Jedzenie wywiera na naszą kulturę ogromny wpływ. W ostatnich dekadach nasza relacja z żywnością uległa głębokim przemianom – i nie były to zmiany na lepsze. Jaka jest prawdziwa cena tych zmian i czy można je jeszcze odwrócić? (więcej…)
Susan Steed, badaczka w New Economics Foundation i współtworczyni funta brixtońskiego o tym, jak inny rodzaj pieniądza – waluta lokalna – może przyczynić się do zmiany sposobu funkcjonowania gospodarki.
Jak pieniądz rządzi światem
Przysłowie mówi, że „pieniądz rządzi światem”. Zważywszy na centralną rolę pieniądza w niemal wszystkich dziedzinach, zadziwiające jest, jak mało uwagi poświęcamy temu, skąd on pochodzi – i jak działa. Jeżeli spytasz ludzi na ulicy, skąd się biorą pieniądze, często myślą że pieniądze tworzą rządy lub banki centralne. W rzeczywistości dotyczy to zaledwie ok. 3% pieniędzy w gospodarce. Resztę tworzą prywatne banki w formie kredytu, za każdym razem, gdy udzielają pożyczki.
Z tak tworzonymi pieniędzmi jest szereg problemów. Po pierwsze, oznacza to, że pieniądze są dostępne na te cele, które dadzą bankom największy zysk, nie zaś te, które stworzą największą wartość dla społeczeństwa. Proces kreacji pieniądza przebiega całkowicie poza demokratyczną kontrolą, napędzając wzrost nierówność i bańki na rynku mieszkaniowym. W Wielkiej Brytanii coraz więcej ludzi próbuje dziś wywołać na ten temat dyskusję. W New Economics Foundation (Fundacji na rzecz Nowej Ekonomii) opublikowaliśmy książkę Where does Money come from? (Skąd się biorą pieniądze?), która rozwiewa niektóre mity dotyczące pieniędzy i bankowości. Organizacja Positive Money również ciężko pracuje nad tym, by upowszechniać świadomość obecnego sposobu tworzenia pieniędzy i tego, że można go zmienić.
Równolegle do prób reformy systemu monetarnego coraz częściej ludzie sami postanawiają tworzyć alternatywy – lub waluty komplementarne – które oferują nowe możliwości handlu i tworzenia więzi.
Inny rodzaj pieniądza
Takim projektem, w który osobiście jestem zaangażowana, jest funt brixtoński. Wbrew bezsilności, jaką łatwo poczuć w obliczu wielu z tych wielkich kwestii, postanowiliśmy stworzyć własną lokalną walutę – funta brixtońskiego (Brixton jest dzielnicą w południowo-zachodnim Londynie – przyp. red.). Chcieliśmy w ten sposób budować alternatywę i mieć taki rodzaj pieniądza, który wspiera społeczność lokalną i jest przed nią odpowiedzialny.
Sposób, w który funkcjonuje funt brixtoński, jest bardzo prosty – są to pieniądze, które pozostają w Brixton. To oznacza, że są w obiegu w Brixton i podnoszą lokalny popyt. Ludzie mogą kupować funty brixtońskie za funty szterlingi. Mogą je wydawać w lokalnych firmach. Gdy wydają funty brixtońskie w firmach biorących udział w tym systemie, właściciel firmy zobowiązuje się, że spróbuje puścić je w dalszy obieg. Dzięki temu waluta ta ma potężny efekt mnożnikowy i dalej generuje popyt w dzielnicy, zamiast wyprowadzać go poza lokalną gospodarkę.
Wymieniając swoje pieniądze na funty brixtońskie, nie tylko wspierasz lokalne firmy. Nabyte funty szterlingi trafiają do lokalnej kasy pożyczkowej, która jest nienastawioną na zysk kooperatywą. Zapewnia ona dostępne usługi finansowe członkom społeczności lokalnej.
Idea, że taka sama ilość pieniędzy może przenosić się w ramach gospodarki wielokrotnie, tkwi w sercu systemów takich, jak funt brixtoński, funt bristolski, niemiecki chiemgaer czy amerykańskie berkshares. Często patrzymy tylko na ilość pieniędzy, które wpływają na dany obszar. Np. lokalne władze skupiają się na przyciąganiu do swojego miasta zagranicznych inwestycji. Jednak równie ważną kwestią (a może nawet ważniejszą) jest to, co stanie się dalej z tymi pieniędzmi. Czy będą ponownie inwestowane na miejscu, czy zostaną wydrenowane z lokalnej gospodarki?
Zadawanie właściwych pytań
Jedną z najbardziej interesujących cech funta brixtońskiego jest to, że od początku zastanawialiśmy się nad tym, jak sprawić, by pieniądze pracowały dla Brixton. Pytaliśmy przedsiębiorstwa, co chciałyby móc nabywać od lokalnych producentów. Pytaliśmy szkoły i inne publiczne instytucje, gdzie się zaopatrują w niezbędne rzeczy i wspólnie przyglądaliśmy się, czy coś tu można zmienić.
To nie znaczy, że wszystko powinno lub może być produkowane lokalnie. Istnieją produkty, których nigdy nie będzie wytwarzać się w Brixton. Nie oczekujemy, że nagle wyrosną tu sady mangowców czy montownie brixtońskich MacBooków! W tych wypadkach powinniśmy zadawać więcej pytań o warunki handlu i upewniać się, że producenci otrzymają uczciwą cenę – gdziekolwiek są. Pytanie o to, skąd kupowane przez nas produkty pochodzą i jakie są realne koszty społeczne i środowiskowe ich wytworzenia, pozostanie z nami bez względu na rodzaj używanej waluty.
Natomiast inne dobra moglibyśmy znów produkować lokalnie. Dlatego wspieramy nowe przedsiębiorstwa w Lambeth (gmina w Londynie, której częścią jest Brixton – przyp. red.), takie jak firma Lambeth Polytunnel, która zajmuje się uprawą sałaty czy Brixton Energy – lokalnego producenta energii.
W gruncie rzeczy, gdy tylko zaczniemy się rozglądać, istnieje wiele sposobów wspierania lokalnych przedsiębiorstw, realny potencjał zmiany. To wielka szansa poprawy jakości życia i uzyskania szeregu innych korzystnych skutków dla Brixton oraz środowiska.
Następny krok
Gdy w 2009 r. wprowadziliśmy funta brixtońskiego, można było nim płacić w 35 firmach – jesienią 2013 r. było ich już ponad 200. Lokalnej waluty można używać do kupowania wszystkiego, od bananów aż po usługi fryzjerskie.
W 2012 r. uruchomiono elektroniczną wersję funta brixtońskiego, tak więc można nim płacić za pomocą telefonu komórkowego przez wysłanie bardzo prostej wiadomości tekstowej.
Funt brixtoński został dobrze przyjęty przez Radę Dzielnicy Lambeth. Zatrudnieni przez nią urzędnicy mogą, jeśli chcą, pobierać część wynagrodzenia w funtach brixtońskich, które mogą wydać lub wpłacić na lokalne organizacje pozarządowe. Na dodatek firmy w Lambeth będą mogły zacząć płacić podatki w funtach brixtońskich – jest to pierwszy taki przypadek wśród walut lokalnych w Wielkiej Brytanii.
Mamy też wielkie plany na przyszłość. Jednym z najbardziej ekscytujących postępów jest współpraca z radą Lambeth przy projekcie stworzenia lokalnej waluty na poziomie całej gminy Lambeth. Ten projekt, pod nazwą Community Currencies in Action (Waluty Lokalne w Działaniu), będzie finansowany z funduszy europejskich.
Odmiany walut lokalnych
Funt brixtoński jest szczególnym rodzajem waluty lokalnej – opiera się na pieniądzach, które ludzie już posiadają, po czym przekształca je w formę sprzyjającą przyspieszonemu krążeniu pieniądza w gospodarce. Istnieją inne rodzaje walut, które nie muszą być w żaden sposób powiązane z funtem szterlingiem. Aby stworzyć walutę, wystarczy że są jakieś umiejętności bądź zasoby do zmobilizowania.
Jedną z takich walut są „banki czasu”. Działają one w ten sposób, że za dobra i usługi wynagradza się ludzi w jednostkach czasu. Np. ktoś, kto spędzi dwie godziny pomagając komuś w ogrodzie, dostaje dwie jednostki czasu. „Pieniądz” powstaje, ponieważ ktoś mógł i był gotów zaoferować swój czas i umiejętności. Tego rodzaju waluta udostępnia wymienianie się większą ilością usług nawet, gdy istnieje niedobór oficjalnego pieniądza, ponieważ zapewnia alternatywny środek wymiany.
Innym rodzajem waluty są wzajemne kredyty na linii firma-firma. Są one rozwiązaniem pośrednim między funtem brixtońskim a bankami czasu. Funkcjonują ona tak, że firma akceptuje alternatywną walutę w handlu z innymi firmami. Przedsiębiorstwa akceptują tę walutę od innych, ponieważ wierzą, iż będą mogły za nią nabywać dobra z innych firm w tej samej sieci. Nie jest to „podparte” szterlingiem, ale zaufaniem, umiejętnościami i zasobami firm w sieci. Tego typu wymiany są bardzo częste w USA, zaś względnie nowa waluta – Sardex – także wkracza na nowy grunt na Sardynii.
Poza pieniądzem
Można odnieść wrażenie, że istnieją naprawdę duże różnice między różnymi rodzajami walut komplementarnych. Może być dość trudno pojąć, jak każda z nich działa, co mają wspólnego, a gdzie się różnią.
Uważam, że wszystkie te modele walut łączy to, że oferują przestrzeń, by zacząć robić rzeczy w inny sposób i przyjrzeć się temu, jak to działa. Niektóre przedsiębiorstwa, które poznały się jako partnerzy handlowi w systemie funta brixtońskiego, zaprzyjaźniły się ze sobą i z czasem stosowały zaczęły posługiwać się handlem wymiennym, bez pośrednictwa żadnej waluty. Czy to znak sukcesu czy porażki? Myślę, że sukcesu, ponieważ waluta umożliwiła handel, który bez niej nie miałby miejsca. Podobnie mają się sprawy z bankami czasu – gdy ludzie w nich zaprzyjaźnią się ze sobą, często przestają liczyć, ile jednostek czasu mają na koncie. Zaufanie może działać całkiem dobrze bez innych motywacji.
Tym, którzy na tym polu są względnie nowi, polecam rozpoczęcie eksperymentowania z różnymi sposobami wymieniania się z ludźmi. Jest coś bardzo wyzwalającego w możliwości wydawania pieniędzy stworzonych przez samą społeczność. Posiadają one wartość, ponieważ inni są gotowi je od ciebie przyjąć, a nie tylko dlatego, że można je złożyć w banku. To może otworzyć zupełnie inną przestrzeń wymiany. Taką, w której jesteśmy mniej zależni od wielkich scentralizowanych instytucji, dzięki czemu możemy w ogóle w mniejszym stopniu potrzebować pieniędzy.
Artykuł napisany specjalnie dla „Zielonych Wiadomości”. Przeł. Tomasz Szustek.
Genewa, 10 marca 2014. Specjalny sprawozdawca ONZ ds. prawa do żywności, Olivier De Schutter zaapelował o radykalną i demokratyczną zmianę światowych systemów żywnościowych, tak by zagwarantować wszystkim ludziom dostęp do odpowiedniej żywności i wolności od głodu, co jest jednym z podstawowych praw człowieka.
„Likwidacja głodu i niedożywienia jest celem, który można osiągnąć. Jednakże nie wystarczy udoskonalenie naszego obecnego systemu żywnościowego – trzeba go całkowicie zmienić”, powiedział De Schutter podczas prezentacji swojego końcowego raportu dla Komisji Praw Człowieka ONZ, po zakończeniu sześcioletniej kadencji jako Specjalny Sprawozdawca.
Ekspert ostrzegł, że obecny system jest efektywny jedynie z punktu widzenia maksymalizacji zysków agrobiznesu. „Zarówno na poziomie lokalnym, narodowym, jak i międzynarodowym, istnieje pilna konieczność dostosowania polityki do wizji alternatywnych, cieszących się demokratycznym poparciem”, powiedział.
Cele takie jak dostarczanie społecznościom różnorodnej i akceptowanej przez daną kulturę żywności, wspieranie małych gospodarstw, podtrzymywanie zasobów ziemi rolnej i wody oraz zwiększanie bezpieczeństwa żywnościowego na szczególnie wrażliwych obszarach, nie powinny być wypierane przez jednowymiarowe dążenie do zwiększania produkcji żywności.
„Największą wadą gospodarki żywnościowej jest brak demokracji. Poprzez wykorzystanie wiedzy ludzi oraz uwzględnienie ich potrzeb i preferencji w projektach ambitnej polityki żywnościowej na każdym poziomie, możemy stworzyć systemy żywnościowe, które będą trwałe i odporne”, powiedział De Schutter.
Lokalne innowacje
„Demokracja żywnościowa musi zaczynać się u samych podstaw, na poziomie wsi, regionów, miast i lokalnych samorządów”, stwierdził ekspert.
„Bezpieczeństwo żywnościowe powinno zostać zbudowane wokół zabezpieczenia zdolności małych gospodarstw rolnych do prawidłowego rozwoju”, zauważył De Schutter. „Poszanowanie ich prawa do dostępu do zasobów produkcyjnych ma pod tym względem znaczenie kluczowe”, dodał, apelując o nadanie priorytetu inwestycjom w te modele rolnictwa, które są ekologiczne i prowadzą do zmniejszenia ubóstwa.
De Schutter zwrócił się z apelem do mieszkańców miast, aby wzięli kwestię bezpieczeństwa żywnościowego w swoje własne ręce. „Do roku 2050 ponad 6 miliardów osób – więcej niż dwie trzecie ludności świata – będzie mieszkało w miastach. Miasta te muszą koniecznie określić wyzwania logistyczne i wrażliwe punkty w swoich łańcuchach dostaw żywności, i zbudować różnorodne kanały pozyskiwania żywności, w zgodzie z życzeniami, potrzebami i poglądami swoich mieszkańców”.
„Innowacje społeczne powstające we wszystkich częściach świata pokazują, w jaki sposób konsumenci miejscy mogą na nowo nawiązać kontakt z lokalnymi producentami żywności, przyczyniając się jednocześnie do redukcji ubóstwa na wsi i zwiększenia bezpieczeństwa żywnościowego”, powiedział. „Takie innowacje należy odpowiednio wspierać”.
Strategie narodowe
Ekspert ostrzegł jednak, że te lokalne inicjatywy mogą zakończyć się sukcesem tylko, jeśli otrzymają wsparcie i zostaną uzupełnione na poziomie narodowym.
„Rządy mają do odegrania główną rolę w zapewnieniu spójności strategii z prawem do żywności oraz odpowiedniej kolejności podejmowanych działań, lecz nie ma jednej, uniwersalnej recepty”, powiedział.
„W niektórych przypadkach”, stwierdził De Schutter, „priorytetem będzie promocja krótkich łańcuchów i bezpośrednich powiązań między producentami a konsumentami w celu wzmocnienia lokalnego, drobnego rolnictwa i zmniejszenia zależności od importu. W innych przypadkach, dominującą potrzebą może być wzmocnienie spółdzielni, tak aby mogły zawierać bezpieczne kontrakty z większymi kupcami”.
Podkreślił, że kluczem do sukcesu jest podejmowanie decyzji w sposób demokratyczny. „Narodowe strategie prawa do żywności powinny być współprojektowane przez bezpośrednio zainteresowanych, szczególnie przez grupy najbardziej dotknięte głodem i niedożywieniem, i należy je wesprzeć poprzez niezależne monitorowanie”.
Spójność międzynarodowa
„Tak jak inicjatywy lokalne nie mogą zakończyć się sukcesem bez wsparcia strategii narodowych, działania na poziomie krajowym, jeśli mają przynieść owoce, wymagają odpowiedniego środowiska międzynarodowego”, dodał specjalny sprawozdawca.
W swoim raporcie De Schutter podkreślił obiecujące wysiłki Komitetu ds. Światowego Bezpieczeństwa Żywnościowego ONZ (UN Committee on World Food Security – CFS) na rzecz nakłonienia rządów, społeczeństwa obywatelskiego, agencji międzynarodowych i sektora prywatnego do wspólnego działania w celu rozwiązania wyzwań stojących przed systemami żywnościowymi. Ostrzegł jednak, że „CFS pozostaje wyjątkiem pod względem wprowadzania partycypacji i demokracji na arenę globalnego zarządzania, i przyjmowania różnych wizji bezpieczeństwa żywnościowego”.
„Inne globalne organy zarządzające muszą dostosować się do ram strategicznych opracowanych przez CFS. Np. Światowa Organizacja Handlu (World Trade Organization – WTO) nie powinna utrudniać krajom rozwijającym się realizacji ambitnej polityki zmierzającej do poprawy ich bezpieczeństwa żywnościowego i inwestycji w małe gospodarstwa rodzinne”, powiedział.
Specjalny sprawozdawca podkreślił, że próby poprawy bezpieczeństwa żywnościowego podejmowane przez kraje rozwijające się mogą zakończyć się powodzeniem, jedynie jeśli podobne reformy zostaną wprowadzone na globalnej Północy.
„Kraje bogate muszą odejść od strategii rolniczych nastawionych na eksport, zostawiając w ten sposób przestrzeń dla drobnych rolników w krajach rozwijających się, aby mogli zaopatrywać rynki lokalne”, stwierdził De Schutter. „Muszą one także pohamować swoje zwiększające się coraz bardziej roszczenia do światowych zasobów ziemi rolnej, ograniczając zapotrzebowanie na paszę dla zwierząt i biopaliwa oraz redukując ilość odpadów żywnościowych”.
Artykuł jest tłumaczeniem komunikatu prasowego Specjalnego Sprawozdawcy ONZ ds. Prawa do Żywności. Polski przekład ukazał się pierwotnie na stronie Ekobudyzm.pl. Końcowy Raport Specjalnego Sprawozdawcy ds. prawa do żywności (w jezyku angielskim) można przeczytać tutaj: [pdf]. Przeł. Jan Skoczylas.
W zielonym uprzemysłowieniu nie chodzi tylko o tworzenie zielonych miejsc pracy w określonych sektorach. Chodzi o przekształcenie i ożywienie całego przemysłu w Europie. To prawda, że przyszła konkurencyjność przemysłu europejskiego będzie oparta na zrównoważonym rozwoju. Ale ile będzie to oznaczać relokalizacji, a ile globalizacji? Debata między Natalie Bennett, przewodniczącą Partii Zielonych Anglii i Walii oraz Reinhardem Bütikoferem, europarlamentarzystą i współprzewodniczącym Europejskiej Partii Zielonych. (więcej…)
Recepty, które narzuca się Grecji jako sposób na wyjście z kryzysu, oparte są na wątpliwych ekonomicznych dogmatach. Ale kryzys to również szansa na ekologiczną transformację gospodarki. (więcej…)
W miarę szybko postępującej urbanizacji miasta będą stawać się coraz ważniejszym elementem przejścia w stronę gospodarki niskowęglowej. Mogą odegrać w nim rolę wiodącą, pracując nad stworzeniem miejskiej gospodarki cyrkularnej i slow economy. (więcej…)
Dlaczego Zielonym na zmianie systemu ekonomicznego i finansowego zależy równie mocno, jak zależy im na ekologii i sprawiedliwości społecznej. (więcej…)
Antropolog David Graeber jest obecnie jednym z najbardziej popularnych krytycznych intelektualistów amerykańskich. To on ukuł slogan „Jesteśmy 99%”, który stał się znakiem rozpoznawczym ruchu Occupy. Sam określa się jako anarchista, łączy polityczne zaangażowanie z błyskotliwą karierą akademicką. Jesienią 2013 r. przebywał w Brukseli na zaproszenie Komitetu na rzecz Anulowania Długów Trzeciego Świata.
W najnowszej książka „Dług, pierwsze 5 000 lat” Graeber śledzi wielowiekową historię długu – pojęcia które odgrywa olbrzymią rolę w dzisiejszej polityce. Wywraca w niej przyjęte koncepcje na temat pochodzenia pieniądza, genezy długu, a także organizacji społeczeństw. Zabiera nas w wędrówkę obejmującą pięć tysiącleci, od Nowej Zelandii do Mezopotamii, od skandynawskich sag do opowieści Irokezów.
Green European Journal (G): Jak wpadłeś na pomysł napisania historii długu?
David Graeber: Po prostu zdałem sobie sprawę, że pomimo iż napisano już historie prawie wszystkiego, od bielizny po pieniądze, do tej pory nie powstał żaden historyczny opis długu. W tym czasie temat ten zyskał ogromne znaczenie wskutek kryzysu, który rozpoczął się na przełomie 2007 i 2008 r. A samo słowo „dług” ma szczególnie silną konotację moralną, co odzwierciedla angielska etymologia tego słowa. W wielu językach zresztą pojęcie długu łączy się z kategorią winy i grzechu.
W mojej książce opisuję wydarzenie, które wywołało moje zaciekawienie tym tematem. Brałem udział w imprezie charytatywnej zorganizowanej w Katedrze Westminsterskiej. Z pewną zaangażowaną społecznie prawniczką rozmawiałem o spustoszeniach, jakie wywołali wierzyciele na Madagaskarze, gdzie spędziłem dość długi czas na badaniach terenowych. Opowiadałem o tym, jak drastyczne cięcia w ochronie zdrowia spowodowały wzrost śmiertelności noworodków, oraz głód, choroby i śmierć. „Ale przecież trzeba spłacać swoje długi!”, odparła. Zaintrygowało mnie to, a także zachęciło do zgłębienia sprawy wszechobecności moralnego osądu dotyczącego kwestii długu, zwłaszcza wśród osób, po których można by się było tego najmniej spodziewać.
G: Omawiając w swojej książce koncepcję barteru, nalegasz na stosowanie określenia „mitu barteru”. Co dokładnie przez to rozumiesz?
DG: Wszystkie podręczniki do ekonomii rozpoczynają się następującą fikcyjną, rzekomo historyczną opowieścią: na początku był barter. Okazał się jednak niepraktyczny, ponieważ ludziom trudno było ustalić, czy wymieniane towary są dokładnie tej samej wartości, więc wymyślili pieniądze i walutę jako jednostkę miary wartości. Jednak w antropologii ekonomiczmej nie istnieją żadne dowody, które podtrzymywałyby tę teorię. A właściwie jest odwrotnie: jak dowiedziono, istniało wiele form działalności ekonomicznej, ale nigdzie i nigdy nie był to barter. Jedynym wyjątkiem jest Argentyna lat 90., kraj z ustalonym systemem monetarnym, który uległ poważnemu kryzysowi i to doprowadziło do wprowadzenia barteru. Ale w przeciwieństwie do częstych twierdzeń ekonomistów, nie było to powrotem do barteru. Barter jest właściwie nową praktyką, wynalazkiem, który pojawił się w odpowiedzi na kryzysy monetarne w krajach, gdzie wymiana towarów odbywa się normalnie za pomocą pieniędzy.
Innymi słowy: na początku był nie barter, ale dług. Prymitywna wymiana nie zakładała natychmiastowej wymiany towarów w formie barteru, ale przeciwnie, jedna strona wykładała to, czym druga strona była zainteresowana, a ta z kolei zaciągała dług, który miał być spłacony, gdy wierzyciel znalazł coś, co stanowiłoby dla niego wartość, a czego mógłby żądać w zamian od strony zaciągającej dług. Kiedyś społeczności były blisko połączone, więc taka bezzwłoczna zapłata nie była konieczna. Powstała natomiast skomplikowana i wielowarstwowa sieć długów, która sprzyjała produkcji ekonomicznej i tworzeniu więzi społecznych.
Tak więc, historycznie rzecz biorąc, dług poprzedzał pieniądz. Ten ostatni ma różne źródła, głównie w systemie karnym (niezwykle precyzyjne tabele zawierające rodzaje zadośćuczynienie za konkretne wykroczenia) lub też wynika z kosztów prowadzenia wojny (aby wykarmić armię, co było logistycznie uciążliwe, chłopom wydawano pieniądze, które musieli przyjąć w zamian za żywność). Pieniądze nie wyrosły więc z zapotrzebowania ekonomicznego, ale raczej z potrzeb państwowych lub proto-państwowych.
Przyczyną powstania pieniądza była przemoc państwa, a nie jakaś dobroduszna intencja zapewnienia bezproblemowej wymiany towarów czy też wymogów dobroczynnego handlu. Historia pieniądza przynależy do historii wojen, a nie historii ekonomii.
G: Jak ważne jest rozprawienie się z tym mitem? Na ile poważne są konsekwencje faktu, że ekonomiści wierzą w bajki, którym przeczą dowody z dziedziny antropologii?
DG: Powtórzę jeszcze raz, wynalezienie pieniądza jest ściśle powiązane z potrzebami militarnymi i technologiami wytworzonymi do toczenia wojen. Mit pieniądza wyłaniającego się w odpowiedzi na niedoskonałości wymiany barterowej pozwala wybielić tę niewygodna prawdę, jak również pozwala na legitymizację ekonomii jako rzekomo prezycyjnej nauki, odkrywającej prawa niezależne od konkretnych kontekstów społecznych.
Wiara, że pieniądze istniały przed długiem i były stworzone, aby zaspokajać czysto ekonomiczne potrzeby, nadaje tej „nauce”, jaką jest ekonomia, swoistą czystość. W ten sposób zostaje ona obdarzona prawami, które czynią ją wyjętą z jakiegokolwiek kontekstu, czy to historycznego, czy społecznego. Jest to obecnie dominująca wizja ekonomii w świecie akademickim, Obecny kryzys powinien stanowić dla nas zimny prysznic, jednak tak się nie dzieje.
Próba obalenia tego mitu, lub udowodnienie, że jest to jedynie mit, pokazuje także, że fundamenty, na których powstała ekonomia jako dyscyplina naukowa, są nie tylko kruche, ale także fałszywe, i że cała ta struktura musi zostać ponownie przemyślana.
G: Zaatakowałeś także koncepcję wymiany, czy raczej pomysł, że relacje międzyludzkie mogą być do niej zredukowane?
DG: Nieubłaganie, jeśli ktoś jest święcie przekonamy, że wszystko sprowadza się do wymiany, będzie zawsze naginać rzeczywistość tak, aby pasowała do tych z góry przyjętych założeń. Obsesja ta przybrała gigantyczne rozmiary w latach 60., szczególnie w pracach Claude’a Levi-Straussa. Dowodził on na przykład, że całe ludzkie życie może zostać sprowadzone do trzech wymiarów: języka (wymiana słów), więzi (wymiana kobiet) i ekonomii (wymiana dóbr).
To wyolbrzymienie wybrzmiewa także wyraźnie, gdy słyszmy, że wymiana (a więc także jakaś forma wzajemności) istniała w społeczeństwach średniowiecza pomiędzy chłopami, którzy musieli wykarmić panów i kapłanów, panami, którzy strzegli kler i chłopów, a w końcu także kler, który modlił się za wszystkich. Jeśli to rzeczywiście jest wymianą, jej podstawa jest dość dziwna: czy chłopi mogli odmówić karmienia panów argumentując, że ci nie walczyli wystarczająco dzielnie na wojnie w poprzednim roku? Pojęcia mogą oznaczać cokolwiek chcemy, żeby oznaczały i to właśnie, w mojej opinii, stało się z koncepcją wymiany i wzajemności.
Obsesja związana z ideą wymiany zaprzątała filozofów od czasów oświecenia do Nietzschego i Levi-Straussa, okazała się jednak z gruntu ślepa, gdyż nie pozwoliła nam ujrzeć pewnych faktów i praktyk. Założenie, że wszystkim rządzi koncepcja wymiany i wzajemności, prowadzi do wiary, że dług to prawdziwy rdzeń moralności, jako że jest wynikiem zaburzonej równowagi. A dług, z kolei, jest drastycznym odstępstwem od praw wymiany i wzajemności.
Pojęcie wymiany wymaga rozwikłania w celu zrozumienia kilku praktyk społecznych i ekonomicznych. Dlatego też sugeruję odejście od koncepcji, że wymiana i wzajemność są w centrum ludzkiej aktywności i zastąpienie jej trzema regułami: komunizmu, wymiany i hierarchii. Wydają mi się one bardziej adekwatne do wyjaśnienia złożoności praktyk i organizacji społecznej.
G: Jakbyś podsumował te trzy reguły oraz zasadę, na jakiej działają?
DG: Komunizm, który nie ma oczywiście nic wspólnego ze zdarzeniami z historii XX w., którym się przypisuje związek z nim, opisuje pewną część relacji międzyludzkich ufundowanych na zasadzie „od każdego według możliwości, każdemu według potrzeb”. Jest wiele takich przykładów w historii, także w społeczeństwach uprzemysłowionych. Tak się np. dzieje za każdym razem, gdy pracujemy nad wspólnym projektem. Jeśli jesteś w trakcie naprawiania zepsutej rury i poprosisz kolegę z pracy o podanie klucza francuskiego, ten nigdy nie odpowie ci przecież „a co za to dostanę?”, nawet, jeśli pracujesz dla Goldman Sachs albo Exxon Mobil. Ta zasada ujawnia się także, gdy na ulicy pytasz, czy ktoś ma pożyczyć zapalniczkę. Ta podstawowa forma komunizmu tworzy surowy materiał naszego bycia istotami społecznymi oraz uznania naszej współzależności.
Antropolog Raymond William Firth opisał historię zaczerpniętą z tradycji Maorysów, która w bardzo dobitny sposób ilustruje mój punkt widzenia oraz logikę kryjącą się za podstawowym komunizmem. Nad brzeg morza miał zwyczaj przychodzić pewien pasibrzuch, który drażnił wiejskich rybaków, jako że natarczywie domagał się od nich najlepszej części połowu. Robił to w taki sposób, że rybacy absolutnie nie byli w stanie mu odmówić, godzili się więc i dawali mu to, czego żądał. Aż pewnego dnia miarka się przebrała i postanowili go zgładzić. Innymi słowy, z perspektywy moralnej, łatwiej było zabić pasożyta niż odmówić mu jedzenia, którego żądał. Tak długo, jak osoba prosząca nas o coś nie jest ani wrogiem, ani jej prośby nie są nieracjonalne, zasada podstawowego komunizmu zwycięży bez kalkulacji czy oczekiwania jakiejś formy wzajemności.
W przeciwieństwie do drugiej zasady, zasady wymiany, komunizm właściwie nie obejmuje wzajemności lub równowartości. Oferujemy papierosa nieznajomemu, nie zakładając, że nam go odda, ale, że, gdy zdarzy się tak, że to my będziemy chcieć papierosa, ktoś inny nam go zaoferuje. Wymiana, z drugiej strony, zakłada, że przedmioty nią objęte są podobnej wartości. Zakłada również, że pewna forma wzajemności błędnie została napiętnowana we wszystkich relacjach społecznych. Konkretne przykłady wymiany w nieprawidłowy sposób stały się zasadami praktycznymi. Wymiana handlowa jest z definicji bezosobowa i to jest relatywnie nowe zjawisko. Przynajmniej teoretycznie, ponieważ w praktyce wymagany jest minimalny poziom zaufania. Nawet w najbardziej bezosobowych centrach handlowych od sprzedawców i sprzedawczyń ciągle oczekuje się okazania minimum życzliwości i cierpliwości (nie wspominając już o bazarach na Bliskim Wschodzie).
Jeśli chodzi o zasadę hierarchii, to przeważała ona np. w społeczeństwach średniowiecznych i także została błędnie opisana w kategoriach wymiany. Dzieje się tak, kiedy ludzie dokonujący transakcji oraz towary, które jej podlegają, są innej natury (np. żywność za ochronę). Ta zasada leży u podstaw powstania kast, co znów było mylnie analizowane w kategoriach wymiany i wzajemności.
Nie ulega wątpliwości, że te mechanizmy i zasady nie są całkowicie sztywne i że istnieje między nimi pewna ciągłość. Według tych zasad dług jest czymś niezwykle konkretnym, co wymaga sytuacji, w której żadna ze stron dokonujących wymiany nie czuje się fundamentalnie od siebie różna. Ale tak długo, jak dług nie zostanie spłacony, logika hierarchii zwycięży pomiędzy tymi dwiema stronami. To przejście od sytuacji teoretycznej równowartości do sytuacji hierarchii tworzy jądro długu i tłumaczy, w jaki sposób idea ta zyskała swoje znaczenie moralne.
G: Jak ekonomiści odebrali twoją książkę Co o niej mówili?
DG: Zależy którzy (śmiech). Wiadomo, że ta dyscyplina jest zdominowana przez paradygmat neoliberalny, który obejmuje także założycielskie mity Adama Smitha, jak prymitywny barter. Co najdziwniejsze, mimo rosnącej liczby dowodów z dziedziny antropologii mówiących o tym, że wizja ta jest całkowicie mylna, przeważająca liczba ekonomistów trzyma się tego dominującego wzorca. Zaskakujące jest to, że nie są tak lojalni wobec innych poglądów Smitha, które nie zgadzają się z obecnym kształtem kapitalizmu i stąd są postrzegane jako przestarzałe. Np. radykalna krytyka korporacji przez Smitha jest całkowicie pomijana.
G: Twoja książka kończy się u progu obecnego kryzysu, nie zawiera więc żadnych aktualnych zaleceń. Jeśli jednak zapytałbym cię o wskazówki, to co byś doradzał?
DG: Rozdzielając moralne uzasadnienie, które stanowi sedno koncepcji długu, staram się pokazać, że nie powinien być on traktowany inaczej niż jakikolwiek inny rodzaj obietnicy. Niezrealizowanie przedwyborczych obietnic nigdy nie powstrzymywało polityków przed ubieganiem się o drugą kadencję. W przypadku pożyczki zawsze istnieje element ryzyka, jaki dyskurs dominujący dotyczący koniecznej spłaty długu stara się zręcznie zignorować. Dla państwa natomiast spłata swojego długu nie może dziać się kosztem zdrowia czy bezpieczeństwa żywnościowego swoich obywateli. Jedynie nieusprawiedliwiony i wyjątkowy status moralny prowadzi do takich ekscesów, jakie widziałem na Madagaskarze, czy do postaw prawników-aktywistów niewidzących w tym nic złego.
To właśnie nieusprawiedliwiony status moralny długu skłonił mnie do napisania tej książki. To, co chcę podkreślić w podsumowaniu to fakt, że jest on bezprawny, a w jego imię popełniane są czyny zupełnie niemoralne.
G: Jak łączysz aktywizm z pracą akademicką? Niektórzy z twoich byłych studentów oskarżają Uniwersytet Yale, gdzie uczyłeś, że nie odnowiono z tobą kontraktu z powodu twojego politycznego zaangażowania.
DG: Tak, muszę przyznać, że to była z ich strony spontaniczna mobilizacja. Dla mnie połączenie pracy na uczelni i aktywizmu nie jest zbyt trudne, jeśli tylko pogodzisz się z tym, że nigdy nie będziesz ponownie zatrudniony na uniwersytecie w swoim kraju (śmiech). Poza tym zawsze staram się ściśle rozdzielać te dwie dziedziny w tym, co publikuję. W pismach akademickich w ogóle nie piszę o tym, do czego inspirują mnie moje działania aktywistyczne. Jeśli chodzi o książki czy artykuły odnoszące się do aktywizmu, to zawsze unikam tonu znieważającego lub awangardowego, który mógłby rościć sobie pretensje do jakiejś naukowej wyższości. Jest raczej odwrotnie, staram się dodać wszystko to, co mam najlepszego do zaoferowania w dyskusji nad kwestiami interesującym dla ruchów, w których biorę udział. Robię to na takich samych prawach, jak inni członkowie i członkinie.
Wiesz, jedną z mniej znanych zasług ruchu Occupy, któremu zajęło dużo czasu, aby wypłynąć na powierzchnię, są takie, że okupowanie jakiegoś miejsca przyczynia się do zmiany postrzegania pilnych potrzeb i konieczności codziennego życia. To umożliwia wejście w głębsze i dłuższe dyskusje niż na co dzień, gdzie obowiązuje nakaz efektywności.
G: A jakimi tematami zajmujesz się obecnie?
DG: W tej chwili pracuję nad kwestią nierówności. Jak zwykle, moja perspektywa oparta jest na antropologii i historii. I to prawdopodobnie będzie tematem mojej następnej książki. Istnieją rozmaite mity dotyczące tzw. równości w pewnych wczesnych społeczeństwach, lub sposobu, w jaki powstawały osady, a miasta z nich wyrastające generowały nierówności poprzez specjalizację pracy. Pierwsze tysiąc lat cywilizacji miejskiej w Mezopotamii tworzyło, z tego co wiemy, okres wielkiej równości. Z drugiej strony, są kultury zbieracko-łowieckie, gdzie panowała silna hierarchia.
Oczywiście moją intencją nie jest idealizacja przeszłości, lecz uświadomienie, że spora część tego, co postrzegamy jako oczywiste, nie jest historycznie ugruntowana. Wyzwolenie się z tych mentalnych ograniczeń oznacza uwolnienie nowej utopijnej wizji. Możliwe, że jesteśmy w decydującym momencie w historii naszej cywilizacji. Takim, który dzieje się raz na pięćset lat. Przeżyć ten okres bez utopijnych ideałów byłoby poważnym błędem. W ostatnich dziesięcioleciach dominuje silna tendencja antyutopijna, niektórym każda utopia kojarzy się od razu z gułagiem. Ale to nie utopie są problem, tylko niepohamowana skłonność do narzucania ich innym.
Artykuł Debt, the whole history ukazał się w „Green European Journa”. Przeł. Mateusz Urban.
W okresie poprzedzającym eurowybory Europejska Partia Zielonych zaprosiła wszystkich obywateli i obywatelki Europy do udziału w wyłonieniu dwójki zielonych kandydatów na przewodniczącego Komisji Europejskiej. Zielone prawybory wygrała dwójka europosłów, Ska Keller i José Bové. Jak postrzegają oni związki między europejską polityką a historią kontynentu?
Europejka
Ska Keller urodziła się w 1981 r. w Niemieckiej Republice Demokratycznej. W rodzinnym domu nie opowiadano już historii z czasów I wojny światowej. Ska nie uważa, by bycie Niemką było dla niej szczególnie ważne. „Nie lubię, jak ludzie patrzą na mnie jako przedstawicielkę Niemiec, a na José – Francji. Jesteśmy tak różni. Czuję się przede wszystkim Europejką, może dlatego, że tyle lat działam w Federacji Młodych Zielonych Europejskich i Parlamencie Europejskim.
Oczywiście ma to pewne znaczenie, że jestem Niemką. Dorastałam w bogatym kraju (mimo że Niemcy wschodnie są biedniejsze), mam obywatelstwo Unii Europejskiej, należę do względnie dużej partii Zielonych. Ale ludzie dysponują wieloma różnymi tożsamościami. José jest rolnikiem i aktywistą przeciwko GMO, ja należę do młodego pokolenia i działam w ruchu antyfaszystowskim. Nikt nie powinien narzucać tożsamości innemu człowiekowi.
Dla niektórych bycie np. Francuzem czy Bawarczykiem jest rzeczą bardzo ważną. Żaden problem, jeśli nie używają tego, by budować pogardę do innych. Ja bym jednak chciała, żeby europejscy politycy i polityczki reprezentowali całą Europę, a nie tylko interesy regionalne czy narodowe. Taka idea przyświecała zielonym prawyborom. Nie wystarczyło poparcie własnej partii, by zostać kandydatką.I głosować mogli wszyscy Europejczycy i Europejki. Jako Zieloni jesteśmy dumni z tego, że stanowimy prawdziwie europejską, międzynarodową partię, która prowadzi ogólnoeuropejską kampanię”.
Historia podzielona
José Bové, rocznik 1953, wsławił się jako lider francuskiego związku rolników, który protestował przeciw przemysłowej produkcji żywności. Mając dziadków we Francji i w Luksemburgu, od dziecka konfrontował się z rozbieżnymi ujęciami europejskiej przeszłości.
Zaczęło się od Napoleona. „Francuskie podręczniki wynoszą Napoleona pod niebiosa, ale od moich dziadków w Luksemburgu, słyszałem zupełnie co innego. A kiedy zwiedzałem Waterloo w Belgii, ludzie mówili o nim jako dyktatorze, który narzucał Europie swoją wolę””.
Obie części rodziny miały też bardzo odmienne doświadczenie I wojny światowej. „Moja francuska rodzina walczyła w okopach, dziadek stracił w nich kilku braci. Tymczasem w Luksemburgu mieszkańcy musieli sobie radzić z realiami niemieckiej okupacji. We francuskiej wiosce, gdzie mam gospodarstwo, zginęli wszyscy mężczyźni. Kobiety opuściły wioskę, bo nie było już mężczyzn do pracy na roli.
Unia Europejska wiąże się oczywiście z końcem II wojny światowej, ale hasło NIGDY WIĘCEJ WOJNY sięga okresu po 1918 r. Chociaż młodym ludziom, którzy znają tylko czasy pokoju, trudno sobie wyobrazić, co to jest wojna, jest jednak szalenie ważne, by im o tym przypominać, jeśli chcemy, by się nie powtórzyła. Gdy stare rodzinne historie blakną, w sukurs przyjść może literatura.
W eseju Le Refus d’obéissance (Odmowa posłuszeństwa) Jean Giono opisał, jak głęboko wpłynęło na niego doświadczenie wojny w okopach. Sugerował, że w przypadku wojny rolnicy powinni odmówić produkowania żywności. Obecnie mamy Wspólną Politykę Rolną Unii Europejskiej, jej jedyną autentycznie wspólną politykę. Dziś, gdy w ramach Europy zaopatrujemy sę nawzajem w żywność, rolnicy mają do spełnienia inną rolę, niż przewidywał Giono, ale pozostają ważnym elementem architektury pokoju na kontynencie. Otwarcie granic i swobodny przepływ osób w Europie ma tu również wielkie symboliczne znaczenie”.
Otwarte granice
Ska Keller uważa, że jest to dla Europy kwestia podstawowa. „Chodzi o otwarcie granic, o przezwyciężanie granic… najlepiej w życiu codziennym. Pochodzę z regionu przy granicy niemiecko-polskiej. Kiedyś przekroczenie granicy było dość trudne. Trzeba było mieć przy sobie paszport, trzeba było stać w wielogodzinnych kolejkach, trzeba było nadkładać drogi, by skorzystać z przejścia granicznego. Dziś nikt nie pyta o żadne papiery. Przejście przez most zajmuje dwie minuty. O tym, że to granica, przypomina jedynie dawny posterunek celny, który wciąż tam stoi. Dzięki temu Zieloni z Niemiec i z Polski mogą się lepiej poznawać i działać razem.
Swoboda poruszania się to dla mnie jeden z fundamentów Unii Europejskiej. I nie tylko dla mnie, także dla większości Europejczyków i Europejek. Każde kolejne wydanie Eurobarometru to potwierdza. Wiele osób regularnie przekracza granicę. Możliwość zrobienia tego bez tych wszystkich zawiłości, które kiedyś temu towarzyszyły, bezpośrednio wpływa pozytywnie na życie ludzi. Pokazuje, że Europa jest zjednoczona.
Tu właśnie nabiera kształtów Europa obywatelek i obywateli. W przeciwnym razie byłaby niczym więcej jak wspólnym rynkiem. Dlatego tak istotne jest, by przeciwstawiać się coraz liczniejszym zamachom na swobodę przemieszczania się. Jednocześnie musimy uzupełnić ją o społeczną równość. Od zawsze opowiadamy się za zasadą równej płacy za tę samą pracę w tym samym miejscu. Obok swobody poruszania się tym, co szczególnie ważne dla Europejek i Europejczyków, są podstawowe standardy socjalne”.
Obywatelstwo
Podstawowym argumentem nacjonalistów przeciw Europie jest to, że nie ma czegoś takiego jak „naród europejski”. Zarówno Keller, jak i Bové podkreślają, że kluczem jest tu obywatelstwo.
Bové: „Ważne, jakiego języka używamy. To prawda, że «naród europejski» nic nikomu nie mówi. Ale już «europejskie obywatelstwo» to co innego. Oznacza wspólną pracę nad budową europejskiej demokracji. Niestety, większość państw preferuje współpracę międzyrządową. Nie rozumieją, że musimy pójść dalej, aby wzmocnić społeczno-gospodarczy wymiar integracji. Do tego potrzeba narzędzi, takich jak harmonizacja podatków, wspólny budżet i zintegrowana polityka europejska. To jest proces, bardzo jeszcze daleki od zakończenia”.
Keller: „W następnej kadencji będziemy musieli znaleźć odpowiedź na szereg pytań. Jak wyjść z kryzysu – z zielonym rozwojem czy bez? Jak ma wyglądać demokracja w Unii Europejskiej: czy państwa członkowskie mają decydować za pomocą referendów itp., czy raczej będziemy wzmacniać Parlament Europejski? I które sprawy powinny być rozpatrywane na poziomie europejskim, a które nie? Jeśli zamiast prowadzić debatę jedynie na poziomie narodowym będziemy w większym stopniu toczyć ją w Parlamencie Europejskim, rozbieżności między poszczególnymi państwami nie będą już tak zawadzać. Bo w Parlamencie wszystko obraca się wokół budowania większości politycznej na poziomie europejskim. Europa to nie tylko wspólny rynek, Europa powinna być również Europą obywatelek i obywateli, w tym również tych, którzy dziś nie mają unijnego obywatelstwa, lecz chcieliby je mieć”.
Europejska pamięć?
W kwestii tego, czy Parlament Europejski powinien odgrywać rolę w upamiętnianiu doniosłych wydarzeń w dziejach Europy, takich jak I wojna światowa, Keller i Bové mają różne opinie.
Ska Keller: „Czy ktoś w ogóle zwróci uwagę na to, że Parlament zorganizuje taką czy inną uroczystość? Co to tak naprawdę zmieni w samej Unii? Byłoby jednak dobrze, gdyby szkoły uczyły nie tylko historii narodowej, lecz także europejskiej. Na takich lekcjach przyglądano by się temu, co działo się pomiędzy państwami i próbowano uzgodnić, co się tak naprawdę wydarzyło. Nie chodzi o to, żeby był jeden europejski podręcznik historii, z którego wszyscy by się musieli uczyć, ale żeby było można zdobyć w szkole poczucie, że jest coś takiego jak wspólna europejska historia”.
Bové widzi natomiast rolę Parlamentu Europejskiego: „Upamiętnienie I wojny światowej w Parlamencie mogłoby być ważnym gestem. Byłby to np. sposób, aby obnażyć, jak działa szaleństwo nacjonalizmu. Przecież podczas wojny i Niemcy, i Francuzi posługiwali się propagand «Bóg jest po naszej stronie».
Europa oferuje możliwość przekroczenia różnych narodowych historii i narodowych konstrukcji przeszłości bez zamazywania tych różnic. Francja nadal ma z tym olbrzymi problem. Francuzi budowali scentralizowane państwo narodowe przez setki lat, od Ludwika XIV. Niemcy jako państwo narodowe powstały dopiero w 1871 r. Możliwe jest jednak europejskie obywatelstwo wrażliwe na te zawikłane historie. To jest bardzo ważne dla bezpaństwowych narodów w Europie, takich jak Baskowie, Korsykanie, Katalończycy czy Szkoci, których tożsamość nierzadko buduje się wokół języka. Albo dla Romów, wędrownego ludu, którego sposób życia zawsze stanowił cierń w oku dla państw narodowych. W Europie znów nastaje ciężki czas dla mniejszości. Gdy patrzę na wzrost nacjonalizmu i populizmu, naprawdę martwię się o Europę.
To ciągle bardzo ważne, aby uniknąć wojny. Najlepszym sposobem na to jest wzmacnianie integracji europejskiej. Tworząc euro, państwa europejskie nie odrobiły pracy domowej. Nie można mieć jednolitej waluty bez federalnego rządu. Dziś to jest bardzo trudne, ale musimy upierać się przy budowaniu europejskiej solidarności na poziomie ponadpaństwowym. Więcej Europy oznacza również wzmocnienie suwerenności narodowej. Członkostwo w Unii Europejskiej doskonale łączy się z interesem narodowym. Nie ma tu żadnej sprzeczności”.
Artykuł History and the Europe of the citizens ukazał się w „Green European Journal”.
Artykuł powstał na podstawie prezentacji i dyskusji na konferencji „Financial Institutions for Innovation and Development” w Rio de Janeiro. W panelu, który moderowałam, wystąpili: William Lazonick z University of Massachusetts Lowell, Jan Kregel z Levy Economics Institute oraz Damon Silvers z centrali związkowej AFL-CIO.
Czy coś się stało z amerykańską innowacyjnością? Prezydent Obama powiedział, że od niej zależy nasza przyszłość. Wszyscy, niezależnie od przynależności partyjnej, są z grubsza zgodni, iż innowacje są istotne dla pomyślnego rozwoju gospodarki.
A więc dlaczego nic nie robimy? Bez dwóch zdań natychmiast potrzebujemy wprowadzenia czystej technologii, która nie będzie nas truć. Nasze systemy informacyjne i komunikacyjne nie są najlepsze. Zaś infrastruktura jest przestarzała i psuje się na naszych oczach. Nie inwestujemy wystarczająco dużo w tych obszarach i to widać. Mimo to te inwestycje są potrzebne nie tylko dla ekonomicznego rozwoju Ameryki, ale również dla stabilności i dobrobytu na całej planecie.
Stany Zjednoczone były niegdyś obiektem zazdrości całego świata, jeśli chodzi o wprowadzanie innowacji, robienie rzeczy, które zadziwiały świat i polepszały życie milionów ludzi. Ale Fundacja Technologii Informacyjnej i Innowacji, ponadpartyjny think tank, który zestawia ranking 36 krajów pod względem konkurencyjności opartej na innowacji, stwierdza, że jesteśmy coraz bardziej na marginesie globalnej sceny innowacji. W r. 2009, ku zaskoczeniu badaczy, Stany Zjednoczone zajęły zaledwie czwarte miejsce, za Finlandią, Szwecją i Singapurem. W 2011 r. nadal zajmowały tę pozycję. Co gorsza, zajęły drugie od końca miejsce, jeśli chodzi o postęp w przeciągu ostatniej dekady.
Badanie OECD również pokazuje, że Stany Zjednoczone nie tworzą już tak wielu innowacyjnych produktów jak kiedyś. Przodować zaczynają inne kraje ze sporymi inwestycjami w innowacyjność – np. na polu edukacji oraz badań i rozwoju, a mniejszymi w to, co ją powstrzymuje, jak nierówność dochodu.
Co poszło nie tak?
William Lazonick, znawca historii amerykańskich korporacji, wskazuje, że Stany Zjednoczone przez lata cieszyły się niezwykle wydajną gospodarką. Nadal mamy istotne środki wspomagające wydajność, ale w tej chwili wyciągamy pieniądze z naszej gospodarki, zamiast je w nią inwestować. To przejście nastąpiło stopniowo, ale mechanizmy tego wyprowadzania stały się niebezpiecznie skuteczne. Ogromny sektor finansowy oraz bogaci uczestnicy rynku niczym wampiry wysysają pieniądze z sektora produkcyjnego, gdzie wytwarzane są towary, technologie i usługi, których potrzebujemy.
Finansiści na pozór po prostu „z pieniądza robią pieniądz”. Al.e jeśli przyjrzymy się ich działalności, zobaczymy, że tak naprawdę bogacą się na pracy ludzi produkujących potrzebne rzeczy, jak elektronika użytkowa, lub środki produkcji, jak fabryki i wyposażenie. Dobre miejsca pracy, zdrowie całego systemu gospodarczego i społecznego, rosnące dochody wśród najbiedniejszych i w klasie średniej – wszystko to musiało ustąpić pogoni za zyskami finansowymi. Całość jest niezrównoważona. I ma to fatalne skutki.
Lazonick uważa, że po to, by gospodarka ponownie zaskoczyła, potrzebne jest stymulowanie tego rodzaju wzrostu, który pozwala wszystkim zakosztować wyższych standardów życia. Potrzeba gospodarki stabilnej i pozwalającej każdemu mieć udział w dobrobycie. Dzisiaj jednak dyrektorzy wykonawczy wielkich korporacji, jak General Electronics, Dupont, Cisco czy Microsoft, koncentrują się na robieniu jak największych krótkoterminowych zysków dla udziałowców oraz, co najważniejsze, dla siebie samych.
Nie zaskakuje więc, że popierają taką politykę, która im na to pozwala: niskie podatki, ryzykowną spekulację, wysokie płace zarządu, wycofywanie inwestycji z edukacji i infrastruktury. To, co się będzie działo z naszą gospodarką na dłuższą metę, w ogóle ich nie obchodzi. Na Wall Street rządzi motto: „Beze mnie nie będzie i was”. Dopóki masz zysk, dopóty to, co stanie się jutro nie ma dla ciebie znaczenia.
To problem „tych innych”. Tych, którzy będą świadkami kurczenia się miejsc pracy i spadku ich jakości, zanikania klasy średniej, finansowej niestabilności, która spowodowała Wielki Kryzys.
Spojrzenie wstecz
Nie zawsze tak było, mówią Lazonick i Damon Silvers. Wcześniej Wall Street zarabiała na emisji długoterminowych obligacji, które rządy i korporacje mogły następnie użyć do inwestycji w wydajność. Oczywiście handlowano akcjami i obligacjami, ale w efekcie tego handlu nie dochodziło do przejmowania wielkich przyrostów bogactwa przez Wall Street. Istniała spekulacja, ale dla jednostek była kosztowna i nie dawała dużych sum.
Komercyjny system bankowy był dobrze wyregulowany, a oszczędności gospodarstw domowych mogły zostać zainwestowane w przedsiębiorstwa przy dobrych stopach zwrotu. Instytucje finansowe były relatywnie stabilne i mogły pomagać przemysłowi w tworzeniu rozwoju technologicznego i gospodarczego. Aż do lat 60. większość Amerykanów rozumiała i akceptowała znaczenie, jakie rząd federalny miał przy inicjowaniu innowacji poprzez choćby wydatki na obronę lub program kosmiczny. Część tych funduszy przechodziła przez uniwersytety, a część kierowana była do wielkich korporacji, które – jak np. sugeruje GE w swoim haśle reklamowym – mogły „wnosić dobre rzeczy”.
Ale w ostatnich dekadach do systemu wrzucono kilka kluczy francuskich, począwszy od trendu koncentracji własności charakterystycznego dla lat 60, w którym korporacyjni tytani budowali imperia pożerające zyski i nawet setki innych firm. W latach 70., gdy rosła inflacja, a japońska gospodarka szybowała w górę, Wall Street przerzuciła się z inwestowania na handel, po czym w latach 80. zarządy firm przyjęły szkodliwą ideologię znaną jako „wartość udziałowca”, która głosiła, że udziałowcy są jedynymi ludźmi zasługującymi na zyski w korporacjach – zapomnijmy o podatnikach i pracownikach, choć to przecież bez ich wsparcia, ich potu i podejmowanego przez nich ryzyka firmy te nie mogłyby istnieć. Korporacje zaczęły koncentrować się na manipulowaniu cenami akcji, by zrealizować krótkoterminowe zyski, oraz wykupie akcji, by wzbogacić zarządy kosztem badań i rozwoju oraz inwestycji w umiejętności pracowników.
Banki z Wall Street zaczęły przenosić swoją uwagę na przedsiębiorstwa dające wyższe dochody. Z wyregulowanych instytucji stały się miejscami, gdzie wysokie inwestycje dają wysokie zyski. To zakłóciło podstawową funkcję kredytu, jaką jest pośrednictwo. Do lat 70. system produkcyjny panował nad systemem finansowym. Ale od lat 80. było już odwrotnie.
Potwór finansjalizacji
Pomyślcie tylko: jaki produkt firmy General Electronic, który ostatnio kupiliście, polepszył wasze życie? W epoce finansjalizacji wielkie firmy rodzaju GE przeniosły swą uwagę ze wspaniałych produktów na szybkie zyski generowane na Wall Street. Na przykład w latach 80. Jack Welch z GE w ekspresowym tempie poszerzył działalność firmy na obszar kart kredytowych, pożyczek hipotecznych i innych działań finansowych. Niedługo potem operacje finansowe kreowały blisko połowę zysków firmy.
Wreszcie doszło do sytuacji, w której, jak zauważył mój kolega Joshua Holland, dyrektor wykonawczy korporacji pozbawi firmę koniecznych zasobów i zdolności do bycia produktywną w imię krótkoterminowych zysków. W książce „The Speculation Economy” Lawrence Mitchell z Uniwersytetu George’a Washingtona wskazuje, że ostatni sondaż przeprowadzony wśród dyrektorów ważniejszych korporacji amerykańskich pokazał, iż 80% z nich „przynajmniej delikatnie popsułoby swoje interesy po to, by osiągnąć poziom [finansowych] wskaźników dotyczących kwartalnych zysków, które przedstawili analitycy”.
Silvers zaznacza, że gdy pojawiła się gorączka finansjalizacji, Stany Zjednoczone doczekały się niebezpiecznego stanu braku równowagi między finansami publicznymi a prywatnymi. Jednocześnie promowaliśmy politykę publiczną opartą na dziwnej idei, że nie ma czegoś takiego jak dobro publiczne. Przyjęliśmy, że rynki kapitałowe są bardziej wydajne, jeśli regulatorzy trzymają się od nich z daleka. Przywiązaliśmy się do fałszywej idei, że deregulacja instytucji finansowych sprawi, że gospodarka będzie kwitnąć.
Bez regulacji i silnych związków zawodowych, które zapewniłyby w Stanach Zjednoczonych stały i przemyślany przepływ pieniądza ku inwestycjom w wydajność, jak szkolenia pracowników i tworzenie stabilnych miejsc pracy z rozsądnymi dochodami, gospodarka stała się w gruncie rzeczy kasynem, a przepaść między bogatymi a resztą stale rosła. Przestaliśmy być znani z innowacji, które ulepszają ludzkie życie, nasza repuutacja przeniosła się na obszar skomplikowanych instrumentów finansowych, które mają na celu zdzieranie z ludzi pieniędzy. Od lat 2004-2008, gdy inne gospodarki rozwinięte inwestowały ogromne kwoty w czyste technologie, finansowe rynki Stanów Zjednoczonych szybko rozwijały swoje produkty służące wyciągnięciu jeszcze więcej bogactw z produktywnych obszarów naszej gospodarki.
Fałszywe innowacje
Paul Volcker rzucił kiedyś dowcip, że bankomat to jedyna pożyteczna innowacja finansowa, jak widział od 20 lat. Wydaje się, że gdy nie zabraliśmy się za takie rzeczy jak czyste technologie, stworzyliśmy wiele innowacyjnych sposobów na to, by zwykli ludzie tracili swe pieniądze – choćby linie kredytowe na dom, które szybciej wpychają ludzi w wysokie zadłużenie i zmuszają do znoszenia obsesji panującej na Wall Street – obsesji wyższych zysków za wszelką cenę.
Jan Kregel i Leonardo Burlamaqui stwierdzili, że gdy sektor finansowy urósł, to Stany Zjednoczone przestały być centrum rozwoju nowej wiedzy. Finanse nie odgrywają już roli „służebnicy twórczej destrukcji”, która pozwala na to, by przemysł wytwarzał postęp technologiczny i rozwój gospodarczy.
Kregel i Burlamaqui zauważyli również, że sektor usług finansowych ma pewne specjalne cechy, które na różne sposoby wywołują gospodarczą niestabilność. Np. wykorzystując takie rzeczy, jak pakiety derywatów w celu przeniesieniu ryzyka finansowego z firm finansowych na te, które są mniej zdolne do jego zniesienia. Bańki kończące się katastroficznymi krachami stały się nieuniknione. Ciężar spekulacji finansowej stał się tak wielki, że opanował cały system, jak mogliśmy to obserwować w latach 20. XX w. oraz podczas kryzysu z lat 2007-2008. Gdy dochodzi do kryzysu, spekulacja na chwilę spada, ale, jak obserwujemy to w chwili obecnej, sektor finansowy jest napalony na odzyskanie zysków – nie dla dobra gospodarki i miejsc pracy, lecz swoich wpływów.
Damon Silvers wskazuje także, że koszty baniek finansowych zawierają w sobie również skutki tego, że kapitał nie został zainwestowany produktywnie, jednym z nich jest upadek rządowych inwestycji w badania i rozwój. Rośnie nierówność dochodów, a faceci z Wall Street podsuwają fałszywą ideę, że każde pieniądze, które robią, są zarobione uczciwie i że rząd nie powinien nigdy się wtrącać. Spadają pensje, a mimo to rośnie bogactwo – ale tylko niektórych.
Co robić?
W efekcie amerykański sektor finansowy nie służy już sektorowi produkcyjnemu – w rzeczywistości może nawet go zabija. Ale czy można to powstrzymać?
Ukrócenie potwora finansjalizacji nie nastąpi siłą woli. Poprzez nasz coraz bardziej skorumpowany system polityczny wielcy sektora finansowego pociągają za większość sznurków w Waszyngtonie i niechętnie odpowiadają na temat szybujących płac zarządów, które stanowią jedną z przyczyn rosnących nierówności dochodów, znikania miejsc pracy i wyciągania pieniędzy z bardziej produktywnych obszarów. Według raportu Economic Policy Institute amerykańscy dyrektorzy generalni zarabiają obecnie 273 razy tyle, ile wynosi średnia pensja pracownika. 30 lat temu przeciętny dyrektor dużej firmy pobierał mniej niż 30-krotność pensji przeciętnego pracownika. Czy faktycznie dyrektorzy generalni stali się tak bardzo wartościowi?
Jak pokazuje Lazonick, zmieniły się normy społeczne. W Japonii tak niebotyczne pensje zarządu są nieakceptowane, gdyż istnieje powszechne zrozumienie, że praca firmy jest wysiłkiem zbiorowym. To istotna wartość społeczna. W Europie zaś istnieje ruch mający na celu ograniczenie pensji zarządu w bankach korzystających z bail-outów. Wyższy personel banków, które otrzymują państwowe wsparcie, będzie mógł zarabiać najwyżej 15-krotność średniej pensji krajowej lub 10-krotność pensji przeciętnego pracownika tego banku. Premie zostaną ograniczone do dwukrotności stałej pensji.
To dobry pomysł i musimy to przedyskutować w Stanach Zjednoczonych, gdzie pensja zarządu nie tylko jest drastycznie wysoka w porównaniu do reszty świata, lecz często cechuje ją dowolność i szokująca niezgodność z wynikami.
Lazonick uważa, że musimy naprawdę zmienić cały sposób myślenia o gospodarce. Zaleca kilka rzeczy, które pomogą nam wrócić na właściwą ścieżkę:
Nadal buzuje w nas sporo innowacyjności, ale musimy zmienić nasze priorytety i podporządkować gospodarkę finansową gospodarce produkcyjnej. Doprowadzi to do tego, że Wall Street przestanie na nas żerować i pozwoli Ameryce ponownie stać się miejscem, gdzie energiczni ludzie starają się i pracują razem, by produkować świetne rzeczy.
Tekst powstał na podstawie prezentacji i dyskusji z konferencji „Financial Institutions for Innovation and Development” w Rio de Janeiro. Na konferencji, finansowanej przez Ford Foundation Initiative on Reforming Global Finance, Multidisciplinary Institute for Development and Strategies oraz Brazylijski Bank Rozwoju ekonomiści dyskutowali na temat innowacji i tego, jak rynki finansowe, przedsiębiorstwa oraz państwo współdziałają ze sobą i inwestują w proces tworzenia i produkowania użytecznych dóbr.
Artykuł How Big Finance Crushes Innovation and Holds Back Our Economy ukazał się na witrynie AlterNet. Przeł. Katarzyna Sosnowska.
Zwiększa się zainteresowanie wiejską ekologią. Rosnąca sieć ekologicznych gospodarstw rolnych przywraca wysoką jakość wielkim połaciom ziemi rolnej poprzez powrót do rolnictwa ekologicznego i odejście od chemizacji upraw. Nie brakuje też tradycyjnych gospodarstw ekologicznych, które – choć nie przeszły certyfikacji ekologicznej – prowadzą produkcję starymi metodami, ze względu na tradycję lub wysokie koszty upraw konwencjonalnych.
Polityka rolna rządu Tuska
Wielu mieszkańców wsi zatrudnionych w „sektorze chemicznym” doskonale zdaje sobie sprawę ze szkodliwości żywności, którą produkują – choćby dlatego, że sami jej nie spożywają, a przy jej produkcji często nabawiają się powikłań zdrowotnych. Świadomi są więc potrzeby poprawy jakości żywienia i systemów dystrybucji żywności, tak by umożliwiały one właściwy wybór tego, co codziennie spożywamy.
Odpowiedzią rządzącej koalicji PO i PSL na frustracje związane z niską jakością żywności, wysoką ceną żywności certyfikowanej, chorobami związanymi z pracą ze szkodliwymi chemikaliami i maszynami rolnymi czy problemem bezrobocia i braku możliwości indywidualnego rozwoju na wsi, jest… brak działania.
Rozwijane są jedynie kampanie wizerunkowe, mające dowodzić wysokiej jakości polskiej żywności. Wręczanie koszyków z opakowanym w sreberko jedzeniem prezydentowi Słowacji czy inne tego typu pokazówki nie zmieniają faktu, że nasza żywność jest coraz gorsza – upadły bowiem wszelkie systemy kontroli produkcji. Sygnały o jej złej jakości napływające z Rosji, Czech, Słowacji i innych krajów nie są przypadkowe i nie można ich zbywać twierdzeniem o chęci pozbycia się polskiej konkurencji z tamtejszych rynków. Żywność z Polski sprzedaje się dlatego, że jej produkcja jest tania, a zarobki i dopłaty rolne pozostają niskie w porównaniu do konkurencji w Niemczech, Francji czy w USA. Struktura inwestycji i system kontroli produkcji i dystrybucji produktów rolnych faworyzują produkcję żywności naszprycowanej chemią.
Organizacje społeczne, które mogą stać się sprzymierzeńcami w walce o „zieloną” wieś, to m.in. zrzeszenia rolników, producentów żywności, ogrodników, pszczelarzy, działkowiczów, seniorów, pracowników sektorów przemysłowych związanych z przemysłem rolnym, budownictwem czy pracami wodno-ziemnymi. Są wśród nich również organizacje społeczne, wyznaniowe oraz edukacyjne, które dostrzegają potrzebę ekologicznej reformy rolnej.
Ekologia szansą dla polskiej wsi
Potrzeba nam wzmocnienia istniejącego sektora ekologicznych gospodarstw rolnych oraz wsparcia dla ekologizacji tych gospodarstw, które są dziś oparte na wysokim stopniu chemizacji.
Poprawa stanu stosunków wodnych i powstrzymanie erozji to fundamentalny element ekologizacji rolnictwa. Problemem są tu m.in. wysokie koszty utrzymania łąk ekologicznych. Nie są one nawożone, wiec dają mniejszy plon siana lub zielonki na pasze dla zwierząt, a więc – rolnik ekologiczny traci. Niezbędne dla tych łąk i pastwisk jest zapewnienie ich odpowiedniego nawodnienia i ochrony przed wysychaniem, co zwiększa ich produktywność. Łąka i pastwisko są naturalnymi rezerwuarami wilgoci – pod warunkiem utrzymywania odpowiedniego poziomu wód gruntowych. Ważne jest odmulenie cieków wodnych i konstrukcja zastawek wodnych, aby rolnicy mogli odpowiednio obniżać lub podnosić poziom wód gruntowych, aby nie gniły w czasie dużych deszczy i nie wysychały w okresach suszy. Konieczne jest też zadrzewianie miedz śródpolnych, aby drzewa utrzymywały wilgoć i dawały schronienie bydłu i innym zwierzętom wypasanym.
Dla przeciętnego rolnika takie działania są zbyt kosztowne i czasochłonne. Czyszczenie rowów, stawów, budowa zastawek i jazów czy masowe obsadzania miedz drzewami i krzewami to działania, które powinny mieć miejsce na zasadzie bezpośrednich ofert organizacji i agencji rządowych. Można by w ich wdrażaniu wykorzystać istniejącą sieć zarządów melioracji i urządzeń wodnych. Nadzór nad tymi projektami powinny sprawować specjalne komisje, w których skład wchodziliby również przedstawiciele rolników i organizacji ekologicznych. W programach zalesiania miedz śródpolnych można z powodzeniem wykorzystać potencjał gospodarstw szkółkarskich – zarówno prywatnych, jak i leśnych.
Tego typu działania to jeden ze sposobów redukcji bezrobocia, masowej emigracji dzieci wiejskich do miast i za granicę. To inwestycja lokalna – ich odbiorcą są lokalni obywatele i firmy. Programy takie zachęcałyby gospodarzy do zwiększania powierzchni łąk i pastwisk kosztem redukcji gruntów ornych, co niesie bardzo pozytywne skutki środowiskowe. Należą do nich wzrost poziomu wód gruntowych, wyższe zalesianie, utrzymanie przed wywiewaniem wartościowej górnej warstwy humusu gleby, lepsze powietrze oraz wzrost różnorodności biologicznej.
Dodatkowym problemem jest brak systemu przydomowych ubojni. Rolnicy prowadzący produkcję mleczarską posiadają zdolność higienicznej produkcji i składowania mleka, a więc nic nie powinno stać na przeszkodzie, aby na podobnej zasadzie umożliwić ekologicznym gospodarzom tworzenie przydomowych ubojni. Lokalny ubój jest bardziej humanitarny, nie naraża bowiem zwierzęcia na potworne traktowanie i głodzenie przez pośredników i wielkoprzemysłowe ubojnie.
Promocja żywności ekologicznej
Najważniejszym elementem promocji zdrowej żywności jest prócz jakości produktów również właściwa polityka cenowa. Może być ona kierowana poprzez dopłaty i upusty podatkowe dla produktów ekologicznych, tak by ich cena rynkowa zrównała się z ceną produktów rolnictwa przemysłowego. Struktura cen powinna zachęcać do przestawiania gospodarstw na metodę ekologiczną, w wyniku czego będą mogły skorzystać z ulg podatkowych na sprzedaży towaru i dodatkowych dopłat na poprawę stosunków wodnych i zalesianie miedz.
Potrzebne są programy produkcji nasion ekologicznych dla poprawy składu gatunkowego łąk i pastwisk oraz dopłaty na biologiczne środki ochrony roślin przed szkodnikami i chorobami. Wspierać należy również pszczelarstwo na wsiach i w miastach.
Żywność ekologiczna potrzebuje też sprawnego systemu informacji. Kluczowe jest tu wprowadzenie systemu opisu jej jakości, obejmującego również te produkty, których jakość zdrowotna jest kwestionowana, np. rośliny czy zwierzęta genetycznie modyfikowane.
Bezpieczeństwo żywnościowe
Otwarcie sektora żywności na całą wspólnotę europejską i na rynek globalny niesie ze sobą obowiązek wprowadzenia systemów ochronnych. Istnieje wszak możliwość zniszczenia całej produkcji i zbiorów poprzez celowe działanie konkurencji lub przypadkowe choroby czy inne czynniki biologiczne, które mogą spowodować upadek upraw roślinnych i hodowli zwierząt, strategicznych dla zapewnienia bezpieczeństwa żywnościowego całego państwa. Odrębnym problemem jest monopolizacja całych sektorów produkcji rolnej przez pojedynczych graczy rynkowych.
Ważne jest zatem wprowadzenie skutecznej służby granicznej inspekcji rolnej, ochrona przed nieuczciwą konkurencją oraz wprowadzenie w sektorze rolnym skutecznych rozwiązań antymonopolowych, aby uniemożliwić powstawanie monopoli w produkcji i sprzedaży żywności.
Zielona transformacja gospodarki wymaga od nas również stawiania pytań o to, w jaki sposób funkcjonują i do kogo należą nasze miejsca pracy. (więcej…)