Maciej Słobodzian opowiada o planach wrocławskich Zielonych na wybory samorządowe w rozmowie z Bartłomiejem Kozkiem. (więcej…)
Odrodzenie zainteresowania dobrami wspólnymi (commons), poparte m.in. przez ekonomiczną nagrodę Nobla dla Elinor Ostrom oraz globalne walki skoncentrowanych na nich ruchów społecznych, stanowi świetną okazję do przyjrzenia się zbiorowi ustalonych poglądów na urbanizację i politykę miejską.
Warto to zrobić, wykorzystując stosunkowo nowe spojrzenie na miasto jako przestrzeń tego, co wspólne. Ta perspektywa, forsowana przez takich teoretyków jak David Harvey czy Antonio Negri, nie tylko uwypukla jego wspólnotowy charakter, dostrzegając w mieście zbiorowy wytwór zamieszkujących je osób, ale też uwrażliwia jego mieszkańców na zagrożenia związane ze współczesną, publiczno-prywatną falą grodzeń, wywłaszczeń czy kontroli.
Zmiana dyskursu, za pomocą którego opisujemy nasze miasta, to szansa na porzucenie zdradliwego słownika neoliberalizmu (w swojej złagodzonej wersji uwzględniającego także takie terminy jak „partycypacja”, „kreatywność” czy „przestrzeń publiczna”) i uwidocznienie dokonywanych w jego ramach codziennych i zakrojonych na szeroką skalę kradzieży miejskiego bogactwa. Szansa, której nie sposób wykorzystać bez ponadklasowego porozumienia oraz odnowy oddolnej tradycji samorządności i współpracy, co wiązać się musi z wyraźnym zakwestionowaniem stojących za pasożytniczą urbanizacją kapitalistycznych struktur ekonomicznych.
Miejskość i to, co wspólne
Połączone losy miast i dóbr wspólnych, jak przekonuje w swojej najnowszej książce „Stop Thief! The Commons, Enclosures and Resistance” wybitny historyk Peter Linebaugh (, to historia długowiecznego antagonizmu – ostateczny rozkwit i rozrost tych pierwszych to konsekwencja brutalnego wywłaszczenia drugich: opartych na demokratycznym gospodarowaniu przestrzeni wiejskich. Wyraźną zmianę tego stosunku przynosi dopiero obecna, trzecia fala grodzeń związana z kolejnymi przeobrażeniami kapitalizmu. Pozytywne efekty dokonującego się na naszych oczach przejścia to, z jednej strony, popularyzacja niekapitalistycznych, wspólnotowych modeli wytwarzania i wymiany dóbr (spółdzielnie, kooperatywy, miejskie ogródki), z drugiej – rosnąca świadomość faktu, że każdy z mieszkańców to pełnoprawny współtwórca i współwłaściciel swojego miasta, umożliwiający, dzięki własnej szeroko rozumianej pracy, jego codzienny metabolizm i historyczne trwanie.
Na zmiany te reaguje powoli język nauk i ruchów społecznych, oferując nam nowe, bardziej otwarte i dynamiczne rozumienie tego, co wspólne. Znajduje to swoje przełożenie na gruncie miejskiej polityki w zakresie alternatywnych sposobów organizacji i dystrybucji miejskiego bogactwa. Rozszerzenie pojęcia dóbr wspólnych o niematerialne efekty ludzkiej współpracy (np. kulturę, język, styl życia, komunikację, wiedzę, sztukę, informację) pozwala widzieć w jego miejskich odmianach coś więcej aniżeli zastane, skończone i materialne dobra naturalne (woda, powietrze, ziemia, las itp.), jak również przenieść akcent z samych zasobów na nieodłączną im praktykę uwspólniania. Tę zaś postrzegać jako świadome odwrócenie mechanizmów wolnorynkowych, podejmowane w duchu kooperacji, solidarności i pomocy wzajemnej. Obecność tych ostatnich, jak również horyzontalne i antyhierarchiczne formy organizacji oraz dowartościowanie zjawiska współdzielenia, pozwalają widzieć współczesnych „kommonersów” (tzn. wytwórców, strażników i beneficjentów dóbr wspólnych) zarówno w miejskich ogrodnikach i skłotersach, jak i członkiniach globalnego ruchu Occupy.
Przedstawione rozumienie dóbr wspólnych, zakładając istnienie tworzącej je i opiekującej się nimi wspólnoty, zrywa zatem z neoliberalnym równaniem: wspólne to niczyje. Okazuje się też, co równie ważne, zyskującym na znaczeniu narzędziem służącym odzyskiwaniu lub uspołecznianiu przestrzeni rozkładanej przez kapitał i podporządkowanych mu aktorów publicznych – niszczejących pustostanów, opuszczonych lotnisk, skwerów i fabryk czy prywatyzowanych przez miejskie elity parków.
Cicha kradzież
Produkcja miejskich dóbr wspólnych, choć zakorzenia się w codziennych praktykach konsumpcji i reprodukcji, pozostaje wyjątkowo wrażliwa na przeciwstawne jej logice działania kapitału i neoliberalnego państwa. Sprzyja temu z pewnością radykalnie otwarty i odnawialny charakter miejskiego bogactwa, jak również jego swoista przezroczystość. Wielu autorów twierdzi wręcz, że dobra wspólne stają się widoczne dopiero w chwili swojego zaniku – gdy ulegają zniszczeniu lub prywatyzacji. Podejmowane w takiej sytuacji akty oporu okazują się często spóźnione. Tezę tę potwierdzają kolejne przykłady gentryfikacji w miastach o silnej tradycji protestu (Nowy Jork, Berlin, Barcelona, Londyn, Buenos Aires) dokonywane przy cichym lub nieświadomym współudziale artystów i aktywistów. Doprowadziło to nie tylko do wymiany dotychczasowych mieszkańców objętej procesem gentryfikacji dzielnicy (klasy robotniczej, emerytów, przedstawicieli mniejszości etnicznych), ale i do utraty kojarzonej z nimi miejskiej wyjątkowości czy autentyczności.
Gentryfikacja to tylko jeden z przykładów neoliberalnego grodzenia miejskich dóbr wspólnych. Pozostałe to m.in. utowarowienie metropolitalnych subkultur i estetyki (np. graffiti, grunge, skateboarding), urynkowienie ulicznych form komunikacji i ekspresji (vlepki, flash mob), ograniczenie dostępu do przestrzeni rekreacyjnych (parki, place zabaw, boiska sportowe, akweny), prywatyzacja i/lub zmiana funkcji przestrzeni publicznych czy wreszcie – przejmowanie miejskich „nieużytków” i zaostrzenie kontroli w stosunku do zarządzających nimi aktywistów (skłotersów, ogrodników, animatorów centrów społecznych itp.). Przechwyceniu podlega w ich wypadku nie tylko niematerialne dobro, ale i materialna przestrzeń jego użytkowania, co usprawiedliwiane bywa koniecznością modernizacji i postępu, poprawy jakości życia i stopnia bezpieczeństwa mieszkańców czy – co znacznie bliższe prawdy – zwiększania ekonomicznej atrakcyjności miasta i idącej za tym maksymalizacji zysków. Krajobraz po tak prowadzonej bitwie to zatem nie tylko mnożące się w miastach całego świata kamery przemysłowe, płoty czy punkty ochrony, ale i estetyzująca okolicę mała architektura, miejska zieleń czy sztuka publiczna.
Tak rozumianemu grodzeniu dóbr wspólnych towarzyszy często całkowita zmiana stylu życia korzystających z nich ludzi – w tym utrata mieszkania i środków utrzymania. Pozwala to je łączyć z historycznymi przykładami grabienia „wspólnego pastwiska”. Tym, co odróżnia nowe formy wywłaszczeń od starych, jest rosnąca cierpliwość, wyrafinowanie czy nawet dyskrecja stojących za nimi aktorów. David Bollier pisze w tym kontekście o cichych i nieprzyciągających uwagi kradzieżach, które pozbawiają zawłaszczone dobra wyróżniających je cech oraz „szkodzą ludzkim zdolnościom samoorganizacji i samorządności, samodzielnego zaspokajania potrzeb, ochrony własnej kultury i sposobu życia” (The Commons. Dobro wspólne dla każdego, Zielonka 2014).
Pasożytnicza urbanizacja i nowe ruchy miejskie
Szczególne zainteresowanie współczesnego kapitalizmu dla wyjściowo nierynkowych, ale podlegających skutecznemu utowarowieniu praktyk uwspólniania skłania badaczy do poszukiwania nowych miejskich metafor. Jedną z lepszych propozycji opisu takiego stanu rzeczy jest termin „pasożytnicza urbanizacja”, którym posługuje się w swojej ostatniej książce „The New Urban Question” Andy Merrifield. Zwraca on uwagę na sprawność systemu w neutralizowaniu potencjalnych ogniw oporu, ale i właściwą mu niezdolność do usunięcia stanowiącej o jego istocie nierówności, i przypomina, że trwałość owego zjawiska to wspólny interes miejskich elit, zaniepokojonych coraz większą ilością alternatyw dla oferowanego przez nie modelu rządzenia. W miastach na całym świecie nie brakuje niestety udanych prób kooptowania dla tych celów samych miejskich aktywistów, co skutkować może neutralizacją politycznego potencjału dóbr wspólnych, jak również klasową barierą dostępu dla tych, którzy najbardziej ich potrzebują. Przykładów dostarczają tu nieudolne kopie miejskich commons w rodzaju wykluczających najuboższych, oddolnie grodzonych miejskich upraw czy sieci wymiany dla klas średnich.
Zauważmy, że takie postawienie sprawy – utożsamienie miejskiego pasożyta z nielicznymi, lecz monopolizującymi władzę elitami – odpowiada rozpoznaniu oferowanemu przez same ruchy społeczne. Odzyskiwanie miasta staje się dla nich tożsame z upodmiotowieniem osławionych 99%, czyli osób pozbawionych prawa do decydowania o kształcie procesów urbanizacyjnych i sposobie prowadzenia miejskiej polityki. Wymusza to na miejskich aktywistach wyostrzenie wrażliwości na niesprawiedliwość przestrzenną i nierówności klasowe oraz zachęca do uporczywego budowania politycznego sojuszu przeciwko pozostającemu w mniejszości kapitałowi, a ponad dotychczasowymi różnicami w spojrzeniu na to, co miejskie. Kluczowe znaczenie odgrywa w tym wypadku uczenie się w ramach ruchu, które pozwala na horyzontalną i ponadlokalną wymianę doświadczeń i taktyk pomiędzy aktywistami z całego świata, jak również dzielenie się wiedzą umożliwiającą odzyskiwanie i radykalne demokratyzowanie prawa do miasta.
Choć język dóbr wspólnych nie należy do kluczowych elementów toczonej w Polsce dyskusji nad kształtem i powinnościami polityki miejskiej, warto pamiętać, że zachowuje on swój wyjściowy sens tylko jako narzędzie krytyki, kontestacji czy wreszcie zniesienia dominującego modelu gospodarczo-politycznego. Nie można w nim zatem upatrywać ani narzędzia reformy współczesnego kapitalizmu i państwa, ani sposobu na powrót do historycznych modeli gospodarowania zasobami. Dobra wspólne, nie służąc antymiejskiemu eskapizmowi i klasowemu separacjonizmowi, wyposażają nas w instrumenty do budowania rzeczywistej alternatywy. Ta zaś uruchamiana być musi w samym sercu neoliberalnego splotu państwa i kapitału. Skoro, jak pisze Linebaugh, współcześni kommonersi nie mogą już uciec do lasu czy w góry, muszą podjąć się bezprecedensowego zadania uwspólnienia miasta.
Przeciek ujawnia, że porozumienie handlowe USA-UE (TTIP) zagraża zdrowiu publicznemu i bezpieczeństwu żywności. (więcej…)
Referendalne NIE dla organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Krakowie to być może największy sukces aktywistów miejskich w całym kraju. Ale gdy jesienią 2013 r. powstawał ruch Kraków Przeciw Igrzyskom, mało kto spodziewał się, że uda się utrącić kandydaturę miasta do organizacji igrzysk w 2022 r. Walka była nierówna: po jednej stronie cały aparat krakowskiej władzy sowicie finansujący kampanię proigrzyskową, po drugiej – kilkunastu aktywistów, którzy chcieli rzeczowego dialogu na temat ryzyka, jakie niesie dla miasta przeprowadzenie tak dużej imprezy.
Wszyscy za
Pomysł organizacji igrzysk zyskał poparcie władz Krakowa i kilku innych małopolskich gmin, Sejmu oraz rządów Polski i Słowacji. W parlamencie przeciw uchwale głosowało tylko dwoje posłów, w tym Anna Grodzka, dziś reprezentująca Zielonych. Początkowo ruch był silny głównie w internecie, zwłaszcza poprzez profil prowadzony na Facebooku. Nie trzeba było jednak długo czekać, by sprawą zainteresowały się media. Było to łatwe paradoksalnie dlatego, że prawie wszyscy wierzyli wówczas w magię igrzysk, więc postawa przeciwna była w swoistej awangardzie. Badania opinii publicznej zlecone przez Urząd Miasta Krakowa i opublikowane w listopadzie 2013 r., mimo że nie do końca miarodajne, dawały dużą przewagę zwolennikom organizacji igrzysk (w skali kraju 81% za, w Małopolsce – 79%, w Krakowie – 66%).
Zdaniem miasta na podstawie tych korzystnych badań należało przyjąć, że komitet organizacyjny pod kierownictwem posłanki PO Jagny Marczułajtis-Walczak ma dostateczną legitymację i społeczne poparcie do przygotowania krakowskiej kandydatury. Z takim postawieniem sprawy nie zgadzali się aktywiści. Ich zdaniem jedynym wiarygodnym sposobem rozstrzygnięcia sprawy byłoby zorganizowanie referendum lokalnego poprzedzonego obiektywną kampanią informacyjną. Pomysł referendum był jednak konsekwentnie odrzucany. Argumentowano, że to niepotrzebny wydatek (co brzmiało zresztą dość absurdalnie, skoro szacowany budżet igrzysk sięgał blisko 22 mld zł, a koszt organizacji głosowania to ok. 2-2,5 mln).
Po igrzyskach zostają długi
Ruch Kraków Przeciw Igrzyskom chciał zwrócić uwagę na fakt, że wszystkie miasta, które do tej pory organizowały imprezę, nie potrafiły oszacować realnych kosztów jej przeprowadzenia, co często kończyło się wpadaniem w długi (np. w kanadyjskim Vancouver). W tym czasie cały aparat propagandowy „igrzyskowców” mamił mieszkańców projektami obiektów sportowych, perspektywą czystego powietrza czy wreszcie metra.
Miasto przedstawiało igrzyska jako środek na wszystkie bolączki, podkreślając te, które powodują szczególne niezadowolenie mieszkańców, jak problem smogu. Stworzono fałszywą alternatywę: albo igrzyska, rozwój i skok cywilizacyjny, albo zastój inwestycyjny i miasto pełne korków i smogu. Tej fałszywej narracji Kraków Przeciw Igrzyskom przeciwstawiał się w mediach i podczas debat. Konsekwentnie, właściwie do znudzenia, powtarzano wyniki badań naukowych wskazujących, że igrzyska wcale nie przyczyniają się do cywilizacyjnego skoku miast, lecz często, wręcz przeciwnie, powodują degradację niektórych ich obszarów – np. tam, gdzie zlokalizowane są nieużywane po samej imprezie potężne obiekty sportowe. Najgorsza jest jednak perspektywa zadłużenia miasta, które w efekcie samo, szukając oszczędności budżetowych, będzie likwidowało szkoły czy podwyższało ceny biletów komunikacji miejskiej.
Samokompromitacja
Wszystko przyspieszyło, gdy doszło do prowokacji przeprowadzonej przez dziennikarzy lokalnego portalu. Osoby związane z komitetem organizacyjnym Kraków 2022 miały sugerować, że mogą płacić za przychylne mu teksty. Kosztowało to posłankę Jagnę Marczułajtis dymisję ze stanowiska szefowej komitetu, na którego czele stanęła wiceprezydentka Krakowa Magdalena Sroka.
Atmosfera wokół igrzysk gęstniała; w rezultacie radni zdecydowali jednak o przeprowadzeniu pierwszego w historii miasta referendum lokalnego. Mieszkańcy mieli odpowiedzieć na pytanie, czy chcą organizacji igrzysk.
Przed referendum miasto rozpoczęło kosztowną kampanię i zatrudniło specjalistów od wizerunku i komunikacji społecznej. Kraków zalały billboardy zachwalające igrzyska – mimo że miasto zgodnie z prawem nie mogło prowadzić kampanii za konkretnym rozstrzygnięciem w referendum. Pod koniec kampanii referendalnej „antyigrzyskowcom” pomogły ocierające się o śmieszność działania promocyjne komitetu organizacyjnego, jak postawienie na Rynku Głównym „namiotu sferycznego” czy ustawienie na Plantach dmuchanej bramki zliczającej rzekomych zwolenników igrzysk (każdy, kto przez nią przechodził, automatycznie był uznawany za przychylnego imprezie). To tylko napędziło rozmowę o niejasnych wydatkach komitetu, którego budżet pochodził ze środków publicznych. Wynik referendum był do przewidzenia już na kilka dni przed głosowaniem, o czym świadczyły także sondaże. 25 maja blisko 70% krakowian opowiedziało się przeciw organizacji igrzysk.
Co dalej?
W Krakowie byliśmy świadkami wielkiej zmiany. Po raz pierwszy kwestia podnoszona przez aktywistów miejskich, dotycząca sprawy o decydującym znaczeniu dla kierunku rozwoju miasta, została rozstrzygnięta nie po myśli coraz bardziej oderwanej od potrzeb mieszkańców władzy. Dziś również w mediach i u innych lokalnych polityków można zauważyć przesunięcie akcentów. Kraków Przeciw Igrzyskom już odniósł sukces. Dziś mało kto mówi o wielkich inwestycjach, kojarzących się teraz głównie z horrendalnymi wydatkami, a wszyscy podnoszą postulaty poprawy jakości życia mieszkańców, czyli zwiększenia liczby przedszkoli, walki ze smogiem, polepszenia komunikacji miejskiej. Postulaty Krakowa Przeciw Igrzyskom stały się popularne, a politycy wciągają je do swoich programów.
Są wciąż i tacy, którzy żałują, że jednak igrzysk nie będzie. Nie otrzeźwia ich nawet to, że Ministerstwo Sportu żąda od Krakowa zwrotu dotacji na przygotowanie do organizacji igrzysk, a od szwajcarskiej firmy, która przygotowywała wniosek aplikacyjny, wciąż przychodzą faktury. Sami aktywiści z ruchu Kraków Przeciw Igrzyskom zdecydowali się wystartować w wyborach samorządowych, uznając, że z poziomu ruchów miejskich nie załatwi się wszystkich istotnych spraw miasta.
O wpływie zanieczyszczeń powietrza na zdrowie warszawianek i warszawiaków oraz o różnych sposobach na poprawę jakości powietrza opowiada dr inż. Artur Badyda z Politechniki Warszawskiej w rozmowie z Izabelą Zygmunt. (więcej…)
Dwie wiedeńskie wystawy – dwa różne spojrzenia na nowoczesność. (więcej…)
Oficjalny hurraoptymizm naszych władz w sprawie gazu łupkowego to za mało dla wielu Polaków, by na trzeźwo ocenić wady i zalety wydobycia tego gazu w naszym kraju. (więcej…)
„Zamknięte czytelnie”, w których udostępnia się wybranym osobom tekst TTIP, mogą być sprzeczne z unijnymi traktatami. (więcej…)
Światowi liderzy powinni uświadomić sobie, że walka z globalnym ociepleniem to nie sprint, ale maraton. (więcej…)
Lech Mergler, autor książki „Anty-Bezradnik przestrzenny. Prawo do miasta w działaniu”, w rozmowie z Beatą Nowak. (więcej…)
O toruńskim samorządzie, zasiedziałych układach i oddolnych alternatywach opowiada Jakub Gołębiewski w rozmowie z Bartłomiejem Kozkiem. (więcej…)
Kampania na rzecz niepodległości Szkocji, w którą Zieloni angażują się ramię w ramię z innym progresywnymi partiami i aktywistami, zainspirowała sporą część kraju ignorowanego dotąd przez partie neoliberalnego establishmentu. Jeśli grupy, do których skierowana była ta kampania, pójdą głosować 18 września, mogą przeważyć szalę. (więcej…)