ISSN 2657-9596
The Edge, Alvaro Laiz, kadr z filmu

Dwugłos o sztuce i przyrodzie: Jaskinia

Dominika Kieruzel , Monika Kostera
13/03/2026

Jak co miesiąc dwie wspaniałe rozmówczynie w cyklu Dwugłosu… Tym razem Jaskinia

Monika: Dominiko, jesteś artystką, a ja naukowczynią społeczną – porozmawiajmy o sztuce i przyrodzie. Nie w sensie teorii czy historii sztuki przedstawiającej naturę, ale o stanie świadomości, komunikowanym przez naturę wyobrażaną przez sztukę. Socjolog Hartmut Rosa pisze o rezonansie, czyli o szczególnej właściwości relacji człowieka ze światem. Jest to niejednoznaczny, nieliniowy sposób tworzenia więzi między istotami i rzeczami, które mogą być bliskie lub odległe. Rezonans sprawia, że uczestniczący w nim w zasadniczy sposób zmieniają się wzajemnie. Świat w ten sposób „mówi” do nas i słuchanie go sprawia, że pojawiają się doświadczenia nadające i tworzące sens. Nie da się go kupić, spowodować, wyprodukować, zaplanować – ale też nie jest przypadkiem, nie wydarza się mimo woli. Udział w nim wymaga dyscypliny, cierpliwości i świadomości. Dzięki rezonansowi możliwa jest regeneracja społeczeństw ludzkich. Jednym z potężnych nośników rezonansu jest sztuka. Dlatego nie jest to działalność czysto pięknoduchowska, lecz coś, co ma praktyczną moc generowania nowej energii.

Dominika: Kiedy postanowiłam że tematem tego dwugłosu będzie jaskinia, zaczęłam oglądać zdjęcia Chauvet w Internecie. Nigdy nie widziałam malowideł jaskiniowych na żywo. Na dobrej jakości zdjęciach można poczuć materialność skały. Ale patrzenie na to – linie, kształty, materia – odrzuciło mnie od ekranu. Ogień, który jest w tej sztuce sprawił że moja aktualna sytuacja – w mieszkaniu, na kanapie, przed ekranem – zawstydziła mnie, poczułam zawód, że tego ognia, choć jest możliwy, nie szukam, że go gaszę, że my, ludzie, generalnie o nim zapominamy. Dotknęłam rączki mojej śpiącej córki, było ciemno, patrzyłam na zarys jej maleńkiej dłoni i mojej dużej, łączyły się w jeden kontur. Przez chwilę tak zostałam, to był ogień. Potem zobaczyłam na ścianie kolejną pocztówkę od Ciebie z malowidłem konia z jaskini w Niaux z kilkunastu tysięcy lat przed naszą erą. Napisałaś „to niesamowite wrażenie, twarzą w twarz ze sztuką – świadomość kim naprawdę jesteśmy jako gatunek”. Próbuje zwizualizować sobie tamtych ludzi i ich otoczenie: kamień, węgiel, kreda, glina, woda. To wszystko widziane w świetle ognia. Ogromnie jestem ciekawa Twoich wspomnień ze spotkań z jaskiniami.

Monika: Tak, tak jak mówisz – to był moment lokalizujący mnie jako człowieka w Kosmosie i nawet nie wiem, jak o tym mówić. Pewnie jest to niemożliwe. Więc raczej opowiem o pięknie tych malowideł. W Niaux to były oryginały – na ścianie jaskini naprzeciwko sztuka sprzed około 13 tysięcy lat. Zwierzęta, głównie bizony, właściwie nie są to portrety, ale coś w rodzaju zapisu żywych, pełnych energii relacji między światem tych zwierząt a artystami, którzy je namalowali. Jednak, mimo to, trzeba też powiedzieć, że detal i realizm niektórych malowideł jest niesamowity. Rok później odwiedziliśmy jaskinię Chauvet i tam turyści mogą tylko obejrzeć kopie – bardzo staranne wykonane, ale jednak współcześnie. Nie było już tego ucieleśnionego wrażenia spotkania obecności, ale za to mogłam podziwiać piękno malowideł – na przykład grupę polujących lwów jaskiniowych. Widać, jak te lwy współpracują ze sobą. Widać też, jak artysta wczuł się w to, jak to jest – być lwem. Wyobraźnia artysty sięgnęła do środka lwiej duszy – nie po to, żeby ją pokonać. Ludzie z tego okresu nie polowali na lwy zgodnie z naszą naukową wiedzą, nie ma żadnych dowodów na to. Więc – wbrew niektórym popularnym opiniom, to nie były przedstawienia użytkowe, tylko sztuka. Być może sztuka święta – bo, tak jak mówisz, był w tej sztuce ogień, w sensie, że miała być oglądana w oświetleniu żywym ogniem i – o czym mówiłam dotąd tylko dwóm osobom (Tobie jeszcze nie) – w Niaux, mimo że było tam okropnie zimno, a ja jestem zmarzluchem – zrobiło mi się tak gorąco, gdy oglądałam te obrazy, że zrzuciłam z siebie kurtkę i bluzę, zostałam w T-shircie. Przypuszczam, że Ty wiesz, o czym mówię – mam na myśli Twoją niedawną wystawę, gdzie w pomieszczeniach, gdzie były prezentowane Twoje rzeźby najpierw przemieniłaś wszystkie ściany w ściany jaskini. I światło, jakie tam było… w jakiś sposób kojarzyło mi się z wnętrzami świątyń. Skąd to się wzięło u Ciebie, ten impuls do wykonania współczesnej sztuki jaskiniowej – wszak w wielkim nowoczesnym bloku?

D: Z tą wystawą było tak, że najpierw były psy. I potem przeczytałam o śladach psa i dziecka idących obok siebie przez jaskinię. Te ślady miały być właśnie w Chauvet sprzed ponad dwudziestu tysięcy lat temu, choć nie jestem pewna czy to prawdziwa historia. W każdym razie idea psa prowadzącego nas z powrotem do jaskini narodziła się; psy wciągają nas do lokalnej rzeczywistości, więc zakorzeniają. Przyniosłam taką piękną rdzawą glinę z lasu i pomalowałam nią ściany swojej pracowni i ściany galerii, tak, że sprawiały wrażenie jakby wibrowały. Ściany jaskiń, na których są te paleolityczne freski nie są tłem, raczej inspirują obrazy. Zastanawiam się czy wydarzyło się coś takiego, jak zdarza się nam czasem, że np w kawałku drewna widzi się twarz, że właśnie tam artyści zobaczyli zwierzęta w powierzchni ścian jaskini wibrujących w świetle płomienia. I to jest takie współżycie wyobraźni ze światem otaczającym, nie narzucanie jej. I ten kamień i pigmenty to jest właśnie coś niezwykłego. Ja to rozumiem jako materię żyjącą i wolną, natomiast tak wiele rzeczy, które produkujemy… czuje je tak jakby te cząsteczki były stępione, uduszone, albo inaczej – uwięzione, jakby krzyczały. Beton… panele podłogowe, biała farba – ta biała ściana bardzo mnie uderzyła tamtego wieczoru w kontraście z jaskiniami…
I twój wiersz, który właściwie zawsze gdzieś ze mną jest, i strzela prosto w samo serce bycia artystą, bycia człowiekiem:

Take two Stones
Make fire
There will be harsher
gnashing,
a soft smell of thunder,

The siliceous calling
every time
hand /touch /stone

We have always been craftsmen
There is always the craft

Freski w jaskini Niaux, zdięcie: Tylwyth Eldar, źródło: Wikimedia Commons

Wyobraziłam sobie, że jesteśmy w momencie zataczania koła, że nasze początki zaczynają się gdzieś pojawiać w polu widzenia, a patrząc w kierunku psa, gdzieś na bardzo dalekim planie znajdzie się jaskinia i ocean. Być może to dlatego ta ciągła droga naprzód teraz wydaje się nie mieć sensu, bo nie tam podążamy. Być może stopy już zawracają, a tylko wzrok jest wciąż zwrócony ku ‘przyszłości’. Tu też Jeremy Johnson i jego książka Seeing Through The World (prezent od Ciebie!) ma duże znaczenie – mitologiczne myślenie o ludzkości, właściwie jako o jednej istocie, jednym bycie, który przecież ma ciągłość. Wyobrażam sobie dramaturgię Twojego spotkania z tymi freskami, bo to my, nasza rodzina, nasze dzieciństwo. I to co mówisz… robi się gorąco, nie można tego ubrać w słowa… Co to jest? Życie, które wibruje, i które jest w każdej cząsteczce materii; sztuka, która jest takim ognistym byciem z innymi, sensualnie, duchowo, intelektualnie intensywnym doświadczeniem. Pamiętasz co my kiedyś mówiłyśmy o imposter syndrome? czy to może mieć tu znaczenie?

M: Nie przepadam za imposter syndrome, bo na obecnym zakręcie historii zbyt często poczuwają się do niego osoby, które czują się niekomfortowo z tym, że są imposters, czyli oszustami, ale zamiast pracować nad sobą i uzupełnić swoją wiedzę, za wszelką cenę chcą wprosić się w ucieleśnioną rzeczywistość, nie wnosząc w nią żadnego doświadczenia. W moim przypadku to raczej był Stendahl syndrome, czyli rodzaj omdlenia w obliczu wielkiej sztuki. Ale nie zawsze jaskinie powodują takie wzniosłe stany.

Bywają też lekkie, rozrywkowe. Na przykład w miasteczku w którym przez jakiś czas mieszkaliśmy w Viry-Châtillon, była mała grota zwana Nimfeum, udekorowana mozaikami z muszli. Podziemna sala pochodzi z końca XVI i przypisuje się dzieło Michelowi Poncetowi de la Rivière, biskupowi Uzès i bratu Madame Despinville, ówczesnej właścicielki posiadłości. Wykonanie tej dekoracji zajęło mu około dwudziestu lat. We Francji jest sporo takich grot – ich cechą charakterystyczną i jest tajemniczość. W zamierzeniu miały być tajemnicą dzieloną przez ścisłe grono, a obecnie też dostęp do nich bywa ograniczony. Są tu też groty o charakterze religijnym, z figurką Matki Boskiej i kwiatami. Również często są troszkę ukryte, jakby nie z tego samego porządku co otaczający świat i mówi się, że ukazała się tam kiedyś Maria. Najbardziej znaną jest grota w Lourdes, gdzie są stale wielkie zorganizowane pielgrzymki, ale moją ulubioną jest mała grota Matki Boskiej pod legendarnym lasem Brocéliande, w który wpisane są opowieści o Merlinie, wróżce Viviane i Lancelocie. Z Brytanii nie pamiętam takich grot – a Ty znasz jakieś? Albo polskie?

D: Nie znam grot maryjnych w UK ale w Margate, na wschodnim wybrzeżu jest właśnie takie tajemnicze shell grotto – grota wyłożona muszelkami. To o czym mówisz przywodzi mi też na myśl katakumby. A to również miejsce spotkań, rytuału, modlitwy i bezpieczeństwa, ukrycia. Kiedy byłam nastolatką chodziliśmy na adorację do kościoła świętego Zygmunta w Częstochowie, nazywaliśmy to katakumbami, ale w istocie była to pewnie piwnica, i tam wszyscy siedzieliśmy na podłodze, przy świecach, i z Hostią przed nami, modliliśmy się i śpiewali. Bardzo żywo to pamiętam, bo to był czas wyjęty z życia codziennego, i też z jakimś niezwykłym poczuciem wspólnoty, spokoju i swobody. W tych starych katakumbach rzymskich i innych, na Malcie i Sycylii i w Neapolu, myślę o tym jak to było tam się gromadzić. I chyba znowu jaskinia przywodzi mi na myśl człowieka jako członka grupy. Natomiast jeśli chodzi o sztukę współczesną – kilka lat temu w Nottingham Contemporary była wystawa, której niestety nie widziałam ale jest bardzo fajnie udokumentowana:  Hollow Earth – Caves & Subterranean Imaginary, dużo tam było ciekawych rzeczy, jak ’La Condition Humaine René Magritte’a. Flora Parrot, która pokazywała tam wyszywany zapis choreografii człowieczego ruchu w jaskini, w bardzo interesujący sposób opowiada o jej inspiracji tymi miejscami, o głębokiej ciszy i ciemności. Jest to niesamowicie ciekawe do czego takie doświadczenie prowadzi, bo z pewnością jest konfrontujące. Być może jest ono spotkaniem z własną wyobraźnią, z własną kruchością. Być może to doświadczenie prowadzi do sztuki, duchowości, do wspólnoty?

A imposter syndrome chodził mi po głowie bo – przypomniałam sobie – myślałam o tym że to może być do czynienia z jakimś zaburzonym związkiem z wartością i znaczeniem własnej pracy. W kontekście tego, o czym mówisz wyglądałoby to tak że owi ‘oszuści’ widzieliby swoją pracę w ramach jakiegoś krótkowzrocznego osobistego interesu, nie koniecznie finansowego, a nie czegoś co w dużej skali buduje świat, ziarenko po ziarenku… wcale nie trudno zboczyć na taki tor. No ale pomyślałam że spotkanie z jaskinią i też prehistoryczną sztuką jaskiniową, może być czymś co kalibruje wartości i być może pozbawia tego strachu, wstydu, lub wręcz pomaga zawrócić z drogi oszustwa? Moja koleżanka, Flo Lines, powiedziała mi raz że największym kłamstwem jakie zostało sprzedane jej pokoleniu – a ma 30 lat – jest skrajny indywidualizm.

M: O tak, takie ujęcie nieszczęsnego „impostera” bardzo do mnie przemawia! Zgubione poczucie miejsca i czasu. A przecież jesteśmy częścią czegoś o wiele większego. Jest dzieło sztuki, które przekazuje taki właśnie rezonans. Wystawa hiszpańskiego fotografa Álvaro Laiz pod tytułem The Edge, czyli skraj, spotyka widza z głębokim czasem. Ogromne arktyczne przestrzenie, wizje kosmosu,  prace pokazujące nieliniowość czasu sprawiają, że stykamy się z naszym większym kontekstem. Jedna z pracy to instalacja video Jaskinia, prezentowana w niewielkim ciemnym pomieszczeniu. Mam klaustrofobię, więc takie pomieszczenia czasami wywołują we mnie reakcje paniki. Jednak tam było całkiem inaczej, ono mnie wciągało i spędziłam tam naprawdę dużo czasu. Film przedstawia gwiazdy, a na ich tle – sylwetkę tańczącego szamana. Człowiek nie jest sfotografowany w zwykły sposób – jest to zapis radarowy ruchów, jaki wykonuje w trakcie tańca.  Sprawa wrażenie, jakby sam był częścią gwiezdnego krajobrazu – tańczącym pyłem gwiezdnym. I tak właśnie jest, w jakimś szczególnie głębokim wymiarze, z którym ludzkość straciła kontakt na neoliberalnym zakręcie historii – to jest jakaś ważna prawda o nas i o naszym świecie. Tak, Ty i Flo macie rację – indywidualizm to kłamstwo, w dodatku mało przekonujące, bo wymaga utraty zdolności widzenia w kontekście. Jaskinia jako kontekst?

D: Co za epicka praca Álvaro Laiz! I z tego co widzę ten projekt, The Edge, jest nadal kontynuowany. Połączenie jaskini i gwiazd w tej instalacji jest fantastyczne. Bo gwieździste niebo to przecież też kontekst. I tu przestrzenie z wewnątrz i z zewnątrz łączą się. Linia biegnąca z pod ziemi do gwiazd przecina powierzchnię Ziemi i my na tym przecięciu żyjemy. Jak się to dziwnie układa. Wydaje mi się, że jaskinia może być nawet czymś więcej niż kontekstem, czymś co wyostrza zmysły, pozwala poczuć monumentalne ciało, którego jesteśmy komórką. To trochę przerażające… i bardzo piękne.

Moja przyjaciółka i artystka, Dani Tagen, również inspirująca się jaskiniami, zawsze powtarza jak ważne są małe gesty. Siła małych gestów, mówi. Drobne codzienne decyzje. Wydaje mi się, że w naszej konstelacji, głębokość jaskiniowego poczucia wspólnoty ma bezpośredni związek z nimi właśnie.

 

Obrazy:

  1. Freski w jaskini Niaux, zdięcie: Tylwyth Eldar, źródło: Wikimedia Commons
  2. The Edge, Alvaro Laiz, kadr z filmu

 

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Odkryj więcej z Zielone Wiadomości

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej