Komisja Europejska przeszła do kolejnego kroku procedury prawnej i wystosowała do Polski tzw. Uzasadnioną Opinię, zarzucającą naruszenie prawa UE przez polskie prawo dotyczące gospodarki leśnej i urządzania lasu.

Pierwsze zarzucane naruszenie polega na braku możliwości kontroli sądowej zatwierdzanych planów urządzenia, skutkującej brakiem narzędzia kontrolującego ich zgodność z wymaganiami prawa środowiskowego. Drugie naruszenie polega na wyłączeniu wobec gospodarki leśnej wymogów ochrony gatunkowej przez art. 14b ustawy o lasach (uznający że przestrzeganie określonych przez ministra tzw. wymagań dobrych praktyk w gospodarce leśnej  zapewnia ochronę gatunków i zwalnia z konieczności przestrzegania innych przepisów).  Postępowanie w tej sprawie Komisja rozpoczęła rok temu; Polska obiecała wówczas dokonać odpowiednich zmian w prawie, ale tego nie zrobiła.

Komisja wszczęła również formalne postępowanie przeciwko Polsce o niewystarczające wyznaczenie sieci obszarów Natura 2000, wystosowując w tej sprawie Formalne Ostrzeżenie. W zakresie wyznaczenia sieci Natura 2000 Polska od 2009 r. spoczęła na laurach, mimo że dla kilkunastu gatunków i typów siedlisk wciąż brakuje obszarów.

Ponadto, Komisja skierowała do Polski Formalne Ostrzeżenie w sprawie zbyt powolnego wykonywania wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE C‑336/16 z 22lutego 2018 r. dotyczącego ochrony przed smogiem. Komisja uważa, że podejmowane przez Polskę działania są niewystarczające, nieskoordynowane i zbyt powolne. Jeżeli odpowiedź Polski udzielona w ciągu dwóch miesięcy będzie niesatysfakcjonująca, Komisja zawnioskuje do Trybunału o nałożenie na Polskę kar finansowych (mają one postać sumy jednorazowej oraz kary dziennej za każdy dzień aż do usunięcia naruszenia).

Pakiet spraw naruszeniowych załatwionych 25. 07. 2019 r.  przez Komisję  był ostatnim przygotowanym przez odchodzącą komisję Junckera (zwykle jednak zmiana Komisji nie wpływa znacząco na toczące się sprawy) i był stosunkowo szeroki.  Komisja podjęła m. in. formalne działania kwestionujące:

– niewystarczającą sieć Natura 2000 także w Portugalii, Słowacji i Rumunii;

– zastosowanie kleju i sieci jako narzędzi polowania na ptaki we Francji;

– zbyt późny termin zakończenia okresu polowań na gęsi we Francji, zachodzący już na początek migracji na tereny lęgowe;

– niewystarczającą ochronę turkawki i jej siedlisk we Francji i Hiszpanii;

– pogarszający się stan ochrony górskich i niżowych łąk świeżych w Niemczech i w Słowenii, niewystarczający monitoring i działania zapobiegające temu stanowi rzeczy;

– brak odpowiednich ocen oddziaływania na środowisko wobec wydobycia torfu w Irlandii;

– brak odpowiedniego planowania i wdrożenia ochrony obszarów Natura 2000 wyznaczonych w Grecji (pozew do TSUE!)

– niewystarczające procedury ocen oddziaływania na środowisko i ich ewentualnej kontroli sądowej w Austrii, Estonii, na Malcie i na Węgrzech;

– brak drożności dla ryb francuskich zapór na Renie powyżej Strassbourga i zbyt powolny postęp w rozwiązywaniu problemu;

– niewystarczające działania Niemiec zapobiegające zanieczyszczaniu wód przez azotany pochodzenia rolniczego;

– niewystarczające oczyszczanie ścieków komunalnych w Szwecji;

Typowe postępowanie naruszeniowe prowadzone przez KE (wszczynane dopiero po dłuższym czasie nieformalnych rozmów i korespondencji, które w 90% przypadków załatwiają sprawę bez postępowania) ma dwa etapy oficjalnej korespondencji, tzw. Formalne Ostrzeżenie i Uzasadnioną Opinię, na każdym etapie zainteresowane państwo ma wyznaczony termin odpowiedzi na te listy – jeśli nie doprowadzą one do rozwiązania problemu, Komisja kieruje sprawę do Trybunału Sprawiedliwości UE, który ocenia czy doszło do naruszenia. Jeśli wnioskowane przez Komisję i stwierdzone wyrokiem TSUE naruszenie nie zostanie usunięte, Komisja w uproszczonej procedurze (tylko jedno Formalne Ostrzeżenie)  wnioskuje o kary finansowe, a Trybunał je nakłada.
Wiadomości Klub Przyrodników

Kamila Drzewicka, radca prawny Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi:

„W chwili, gdy półtora roku temu Trybunał Sprawiedliwości UE orzekł, że Polska złamała prawo dotyczące przekroczeń pyłu PM10, podkreślaliśmy, że to ostatni moment, by podjąć skuteczne działania. Mówiliśmy, że jedyny sposób na wyeliminowanie smogu w Polsce to natychmiastowe wyłączenie paliw stałych z ciepłownictwa indywidualnego”.

„Minęło kilkanaście miesięcy i nie widać efektów. Mamy dalszą grę pozorów. Rządowy program Czyste Powietrze nie działa. Zamiast odchodzenia od spalania paliw stałych promuje się nieekologiczne i nieskuteczne rozwiązania, jak wymiana pieców opalanych węglem na inne piece opalane węglem”.

„Tak więc teraz Polsce grożą wysokie kary, a Polacy dalej będą płacić swoim zdrowiem. Dwa miesiące to za mało, by naprawić złą sytuację”.

Raport Najwyższej Izby Kontroli z grudnia 2014 r. mówi, że Polsce za naruszenia norm jakości powietrza grożą nawet 4 mld zł kary.

———

Komunikat prasowy Komisji:

https://ec.europa.eu/commission/presscorner/detail/PL/INF_19_4251 

ZAPROSZENIE: 26 lipca w Giżycku rozpocznie się IV edycja projektu edukacyjnego „Cycling Recycling”.

Tak jak w poprzednich edycjach eko-peleton złożony z pracowników i wolontariuszy REMONDIS Electrorecycling i Organizacji Odzysku ELECTRO-SYSTEM poprowadzi znany ekolog i podróżnik Dominik Dobrowolski. W planie jest przejechanie największej mazurskiej pętli rowerowej, odwiedzenie najpiękniejszych marin i przeprowadzenie kilkunastu edukacyjnych akcji mających na celu namawianie turystów i mieszkańców, aby po wakacyjnym pobycie Kraina Tysiąca Jezior pozostała czysta a elektroodpady trafiały wyłącznie do punktów zbierania.

Przed nami mazurskie piachy, bagna, górki, wykroty i inne atrakcje. Startujemy 26 lipca w sercu Mazur, w Giżycku. Po drodze zacumujemy nasze rowerowe rumaki w Sztynorcie, Wilkasach, Rynie, Mikołajkach, Rucianem-Nidzie, Piszu, Węgorzewie i wielu mniejszych i urokliwych mazurskich marinach, przystaniach, wioseczkach – zapowiada Dominik Dobrowolski.

To już czwarta edycja rowerowego rajdu ”Cycling Recycling”, któremu towarzyszy edukacyjna maskotka „Lodzia”. W 2016 r. ekolog oraz grupa rowerzystów z firm REMONDIS Electrorecycling i Organizacji Odzysku ELECTRO-SYSTEM okrążyli Polskę. Rok później przejechali wybrzeże Bałtyku, a w 2018 r. prowadzili edukację na trasie od źródeł do ujścia Wisły. Ich akcja wygrała również w prestiżowym plebiscycie EkoInspiracje, jako najlepszy projekt edukacji ekologicznej w Polsce.

Tym razem pojawimy się na Mazurach. Przemierzymy jeden z najpiękniejszych rejonów Polski, namawiając turystów i mieszkańców do selektywnego zbierania elektroodpadów. Wyprawę rozpocznie wielka mazurska zbiórka zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego 26 lipca w Giżycku. W zamian za stare i zużyte telewizory, komputery, telefony i wszelki inny sprzęt IT/AGD/RTV dla pierwszych uczestników akcji mamy w prezencie rowerowe lampki – w końcu akcja nazywa się „Cycling Recycling – Mazury pełne dobrej energii!”. Tydzień później, po przejechaniu ok. pół tysiąca kilometrów, wyprawa zakończy się także w Giżycku – mówi Robert Wawrzonek, członek zarządu REMONDIS Electrorecycling.

Zbiórka elektroodpadów będzie prowadzona 26 lipca w godzinach od 10 do 14.00 w Giżycku na skwerze naprzeciwko byłego kina Fala (Plac Grunwaldzki).

Mazury to cud natury, a Giżycko to jedna z najlepszych baz do odkrywania piękna tej krainy. Miasto otoczone przez kilka jezior, kusi miliony turystów z kraju i ze świata. Chcemy zaapelować w czasie wyprawy o niezaśmiecanie tego rejonu – podkreśla burmistrz Giżycka Wojciech Karol Iwaszkiewicz i dodaje: – Bardzo się cieszę, że to wydarzenie odbędzie się właśnie tutaj, ponieważ staramy się utrwalać w mieszkańcach i turystach proekologiczne zachowania.

Szczegóły wyprawy, miejsca spotkań i edukacyjnych akcji, trasa na stronach: www.cycling-recycling.eu oraz na https://www.facebook.com/cycling.recycling/

Kiedy w 2017 roku pisałam adwokacki Manifest w imieniu zwierząt, nie miałam pojęcia, że półtora roku później – jeden z jego istotnych punktów – zacznę realizować razem z Polskim Towarzystwem Etycznym.

Wskazałam wówczas, w punkcie piątym Manifestu, na potrzebę wprowadzenia instytucjonalnej reprezentacji zwierząt poprzez powołanie rzecznika/ rzeczniczki ds. ochrony zwierząt na szczeblu urzędowym, dysponującego/ą własnym biurem i budżetem.

Dziś pełnię funkcję rzeczniczki w Polskim Towarzystwie Etycznym, co nie jest oczywiście równoznaczne z urzędem państwowym, jednak jednym z naszym głównych celów jest wprowadzenie do debaty publicznej idei formalnego rzecznictwa w imieniu zwierząt. Zmiana to zaczyna się od idei, która przekształci się, w mojej ocenie, w niedługim czasie w postulaty polityczne poszczególnych ugrupowań, a następnie znajdzie swoje miejsce w prawie. I właśnie temu, jak wzmocnić zwierzęta poprzez instytucjonalne narzędzia, poświęcam swój tekst.

Podstawowym problemem dzisiejszej złej sytuacji zwierząt jest w mojej ocenie brak zorganizowania ich ochrony w sposób systemowy. Dotyczy to zarówno poziomu legislacyjnego, czyli tworzenia niespójnych ze sobą przepisów, również w odniesieniu do wartości w nich chronionych, jak i poziomu stosowania prawa, który często przejawia się lekceważącym stosunkiem do zwierząt. Na obu tych poziomach zwierzęta potrzebują rzecznictwa w ich imieniu. Wynika to z faktu oczywistych różnic gatunkowych. To my ludzie, jako autorzy i wykonawcy prawa, decydujemy o jego kształcie i egzekwowaniu. Jednocześnie tym prawem często rozstrzygamy o życiu i śmierci zwierząt. Decydujemy o tak pryncypialnych kwestiach, jak rozród zwierząt, chwila siłowego i przymusowego odłączania młodych od ich matek – w przypadku zwierząt wykorzystywanych w hodowli przemysłowej, wielkość klatek zwierząt hodowanych na futra, a w końcu sposób ich uśmiercania, np. poprzez porażenie prądem za pomocą elektrody przykładanej do nosa i odbytu zwierzęcia.

Regulujemy w mojej ocenie kwestie totalne, jesteśmy władcami życia i śmierci. Zwierzęta nie mają szans wypowiedzieć się w tej sprawie, ponieważ nie należą do kręgu podmiotów to prawo tworzących. Jest to sytuacja symptomatyczna dla wszystkich grup wykluczanych przez prawo, jak kiedyś ludzi, wykorzystywanych jako niewolników, kobiet, dzieci. Oni i one także poprzez dyskryminację na poziomie społecznym i prawnym, nie mieli/miały szans decydować o własnym losie. Ale… byli/były ludźmi i w końcu wykrzyczeli/ły swoją godność.

Zwierzęta nie mają na to żadnej szansy, to my musimy wykrzyczeć ich prawa! Przy czym problemem zasadniczym jest to, że walczymy o to, by chronić zwierzęta przed nami samymi, bo to człowiek jest zarówno ich głosem, jak i oprawcą. Dlatego właśnie wprowadzanie postępowych i faktycznych zmian w ochronie zwierząt wymaga wysokiej dojrzałości i odwagi politycznej. W mojej ocenie tchórze, którzy budują politykę na mowie nienawiści, nigdy nie przyniosą bezpieczeństwa zwierzętom. Przemoc wobec zwierząt jest bowiem związana z przemocą w ogóle. 

Formalne rzecznictwo w imieniu zwierząt powinno znaleźć oparcie w ustawie, ustanawiającej swoisty urząd rzecznika/ rzeczniczki ds. ochrony zwierząt. Wyobrażam go sobie jego organ państwowy, ale niezależny od rządu, tak jak niezależny jest urząd Rzecznika Praw Obywatelskich. Przykład ten świetnie pokazuje, jak istotne jest istnienie podmiotu, wyposażonego w formalne kompetencje do działania w imieniu osób narażonych na niewłaściwe traktowanie, również przez władze państwowe.

W odniesieniu do zwierząt kluczowe znaczenie ma to, by urząd je reprezentujący był niezależnym organem od ministra właściwego do spraw rolnictwa oraz ministra właściwego do spraw środowiska. Organy te, już abstrahując od ocen poszczególnych osób, którym powierzane są te funkcje w ostatnich latach, z zasady w wielu przypadkach reprezentują interesy sprzeczne z humanitarną ochroną zwierząt. Dobitnym przykładem tego są wytyczne wydawane w latach 2010-2017 przez Głównego Lekarza Weterynarii, podległego ministrowi do spraw rolnictwa, w których GLW wprost dopuszczał przenoszenie żywych karpi bez wody. Tymczasem ustawa o ochronie zwierząt wyraźnie wskazuje, że transport lub przetrzymywanie w celu sprzedaży żywych ryb bez dostatecznej ilości wody umożliwiającej im oddychanie, stanowi przestępstwo znęcania się nad zwierzętami. Jednocześnie jaki podmiot ustawa o ochronie zwierząt wskazuje jako podmiot nadzoru nad przestrzeganiem przepisów ustawy? Inspekcję Weterynaryjną, kierowaną przez Głównego Lekarza Weterynarii. Kto zatem ma interweniować w sprawie karpi trzymanych bez wody? Ten sam organ przeciw niemu samemu?

Podobnie sprawa się ma z dzikami. To w Ministerstwie Środowiska 28 listopada 2018 r. sporządzono pismo zlecające „wielkoobszarowe polowania na dziki w skali całego kraju”. To sekretarz stanu w tym resorcie podpisała się pod dyspozycją, by priorytetowo strzelać „do loch zanim przystąpią do rozrodu”. Później w nieudolny sposób próbowano powyższe dementować, ale są i pisma i nagrania, wskazujące, że istniał plan eksterminacji niemal całego gatunku, który to plan omawiany był w Ministerstwie Środowiska.

Powstaje zatem pytanie, kto w powyższych sytuacjach, które związane były bezpośrednio z krzywdą zwierząt, reprezentował same zwierzęta? Oczywiście organizacje pozarządowe. Ale kto na szczeblu instytucjonalnym, równorzędnym organom podejmującym kluczowe decyzje w kwestii zwierząt, wyposażonym w tak samo silne zaplecze finansowe, strukturalne i prawne? Nikt. Bo nie mamy takiego organu w Polsce. Dlatego tak ważne jest systemowe formalne wyrównanie reprezentacji zwierząt. Dziś na poziomie organów państwowych prowadzona jest w przeważającym stopniu polityka eksploatacyjno – ekspansywna wobec zwierząt.

Jednocześnie kolejne rządy w Polsce szybko zdały sobie sprawę, że mogą nie inwestować w ochronę zwierząt, przerzucając niemal cały ciężar związany z ich ochroną przed niehumanitarnym traktowaniem na organizacje pozarządowe. Aktualnie organizacje nie tylko pomagają faktycznie zwierzętom, podejmując interwencje, ale w zasadzie inicjują niemalże wszystkie postępowania karne i administracyjne związane z ochroną zwierząt. Z reguły nie posiadają swoich komórek prawnych, a jednocześnie często nie posiadają środków na opłacenie wynagrodzenia pełnomocnika/ pełnomocniczki. Szukają pomocy pro bono, ale przecież ona ma ograniczony wymiar, bo niemożliwym jest przyjmowanie setek spraw pro bono przez prawników i prawniczki. A sprawy te, tak samo jak każde inne postępowania, wymagają wiedzy profesjonalnej, która powinna być w sposób właściwy wynagrodzona. Błędne koło, w którym państwo umyło ręce, choć to bardzo krótkowzroczne, bo poziom ochrony zwierząt świadczy o jakości państwa.

Pamiętajmy przy tym, że dziś to przede wszystkim to organy ścigania i jednostki samorządu terytorialnego mają swoje obowiązki wobec zwierząt. Przestępstwa określone w ustawie o ochronie zwierząt w art. 35 ust 1-2 wymagają rzetelnego i sumiennego zaangażowania się w ich ściganie przez organy do tego powołane (policja, prokuratura) oraz sprawiedliwego i wnikliwego procesu sądowego oraz adekwatnych kar dla sprawców. Z kolei gminy obowiązane są do zapobiegania bezdomności zwierząt i zapewnienia opieki bezdomnym zwierzętom w sposób humanitarny. A propos kar – czy wiecie Państwo, jaka grozi kara sprawcy za uszkodzenie lub zniszczenie cudzej rzeczy? Kara pozbawienia wolności do 3 miesięcy do lat 5. Dla porównania za zabicie zwierzęcia albo znęcanie się nad nim grozi kara do 3 lat pozbawienia wolności. Wynika z tego, że przepisy karne wyżej „cenią” rzeczy niż zwierzęta. Formalne rzecznictwo powinno zatem zmierzać także do rzeczywistej dereifikacji zwierząt na poziomie prawnym. 

Kolejnym istotnym elementem rzecznictwa w imieniu zwierząt powinno być ustawowe umocowanie rzecznika/ rzeczniczki do podejmowania prawnych interwencji w imieniu zwierząt, bez potrzeby dokonywania tego za pośrednictwem organizacji pozarządowej, co prowadziłoby do symbolicznego upodmiotowienia zwierząt w sposób, o których pisali profesorowie Tomasz Pietrzykowski i Andrzej Elżanowski – czyli uznając nieosobową podmiotowość zwierząt. Dziś około 75% wszystkich zgłaszanych spraw o przestępstwa przeciwko zwierzętom zostaje umorzone. Z moich doświadczeń, jako adwokatki występującej w tych sprawach, wynika, że większość umorzeń jest nieprawidłowa, a co najmniej przedwczesna. Można te postanowienia zażalić do sądu i dalej walczyć o sprawiedliwość dla zwierząt. W sprawach o szczególnym znaczeniu powinien to robić urząd rzecznika/ rzeczniczki ds. ochrony zwierząt – przyjmując na siebie ciężar tzw. litygacji strategicznych. Podobnie, powinien być on wyposażony w uprawnienie do wniesienia apelacji od wyroku pierwszej instancji lub  kasacji do Sądu Najwyższego w sprawach związanych z ochroną zwierząt.

Gdybym kiedyś została taką rzeczniczką na szczeblu państwowym, dużą wagę przywiązywała bym także do języka, jakiego używamy na poziomie prawnym, zarówno w przepisach prawa, jak i  orzeczeniach sądowych i decyzjach administracyjnych. Język bowiem jest odzwierciedleniem rzeczywistości, naszych wartości, ale i uprzedzeń, lęków i pragnień. Język także ma wpływ na kształtowanie rzeczywistości. Zwierzęta dzikie powinny przestać być „zwierzyną”- o ile łatwiej bowiem być obojętnym na śmierć zwierzyny, niż istoty zdolnej do odczuwania cierpienia, o której mowa w art.1  ust. 1 ustawy o ochronie zwierząt? W jednej z prowadzonych przeze mnie spraw samorządowe kolegium odwoławcze napisało, że „przedmiotowe cztery psy nie wykazywały oznak chorób”. „Przedmiotowe” może być postępowanie, a nie psy. Wyobraźmy sobie, jak by to brzmiało, gdyby postępowanie dotyczyło jakiegoś ludzkiego problemu. Czy jakikolwiek organ napisałby o przedmiotowych ludziach – stronach postępowania, czyli o przedmiotowych podmiotach? Kuriozum i dlatego by nie napisał.

Formalne rzecznictwo w imieniu zwierząt to występowaniu w imieniu wszystkich zwierząt, zarówno tych uznawanych za towarzyszące, jak i tych odległych człowiekowi, jak ryby, ptaki, zwierzęta dzikie, a także zwierzęta wykorzystywane do celów przemysłowej produkcji i inne. Każda z wymienionych grup boryka się zasadniczo z różnymi problemami i zróżnicowane w związku z tym powinny być działania rzecznicze w ich imieniu. Szczególną uwagę powinniśmy poświęcać uniezależnieniu poziomu ochrony zwierząt od naszej sympatii. Dziś jest to bardzo znamienne, że rzeczywisty los zwierząt jest ściśle związany z funkcją jaką im nadaliśmy. Im bardziej użytkowa, tym zwierzęta mają gorzej. Rzecznik/ rzeczniczka powinna być głosem zwłaszcza tych zwierząt, które narażone są na największą dyskryminację w zakresie prawa do godnego życia.

Dziś jako Rzeczniczka ds. ochrony zwierząt w Polskim Towarzystwie Etycznym lobbuję za tym, by zwierzęta miały w przyszłości swoje instytucjonalne przedstawicielstwo. Mam zaszczyt w tym zakresie współpracować ze znamienitymi naukowcami – etykami, jak prof. Dorota Probucka i prof. Andrzej Elżanowski. W dniach 9 -10 maja w Krakowie zorganizowaliśmy jako Polskie Towarzystwo Etyczne wraz z Akademickim Stowarzyszeniem Przeciwko Myślistwu Rekreacyjnemu pierwszą w Polsce konferencję o „Rzecznictwie w imieniu zwierząt i przyrody”, która jest symbolicznym krokiem w kierunku formalnej reprezentacji. Będziemy także dążyć do tego, by humanitarna ochrona zwierząt stała się wartością konstytucyjną.

Autorka:

Adw. Karolina Kuszlewicz – prawniczka, Rzeczniczka ds. ochrony zwierząt przy Polskim Towarzystwie Etycznym, członkini Komisji Legislacyjnej przy Naczelnej Radzie Adwokackiej, edukatorka i publicystka w zakresie prawnej ochrony zwierząt, autorka bloga www.wimieniuzwierzat.com, zwyciężczyni rankingu Rising Stars – Prawnicy Liderzy Jutra 2017 m.in. ze względu na prawną walkę o ochronę karpi przed niehumanitarnym traktowaniem, autorka linii orzeczniczych i opracowań dla systemu informacji prawnej LEX, aktualnie kursantka Szkoły Trenerów w Meritum. 

Agroekologia jest odpowiedzią na pytanie, w jaki sposób zmienić i naprawić nasz system żywnościowy i życie obszarów wiejskich, które zostały zniszczone przez rolnictwo przemysłowe oraz tak zwane Zielone i Niebieskie Rewolucje. Uważamy Agroekologię za kluczową formę oporu wobec systemu gospodarczego, który przedkłada zyski ponad ludzi. Przemysłowy system żywnościowy jest główną przyczyną licznych kryzysów: klimatycznego, żywnościowego, ekologicznego, zdrowia publicznego i innych. Umowy o wolnym handlu i korporacyjne porozumienia inwestycyjne, umowy w sprawie rozstrzygania sporów pomiędzy inwestorami a państwami oraz fałszywe rozwiązania, takie jak rynki emisji związków węgla, a także postępująca „finansjalizacja” ziemi i żywności – wszystkie z nich powodują dalsze pogłębianie się tych problemów. Agroekologia w ramach Suwerenności Żywnościowej oferuje nam wspólną ścieżkę do przezwyciężenia wymienionych wyżej kryzysów.

(Deklaracja Międzynarodowego Forum na rzecz Agroekologii)

 

Świat na krawędzi przepaści

Coraz trudniej zignorować kryzys, w jakim znalazł się przemysłowy system żywnościowy. Od co najmniej dekady ukazują się kolejne raporty naukowe, które jasno pokazują, że dominujący dziś przemysłowy system rolno-spożywczy niszczy życie na naszej planecie. Jest główną przyczyną  dramatycznej utraty bioróżnorodności, coraz częściej określanej przez naukowców jako 6. wielkie wymieranie, odpowiada za 50% emisji gazów cieplarnianych, które napędzają katastrofalną zmianę klimatu, prowadzi do pustynnienia i degradacji gleb. Jeśli obecna tendencja się utrzyma, za 60 lat na Ziemi najprawdopodobniej nie będzie już nadających się do uprawy ziem. Jednocześnie system ten wytwarza schemizowaną żywność, która przyczynia się do powstawania większości chorób chronicznych związanych z odżywianiem.

Narzucany całemu światu przez kraje bogatej Północy globalny system rolno-spożywczy prowadzi również do niezmiernie dotkliwych skutków społecznych, szczególnie na globalnym Południu. Opierając się na monopolu niewielkiej liczby pionowo zintegrowanych korporacji, które w coraz większym stopniu kontrolują wszystkie ogniwa łańcucha produkcji żywności – poczynając od sprzedaży patentowanych nasion i środków ochrony roślin poprzez ich uprawę, przetwórstwo, aż po sieci sprzedaży – zagraża podstawom egzystencji setek milionów ludzi. Bardzo obrazowo opisali to Szymon Rębowski i i Piotr Depta-Kleśta w magazynie Kontakt:

Weźmy na przykład Persea americana – avocado. Dla jednych stał się w ostatnim czasie smacznym, zdrowym i modnym składnikiem nowoczesnej diety. Innym – w Meksyku i Chile – kojarzy się raczej z utratą ziemi, brakiem dostępu do wody pitnej, zniszczeniem środowiska naturalnego i niewolniczą pracą.

Przemysłowy model produkcji i dystrybucji żywności, wraz całym globalnym systemem społeczno- gospodarczym, który opiera się na intensywnym użyciu paliw kopalnych, rabunkowej eksploatacji zasobów naturalnych i paradygmacie ciągłego wzrostu gospodarczego, doprowadził nasz świat na skraj przepaści. I nie są to katastroficzne wizje powstałe w zatrutych alkoholem umysłach dekadenckich artystów, lecz fakty, co do których istnieje naukowy konsensus.

 

Odpowiedź rządów i wielkiego biznesu

Odpowiedzią rządów, instytucji międzynarodowych i wielkiego biznesu na ten bezprecedensowy, zagrażający podstawom życia na ziemi kryzys, jest tzw. nowa Zielona Rewolucja – naukowe i technologiczne innowacje, które umożliwią zwiększanie produkcji bez uszczuplania zasobów i zanieczyszczania środowiska naturalnego. Jest to eklektyczna mieszanka niektórych praktyk agroekologicznych, np. agroleśnictwa i płodozmianu, i technologii rolnictwa przemysłowego: upraw odpornych na herbicydy, toksycznych środków owadobójczych, modyfikowanych genetycznie roślin i zwierząt, olbrzymich monokultur upraw przeznaczonych na eksport, opatentowanych nasion i technologii oraz przemysłowej hodowli zwierząt. Częścią tego podejścia jest również rynek handlu emisjami CO2.

Są to fałszywe rozwiązanie – w gruncie rzeczy oznaczają kontynuację dotychczasowego scenariusza rolnictwa przemysłowego, a także dalsze utowarowienie natury i zwiększenie kontroli ponadnarodowych korporacji, których nadrzędnym celem jest powiększanie zysków, nad wszystkimi ogniwami łańcucha produkcji i dystrybucji żywności, ze wszystkimi katastrofalnymi tego konsekwencjami. Utrwalają struktury, które nadają priorytet rozwojowi rynku przed ochroną środowiska i dobrostanem człowieka, i ponieważ kierują się tą samą absurdalną logiką nieograniczonego wzrostu i zysku, która doprowadziła nas do obecnego kryzysu, z natury rzeczy mogą go jedynie jeszcze bardziej pogłębić.

 

Jedyna realna alternatywa

W przeciwieństwie do planowanej w laboratoriach sponsorowanych przez wielki biznes naukowców oraz w gabinetach szefów koncernów i polityków nowej Zielonej Rewolucji, Agroekologia jest tworzona oddolnie, wyrasta z żywego doświadczenia tych, którzy od tysięcy lat uprawiają ziemię i nadal, gospodarując na zaledwie 25-ciu procentach gruntów rolnych, wytwarzają 70 procent spożywanej na świecie żywności. Agroekologia stosuje praktyki rolnicze, które udowodniły swoją wartość na przestrzeni wielu generacji i opierają się na „zasadach ekologicznych, takich jak wspomaganie życia biologicznego w glebie, recykling składników odżywczych, dynamiczne zarządzanie bioróżnorodnością i oszczędność energii bez względu na skalę”, korzystając przy tym z nowoczesnej wiedzy o roślinach i ekosystemach. Nie używa „chemicznych środków ochrony roślin, sztucznych hormonów, GMO i innych nowych niebezpiecznych technologii”*. Poprzedni Specjalny Sprawozdawca ONZ ds. prawa do żywności, Olivier De Schutter rozwiał wątpliwości, co do zdolności tego rodzaju metod rolniczych do produkcji wystarczającej ilości żywności — w swoim raporcie dla Rady Praw Człowieka z marca 2011 roku, napisał: “Agroekologia może podwoić produkcję żywności w całych regionach w przeciągu dziesięciu lat, łagodząc jednocześnie zmiany klimatu i zmniejszając ubóstwo na wsi”.

Podczas gdy dominujący system żywnościowy podporządkowuje środowisko naturalne gospodarce rynkowej, model agroekologiczny poprawia to “odwrócenie” postrzegając gospodarkę, jako “jednostkę zależną” od większego ekosystemu planety. Uznaje, że niezbędna jest „równowaga pomiędzy naturą, wszechświatem a istotami ludzkim” i „fakt, że jako ludzie jesteśmy tylko częścią natury i wszechświata” Podkreśla znaczenie poczucia „związku duchowego z naszymi ziemiami i z całą siecią życia” i odrzuca „przekształcanie w towar jakichkolwiek form życia”*.

Jednocześnie Agroekologia ma bardzo mocny aspekt polityczny – odnosi się politycznych i strukturalnych przyczyn dzisiejszego kryzysu i „wymaga od nas zakwestionowania i przekształcenia struktur władzy w społeczeństwie”, aby „oddać kontrolę nad nasionami, bioróżnorodnością, ziemią i terytoriami, wodą, wiedzą, kulturą i innymi dobrami wspólnymi w ręce ludzi, którzy karmią świat”*. Zmierza do realizacji koncepcji Suwerenności Żywnościowej, którą definiuje się jako „prawo ludzi do zdrowej i związanej z kulturą lokalną żywności, produkowanej metodami ekologicznymi i zrównoważonymi, oraz do określania swoich własnych systemów żywnościowych i rolnych”, i która stawia tych, „którzy produkują, prowadzą dystrybucję żywności, a także konsumentów, w samym sercu systemów żywnościowych, bez przyznawania priorytetu wymogom rynku światowego i korporacjom”**.

Agroekologia w ramach Suwerenności Żywnościowej jest podejściem holistycznym – postrzega ludzkość i jej system społeczno-gospodarczy w powiązaniu z szerszym ekosystemem i całym wszechświatem; prawdziwie demokratycznym; opartym na niezależnej nauce i tradycyjnej wiedzy zgromadzonej przez poprzednie pokolenia; i wypływa z autentycznej troski o dobro gatunku ludzkiego i całej planety. Odnosi się do rzeczywistych przyczyn kryzysu – niesprawiedliwego, zdominowanego przez interesy ponadnarodowych korporacji i instytucji finansowych systemu, który opiera się na absurdalnym paradygmacie wzrostu gospodarczego i podsycanej przez ten system ludzkiej chciwości.

Agroekologia i Suwerenność Żywnościowa dają priorytet lokalnej produkcji i konsumpcji żywności, co oznacza skrócenie łańcucha systemu żywnościowego i w konsekwencji znaczne zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych. Zastosowanie metod ekologicznych wiąże się z brakiem lub minimalnym użyciem środków chemicznych, mniejszą mechanizacją, a więc również redukcją emisji, a także przywraca glebie naturalną zdolność do sekwestracji CO², zwiększa też różnorodność biologiczną, a co za tym idzie zdolności adaptacyjne roślin i ich odporność na zmiany klimatu.

Agroekologia nie jest jedynie teorią czy też utopią, ma ją na swoich sztandarach największa organizacja społeczna na świecie, zrzeszająca ponad 250 milionów rolników La Via Campesina, a jej zasady są z powodzeniem stosowane przez tysiące społeczności na całym świecie***.

Z wyżej wymienionych powodów jesteśmy przekonane i przekonani, że Agroekologia w ramach Suwerenności Żywnościowej jest jedynym realnym rozwiązaniem dzisiejszego kryzysu i drogą którą powinniśmy wybrać. Co więcej, ma kluczowe znaczenie dla naszego przetrwania w świecie gwałtownie zmieniajacego się klimatu.

Agroekologia, TERAZ!

 

Przypisy:

* Deklaracja Międzynarodowego Forum na rzecz Agroekologii

** Deklaracja Suwerenności Żywnościowej

*** Raport organizacji ARC 2020 i Friends of the Earth Europe: „TRANSFORMACJA W STRONĘ AGROEKOLOGII” pokazuje przykłady praktyk agroekologicznych z różnych krajów Unii Europejskiej. Przykłady zastosowania agroekologii z całego świata można znaleźć w raporcie La Via Campesiny: Peasant Agroecology for Food Svereignty and Mother Earth.

Artykuł pierwotnie ukazał się na stronie agroekologia.edu.pl.

 

 

Rządowy program Czyste Powietrze nie działa, a Polsce grożą kary za smog. Przestrzegaliśmy przed tym, gdy w ubiegłym roku Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej ogłosił wyrok za przekroczenia pyłu PM10 – alarmuje Fundacja ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.

Według dziennika „Politico” Komisja Europejska odwołała w Brukseli spotkanie grupy roboczej ds. programu. Jej członkami są przedstawiciele KE, Banku Światowego, polskich władz oraz organizacji pozarządowych. Nie wyznaczono daty następnego spotkania.

Komisja Europejska niedawno wyraziła zaniepokojenie niską skutecznością programu „Czyste Powietrze” a także niewielką ilością zatwierdzonych wniosków. Poinformowała, że ze względu na ich liczbę program nie kwalifikuje się do objęcia wsparciem z Funduszu Spójności.

Zamiast otrzymać sięgające miliardów złotych unijne wsparcie na walkę ze smogiem, powraca realna groźba milionowych kar za brak skutecznych działań na rzecz poprawy jakości powietrza. Taki może być efekt niedziałającego programu Czyste Powietrze, który dodatkowo promuje nieekologiczne i nieefektywne rozwiązania, jak wymiana pieców opalanych węglem na inne piece opalane węglem. Komisja Europejska doskonale wie, że to spalanie węgla jest główną przyczyną smogu w Polsce – komentuje Agnieszka Warso-Buchanan, radczyni prawna Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.

Przewidziana w rządowym programie wymiana pieców węglowych na węglowe nie tylko na kolejne lata zwiąże obywateli z przestarzałą technologią, ale będzie miała też wątpliwy wpływ na zmniejszenie smogu. Dodatkowo wzmocni negatywny efekt klimatyczny w postaci wysokiej emisji CO2 do atmosfery. W obliczu kryzysu klimatycznego to kolejny argument, by w ramach takich programów jak Czyste Powietrze promować nowoczesne źródła bezemisyjne – dodaje Warso-Buchanan.

22 lutego 2018 roku TSUE uznał, że Polska złamała prawo unijne dopuszczając do nadmiernych wieloletnich przekroczeń stężeń pyłu zawieszonego PM10 w powietrzu. Wcześniej podobny wyrok w Unii Europejskiej usłyszała tylko Bułgaria.

Raport Najwyższej Izby Kontroli z grudnia 2014 r. mówi, że Polsce za naruszenia norm jakości powietrza grożą nawet 4 mld zł kary. Do nałożenia kar dochodzi jednak dopiero po kolejnym procesie sądowym. Komisja najpierw musiałaby złożyć wniosek do Trybunału o rozpoczęcie postępowania w sprawie nałożenia grzywny. Porażka rządowego programu „Czyste Powietrze” będzie istotnym argumentem dla Komisji, aby taki wniosek złożyć.

Szacunki Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi, bazujące na wytycznych Komisji Europejskiej, wskazywały, że kary finansowe, jeśli zostaną orzeczone, mogą być nieco łagodniejsze. Grzywny mogą przyjąć formę ryczałtu lub kary okresowej. W przypadku Polski kara okresowa może wynieść od 5 215 EUR do 315 000 EUR za każdy dzień naruszenia, a kara w postaci ryczałtu od 4 300 000 EUR do 50 034 200 EUR (zakładając, że od pierwszego do drugiego wyroku upływają cztery lata, a naruszenie trwa dalej).

Komentarz Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.

clientearth.org

Obywatele i organizacje ekologiczne od dawna zwracają uwagę na negatywny wpływ Kopalni Turów na środowisko. Badania potwierdzają, że kopalnia Turów generuje toksyczne pyły zawieszone, które wdychane są następnie przez mieszkańców Bogatyni. Wpływa też na osuszanie ujęć wody pitnej w Czechach.

Dr Hanna Schudy z EKO-UNII: – W dobie katastrofy klimatycznej wiemy, że musimy zaprzestać spalanie węgla brunatnego, jeżeli chcemy zwolnić zmiany, które zagrażają naszej ludzkiej cywilizacji i przyszłości Bogatyni. Nie ma wyobraźni ten, kto twierdzi, że do połowy XXI wieku będziemy produkować energię elektryczną z węgla, a szczególnie węgla brunatnego.

Władze czeskie mają dość!

Powstał wspólny front starostów miast Frydland i Chrastava, samorządu Kraju Libereckiego, czeskiego Ministerstwa Środowiska oraz prawników, którzy domagają się od Wojewody Dolnośląskiego uchylenia zmiany planu zagospodarowania przestrzennego Gminy Bogatynia zezwalającej na poszerzenie kopalni odkrywkowej Turów. Czeski senator i starosta, Michael Canov, zwraca uwagę, że „(…) strona czeska walczy o to, żeby strona polska na własnym terytorium przestrzegała prawa” [oficjalny komunikat prasowy samorządu Kraju Libereckiego, 1.07.2019 r.].

Padają słowa sprzeciwu wobec poszerzenia odkrywki i pozbawienia mieszkańców Czech wody pitnej. Czesi wyceniają na ponad 10 mln złotych koszty inwestycji niezbędnych do sprowadzenia z Gór Izerskich wody, której pozbawi ich odkrywka. Zgodnie z zasadą „zanieczyszczający płaci”, koszty te powinna ponieść Kopalnia Turów.

Susza również w Bogatyni

Do ubiegłego tygodnia wydawało się, że problemy z wodą pitną wokół Turowa mają tylko Czesi. Jednak lej depresyjny i susza także w Polsce są skutkiem wieloletniej eksploatacji złoża w Turoszowie. Potwierdzają to dane hydrogeologów. W II. połowie czerwca, susza i upały oraz zwiększony pobór wody przez mieszkańców gminy, kopalnię i elektrownię Turów, spowodował osuszenie 2 ujęć własnych wody pitnej Bogatyni. Pojawiły się przerwy w dostawach wody oraz radykalne pogorszenie jej jakości.

Woda niezdatna do picia

Według informacji z sesji Rady Gminy Bogatynia, normy zanieczyszczenia wody pitnej żelazem były przekroczone okresowo o 250%, a manganem o 100%. Zdumienie radnych i ekologów budzi chaos informacyjny, narażający mieszkańców miasta na korzystanie z wody niezdatnej do picia. Udokumentowała to wiarygodnie w swoich materiałach i transmisji z posiedzenia rady gminy lokalna i niezależna TV Bogatynia, która jako pierwsza upubliczniła informację o skażeniu wody pitnej.

Dziwi nas także fatalny stan infrastruktury wodociągowej, regularne awarie i wycieki wody – 70% rur przesyłowych ma ok. 50 lat – w jednej z najbogatszych polskich gmin, jaką jest Bogatynia. Podczas 4,5 godzinnej nadzwyczajnej sesji rady Gminy nie mówi się otwarcie o problemach z wodą w kontekście suszy, do których odkrywka Turów przyczynia się nie tylko u sąsiadów, ale także w Polsce – mówi Paweł Pomian, członek zarządu EKO-UNII i działacz Partii Zieloni.

Polskie organizacje ekologiczne powtarzają władzom gmin i województwa oraz koncernowi PGE: „czas wyjść z kopalni na słońce”.

Duże środki UE w Platformie Węglowej czekają na wsparcie sprawiedliwej transformacji regionów odchodzących od węgla. Najbliższe spotkanie w Brukseli odbędzie się 13-14 lipca. To tam jest miejsce na politykę dla Burmistrza Bogatyni – podkreśla Radosław Gawlik, wiceprezes Koalicji Rozwój TAK – Odkrywki NIE, zaangażowany w ruch na rzecz Transformacji Energetycznej ponad Podziałami.

Komunikat Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA

Kontakt:

Hanna Schudy: hanaschudy@gmail.com

Paweł Pomian: ppomian@eko.org.pl

Radosław Gawlik: rgawlik@eko.org.pl

 

Załącznik:

Tłumaczenie oficjalnego komunikatu prasowego samorządu Kraju Libereckiego (1 lipca 2019)

Samorząd Kraju Libereckiego i czeskie Ministerstwo Środowiska żądają anulowania nowego planu zagospodarowania przestrzennego Bogatyni, który zezwala na poszerzenie kopalni Turów. Zatwierdzenie planu było niezgodne z prawem.

Przedstawiciele władz samorządowych Kraju Libereckiego, czeskiego Ministerstwa Środowiska i organizacji Frank Bold oraz starostowie Frýdlantu i Chrastavy dyskutowali o kolejnych wspólnych działaniach w sprawie planowanego poszerzenia kopalni odkrywkowej węgla brunatnego w Turowie.

W zeszłym tygodniu zostaliśmy zaskoczeni informacją, że Bogatynia zatwierdziła zmianę planu zagospodarowania przestrzennego bez uwzględnienia uwag ze strony władz Kraju Libereckiego – powiedział Jiří Löffelmann, przedstawiciel ds. środowiska naturalnego, rolnictwa i rozwoju regionalnego ze strony samorządu regionu. Postępowanie władz polskiego miasta jest niezgodne z prawem. Ustaliliśmy, że ministerstwo wykorzysta wszelkie dostępne środku, by podważyć decyzję radnych Bogatyni – podkreśla hetman, Martin Půta (odpowiednik polskiego Marszałka Sejmiku Wojewódzkiego). Nie wykluczamy nawet skargi międzynarodowej – dodaje.

Współpracujemy ze sobą, aby mieszkańcy regionu frydlanckiego nie zostali pozbawieni dostępu do wody pitnej. Postępowanie polskiej Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska (GDOŚ) uważamy za co najmniej niestandardowe. GDOŚ otrzymała od nas jasny komunikat o konsultacjach międzypaństwowych, które nie zostały jeszcze zakończone. Dlatego w ubiegłym tygodniu zwróciliśmy się do GDOŚ o uchylenie zatwierdzonej zmiany planu zagospodarowania przestrzennego. Poprosiliśmy również o spotkanie w lipcu ze stroną polską – wyjaśnia plany ministerstwa Evžen Doležal, Dyrektor Departamentu Oceny Oddziaływania na Środowisko i Pozwoleń Zintegrowanych.

To smutne, że strona czeska walczy o to, żeby strona polska na własnym terytorium przestrzegała prawa – powiedział senator i starosta Chrastavy, Michael Canov, do którego przyłączył się starosta miasta Frýdlant, Dan Ramzer: Głęboko się sprzeciwiamy projektowi poszerzenia odkrywki i zrobimy wszystko, żeby zminimalizować jego wpływ na życie mieszkańców regionu. Nasze wodociągi przygotowują się, by zapewnić im dostęp do wody.

Zabiegam także o spotkanie z ambasadorem Polski w Pradze, panią Barbarą Ćwioro. Nie chciałbym, żeby poszerzenie odkrywki przełożyło się na pogorszenie dobrych obecnie stosunków czesko-polskich, dlatego będę prosił panią ambasador, aby strona polska zrobiła wszystko, by nie dopuścić do takiej sytuacji – powiedział na zakończenie hetman Půta.

Na wniosek władz Kraju Libereckiego czeskie Ministerstwo Środowiska wystąpiło o przedłużenie terminu na składanie uwag do projektu poszerzenia odkrywki Turów do 14 lipca 2019 roku. Zgodnie ze zgłoszonymi uwagami samorząd będzie także domagał się wysłuchania publicznego – na terenie Czech i w języku czeskim.

Andrea Fulková / andrea.fulkova@kraj-lbc.cz

Źródło: https://www.kraj-lbc.cz/kraj-a-ministerstvo-zadaji-zruseni-noveho-uzemniho-planu-mesta-bogatynia-ktery-povoluje-rozsireni-tezby-v-nbsp-dolu-turow-schvaleni-planu-bylo-nezakonne-n910436.htm

 

 

 

 

Rada miasta stołecznego Warszawa przyjęła projekt stanowiska w sprawie ogłoszenia klimatycznego stanu wyjątkowego oraz przeciwdziałania kryzysowi klimatycznemu.

Projekt został zgłoszony na początku sesji 4.07.2019 r. przez radnego Nowoczesnej Marka Szolca. Stanowisko wzywa Radę Ministrów do podjęcia natychmiastowych działań zmierzających do radykalnego zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych, a także ogłoszenie klimactyznego stanu wyjątkowego na terenie całego kraju, aby uświadomić Polki i Polaków o zagrożeniu związanym z katastrofą klimatyczną.

Przy klimacie nie chodzi o to, czy idziemy w lewo, czy w prawo. To kryzys ponad podziałami, bo mamy do wyboru albo ścieżkę w dół i koniec świata, jaki znamy, albo w górę, czyli gospodarkę neutralną dla klimatu! – uzasadniał swój projekt Szolc.

Za projektem opowiadali się radni Koalicji Obywatelskiej, a także strona społeczna w postaci aktywistów Młodzieżowego Strajku Klimatycznego, Extinction Rebellion, Warszawy Bez Smogu czy Ostrej Zieleni. Klub radnych Prawa i Sprawiedliwości początkowo sprzeciwiał się projektowi, ale ostatecznie radni PiS wstrzymali się od głosu.

Po kilkugodzinnej dyskusji projekt stanowiska został przyjęty. Za jego przyjęciem zagłosowało 38 radnych, przy 15 głosów wstrzymujących się.

W porządku obrad znalazła się także strategia adaptacji do zmian klimatu do roku 2030 z perspektywą do 2050. Projekt przewiduje inwestycje w odnawialne źródła energii, a także zbiorniki magazynujące wodę czy zieleń miejską, która ma stać się filarem polityki miasta.


Pierwsza z inicjatywą wprowadzenia stanu wyjątkowego (climat emergency) wystąpiła radna Carla Denyer z Partii Zielonych w Bristolu. Pomysł podjęto w setkach miast w kilkunastu. Takie stanowisko przegłosowano też w Parlamencie Brytyjskim.

W czerwcu z inicjatywy Catherine McKenny, ministry ds. środowiska i zmiany klimatu Catherine McKenna ogłoszono klimatyczny stan wyjątkowy dla Kanady.

 

Może być tak, że gdy nie wiemy już, co robić,
rozpoczyna się nasza prawdziwa praca,
i gdy nie wiemy już, którą drogą pójść,
rozpoczęliśmy naszą prawdziwą podróż.
Umysł, który nie jest skonsternowany, nie pracuje.
Strumień, który napotyka przeszkody, śpiewa.
(Wendell Berry)

Trudno o tym pisać, częściowo dlatego, że my również jesteśmy skonsternowani. Załamanie środowiskowe połączone z życiem w czasie szóstego wielkiego wymierania to nowe terytorium. Jesteśmy wciąż w procesie konfrontowania rzeczywistości życia z perspektywą nienadającej się do egzystencji planety.

Myśli te wyłoniły się z ostrożnych wycieczek w niepewną przyszłość w poszukiwaniu właściwych sposobów życia i służby w teraźniejszości. Drugim powodem naszej niechęci do dzielenia się tymi przemyśleniami jest przewidywanie żalu, złości i lęku, które mogą wywołać. Odwiedzamy te miejsca w naszych sercach często i wiemy, jak wielkim wyzwaniem jest głębokie odczuwanie, szczególnie w kulturze, która zaprzecza uczuciom i patologizuje śmierć.

Gdy to, co nie do pomyślenia, staje się oczywiste, nieuchronnie pojawia się pytanie: co robić? Czym jest aktywizm w kontekście upadku? Może nam się przydać definicja upadku sformułowana przez profesora zrównoważonego przywództwa i założyciela Instytutu na rzecz Zrównoważenia i Przywództwa (the Institute for Leadership and Sustainability – IFLAS) na Uniwersytecie w Cumbri (Wielka Brytania), Jema Bendella: „nieregularne kończenie się naszych obecnych środków utrzymania, schronienia, bezpieczeństwa…i naszej dzisiejszej tożsamości”. Bendell nie jest pierwszym, który ostrzega przed upadkiem – NASA zrobiła to pięć lat temu. Każdy, kto rozumie realia naszych czasów, będzie musiał odnaleźć swoje własne podejście do trudnych prawd o sprzężonym ekologicznym, finansowym, politycznym i społecznym rozpadzie. Miliardy ludzi na naszej planecie już w tej chwili doświadczają w pełni jego bezpośrednich skutków. 40% ludzkiej populacji na tej planecie jest dotkniętych niedoborem wody. Od 1970 roku ludzie unicestwili 60% całego życia zwierzęcego na Ziemi.

Poniżej opisujemy, korzystając z analizy Bendella, trzy reakcje na nadciągający upadek.

Pierwsza charakteryzuje się zdwojonymi wysiłkami, aby posprzątać bałagan, który sami stworzyliśmy. Sądzimy, że jeśli tylko będziemy ciężej pracować, możemy zmienić sytuację. Druga polega na łagodzeniu nieuchronnego cierpienia i strat, kojeniu bólu i zmniejszaniu szkód, których już doświadczamy. Łagodzenie opóźnia katastrofę, dając mam czas na trzecią reakcję, jaką jest adaptacja do zagrażających życiu scenariuszy, które są przed nami, lub – jak nazywa to Bendell – „głęboką adaptację”.

Sugerowany przez nas trójwarstwowy model nie jest sztywny – bardziej przypomina spektrum, a poszczególne warstwy od czasu do czasu się splatają. W miarę jak rośnie nasze rozumienie katastrofy biosfery, możemy przesuwać punkt ciężkości naszego aktywizmu. Nasz wiek i etap życia, na jakim się znajdujemy, również mają wpływ na to, w co wkładamy naszą życiową energię.

Minusem pierwszej reakcji – „naprawiania kryzysu” – jest to, że często pobudza ona fałszywą wiarę w zewnętrzne panacea, które możemy popierać lub na których możemy polegać. Zaabsorbowani tymi rozwiązaniami, odwracamy naszą uwagę od konieczności adaptacji do kryzysu, która powinna rozpocząć się szybko, zarówno na poziomie osobistym, jak i instytucjonalnym. Dużo czasu zabiera na przykład przygotowanie planów radzenia sobie z falami milionów uchodźców i ekstremalnymi niedoborami żywności i wody. Na rozwiązaniach opartych na „naprawianiu” można często dobrze zarobić, sprzedając książki i technologiczne obietnice. Chętnie upatrują tu zdobyczy ludzie bez zasad. Taka motywacja jest przejawem tej samej mentalności, która doprowadziła nas do obecnej sytuacji.

Jednak dobrą stroną odpowiedzi skoncentrowanej na naprawianiu jest to, że podnosi ona ludzi na duchu dzięki intensyfikacji działania ruchów społecznych. Nowy Zielony Ład Alexandrii Ocasio-Cortez jest przykładem nowego, odważnego planu „naprawy” tego, co zostało popsute w Stanach Zjednoczonych. Potężną siłą są akcje bezpośrednie Extinction Rebellion, nie mówiąc już o nabierających impetu, elektryzujących marszach młodzieży na całym świecie. W Europie, z szesnastoletnią Gretą Thunberg na czele, odniosły one oszałamiający sukces. Jeśli strumień, który napotkał przeszkodę, śpiewa, tak jak to przedstawił Wendell Berry, to są to rzeki budzących się chórów.

Druga odpowiedź – „łagodzenie” – również ma swoje zalety. Jej celem jest opóźnienie załamania na wystarczająco długo, aby było możliwe przygotowanie się na to, co nadchodzi. Doskonałym przykładem takiego podejścia jest ruch rolnictwa regeneratywnego. Rolnik z dotkniętej suszą Australii opowiedział nam o swojej rodzinnej farmie orzechów macadomia. Pamięta, jak jego matka mówiła: „Będziemy gospodarzyć, dopóki się da”. Dzień, kiedy dłużej się nie da, nadszedł i postanowili spróbować na nowo w Nowej Południowej Walii. Opisał, jak wykopali metrowej głębokości dół. Na dnie dołu nadal był tylko kurz. Wraz z rodziną przyłączyli się do rolników, którzy odrzucili tradycyjne praktyki rolnicze powodujące dalsze ubożenie suchej, jałowej ziemi. Nie używają chemikaliów, zmieniają pastwiska co trzy, cztery dni i tworzą wszelkie warunki dla powrotu i rozkwitu rodzimych traw. W miarę jak zanika pasza, sąsiednie farmy„zmniejszają stan inwentarza” , tzn. zarzynają owce i bydło. Zmniejsza się ilość pożywienia, zarówno dla ludzi, jak i zwierząt. Ale on będzie gospodarzył, dopóki się da. Gdy zapytaliśmy go, dlaczego wciąż uparcie trwa przy tej tak trudnej, rozdzierającej serce pracy, powiedział, że jego motywacja to miłość do ziemi, ale co jeszcze ważniejsze – miłość do dzieci. Chce im zapewnić bezpieczne schronienie najdłużej jak się da.

Niezależnie od niezliczonych projektów geoinżynieryjnych, mających na celu obniżenie poziomów CO2 lub odbicie promieniowania słonecznego z powrotem w przestrzeń kosmiczną, twarda prawda jest taka, że niszczący wpływ dwutlenku węgla już znajdującego się w biosferze jest nieodwracalny i gwałtownie się nasila. Nawet jeśli odłożymy na bok rozmaite nieprzewidywalne sprzężenia zwrotne, istnieje naukowy konsensus, że choćby wszystkie państwa wywiązały się z aktualnych zobowiązań klimatycznych, średnia globalna temperatura wzrośnie o minimum 3° C. Badanie opublikowane przez czasopismo Nature pokazuje, że w ciągu ostatniego ćwierćwiecza oceany absorbowały każdego roku o 60% więcej ciepła, niż przewidywali autorzy raportu Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu z 2014 roku. Autorzy studium podkreślają, że oceany pochłonęły do tej pory 93% ciepła wyemitowanego przez ludzi do atmosfery i że globalne ocieplenie jest o wiele bardziej zaawansowane, niż do tej pory sądzono. Gdyby oceany nie zaabsorbowały tego ciepła, globalna temperatura byłaby o 36° C wyższa niż jest obecnie. Aktualny poziom dwutlenku węgla w atmosferze wynosi 410 cząsteczek na milion (ppm); ostatnim razem, gdy było on tak wysoki, temperatura była o 7° wyższa, a poziom morza o 23 metry wyższy niż dzisiaj.

Każdy, kto sądzi, że mamy jeszcze czas, by w pełni naprawić sytuację, musi odpowiedzieć na pytanie: W jaki sposób usunąć całe ciepło pochłonięte dotąd przez oceany? Energiczny aktywizm jest bardzo ważny i podnosi nas na duchu, ale nie powstrzyma całkowicie tej fali.

W ten sposób dochodzimy do trzeciego poziomu aktywizmu – „adaptacji”.

Adaptacja jest nowym terytorium. Jest to dziedzina uzdrawiania, zadośćuczynienia (duchowego i psychologicznego, między innymi) i współpracy. Zawiera w sobie nowy, niezwykły rodzaj spełnienia i niespotykanej dotąd intymności wobec Ziemi i siebie nawzajem. Zaprasza nas do konfrontacji z podstawowymi przyczynami, które doprowadziły do szóstego wymierania. Nawet jeśli bardzo prawdopodobne jest wymarcie naszego własnego gatunku, nawet jeśli spełniłby się najgorszy scenariusz, wciąż mamy czas na poprawę, honorowy finał i szansę na ponowne połączenie z tą Ziemią, z najwyższym szacunkiem i delikatnością.

Teraz jest czas na praktyczne przygotowania do przyspieszającego załamania i chaosu.

„Nadzieja nie oznacza przekonania, że coś się skończy dobrze” – powiedział czeski dysydent, pisarz i mąż stanu, Vaclav Havel – „lecz pewność, że warto coś robić, bez względu na to, jakie będą rezultaty”.

Oto kilka historii adaptacji, ukazujących działania, które wypływają z tego rodzaju nadziei – nadziei, która zawiera w sobie z trudem osiągniętą akceptację bardzo realnej możliwości bliskiego upadku.

– Stowarzyszenie pracowników ochrony zdrowia psychicznego stworzyło Sojusz Psychologów Klimatycznych (Climate Psychologists Alliance) w Wielkiej Brytanii, Szkocji i Stanach Zjednoczonych. Udzielają specjalistycznej pomocy psychologicznej w radzeniu sobie ze zrozumieniem i akceptacją antropogenicznych zaburzeń klimatu, a także z trudnymi prawdami, jakie im towarzyszą. Uczą też, jak pomagać sobie nawzajem w podejmowaniu działań w odpowiedzi na nasz ekologiczny kryzys.

– Gerri Haynes jest 75-letnią matką czworga dzieci i babcią wielu ukochanych wnuczek i wnuków. Mieszka wraz z mężem Bobem w Seattle. Przewidując nadchodzące tragiczne wydarzenia, poprosili swoje dzieci i ich rodziny, aby pozostali w pobliżu. Po latach pracy w organizacji Lekarze na rzecz Społecznej Odpowiedzialności (Physicians for Social Responsibility), ich życiowym priorytetem jest dziś to, by rodzina była bezpieczna i trzymała się razem. Więzi są mocne i pozwolą im przetrwać.

– Siena jest 18-letnią Kanadyjką, która pomimo bardzo dobrych ocen zrezygnowała ze ścieżki uniwersyteckiej. Wybrała lokalną szkołę zawodową, gdzie uczy się pracy z metalem (frezowania), spawania, instalatorstwa wodno-kanalizacyjnego, elektryki i ciesielstwa. Zamierza zajmować się ogrodnictwem. Uwielbia pracować własnymi rękami, zarówno z powodów praktycznych, jak i dla czystej radości tworzenia piękna. W pełni zdaje sobie sprawę z tego, jak przydatne będą te umiejętności, gdy załamie się infrastruktura przemysłowa. Przystosowuje się do naszego globalnego kryzysu z wielkim entuzjazmem i jest głęboko świadoma ogromu zmian i nadciągających wyzwań.

– Dahr Jamail prowadził niedawno zajęcia w Cabrillo Junior College, omawiając dane naukowe z dziedziny klimatologii zawarte w jego książce „The End of Ice”, która jest poświęcona „byciu świadkiem” (bearing witness) i poszukiwaniu sensu pośród klimatycznej katastrofy. Pod koniec wykładu młoda kobieta podniosła rękę i zapytała: „Co ja mogę zrobić? Jestem biedna i mam tak niewiele do zaoferowania”. Później, podczas rozmowy, wspomniała, że jest matką małego dziecka i wybuchnęła płaczem. Bycie rodzicem, który jest w pełni świadomy naszego przypuszczalnego upadku, może być dzisiaj jedną z najbardziej heroicznych form aktywizmu na naszej planecie. Chociaż przyszłość rysuje się ponuro, w jaki sposób powinniśmy żyć, aby wesprzeć następnych siedem pokoleń? Jaki to niezwykły rodzaj aktywizmu – wychowywanie dzieci, które będą troszczyły się o świat, które będą się czuły bezpiecznie i wierzyły w siebie, które będą potrafiły widzieć i myśleć jasno, które będą wiedziały, że mają znaczenie, które będą chodziły po tej Ziemi z szacunkiem i ciekawością?

– Nasza dwójka (Dahr i Barbara) wraz z sąsiadami, uprawia wielki ogród, który zapewnia nam warzywa i owoce, a także cichą satysfakcję, gdy widzimy, jak przyciąga on owady i ptaki. Miliony ludzi podążają już za swoją instynktowną, wypływającą z wewnętrznej mądrości potrzebą uprawiania własnej żywności. Wiąże się z tym głęboka satysfakcja i radość, i jest to również przygotowywanie się na to, co nadchodzi.

– Na koniec wyrazy uznania dla Stana Rushwortha, który zapełnia dramatyczną lukę w naszych usiłowaniach ponownego połączenia z Ziemią w czasie, który nam pozostał. Stan jest członkiem starszyzny plemienia Czirokezów i był wychowany w tradycyjny sposób przez dziadka. Wie, że wszystkie istoty są połączone i porozumiewają się na swoje własne sposoby. Jest świadomy tego, że żaden z ruchów „powrotu do Ziemi” w USA nie rozumie prawdziwej historii naszego kraju. Prawda jest taka, że gdy pierwsi koloniści przybyli do Ameryki Północnej, była ona kwitnącym domem dla ponad sześćdziesięciu milionów rdzennych mieszkańców. W bardzo krótkim czasie 96 procent tych mężczyzn, kobiet i dzieci zostało okrutnie złożone w ofierze w imię „świetlistego przeznaczenia” podczas jednego z najbardziej barbarzyńskich aktów ludobójstwa w historii ludzkości. Stan uczy w lokalnej szkole i już od ćwierć wieku przekazuje tę niezwykle ważną wiedzę młodszemu pokoleniu. Jeśli nie uznamy naszej odpowiedzialności za potworne ludobójstwo ludów rdzennych, nie zobowiążemy się do zadośćuczynienia i nie przeciwstawimy obecnej dyskryminacji, nie będziemy mieli fundamentu, na którym moglibyśmy zbudować nasze życie.

U podłoża tych wszystkich szlachetnych historii leży subtelny i głęboki aktywizm, który może przenikać każde podejmowane przez nas działanie, na każdym poziomie. Pisarka i nauczycielka, uczona w dziedzinie buddyzmu oraz myślenia systemowego i głębokiej ekologii, Joanna Macy, opisuje aktywistę jako „każdego, kto robi coś nie tylko dla osobistej korzyści”. Skutki wspaniałomyślnego działania dają odpór dominującej chciwości i egocentryzmowi, które są siłą napędową podstawowych przyczyn szóstego wymierania. W istocie należymy do złożonej, cudownej sieci życia, charakteryzującej się równowagą, naturalnymi ograniczeniami i szacunkiem.

Co się stanie, jeśli w czasie, który nam pozostał, będziemy o tym po prostu pamiętać? Wówczas damy sobie możliwość odejścia od iluzji oddzielenia. Na szczęście już mamy w sobie kompas, gotowy do uruchomienia. Podczas ostatniego okresu nietypowo zimnej pogody w naszym mieście jeden z naszych przyjaciół, Casey Taylor, spontanicznie przygotował dużą torbę kanapek z masłem orzechowym i zaczął szukać w lesie ludzi bezdomnych. Dostarczył kanapki, koce i opał do ogrzania każdemu, kogo udało mu się znaleźć. Zdawał sobie sprawę z takiej potrzeby i pomimo skromnych zasobów zabrał się do jej zaspokajania.

Prawdopodobnie jednym z najpotężniejszych form oporu jest odmowa udziału w głównym nurcie zachodniej kultury, dostosowania się do oczekiwań i wartości, które ostatecznie spustoszyły Ziemię. Uniezależnienie się od stada oznacza odzyskanie kontaktu z naszą wewnętrzną wiedzą o tym, co mamy do zrobienia w tym życiu, i podążanie za nią.

Każdy i każda z nas musi wybrać swoją własną ścieżkę. W rezultacie mamy rzesze ludzi podejmujących działania każdy na swój niepowtarzalny sposób i wspierających się nawzajem.

Rozważcie poniższą historię ojca wspierającego decyzję córki, która postanowiła iść za swoim wewnętrznym głosem. Mark Oats, ojciec 17-letniej Shayli, napisał do Barbary o swojej rozpaczy i lęku, gdy jego córka pojechała na ryzykowny marsz klimatyczny, którego uczestnikom groziły przykre reperkusje:
Shayla postanowiła znowu wziąć udział w proteście i będzie w piątek rozwieszała plakaty przed 4. Młodzieżowym Strajkiem Klimatycznym. Wie, że jest już za późno, ale mimo to będzie walczyć… Czuje, że powinna to robić… Ja będę podczas strajków szkolnych za granicą, inaczej poszedłbym razem z nią. Zamiast mnie pójdzie moja mama, Rosemary.
Mam w oczach łzy… ten smutek, ta odwaga młodych i starych, jestem z niej dumny… zawsze stawała w obronie tych, którym dzieje się krzywda… ale dlaczego młodzi i starzy muszą stawać przed tą machiną? Jakie to smutne, że dotarliśmy do tego miejsca… Pozdrawiam serdecznie.

Barbara odpisała:
Mark, szacunek za jasny ogląd sytuacji. Czuję, jak cierpi twoje serce. To wspaniałe, że twoja mama i Shayla idą razem. Pomimo że wiemy, jak zaawansowany jest upadek, są rzeczy, które musimy robić, abyśmy mogli znieść samych siebie, aby wzbudzić w sobie gotowość do życia w tych czasach, aby poczuć jedność, która przenika wszystkie te wydarzenia. Intuicyjnie czuję, że dla Shayli jest to najważniejsze. I to, jak BARDZO ciężko na sercu jest tacie. Obejmuję i przytulam całą twoją rodzinę i niech będzie błogosławiona ziemia, po której stąpacie.

Taka refleksja pojawia się w wielu rozmowach… zarówno między nami (Barbarą i Dahrem), jak i z Markiem Oatesem, Joanną Macy, Sarą-Jane Menato i – nie wprost – z Jemem Bendellem. Mamy nadzieję, że te słowa zainspirują niełatwe rozmowy z waszymi przyjaciółmi i tymi, których kochacie.

I wreszcie – a jeśli całe to naprawianie, łagodzenie i adaptacja zawiodą? Cóż, być może staniemy się prawymi istotami ludzkimi, które działały w tym czasie kryzysu z miłością i w zgodzie z własnymi przekonaniami. Zwrócimy się ku sobie siebie nawzajem i ku wszystkim istotom na tej planecie z czystą i pełną pokory miłością, wiedząc, że wszyscy stanowimy żywą jedność. Uklękniemy i rozpłaczemy się z kornej wdzięczności za dar, który powierzyło nam życie. Jest w tym głębokie znaczenie i cel.

Być może śpiew strumienia, który napotyka na przeszkody, ostatecznie wystarczy.

Przypisy:

Deep Adaptation Jema Bendella. Praca, która daje czytelnikom „możliwość ponownej oceny swojej pracy i życia w obliczu nieuniknionego załamania społecznego w najbliższej przyszłości”.

Dr Joanna Macy jest pisarką i nauczycielką, uczoną w dziedzinie buddyzmu, myślenia systemowego i głębokiej ekologii. Jej głos jest niezwykle szanowany wśród uczestników ruchów na rzecz pokoju, sprawiedliwości i ochrony środowiska. Macy łączy swoją pracę naukową z doświadczeniami sześciu dekad aktywizmu.

Going to Water Stana Rushwortha. Powieść historyczna – jedna z najwspanialszych książek, jakie kiedykolwiek zostały napisane na temat uzdrawiania. „Dziennik czerokeskiej kobiety, która z niezwykłą odwagą i determinacją podąża za swoją transcendentną wizją, pomimo wielu trudności i przeszkód w codziennym życiu. Jej sukcesy i niepowodzenia zależą od klarowności jej koncentracji, zaufania do kultury i rodziny, umiejętności radzenia sobie z trudnymi emocjami, które pojawiają się na ścieżce, i od trwałości jej miłości”.

Climate Psychology Alliance zapewnia przestrzeń dla ludzi, którzy są zainteresowani psychologią głębi w odniesieniu do zmiany klimatu w czasie, gdy wszyscy musimy sobie radzić z trudnymi prawdami o zmianie klimatu i kryzysie ekologicznym.

Climate Disruption Dispatches” Dahra Jamaila – regularnie ukazujące się aktualności na temat zmiany klimatu, które stanowią godne zaufania źródło wiedzy naukowej.

Dahr Jamail, Barbara Cecil

Przełożył: Jan Skoczylas

Copyright: Truth-out.org. Reprinted with permission.

źródło: Truth-out.org

→ Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

 

Zieloni w Wielkiej Brytanii mogą stać się częścią zmian w tamtejszym systemie politycznym o potencjalnie długofalowych skutkach.

Na samym początku tej opowieści należy zastrzec, że większościowy system w wyborach do Izby Gmin ostatecznie pacyfikował niejedną, mającą tam być przełomową zmianę. Tak było, gdy sojusz uciekinierów z Partii Pracy z Partią Liberalną próbował zachwiać duopolem Partii Pracy i Torysów w roku 1983. Tak samo również było, gdy w roku 2010 Liberalni Demokraci notowali sondażowe zwyżki po telewizyjnej debacie liderów.

Tym razem jednak może być inaczej – wszak (mimo, iż czasem można odnieść odmienne wrażenie) Zjednoczone Królestwo nie opuszcza Unii Europejskiej każdego dnia. Premier Theresa May nie może przepchnąć przez parlament umowy rozwodowej. Konserwatyści znajdują się de facto w stanie permanentnej wojny domowej.

Laburzyści z kolei zdają się mieć niemały ból głowy, związany z dysonansem między silnie proeuropejską bazą członkowską, która napłynęła do partii za Jeremy’ego Corbyna, a samym liderem, niezbyt chętnym do utrzymywania wolności przepływu osób i mającym spore problemy z konsekwentnym trzymaniem się idei drugiego referendum.

Zielona wiosna?

Pierwsze ślady tego, że elektorat może mieć dość przeciągającego się procesu i niezdolności klasy politycznej do jego przezwyciężenia widoczne były w majowych wyborach lokalnych. Najwięcej uwagi przyciągnęły wyraźne wzrosty notowań Liberalnych Demokratów. Do tej pory ta centrowa partia miała problemy z odzyskaniem zaufania po tym, jak w latach 2010-2015 umożliwiała politykę cięć i zaciskania pasa jako młodszy partner koalicyjny Torysów.

Zauważalny był również rekordowy wzrost politycznej reprezentacji Partii Zielonych Anglii i Walii. 265 zdobytych w maju radnych może nie robić wielkiego wrażenia w porównaniu do ponad 3,5 tysiąca dla konserwatystów, 2 tysiące dla Partii Pracy czy ok. 1350 LibDemsów, jednak już patrząc się na dynamikę z zmian ich wzrost netto na poziomie 194 pokazuje skalę rosnącego zainteresowania ich ofertą programową.

W nadmorskim Brighton niewiele brakowało, by znów stali się największą partią w tamtejszej radzie. Ich reprezentanci pojawili się w kolejnych samorządach – w tym na północy Anglii, w okolicach stawiających w niedawnym referendum na opuszczenie UE. Pomóc im miał splot konsekwentnego stawiania na kolejne głosowanie w sprawie członkostwa w Unii z rosnącym zainteresowaniem kryzysem klimatycznym i coraz bardziej naglącą potrzebą zapobieżenia mu.

Rozhuśtane emocje

Czy sukces ten uda im się powtórzyć w kolejnej, wyborczej rozgrywce – której na dodatek miało nie być? Sondaże przed wyborami, które w Zjednoczonym Królestwie odbyły się w czwartek nie dają jednoznacznego obrazu. W maju wahały się one w przedziale od 4 do 12% głosów.

W tym pierwszym wypadku zagrożona byłaby ich polityczna reprezentacja w Parlamencie Europejskim, a sama formacja ścigałaby się z przesuniętą mocno na prawo Partią Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) i rozłamowcami z Partii Pracy i Partii Konserwatywnej, tworzącymi mającą wyraźne trudności ze zdobyciem politycznego gruntu formacją Change UK. W tym Zieloni mają ona szansę na przeskoczenie Torysów, a nawet na zagrożenie laburzystom.

Przy obecnym rozchwianiu brytyjskiej sceny politycznej takie sondażowe rozstrzały wydają się raczej normą niż wyjątkiem – Partia Pracy potrafi na przykład zdobyć w zbliżonym czasie 13 bądź 25% poparcia. Niemal pewny wydaje się jedynie sukces nowej inicjatywy Nigela Farage’a – Brexit Party – a także wyraźna poprawa wyników Liberalnych Demokratów. Oba te fakty zaczynają znajdować swe odzwierciedlenie również w poparciu dla tych ugrupowań w sondażach do Izby Gmin.

Szanse na to, że ostatnie (czy aby na pewno?) wybory europarlamentarne w UK będą dla Zielonych udane nie są jednak małe. Dość wspomnieć, że do niedawna nawet wyobrażenie sobie wyższego poparcia dla nich niż dla Torysów wydawało się niezwykle trudne – dziś tymczasem realne szanse na mandat w PE ma nawet Szkocka Partia Zielonych, która konkuruje z innymi o raptem 6 mandatów z północy wyspy.

Oddać cesarzowi co cesarskie

Czym obie, siostrzane partie starały się przekonać elektorat? Na wstępie zaznaczyć należy, że tegoroczne manifesty brytyjskich partii nie grzeszyły przesadną grubością czy innowacyjnością. Nie ma czemu się zresztą dziwić, skoro Londyn pożegnać się miał z Brukselą już 29 marca. Nie dziwi również fakt, że Brexit i klimat zajęły w nich poczesne miejsce.

W wypadku Zielonych Anglii i Walii zauważyć można poświęcenie uwagi również m.in. kwestiom sprawiedliwości podatkowej – od oddzielenia od siebie skierowanej do firm działalności audytorskiej i konsultingowej po reguły udzielania zamówień publicznych, które uniemożliwiłaby udział w postępowaniach z udziałem funduszy unijnych przedsiębiorstw angażujących się w unikanie płacenia podatków.

Po raz kolejny – tym razem na fali m.in. inicjatywy amerykańskiej kongresmenki z ramienia Demokratów, Alexandrii Ocasio-Cortez – wraca stary, ekopolityczny postulat Zielonego Nowego Ładu, który tym razem powinien być zrealizowany na europejskim szczeblu. Poruszony został również temat sprawiedliwych regulacji i podziału zysków z automatyzacji, choć w dość ogólnikowym zakresie.

Energia dla Europy

Szkoccy Zieloni doprecyzowują, co kryje się dla nich pod hasłem Zielonego Nowego Ładu – 100% europejskiej energii ze źródeł odnawialnych oraz powstanie prawdziwie kontynentalnej sieci przesyłowej, tworzenie nowych miejsc pracy w sektorze, a także odejście od węgla już w roku 2030. Ich zdaniem cel neutralności emisyjnej powinien być przez Unię osiągnięty możliwie jak najszybciej.

Co ciekawe, wśród ich oczekiwań wobec Europy znalazło się również poszerzanie darmowych opcji transportowych – a tam, gdzie nie wciąż obowiązywały opłaty, wyrównywanie pola gry, na przykład poprzez kontrolowanie cen biletów kolejowych oraz opodatkowanie transportu lotniczego.

Warto również wspomnieć o innych ich ich pomysłach społeczno-ekonomicznych, takich jak zabieganie o skrócenie tygodnia pracy na poziomie Unii czy domaganie się dziesięciokrotnego powiększenia budżetu programu Erasmus+, dzięki czemu znacząco wzrósłby zakres osób, korzystających z możliwości międzynarodowej wymiany edukacyjnej.

Ostatni taki maj?

Wspomniane pomysły wpisują się w wizję sprawiedliwej społecznie i ekologicznie Europy, w rozwijanie której Zieloni z Wysp Brytyjskich – tradycyjnie w większości bardziej eurosceptyczni niż koleżanki i koledzy z kontynentu – w ostatnich latach w pełni się zaangażowali.

Ciekawie będzie zatem obserwować, czy wizja pozwoli im utrzymać pozytywny trend wyborczy – ale też czy będzie mogła wpływać na samą Europę, czy też Brexit osłabi to intelektualnie ciekawe (i całkiem skuteczne) połączenie Brytanii z kontynentem i jego polityką.

Strefa euro działająca wedle znanych nam w roku 2019 reguł może nie wytrzymać kolejnego wstrząsu. Do roku 2049 będziemy musieli przeprowadzić szereg fundamentalnych reform sektora finansowego, finansów publicznych oraz banków centralnych.

Wśród możliwych do wyobrażenia scenariuszy pojawia się ten, w którym tworzenie pieniądza służy realizacji najważniejszych potrzeb społecznych i ekologicznych.

Możemy rzecz jasna wyobrazić sobie, że euro funkcjonuje jak do tej pory – w formie niekompletnej struktury, złożonej z chronicznie słabego fundamentu politycznego oraz podstawy monetarnej, funkcjonującej w wąskich i kontrproduktywnych ramach.

Czy wydaje się prawdopodobne, by była ona w stanie pomóc nam mierzyć się z wielkimi wyzwaniami najbliższych 30 lat, takimi jak walka z biedą, nierównościami czy zmianami klimatu? Upadek wspólnej waluty skończyłby się konkurencją między państwami członkowskimi, ograniczającą ich możliwości współdziałania.

Pozostawienie eurozony w dotychczasowej, niestabilnej i niepełnej formie, również nie pozwoli na zmierzenie się z negatywnymi skutkami już istniejącego współzawodnictwa, obserwowanymi w sektorze płac czy narodowych budżetach. Obecna sytuacja pokazuje, że w obliczu wyzwań wspólna waluta nie spełnia pokładanych w niej nadziei.

Musimy wyobrazić sobie alternatywę dla niezadowalającej teraźniejszości i niepokojącej przyszłości.

Alternatywę, która wymagać będzie szeroko zakrojonej reformy polityki monetarnej oraz zmian traktatowych. Celem owych reform powinno stać się zaspokajanie najważniejszych potrzeb społecznych, wyrażanych w demokratycznych wyborach oraz wychodzących na jaw przy okazji zdarzeń losowych.

Wymówką dla braku ich realizacji nie powinien być rzekomy brak środków. Cele te – takie jak wydatki społeczne czy inwestycje proekologiczne – powinny mieć pierwszeństwo nad innymi regułami. Istnieje rzecz jasna wyzwanie pogodzenia tego postulatu z zachowaniem stabilności finansowej. Z tego też powodu reforma monetarna wymagać będzie również zmian w sektorze bankowym oraz zachowania ortodoksyjnej polityki pieniężnej wobec sektora prywatnego.

Wady status quo

Kreacja pieniądza znajduje się dziś w rękach sektora finansowego i realizowana jest w ramach, określanych przez Europejski Bank Centralny (EBC). Do kształtowania wartości waluty wykorzystuje on stopy procentowe, wpływając tym samym na ogólną ilość pożyczek, udzielanych przez prywatne banki. W ten sposób do gospodarki trafia pieniądz. Nie podejmuje się za to żadnych działań, mogących wpływać na to, w jaki sposób owe banki te pieniądze używają.

EBC ma tylko jeden cel – ograniczać poziomy inflacji w strefie euro. Wpisany jest on w jego mandat, co stanowi powód, dla którego Europejski Bank Centralny interesuje jedynie ogólna ilość pieniądza w systemie.

Wedle tak zarysowanej logiki EBC może realizować zadany mu cel podejmując w praktyce działania politykę o szkodliwych skutkach społecznych i ekonomicznych – wszak zależeć ma mu wyłącznie na inflacji.

Spoglądając szerzej widać, że szersze struktury ekonomiczne i finansowe eurozony są dziś w kiepskiej kondycji. Finansjeryzacja oraz podwyższone poziomy zadłużenia europejskiej gospodarki prowadzą do chronicznej niestabilności, konkurencji między państwami członkowskimi, regulacyjnego wyścigu na dno oraz niekończących się cięć wydatków społecznych.

Biorąc wszystkie te kwestie pod uwagę jakiekolwiek zmiany w sposobie funkcjonowania strefy euro wydają się zablokowane. Tym o keynesistowskim zabarwieniu sprzeciwiają się zwolennicy ordoliberalizmu oraz eksporterzy z krajów, w których to drugie stanowisko dominuje. Gracze ci stawiają na bronienie coraz bardziej kruchego status quo, które narzucają dostawcom z południa i wschodu Europy.

Wysiłki na rzecz zapewnienia konkurencyjności naprzeciwko reszty świata przyczyniają się do powstawania sporych nadwyżek w krajach stawiających na eksport, co prowadzi do destabilizacji unii walutowej i globalnej gospodarki. Efektem jest chronicznie słaby, niskiej jakości wzrost, co z kolei prowadzi do nierówności oraz braku narzędzi do poradzenia sobie z wymagającymi pilnej odpowiedzi wyzwaniami ekologicznymi i społecznymi. Strategię tę, poza jej wspomnianymi przed chwilą wadami, podkopuje również wzrost znaczenia Chin oraz rosnący w siłę protekcjonizm.

W perspektywie średniookresowej możemy się spodziewać kolejnego, groźnego dla strefy euro kryzys

Kiedy już on nastąpi, wówczas ze stołu z propozycjami zmian zniknąć powinny opcje, inspirowane neoklasyczną szkołą ekonomii. W latach 20. czekać nas prawdopodobnie będzie – już rysujące się na horyzoncie – załamanie konsensusu ekonomicznego. Zespołom Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) czy Banku Światowego zdarza się już jego ostra krytyka, czego dowodem mogą być prace Oliviera Blancharda czy Paula Romera.

Wraz z tą nadchodzącą zmianą propozycje radykalnych zmian w funkcjonowaniu wspólnej waluty mogą się okazać dla europejskiej klasy politycznej szansą na kontrę wobec eurosceptyków, odpowiadającą na aktualne wyzwania ekonomiczne, społeczne i ekologiczne. Realna reforma europejskiego systemu monetarnego zdarzy się gdzieś między dniem dzisiejszym a rokiem 2049.

Mandat społeczny i ekologiczny

Aby mogła ona naprawić aktualne, systemowe mankamenty, musi być ona oparta na trzech filarach – zdefiniowaniu celów priorytetowych (na realizację których nigdy nie powinno „zabraknąć” pieniędzy), skierowanie kreacji pieniądza na ich realizację, a także na regulacji sektora finansowego, która pozwoli na stabilizację systemu.

Te trzy filaru uzupełniają się nawzajem. Cele banku centralnego powinny być powiązane z oczekiwaniami społecznymi i definiowane w demokratyczny sposób. EBC powinien, w ramach reguł swojego postępowania, mieć zapisaną odpowiedzialność za ich realizację.

Jeśli chodzi o pozostałą część gospodarki, to EBC wraz z regulatorami sektora finansowego powinien dbać o to, że dostęp do kredytów dla „niepriorytetowych” branż będzie realizowany w zgodzie z regułami stabilności finansowej.

Jeśli ma dojść do szeroko zakrojonych inwestycji w priorytetowe gałęzi gospodarki, wówczas EBC musi mieć prawo do ograniczenia linii kredytowej w innych sektorach w celu zapewnienia bezpieczeństwa systemu. Sektor prywatny, nie zagrażając realizacji kluczowych celów rozwojowych, powinien z kolei mieć możliwość dostosowania się do sytuacji.

Tak zarysowane cele polityczne powinny zostać zapisane w odświeżonych traktatach europejskich – tak, jak dziś dzieje się to w wypadku polityki monetarnej. Trzy kolejne, równie ważne zasady powinny zostać na trwale zakorzenione w traktatowym porządku prawnym – likwidacja biedy poprzez zaspokajanie podstawowych potrzeb (takich jak dostęp do żywności, opieki zdrowotnej czy mieszkania), zmniejszanie nierówności – w tym dochodowych i geograficznych, a także walka ze zmianami klimatu.

Zasady te powinny mieć priorytetowy charakter przy kształtowaniu unijnej polityki gospodarczej i być wiążące dla wszystkich instytucji, zaangażowanych w jej wdrażanie. Komisja Europejska proponowałaby wieloletnie cele, mające wspierać ich realizacje, opierające się na aktualnych potrzebach. Byłyby one przedmiotem szeroko zakrojonej dyskusji oraz głosowania w Parlamencie Europejskim, po czym – gdyby zostały przyjęte – stanowiłyby podstawę umowy między Komisją Europejską a Europejskim Bankiem Centralnym, zobowiązującej EBC do ich realizacji.

Od zawodnych rynków w stronę inwestycji publicznych

Wraz z powstaniem tak zarysowanego, demokratycznego fundamentu do działań zadaniem EBC byłoby zapewnianie narzędzi, umożliwiających realizację wskazanych mu celów. Do swojej dyspozycji miałby szereg opcji.

Pierwszą z nich byłoby bezpośrednie finansowanie. W wypadku, gdy nie można polegać na sektorze prywatnym dla osiągnięcia określonego celu do gry wkraczałyby instytucje publiczne. Ściśle rzecz biorąc mielibyśmy do czynienia z dwoma rodzajami interwencji.

W wypadku projektów ogólnoeuropejskich ECB zapewniałby finansowanie Europejskiemu Bankowi Inwestycyjnemu (EBI), operującemu na bazie nowych, poszerzonych w stosunku do roku 2019 uprawnień. EBI realizowałby następnie inwestycje, skierowane do publicznych przedsiębiorstw czy działających w terenie ośrodków naukowych, które byłyby poddane monitoringowi Parlamentu Europejskiego oraz EBC.

Sektor prywatny decyduje się na inwestycje tylko wtedy, gdy może spodziewać się z nich zwrotu – w efekcie dziś, w roku 2019, chronicznie brakuje nam inwestycji w transformację ekologiczną.

Zorientowane w przyszłość inwestycje w dużej mierze zostawione zostały w rękach cyfrowych gigantów z USA oraz ich chińskich konkurentów. Nie są one jednak realizowane w interesie publicznym.

Nowy system monetarny musiałby skorygować ten problem – zamiast rozwijać sztuczną inteligencję w celu sprzedawania większej ilości produktów jej potencjał powinien być nakierunkowany np. na zarządzanie polityką odpadową czy ogrzewaniem/schładzaniem budynków.

Dzięki pracom Mariany Mazzucato wiemy już, że innowacje w sektorze prywatnym są niemal zawsze oparte na efektach badań, realizowanych najpierw przez instytucje publiczne(1). To ważne, by wstrzymać prywatyzację badań i sprawić, by ich rezultaty przyczyniały się do zaspokajania demokratycznie określonych potrzeb.

Aby poddać działania EBC oraz EBI kontroli i ukierunkować ich działania euro mogłoby wręcz stać się elektroniczną walutą, zbudowaną na bazie technologii blockchain. Pozwoliłaby ona na śledzenie obiegu pieniądza – każda transakcja byłaby bowiem możliwa do zidentyfikowania dzięki łańcuchowi danych, potwierdzonemu przez innych graczy na rynku.

Widząc dokąd przepływają pieniądze – a także posiadając technologiczną możliwość modyfikacji tego przepływu – możliwe byłoby zagwarantowanie, że wytworzone pieniądze naprawdę byłyby nakierowane na demokratycznie wybrane cele i projekty. Unikanie płacenia podatków byłoby znacznie łatwiejsze do wyśledzenia i zwalczenia.

Euro w wersji elektronicznej nie powinno oznaczać jednak całkowitego zastąpienia pieniędzy papierowych, kluczowych dla symbolicznej akceptacji waluty i jej wartości. Ich rola powinna zostać ograniczona do drobnych transakcji.

Wsparcie dla realnej gospodarki

W wypadku projektów, skupiających się na szczeblu narodowym czy regionalnym, EBI działałoby poprzez celowych pośredników na szczeblu krajowym – banki publiczne, wspierające np. projekty ekologiczne, budownictwo mieszkaniowe czy programy społeczne.

Banki te wzięłyby pod swoje skrzydła kwestie, związane z realizacją celów UE przez budżety państw członkowskich. W wypadku inwestycji strukturalnych, takich jak tworzenie nowych, zielonych branż przemysłu bądź ośrodków badawczych, ich finansowanie miałoby długofalowy charakter i byłoby oprocentowane na poziomie 0% – ewentualnie jego stopa mogłaby odzwierciedlać oczekiwaną dochodowość danego projektu. Partnerstwa z sektorem publicznym byłyby każdorazowo poddawane ocenienie i monitoringowi.

Aby jak najlepiej służyć lokalnym społecznościom euro mogłoby czasem istnieć równolegle do lokalnych walut elektronicznych, umożliwiających wspieranie określonych regionów kontynentu.

EBC mógłby decydować się na emisję środków w takiej właśnie walucie, mającej sztywny kurs do euro. Byłaby ona wymienialna wyłącznie na euro – i to w wypadkach zaistnienia konieczności zakupu dóbr i usług spoza regionu, w którym jest używana. W efekcie pieniądze krążyłyby tak długo, jak to możliwe w obrębie danej społeczności, stymulując lokalną produkcję.

W wypadku wydatków na cele społeczne, takich jak wsparcie rynku pracy czy inicjatywy nakierowane na walkę z biedą, wspieranych jako element celów europejskich, państwa członkowskie miałyby możliwość poszukiwania ich finansowania na rynkach poprzez gwarantowane przez EBC pożyczki. W razie zaistnienia takiej konieczności bank centralny skupywałby je analogicznie do realizowanej w ostatnich latach polityki luzowania ilościowego(2).

Kierując się regułą, wedle której brak środków finansowych nie powinien być przeszkodą dla realizacji demokratycznie ustalonych celów, kraj niezdolny do sfinansowania wydatków społecznych mógłby liczyć na wsparcie EBC. W wypadku innych wydatków państwa członkowskie tworzyłyby niezabezpieczone, możliwe do restrukturyzacji zadłużenie. Poza tymi zasadami nie byłoby już innych celów dotyczących deficytu – inwestorzy powinni od tego momentu zacząć szacować i brać pod uwagę ryzyka, związane z kupowanymi przez siebie papierami wartościowymi.

Warto zauważyć, że bezpośrednia pomoc EBI dla firm spoza sektorów uznanych za priorytetowe nie byłaby już możliwa – jego budżet powinien być uwolniony od konieczności wspierania tego typu przedsiębiorstw. EBI zyskałby w ten sposób spore pole manewru, a także miałby mniejszą potrzebę pozyskiwania środków zewnętrznych.

Wdrożenie tego typu struktury z pewnością wymagałoby okresu przejściowego, jak również jakiejś formy okienka darowania publicznego zadłużenia przed jej wprowadzeniem. Mogłoby to oznaczać np. anulowanie długów, zakupionych przez EBC w ramach realizowanego przez siebie za pomocą mechanizmów ESM i EFSF luzowania ilościowego(3).

Tego typu działania mają już swe historyczne precedensy. Stanowi on klasyczny model działania Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW), narzędzie to wykorzystali również alianci w roku 1953, umożliwiając ekonomiczną odbudowę Niemiec.

Nowa polityka monetarna

EBC oferowałby zróżnicowane oprocentowanie, a także celowe wsparcie finansowe. Na preferencyjne rady mogłyby liczyć banki detaliczne, oferujący określony poziom swoich pożyczek na potrzeby priorytetowych sektorów gospodarki.

Bardzo niskie oprocentowanie mogłoby na przykład zostać zaproponowane na pożyczki na termomodernizację budynków, a jeszcze bardziej korzystna rata znalazłaby się na stole, gdyby środki te trafiały do regionu mającego problemy z realizacją określonego wskaźnika w tym zakresie. Podejście to inspirowane jest keynesowską teorią, wedle której EBC powinien generować nie tylko podaż, ale i popyt na pieniądze.

Tak skonstruowany system zostawia przestrzeń na prywatną kreację pieniądza, jednocześnie jednak silnie wiąże ją z realizacją zestawu ustalonych celów. W efekcie poprawia i klaruje on program celowych, długoterminowych operacji refinansujących, stworzony w roku 2014 na potrzeby małych i średnich przedsiębiorstw(4).

EBC bezpośrednio skupywałby również z powrotem wygenerowane na rynku przez firmy pożyczki po to, by zrealizowane zostały ustalone przez Parlament Europejski cele.

Wspomniane papiery wartościowe byłyby certyfikowane i monitorowane przez EBC aby zapewnić ich kompatybilność z tymi celami. Jako że dług ten miałby gwarancję Europejskiego Banku Centralnego mógłby być ponownie zakupiony na rynkach, będąc znacznie bardziej bezpiecznym i tanim.

EBC nie ma w roku 2049 możliwości skupowania niezabezpieczonego długu, co miało miejsce w strefie euro w latach 2015-2018. Dzięki temu firmy, chcące zaangażować się w finansowanie ważnych dla interesu publicznego projektów mogłyby robić to niższym kosztem. Luzowanie ilościowe zyskałoby tym samym wyraźny wymiar społeczny i ekologiczny.

Przywracanie ryzyka

Jak już mówiliśmy wykreowane przez EBC i banki komercyjne pieniądze byłyby skierowane w stronę sektorów o priorytetowym charakterze. To kluczowe, by wzrost w tych branżach nie wiązał się z niekontrolowaną inflacją, a także by niestabilność sektora finansowego nie kończyła się kompletną destabilizacją gospodarki, co uczyniłoby realizację założonych przez PE celów czymś niemożliwym.

Aby osiągnąć taki rezultat EBC wciąż mógłby używać tradycyjnego narzędzia swojego działania – odpowiedniej wysokości stawek refinansowania banków przez bank centralny. To standardowe, niepreferencyjne oprocentowanie oferowane jest na potrzeby finansowania sektorów niepriorytetowych. Za ich pośrednictwem bank centralny zachowuje szeroko pojętą stabilność finansową – nawet, jeśli musi ona ustąpić pola wspominanym wcześniej celom politycznym.

Podczas gdy obowiązujące dziś reguły funkcjonowania EBC stawiają mu za cel osiągnięcie restrykcyjnych celów inflacyjnych, bardziej odpowiednie byłoby umożliwienie Europejskiemu Bankowi Centralnemu dokonania oszacowania optymalnego dla gospodarki jej poziomu(5).

Kluczowe, poza kwestiami związanymi z polityką ECB, jest również zdefiniowanie odpowiedniej polityki makroekonomicznej i regulacyjnej.

Punktem wyjściowym szeroko zakrojonych reform jest realne i całkowite oddzielenie od siebie bankowości inwestycyjnej i detalicznej.

Banki inwestycyjne będą mieć dostęp do giełdy czy rynku obligacji, mogąc dzięki temu oferować związane z nimi oszczędnościowe produkty finansowe. Będą one płacić ogólnounijnych podatek od transakcji finansowych, z którego zyski trafiać będą do budżetów państw członkowskich.

Podejmujący ryzyko będą musieli zapłacić za jakiekolwiek, poniesione straty. Nie będzie już miejsca na publiczne pakiety ratunkowe na ich rzecz, a EBC – poza wskazanymi wcześniej zobowiązaniami, związanymi z finansowaniem obszarów priorytetowych – nie będzie wykupywać ich papierów wartościowych. Ich działania podlegać będą ścisłym regulacjom, mającym na celu zmniejszenie efektu dźwigni i tym samym możliwości autonomicznej kreacji pieniądza przez rzeczony typ banków(6).

Bankowość detaliczna opierać się będzie na depozytach oszczędzających w nich osób, używanych do finansowania pożyczek nakierowanych na resztę gospodarki. Ich zdolność do kreacji pieniądza regulowana będzie za pośrednictwem różnorodnych mechanizmów – standardowej polityki monetarnej oraz współczynników wypłacalności, obliczanych za pomocą ujednoliconego, zdefiniowanego przez EBC modelu.

Ratowanie banku tego typu będzie wciąż możliwe do uzasadnienia, jako że będą one finansować aktywność ekonomiczną – otwarta jednak za to będzie możliwość ukarania ich dyrektorów oraz wymuszenia udziału w ponoszeniu kosztów procesu ratunkowego (bail-in) na wierzycielach i udziałowcach.

Działania tego typu mogłyby zostać wprowadzone bez znaczących zmian traktatowych – tak, jak to było w wypadku unii bankowej(7). W trakcie kolejnego kryzysu finansowego niechybne fiasko tej niedokończonej unii, bańka finansowa oraz kruchość szeregu ważnych europejskich banków mogą okazać się okolicznościami, które umożliwią powstanie tak zarysowanej architektury finansowej.

Niezależny, ale odpowiedzialny

EBC pozostałby niezależny, zmieniłyby się za to jego zadania. Jego misją nie byłaby już wyłącznie stabilność finansowa, lecz przede wszystkim analizowanie procesu realizacji demokratycznie ustalonych w obrębie unijnych traktatów celów politycznych. Parlament, po analizie wstępnej pracy Komisji Europejskiej, ustalałby precyzyjnie zakreślony zestaw celów w danej kadencji (takich jak wzrost określonych branż, redukcja skali ubóstwa finansowego, poprawa wskaźników zdrowotnych czy lepszy rozwój regionalny).

W wypadku, gdyby nie udało się ich zrealizować, EBC byłby zobowiązany do korekty podejmowanych przez siebie działań. Gdyby porażki te miały przewlekły charakter, wówczas możliwe stałoby się wszczęcie procedury odwoławczej wobec jego zarządu. Musiałaby ona zostać ograniczona do ściśle określonych sytuacji – tak, by była ona stosowana w ostateczności i możliwa do zainicjowania wyłącznie w wypadku fiaska w osiąganiu zadanych mu celów.

Niezależność bez odpowiedzialności stanowi zagrożenie dla ich realizacji w praktyce.

EBC wciąż jednak miałby swobodną rękę w wyborze narzędzi do ich osiągnięcia. Ustalałby on stopy oprocentowania – tak standardowego, jak i preferencyjnego – a także odpowiedni poziom „społecznie użytecznego” zadłużenia. Odmawiałby wsparcia finansowego dla EBI gdyby uznał, że ten bank inwestycyjny nie potrzebuje więcej środków, zawsze jednak musiałby uzasadniać swoją decyzję. EBC musi zacząć odnosić sukcesy we wszystkich obszarach swojej aktywności.

W drodze do 2049

W jaki sposób możemy do roku 2049 osiągnąć tego typu reformy? Model „biznesu takiego jak zwykle” jest niemożliwy do utrzymania – nowe traktaty staną się koniecznością. Zmiany wymagać będą nowego kursu UE w trzech obszarach: zdefiniowania kluczowych zasad europejskiej polityki gospodarczej, opracowania nowej roli dla EBC oraz gruntownego zreformowania sposobów, na jakie państwa członkowskie pozyskują finansowanie i zarządzają dostępnymi im środkami.

Od czasu kryzysu zadłużeniowego idea zmian traktatowych zaczęła cieszyć się rosnącą popularnością na lewicy i w środowiskach ekopolitycznych. Niektórzy reprezentanci politycznego centrum – szczególnie ci, którym leżą na sercu kwestie środowiskowe – mogą pokusić się o dołączenie do tego obozu.

Naszkicowany powyżej plan zostawia sporo miejsca dla sektora prywatnego oraz eliminuje sporą część wątpliwości, związanych z bezpośrednimi subsydiami, stanowi jednak również znaczące odejście od dotychczasowego, neoliberalnego kursu. Tego typu program mógłby na nowo przekonać do Europy tych, którzy w nią zwątpili, uznając za niezbyt efektywną bądź zbyt elitarną.

Aby zapewnić polityczną reprezentację państwom członkowskim Rada Unii Europejskiej powinna zostać zastąpiona drugą izbą Europarlamentu, działającą podobnie do niemieckiego Bundesratu, której członkowie nie głosowaliby indywidualnie, lecz jako kraj.

Lata trzydzieste XXI wieku mogą okazać się dekadą, w której uda się zrealizować tak zarysowany scenariusz. Pozwoliłby on na mierzenie się ze wspólnymi wyzwaniami w postępowy, oparty na ogólnoeuropejskiej wizji sposób – wizji, która ulegałaby wzmocnieniu wraz z pozytywnymi rezultatami zmiany kursu UE.

Przypisy:

[1] Mariana Mazzucato, Przedsiębiorcze państwo. Obalić mit o relacji sektora publicznego i prywatnego, Wydawnictwo Ekonomiczne Heterodox.

[2] Luzowanie ilościowe jest niekonwencjonalnym (lecz od czasu kryzysu ekonomicznego z roku 2008 często stosowanym) rozwiązaniem, kiedy to bank centralny wykupuje dług publiczny lub prywatny bezpośrednio na rynkach finansowych w celu zmniejszenia kosztu pieniądza i – przynajmniej w teorii – ograniczenia inflacji.

[3] Europejski Mechanizm Stabilności (ESM) jest funduszem ratunkowym strefy euro, powołanym do życia w roku 2012. Zawiera w sobie działania Europejskiego Mechanizmu Stabilności Finansowej – specjalnego, celowego funduszu, powstałego w roku 2010 do wsparcia Irlandii i Portugalii, a później również i Grecji.

[4] TLTRO oferuje bankom długoterminowe pożyczki na bardzo atrakcyjnych warunkach. Aby skorzystać z tego programu banki muszą udowodnić w jaki sposób pomagają małemu biznesowi, udzielając mu minimalnej, wymaganej przez bank centralny ilości pożyczek.

[5] Tak właśnie się dzieje w roku 2019. Przez długi czas ECB było zadowolone z bardzo niskiej inflacji (nawet gdy osiągana była kosztem wzrostu), podczas gdy dziś zdaje się akceptować nieco wyższe jej wskaźniki.

[6] Efekt dźwigni oznacza zdolność do osiągania zwiększonych zysków poprzez zadłużanie się. Jeśli dana firma bierze kredyt w wysokości 100, mając nadzieję na zarobienie 150, używa efektu dźwigni na poziomie 50%.

[7] Unia bankowa oznacza integrację regulacji oraz procedur bankowych związanych z niewypłacalnością, odbywającą się w ramach UE. W roku 2019 wciąż pozostaje ona niedokończonym projektem.

Artykuł „A Future of Fair and Democratic European Central Banking” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Zdj. Siedziba Europejskiego Banku Centralnego we Frankfurcie nad Menem – Epizentrum na licencji CC BY-SA 3.0

W kraju trwa sezon wyborczy, rozpoczęty jesienią zeszłego roku wyborami samorządowymi, którego kolejnymi etapami są tegoroczne wybory europejskie i parlamentarne, a także przyszłoroczne prezydenckie.

Spoglądanie w przyszłość kraju odsłania stawki, o jakie toczy się obecnie gra. Polska – politycznie istotny kraj Unii Europejskiej – zmieniła się w ostatnich latach w znaczący sposób. Zielony Magazyn Europejski, w ramach analizowania potencjalnych przyszłości Europy w roku 2049 wziął pod lupę badania, przeprowadzone na polskiej wsi. Przemysław Sadura prezentuje ścieżki, którymi pójść może sytuacja nad Wisłą. Kreśląc je udaje się mu odsłonić trendy społeczno-ekonomiczne i polityczne, które mówią wiele również o innych zakątkach Europy.

Raport „Wieś w Polsce 2017: diagnoza i prognoza” zaprezentował sytuację obszarów wiejskich w ostatnich 30 latach w celu zaprezentowania scenariuszy rozwoju sytuacji w kolejnych trzech dekadach.

W roku 1989 ciężko było sobie wyobrazić, że większość Polaków będzie chciała mieszkać na wsi – i to mimo faktu, że w rolnictwie zatrudnionych jest raptem 10% osób pracujących. Od dawna wieś nie była aż tak bardzo miejscem, w którym „się dzieje”. Na sytuację tą wpływają cztery zaobserwowane trendy: reruralizacja, dezagraryzacja, dezurbanizacja oraz migracje wewnętrzne.

Reruralizacja

Głównym czynnikiem reruralizacji jest ponowne odkrywanie wsi jako dobrego miejsca do życia. Z badań CBOS z 2015 r. wynika, że tylko 18 proc. Polaków chce mieszkać w metropolii, 40 proc. za ideał uważa życie na wsi . W przyszłości zauroczenie wsią będzie nadal rosnąć, zyskując wsparcie argumentami materialnymi (wzrost znaczenia pracy zdalnej etc.).

Wbrew światowym tendencjom, które są opisywane przez pojęcie urbanizacji, Polacy rozpoczęli XXI w. od powrotu na wieś. Od 2002 r. liczba mieszkańców miast spada, a wsi – rośnie. W chwili obecnej na terenach wiejskich mieszka 40 proc. mieszkańców Polski, a jeśli trend ten będzie się utrzymywać w 2049 r. na wsi mieszkać już będzie blisko 45 proc. z niespełna 34 mln żyjących wtedy w kraju Polaków.

Dezurbanizacja

Miastom tracącym zasobną i aktywną część klasy średniej grozi dezurbanizacja, czyli utrata cech miejskości związanych z istnieniem klasy miejskiej – ludzi nie tylko używających miasta i jego oferty, ale także miasto współtworzących m.in. troską o przestrzeń publiczną, jak i jakość środowiska naturalnego.

Polska – niezależnie od tego, kto nią rządzi – nie jest liderem w walce z globalnym ociepleniem. Więcej energii poświęca się tu na zwalczanie koncepcji ludzkiej odpowiedzialności za zmiany klimatyczne. Widać to nie tylko przy okazji dużych wydarzeń, jak ostatni COP w Katowicach.

Jednak rosnąca świadomość zdrowotna i ekologiczna klas średnich zwróciła w ostatnim czasie uwagę na katastrofalny stan powietrza polskich miast. Odpowiadające na potrzeby mieszkańców ruchy miejskie skutecznie nagłośniły problematykę smogu w wielu polskich miastach zmuszając niemrawe władze samorządowe i centralne do reakcji.

Ubytek średnioklasowych obywateli może spowodować, że presja proekologiczna będzie maleć. I odwrotnie – pogarszająca się w relacji do wsi jakość życia w miastach (smog, upały, korki, hałas, brak terenów zielonych) może zwiększać skłonność do wyboru rozwiązań indywidualistycznych: po co mam walczyć o jakość życia w mieście, jeśli mogę się wyprowadzić do wsi pod lasem?

Dezagraryzacja

Z kolei sama wieś ulega dezagraryzacji, czyli traci rolniczy charakter, mimo wsparcia unijnymi pieniędzmi. Wieś ma coraz mniej wspólnego z rolnictwem i sielankową arkadią oferującą ciszę, spokój i kontakt z naturą.

Rolnictwem ciągle (jeszcze) można zajmować się tylko na terenach wiejskich, to jednak wieś żyje z rolnictwa tylko w 10% (38% – praca najemna; 25% – emerytury, renty), a do 2049 i ta grupa powinna się skurczyć do kilku zaledwie procent. Skokowo zrośnie natomiast odsetek tych dla których przydomowa uprawa jest elementem stylu życia.

Selektywność procesów migracyjnych przejawia się m.in. w tym, że na wieś przenoszą się osoby zamożniejsze i lepiej wykształcone, a opuszczają ją osoby o niskim poziomie kapitału kulturowego i ekonomicznego. Im bardziej maleją różnice między wsią miastem, tym bardziej rośnie jej wewnętrzne zróżnicowanie.

Miejscowości położone w pobliżu dynamicznie rozwijających się aglomeracji stają się sypialniami wielkich miast, a atrakcyjnie zlokalizowane z krajobrazowego punktu widzenia enklawami szukającej letniego wypoczynku lub spokojnej emerytury miejskiej klasy średniej. Taka swoista kolonizacja wsi nasila tam konflikt klasowy.

W tym samym czasie wyludniają i starzeją się obszary peryferyjne, oddalone od większych ośrodków miejskich, pozbawione infrastruktury społeczno-kulturalnej. Choć na terenach wiejskich mniej jest przykładów ubóstwa skrajnego to jego poziom na wsi jest wciąż wyższy niż w mieście. Dotyczy ono pozostawionych przez rodziny osób starszych oraz dynamicznie rosnącej grupy tzw. NEETsów nieaktywnych kulturalnie, społecznie i politycznie, których poglądy osiągają skrajne wartości na skali autorytaryzmu.

Migracje

Napływ ludności ze wsi nie równoważy ubytku populacji miejskiej i nie zaspokaja popytu na pracę. Po wejście Polski do UE wielu migrujących z prowincji zamiast metropolii krajowych, wybrało brytyjskie, niemieckie lub holenderskie.

W zeszłym roku Polska stała się globalnym liderem, jeśli chodzi o sprowadzanie cudzoziemskich pracowników sezonowych. Jak pokazuja dane OECD nasz kraj jest największym importerem cudzoziemskiej siły roboczej na świecie (to już nie tylko Ukraińcy ale także, w coraz większym stopniu mieszkańcy Bangladeszu, Indii, Wietnamu i Chin) . Do 2030 r. będzie brakowało kolejnego 1,5 mln osób na rynku pracy. Migracja musi więc rosnąć i będzie rosnąć.

Wszystkie te zmiany przyczyniają się do niestabilnych relacji politycznych i klasowych, determinujących równowagę sił między polskim miastem a wsią. Tworzą one strukturalny kontekst dla populistycznych mobilizacji przeciwko różnego rodzaju „obcym” (reprezentantom klasy średniej kolonizującym wieś, imigrantom z obszarów wiejskich trafiających do metropolii, imigrantom i uchodźcom w obu tych środowiskach), przyczyniających się do wzmożenia prawicowych nastrojów i aktywizmu.

Najlepszym tego przykładem w wypadku Polski jest rosnący nacjonalizm, wzniecony przez antyimigranckie kampanie Prawa i Sprawiedliwości, które wytwarzają ryzyko przyszłej przemocy na gruncie etnicznym. Połączenie polskiego nacjonalizmu, religijnego konserwatyzmu, anty-elitarności oraz atakowanie środowisk, które rzekomo chcą narzucić krajowi obce mu wartości (albo kwoty migracyjne) uczyniło z PiS największą partię w polskim parlamencie w roku 2015. Możliwe, że po tegorocznych wyborach sztuka ta uda się im ponownie.

Opinie liderów społeczności wiejskich

Wspomniane trendy i trajektorie polityczne pozwalają nam na naszkicowanie kilku scenariuszy naszej przyszłości. Opierają się one na wspomnianych wcześniej badaniach oraz na rozmowach z respondentami.

Na warsztatach z udziałem liderów społeczności wiejskich (samorządowców, społeczników, przedsiębiorców) poprosiliśmy o wybór kwestii kluczowych dla przyszłości wsi i opracowanie na ich podstawie możliwych scenariuszy.

Z długiej listy czynników mogących warunkować perspektywy życia na polskiej prowincji w połowie XXI wieku uczestnicy wybrali przynależność Polski do UE (tak/nie) i poziom upodmiotowienia społeczności lokalnych wynikający z panującego ustroju (centralistyczny autorytaryzm vs demokratyczny pluralizm).

Scenariusz I: Neokonserwatywna dyktatura à la Atwood

Polska funkcjonuje poza UE, pół-autorytarny system polityczny z dominacją partii rządzącej ogranicza podmiotowość społeczności lokalnych. Centralizacja ogranicza rolę samorządów, społeczeństwo jest coraz bardziej zamknięte, narasta nacjonalizm i stopniowa, odgórnie sterowana retradycjonalizacja, kobiety wycofują się do sfery prywatnej. Imigranci nie korzystają z pełni praw obywatelskich. Rząd odrzuca porozumienia klimatyczne, wspierając brudną gospodarkę wysokoemisyjną w myśl hasła: zużyjmy to co jest, tego węgla i tak już niewiele zostało.

Krajowa polityka rozwoju obszarów wiejskich jest nastawiona na transfer socjalny i podporządkowanie wsi centrum. Rządowi administracja terenowa pilnuje aby konflikty klasowe i etniczne nie wymknęły się spod kontroli. Budżety na kulturę narodową wspierają masowe imprezy „ludowe”. Odcięcie od rynków europejskich oznacza mniejszy potencjałem rozwoju, trudności w imporcie, eksporcie i niższe niż dotąd tempo rozwoju technologicznego. Sytuacja równi pochyłej nie może trwać wiecznie i doprowadza do protestów, konfliktów, strajków.

Scenariusz II: Europejska demokratura

Polska pozostaje w UE co wymusza na rządzie przynajmniej formalne przestrzeganie praw obywatelskich mieszkańców, wdrażanie wynegocjowanych programów przeciwdziałania zmianom klimatu, swobody działania społeczeństwa obywatelskiego. Wspólnota Europejska godzi się na odstępstwa od zasad i fasadowe wdrażanie procedur ponieważ alternatywą wydaje się omówiony powyżej scenariusz „równi pochyłej”.

Rząd stara się ogranicza podmiotowość społeczności lokalnych promując apatię i niską aktywność społeczną i polityczną; spada zaufanie do władz lokalnych (traktowanych, jako „pas transmisyjny”). Świadoma polityka dezintegracji społecznej służy politycznemu wykorzystywaniu konfliktów klasowych i etnicznych oraz nierówności ekonomicznych. Przechwytywanie środków na poziomie centralnym blokuje rozwój społeczności lokalnych.

Władza centralna steruje społeczeństwem dzięki dostępowi do środków z UE, wieś podporządkowana potrzebom rozlewających się miast np.: wsie, jako miejskie sypialnie, centra usługowe itd. (domy starości). Motorem napędowym aktywności kulturalnej jest turystyka i obsługa miast. Polityka rządu służy skansenizacji wsi.

Scenariusz III: Zdecentralizowana autarkia

UE się rozpada lub dzieli na Unię dwóch prędkości ale w Polsce panuje system gwarantujący podmiotowość społeczności lokalnych. Wzrost znaczenia samorządu prowadzi do większego zróżnicowania pomiędzy poszczególnymi społecznościami i ujawnienia się konfliktów między władzami lokalnymi i centralnymi. W miejsce UE rozwija się współpraca ze wschodem (Ukraina i Białoruś), możliwe tworzenie unii wyszehradzkiej (współpraca z Czechami, Słowacją, Węgrami itd.).

Aktywność społeczna napędzana masowym powrotem Polaków z zagranicy i transferem wartości i innowacji oraz wsparcie większych rodzinnych gospodarstw/firm opartych na taniej sile roboczej imigrantów Następuje przyspieszony rozwój rynków lokalnych, a ograniczenia eksportu żywności zapewniają „polskim producentom” rynek zbytu. Spada znaczenia eksportu i importu, ewentualnie dochodzi do otworzenia się na inne kierunku współpracy gospodarczej tzn. otworzenie się na współpracę z Azją Płd-Wsch. Również progresywne ruchy polityczne powstają w modelu oddolnym.

Scenariusz IV: Powrót ciepłej wody w kranie

Polska pozostaje w UE, a panujący system polityczny sprzyja większej podmiotowości społeczności lokalnych. Mocna stabilna władza ustawodawcza w kraju oraz dobra współpraca władz centralnych i lokalnych gwarantuje wsparcie rządowe inicjatyw lokalnych. Przynależność do UE zwiększa przepływ informacji, rozwój turystyki, współpracę międzynarodową i rozwój handlu zagranicznego.

Jesteśmy częścią wielokulturowego świata: wzrastająca rola mieszkańców napływowych (również spoza kraju, reprezentantów różnych kultur), zwiększenie wiedzy i tolerancji o innych kulturach. Następuje rozkwit aktywności społecznej. Reaktywacja lokalnych, oddolnych inicjatyw, większa integrację społeczną na poziomie lokalnych społeczności i pomaga rozwiązywać konflikty o podłożu etnicznym i klasowym. Więcej osób zaangażowanych w działania kulturalne.

There is no future, so seize the day

Powyższych scenariuszy nie należy czytać dosłownie. Foresight to tylko konwencja pozwalająca zobaczyć, w jakie opowieści są gotowi uwierzyć liderzy społeczności lokalnych niż co realnie może się wydarzyć. Lepiej czytać te scenariusze szukając tego, co lokalni działacze uważają za pewne, a czego w ogóle nie dostrzegają, czego się boją i co wyznacza horyzont ich myślenia o przyszłości.

Badani spodziewają się narastania zmian klimatycznych, jak i tego, że polityka i technologia mogą te procesy powstrzymywać. Są to jednak procesy interesujące ich w niewielkim stopniu. Choć doceniają UE i dlatego zapewne wybrali ten czynnik jako kluczowy w tworzeniu scenariuszy, w praktyce bardziej interesuje ich kierunek polityki wewnętrznej i relacje miasto-wieś, rząd-samorząd. Scenariusz „zdecentralizowanej autarkii” jest równie pozytywny, jak rozkwitu demokracji w ramach UE.

Wygląda na to, że kolonizacja polskiej wsi przez miejską klasę średnią nie prowadzi do „oświecania” prowincji, ale prowincjonalizacji modernizatorów. Liderzy społeczności, w tym napływowi mieszkańcy o wysokim statusie ekonomiczno-społecznym, przejmują część cech społeczności wiejskich, które łączono dotąd z ich niskim poziomem wykształcenia: brak zainteresowania sprawami publicznymi i polityką ogólnokrajową i międzynarodową. Demokracja, zdrowe środowisko, dobrobyt to dobra tymczasowe i lepiej się nimi cieszyć póki można, a co ma być, to będzie.

Opisane tu wyzwania w wielu wypadkach nie są wyłącznie polską specyfiką. Na całym świecie obserwujemy rozziew między diagnozami ekspertów i praktyką polityczną. Gdy dochodzi do ograniczenia wyobraźni politycznej, wówczas sprawdzone rozwiązania z przeszłości, takie jak populizm, autarkia, eskapizm czy status quo zaczynają wydawać się atrakcyjne.

Będą one wpływać na decyzje polityczne, podejmowane w przewidywalnej przyszłości. Ucieczkowe indywidualistyczne myślenie liderów społeczności lokalnych w połączeniu z populistyczną polityką władz sprzyjać może spełnianiu się najgorszych scenariuszy dotyczących roku 2049, w których nasilaniu się kryzysu ekologicznego i migracyjnego, towarzyszyć będą nasilające się konflikty klasowe i etniczne oraz zarządzanie strachem i podziałami. Odwrócenie tych tendencji wymagać będzie mocnej narracji, raczej utopijnej niż dystopijnej.

Artykuł „Poland’s Futures: The View from the Countryside” ukazał się na łamach Zielonego Magazybu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Zdj. Adrian Grycuk na licencji CC BY-SA 3.0

Przyroda zanika na całym globie w tempie niespotykanym dotąd w ludzkiej historii, a tempo zagłady gatunków przyspiesza.

Utrata bioróżnorodności i porażka, jeśli chodzi o zachowanie ekosystemów, będą miały katastroficzny wpływ na człowieka na całym świecie – ostrzega nowy, przełomowy raport IPBES (Międzyrządowej Platformy ds. Różnorodności Biologicznej i Funkcji Ekosystemu), którego streszczenie zostało przyjęte na 7. Sesji plenarnej IPBES (29 kwietnia-7 maja br.)

Istniejemy na świecie dzięki milionom innych gatunków, których ciężka praca podtrzymuje nasz dobrobyt.  Są niezmordowanymi gospodarzami powietrza, wody i gleby, dzięki którym żyjemy. A jednak są dziś one poważnie zagrożone przez ludzką aktywność – a to z kolei zagraża nam samym.

Zagłada bioróżnorodności jest równie wielkim zagrożeniem dla ludzi, co zmiany klimatu – powiedział Robert Watson, szef zespołu IPBES. – Dalsza utrata bioróżnorodności zniweczy naszą zdolność do redukcji ubóstwa, zapewnienia ludziom bezpieczeństwa, jeśli chodzi o żywność i wodę, ochrony zdrowia i ogólnego celu, aby nikt nie pozostał z tyłu.

Raport, pierwszy taki od r. 2005, ostrzega, że masowe wymieranie gatunków i degradacja natury ma poważne konsekwencje dla ludzkości. Kompilując prace ponad 400 ekspertów, maluje czarny obraz świata, w którym zagłada gatunków i ekosystemów zagrozi naszym podstawowym dobrom, jak żywność i woda.

Bezprecedensowa i wciąż przyspieszająca w ciągu ostatnich 50 lat degradacja przyrody wiąże się ze zmianami w sposobie użytkowania gleby i mórz, hodowlą przemysłową, zmianami klimatu, skażeniem chemicznym i pojawianiem się gatunków inwazyjnych. Tych pięć czynników napędzanych jest przez zachowania społeczne – od konsumpcji po system rządów.

Niszczenie ekosystemów podkopuje 35 z 44 celów zrównoważonego rozwoju ONZ, dotyczących ubóstwa, głodu, zdrowia, wody, klimatu w miastach, oceanów i gleby, i tym samym zagraża postępowi ludzkości.

Utrata gatunków, ekosystemów i różnorodności genetycznej już teraz jest globalnym pokoleniowym zagrożeniem dla ludzkiego dobrostanu – powiedział Watson. – Ochrona nieocenionych świadczeń natury na rzecz ludzi będzie w nadchodzących dekadach wyzwaniem numer jeden.

Dlaczego bioróżnorodność jest ważna

Bioróżnorodność (skrót od „różnorodność biologiczna”) oznacza obfitość i zróżnicowanie form życia na planecie. Definicja ta obejmuje znacznie więcej niż istoty, które możemy zobaczyć. Rozciąga się od mikroskopijnych genów i bakterii, poprzez rośliny i zwierzęta, aż do ekosystemów, takich jak lasy deszczowe Amazonii czy Wielka Rafa Koralowa.

Trudno to policzyć – i jeszcze trudniej ocenić.

Na świecie żyje około 1,5 miliona zidentyfikowanych gatunków, ale naukowcy szacują, że rzeczywista liczba może być bliższa 10 milionom, a może nawet 2 miliardom. Wiele organizmów to twory tak maciupcie, że można je zidentyfikować jako odrębne gatunki tylko poprzez analizę DNA.

Kiedy myślimy o bioróżnorodności, mamy zazwyczaj na myśli tygrysy i niedźwiedzie polarne – powiedziała Rebecca Shaw, główna ekspertka WWF. – Są one bardzo ważne – ale równie ważne są te gatunki, których nigdy nie oglądamy ani nie rozmawiamy o nich.

Bez pszczół, które zapylają rośliny uprawne, i drzew, które zamieniają dwutlenek węgla w tlen, nawet elementarne ludzkie czynności, jak jedzenie czy oddychanie, byłyby znacznie trudniejsze.  Ale i te bardziej mniej nagłośnione straty, jak spadek liczby roślin leczniczych czy zanik lasów namorzynowych chroniących wybrzeża, też stanowią szkodę dla ludzi.

Organizmy wchodzą ze sobą w interakcje na wiele sposobów, co oznacza, że zagłada każdego pojedynczego gatunku może wyzwolić łańcuch nieoczekiwanych strat w szerszym ekosystemie. Np. spadek liczby dżdżownic, grzybów czy mikrobów żyjących w glebie zmniejsza ilość jej składników odżywczych i liczbę otworków, przez które deszcz przenika w głąb, co hamuje wzrost upraw i stawia pod znakiem zapytania zdolność ludzi do wyżywienia się.

Zwykle nie traktujemy tego wszystkiego jako natury, ale to jest natura – mówi Shaw. – Niezwracanie uwagi na wszystkie te złożone interakcje – i przekonanie, że możemy po prostu dorzucić nawozu czy pestycydów i w ten sposób zachowamy dla przyszłych pokoleń tę samą urodzajną glebę – to głupota.

Raport stwierdza, że o ile nie podejmiemy pilnych działań, to około miliona gatunków roślin i zwierząt stoi w obliczu zagłady, wiele z nich w ciągu najbliższych dekad.

Jak dotyka to nas

Ludzkość, liczona jako biomasa, stanowi zaledwie 0,01 proc. globalnej bioróżnorodności.

Raport wymienia jednak  liczne sposoby, na jakie nasz gatunek zagraża innym: niszczenie lasów, zanieczyszczanie rzek, przeławianie oceanów, zabijanie owadów i inne formy szkodzenie przyrodzie, napędzane szaleńczym dążeniem do eksploatowania jej zasobów.

To przyroda sprawia, że możliwy jest rozwój ludzkości, ale nasze uporczywe, nieustające zapotrzebowanie na jej zasoby przyspiesza tempo zagłady i dewastuje światowe ekosystemy – powiedziała Joyce Msuya, obecna szefowa Programu Środowiskowego ONZ.

Raport stwierdza także, iż:
  • Ludzka działalność zmieniła w sposób znaczący ponad ¾ środowiska lądowego i ok. 66 proc. środowiska morskiego. Te trendy są jednak znacznie łagodniejsze lub nieobecne na terenach użytkowanych lub zarządzanych przez ludy rdzenne i społeczności lokalne.
  • Obecne tempo wymierania jest 10 do 100 razy szybsze niż średnia z ostatnich 10 mln lat.
  • Ponad jedna trzecia powierzchni ziemi i prawie 75 proc. ziemskich zasobów słodkiej wody jest dziś zużywane na potrzeby produkcji rolnej lub hodowli.
  • Degradacja gleb sprawiła, że wydajność upraw zmniejszyła się globalnie o 23 proc., a roczne globalne zbiory o wartości do 577 miliardów USD są zagrożone przez brak owadów zapylających.
  • Skażenie plastikiem wzrosło od r. 1980 dziesięciokrotnie, co roku trafia do wód świata 300-400 milionów ton metali ciężkich, rozpuszczalników, toksycznych ścieków i innych odpadów przemysłowych, a nawozy sztuczne spływające z wodami są przyczyną ponad 400 martwych stref oceanicznych o  łącznej powierzchni ponad 245 tys. km2.
  • W r. 2015 33 proc. światowych połowów ryb przekraczało poziom połowów zrównoważonych, tj. pozwalających na odtwarzanie się zasobów; 60 proc. połowów sięgało maksymalnej górnej granicy zrównoważenia; i tylko 7 proc. odbywało się poniżej tej granicy.

Szczególnie wrażliwym sektorem jest rolnictwo. Zaledwie 9 gatunków roślin stanowi dziś ponad 2/3 globalnych zbiorów, a gleba, w której rosną, jest zdegradowana.

Rolnictwo, zagrożone przez utratę bioróżnorodności, jest zarazem – na zasadzie potężnego sprzężenia zwrotnego – jednym z najważniejszych jej sprawców: pestycydy, erozja gleby i wyrąb lasów niszczą siedliska i zmniejszają populacje dziko żyjących gatunków. A na dodatek dewastacja gleby zmniejsza jej zdolność do zatrzymywania wody, co uderza w ludzkość z jednej strony poprzez zwiększanie niedostatku wody, z drugiej – poprzez coraz częstsze powodzie.

Destrukcyjne dla natury skutki ludzkiej aktywności są dodatkowo pogłębiane przez zmiany klimatu – a zmiany klimatu, na zasadzie samonapędzającego się mechanizmu, są tym bardziej zaostrzane przez uszkodzenia ekosystemów, jak utrata lasów, które przekształcają dwutlenek węgla w tlen.

W pracy opublikowanej w zeszłym roku w periodyku „Science” stwierdza się, że nawet jeśli poszczególne kraje będą honorować swoje bieżące zobowiązania co do ograniczenia emisji CO2, to i tak 49% owadów i 44% roślin straci do r. 2100 ponad połowę swoich geograficznych siedlisk.

Jak możemy to powstrzymać

Niektóre z wyliczonych w raporcie problemów były znane od dziesięcioleci, a naukowcy robili co mogli, by upublicznić wiedzę o pilnej potrzebie stawienia im czoła.

Aby zahamować spadek bioróżnorodności, w r. 2010 ONZ ogłosiła nadchodzące dziesięciolecie „dekadą bioróżnorodności”. Jednak zgodnie z obecnym raportem, przyniosło to postęp w nielicznych spośród 20 celów, jakie ONZ postawiła swoim członkom, takich jak zachowanie obszarów morskich i walka z  obcymi gatunkami inwazyjnymi. Każdy cel ukierunkowany na ograniczenie czynników napędzających utratę bioróżnorodności przyniósł umiarkowany lub słaby postęp.

Jednak, jak stwierdza raport, “pilne i skoncentrowane wysiłki” wciąż jeszcze mogą doprowadzić do zachowania i odtworzenia natury, tak by można było z niej korzystać w sposób zrównoważony.

Uniknięcie negatywnych skutków utraty bioróżnorodności do r. 2050 i później wymaga „transformacyjnej” zmiany polityki, piszą autorzy. Proponują oni szeroki zestaw narzędzi, w tym zwrot w stronę zrównoważonych praktyk rolniczych, bodźce na rzecz zmniejszania konsumpcji i wytwarzania odpadów, efektywne limity połowów i wspólne zarządzanie wodą.

Choć zalecenia raportu ukierunkowane są na polityków i decydentów, to naukowcy twierdzą, że wiele wyborów konsumenckich, jak zmniejszenie konsumpcji wołowiny i jedzenie ryb ze źródeł zrównoważonych, również ma znaczenie dla zachowania ekosystemów.

Autorzy podkreślają także znaczenie tworzenia globalnych systemów finansowych, które odejdą od paradygmatu gospodarczego wzrostu.

Raport mówi nam także, że nie jest jeszcze za późno, by nasze działania przyniosły efekt – powiedział Watson. – Ale wyłącznie pod warunkiem, że zaczniemy natychmiast i na każdym poziomie – od lokalnego do globalnego.


Opracowanie: Irena Kołodziej