Przez lipiec i sierpień dym z tej pożogi pokrył obszar o powierzchni ponad miliona kilometrów kwadratowych. To więcej niż Francja, Hiszpania, Niemcy, Portugalia i Włochy razem wzięte. Tak jakby wszystkie zostały dotknięte tą jedną, szybko przemieszczającą się klęską żywiołową.

To, co piszę, to tylko jedna migawka z tego sezonu, zdominowanego przez pożary. Pod koniec lata płonęły już spore połacie Zachodu USA. W Los Angeles odnotowano największy w historii pożar na obszarze miasta. Wszystkie hrabstwa w stanie Waszyngton ogłosiły stan zagrożenia pożarowego. W Montanie samoistny pożar o nazwie Lodgepole Complex zamienił w pogorzelisko obszar 684 km2, co jest trzecim co do wielkości pożarem, odkąd w tym regionie osiedlili się ludzie. Jest to element ogólnego wzrostu liczby pożarów i miesięcy, w których występują. Według analizy organizacji Climate Central, od lat 70. poprzedniego wieku sezon zagrożenia pożarowego wydłużył się o 105 dni.

W Europie rozmiar pożarów w tegorocznym sezonie zagrożenia pożarowego był trzykrotnie wyższy od średniego, a jeszcze się nie zakończył. Najbardziej ucierpiała centralna Portugalia: czerwcu zginęło w ogniu niedaleko Pedrógão Grande ponad 60 osób. Setki domów spłonęły na Syberii. Chilijczycy walczyli tego lata z największym niekontrolowanym pożarem w historii, a tysiące osób było zmuszonych uciekać z domu. W czerwcu Republika Południowej Afryki zmagała się ze skutkami burzy, która spowodowała powódź w Kapsztadzie oraz gwałtowne niekontrolowane pożary w okolicznych miejscowościach. Nawet na Grenlandii, tej lodowej wyspie, tegoroczne lato przyniosło niespotykane dotąd pożary. Jason Box – światowej sławy klimatolog specjalizujący się w badaniu pokrywy lodowej na Grenlandii – jest zdania, że „temperatura na wyspie jest najprawdopodobniej wyższa niż [kiedykolwiek] przez ostatnie 800 lat.

Przykro mi, ale to zmiany klimatu

Podwyższona temperatura i susze to nie jedyne przyczyny pożarów. Inna to odwieczne aroganckie usiłowanie, by zarządzać siłami natury, które są od nas znacznie potężniejsze. Ogień to istotna część cyklu życiowego lasu: pozostawione same sobie lasy płoną co jakiś czas, by stworzyć warunki dla nowego wzrostu i zmniejszyć ilość łatwopalnego podszycia oraz starego drewna (lub „paliwa” w żargonie strażaków). Wiele rdzennych kultur latami posługiwało się ogniem jako narzędziem uprawy. W Stanach Zjednoczonych jednakże współczesna gospodarka leśna systematycznie ograniczała cykliczne pożary w celu ochrony drzewostanów, które miały skończyć w tartakach i przynieść zysk, oraz z obawy przed rozprzestrzenieniem się ognia na obszary zamieszkałe przez ludzi (a takich jest stopniowo coraz więcej).

Bez naturalnych pożarów lasy pełne są „paliwa”, co zwiększa ryzyko pożarów niekontrolowanych. A jest go tym więcej z powodu plagi kornika, który pozostawia po sobie ogromne ilości martwego i suchego drzewostanu. Dysponujemy już twardymi dowodami na to, że pladze kornika sprzyja wyższa temperatura i susze powodowane zmianami klimatu.

Nadrzędny czynnik jest oczywiście wszystkim znany: cieplejsza i suchsza pogoda – bezpośrednio związana ze zmianami klimatu – tworzy optymalne warunki dla samoistnych pożarów lasów. Suma czynników zamieniła lasy w idealnie przygotowane i gotowe do rozpalenia ogniska. Sucha ziemia to podłożone gazety, martwe drewno to podpałka, a wyższa temperatura to zapalniczka. Mike Flannigan, zajmujący się pożarami samoistnymi na Uniwersytecie Alberta, mówi bez ogródek: „Wzrost obszaru dotkniętego pożarem w Kanadzie to bezpośredni efekt działalności człowieka wywołującej zmiany klimatu. Pojedyncze przypadki trudno jest ze sobą powiązać, ale w rezultacie wzrostu temperatur rozmiar spalonych obszarów w Kanadzie od lat 70. XX wieku uległ podwojeniu”. Zgodnie z badaniami z 2010 roku, do końca wieku w Kanadzie możemy spodziewać wzrostu ilości pożarów o 75%.

Alarmujący jest fakt, że rok 2017 nie jest nawet rokiem El Niño, czyli cyklicznych zjawisk pogodowych związanych z naturalnym ociepleniem, które uważa się za główne przyczyny pożarów trawiących w zeszłym roku Południową Kalifornię i północną część Alberty. Jeden z nich prawie pochłonął miejscowość Fort McMurray, powstałą wyłącznie dzięki rozwojowi branży wydobywczej i petrochemicznej.

Ponieważ tym razem nie da się obwiniać El Niño, niektóre agencje prasowe wreszcie przestały owijać sprawę w bawełnę. Niemiecka gazeta Deutsche Welle napisała: „Zmiany klimatu podpalają świat”.

Dlaczego?

„Chyba niedługo spadnie śnieg” – oznajmia z powagą Toma, przyciskając nos do szyby, za którą wisi gęsty biały całun.

Odkąd opuściliśmy Albertę, jego pięcioletni umysł próbuje pojąć, dlaczego tego lata jest tak dużo dymu. Dlaczego ja ciągle kaszlę, a on dostał wysypki. Przede wszystkim jednak próbuje pojąć, dlaczego w tle ciągle słyszy strapionych dorosłych.

Jego reakcja przechodzi różne etapy. Koszmary nie pozwalają mu spać. Pisze piosenki, w których padają takie frazy, jak „dlaczego wszystko idzie w złym kierunku?”. Często wybucha śmiechem w nieodpowiednich momentach.

Początkowo niekontrolowane pożary lasów ekscytowały go, ponieważ mylił je z ogniskiem i opiekaniem na ogniu tradycyjnych słodyczy: pianka marshmallow i kostka czekolady pomiędzy dwoma ciasteczkami. Dopiero później dziadek wyjaśnił mu, że słońce stało się taką dziwnie świecącą plamą właśnie z powodu płonących lasów. Bardzo to przeżywał.

„A zwierzęta?”

Nauczyliśmy się kontrolować niepokój. Kilka razy dziennie ćwiczymy głębokie oddechy. Coś mi się jednak zdaje, że wprowadzanie do płuc większej ilości tego konkretnego powietrza nie jest dobrym pomysłem, szczególnie dla małych płuc podatnych na infekcje.

Nie rozmawiamy z Tomą o zmianach klimatu, co może wydawać się dziwne, skoro ja piszę o nich książki, a Avi kręci filmy, a do tego większość dnia spędzamy na rozmowach o tym, jaka powinna być skuteczna reakcja na ten kryzys. Owszem, rozmawiamy z nim o zanieczyszczeniu, ale w sposób przystępny dla niego. Mówimy na przykład o plastiku i o tym, że należy go sprzątać i używać jak najmniej, ponieważ przez niego zwierzęta chorują. Pokazujemy też spaliny wychodzące z rur wydechowych aut i ciężarówek i rozmawiamy o tym, że energię można czerpać ze słońca i wiatru, a następnie przechowywać ją w bateriach. Dziecko w jego wieku potrafi to zrozumieć i dobrze wie, jak należy się zachowywać (lepiej niż mnóstwo dorosłych). Mimo to myśl, że cała planeta ma gorączkę, która może wzrosnąć do tego stopnia, że znaczna część życia na planecie zginie w konwulsjach, wydaje mi się dla niego nie do udźwignięcia.

Tego lata musiał się jednak z nią zmierzyć. Nie jestem dumna z tej decyzji i nawet nie pamiętam, kiedy zapadła. Po prostu miał styczność ze zbyt wieloma dorosłymi, którzy ciągle gadali o atmosferze i prawdziwych powodach pożarów, i w końcu wszystko sobie poukładał.

Na zamglonym placu zabaw spotykam młodą matkę, która dzieli się radami, jak podtrzymywać na duchu zmartwione dzieci. Swoim dzieciom tłumaczy, że pożary lasów są pozytywną częścią cyklu odnawiania się ekosystemu, że ogień przygotowuje grunt pod nowe rośliny, którymi żywią się niedźwiedzie i jelenie.

Kiwam głową z poczuciem winy jako zła matka. Ale wiem, że kłamie. Prawdą jest, że ogień jest naturalną częścią cyklu życia, ale te akurat pożary, zasłaniające słońce na Wybrzeżu Północno-Zachodnim, to coś zgoła innego – są częścią planetarnej spirali śmierci. Wiele z nich jest tak gwałtownych i nieustępliwych, że zostawiają po sobie spaloną ziemię. Rzeki środków gaśniczych zrzucane z samolotów przenikają do systemów wodnych, gdzie stanowią zagrożenie dla ryb. Toma ma rację, kiedy obawia się, że zwierzęta stracą swoje domy w lasach.

Sprzężenie zwrotne

Największym zagrożeniem są jednak wydzielane podczas pożarów lasów gazy. Trzy tygodnie po tym, jak wybrzeże spowił dym, dowiadujemy się, że roczne emisje gazów cieplarnianych w prowincji Kolumbia Brytyjska wzrosły w wyniku pożarów trzykrotnie i nadal rosną.

Ten dramatyczny wzrost emisji jest częścią zjawiska, które klimatolodzy nazywają „pętlą sprzężeń zwrotnych” (feedback loop): dwutlenek węgla podwyższa temperaturę i wydłuża okresy bezdeszczowe, które powodują pożary, te z kolei powodują uwolnienie do atmosfery większej ilości gazów cieplarnianych, co dalej ociepla i wysusza planetę i w konsekwencji prowadzi do jeszcze częstszych pożarów.

Inny tego typu szkodliwy układ zamknięty obserwujemy podczas pożarów na Grenlandii. Ogień wytwarza czarną sadzę (zwaną również czarnym węglem), która osiada na pokrywie lodowej i zmienia jej kolor na szary lub czarny. Ciemniejszy lód absorbuje więcej ciepła niż biały, który je odbija. W efekcie lód topi się szybciej, co powoduje podnoszenie się poziomu oceanów i uwolnienie ogromnej ilości metanu, który zwiększa ocieplenie i wywołuje kolejne pożary, a to z kolei tym bardziej zaciemnia pokrywy lodowe i przyspiesza ich topnienie.

Nie powiem więc Tomie, że te pożary to pozytywna część cyklu życia. Decydujemy się na półprawdy, licząc, że dzięki temu koszmary miną.

„Zwierzęta wiedzą, jak uciec przed ogniem. Biegną w stronę rzek, strumieni lub innych lasów”.

Rozmawiamy o tym, że musimy sadzić więcej drzew i budować nowe domy dla zwierząt. To odrobinę pomaga.

Czerwona lampka – dla niektórych

Jednym z obszarów najmocniej dotkniętych pożarami jest terytorium rdzennego ludu Secwepemc, które często odwiedzam. To ogromny obszar w sercu Kolumbii Brytyjskiej, którego większość teraz płonie. Zmarły niedawno wódz Secwepemc, Arthur Manuel, był moim przyjacielem i wiele razy u niego gościłam. W tym roku byłam dwukrotnie, na pogrzebie Arthura i na spotkaniu, które przygotowywał, kiedy serce odmówiło mu posłuszeństwa.

To spotkanie było odpowiedzią na decyzję premiera Justina Trudeau, aby zatwierdzić projekt wart 7,4 miliarda dolarów, który ma zwiększyć przepustowość rurociągu Kinder Morgan Trans Mountain, przesyłającego ropę z piasków bitumicznych z Alberty przez Brytyjską Kolumbię. Rozbudowa rurociągu oznacza poprowadzenie wielu połączeń przez drogi wodne położone na terenie społeczności Secwepemc, czemu stanowczo przeciwstawia się wielu miejscowych właścicieli gruntów. Arthur wierzył, że ten opór może przerodzić się w „północny Standing Rock”.

Kiedy tego lata zaczęły się pożary, przyjaciele i rodzina Arthura Manuela nie tracili czasu i od razu zaczęli głośno mówić, że dalsze rozbudowywanie infrastruktury dla paliw kopalnych w świecie, który płonie, to szaleństwo. Grupa robocza Indian Secwepemc do spraw suwerenności żywnościowej ludów rdzennych wydała oświadczenie, w którym sprzeciwia się rozbudowie rurociągu i domaga się, aby dotychczasowa infrastruktura została natychmiast zamknięta w celu zmniejszenia ryzyka pożaru przesyłanego paliwa.

„Mamy obecnie stan wyjątkowy w walce ze zmianami klimatu” – twierdzi nauczycielka Dawn Morrison, rdzenna Secwepemc. „Zdrowie naszych społeczności w dużej mierze oparte jest na możliwości połowu dzikiego łososia i dostępie do czystej wody pitnej. W razie awarii lub pożaru rurociągu Kinder Morgan zagrożone byłoby jedno i drugie”.

Co nam podpowiada zdrowy rozsądek? Kiedy infrastruktura służąca do przesyłu gazu i ropy znajduje się w samym oku skumulowanych skutków spalania tychże paliw kopalnych (a pomyślcie też o przypadkach zniszczenia przez huragany platform wiertniczych lub o zalanym powodzią Houston), wszyscy powinniśmy zrobić to, co zrobili Secwepemc: potraktować klęskę żywiołową jako sygnał, że trzeba zacząć walczyć o bezpieczniej urządzony świat. I to szybko.

Tylko ani słowa o ropie

Nie tak jednak działają nasze systemy polityczne i ekonomiczne: przeciwnie, one świadomie i celowo blokują takie wnioski i reakcje, podpowiadane przez instynkt samozachowawczy. Koncern Kinder Morgan nawet nie zawraca sobie głowy, by odnieść się do niepokojów lokalnych społeczności. Mało tego – firma przygotowuje się do rozpoczęcia rozbudowy rurociągu jeszcze w tym miesiącu, kiedy ogień wciąż szaleje.

Najgorsze jest to, że wiele firm wydobywczych stosuje doktrynę szoku i wykorzystuje stan wyjątkowy do osiągnięcia celów, których w innych okolicznościach nie udałoby się osiągnąć. Na przykład spółka Taseko Mines od lat walczy o prawo do budowy bardzo kontrowersyjnej kopalni odkrywkowej złota i miedzi na najbardziej dotkniętym przez pożary obszarze Kolumbii Brytyjskiej. Zdecydowane protesty Tsilhgot’in, jednego z Narodów Pierwotnych, spowodowały skuteczne zablokowanie tego toksycznego projektu oraz wprowadzenie wielu korzystnych regulacji.

Jednak w lipcu tego roku, kiedy wiele społeczności Tsilhgot’in otrzymało nakaz ewakuacji i tylko część została, by walczyć z ogniem na własną rękę, kończący kadencję rząd Kolumbii Brytyjskiej – znany z typowej dla „dzikiego zachodu” korupcji – zrobił coś bezprecedensowego. Podczas ostatniego tygodnia urzędowania, po dotkliwej porażce w wyborach, rząd wydał Taseko szereg pozwoleń na rozpoczęcie prac. „Znieczulica rządu nie zna granic – gdy ludzie wciąż walczą z ogniem o domy i życie, ten wydaje pozwolenia, które spowodują dalszą nieodwracalną dewastację ziemi” – powiedział Russell Myers Ross, wódz Tsilhgot’in. Odpowiedź przedstawiciela odchodzącego rządu brzmi tak: „Zdaję sobie sprawę, że ta decyzja zapadła w trudnym dla Pana czasie w związku z pożarami, które dotykają niektóre z bliskich Panu społeczności”.

Pomimo całego stresu, w jakim żyją, Tsilhgot’in rozpoczęli już walkę w sądzie i Taseko została zmuszona zawiesić plany odwiertów ze względu na problematyczne kwestie prawne. Mamy nowy rząd prowincji, który jest bezprecedensową koalicją centrolewicowej Nowej Partii Demokratycznej i Zielonych. Nowy rząd na różne sposoby kwestionuje legalność rurociągu Kinder Morgan. Jest to dobra wiadomość dla klimatu, których mamy jak na lekarstwo.

Jeśli ktoś żywi nadzieję, że pożar obudzi w Trudeau potrzebę podjęcia istotnych działań na rzecz klimatu, to niestety czeka go spore rozczarowanie. Premier Kanady lubi być fotografowany, kiedy hasa sobie i figluje (najlepiej bez koszuli) w malowniczej scenerii Kolumbii Brytyjskiej, a jego żona Sophie Grégoire wywołała niedawno burzę emotikonek po opublikowaniu zdjęć, na których serfuje na wyspie Vancouver (i to kiedy ogień szalał, co widać po szarawym niebie).

Zachwyty premiera nad lasami i wybrzeżami Kolumbii Brytyjskiej nie przeszkadzają mu robić co może, by jak najszybciej sfinalizować projekty rozbudowy rurociągów i kopalni piasków bitumicznych. „Żaden kraj nie zostawiłby w ziemi 173 miliardów baryłek ropy”, powiedział w marcu do tłumku wiwatujących na jego cześć szefów spółek gazowych. Zdania nie zmienił, chociaż od tamtego czasu Houston zalała powódź, a jedna trzecia kraju płonie. W tym miesiącu jeden z ministrów wypowiedział się o zgodzie na rozbudowę rurociągu Kinder Morgan w sposób następujący: „Od tamtej chwili nie wydarzyło się nic, co mogłoby spowodować zmianę naszej opinii, że jest to dobra decyzja”. Trudeau leci na autopilocie w kwestii paliw kopalnych i wydaje się, że nic nie jest w stanie zmienić jego kursu.

Jest też Donald Trump, którego działania na szkodę klimatu są zbyt obszerne i zawiłe, by je tu wyliczać. Warto przypomnieć, że prezydent USA wybrał tegoroczne lato, pełne powodzi i pożarów, żeby rozwiązać federalny komitet doradczy oceniający skutki zmian klimatycznych w Stanach Zjednoczonych oraz żeby dać zielone światło odwiertom na Morzu Beauforta.

Stracił dwa domy

Nie tylko politycy wykazują się determinacją, by nie wyciągać wniosków z desperackich sygnałów wysyłanych przez środowisko. W trakcie stanu zagrożenia pożarowego w Kolumbii Brytyjskiej kanadyjska stacja CBC natrafiła na żyłę złota, jeśli chodzi o tzw. temat z życia: wynaleźli człowieka nazwiskiem Jason Schurman, któremu ogień strawił nie tylko drewniany dom w Kolumbii Brytyjskiej, ale i drugi, w Fort McMurray – tyle że rok wcześniej. Dwa domy, dwa pożary, jeden człowiek. CBC pokazała zdjęcia zgliszcz oddalonych od siebie o 1300 km domów – jedno obok drugiego.W obu przypadkach zostało tylko palenisko i komin.

W tej historii ludzkiej tragedii, do jakiej prowadzą takie katastrofy, pada wiele poruszających szczegółów: niekończąca się biurokracja, bolesne wspomnienia, stres dla całej rodziny. Nie wspomina się jednak choćby słowem o zmianach klimatu. To ciekawe, bo Schurman pracuje jako kierownik w kopalni bituminów w Albercie. Reporterowi nawet przez myśl nie przeszło, by zapytać Schurmana, czy utrata dwóch domów i fakt, że o mało nie stracił syna, wzbudziły w nim jakiekolwiek wątpliwości na temat przemysłu, w którym pracuje (jednym z niewielu w USA i Kanadzie, który stać jeszcze na to wypłacać pensje pozwalające żyć na poziomie klasy średniej). Nie, historia o człowieku, który „spalił się dwa razy” odegrała po prostu rolę emocjonującej opowieści z życia wziętej, wywołującej wzruszenie ludzkim losem, podobnie jak materiał o strażaku, który ożenił się wśród płomieni.

Kiedy tą niezwykłą historią zajął się magazyn Vice, ich reporter spytał wreszcie Schurmana o zmiany klimatu, a ten przyznał, że są pewnie jedną z przyczyn szalejących pożarów. Ale jak to w materiałach Vice, spora część artykułu dotyczyła tego, jak body art pomaga pracownikom branży naftowej radzić sobie ze stratą: „Nieprzerwany ból podczas tatuowania pozwala człowiekowi zapomnieć… że stracił wszystko, co miał”.

Przyzwyczaisz się

Czyż nie wszyscy jesteśmy winni temu, że jak lunatycy kroczymy w stronę apokalipsy? Tutejsza nieostra, zamglona przez dym rzeczywistość sprawia, że to wypieranie zbiorowej odpowiedzialności staje się jeszcze bardziej dojmujące. W sierpniowy dzień w Kolumbii Brytyjskiej wszyscy wyglądamy jak lunatycy, kiedy błąkamy się tak między pracą a codziennymi zadaniami, załatwiamy sprawunki, odpoczywamy, oddychając gęstym dymem, i udajemy, że nie słyszymy bijącego na trwogę dzwonu gdzieś w tle.

W końcu dym to nie ogień. Nie powódź. Nie wymaga natychmiastowej uwagi, nie zmusza do ucieczki. Można z nim żyć, choć bez niego żyje się lepiej. Można się przyzwyczaić.

No i się przyzwyczajamy.

Surfujemy w dymie na desce i udajemy, że to mgła. Przychodzimy na plażę z piwem i cydrem i rozmawiamy o tym, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo teraz właściwie nie trzeba używać kremów do opalania.

Siedzę na plaży pod tym sztucznym, mlecznym niebem i nagle w głowie błyska mi obraz ludzi opalających się całymi rodzinami na przesiąkłych ropą plażach podczas eksplozji platformy wiertniczej Deepwater Horizon. I uderza mnie myśl: to jest to samo. Oni to my. My tak samo nie chcemy, żeby pożary lasów przeszkodziły nam w rodzinnych wakacjach.

Podczas katastrof często słyszymy o ludzkiej wytrzymałości. Istotnie, jesteśmy bardzo wytrzymałym gatunkiem. Nie jest to jednak cecha jednoznacznie dobra. Wygląda na to, że potrafimy się przyzwyczaić do niemal wszystkiego, nawet do nieprzerwanego unicestwiania naszego własnego siedliska.

Naprawianie psuciem

Tydzień po tym, jak lokalna gazeta Sunshine Coast opublikowała tekst pod tytułem „Dni mgły”, miesięcznik The Atlantic optymistycznie podpytuje w tytule artykułu, „Czy aby zatrzymać globalne ocieplenie, powinniśmy przyciemnić niebo?”.

Tekst koncentruje się na zarządzaniu promieniowaniem słonecznym, czyli metodzie polegającej na rozpyleniu w stratosferze dwutlenku siarki w celu stworzenia bariery między Ziemią a Słońcem, co wymusi obniżenie temperatury. Wycofanie się Trumpa z porozumienia paryskiego, pisze The Atlantic, powoduje, że coraz więcej państw, w tym Chiny, bierze przyciemnienie nieba na poważnie.

Pierwsza informacja o ewentualnych problemach związanych z tą metodą pada w 20. akapicie tekstu, gdzie pewien klimatolog wyjaśnia, że takie psucie środowiska „mogłaby wywołać susze, powodzie i inne tego typu zjawiska”. No cóż, tego byśmy chyba nie chcieli… Pisałam już gdzie indziej, że istnieje długa lista recenzowanych publikacji dowodzących, że tego rodzaju geoinżynieria klimatu mogłaby zakłócać monsuny w Azji i Afryce, a to z kolei groziłoby zmniejszeniem dostępu do wody i żywności miliardom ludzi na świecie.

Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym ludzie tacy jak Trump, Narenda Modi czy Kim Dzong Un mieliby do dyspozycji ingerujące w klimat technologie, które służyłyby im jako rodzaj broni niekonwencjonalnej. Wówczas nastałaby era niewypowiedzianych wojen pogodowych: jeden kraj pozbawia opadów drugi kraj, bo musi ratować swoje plony, a ten drugi odpowiada klęską powodzi.

Niektórzy niedoszli geoinżynierowie klimatu są przekonani, że nawet nad najczarniejszymi skutkami takich rozwiązań da się zapanować. Wszyscy przyznają jednak, że są drobne minusy. Rozpylanie w stratosferze dwutlenku siarki prawie na pewno spowodowałoby powstanie trwałej mlecznobiałej mgiełki, a czyste błękitne niebo na całej planecie pozostałoby tylko wspomnieniem.. Astronomowie nie mogliby prawdopodobnie oglądać gwiazd i planet zbyt dokładnie, a mniejsze nasłonecznienie zmniejszyłoby wydajność generatorów solarnych, które produkują energię elektryczną.

Teoretycznie taka cena za kupienie „czasu na zwarcie szeregów” w walce z zanieczyszczeniem, jak ujmuje to The Atlantic, może się wydawać niewysoka. Kiedy jednak czyta się o celowym zasłanianiu nieba, gdy niebo już jest przyciemnione przez wszechobecny dym, który dosłownie okrywa świat kirem, całkowicie zmienia to punkt widzenia na takie pomysły.

Utrata nieba to poważna sprawa. Jest dla nas oczywiste, że gdy spojrzymy w górę, to nawet w najbardziej zatłoczonych miastach możemy dostrzec świat poza naszym zasięgiem – i chodzi nie tylko o samoloty i satelity, ale i o niebiosa, o nieznane, tajemnicze „gdzieś tam”. W sierpniu tego roku na Wybrzeżu Północno-Zachodnim prawie nigdzie nie dało się dostrzec ani skrawka tych przestworzy. Dało się za to dostrzec nas samych, produkt uboczny naszego zepsutego systemu. Dym zamienił nam sklepienie niebieskie w sufit – i ja odczuwam to jak wieko. Wieko, które nas przytłacza.

Mówię do męża, że powinniśmy ruszyć na północ i jechać tak długo, aż znajdziemy czyste powietrze. Zaraz jednak przypominam sobie, że dojechalibyśmy wtedy do szybko znikającej wiecznej zmarzliny. Zostajemy na miejscu.

Wiatr się zmienia

Po prawie dwóch pełnych tygodniach zadymienia coś jakby drgnęło. Najpierw tylko to słyszę, ale po chwili widzę poruszające się gałęzie drzew. Wiatr! Temperatura gwałtownie spada. W południe na niebie obok chmur widać już kawałki błękitu, przedzielone chmurami. Zdążyłam zapomnieć, że chmury wyglądają zupełnie inaczej niż dym – są wyżej, mają najrozmaitsze kształty i dynamikę, ruch.

Dym jeszcze tu jest, ale większość rozwiało. Świat zyskał ostrość. Wyrazistość. Znacie to uczucie radości, kiedy przechodzi nam uporczywa gorączka? Dokładnie tak się czuję.

Kolejny dzień przynosi deszcz. Niedużo, ale wystarczająco, by mieć nadzieję na odrobinę ulgi dla 2400 wykończonych i przepracowanych strażaków. Moje alergie przechodzą, a Toma przesypia już całą noc.

Ale wieści z głębi kontynentu są tragiczne. Te same wiatry, które rozpędziły dym na wybrzeżu, pchnęły go w kierunku epicentrum pożarów. Bezruch powietrza, który zatrzymał u nas dym na tak długo, był zbawienny dla strażaków. Teraz się to skończyło się, a deszczu wciąż za mało.

Przez kolejny tydzień pożary w Kolumbii Brytyjskiej biją rekordy. Do połowy sierpnia w prowincji pada rekord: największy obszar wypalony przez rok, 5557 km2. W ciągu kilku dni parę różnych pożarów łączy się, by pobić kolejny – największy pojedynczy pożar w historii Kolumbii Brytyjskiej.

Zaćmienie

Kiedy przychodzi czas na zaćmienie słońca, nie czuję nic oprócz przerażenia. Niebo jest czyste, warunki obserwacji wprost idealne i wiem, że teoretycznie to, co mamy okazję oglądać, jest cudem natury. Nie potrafię jednak po raz kolejny pożegnać się ze słońcem, nawet na kilka minut. Przecież dopiero co do nas wróciło.

Zaćmienie spędzam na zewnątrz, w samotności, wpatrzona w horyzont, jak gdyby kurczowo chwytając się gasnącego światła. Tydzień później neonaziści maszerują z pochodniami przez Charlottesville w stanie Wirginia, i w sytuacji, gdy tylu ludzi walczy z prawdziwym piekłem, to nagłe zaćmienie naszego świata wydaje się aż zanadto dosłowne.

Globalny alarm przeciwpożarowy nie działa

W pierwszy wrześniowy weekend, czyli w Święto Pracy, w Kolumbii  Brytyjskiej ciągle szaleje ponad 160 pożarów. Bardzo wysokie temperatury, suche powietrze i wiatry zmówiły się, by stworzyć warunki dla wielu nowych, ogromnych pożarów samoistnych i rozprzestrzeniania się starych. Władze codziennie ogłaszają nowe nakazy ewakuacji. Z ostatnich danych wynika, że ponad 60 tys. mieszkańców i mieszkanek zostało zarejestrowanych przez Czerwony Krzyż jako osoby ewakuowane. Stan zagrożenia został wydłużony po raz czwarty.

Ale nawet w Kanadzie wieści o pożarach nie są w stanie konkurować ze spustoszeniami, jakie pozostawił po sobie huragan Harvey, z ogromną liczbą zmarłych i poszkodowanych ofiar powodzi w Azji Południowej i Nigerii, wreszcie z potężnym huraganem Irma. Do tego mamy trafiające na nagłówki gazet wieści o pożarach w Los Angeles, o stanie zagrożenia w stanie Waszyngton i o nowych nakazach ewakuacji z Parku Narodowego Glacier na północy prowincji Manitoba. Satelitarne zdjęcie z początku września ukazuje cały nasz kontynent przykryty ogromną chmurą dymu. Znowu #fakeweather od Pacyfiku po burzliwy Atlantyk.

Ledwo nadążam za wysypem wiadomości o katastrofach, a to przecież moja praca. Wiem tyle, że nasz wspólny dom płonie, włączamy wszystkie syreny równocześnie, rozpaczliwie bijemy na alarm, w nadziei, że nas usłyszą. Czy nadal będziemy potykać się i rzęzić w półmroku, udając, że nic się nie dzieje, tak jakby żadne zagrożenie nie istniało? Czy może wreszcie usłyszymy ten alarm i zareagujemy tak, jak ludność Secwepemc, która, choć w chmurze dymu, rusza na front walki przeciwko rozbudowie rurociągu na ich spalonej ziemi?

Te pytania wciąż wiszą w zadymionym powietrzu tego lata.

Wsparcie naukowe: Sharon J. Riley

Przełożył Robert Reisigová-Kielawski

źródło: The Intercept

Przetłumaczone przez Zielone Wiadomości za zgodą Naomi Klein i redakcji The Intercept

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

 

W miniony weekend ponad 6000 osób poprzez akcję obywatelskiego nieposłuszeństwa zablokowało największą w Europie kopalnie węgla brunatnego.

Ende Gelaende organizowane jest od 2015. To ruch skupiony wokół problemu wydobycia węgla brunatnego, którego spalanie jest jednym z powodów ocieplenia klimatu. RWE (W Polsce działają jako Innogy) stworzyło tuż koło lasu Hambach krajobraz, który wkrótce może stać się naszą codziennością. Mówimy temu NIE!

Ende Gelaende to masowe okupowanie terenów kopalni odkrywkowej. Sześc tysięcy osób blokowało w ostatni weekend działanie RWE, do której należy kopalnia. Spółka odpowiedzialna jest za brutalne pacyfikacje w lesie Hambach, jakie miały miejsce w ostatnich tygodniach. Las Hambach leży tuż obok terenów kopalni i jest przez nią stopniowo pożerany – zniszczono w ten sposób już 90% tego kompleksu leśnego.

„Policja próbowała wszystkiego, by nas powstrzymać: przemocy, masowych aresztowań, używania armatek wodnych, gazu pieprzowego. Tak wyglądają eko-wojny w obronie węgla, który jest nadal największym źródłem energii na całym świecie, a także jednym z największych źródeł emisji dwutlenku węgla” – powiedziała uczestniczka protestu Michelle

Pokojowo zablokowaliśmy RWE, bo nie ma przyszłości, jeśli będziemy nadal korzystać z paliw kopalnych. Na martwej planecie nie będzie pracy dla nikogo”.

źródło: Inicjatywa Dzikie Karpaty

 

 

 

Zdjęcia: Flickr/Ende Gelände/Creative Commons

Zanieczyszczenia pochodzenia rolniczego są poważnym problemem, który dotyka wiele krajów nadbałtyckich, w tym również Polskę. Na ich pojawienie się w środowisku ma wpływ m.in. niewłaściwy sposób użytkowania ziemi, stosowanie tzw. środków ochrony roślin, czyli pestycydów, brak oceny wpływu stosowanych zabiegów melioracyjnych na produkcję rolną i gospodarkę wodną zlewni, spływ powierzchniowy nawozów mineralnych i organicznych do wód powierzchniowych (rzek i jezior) czy też niespełniające standardów bezpieczeństwa składowiska odpadów na obszarach wiejskich.

Należy jednak pamiętać, że głównym problemem polskiego rolnictwa jest nieprawidłowa gospodarka nawozowa, o czym świadczy stale zwiększająca się nadwyżka azotu na polach (średnio w latach 1995 – 33 kg N/ha, w 2014 – 48 kg N/ha)! Ponadto dominujące na terenie naszego kraju gleby piaszczyste sprzyjają szybkiemu spływowi biogenów z pól do wód.

Rolnictwo, zwłaszcza intensywne i niezbilansowane, jest głównym źródłem docierania związków azotu i fosforu (biogenów) do wód powierzchniowych, co jest bezpośrednią przyczyną eutrofizacji – czyli zwiększania się żyzności wód. Jest to proces niekorzystny, skutkujący gwałtownym rozrostem wodnej roślinności, która następnie obumiera. W efekcie dochodzi do nadmiernego nagromadzenia się substancji organicznej w zbiornikach wodnych, której rozkład zwiększa zużycie tlenu rozpuszczonego w wodzie. Po wyczerpaniu się dostępnego w wodzie tlenu proces rozkładu szczątków roślinnych zachodzi dalej, tyle że już w warunkach beztlenowych, co skutkuje wydzielaniem się siarkowodoru, metanu i amoniaku – substancji szkodliwych, a wręcz śmiercionośnych dla większości organizmów wodnych. Głównym i najszybciej zauważalnym objawem eutrofizacji jest specyficzne zabarwienie wody, będące wynikiem masowego rozwoju glonów – znacznie pogarszają się właściwości organoleptyczne wody.

Na eutrofizację najbardziej narażone są zbiorniki wodne, zarówno sztuczne, jak i naturalne, oraz morze Bałtyckie (!) – w związku z jego śródlądowym charakterem i powoli zachodzącą wymianą wód. Najwięcej biogenów (związków azotu i fosforu) dostaje się do Bałtyku wraz z wodami dwóch największych polskich rzek – Wisły i Odry. Ich stan ekologiczny jest wysoce niepojący. Jak pokazują badania stanu chemicznego jednolitych części wód (JCW), prowadzone w latach 2007-2009, w przypadku Wisły na 93 JCW tylko 4 zostały zakwalifikowane jako stan dobry, a w przypadku Odry – na 54 JCW tylko 2.

Według danych HELCOM-u (Komisja Ochrony Środowiska Morskiego Bałtyku) głównymi źródłami biogenów w Bałtyku są rzeki – 69,4%, punktowe źródła zanieczyszczeń (oczyszczalnie, wielkie fermy zwierzęce) – 3,5%, a w przypadku azotu powietrze – 27,1%. W sumie ładunek związków azotu i fosforu dostarczonych do Bałtyku w roku 2014 wynosił 825 825 ton w przypadku azotu i 30 949 ton – w przypadku związków fosforu (3). Niemały był w tym udział Polski i naszych głównych rzek Wisły i Odry: w 2014 r. związków azotu dostarczyliśmy 169 941 ton, a związków fosforu 12 776 ton (3),co stanowiło 82,6% wszystkich związków azotu i 99,4% wszystkich związków fosforu, dostarczonych w danym roku przez nasz kraj do Bałtyku.

Rolnicze źródła zanieczyszczeń

Głównymi rolniczymi źródłami zanieczyszczeń są związki azotu i fosforu, czyli biogeny, wprowadzane na pola uprawne w postaci nawozów mineralnych bądź organicznych. Gdy nawozy te są stosowane w ilości przekraczającej zapotrzebowanie roślin, ich nadmiar przedostaje się do wód powierzchniowych. Ze względu na sposób przedostawania się zanieczyszczeń do wody można wyróżnić zanieczyszczenia obszarowe i punktowe. Zanieczyszczenia obszarowe to przede wszystkim spływ po powierzchni do wód powierzchniowych (w wyniku opadów atmosferycznych czy erozji gleby) nawozów mineralnych i organicznych, stosowanych na znacznych powierzchniach. Punktowe zanieczyszczenia na terenach wiejskich powstają zazwyczaj na skutek prowadzonej hodowli zwierząt – źródłami zanieczyszczeń są tutaj m.in. zabudowania gospodarskie, pryzmy obornikowe, nieszczelne zbiorniki na gnojowicę, silosy i pryzmy na kiszonkę i in. Należy pamiętać, że niejednokrotnie punktowe zanieczyszczenia powstają w wyniku przedostawania się do środowiska ścieków bytowych z nieszczelnych szamb. Wg danych Ministerstwa Rolnictwa w r. 2015 tylko 34,6% gospodarstw domowych na terenach wiejskich było podłączonych do kanalizacji

Dlaczego biogeny uciekają do wód powierzchniowych?

Biogeny, czyli związki azotu i fosforu odgrywają bardzo ważną rolę w procesie rozwoju roślin – są ich składnikami pokarmowymi. Na pole dostają się w postaci nawozów mineralnych i naturalnych (obornik, gnojowica). Dodatkowo azot w postaci organicznej może być wprowadzany za pomocą roślin motylkowych, czyli bobowatych (koniczyna, lucerna itp.). Związki azotu są dostępne dla roślin głównie w postaci jonu azotanowego NO3-. Związek ten jest bardzo łatwo rozpuszczalny w wodzie, a więc nieprzyswojone przez roślinę związki azotu rozpuszczają się i bardzo szybko przedostają się do wód. Natomiast fosfor niepobrany przez rośliny kumuluje się w górnych warstwach profilu glebowego i ulega sorpcji, czyli pochłanianiu przez stałą fazę gleby. Przedostawanie się związków fosforu do wód gruntowych i powierzchniowych może następować w wyniku procesów wymywania lub też spływów powierzchniowych, po przekroczeniu pojemności sorpcyjnej gleby. Nadmiar fosforu w rolnictwie oszacowany jest łącznie na 92,3 tys. ton – taka ilość w niewielkim stopniu gromadzi się w glebie, a reszta przedostaje się do wód powierzchniowych. (2).

Rolnicze metody zatrzymania biogenów w glebie

Czy można ograniczyć rolnicze zanieczyszczenia wód? Tak! Wystarczy stosować odpowiednie praktyki rolnicze, mające na celu przede wszystkim zatrzymanie spływu biogenów do wód. Jednocześnie działania te podtrzymują i zwiększają żyzność gleby, przez co wpływają bezpośrednio na poprawę dochodów rolnika. Biogeny zatrzymane w glebie są lepiej wykorzystane przez rośliny, co oznacza, że wystarczy stosowanie mniejszej ilości nawozów. Żyzna gleba, bogata w próchnicę, zatrzymuje wodę razem z jonami N i P, przez co rośliny mogą dłużej korzystać ze składników odżywczych.

Najważniejszy jest starannie zaplanowany płodozmian, uwzględniający przynajmniej 30% pastwisk przemiennych – motylkowatych z trawami, jako podstawowymi roślinami zwiększającymi zasobność gleby w próchnicę. Niezbędne jest zapewnienie w płodozmianie odpowiednich proporcji pomiędzy roślinami zubażającymi glebę a zwiększającymi żyzność gleb. Wprowadzone do płodozmianu poplony ozime i ścierniskowe, utrzymywane przez okres zimy, zatrzymują odpływ biogenów, zwłaszcza związków fosforu, gdyż te „uciekają” z pól głównie poprzez erozję gleby.

Konieczne jest dostarczenie materii organicznej w postaci nawozów zielonych (międzyplony i rośliny okrywowe) oraz nawozów zwierzęcych (obornik stały, gnojowica, kompost). Pozytywny wpływ mają również resztki po zebranych plonach (ściernisko, słoma) oraz korzenie. Bardzo ważny jest równomierny rozkład obornika na powierzchni pola i przykrycie go warstwą gleby, aby zapobiegać stratom azotu w postaci lotnej. Z kolei utrzymywanie gleby jak najdłużej pokrytej roślinnością zapobiega erozji i ucieczce związków fosforu.

Zapobieganie ugniataniu gleby poprawia aktywność mikrobiologiczną gleby i zwiększa ilość porów przepuszczających wodę. Z kolei system porów glebowych poprawia zdrowotność roślin, głębokość ich korzenienia się oraz intensywność pobierania składników pokarmowych.

Zagwarantowanie wystarczająco dużej ilości wapnia warunkuje stabilność górnej warstwy gleby i przyswajalność składników pokarmowych. Kwaśny odczyn gleb zmniejsza aktywność bakterii, co z kolei powoduje mniejsze tempo rozkładu i uwalniania składników pokarmowych. Z tego powodu mogą wystąpić niedobory fosforu i molibdenu. Optymalne pH gleby dla większości roślin uprawnych waha się pomiędzy 6,0 a 7,0. Rośliny motylkowate są szczególnie wrażliwe na kwaśny odczyn, podczas gdy ziemniak rozwija się lepiej w glebach lekko kwaśnych. Przyswajalność fosforu zmniejsza się przy pH>7. Warto nawozić zgodnie z zapotrzebowaniem gleby, po wcześniejszym przeprowadzeniu analizy gleby na jej zasobność i sporządzać coroczne plany nawozowe, uwzględniające potrzeby nawozowe uprawianych roślin.

Nie wolno natomiast nawozić, gdy gleba jest zmarznięta lub zbyt mokra. Ponadto należy unikać nawożenia zbyt blisko cieków i zbiorników wodnych oraz dbać o nienadmierne obciążenie pastwisk zwierzętami – zalecana obsada zwierzęca to 0,5-0,7 dużej sztuki na 1 ha. Niezbędne jest gromadzenie obornika i gnojówki na płytach gnojowych i w zbiornikach.

Wyżej wymienione zalecenia nie dotyczą gospodarstw z intensywną produkcją zwierzęcą, gdyż te podlegają innym zasadom i regulacjom i wymagałyby osobnego opisu.

Przypisy:

(1) Stan czystości rzek – Inspekcja Ochrony Środowiska

(2) Udział polskiego rolnictwa w emisji związków azotu I fosforu do Bałtyku – Janusz Igras, Marianna Pastuszak

(3) Sources and pathways of nutrients to the Baltic Sea- HELCOM PLC-6

Artykuł opublikowany w papierowym wydaniu Zielonych Wiadomości nr. 029. Do pobrania w formacie pdf: tutaj

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Deklaracja La Via Campesiny z Bali

Bali, Indonezja, 11 października 2018 roku

Bank Światowy i IMF reprezentują interesy agrobiznesu – powinny ODEJŚĆ!

 

My, chłopki i chłopi z z La Via Campesina – globalnego ruchu skupiającego 182 organizacje chłopskie z 81 krajów – którzy zgromadziliśmy się w tym tygodniu na Bali, reprezentując społeczność chłopską i ludy tubylcze z Azji, Afryki, Europy i obu Ameryk, jednogłośnie stanowczo potępiamy odbywające się właśnie doroczne spotkanie Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego (IMF).

Dokładnie dekadę temu rozpoczął się globalny kryzys żywnościowy spowodowany przez przemysłowy model rolnictwa, który przekształcił żywność w towar. Sytuację pogorszyła spekulacja na cenach żywności przez fundusze hedgingowe. Kryzys ten najbardziej dotkliwie odczuli nasi ludzie.

Po dziesięciu latach, Bank Światowy, IMF i inne międzynarodowe instytucje finansowe, które są całkowicie odpowiedzialne za promocję tego przemysłowego modelu rolnictwa, nadal bezkarnie to czynią. Wszystkie z nich dbają jedynie o zabezpieczenie interesów swoich finansistów. Rezultat? 815 milionów ludzi, większość z nich chłopki i chłopi, ludy tubylcze oraz inni ludzie mieszkający na terenach wiejskich, cierpią niewspółmiernie z powodu głodu i niedożywienia. Jednocześnie 82% światowego bogactwa znajduje się w rękach zaledwie 1% populacji. Chłopskie gospodarstwa domowe pogrążone są w głębokich długach, podczas gdy przeciętne roczne wynagrodzenie na Wall Street wynosi około 422 500 dolarów! Te statystyki stanowią dobitne oskarżenie neoliberalnej presji na prywatyzację i deregulację, które są agresywnie forsowane przez Bank Światowy i IMF we wszystkich regionach. Obnaża to brak legitymizacji tych instytucji do reprezentowania większości ludzi na całym świecie.

Wymuszone przejmowanie zasobów naturalnych i kryminalizacja walk chłopskich

Zgromadzeni na Bali przedstawiciele La Via Campesiny z krajów takich jak Timor Wschodni, Tajlandia, Kenia, Kambodża, Malezja, Francja, Indonezja, Południowa Korea, Indie, Nepal, Sri Lanka, Argentyna i Nikaragua opowiadali również o wielu przypadkach przejmowania wielkich areałów gruntów rolnych oraz ogromnych obszarów lasów, rzek i oceanów pod realizację gigantycznych projektów infrastrukturalnych finansowanych przez Bank Światowy i IMF. Azja Południowo-Wschodnia, Azja Wschodnia i Azja Pacyficzna zostały przekształcone w „laboratoria PPP” (partnerstwa publiczno-prywatnego) dla Banku Światowego i IMF, z 53% globalnych inwestycji prywatnych realizowanych obecnie w tym regionie. Stało się to pretekstem do grabieży chłopskiej ziemi, wody i całych terytoriów. W okresie od 2001 do 2010 roku, na skutek wielkoskalowych inwestycji realizowanych przez Bank Światowy w sektorze rolnictwa, przede wszystkim w krajach afrykańskich i azjatyckich, zostało zawłaszczonych około 203 milionów hektarów ziemi.

Przemoc i ucisk w wyniku działalności Banku Światowego nie ograniczają się jedynie do kwestii związanych z rozwojem infrastruktury, dotyczą również projektów, które mają służyć łagodzeniu skutków zmiany klimatu. Za przykład może tutaj posłużyć fundusz na rzecz ochrony lasów deszczowych ( Forest Investment Program – FIP) w ramach projektu REDD (Reducing Emissions from Deforestation and Forest Degradation – redukcja emisji powodowanych przez wycinanie i degradację lasów). Na pierwszy rzut oka projekt ten wydaje się mieć sens, lecz w rzeczywistości ma negatywny wpływ na społeczności, szczególnie chłopskie i tubylcze. Legalizuje on grabież chłopskiej ziemi pod pretekstem jej ochrony i wchodzi w partnerstwa prawne z korporacjami przekazując im zadanie ochrony lasów.

Chłopi, którzy organizują się i stawiają opór zagarnianiu ich ziemi spotykają się z brutalnymi represjami, czasem są zabijani, bardzo często uznawani za przestępców i ścigani sądownie. Te represje są całkowicie bezkarne, a ludziom, którzy są odpowiedzialni za kryzys pozwala się na dalszą działalność i wcielanie w życie ich neoliberalnych projektów, z bardzo niewielką lub żadną odpowiedzialnością.

Korporacyjne przejęcie naszych systemów żywnościowych, kobiety są najbardziej dotknięte

Mniej niż 20 globalnych korporacji kontroluje dzisiaj światowy łańcuch żywnościowy, od którego zależy jaką żywność jemy i jak ją kupujemy.[1] Narzucony przez Bank Światowy, IMF, WTO i inne organizacje międzynarodowe reżym wolnego handlu spowodował przekazanie kontroli nad liczącym sobie 10 000 lat dawnym systemem żywnościowym w ręce kilku korporacji – które skonsolidowały swoje interesy w całym łańcuchu żywnościowym poprzez fuzje i mega-fuzje.

W ciągu ostatnich kilku dekad Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy, oraz w ostatnim czasie Międzynarodowa Organizacja Handlu (WTO), zmusiły kraje do ograniczenia inwestycji publicznych w produkcję żywności i do zmniejszenia pomocy państwowej dla chłopów i drobnych rolników.

Autonomia chłopów i ich tradycyjna wiedza o nasionach oraz prawo do zachowywania, użycia, ponownego użycia, wymiany i sprzedaży własnych nasion są zagrożone z powodu praw nasiennych i systemów patentowych, których uznanie jest warunkiem przedłużenia linii kredytowych przez Bank Światowy i IMF. Na całym świecie chłopi są coraz częściej uznawani za przestępców, gdy stosują swoje tradycyjne chłopskie systemy nasienne.

Chłopki, które są strażniczkami nasion i pracują z ziemią, znajdują się wśród osób najbardziej narażonych na zabójcze dla zdrowia oddziaływanie toksycznych chemikaliów. Masowa migracja mężczyzn, szczególnie młodych, z terenów wiejskich do miast i za granicę, sprawiła, że kobiety muszą samodzielnie prowadzić gospodarstwa, opiekując się jednocześnie rodzinami – w tym osobami starszymi i dziećmi – które zostały na wsi. W wielu częściach Azji również kobiety zmuszone są do migracji do miast lub za granicę, gdzie często pracują w niestabilnych i niebezpiecznych warunkach.

Pułapki kredytowe, które pozbawiają państwa suwerenności

Polityka IMF i jego zabezpieczenia oparte są na liberalizacji, prywatyzacji i deregulacji, co skutkuje degradacją autonomii państw, ponieważ nie mogą one wypełniać swoich zadań dotyczących zapewnienia sprawiedliwości gospodarczej i dobrobytu obywateli. Klasycznym tego przykładem jest Indonezja, gdzie w tym tygodniu odbywa się doroczne spotkanie tych dwóch organizacji. Pomimo, że państwo to spłaca swoje długi, nadal poddawane jest presji, aby kontynuowało liberalizację handlu i nie ulega wątpliwości, że ta presja jest rezultatem neoliberalnej polityki harmonizacji prowadzonej przez IMF i WTO. Odkąd rząd Indonezji wprowadził wiele restrykcyjnych środków handlowych w celu ochrony sektora rolniczego, WTO konsekwentnie wydaje orzeczenia przeciwko temu państwu w sprawach dotyczących rozwiązywania sporów. Harmonizację w celu wymuszenia programu neoliberalnego widać również na przykładzie Timoru Wschodniego – warunkiem przyjęcia tego kraju do Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej jest zastosowanie się do zasad handlowych Światowej Organizacji Handlu.

Bank Światowy na podstawie swoich własnych danych przyznaje, że obecnie cztery na pięć z krajów o niskich dochodach dotkniętych jest kryzysem zadłużeniowym, a średnia światowa relacja długu do PKB pozostaje na poziomie 40%. W krajach takich jak Kenia wynosi aż 70%! ! 10 lat po globalnym kryzysie finansowym w 2008 roku świat jest bardziej zadłużony niż w roku 2009 – na 247 bilionów dolarów. Te długi szybko stają się pułapką bez wyjścia. Najnowszymi przykładami państw, które znalazły się w takiej „pułapce kredytowej” są: Argentyna, Kenia, Tunezja i Sri Lanka , gdzie rządom proponuje się linie kredytowe po nałożeniu surowych restrykcji na politykę fiskalną i monetarną – czyli po zamrożeniu inwestycji publicznych, aby umożliwić zwiększenie inwestycji prywatnych w projekty infrastrukturalne. Kraje-dłużnicy są również zmuszane do prywatyzacji usług publicznych, takich jak służba zdrowia, wodociągi i edukacja. IMF zmusił w tym roku Kenię do uchwalenia ustawy o finansach, która zwiększyła podatek od prawie wszystkiego, od paliw po przelewy internetowe. Miało to na celu dalszy zysk wierzycieli Kenii, którzy zarabiają na obsłudze zadłużenia tego kraju kosztem dobrobytu Kenijczyków. Powoduje to wzrost kosztów utrzymania dla zwykłych obywateli, szczególnie chłopów i robotników, podczas gdy w wielu częściach świata bezrobocie i deficyt godziwej pracy utrzymują się ciągle na wysokim poziomie. Bardzo niepokojąca jest duża liczba samobójstw wśród chłopów w kilku krajach, które w wielu przypadkach są bezpośrednią konsekwencją zadłużenia gospodarstw, wzrostu kosztów życia i utraty źródła utrzymania.

Mamy już dość Banku Światowego i IMF!

To właśnie w świetle przedstawionego powyżej ucisku – doświadczanego szczególnie przez chłopów, ludy tubylcze, rybaków i pracowników migrujących – my, członkowie La Via Campesiny, odrzucamy Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i inne międzynarodowe instytucje finansowe. Potępiamy ich politykę neoliberalizmu i hiper-globalizacji. Piętnujemy podejmowane przez finansistów z tych instytucji jawne i skryte próby zmierzające do rozmontowania demokratycznych procesów w naszych krajach, obalenia legalnych rządów i zagrożenia suwerenności żywnościowej naszych narodów. Domagamy się rozliczenia Banku Światowego i IMF i pociągnięcia tych instytucji do odpowiedzialności za ich przeszłe i obecne łamanie naszych praw, szczególnie dotyczących naszej żywności, ziemi, wody, naszych lasów, nasion i innych zasobów naturalnych.

Będziemy sprzeciwiać się tym usiłowaniom na naszych polach i ulicach, dopóki nie urzeczywistnimy świata wolnego od kontroli bankierów, opartego na zasadach solidarności i współpracy, świata, w którym respektuje się prawo społeczności do zdrowego i kulturowo odpowiedniego pożywienia, wytworzonego zrównoważonymi metodami, oraz ich prawo do określania własnych systemów żywnościowych i rolniczych.

Walczmy o Suwerenność Żywnościową w świecie wolnym od kontroli bankierów!
Bank Światowy i IMF, wynoście się!
Wyłączyć rolnictwo z umów o wolnym handlu!
Zglobalizujmy naszą walkę, zglobalizujmy nadzieję!

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

źródło: La Via Campesina

 

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

„Społeczeństwo przewodzi, gospodarka podąża. (Prze)twórzmy prawo i instytucje od nowa”.

Oto hasło LabGov – włoskiego laboratorium zarządzania, stojącego za mającą pionierski charakter inicjatywą Regulacji Bolońskiej, podręcznika współpracy sektora publicznego i społecznego w tym mieście.

Kati Van de Velde rozmawiała z twórcą LabGov, profesorem Christianem Iaione. Wraz ze swym zespołem pracuje on obecnie nad projektem „Bologna Co-City”, mającym na celu wdrożenie zasad Regulacji oraz rozwijanie idei współpracy na rzecz Bolonii.

Kati Van de Velde: Wszyscy znamy zapewne jakąś działającą w naszym otoczeniu inicjatywę z zakresu dóbr wspólnych – sama ich idea pozostaje jednak dość słabo rozpoznana. W jaki sposób można ją streścić?

Christian Iaione: W jaki sposób wytłumaczyć dobra wspólne „szaremu człowiekowi”, który zajmuje się głównie pracą, zarabianiem pieniędzy oraz ich wydawaniem po to, by móc żyć w obrębie obowiązujących dziś norm?

To dość proste – opierają się one bowiem na dwóch filarach. Po pierwsze mówimy o tworzeniu czegoś, co pozwala nam zaspokoić swoje indywidualne potrzeby, podtrzymać nas przy życiu i pozwolić rozwijać się nam dalej, akumulować zasoby i je wydawać w celu chociażby poprawy swojego statusu społecznego.

Drugim filarem jest wizja, w której państwo zaspokaja wszystkie nasze podstawowe potrzeby, takie jak transport czy infrastruktura (woda, energia elektryczna). Dla uzupełnienia krajobrazu wspomnieć możemy jeszcze o trzecim filarze, w którym jest miejsce na wolontariat, wzajemność czy aktywność społeczną.

Między tymi filarami znajdziemy złożoną sieć dóbr wspólnych. Ich natura nie jest jeszcze do końca zbadana. Podam przykład – zamiast iść do supermarketu i kupować tam żywność możemy zacząć uprawiać ją sami dzięki dostępowi do ogródka działkowego albo farmy na dachu jakiegoś budynku.

Zamiast polegać wyłącznie na podmiotach, których właściciel lub udziałowiec sprawują kontrolę nad środkami produkcji, możemy zarządzać jakimś fragmentem życia miejskiego czy produkować określone dobro we współpracy z innymi.

Działania te nie są ani publiczne, ani prywatne – nie przynależą też do szeroko pojętego sektora społecznego. Zamiast tego stanowią one nowy filar, który nazywamy dobrami wspólnymi.

Powinniśmy go traktować jako uzupełniający wobec tych poprzednio przeze mnie wspomnianych – ale też jako sposób na ich ponowne przemyślenie.

Przez długi czas sektor dóbr wspólnych uznawany był za coś marginalnego – sposób, w jaki małe społeczności zarządzają jakimś dobrem bez pomocy państwa czy rynku. Uznawane przez to było jako coś zastępującego te dwa sektory, co w wypadku niedużych, odizolowanych od świata populacji, takich jak niektóre społeczności wiejskie w Afryce, bywa zresztą prawdą.

Coraz częściej jesteśmy jednak świadkami ich rozwoju na obszarach miejskich, na których raczej uzupełniają sektor publiczny i prywatny zamiast je zastępować. Warto tu wspomnieć o ogródkach działkowych czy o przestrzeniach aktywności kulturalnej.

Zajmuję się obecnie pracą nad zdefiniowaniem tego, w jaki sposób inicjatywy tego typu będą mogły stać się w przyszłości sposobem na unowocześnienie, poprawę funkcjonowania oraz zmienianie na lepsze państwa i rynku.

Dobra wspólne mogą być przestrzenią eksperymentów, w której rodzą się nowe instytucje oraz modele biznesowe, opierające się na współdziałaniu, dzieleniu się, wzmacnianiu pozycji uczestników oraz koordynacji podejmowanych przez nich działań.

W jaki sposób zaangażowałeś się w dobra wspólne?

10 lat temu zajmowałem się zagadnieniem regulacji dotyczących zmian klimatu w kontekście polityki lokalnej. Zastanawiałem się wówczas nad tym, czy możliwe jest poradzenie sobie z tym problemem poprzez oddolne działania, realizowane na poziomie miejskim.

Swoje badania zacząłem od przykładu związanego z miejską mobilnością, środkami oraz systemami komunikacji. Skończyło się na analizie zjawisk, które dziś określane są mianem dóbr wspólnych oraz ekonomią (współ)dzielenia.

Wniosek, który zawarłem w materiale „Tragedia miejskich ulic”, ma dwojaki charakter.

Z jednej strony stwierdziłem, że miasta powinny w przyszłości inwestować więcej w tworzenie możliwości dzielenia się środkami komunikacji. Z drugiej strony należy wspomnieć, że odpowiednie regulacje mogą przyczyniać się do zmiany zachowań jednostek, skłaniając je do postawienia na bardziej korzystne ekonomicznie i ekologicznie rozwiązania transportowe.

Ponad 10 lat temu zdołałem zauważyć, że 2/3 emisji gazów cieplarnianych brało się z sektora transportowego oraz z konsumpcji prywatnej. Uznałem, że musimy rzucić okiem na coś, co laureatka nagrody Nobla z ekonomii, Elinor Ostrom, określiła w latach 90. XX wieku jako „zarządzanie dobrami wspólnymi”.

Każda i każdy z nas powinien być częścią zakorzenionego w lokalności, a zarazem obowiązującego na globalną skalę reżimu regulacyjnego, w którym wszyscy jesteśmy częścią rozwiązania problemów – a nie jedynie częścią problemu.

„Wspólnicy” (commoners) mogą zmieniać swoje nawyki, przerzucając się z posiadania własnego auta do dzielenia się nim, podejmując próby oszczędzania wody i energii, przyczyniające się do zmniejszenia poziomów emisji – i tak dalej.

Potrzebne jest nam zindywidualizowane, skupione na aspekcie obywatelskim podejście regulacyjne, którego fundamentem będzie współpraca i dzielenie się ze sobą.

To właśnie wtedy zacząłem badać dobra wspólne oraz sposoby organizacji władzy – w szczególności zaś mechanizmy rządzenia powiązane z dobrami wspólnymi.

Współtworzyłeś „Regulację Bolońską dotyczącą ochrony i odnowy dóbr wspólnych”(1). Jak, po dwóch latach od czasu jej wprowadzenia, oceniasz jej efekty?

W Bolonii mamy dziś do czynienia z przeszło 200 projektami czy umowami na rzecz współpracy, opracowanymi na bazie wspomnianej regulacji. Ludzie postrzegają ją jako narzędzie, umożliwiające im działanie – zarówno na poziomie indywidualnym, jak i grupowym, formalnym i nieformalnym.

Stawia sobie również za cel możliwie jak najszersze zaangażowanie organizacji społeczeństwa obywatelskiego, niesłusznie widzących w niej sposób na ich ominięcie.

Bolonia dąży do wcielenia w życie zapisów, mówiących o przechodzeniu od samego dzielenia się do szerokiej kultury współpracy oraz o odchodzeniu od codziennych, niezrównoważonych praktyk w stronę przemyślanych ekonomicznie, niezależnych i samodzielnych projektów gospodarczych.

Zauważyliśmy, że ważną kwestią jest tu podkreślanie ekosystemowego charakteru dóbr wspólnych i zarządzania nimi – wizji, która może stanowić również sposób projektowania innych polityk publicznych.

Jedną z nich jest Incredibol, czyli projekt rozwoju innowacji w Bolonii. Polega on na tworzeniu przestrzeni kreatywnych, mających więcej wspólnego z modelem start-upowym niż model z Regulacji Bolońskiej.

Obecnie staramy się połączyć te dwie polityki. Za pomocą Incredibola na przykład udało się nam odnowić jeden z miejskich parków, Le Serre dei Giardini Margherita, w którym pojawił się żłobek, restauracja oraz przestrzeń co-workingowa.

Inną taką przestrzenią, o której często wspominam, jest Dynamo. To dawna zajezdnia autobusowa, którą zmieniliśmy w warsztat naprawczy oraz centrum promocji zrównoważonej mobilności i dzielenia się rowerami.

Część pracujących tam osób zajmuje się ponownym wykorzystaniem odzieży, tworzeniem „biblioteki rzeczy” albo pielęgnacją okolicznych parków. Inni skupiają się na integracji imigrantów oraz osób o niskich dochodach poprzez ich zaangażowanie w troskę o miasto, współtworzenie innowacji społecznych oraz udział w ekonomii współpracy.

Warto również wspomnieć o przestrzeniach FabLabowych, takich jak „Make in BO” na Piazza dei Colori, ogrodnictwie społecznościowym czy miejskim rolnictwie… Sporo udało się zrobić również w kwestii społecznej odnowy historycznych budynków w centrum miasta, a także w zakresie odświeżenia opustoszałych budynków i przestrzeni publicznych.

Obserwujemy również powstawanie grup „miejskich twórców” opiekujących się jego przestrzenią – i mających do tego święte prawo, jako że są one praktycznym narzędziem kontrolowania sytuacji w sposób bardziej efektywny niż poprzez służby porządkowe, nakazy czy strategie, ograniczające się do zaspokajania potrzeb przez instytucje publiczne.

Wspomniane przeze mnie przykłady mogą stać się zarzewiem ogólnoeuropejskiego ruchu – podobne procesy mają bowiem miejsce w wielu miastach na kontynencie, co najlepiej ilustruje projekt Cities in Transition.

Miejskie dobra wspólne są dla mnie najważniejszym narzędziem społecznej, gospodarczej oraz instytucjonalnej transformacji naszych miast.

Wspomniałeś o projekcie, mających na celu integrację imigrantów. Mamy dziś do czynienia z szeregiem odcieni wykluczenia społecznego. W jaki sposób dobra wspólne mogą stanowić odpowiedź na te wyzwania?

To istotne sprawy. Musimy udowodnić, że dobra wspólne mogą stanowić narzędzie osiągnięcia sprawiedliwości w naszych miastach. Obserwujemy dziś wciąż niedostateczną różnorodność osób, zaangażowanych w „uwspólnianie” (commoning).

Musimy zatem znaleźć sposoby na to, by włączyć w te procesy osoby takie jak imigrantki czy uchodźcy. Jest to szczególnie ważne na przedmieściach, gdzie mamy do czynienia ze zgrupowaniem w jednym miejscu osób o niskich dochodach (szczególnie w mieszkaniach komunalnych), imigrantów (którzy zdążyli się już na trwałe wpisać w miejski krajobraz) czy osób migrujących (które dopiero co tu trafiły i być może planują ruszyć w dalszą wędrówkę). Musimy pomyśleć, czy i w jaki sposób dobra wspólne mogą odpowiadać na ich potrzeby.

Aktualnie przeprowadzam eksperyment na bolońskim Piazza dei Colori (Placu Kolorów). Znajduje się tam sporo mieszkań komunalnych, które w 60% zamieszkiwane są przez przebywających tu legalnie obcokrajowców.

Niedaleko stamtąd znajdziemy jednak ośrodek dla migrantów, do którego przybywają obecnie uchodźcy z Afryki oraz Bliskiego Wschodu. Przebywają tam do trzech miesięcy, po czym są przenoszeni do innych rejonów miasta oraz innych miast w regionie. W okolicy działa również FabLab oraz sieć przestrzeni kulturalnych i kreatywnych, a także jedno z lokalnych porozumień na rzecz współpracy.

Projekt Co-Bologna zajmuje się aktualnie wykorzystywaniem zarówno idei Incredibol, jak i Regulacji Bolońskiej do włączania migrantów, osób zamieszkujących mieszkania komunalne oraz ośrodek dla uchodźców w tworzenie dzielnicy ekonomii (współ)dzielenia, w której – dzięki nowemu porozumieniu na rzecz współpracy – będą mogli zarządzać przestrzenią publiczną. Będą również mogli wykorzystywać możliwości FabLabu na potrzeby własnej produkcji.

Jak zatem widać dobra wspólne, stawiające w centrum działania kreowanie wartości oraz więzi społecznych, mogą być sposobem na stworzenie podzielanego przez osoby uczestniczące w projektach tego typu zestawu wartości, co ma istotne znaczenie w obliczu jego rosnącego zróżnicowania, szczególnie na obszarach miejskich.

Uważam, że w dobrach wspólnych chodzi bardziej o proces społeczny niż o same jego rezultaty. Nie działają one tak, jak państwo czy rynek z ich formalnymi regułami oraz zorganizowanymi strukturami.

Przez większość czasu kluczową ich charakterystyką jest współistnienie ze sobą norm społecznych i nieformalnej struktury, otwartej na zmiany i działającej w intuicyjny sposób. Mają bardzo organiczny charakter i zmieniają się wraz z upływem czasu. Coś, co może pasować do jakiegoś kontekstu nie musi sprawdzać się w innym. To bardzo ważne, by mieć w tyle głowy rolę tak zarysowanej różnorodności.

Koordynujesz Laboratorium Zarządzania Dobrami Wspólnymi (LabGov)(2). Co, jako ekspert, możesz poradzić innym miastom, zainteresowanym tym tematem?

LabGov stanowi pierwszy krok na drodze do wdrożenia idei Współ-miasta (Co-City), które musi powstać na bazie lokalnych instytucji wiedzy i we współpracy z władzami miasta oraz praktykami dóbr wspólnych.

Proces ten musi być czymś kreatywnym i zaprojektowanym tak, by inicjować dyskusje nad znaczeniem dóbr wspólnych dla danego miasta oraz punktem wyjścia do ich rozwijania. Coś, co przynależy do dóbr wspólnych w Gandawie nie musi nimi być w Bolonii – to wszak lokalna społeczność, „wspólnicy”, mają sami decydować o tym, który plac, park, ulica czy opuszczony budynek powinien stać się takim dobrem.

Kiedy już dojdzie do porozumienia w tej kwestii należy zacząć proces mapowania miejskich instytucji dóbr wspólnych – w naszej okolicy mogą już bowiem być realizowane pozytywne przykłady oraz działać zajmujące się tym tematem grupy, które nie wiedzą o swoim istnieniu.

Możesz zdecydować na przykład, że dobrem wspólnym dla Gandawy powinna być żywność.

Już dziś mogą tam działać projekty, ludzie czy stowarzyszenia, które może nie mówią o sobie w tym języku, ale już dziś realizują założenia dóbr wspólnych w praktyce, stanowiąc społeczność, która opiera się na współpracy, dobrowolnej, otwartej i niehierarchicznym formie produkcji oraz współdziałaniu z innymi inicjatywami w celu osiągnięcia pozytywnych efektów dla miasta, w którym funkcjonują.

Musisz zatem ruszyć w teren, porozmawiać z nimi i zaprosić do bycia częścią eksperymentu, mającego na celu stworzenie wspólnymi siłami narzędzi do zarządzania dobrami wspólnymi.

Potem następuje czas na stworzenie prototypu modelu zarządzania. Może on przyjąć formę regulacji, instytucji publicznej albo przedsięwzięcia biznesowego. Nie musi być on prawem – może również przyjąć formę norm społecznych, dotyczących chociażby reguł użytkowania.

Kluczowe jest tu wspólne testowanie pomysłu, a następnie jego ewaluacja, która może skończyć się przekształceniem prototypu w zasadę zarządzania. Koniec końców liczy się również kwestia zbadania skutków jej wprowadzenia. Tak właśnie idea współ-miasta wygląda w praktyce.

Artykuł „The City as a Commons” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłum. Bartłomiej Kozek

Zdj. Vanni Lazzari na licencji CC BY-SA 4.0

Przypisy:

(1) Innowacyjne podejście, uznające miasto za zbiorowo tworzony ekosystem społeczny, w którym współpraca oraz inicjatywy obywatelskie są uznawane za wartościowe oraz aktywnie wspierane przez władze.

(2) Przestrzeń eksperymentów, w której studenci, naukowcy, eksperci oraz aktywiści dyskutują nad przyszłym kształtem instytucji społecznych, ekonomicznych i prawnych. LabGov rozwijał opartą na eksperymentach oraz analizie przykładów ze świata inicjatywę Co-Cities, mającą na celu stworzenie miasta przyszłości, opierającego swoje działanie na zarządzaniu dobrami wspólnymi, kooperatywnym trybie użytkowania terenu, innowacjach społecznych oraz ekonomii (współ)dzielenia. LabGov stawia na naukę poprzez praktykę (learning-by-doing).

Małe i średnie miasta mogą być kluczem dla przełamania konserwatywnej hegemonii w Polsce – by tak jednak się stało potrzebne jest systemowe podejście do ich rozwoju.

Deglomeracja bywa popularnym tematem tak po lewej, jak i po prawej stronie sceny politycznej. Stanowić może naturalną reakcję na zapisany na kartach pierwszej edycji dokumentu strategicznego ekipy Donalda Tuska „Polska 2030” model polaryzacyjno-dyfuzyjny. W dużym skrócie zakładał on skupianie rozwoju kraju na największych aglomeracjach, z którego korzyści miały niejako naturalnie skapywać na resztę kraju.

Z punktu widzenia dynamiki politycznej nie miało już potem większego znaczenia, że w kolejnej edycji strategii model ten uległ pewnemu rozwodnieniu, a więcej miejsca zajęły kwestie zapewnienia bardziej zrównoważonego terytorialnie rozwoju kraju.

Mleko się rozlało, a „model polaryzacyjno-dyfuzyjny” zaczął być przez Prawo i Sprawiedliwość odmieniany przez przypadki jako ostateczny dowód na niewrażliwość społeczną Platformy Obywatelskiej.

Barwy kampanii

Małe i średnie ośrodki miejskie tymczasem – jak wskazywał chociażby Lech Mergler na łamach „Zielonych Wiadomości” – zamieszkuje w sumie znacznie więcej ludzi niż największe polskie metropolie.

Można powiedzieć, że mogą one być naszym odpowiednikiem amerykańskich „stanów wahadłowych” (swing states), nieprzypisanych na stałe tej czy innej partii.

Potrafią być wręcz miernikiem skali jej aktualnego tryumfu – dla przykładu znajdujący się na Podkarpaciu i tym samym uważany za bastion PiS Przemyśl w roku 2010 w wyborach prezydenckich postawił w II turze na Bronisława Komorowskiego, nie zaś Lecha Kaczyńskiego.

Z drugiej strony fakt, że partia Kaczyńskiego może dziś w ogóle myśleć o podjęciu realistycznych prób zdobycia urzędów prezydenckich w dużych miastach wydatnie ułatwia im zdobycie pierwszego miejsca w wyborach parlamentarnych w roku 2015 w 14 z 16 województw – w tym tych, uznawanych za dotychczasowe bastiony Platformy.

Przestrzenie nadziei?

Jeśli zatem kiedykolwiek miałoby dojść do odnowy obozu lewicowo-progresywnego w Polsce i zapuszczenia przezeń mocnych korzeni w rodzimym systemie politycznym, wówczas małe i średnie miasta stanowią istotną część wyborczej układanki.

Niestety, jak do tej pory brak było spójnej, przekonującej opowieści o włączaniu ich w główny nurt rozwoju kraju za pomocą środków innych niż te unijne.

Fakt ten dostrzegać zdaje się rząd Prawa i Sprawiedliwości, starając się – między innymi poprzez dedykowany im Pakiet dla miast średnich, lokalizowanie tam inwestycji w ramach Mieszkania+ czy ograniczenie do nich części działań na rzecz poprawy jakości powietrza – zachować tamtejszy elektorat przy sobie.

Czy jego odbicie jest realne? Jaką ofertę polityczną, skrojoną pod ich specyficzne potrzeby, powinno się zaproponować?

By odpowiedzieć na to pytanie, należałoby wpierw poznać najważniejsze trendy kształtujące ich pozycję w polskim systemie osadniczym i sprawdzić, w jaki sposób możliwe jest zminimalizowanie tych negatywnych – i wzmocnienie pozytywnych.

Mapa upadku

Na pomoc rusza nam (rzecz jasna z nieco innym pierwotnym zamiarem) publikacja krakowskiego, konserwatywnego think tanku Klub Jagielloński. „Polska średnich miast” Przemysława Śleszyńskiego to niezwykle merytoryczna panorama polskich miast, kreśląca ich dzieje i wskazująca na źródła obecnych problemów „średniaków” – szczególnie byłych miast wojewódzkich, które po reformie administracyjnej rządu Jerzego Buźka utraciły swoje, nie tylko symboliczne, znaczenie.

Choć rzecz jasna historia ta nie dotyczy każdego miasta, które nie jest dziś stolicą województwa, to jednak daje się wyciągnąć pewne ogólne trendy. Niedawne badanie naukowców z Polskiej Akademii Nauk wskazało na istnienie sporej grupy miast, zagrożonych utratą najważniejszych funkcji społecznych.

Zasoby ekonomiczne, coraz bardziej skoncentrowane w największych ośrodkach, przyczyniają się do podtrzymania zjawiska istnienia wewnątrzkrajowymi peryferii – nie tylko górskich obszarów Karpat, ale często gmin i powiatów, leżących na obrzeżach poszczególnych województw.

To problem szczególnie mocno widoczny na północnym wschodzie kraju – Mazowszu, Lubelszczyźnie, Podlasiu oraz Warmii i Mazurach, ale też na Pomorzu Zachodnim.

Śleszyński ostrzega – ze zjawiskiem tym nie ma już żartów. Sytuacja miast, takich jak Suwałki, Łomża czy Zamość (na zdj. Fragment okładki raportu) nie jest godna pozazdroszczenia. Podlasie, Podkarpacie czy Opolszczyzna były rejonami o szczególnie silnej emigracji, która podcięła szansę rozwojowe już nie tylko mniejszych miast tych województw, ale nawet ich stolic.

Ludność miast powiatowych grodzkich do roku 2050 spaść może o niemal 1/4. To ubytki, których może nie być w stanie zapełnić nawet szeroka imigracja.

Odwrócić degradację

Wszystko to w sytuacji, w której Polska, obok Niemiec i Włoch, uznawana jest za kraj o jednej z najbardziej policentrycznych sieci osadniczych w Europie.

Choć Warszawa zdaje się koncentrować sporą część aktywności gospodarczej, a wespół (i czasem w rywalizacji) z Krakowem dominować w krajobrazie kulturowym, to jej cień nad resztą kraju jest mimo wszystko mniejszy, niż dajmy na to Londynu nad Wielką Brytanią czy Budapesztu nad Węgrami.

W tej sytuacji degradacja tak dużej ilości małych i średnich miast, dziejąca się na naszych oczach (przykrywana nieco funduszami europejskimi) wydaje się marnotrawieniem ich potencjału.

By na nowo mogły one rozwinąć skrzydła potrzebna jest mądra, aktywna polityka publiczna – w przeciwnym wypadku trudno będzie zahamować odpływ ludności w wieku produkcyjnym zagranicę, do większych ośrodków i na przedmieścia, co drenuje miejskie budżety i zwiększa koszty świadczenia usług publicznych.

Zdaniem Śleszyńskiego proces ten zaszedł tak daleko, że wymusi on wręcz zmiany na mapie administracyjnej kraju.

Jego zdaniem w najbliższych latach możliwe będą dwa scenariusze – bądź to zmniejszenie ilości województw do 12-14, bądź też zwiększenie do 18-25 przy jednoczesnej likwidacji powiatów.

Zmiany demograficzne – niezależnie od scenariusza – wymuszać będą podjęcie działań, sprzyjających konsolidacji mniejszych jednostek samorządu terytorialnego, nawet do poziomu 100-150 powiatów.

Ciąć, żeby rosło?

Jak zatem odpowiedzieć na tak zarysowane wyzwania? Jedna z odpowiedzi jest dobrze znana – to przenoszenie publicznych instytucji i urzędów poza Warszawę.

Stolica Polski już dziś dysponować ma dostateczną ilością wehikułów rozwoju, tymczasem dla mniejszych ośrodków nawet pojedynczy urząd może wydatnie poprawić stan lokalnego rynku pracy, podnieść prestiż oraz umożliwić zatrzymanie choć części młodych, dobrze wykształconych mieszkanek i mieszkańców.

Tego typu przenosiny można zresztą realizować również na niższych szczeblach. W wypadku zwiększenia ilości województw możliwe byłoby na przykład zwiększenie ilości regionów o dwóch stolicach, analogicznie do dzisiejszych układów Bydgoszcz-Toruń czy Gorzów Wielkopolski-Zielona Góra.

Rozwiązanie takie mogłoby zdaniem autora „Polski średnich miast” dotyczyć np. Płocka i Włocławka czy Nowego Sącza i Tarnowa. Możliwe byłyby nawet bardziej złożone rozwiązania, takie jak województwo środkowopomorskie z trzema wiodącymi ośrodkami (Koszalin-Słupsk-Kołobrzeg).

Wszystkie wspomniane powyżej punkty mają być zaproszeniem do dyskusji. Nie wszystkie łatwo przyjąć bez chęci polemiki – tak jak w wypadku postulatu silnego podziału na raptem kilka uczelni wiodących w skali całego kraju.

W wypadku przyjęcia takiego scenariusza (dyskutowanego zresztą przy okazji niedawnej reformy Gowina) wybór „prymusów” – których byłoby zapewne mniej niż obecnych stolic województw – może w niedostateczny sposób uwzględniać negatywne skutki zmniejszenia znaczenia (i zapewne również finansowania) dotkniętych uczelni, zmniejszającego ich potencjał do kształcenia lokalnych kadr.

Wyzwanie na lata

Mimo tego faktu nie da się ukryć, że solidnie przygotowany raport stanowi bazę do dyskusji ponad podziałami na temat kształtu rozwoju przestrzennego naszego kraju.

Deglomeracja została uznana przez Klub Jagielloński za jeden z tematów, który zdaniem krakowskich konserwatystów idealnie nadaje do poszukiwania punktów wspólnych między prawicą a lewicą.

Strona progresywna mogłaby do listy postencjalnych rozwiązań dorzucić stawianie na lokalne rozwiązania ekologiczne – od termorenowacji po OZE – zapewniające powstawanie lokalnych miejsc pracy i tworzące popyt, który mogą zaspokajać lokalni przedsiębiorcy.

Stawianie na transport publiczny dałoby z kolei szanse zarówno na rozwijanie rodzimej innowacyjności w zakładach produkcyjnych, jak i walkę z negatywnymi zjawiskami, takimi jak wykluczenie komunikacyjne dotykające olbrzymie połacie kraju.

Jedno jest pewne – raport „Polska średnich miast” stanowi dobry punkt wyjścia do dalszy dyskusji. Dyskusji, które w najbliższej kadencji samorządu, powoli szykującego się już do przykręconego kurka ze środkami unijnymi, bardzo by się przydały.

Zielone Wiadomości rozmawiają z Dagmarą Misztelą, współprzewodniczącą koła warszawskiego Partii Zieloni oraz kandydatką komitetu Wygra Warszawa do Rady Miasta w okręgu Ursynów-Wilanów o stołecznej sieci ciepłowniczej.
Czy jesienią czekają nas podwyżki cen ciepła?

Dagmara Misztela: Najnowsza podwyżka weszła w życie 1 września, ale została zakomunikowana odbiorcom już po tej dacie. Taki sposób informowania warszawiaków jest skandaliczny, chociaż sama podwyżka nie jest znaczna. W tym sezonie za ciepło zapłacimy ok. 1,5% więcej. Największe podwyżki cen ciepła wprowadzono w ciągu pierwszych 2 lat po prywatyzacji Stołecznego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej (SPEC) w 2011 r. Ceny wzrosły wówczas o ok. 20%.

W latach 90. przedstawiano prywatyzację jako sposób na pozyskanie kapitału i poprawę jakości zarządzania. Czy takie były skutki sprzedaży SPEC-u francuskiej firmie?

Po sprzedaży SPEC-u nabywca (wówczas Dalkia) rozpoczął restrukturyzację. Zaczęto od zlikwidowania Ośrodka Badawczo-Rozwojowego – jednostki odpowiedzialnej za testowanie i wdrażanie nowych rozwiązań i innowacji. Była to jedna z nielicznych takich jednostek w Europie. Trzeba pamiętać, że warszawska sieć ciepłownicza należy do największych w Europie.

Równolegle zwalniano pracowników, a przedsiębiorstwo przestawiono na system outsourcingu. W ciągu dwóch lat pozwoliło to na sprzedaż większości nieruchomości wykorzystywanych wcześniej jako zaplecze techniczne oraz na cele biurowe. Część biur przeniesiono do wynajmowanej przestrzeni w nowych biurowcach innego francuskiego koncernu. Mimo że oficjalnie nieruchomości były przeznaczone pod infrastrukturę komunalną, to ich nabywcy prawie automatycznie dostawali w urzędzie miasta decyzje o przekształceniu na cele zabudowy mieszkaniowej i usługowej. Dzięki temu Dalkia osiągnęła ogromne zyski, zaś odbiorcy ciepła stracili podwójnie.

Dlaczego?

Zyski ze sprzedaży nieruchomości nie były wliczane do zysków z dostarczania ciepła, natomiast wynajem powierzchni biurowej zwiększał koszty dostaw ciepła. Trudno oszacować, o jaki majątek chodziło, bo dane z transakcji sprzedaży nieruchomości nie są jawne. Po operacji sprzedaży nieruchomości pozostała część majątku przedsiębiorstwa została odsprzedana innemu francuskiemu koncernowi z tej samej grupy kapitałowej – Veolii.

Wszystkie konsekwencje prywatyzacji ponoszą warszawianki i warszawiacy. Mieszkańcy budynków podłączonych do sieci płacą za ogrzewanie więcej niż to konieczne, a zyski z przesyłu ciepła, zamiast jak dawniej zasilać miejską kasę, transferowane są za granicę. Inni z kolei latami bezskutecznie czekają na podłączenie do sieci. Najwięcej takich budynków jest na Pradze. Cześć z nich została wyposażona w instalacje c.o. z grzejnikami, ale nie zostały podłączone do sieci, więc ich mieszkańcy nadal skazani są na bardzo drogie ogrzewanie elektryczne. Przez to wpadają w spiralę zadłużenia.

Czy dobrze rozumiem, że właściciel sieci stanowiącej naturalny monopol nie jest zobowiązany do podłączania nowych budynków?!

Niestety, sprzedając sieć, miasto nie zagwarantowało sobie w umowie żadnych mechanizmów, które pozwoliłyby kształtować przyszłe inwestycje, głównie rozbudowę sieci. Koszty tej lekkomyślności ponoszą mieszkańcy.

To może chociaż poprawiła się jakość usług?

Gdy miasto było właścicielem sieci i części kotłowni, było oczywiste, że zapewnienie dostawy ciepła do budynków stanowi jedno z jego zadań. Przy czym założeniem było, aby ciepło było jak najtańsze, a sposób jego wytwarzania jak najmniej szkodliwy dla środowiska i ludzi. Poza tym plany rozbudowy sieci były ściśle powiązane z planami rozbudowy miasta. Dewastacja struktury przedsiębiorstwa wskutek prywatyzacji powoduje coraz większe problemy z eksploatacją węzłów ciepłowniczych. Odbiorcy nie mają bezpośredniego kontaktu z pracownikami, bo tych po prostu nie ma. Na usuwanie najprostszych awarii często czeka się wiele dni.

Mleko się rozlało, ale czy te szkody można naprawić?

Jeśli komitet Wygra Warszawa będzie miał wpływ na władzę w mieście, doprowadzimy do renegocjacji umowy z właścicielem sieci, a jeśli rozmowy będą niezadowalające – do jej rekomunalizacji.

Brzmi ambitnie, ale czy to jest wykonalne?
W Europie Zachodniej, od Grenoble i Turynu po Berlin i Hamburg, obywatelki i obywatele skutecznie domagają się odzyskania przez swoje miasta kontroli nad sprywatyzowanymi w latach 90. usługami komunalnymi – sieciami energetycznymi, ciepłem, wodociągami. To smutny paradoks, że w momencie, gdy Platforma Obywatelska decydowała o prywatyzacji ciepła w Warszawie, w Europie Zachodniej tendencja była już odwrotna, bo efekty prywatyzacji mieszkańcy zdążyli poznać na własnej skórze.
Chodzi o to, że powrót ciepła w ręce miasta pozwoliłby cofnąć niekorzystne zmiany?

Tak, ale nie tylko o to. Przyszłością miast jest samowystarczalność energetyczna. Miasto powinno aktywnie inwestować w zmniejszanie zapotrzebowania na energię i dbać o to, by pochodziła ona z zielonych źródeł: słońca i wiatru. W Europie coraz więcej miast, małych i dużych, wdraża programy samowystarczalności energetycznej. Warszawę też stać na taki program!

To brzmi jak zadanie na lata…

Przede wszystkim należy zaopatrzyć budynki miejskie w instalacje fotowoltaiczne. Szkoły i przedszkola idealnie się do tego nadają, jednak ze względu na konstrukcję budżetów dla dzielnic takie inwestycje są dziś nieopłacalne, dlatego praktycznie w Warszawie się ich nie robi. Powinniśmy zacząć wykorzystywać przeznaczone na ten cel środki unijne. Taki program mógłby być zrealizowany w ciągu najbliższych 5 lat. Samowystarczalność energetyczna miasta to proces, który mógłby się zadziać w ciągu najbliższych 20-30 lat. W tym roku Paryż przyjął taki cel, wyznaczając datę 2050.

Rolnictwo przemysłowe i korporacyjny system żywnościowy są jedną z głównych przyczyn kryzysu klimatycznego i nie mogą być ignorowane podczas dyskusji o ścieżkach ku ograniczeniu globalnego ocieplenia klimatu do nie więcej niż 1,5 ° C.

Według IPCC (2014), rolnictwo i zmiany sposobu użytkowania gruntów są odpowiedzialne za około 25% światowych emisji gazów cieplarnianych (GHG). Jednak zamiast podjąć natychmiastowe, dalekosiężne działania, by dokonać fundamentalnej zmiany, rządy i korporacje promują rynki emisji związków węgla, geoinżynierię i rozwiązania technologiczne, które jak twierdzą, są „potrójnym zwycięstwem” dla zrównoważenia, rozwoju i sprawiedliwości.

Handel emisjami CO², organizmy modyfikowane genetycznie (GMO), REDD+, rolnictwo przyjazne dla klimatu i geoinżynieria są kapitalistycznymi próbami zdominowania i instrumentalizacji natury w służbie stale powiększających się zysków. Te oparte na rynku „fałszywe rozwiązania” zostały zaprojektowane w celu akumulacji kapitału, a nie dla poradzenia sobie z kryzysem klimatycznym.

Jako światowy ruch chłopski, La Via Campesina znajduje się na pierwszej linii klimatycznej katastrofy. Z naszej perspektywy, powstrzymanie klimatycznej katastrofy wymaga systemowej zmiany zmierzającej do wykorzenienia podstawowej przyczyny kryzysu – systemu kapitalistycznego.

Publikacja „La Via Campesina w działaniu na rzecz sprawiedliwości klimatycznej”, przygotowana przez La Via Campesinę i zredagowana przez Fundację Heinricha Bölla, jest jednym z rozdziałów nowego wydawnictwa Fundacji, zatytułowanego „Radykalny realizm na rzecz sprawiedliwości klimatycznej”, i przedstawia kluczowe aspekty zmiany systemu w odniesieniu do rolnictwa oraz pokazuje konkretne przykłady zorganizowanego oporu i alternatyw, które sprawiają, że zmiana ta następuje.

Publikacja „La Via Campesina w działaniu na rzecz sprawiedliwości klimatycznej” do pobrania w formacie pdf (jęz. angielski)

Cała publikacja „Radykalny realizm na rzecz sprawiedliwości klimatycznej”

źródło: La Via Campesina

 

 

 

„My, Polacy uwielbiamy narzekać”. Narzekamy na niskie zarobki, na dziury w drogach i korki na drogach, na sąsiadów, na głupie przepisy, na służbę zdrowia, na współmałżonka, na obyczaje młodzieży, a nawet na Bogu ducha winną pogodę.

W szczególności lubimy narzekać na polityków. W ogóle wspólne narzekanie pozwala przełamać pierwsze lody lub względnie komfortowo spędzić czas z innymi ludźmi niczym wspólne wyjście na papierosa. (W odróżnieniu od palenia, podkreślmy dla porządku, nie wykazano, aby powodowało raka i choroby serca.) Zdarza się wręcz słyszeć, że narzekanie to „narodowy sport” Polaków.

Do zjawisk, na które Polacy lubią narzekać, zalicza się też osobliwie samo narzekanie. Jak w starożytnym paradoksie kłamcy: gdy Kreteńczyk mówi, że wszyscy Kreteńczycy kłamią, to kłamie czy też właśnie mówi prawdę? A gdy Polak – lub Polka – narzeka, że Polacy narzekają, to czy w ten sposób wypisuje się z narodowej kultury narzekania czy przeciwnie, właśnie pokazuje się jako jej nieodrodny syn tudzież córka?

Doświadczenie uczy, że nie wszystkim narzekającym na narzekanie chodzi o to samo. Niektórym przeszkadza to, że Polacy „tylko narzekają”. Narzekają i nic z tego nie wynika. Skarżą się, na przykład, że politycy kradną i oszukują, a potem wybierają tych samych zgranych cwaniaków, zamiast dać szansę nowym. Nie mogą pogodzić się z tym, że mają przed domem dziurawy chodnik, ale nie zbiorą się w kupę, by napisać w tej sprawie petycję czy choćby pismo do urzędu. Pogadają, poskarżą się i wrócą do swoich zajęć.

Innym jednak przeszkadza to, że Polacy ciągle narzekają, bo „po co w ogóle narzekać”. Zawsze są przecież jakieś problemy, ale przede wszystkim to Polacy są problemem, bo uwielbiają narzekać. A wręcz, jak nie ma problemu, to go sobie wymyślą, żeby mieć do narzekania temat. W takim narzekaniu na narzekanie zawarta jest myśl, że problemy, na które narzekają ci inni, są w istocie nieważne. Naprawdę nie jest tak źle, ale przecież trzeba o czymś rozmawiać.

Przyznam, że ta druga szkoła narzekania na narzekanie jest mi obca. Kiedy ktoś na coś narzeka, to może niekoniecznie ma rację, ale zawsze warto go lub jej wysłuchać. A nuż wskazuje na jakiś realny problem, wyzwanie, bolączkę? Przyglądając się temu, dajemy sobie szansę, by jakiś kawałek rzeczywistości poprawić.

Przyczyną smogu jest niska efektywność energetyczna budynków i wynikające z niej ubóstwo energetyczne. Pozbawia ono środków na inwestycje termomodernizacyjne zmuszając do poszukiwań najtańszego paliwa. Sposobem na likwidację jego przyczyn jest więc wzrost efektywności energetycznej. Do sukcesu wymaga ona jednak wzrostu świadomości energetycznej społeczeństwa.

Łukasz Nowak: Zwiększanie efektywności energetycznej niczym w soczewce skupia w sobie kwestie środowiskowe i ekonomiczne. Stanowi również istotny element walki ze zmianami klimatu. W jaki sposób w soczewce tej odbijają się kwestie związane z polityką energetyczną?

Dr Ludomir Duda: Na wysoką efektywność energetyczną składają się dwie składowe. Pierwszą z nich jest szeroko rozumiana technika i technologia, drugą zaś wspomniana już świadomość energetyczna warunkująca dojrzałość zachowań użytkowników. O ile wpływ technologii na zużycie energii jest łatwy do oceny a większość dostępnych na rynku urządzeń (w tym budynków) zaopatrzona jest w stosowne certyfikaty określające klasę energetyczną, o tyle już wpływ sposobu użytkowania na rzeczywiste zapotrzebowanie na energię nie jest tak oczywisty.

Najwięcej doświadczeń w tym zakresie ma przemysł samochodowy. Praktycznie każdy użytkownik własnych czterech kółek wie, ile paliwa zużywa jego pojazd na 100 km przebytej trasy. Wiele nowych samochodów wyposażonych jest w liczniki chwilowego zużycia paliwa. Jak pokazuje praktyka urządzenia takie w znakomity sposób modyfikują nasz sposób prowadzenia samochodu przyczyniając się do znacznego zmniejszenia zapotrzebowania na paliwo. Równocześnie jednak świadomość energetyczna użytkowników budynków jest zaskakująco niska.

Z moich obserwacji wynika, że znikomy ułamek procenta opłacających rachunki za ogrzewanie wie jakie jest zapotrzebowanie na energię końcową w budynku – nawet wtedy, gdy ma on Świadectwo Charakterystyki Energetycznej.

Praktycznie zaś nikt nie konfrontuje rzeczywistego zużycia energii z tym dokumentem. Mało który użytkownik budynku ma świadomość wpływu swoich zachowań związanych z sposobem wietrzenia pomieszczeń czy utrzymywaną temperaturą a wysokością rachunku za ogrzewanie. A wpływ ten jest ogromny!

Należy zatem jednoznacznie stwierdzić, że technologia, nawet ta najnowocześniejsza, sama z siebie nie rozwiąże problemu marnotrawienia energii.

Dokładnie! To właśnie zachowania użytkowników stoją za paradoksem wzrostu zapotrzebowania na energię w niektórych poddanych termomodernizacji budynkach.

Spektakularną ilustracją tego wpływu jest doświadczenie pewnej warszawskiej spółdzielni mieszkaniowej, w której to, po przeprowadzonej termomodernizacji budynków, sprawdzono zużycie energii do ogrzewania. Stwierdzono, że w jednym z nich jest ono prawie dwukrotnie niższe niż w pozostałych pomimo identycznego zakresu termomodernizacji!

Po gruntownej analizie okazało się, że różnica ta jest wynikiem akcji informacyjnej o tym w jaki sposób zmaksymalizować korzyści z termomodernizacji, którą wśród sąsiadów przeprowadził jeden z mieszkańców. Edukacja okazała się więc kluczowym zasobem przekładającym się na bezpośredni sposób na zysk finansowany. Równocześnie w innej spółdzielni przeprowadzono analizę zużycia energii w 40 budynkach termomodernizowanych w latach 2000 do 2014 gdzie okazało się, że w 20% budynków nieznacznie wzrosło zużycie energii w kolejnych 20% praktycznie nie uległo zmianę a w 20% o najwyższym spadku energii wynosił on mniej niż 20% i był o połowę mniejszy niż zakładano w audycie.

Świadomość energetyczna jest kluczem do wzrostu efektywności energetycznej i powinna być budowana od najmłodszych lat jako jeden z elementów procesu edukacyjnego.

Planowane przez rząd gigantyczne inwestycje termomodernizacyjne jako fundament działań na rzecz poprawy jakości powietrza powinny być natychmiast wsparte działaniami na rzecz poprawy świadomości energetycznej społeczeństwa, bez której nie sposób osiągnąć zakładanych efektów. Najskuteczniejszym sposobem transferu kluczowych informacji o zasadach i efektach termomodernizacji jest więc wykorzystanie systemu oświaty.

Tak się dobrze składa, że najpilniejszymi inwestycjami, które obniżają gigantyczne koszty ponoszone przez społeczeństwo w wyniku dramatycznej jakości powietrza jest zagwarantowanie czystego powietrza w placówkach oświatowych. To właśnie dziecięce organizmy są najbardziej podatne na działanie toksycznych związków zawartych w powietrzu.

Epidemia astmy wśród dzieci obserwowana w narażonych na smog miastach, przeradza się w dorosłym życiu w epidemię przewlekłej obturacyjnej choroby płuc (POChP). Dotknięte problemem zanieczyszczonego powietrza pokolenia te będą gnębione alergiami, chorobami układu krążenia i istotnie częstszymi przypadkami zachorowań na raka. To wszystko spowoduje wzrost kosztów opieki zdrowotnej i społecznej przy spadku produktywności – tym większym, że jak wynika z badań oddychanie zanieczyszczonym pyłami powietrzem ma negatywny wpływ na inteligencję.

Problem jest o tyle istotny, że wbrew potocznej intuicji szkolne mury nie chronią uczniów przed smogiem.

Fatalna jakość powietrza na zewnątrz jest często lepsza niż w szkolnych klasach. W ten sposób powszechny obowiązek szkolny jest bezpośrednim czynnikiem zagrażającym zdrowiu dzieci!

Nakłady na Głęboką Termomodernizację placówek oświatowych o najniższym standardzie energetycznym to ok. 9 mld zł. Co najmniej drugie tyle potrzeba na modernizację wentylacji w pozostałych placówkach oświatowych. Jeśli inwestycją tym będzie towarzyszyła kampania edukacyjno-informacyjna będzie ona niezwykle skuteczna! Wszyscy bowiem będziemy obserwować praktyczne skutki takich inwestycji.

Głęboka Termomodernizacja ZSP Nr1 w Końskich pokazała, że inwestycje takie można prowadzić także zimą w czasie roku szkolnego. Równocześnie wydanie ca. 20 mld zł nie powinno dramatycznie zachwiać rynkiem wykonawstwa. Ryzyko to jest o tyle ważne, że każdy nadmiar popytu nad podażą generuje wzrost kosztów.

Co zatem możemy zrobić by zadbać o siebie, a przede wszystkim pomóc młodszym pokoleniom zachować pełnię sprawności?

Niestety żadna z proponowanych obecnie strategii zwalczania smogu nie rozwiąże tego problemu w najbliższym dziesięcioleciu.Dzieje się tak dlatego, że mamy gigantyczne zaniedbania jeśli chodzi o efektywność energetyczną w budownictwie. Do opłacalnej energetycznie termomodernizacji nadają się praktycznie wszystkie wybudowane do tej pory domy. Ostatnio wykonywałem audyt energetyczny budynku wybudowanego w 2008 roku i wykazałem w nim, że wysoce opłacalne inwestycje pozwolą na zaoszczędzenie 60% energii. Inwestycja została zakwalifikowana do realizacji w jednym z programów wsparcia termomodernizacji z funduszy ekologicznych.

Zakładając, że dla istotnego obniżenia niskiej emisji wystarczy poddać Głębokiej Termomodernizacji 40% domów o najniższym standardzie energetycznym, mówimy o nakładach rzędu 500 zł/m2 czyli o 200 do 300 mld zł.

Niestety nakłady nie są głównym problemem programu likwidacji smogu. Choć są one ogromne cechują się bardzo wysokimi stopami zwrotu i nie powinno być problemów z pozyskaniem ich na rynkach finansowych.

Prawdziwą barierą jest poziom rozwoju rynku inwestycji termomodernizacyjnych, a także wspomniany niski poziom świadomości energetycznej społeczeństwa. Dlatego realny czas realizacji najlepszej strategii likwidacji smogu czyli Głębokiej Termomodernizacji najbardziej energożernych zasobów mieszkaniowych wymaga 20-30 lat.

Ale nie oznacza to że dzieci muszą być podtruwane w szkołach. Istnieją bowiem technologie pozwalające na zapewnienie im czystego powietrza w czasie przebywania w placówkach oświatowych..Równocześnie implementacja tych technologii przynosi znaczącą obniżkę kosztów utrzymania placówek oświatowych co w krótkim czasie zapewnia zwrot poniesionych nakładów.

Czy to oznacza, że nadchodzące lata zostaną zapisane dla historii jako związane z chorobowym cierpieniem i bajońskimi kosztami skutków zanieczyszczonego powietrza?

Niekoniecznie. Należy pamiętać że skutki smogu dla organizmów żywych są wprost proporcjonalne do ilości zdeponowanych w płucach toksyn. Te znów zależą od jakości powietrza i czasu jego wdychania. Biorąc pod uwagę, że w czasie gdy powietrze jest najgorszej jakości aż 90% czasu przebywamy w zamkniętych pomieszczeniach wystarczy zadbać by dostarczane do nich powietrze było wolne od zanieczyszczeń.

Szczególne znaczenie ma jakość powietrza w szkołach. Dzieci są przyszłością narodu, a za sprawą fatalnej jakości powietrza na większości terytorium Polski nie będzie to niestety świetlana przyszłość. Nie w pełni ukształtowane dziecięce organizmy są najbardziej narażone na skutki wdychania zawieszonych w powietrzu cząsteczek pyłów i rakotwórczych związków. Co gorsza, wbrew potocznej intuicji mury szkolne bynajmniej nie chronią uczniów przed smogiem i jego konsekwencjami dla zdrowia. Jakość powietrza w klasach jest często gorsza od tej na zewnątrz.

Już w najbliższych latach możemy zatem zapewnić dzieciom wolne od pyłów i kancerogennych substancji powietrze i odpowiednie dla procesów dydaktycznych stężenie CO2.

Wystarczy uszczelnić lub wymienić okna i zainstalować w szkołach systemy wentylacji z rekuperacją i filtrami HEPA. Tego typu inwestycje nie tylko uchronią dzieci przed konsekwencjami oddychania zanieczyszczonym powietrzem, ale także poprawią sprawność nauczania i ochronią przed rozprzestrzenianiem się infekcji.

Najistotniejszą cechą proponowanego rozwiązania jest jednak brak bariery ekonomicznej. Proponowane rozwiązanie nie tylko nie podnosi kosztów utrzymania szkoły, ale charakteryzuje się bardzo wysokimi stopami zwrotu nakładów dzięki zmniejszeniu zapotrzebowania na ciepło do ogrzewania powietrza wentylacyjnego. Jeśli inwestycjom tym towarzyszyła by kampania edukacyjno-informacyjna skierowana do uczniów i ich rodzin mogłoby to mieć rewelacyjny wpływ na konieczną zmianę świadomości energetycznej społeczeństwa

Brzmi to optymistycznie, jednak czy wprowadzenie wentylacji nawiewno-wywiewnej z rekuperacją i filtracją w placówkach oświatowych połączone z powszechną akcją edukacyjną i konsekwentny program realizacji Termomodernizacji zamykają katalog niezbędnych działań dla likwidacji smogu?

Niestety nie, nawet jeśli założymy że władze uruchomią wszystkie dostępne instrumenty wspierające rozwój rynku termomodernizacji. Problemem jest struktura własnościowa mieszkań w Polsce. Właścicielami większości z nich a w szczególności tych o najniższym standardzie energetycznym są jedno i rzadziej dwuosobowe gospodarstw domowe emerytów. Oni także użytkują większość dużych mieszkań i domów jednorodzinnych.Rodzi to powszechne ubóstwo energetyczne seniorów i brak zdolności kredytowej na inwestycje termomodernizacyjne obniżające rachunki za energię.

Jak wynika z badań dr Tomasza Dudy przeprowadzonych w Połańcu przeciętne koszty energii jakie ponoszą tamtejsi seniorzy to 4500zł rocznie.

Sytuacja ta stanowi istotną barierę dla rządowego programu powszechnej termomodernizacji – tego typu inwestycja w domu jednorodzinnym, w którym mieszka samotna emerytka jest ekonomicznym absurdem. Dodatkowo jej dom już jest lub w bliskiej przyszłości może stać się dla niej więzieniem jako, że nie jest najczęściej dostosowany do słabnących możliwości psychofizycznych osoby starszej. Jedynym więc racjonalnym rozwiązaniem jest przeniesienie jej do Domu Pomocy Społecznej (DPS). Jest to natomiast rozwiązanie radykalnie skracające życie, w wyniku depresji jaka dopada człowieka, gdy traci on resztki pierwotnej kontroli nad swoim życiem. To dramatycznie złe rozwiązanie jest równocześnie bardzo drogie. Roczny koszt utrzymania osoby w DPS to 40 tysięcy złotych.

Rozwiązaniem byłoby budowanie specjalistycznych domów dla seniorów. Już trzyletnie wydłużenie możliwości samodzielnego funkcjonowania osoby w podeszłym wieku w wyniku przystosowania takich domów do dysfunkcji starości zwraca nakłady na budowę. Równocześnie koszty energii jakie będą musieli ponosić mieszkańcy domów seniora nie powinny przekroczyć 30zł/rok. Tymczasem rząd woli wspierać budowę nakierowanych na realizację potrzeb młodych – mieszkań o pow. 50m2 po to, by zachęcić ich do posiadania większej ilości dzieci w małych mieszkankach.

Kolejną barierą rozwojową i zagrożeniem dla Polski jest odwrócenie piramidy demograficznej.

Obniżenie dzietności i masowa emigracja młodych ludzi w poszukiwaniu wyższego standardu cywilizacyjnego spowodowały lukę pokoleniową, która grozi katastrofą humanitarną pokoleniu dzisiejszych 30 i 40 latków. Po raz pierwszy w historii będziemy mieli do czynienia z sytuacją, w której młodych ludzi będzie mniej niż starych. Spowoduje to blisko dwukrotny wzrost deficytu funduszu emerytalnego i tym samym radykalny spadki świadczeń emerytalnych.

W podobnej skali spadnie potencjał opiekuńczy z 550 do 250 kobiet w wieku 45 do 65 lat na 100 osób w wieku lat 80 i starszych. Liczba średniego personelu medycznego na 1000 mieszkańców spadnie o ponad 20%. Równocześnie pomiędzy rokiem 2010 a 2035 liczba 80 latków, zmuszonych do korzystania z wózków inwalidzkich wzrośnie z 650 tys. do 1250 tys.

Tę, jak widzimy, dramatyczną sytuację pogłębia dodatkowo pomijalna statystycznie liczba mieszkań przystosowanych do samodzielnego funkcjonowania osób niepełnosprawnych i praktycznie zerowy poziom dostępności budownictwa senioralnego a jest ono jedynym sposobem przedłużania samodzielności funkcjonowania seniorów.

Czy zatem musimy brnąć w absurd przeciw skutecznej strategii polityki zwalczania smogu za pomocą kotłów na węgiel, nawet VI generacji? Moim zdaniem zdecydowanie nie. Państwo ma wszystkie instrumenty za pomocą których można szybko ograniczyć skutki do jakich prowadzi zanieczyszczone powietrze, a w ciągu 10 do 15 lat zmienić Polskę w lidera gospodarki niskoemisyjnej wykorzystując “premię zacofania” jaką jest wysoka rentowność termomodernizacji domów o niskim standardzie energetycznym.

Należy zacząć od modernizacji wentylacji i termomodernizacji placówek oświatowych połączonej z kompleksową akcja informacyjną nakierowaną na wzrost świadomości energetycznej.

Równolegle powinno się uruchomić instrumenty stymulujące rozwój rynku termomodernizacji i wzrostu innowacyjnych rozwiązań w tym obszarze.

Należy stworzyć system, w którym zostaną zaproponowane mieszkania w domach dla seniora lokowanych w pobliżu obecnego miejsca zamieszkania a ich domy i mieszkania po termomodernizacji przeznaczone zostaną do zamieszkania przez młode wielodzietne rodziny.

Pozostaje pytanie dlaczego – mimo wysokiej opłacalności inwestycji termomodernizacyjnych oraz braku barier technologicznych i wykonawczych – nie są one realizowane w koniecznej skali?

Przyczyną jest tu ekonomia. Po transformacji ustrojowej w Polsce uwłaszczona nomenklatura szybko sprzedała wszystkie banki i zakłady produkcyjne, które musiały się konfrontować z rynkiem.

Inaczej ma się sprawa naturalnych monopoli, w szczególności zaś elektroenergetycznego i gazowego. W Polsce są one najważniejszym żywicielem klasy politycznej – bez względu na jej zewnętrzne barwy. Każda zmiana ekipy rządzącej związana jest z wymianą zarządów spółek elektroenergetycznych. Brak konkurencji powoduje, że ich niekompetencja nie jest konfrontowana z konkurentami, bo tych w monopolu nie ma.

Należy zwrócić uwagę, że oszczędności wynikające z termomodernizacji są wynikiem zmniejszonego zużycia energii. Zysk inwestora jest stratą kompleksu energetycznego.

Żyjący z dotychczasowego stanu rzeczy działacze partyjni nie są w efekcie zainteresowani zmniejszaniem wolumenu sprzedaży sektora energetycznego.

Oto powód, dla którego wszystkie działania w obszarze redukcji emisji CO2 kolejnych polskich rządów mają charakter fasadowy i są podejmowane wyłącznie na potrzeby formalnej realizacji polityki klimatycznej.

To również przyczyna, dla której kolejne ekipy nie prowadzą kampanii społecznych na rzecz efektywności energetycznej, co w konsekwencji prowadzi do bardzo niskiego poziomu świadomości energetycznej społeczeństwa.

Artykuł powstał we współpracy z Zielonym Magazynem Europejskim.

Zdj. Hotel Steiermarkhof Graz, archiwum ZW

Jeśli w ciągu pierwszego tygodnia wyświetlania jakiś film obejrzało w kinach 1,73 mln widzów, to dany obraz przestaje być już zwykłym filmem, a zaczyna funkcjonować jako zjawisko społeczne.

O tym, że takim zjawiskiem stanie się najnowszy obraz Wojciecha Smarzowskiego „Kler”, można było przypuszczać na długo przed premierą, gdy w sieci zaczęły pojawiać się pierwsze zwiastuny filmu. „Kler: Zobacz zwiastun! Smarzowski nie brał jeńców” napisał jeden z portali i było już jasne, że film będzie silnie oddziaływał na dyskurs publiczny.

Dla silne obecnych w naszym społeczeństwie odruchów i postaw antyklerykalnych wspomniany zwiastun natychmiast stał się narzędziem artykulacji, pewnym uprawomocnieniem obecności dla antyklerykalnego dyskursu w przestrzeni publicznej. Z kolei dla ludzi o silnie prawicowej tożsamości politycznej wspomniany zwiastun był czymś na kształt religijnego bluźnierstwa, jak i czarnym snem o fabularyzacji ostrej antyklerykalnej publicystyki znanej z Tygodnika „Nie” oraz „Faktów i mitów”.

Dyrektor programowy TVP, Piotr Gursztyn, nazwał film Smarzowskiego „mową nienawiści”, choć, jak sam później przyznał, go nie widział. W jeszcze ostrzejszym tonie o „Klerze” wypowiedział się podróżnik, Wojciech Cejrowski, który… również filmu nie oglądał. Jak to bardzo często w Polsce bywa, role zostały rozdzielone na długo przed pierwszą projekcją filmu, a jego nieznajomość nie przeszkadza w zabieraniu głosu.

Gdy jednak odłożymy emocje na bok, warto zastanowić się, jaki w istocie jest najnowszy film twórcy „Wołynia”. Nie jest to z pewnością film antyreligijny i choć przedstawiony w nim obraz kościoła katolickiego jest bardzo krytyczny, to wszyscy ci, którzy liczyli na „jazdę bez trzymanki” o złych do szpiku kości księżach, mogą wyjść z kina rozczarowani. „Kler” jest filmem ponurym, ciężkim, przygnębiającym i bardzo potrzebnym.

Trzech kumpli

Bohaterami najnowszego dzieła twórcy „Domu Złego” jest trzech zaprzyjaźnionych ze sobą duchownych: ksiądz Kukuła (Arkadiusz Jakubik), ksiądz Trybus (Robert Więckiewicz) i ksiądz Lisowski (Jacek Braciak). Duchowni po suto zakrapianej kolacji, podczas której wspominali wydarzenie z przeszłości cementujące ich przyjaźń, rozchodzą się do domów i od tego momentu śledzimy ich losy. Trybus jest ubogim wiejskim proboszczem coraz bardziej nadużywającym alkoholu. Na domiar złego gospodyni, z którą potajemnie ma romans, oświadcza mu, że jest w ciąży.

Ksiądz Kukuła prowadzący zajęcia z religii w jednej ze szkół zostaje oskarżony o molestowanie chłopca. Ksiądz Lisowski robi błyskotliwą karierę w kurii w dużym mieście, jednak marzy o wyjeździe do Watykanu. Na drodze do realizacji tego marzenia staje jednak arcybiskup Mordowicz (Janusz Gajos), który woli zatrzymać ambitnego duchownego przy sobie. Wkrótce każdy z bohaterów stanie przed wyborem, który zdefiniuje jego dalszą życiową drogę. Czy ocalą swoje człowieczeństwo, czy stoczą się w mrok?

Od strony zarówno formalnej, jak i estetycznej, nowy film Smarzowskiego przypomina jego poprzednie filmy. Ciężar opowiadanej historii oraz niektóre sceny symboliczne (arcybiskup Mordowicz idący przez błoto i z każdym krokiem coraz bardziej w tym błocie utaplany) wprost odsyłają do „Domu Złego”. Mamy również pewne nawiązania do „Drogówki” i „Wesela”. Tak naprawdę mamy tu wszystko do czego przyzwyczaił nas Smarzowski: specyficzny humor (choć dużo mniej, niż sugerowałby zwiastun), lekka groteskowość, przerysowanie, pewien surrealizm. Autor „Wesela” ma swój unikatowy styl – nie wszystkim musi się on podobać, ale ilu mamy polskich reżyserów mogących się pochwalić autorskim stylem pisma?

Zarzut propagandy

Przeciwnicy najnowszego dzieła Smarzowskiego zarzucają twórcy, że zrobił film propagandowy (w skrajnej wersji tego zarzutu porównuje się „Kler” do hitlerowskiej propagandy antyżydowskiej).

Zarzut ten jest kompletnie chybiony i może wynikać albo z nieznajomości filmu (zgodnie z modną dziś zasadą „nie widziałem, ale się wypowiem”), albo ze złej woli. Cechą kina propagandowego od zawsze było „odczłowieczanie” osoby lub grupy społecznej, przeciwko której ostrze propagandy było wymierzone. Tymczasem Smarzowski robi zabieg dokładnie odwrotny – uczłowiecza swoich bohaterów. Każda z głównych postać jest niejednowymiarowa, skomplikowana, przeżywająca moralne rozterki i rozdarta. To ludzie z krwi i kości, nie zaś święci z obrazów czy potwory z piekła rodem.

Zarzut stawiany z drugiej strony, że idzie w tym za daleko, a przez to „uczłowiecza” sprawców przestępstw, w tym wykorzystywania seksualnego dzieci, również nie wydaje mi się zasadny. Smarzowskiego wyraźnie nie interesuje kino proste i przerysowane. Choć boleśnie piętnuje wszystkie grzechy kościoła katolickiego w Polsce, to jednak zamiast filmu czysto rozliczeniowego celuje raczej w kino terapeutyczne. Poza jednym wyjątkiem duchowni w obrazie Smarzowskiego to zwykli ludzie w potwornej machinie – są zagubieni, ale często to nie są źli księża, ani źli ludzie.

W rezultacie „Kler” nie jest filmem o złych duchownych. lecz o społecznej pustce, w której istnieje tylko biurokratyczny bezwład pchający w górę hiperkoniukturalistów. Taką postacią bez wątpienia jest arcybiskup Mordowicz. W odróżnieniu od pozostałych duchownych w psychice arcybiskupa nie ma żadnego pęknięcia. Mordowicz nie zmaga się z żadnymi rozterkami, a każdy swój niegodziwy uczynek potrafi włączyć w szlachetny obraz samego siebie.

Ta chwilami nieco przerysowana figura jest dla reżysera postacią graniczną – naturalną konsekwencją złych procesów, swego rodzaju „szczytem łańcucha pokarmowego” w instytucji, która dawno zapomniała, że narodziła się jako wspólnota.

Instytucja czy wspólnota?

Ci z nas, którzy chodzili na lekcje religii, mogą pamiętać, że na jednej z pierwszych lekcji zawsze omawiany był temat „Co to jest Kościół?”.

Odpowiedź, którą dzieci musiały zanotować do zeszytów, brzmiała: „Kościół, to wspólnota ludzi wierzących”. To jest Kościół przez duże K. Poza tym słowo „kościół” funkcjonuje też jako nazwa świątyni chrześcijańskiej oraz jako nazwa hierarchicznej instytucji, ale dla chrześcijan zawsze najważniejszy jest jego wymiar jako wspólnoty. Smarzowski wyraźnie zarzuca współczesnemu kościołowi, że zatracił tę rolę, a dużo bardziej niż wspólnotą jest dziś właśnie instytucją.

W najlepszej scenie filmu oglądamy człowieka, który jako dziecko był molestowany przez księdza – człowieka, który jest częścią wspólnoty, został przez nią skrzywdzony i przychodzi do niej po sprawiedliwość. Logika wspólnoty nakazywałaby mu pomóc, logika instytucji zamieść sprawę pod dywan, by nie narażać jej „dobrego imienia”.

Gdy wspomniany człowiek spotyka się z murem biurokratycznej obojętności oraz z oskarżeniami ze strony duchownych, wysuwanymi…. w jego stronę, to w geście rozpaczy próbuje odwołać się do języka wartości, który przecież powinien dla wszystkich być „wspólny”. Mianowicie odwołuje się… do Boga. Jednak nadal bezskutecznie. Zwycięstwo kościoła jako instytucji jest zarazem jego porażką, jako wspólnoty.

Scena ta jest tym bardziej jednocześnie przerażająca i przygnębiająca, ponieważ takich rozmów, jak się domyślamy, zapewne było w rzeczywistości bardzo wiele. Film Smarzowskiego doskonale pokazuje, że kościół, który odwraca się od ofiar nadużyć seksualnych ze strony duchownych, nie różni się niczym od złowrogiej korporacji (jak ta ze słynnego filmu Jennifer Abbott i Marka Achbara z 2003 roku): wymagającej od swoich członków bezwzględnego posłuszeństwa i korporacyjnej lojalności, nastawionej jedynie na zysk i unikanie złego PR.

W filmie Smarzowskiego kościół jako wspólnota zanika nie tylko na linii duchowieństwo – wierni, ale także wewnątrz samego kościoła, Młody duchowny idealista, przeżywający swój pierwszy kryzys powołania, skarży się, że „nie ma do kogo gęby otworzyć”. Każdy z bohaterów cierpi w samotności.

Po stronie ofiar

Tomasz Golonka, przeor klasztoru w Katowicach i proboszcz katowickiej parafii Przemienienia Pańskiego, napisał w swojej recenzji „Kleru”, że dla niego film Smarzowskiego to „przede wszystkim manifest solidarności z ofiarami. One są tutaj najważniejsze, najważniejsze jest udzielenie im głosu, stanięcie po ich stronie, razem z nimi, w ich imieniu. Wszystkich ofiar. Dzieci, kobiet, mężczyzn… również księży”.

To rzeczywiście zdaje się być kluczowe w filmowej terapii, jaką przygotował dla widzów Smarzowski. Nie ma wspólnoty bez solidarności. Dlatego pomostem, na którym mogliby się spotkać ateiści, agnostycy oraz ludzie wierzący powinna być właśnie solidarność – wobec słabszych, skrzywdzonych, potrzebujących pomocy. Smarzowski w swoim filmie delikatnie (trochę zbyt delikatnie) zarysowuje taki pomost. Mimo że sam jest zadeklarowanym ateistą, nie odrzuca religii jako takiej – ostatecznie w jego filmie ten z księży, któremu udaje się wyjść na prostą, to ten, który… najlepiej zna Biblię.

Choć po drodze do finału twórcy udaje się uniknąć większych potknięć, to jednak największym potknięciem okazuje się sam finał historii. Trudno o nim napisać unikając spoilerów, więc nadmienię jedynie, że miał w sobie duży potencjał. Niestety. twórca najwyraźniej go nie spostrzegł i poszedł w niepotrzebną i potwornie kiczowatą metaforę. Szkoda, bo to zwyczajnie nie było potrzebne. Mimo tego i kilku mniejszych błędów, „Kler” to kolejny udany film w dorobku Smarzowskiego – reżysera, który wyrasta na narodowego terapeutę. I choć jego terapie nigdy nie są przyjemne, to zawsze są potrzebne.

Ocena: 8/10

Zdj. Kadr ze zwiastunu filmu

Sektory budowlany i transportowy były głównymi punktami dyskusji, zorganizowanej przez fundację Strefa Zieleni.

Wybory samorządowe zbliżają się wielkimi krokami – nie tylko w Polsce. 14 października wyborach samorządowych głosować będą również mieszkańcy Belgii. Fakt ten okazał się inspiracją do organizacji spotkania, pozwalającego poznać osobom uczestniczącym kulisy tworzenia zielonego miasta – a także, kto wie, zdobyć również wiedzę przydatną (nie tylko) w trakcie kampanii wyborczej.

Gościnią moderowane przez współprzewodniczącą warszawskiego koła Partii Zieloni, Dagmarę Misztelę dyskusji była polityczna francuskojęzycznej partii Ecolo, Evelyne Huytebroeck, która w jednej z poprzednich administracji regionu Brukseli odpowiadała za kwestie środowiskowo-energetyczne.

Praca ta nie jest niczym prostym. 19 dzielnic miasta to tak naprawdę cieszące się sporą niezależnością gminy. Kwestie metropolitarne ustalać trzeba z otaczającym miasto regionem Flandrii. W administracji, w której miała swoją tekę koalicję rządzącą tworzyło aż 7 partii. Wszystko to wymagało niemałych zdolności negocjacyjnych i umiejętności przekonywania do swoich racji.

Bruksela gotowa na przyszłość

Sektor budownictwa odpowiada za 70% emisji gazów cieplarnianych w mieście, nie dziwi zatem skupienie się polityczki w trakcie prezentacji na tym właśnie aspekcie polityki miejskiej. Od samego początku starała się ona skupiać działania stolicy Belgii na trzech filarach – zmniejszania konsumpcji energii, stymulowania popytu na przyjazne dla środowiska produkty (np. fotowoltaika czy termorenowacja), a także na zmianach legislacyjnych, promujących chociażby budownictwo pasywne.

Nie chodziło w nich wyłącznie o osiągnięcie korzyści ekologicznych, ale również o ich powiązanie z zyskami społecznymi i ekologicznymi. Jako przykład podała pakt na rzecz zielonych miejsc pracy, który odpowiadał na potrzebę wykształcenia kompetentnych kadr zielonej transformacji.

Projekt ten wymagał intensywnej współpracy ze szkołami wyższymi oraz z sektorem budowlanym, patrzącym do tej pory na Zielonych z dystansem jako na rzekomych hamulcowych postępu. Wizerunek ten usiłowali zmienić, proponując konkurs na modelowe, zrównoważone budynki.

Budowlany metr z Sevres

Nie dotyczył on wyłącznie budynków mieszkaniowych, ale również przestrzeni biurowych czy instytucji publicznych, takich jak szkoły czy szpitale. Kluczowym aspektem dla administracji miejskiej było to, by projekty nie ograniczały się wyłącznie do „dobrych” dzielnic, ale by obejmowały całe miasto i od samego początku obok jakości materiałów czy efektywności energetycznej uwzględniały również przystępność cenową.

Realizowane w ramach tego projektu budynki otrzymały specjalne oznaczenia, umożliwiające ich łatwe rozpoznanie w miejskim krajobrazie. Stały się one źródłem dumy dla mieszkańców – odbywają się nawet wycieczki turystyczne ich szlakiem, a sam projekt kopiowany jest w innych miastach na całym świecie (włącznie z Nowym Jorkiem).

Ważnym elementem polityki miasta było zobowiązanie do tego, by od roku 2010 każdy nowy budynek publiczny, a od roku 2015 – także i prywatny stawiany były w standardzie pasywnym. Kluczowe w urzeczywistnieniu tego postulatu było pozyskanie poparcia pozostałych koalicjantów, co pokazuje wagę umiejętności współpracy na rzecz osiągania ważnych dla siebie celów.

Rewitalizacja – społeczna i ekologiczna

Praca toczy się nie tylko nad zrównoważonymi budynkami, ale i całymi fragmentami miasta. W dotkniętych problemami społecznym kwartałach zawierane są kontrakty na rzecz zrównoważonych osiedli, których istotnym elementem jest pobudzanie lokalnej aktywności społecznej i partycypacji w budowie bardziej zielonego miasta.

Często brakuje tam terenów zielonych czy niezbędnej mieszkańcom infrastruktury – dzięki zaangażowaniu lokalnych społeczności możliwe było zainwestowanie w najważniejsze dla mieszkanek i mieszkańców potrzeby. Wspomniane kontrakty zawarte zostały na 4 lata w 4 osiedlach.

Odzyskiwanie przestrzeni

Wyzwań nie brakuje – chociażby w formie wymagających rekultywacji obszarów poprzemysłowych. Na jednym z nich, na północy miasta, zainwestowano w nowe osiedle, mające dostęp do infrastruktury społecznej, mieszkań komunalnych, terenów zielonych, a nawet przestrzeni do uprawiania miejskiego ogrodnictwa.

Specjalny fundusz miejski pomaga w sfinansowaniu działań na rzecz oczyszczenia terenu z zanieczyszczeń. Na potrzeby tego działania przygotowano specjalną mapę terenów zanieczyszczonych w Brukseli, której do tej pory tam brakowało.

Jak w każdym mieście, tak również i w Brukseli potrzebne jest znalezienie równowagi między zapewnieniem szerokiego dostępu do przestrzeni zielonych a koniecznością budowy nowych mieszkań. Jednym ze sposobów na pogodzenie tych dwóch potrzeb jest wymóg prawny, by każdy płaski dach powyżej 100 metrów kwadratowych był dachem zielonym.

Ludzie i sieci

W ostatnich latach daje się zauważyć wzrost świadomości roli miast w walce ze zmianami klimatu. Nie jest już tak, że jedynym podmiotem polityki klimatycznej są dziś państwa narodowe. By wzmocnić rolę miast i miasteczek w jej wdrażaniu powstają globalne sieci, takie jak ICLEI czy Energycities, umożliwiające ich uczestnikom skuteczniejsze dzielenie się dobrymi praktykami.

W działaniach tych pomaga rosnąca świadomość ekologiczna mieszkańców, odczuwających na własnej skórze zanieczyszczenie powietrza czy skutki niezrównoważonych, opartych na indywidualnym transporcie samochodowym modelach mobilności. Świadomość ta przejawia się choćby poprzez działania istniejącego w Brukseli ruchu Revolution Air.

Transportowe alternatywy

Wśród wdrażanych w mieście inicjatyw i wpływających na nie trendów daje się zauważyć dzielenie się jednym autem – systemem tym zajmuje się dedykowana firma. Rowery promowane są nie tylko wśród „zwykłych ludzi”, ale też w instytucjach publicznych – na jednośladach jeżdżą np. działający w Brukseli policjanci. Ze względu na pagórkowy charakter miasta rozwija się tam rynek rowerów elektrycznych.

Dojeżdżającym do miasta oferowane są parkingi Park&Ride, które mają skłaniać kierowców z obszaru metropolitarnego do przerzucania się na komunikację publiczną. Popularne staje się również finansowanie przez firmy prywatne dojazdów transportem publicznym swoim pracownikom.

Ważnym elementem poszerzania opcji transportowych było uświadamianie mieszkańców co do tego, że mogą się poruszać po Brukseli również koleją. Dzięki rozmowom z przewoźnikiem udało się zwiększyć ich częstotliwość – to o tyle ważne, że przez miasto przebiega całkiem gęsta sieć torów.

Więcej na temat realizowanej w Brukseli polityki miejskiej przeczytać można m.in. w artykule, które współautorką jest Evelyne Hutenbroek, a także w wywiadzie z kandydującym w tamtejszych wyborach Polakiem, Maciejem Tomaszewskim.