Kosmos jest polityczny! Co ciekawe, wydaje się, że fakt ten był bardziej oczywisty w latach 60. XX w. niż dziś. Wrażenie to potęguje wystawa w warszawskiej Zachęcie. (więcej…)
Jak naprawdę wygląda rządowe wsparcie dla prosumenckiej energetyki odnawialnej? (więcej…)
Joanna Stiller z organizacji Compassion in World Farming wyjaśnia, jaki może być wpływ przyjęcia TTIP na prawa i dobrostan zwierząt.
W zaciszu rządowych gabinetów toczą się rozmowy o Transatlantyckim Partnerstwie w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP). Wzbudza to kontrowersje nie tylko ze względu na niejawny przebieg prac i brak przejrzystości. Największe obawy dotyczą zapisów regulujących ochronę własności intelektualnej czy też otwarcie wielu sektorów usług publicznych. Warto jednak wspomnieć przy okazji o kwestii hodowli i dobrostanu zwierząt oraz związanych z tym konsekwencjach dla zdrowia publicznego.
Zatrzymanie pozytywnych tendencji
W USA mocno promuje się intensywny model rolnictwa. Przemysłowe fermy zwierząt są głównym dostawcą produktów odzwierzęcych na rynek wewnętrzny, a koncerny rolne mają spore zaplecze lobbingowe. Potrafią wywierać silną presję, co wyraźnie widać na przykładzie prac, a następnie prób wprowadzania w życie na terenie poszczególnych stanów tzw. ag-gag bills, czyli ustaw zabraniających dokumentowania oraz publikowania materiałów pokazujących warunki chowu zwierząt na fermach.
Śmiało można powiedzieć, że w Stanach interes producentów stawia się wyżej niż dobrostan zwierząt. Tymczasem na terenie Unii Europejskiej obowiązują zdecydowanie wyższe standardy chowu zwierząt i obserwuje się tendencję do ich dalszej poprawy, mimo konieczności dodatkowych wydatków ze strony hodowców. Nawet jeśli wskutek przyjęcia TTIP przepisy nie zostaną zmienione na mniej restrykcyjne, to ten pozytywny kierunek zmian może zostać zatrzymany.
Do tej pory Unia Europejska systematycznie wprowadzała przepisy poprawiające warunki chowu zwierząt. Powstały dyrektywy poświęcone konkretnym gatunkom, np. nakazujące używania wzbogaconych klatek dla kur albo ograniczające trzymanie świń w pojedynczych kojcach, w których nie mogą się obrócić.
Jednak w USA większość tego typu inicjatyw przyjmowana jest z oporem. Tłumaczone jest to argumentem o tworzeniu barier w wolnym handlu i działaniem na niekorzyść producentów. Co gorsza, w ramach rozmów o TTIP negocjuje się również dość kontrowersyjny zapis o arbitrażu inwestycyjnym (ISDS), który pozwoliłby korporacjom zaskarżać decyzje poszczególnych krajów, gdyby uznały, że obowiązujące zasady wpływają niekorzystnie na ich zyski.
Okrucieństwo z importu (nieoznakowane)
Podpisując porozumienie z krajem, gdzie obowiązują niższe standardy, możemy doprowadzić do sytuacji, gdy na europejski rynek dopuszczone zostaną produkty, których sprzedaż obecnie nie jest dozwolona.
Unia Europejska nie tylko stara się podwyższać standardy hodowli i produkcji, ale wymaga tego również od produktów importowanych. Tymczasem może się okazać, że w imię wolnego handlu otworzymy nasz rynek dla producentów, którzy stosują się do znacznie słabszych przepisów dotyczących zdrowia publicznego, środowiska i ochrony zwierząt hodowlanych.
Może się to uwidaczniać nawet w kwestii oznakowania żywności. W UE obowiązuje już system oznakowania jajek zgodnie z metodą produkcji, działają też inicjatywy na rzecz wprowadzania podobnego etykietowania innych produktów. W oczach amerykańskich producentów taki system z pewnością uznany zostanie za dyskryminujący i można się spodziewać działań w kierunku jego zniesienia pomimo istniejącego wśród obywateli UE poparcia.
Prawdopodobnie jedną z pierwszych rzeczy, jakimi zajmie się nowy Parlament Europejski będzie temat klonowania zwierząt i ich wykorzystania w rolnictwie. Państwa członkowie UE są dość sceptyczne wobec takiej metody hodowli. Dozwolone jest to jednak w Stanach, a produkty z takich zwierząt są dostępne na rynku.
Klonowanie zwierząt to jednak nie tylko kwestia filozoficzna związana z tym, czy mamy prawo ingerować w naturę, ale bardzo realny problem, który w przypadku zwierząt objawia się zaburzeniami rozwoju układu krążenia i kostno-szkieletowego.
Pożegnanie antybiotyków
Warunki, w jakich hoduje się zwierzęta, są istotne z etycznego punktu widzenia. Biorąc jednak pod uwagę, że większość zwierząt hodowanych jest na pożywienie dla ludzi, warto mieć na uwadze, jakie skutki może to mieć dla bezpieczeństwa żywności i zdrowia publicznego.
Jedną z problematycznych kwestii z tym związanych jest używanie antybiotyków. Wykorzystanie ich w momencie pojawienia się choroby nie budzi niczyich zastrzeżeń, zakazane jest jednak ich używanie jako substancji przyspieszających wzrost zwierząt. Tymczasem w USA praktyki takie są dozwolone. Szacuje się, że 80% antybiotyków sprzedawanych na terenie USA jest wykorzystywanych właśnie w hodowli zwierząt, przy czym spora część stanowi tzw. promotory wzrostu. Antybiotyki są też stosowane rutynowo w celu zapobiegania pojawieniu się chorób.
Może mieć to bardzo niebezpieczne konsekwencje, jako że nadużywanie antybiotyków prowadzi do powstawania szczepów bakterii opornych na leki. Kiedy więc dana choroba pojawi się wśród ludzi, może się okazać, że antybiotyki, które wcześniej bez problemu radziły sobie z danymi bakteriami, są już nieskuteczne albo ich działanie jest znacznie ograniczone.
Czytaj więcej: Philip Lymbery o problemach z przemysłową hodowlą zwierząt
To tylko część problemów związanych z dobrostanem zwierząt hodowlanych i bezpieczeństwem żywności, jakie mogą się pojawić w przyszłości. Dlatego Compassion in World Farming ma poważne zastrzeżenia co do zawierania tak poważnych umów bez odpowiednich zabezpieczeń oraz konsultowania zapisów ze społeczeństwem.
O lobby łupkowym, demokracji i związkach między wydobyciem gazu łupkowego a zmianami klimatu opowiada reżyser „Gaslandu” Josh Fox w rozmowie z AlterNetem.
Ten wywiad odbył się w maju tego roku, w dzień po rozejściu się wiadomości, że konserwatywny aktywista, założyciel organizacji Project Veritas James O’Keefe próbował wrobić Josha Foxa i innych działaczy ekologicznych w zmyślone przyjmowanie pieniędzy od potentata naftowego z Bliskiego Wschodu w celu sfinansowania antyłupkowego filmu. W swoim 20-minutowym filmie O’Keefe zmontował wypowiedzi Foxa w taki sposób, żeby zasugerować jego zainteresowanie ofertą nafciarza. Obróciło się to przeciwko O’Keefemu, gdy Fox opublikował całe, niepocięte nagranie rozmowy, udowadniając, że nie zamierzał przyjmować pieniędzy od grupy, która odmówiła ujawnienia bliższych informacji na swój temat.
Cliff Weathers: Czy nie masz czasami poczucia, że stałeś się dla niektórych „wrogiem publicznym”?
Josh Fox: Przez ostanie cztery albo pięć lat nie tylko ja, ale wszyscy ci, którzy występowali w moich filmach – naukowcy mówiący prawdę o szczelinowaniu – musieli znieść nieprawdopodobną ilość ataków, zarówno najbardziej nikczemnych i kłamliwych, jak i normalnej krytyki, jakiej można się spodziewać w przypadku każdego rodzaju nowych informacji. Lecz najbardziej niepokojąca jest ciągła praca machiny oczerniania i dezinformacji, która bezustannie bierze na celownik ludzi z moich filmów i mnie oraz wszystko, co wiąże się z tą kwestią. Ma to dewastujący wpływ na debatą publiczną w USA.
W dzisiejszych czasach traktujemy jako oczywistość, że są korporacje reagujące atakami na nowe informacje i posługujące się kłamstwem, aby chronić swoje interesy. I że będą to robić w najbardziej pokrętny i bezczelny sposób. Stało się to częścią amerykańskiego życia. W tzw. debatach o sprawach publicznych jedna strona po prostu kłamie. To nie jest prawdziwa debata. Oszustwo nie jest punktem widzenia.
Gdy zacząłem pracę nad filmem, była to już bardzo kontrowersyjna kwestia w moich okolicach. W górnym dorzeczu Delaware było wielu ludzi, którzy chcieli zarobić pieniądze dzierżawiąc swoją ziemię. Zadziwiające było, jak szybko nastąpiły podziały wzdłuż pewnych linii kulturowych, nasilając istniejące już od dawna napięcia. Więc stałem się twarzą ludzi, którzy próbowali zachować piękno i integralność środowiska naturalnego oraz zdrowie społeczności. I było też wielu ludzi, którzy po prostu chcieli zarobić, narażając na niebezpieczeństwo sąsiadów i szkodząc nam wszystkim, ludzi chcących zniszczyć jeden z najpiękniejszych obszarów na świecie – dorzecze Delaware, które stanowi jednocześnie obszar wododziałowy dla Nowego Jorku, Filadelfii i Południowego New Jersey.
A więc od początku wiedziałem, że będzie gorąco. Ale nie mogłem przewidzieć, że ataki będą tak podstępne, bezczelnie kłamliwe i osobiste. Atakowano nas w każdy, nawet najbardziej niedorzeczny sposób, zarówno moje filmy, mnie osobiście, jak i ludzi z filmów. Jest to ciągle obecne w naszym życiu.
Są ludzie, którzy pójdą do restauracji, żeby nagrywać i filmować różne rzeczy ukrytą kamerą. Dla mnie jest to naprawdę oburzające. Nie rozumiem, jak można prowadzić kampanię na rzecz jakiegoś punktu widzenia, kiedy twoim głównym sposobem działania jest oszustwo. Wszystko to ma na celu wywoływanie zamętu i wątpliwości wśród publiczności głównego nurtu. Wytwarzają w ten sposób chmurę wątpliwości wokół prawdziwych informacji, tak, aby ludzie nie wiedzieli, w co wierzyć i komu zaufać. Nasza praca oparta jest na gruntownych badaniach i weryfikowana na podstawie tak wielu źródeł, jak tylko można sobie wyobrazić. Każda linijka w tych filmach została sprawdzona przez nasz zespół, który jest niezwykle drobiazgowy pod względem wierności faktom, lecz również przez HBO, które nie wyemitowałoby ich, gdyby nawet jeden wers był niezgodny z prawdą.
CW: Jednym z bohaterów drugiej części „Gaslandu” jest człowiek, który opuścił Partię Republikańską z powodu zniesmaczenia szczelinowaniem. Dla zwykłego obserwatora jest to kwestia mająca duży związek z poglądami politycznymi. Lecz nie jest tak w przypadku ludzi, których spotkałeś. W jaki sposób, twoim zdaniem, szczelinowanie zmienia ludzi bezpośrednio dotkniętych jego skutkami?
JF: Szczelinowanie sprawiło, że ludzie, którzy normalnie nie rozmawialiby ze sobą z powodu różnic politycznych, zaczęli bardzo intensywnie wymieniać poglądy. To nie jest kwestia partyjna. Cały czas podróżuję z pokazami filmów i rozmawiam z członkami organizacji ekologicznych. Występuję w stanach „czerwonych” (popierających Republikanów), w stanach „niebieskich” (popierających Demokratów), a także w „niebieskich” częściach stanów „czerwonych” i w „czerwonych” częściach stanów „niebieskich”. ilekroć przemysł wydobywczy przybywa do tych miast i okazuje się, że zamierza zniszczyć wszystko, co ludzie posiadają, różnice polityczne przestają mieć znaczenie. Ludzie szybko się jednoczą i rozmawiają ze sobą, społeczni konserwatyści z postępowymi demokratami. Zadziwiająca zbieżność.
Noszę ze sobą wszędzie w portfelu kartę biznesową człowieka o imieniu Craig Stevens. Jest on Pensylwańczykiem w szóstym pokoleniu. Na jego karcie widnieje wąż z „Don’t tread on me” (historyczna flaga amerykańska, obecnie używana przez zwolenników Tea Party – przyp. tłum.), z wciśniętą w sam środek wieżą wiertniczą. I to jest antyłupkowy aktywista z Tea Party, ludzie wymyślili nawet nową nazwę: „green tea” („zielona herbata”).
A później ludzie uświadamiają sobie, że to nie są firmy amerykańskie, lecz ponadnarodowe, i że nie są lojalne. Zniszczą teren, na którym działają, czy to w Pensylwanii, Teksasie lub Nowym Jorku, czy też w Nigerii, Ekwadorze lub Peru. Uświadamiają sobie, że zawsze były grupy ludzi „spisanych na straty” dla dobra biznesu. Zmasakrowani przez Gwardię Narodową podczas ataku na kopalnie węgla w Kolorado sto lat temu lub dzisiaj w delcie Nigru albo Zachodniej Wirginii, gdzie góry są wysadzane w powietrze. W tym momencie w strefie rażenia znaleźli się mieszkańcy obszarów Marcellus Shale, Barnett Shale czy Haynesville Shale. Przemysł paliw kopalnych zawsze traktował tych ludzi jedynie jako przeszkodę. Nie mają oni żadnych praw ani możliwości odwołania się poprzez normalne demokratyczne kanały. W taki właśnie sposób branża prowadzi swoje interesy od setek lat.
Teraz zakres „spisywania na straty” rozszerzył się i uderza w ludzi ze wszystkich grup i klas społecznych. Więc ich reakcja na zniewolenie przez tak potężny przemysł będzie, jak sądzę, podobna, niezależnie od tego, czy są liberalnymi demokratami, konserwatystami czy też zwolennikami Tea Party. Tym, co często dzieli ludzi, są pieniądze. Niektórzy bardzo chcą pieniędzy, inni nie. I to również może nie mieć nic wspólnego z podziałami politycznymi. Amerykanie po prostu uzmysławiają sobie, jak bardzo są pozbawiani głosu.
Bardzo lubię przytaczać opublikowane niedawno studium Uniwersytetu Princeton. Zapytano ludzi: „Jaką formę rządów ma tak naprawdę Ameryka?”. Wydział nauk politycznych przeprowadził szerokie badania i po przeanalizowaniu wyników okazało się, że… w rzeczywistości Ameryka nie ma demokracji, Ameryka jest oligarchią, rządzoną przez potężnych i bogatych.
Co to oznacza dla nas? No cóż, oznacza to, że 90% obywateli może chcieć obowiązku sprawdzania przeszłości osób kupujących broń palną, i nie otrzymać tego. 90% ludzi może domagać się podniesienia płacy minimalnej do 10 dolarów lub więcej, i nie otrzymać tego. 80% ludzi może domagać się ograniczeń emisji gazów cieplarnianych, i nie otrzymać tego. Oznacza to, że tak naprawdę się nie liczymy, nasze opinie nie mają znaczenia. Właśnie o tym mówi badanie z Princeton. I ludzie to teraz w pełni rozumieją, i mamy nieprawdopodobną ilość frustracji – ludzie przystępują do radykalnej prawicy i do bardziej postępowej lewicy. Coraz więcej osób zmienia przekonania, ponieważ uświadamiają sobie, że nie mają żadnego wpływu.
Musimy zdać sobie sprawę z tego, że Ameryka nie zawsze była demokracją. Kiedy kobiety nie miały prawa głosu, Ameryka nie była demokracją. Kiedy ludzie kolorowi nie mieli prawa głosu, nie byliśmy demokracją. Co robiliśmy w tamtych czasach, żeby wprowadzić więcej równości do naszego społeczeństwa? Cóż, robiliśmy wszystko: organizowaliśmy się, strajkowaliśmy, stosowaliśmy nieposłuszeństwo obywatelskie. Przejmowaliśmy trendy kulturalne, tworzyliśmy muzykę, sztukę i filmy. Robiliśmy wszystko co w naszej mocy, próbując przekształcić społeczeństwo.
Musimy naciskać na naszych ustawodawców. Niedawno 300 osób zdecydowało się powitać prezydenta Obamę w Cooperstown antyłupkowymi transparentami. Tego samego dnia 200 osób w ten sam sposób przywitało gubernatora Cuomo w Long Island. To się dzieje nieustannie. Przyglądam się temu i jest to piękne. Sprawia to, że niemal czuję, że demokracja jest siłą nie do poskromienia. Odradza się na samym dole i na poziomie lokalnym, i jest to niezwykle ekscytujące.
CW: Obejrzałem niedawno ponownie obie części „Gaslandu”. I zauważyłem, że w porównaniu z nowym filmem przesłanie pierwszej części trąci już myszką. Tak wiele się zmieniło od tamtego czasu. Gdy „Gasland” wchodził po raz pierwszy na ekrany, był to temat, o którym ludzie nic nie wiedzieli i przesłanie było naprawdę proste i bezpośrednie. Drugi film przeniósł to na inny poziom wyrafinowania.
JF: Też tak myślę. Kiedy robiłem pierwszy „Gasland”, nie miałem pojęcia o szczelinowaniu, opisywał on tak naprawdę moją drogę do wiedzy. Sądzę, że każdy, kto oglądał ten film, przeszedł podobny proces. Myślę, że odniósł on tak duży sukces, ponieważ opowiedział tę historię.
Ale teraz wszyscy już wiedzą, czym jest szczelinowanie. Drugi film porusza następną kwestię: teraz, gdy wszyscy już wiedzą czym to jest i powstał ruch protestu, chcemy wiedzieć, co rząd zamierza z tym zrobić. Więc drugi film jest dochodzeniem w sprawie roli rządu w rozwoju wydobycia gazu łupkowego i ropy łupkowej – pytaniem o to, jak to się stało, że korporacje szczelinują nasz rząd. Gdy jadę do Waszyngtonu, lubię podkreślać, że jest on największym terenem szczelinowania w Stanach Zjednoczonych. Rząd jest niszczony przez strumienie pieniędzy wtryskiwanych pod wysokim ciśnieniem. To całkowicie rozkrusza naszą demokrację.
CW: A o czym będzie następny film?
JF: Mój następny film będzie o klimacie. Świadomość tego, w jakim znaleźliśmy się impasie, jest bardzo trudna i ogromnie przygnębiająca. Zaczynałem jako ktoś, kto nic nie wiedział o szczelinowaniu, a teraz zajmuje mnie ta cała niewiarygodnie głęboka i ciężka do udźwignięcia wiedza o najważniejszym problemie, przed którym stoi nasza planeta – zmianie klimatu. Tak naprawdę szaleńcza przemiana, spędziłem na tym ostatnich sześć lat mojego życia.
Zaczynam uświadamiać sobie, że najważniejszą rzeczą, jaką możemy zaoferować, są nasze struktury oddolnej demokracji. Problem zmian klimatu to nie tylko kwestia emisji, zanieczyszczeń i toksyn. To kwestia struktur wartości, i nie walczymy jedynie z przemysłowymi korporacjami, mówimy tutaj o obronie naszej cywilizacji. Jak to robimy? Cóż, robimy to jednocząc się i dzieląc wspólne wartości.
Jest to kwestia dotycząca zarówno własności prywatnej i praw jednostki, jak i własności wspólnej, społecznej oraz szerzej rozumianych praw człowieka. Pokazuje w rzeczywistości głębię idei umowy społecznej.
Takie ostatnio mam myśli, są one równie głębokie i ważne, jak myśli o zakwaszeniu oceanów, stężeniu dwutlenku węgla w atmosferze i masowym wymieraniu gatunków. Próbuję głęboko zastanowić się nad korzeniami naszych zobowiązań wobec siebie nawzajem w tym procesie. A więc jest to niemal metafizyczny rodzaj podróży, dlatego też nie wiem, dokąd nas doprowadzi ten nowy film.
CW: Stałeś się twarzą ruchu antyłupkowego. Czy ten film jest sposobem na poszerzenie twojego oddziaływania lub horyzontów?
JF: Myślę, że jest to naturalna ewolucja. Mówimy o paliwach kopalnych. Zanim zrobiłem cokolwiek na ten temat, robiłem sztuki i filmy, zarówno narracyjne, jak i dokumentalne – i będę nadal je robił. Tak więc ten film jest następnym ważnym rozdziałem w tej pracy ekologicznej. Lecz pracuję jednocześnie nad scenariuszem dotyczącym wojny w Iraku, jest on na ukończeniu. Zamierzamy objechać cały kraj ze spotkaniami o energii odnawialnej, najpierw w stanie Nowy Jork, potem w całych Stanach Zjednoczonych.
W moim odczuciu szczelinowanie i klimat są tak ściśle powiązane, że prawie nie postrzegam ich jako osobnych problemów. Myślę tylko, że dzięki szczelinowaniu ludzie mogą to zrozumieć w bardzo bezpośredni sposób. Wiesz, 15 milionów Amerykanów mieszka w odległości nie większej niż jedna mila od odwiertu do szczelinowania, a to dopiero początek, ambicje przemysłu wydobywczego sięgają znacznie dalej. To przejaw nieznającego żadnych granic festiwalu wiercenia na całym świecie w poszukiwaniu paliw. Ten proceder może nas zepchnąć w przepaść, w kierunku nienadającej się do życia planety. Więc dla mnie te dwie kwestie to tak naprawdę dwie strony jednej monety.
Wywiad pt. Gasland Filmmaker Josh Fox Pushes Back at Critics and Disinformation About Fracking ukazał się na witrynie AlterNet. Przeł. Jan Skoczylas.
Na przedbiegu kampanii do wyborów na prezydenta Krakowa wiadomo, że startują co najmniej czterej kandydaci. Wieloletni zarządca miasta Jacek Majchrowski, zwany nieprzypadkowo Carem, przedstawiciel ruchów miejskich i Zielonych Tomasz Leśniak, były poseł Twojego Ruchu Łukasz Gibała oraz radny miejski Sławomir Ptaszkiewicz, były członek PO. Ci dwaj ostatni ze szczególnym upodobaniem nazywają siebie kandydatami niezależnymi. Niezależnymi od czego? Nie są przecież ludźmi znikąd. Obaj na potrzeby kampanii wyborczej opuścili swoje partie. Ich pochodzenie społeczne i dotychczasowe decyzje pokazują, że trudno będzie im porzucić członkostwo w partii kapitału.
Wedle najnowszego oświadczenia majątkowego Sławomir Ptaszkiewicz odłożył wraz z małżonką 930 tysięcy złotych, posiada dom o wartości 3,5 miliona złotych, budynek biurowy (wart 4,5 miliona), drugi dom, działkę budowlaną i garaż. Swoje roczne dochody wycenia na 134 tysięcy złotych. Jest byłym deweloperem, pracował również w korporacjach naftowych. Stać go na wywieszenie swojej podobizny na hotelu Forum, „najdłuższym bilbordzie w Polsce”, jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem kampanii. Uważa, że to zdobyty majątek czyni go niezależnym.
Poseł Gibała oficjalnie chwali się skromniejszym majątkiem. Posiada 350 tysięcy oszczędności, mieszkanie warte milion złotych, dwa garaże, trzy pomieszczenia piwniczne, jest również współwłaścicielem domu. To mało, biorąc pod uwagę, że w kadencji 2007-2011 był w dziesiątce najbogatszych posłów. Utrzymuje się z diety, oszczędności i sprzedaży papierów wartościowych. O jego geście i możliwościach świadczy jednak wydanie prawie miliona złotych na ostatnią kampanię parlamentarną, przez co kilkaset razy przekroczył dozwolony budżet. Bronił się wówczas twierdząc, że to normalne, że polityką zajmują się bogaci. To, niestety, prawda, ale nie można powiedzieć, żeby było to pozytywne zjawisko.
Powiedzenie, że „byt określa świadomość” nie jest tylko starym marksistowskim porzekadłem, lecz potwierdzonym naukowo faktem. Z badań wybitnego francuskiego socjologa Pierre’a Bourdieu wynika, że ludzie o różnych poziomach życia postrzegają świat na skrajnie odmienne sposoby. Zamożni mają tendencję do usprawiedliwiania istniejących hierarchii oraz wspierania regulacji, które podtrzymują je bądź wzmacniają. Badania Michaela Kraussa i współpracowników pokazują, że wzrost bogactwa wiąże się ze spadkiem empatii, poczucia solidarności oraz chęci pomocy innym. Bogaci częściej skupiają się na sobie, osiąganiu celów niezależnie od kosztów, które zresztą to nie oni zwykle ponoszą. Ci, którzy uważają się za niezależnych i wymagających niezależności od innych, nie pamiętają zwykle o wsparciu, jakiego udzielali im rodzice w postaci dobrego wykształcenia, wysokiego poczucia własnej wartości, kosztownych prezentów i bezzwrotnych pożyczek. Nie są to cechy najlepiej wróżące społeczności, której taka osoba miałaby przewodzić. Co oczywiste, ludzie niekorzystający z transportu publicznego nie doceniają jego znaczenia, niekorzystający z usług publicznych bardziej skłonni są ograniczać wydatki na nie, uprzywilejowując w zamian podobnych sobie inwestorów i przedstawicieli korporacji.
Doświadczenia krajów, gdzie zinstytucjonalizowano władzę bogatych (takich jak Rosja, Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania), pokazują, do czego ona prowadzi: wzrostu nędzy i nierówności społecznych, spadku jakości i dostępu do usług publicznych, ogromnych nieuzasadnionych wydatków, które prowokują dalsze cięcia wydatków na najuboższych. Państwo staje się narzędziem bogacenia się bogatych kosztem wszystkich innych. Jeśli wierzysz, że istnieje coś takiego, jak uczciwość wynikająca z posiadania „za dużo pieniędzy”, spójrz na Wall Street.
Obaj „niezależni” kandydaci chcą, by miasto było przyjazne dla mieszkańców. Oczywiście, problem w tym, kogo przez to słowo rozumieją. Żadne miasto nie jest bowiem jednorodnym bytem. Dzieli się nie tylko na dzielnice, ale również na klasy i grupy społeczne, subkultury, kohorty wiekowe. Miasto dzieli się na biednych, średnio zamożnych i bogatych. Dzieli się również na okręgi wyborcze, którymi manipulują radni Platformy, by utrzymać się przy władzy.
Kogo mają więc na myśli Gibała i Ptaszkiewicz? Odpowiedzi na to pytanie szukać należy nie w przedwyborczych manifestach, ale w działaniach. Obaj „niezależni” poparli starania o igrzyska zimowe, które stanowią modelowy przykład transferu pieniędzy publicznych do prywatnych kieszeni. Co ważne, jeszcze dwa lata temu Ptaszkiewicz nawoływał do likwidacji szkół z powodu dziury budżetowej (powołując się przy tym na słowa Jana Pawła II). Jego priorytetem są inwestorzy. To dlatego, że Kraków nie jest im dostatecznie przyjazny, odszedł z Platformy Obywatelskiej.
Gibała, parafrazując być może kampanię przeciwko zamykaniu szkół, argumentuje na rzecz niezamykania punktów sprzedaży alkoholu w Krakowie. Czy należy dodawać, że jego ojciec jest właścicielem największej sieci dystrybucji alkoholu w Polsce? Jako niezłomny obrońca obywateli i obywatelek w parlamencie Gibała głosował za ograniczeniem praw obywatelskich w ustawie o zgromadzeniach oraz o podwyższeniem wieku emerytalnego. Jest też zwolennikiem radykalnego obniżenia podatków (powołując się na krzywą Laffera, hołubiony przez libertarian nieprecyzyjny model ekonomiczny) oraz ograniczenia działalności związków zawodowych. Obaj nie czują obciachu promowania się za ogromne pieniądze na granicy prawa.
Gibała i Ptaszkiewicz są niewątpliwie niezależni od większości problemów, z jakimi borykają się mniej zarabiający (czyli niemal wszyscy) mieszkańcy miasta, od lat należą bowiem do elity władzy i biznesu w Polsce. Nie szczędzą przy tym setek tysięcy złotych na przekonywanie, że jest inaczej. To oczywiste, że nie są niezależni od pieniędzy i więcej niż pewne, że ta zależność będzie dyktować kierunki ich działań. Niewątpliwie, mają na względzie dobro jakiegoś Krakowa. Po ewentualnej elekcji któregoś z nich trudno oczekiwać prospołecznych zmian w mieście. Pieniądze wciąż będą rządzić. Nie powinniśmy pozwolić, by miasto było zabawką w rękach milionerów.
Końcówka wakacji to jedna z ostatnich okazji na to, by spróbować nacieszyć się dobrą pogodą i ciekawą ofertą kulturalną. Zaglądaliśmy do Przemyśla – czas na Kraków. (więcej…)
Koalicja rządząca wypracowała własną wizję rzeczywistości, która jest odporna na fakty i promuje mit „nieopłacalności” przeciwdziałania zmianom klimatycznym. (więcej…)
Za pomocą konsultacji publicznych Komisja Europejska próbuje sprawić, by arbitraż inwestycyjny (ISDS) wyglądał na nieco bardziej strawny. Zmienić się mają pewne szczegóły procedury arbitrażu. Żadna z tych zmian nie odnosi się do fundamentalnych wad tego systemu. (więcej…)
Media głównego nurtu mówiły nam, że utrzymanie przez Adama Bandta mandatu poselskiego w Melbourne było szczęśliwym trafem. Sam La Rocca tłumaczy, jaka strategia i praca stały za tym sukcesem. (więcej…)
Smutna prawidłowość pokazuje, że wiele rzeczy, które traktujemy jako dowód na potęgę polskiej gospodarki i którymi chlubimy się przed naszymi sąsiadami, wcale nie stanowi jakiegoś szczególnego powodu do dumy. (więcej…)
Jeśli zdarzy się Wam w trakcie wakacyjnych podróży trafić na Podkarpacie, wybranie się do Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej może być niegłupim pomysłem. (więcej…)
