Miasto Grenoble, którego merem jest polityk Zielonych, Eric Piolle, przygotowało ambitny plan transformacji ekologicznej realizowanej w okresie poważnych ograniczeń budżetowych. (więcej…)
Według autorów nowego raportu Friends of the Earth Europe, wiele z istniejących i planowanych strategii oraz inicjatyw Unii Europejskiej, które odnoszą się do wykorzystania materiałów pochodzenia roślinnego do produkcji zielonych tworzyw sztucznych, opakowań, paliw i innych, może przynieść skutek odwrotny od zamierzonego i stwarza poważne zagrożenia społeczne i ekologiczne.
Zastąpienie produktów opartych na paliwach kopalnych produktami pochodzenia roślinnego jest głównym założeniem „biogospodarki”, która jest promowana w Unii Europejskiej poprzez polityki odnoszące się do energii odnawialnej i specjalną strategię na rzecz biogospodarki, i która prawdopodobnie będzie zawarta w przyszłych regulacjach prawnych dotyczących tworzyw sztucznych i opakowań. [1]
Rządy i przemysł propagują biogospodarkę obiecując zmniejszenie zależności od paliw kopalnych. Jednak, jak pokazuje raport, może to pociągnąć za sobą poważne koszty ekologiczne i społeczne:
- Wielka i coraz bardziej zwiększająca się część globalnych gruntów uprawnych nie jest używana pod uprawę żywności, lecz zamiast tego dostarcza surowców potrzebnych do wytwarzania nieżywnościowych produktów biogospodarki. Najnowsze dane pokazują, że 12% wszystkich światowych gruntów uprawnych jest wykorzystywanych w ten sposób.
- Unia Europejska jest największym konsumentem nieżywnościowych produktów biogospodarki, a 65% ziemi koniecznej dla zaspokojenia tego zapotrzebowania znajduje się poza jej granicami – szczególnie w Azji.
- Do roku 2019 obszar ziemi uprawnej wykorzystanej pod uprawę roślin służących do produkcji bioplastików będzie większy od terytoriów Belgii, Holandii i Danii razem wziętych.
- Można zaobserwować negatywne skutki ekologiczne i społeczne w krajach, które dostarczają surowców dla europejskiej biogospodarki – głównie na Globalnym Południu. Należą do nich zanieczyszczenie i niedobory wody, jak również niekorzystny wpływ na zmiany klimatu. Grabież ziemi powiązana z europejską biogospodarką dotyka szczególnie najsłabsze grupy społeczne, w tym rolników produkujących wyłącznie na własne potrzeby, ludy tubylcze oraz społeczności i kobiety w krajach, w których regulacje prawne dotyczące dostępu do ziemi są niejasne. Często zagrożone jest bezpieczeństwo żywnościowe.
Unia Europejska nie dysponuje niezbędnymi danymi i narzędziami potrzebnymi do zrozumienia i monitorowania konsekwencji wielu szybko rozwijających się sektorów biogospodarki, konieczne jest pilne stworzenie ram monitorowania, aby zapewnić jej zrównoważony rozwój w zgodzie z zasadami sprawiedliwości.
Meadhbh Bolger, kampanierka ds. sprawiedliwego dostępu do zasobów w Friends of the Earth powiedziała:
Pogłoski o rzekomej „zieloności” biogospodarki są w dużej mierze przesadzone. Sama zmiana źródła, z którego pochodzą nasze plastiki i paliwa nie jest magicznym rozwiązaniem, które usunie zanieczyszczenia, zmniejszy emisje gazów cieplarnianych i zakończy nadmierne zużywanie zasobów. Wręcz przeciwnie, przejście na bioplastiki i biopaliwa oznacza zużycie ogromnych połaci ziemi, głównie poza UE, i niszczący wpływ na środowisko. Jedynym pewnym sposobem na rozwiązanie tych problemów, jest przede wszystkim drastyczne zmniejszenie naszego zużycia zasobów.
Przypisy
[1] W 2017 roku Komisja Europejska ma zaktualizować swoją Strategię dotyczącą biogospodarki i pracuje obecnie nad nową Strategią dotyczącą tworzyw sztucznych – dokumenty te mogą utorować drogę dla dalszej integracji biogospodarki z innymi procesami kształtowania polityki. Parlament Europejski może opowiedzieć się za włączeniem promocji opakowań pochodzenia biologicznego do dyrektywy ws. opakowań i odpadów opakowaniowych Unii Europejskiej.
Tłumaczenie: Jan Skoczylas
żródło: Friends of the Earth Europe
Tłumaczenie ukazało się w Zielonych Wiadomościach nr. 028/lipiec 2017, do ściągnięcia w formacie pdf: http://zielonewiadomosci.pl/numer/28/
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Ralf Fücks kreśli wizję zielonej utopii, dostępnej tuż za rogiem. Momentami można odnieść wrażenie, że w jej realizacji przeszkadzają nie truciciele, tylko… ekolodzy. (więcej…)
Sytuacja kobiet ciężarnych i matek, które niedawno urodziły jest w obozach dla uchodźców wyjątkowo trudna, ponieważ często nie mają niezbędnej opieki. Wymuszone cesarskie cięcia, niedożywienie i zaniedbania w opiece poporodowej to codzienność według najnowszych badań poświęconych sytuacji w Grecji.
W sierpniu 2016 roku Feiza z Syrii urodziła swoje piąte dziecko. Na imię ma Ahmed. Spotkałam Feizę trzy dni po opuszczeniu szpitala w obozie Softex niedaleko Salonik. Skarżyła się na ból brzucha, który był spuchnięty i miejscami siny. Po wyjściu ze szpitala żaden lekarz nie pojawił się, by skontrolować ją i noworodka. Dwa tysiące osób przebywających w obozie może liczyć na podstawową opiekę medyczną, ale ginekologia do niej nie należy.
Feiza narzekała, że cesarskie cięcia robi się tu nawet jeśli nie ma takiej potrzeby lub jeśli kobieta sobie tego nie życzy. „Uchodźca”, wyjaśnia, wzrusza ramionami i spuszcza wzrok. To jedyne słowo w języku angielskim, jakie zna.
„To mój pierwszy poród przez cesarkę”, mówi mi Maryam, a jej 13-letnia córka tłumaczy te słowa na łamany angielski, co wystarcza, żebym zrozumiała, jak beznadziejna jest ich sytuacja. Feiza z dziećmi – których ojciec od stycznia czeka na nich w Niemczech – mieszka w małym namiocie niedaleko dziurawego płotu obozu. Obóz ten nie jest bezpiecznym miejscem, szczególnie dla kobiet i dzieci. Odnotowano przypadki gwałtów i przemocy seksualnej, a bójki są na porządku dziennym. Feiza mieszka tu z czterema dziewczynkami i maleńkim chłopcem.
„Boimy się wychodzić. W nocy w ogóle nie opuszczamy namiotu, a w dzień, jeśli już musimy wyjść, to nigdy osobno” – zaznacza. W namiocie jest jedno duże łóżko, na którym śpi z niemowlakiem. Dziewczyny mają cienki materac rozłożony na drewnianej podłodze. Przeraża je otaczająca przemoc. Boją się, że węże i inne zwierzęta wejdą do namiotu.
Historia Feizy dobrze ilustruje trudności, jakich uchodźczynie doświadczają na swojej drodze. Podobnych historii jest więcej. Fundusz Ludnościowy Narodów Zjednoczonych (UNFPA) podaje, że ponad 55% osób, które przybyły do Europy w styczniu 2016 roku to kobiety i dzieci. Dla porównania w lipcu 2015 było ich tylko 27% wśród przybyszy. Wiele kobiet podróżuje z dziećmi lub noworodkami przy piersi. Organizacja Lekarze bez Granic szacuje, że niemal jedna na dziesięć kobiet, które udaje się uratować z łodzi przemytników jest w ciąży.
Niebezpieczeństwo porodu
Kwestia opieki medycznej rzadko podejmowana jest w kontekście uchodźctwa, choć jest to jedna z podstawowych potrzeb, które kraj przyjmujący miałby zapewnić. Według nowych badań przeprowadzonych przez organizacje Hellenic Action for Human Rights (Pleiades), Human Rights in Childbirth, Are You Syrious? i grupę wolontariuszy sytuacja kobiet rodzących dzieci w greckich obozach jest dramatyczna. Sytuacja w innych krajach I miejscach na szlaku bałkańskim, gdzie przebywa obecnie większa liczba uchodźców i uchodźczyń pewnie jest podobna, ale brakuje twardych danych.
Badania w Grecji prowadzono w obozach i squatach od września do października 2016 roku. Przeprowadzono rozmowy z 29 kobietami, z których 20 niedawno urodziło, a jedna poroniła. Jedno dziecko zmarło krótko po porodzie.
Tylko jedna z 20 kobiet powiedziała, że karetka przyjechała w porę, by zabrać ją do szpitala, gdzie mogła urodzić. 60% kobiet rodziło przez cesarskie ciecie, bez informowania czy pytania o zgodę ze strony personelu medycznego. Jedna z kobiet opowiedziała o panice, która ją ogarnęła, kiedy zdała sobie sprawę, co ją czeka. „Po 12 godzinach prób, by urodzić naturalnie, poinformowano mnie, że będą mnie rozcinać. Ciągle byłam świadoma i przywiązana do łózka, kiedy moje podbrzusze zaczęli czyścić do zabiegu alkoholem” – opowiada. „Bałam się i poprosiłam anestezjologa o znieczulenie, używając arabskiego słowa khadirini (znieczul mnie). Ten zaczął się śmiać i powtarzać: żadnego khadirini. Wpadłam w panikę i wyłam z bólu i ze strachu, do tego stopnia, że zerwałam pasy krępujące moje ręce. Na szczęście przyszli lekarze, rozmawiali ze mną i uspokajali mnie”. Nieobecność tłumacza powodowała, że wiele kobiet dostawało całkowite znieczulenie bez jakiegokolwiek wywiadu medycznego. Z kolei porody naturalne prowadzono często w ogóle bez znieczulenia.
W wywiadzie z tego roku dla Are You Serious?, Karin Tschare-Fehr, lekarka i wolontariuszka z Austrii, opisuje dramatyczną sytuację kobiet, zwracając szczególną uwagę na częste wykonywanie cesarskiego cięcia u kobiet, które żyją w niehigienicznych warunkach. Karin badała kobiety, które mówiły jej, że lekarze w szpitalach wykonują cięcie prawie wszystkim rodzącym, bez względu na wolę kobiety. „Odpowiedzialność za taki stan ponosi Unia Europejska”, przekonuje i wyjaśnia, że „nie chodzi tylko o uchodźców, ale o samych Greków, którzy są w beznadziejnej sytuacji, ponieważ nie mogą świadczyć podstawowej opieki zdrowotnej swoim obywatelom i nie stać ich na więcej”.
Dom, czyli obóz
Kobiety mówiły również o problemach z lokalami mieszkalnymi po porodzie, braku podstawowego bezpieczeństwa, złych warunkach sanitarnych, złej opiece medycznej, wyłącznie męskim personelu, braku dostępu do pomocy prawnej czy wreszcie o ograniczonym dostępie (lub braku dostępu) do informacji i tłumaczy.
Jakość usług medycznych w wielu greckich obozach jest przerażająco niska. Niektóre obozy mają zespoły medyczne, które zapewniają jedynie bardzo podstawową pomoc w godzinach od ósmej rano do piątej popołudniu. Poza tymi godzinami uchodźcy polegają na greckiej służbie zdrowia, która opornie odpowiada na ich potrzeby. Niektóre raporty wskazują, że karetce może zająć nawet 12 godzin od zgłoszenia zanim dotrze do uchodźcy.
Takich historii jest na pęczki. Pewna 19-letnia Afganka, mieszkająca na stadionie Elliniko, gdzie urodziła dziecko opowiada tak: „Czasami mam tak straszny ból głowy, jakbym waliła nią o ścianę. Lekarze powiedzieli mi, że to normalne i samo przejdzie”. Z kolei jedna 32-letnia Afganka mówi o zaniedbaniach w opiece poporodowej, która powinna pomóc przezwyciężyć trudności związane z życiem w obozie: „Dostałam proszek do picia, który miał pomagać mi w korzystaniu z toalety. Przestałam to brać, bo bałam się iść do toalety nocą, kiedy samotni mężczyźni nie śpią i kręcą się w okolicy”.
Według badań pomimo faktu, że wiele kobiet, z którymi przeprowadzono rozmowy zgłosiło władzom, że są w ciąży w momencie przybycia do Grecji, nie otrzymały dodatkowej opieki zagwarantowanej przez przepisy prawa międzynarodowego, europejskiego, czy greckiego. Autorzy raportu piszą:
Głównym problemem wskazywanym przez kobiety jest niska jakość jedzenia. Wiele kobiet informowało, że przebywały w różnych obozach w Grecji i wszędzie były problemy z jedzeniem. Było surowe, nieświeże lub brudne. Jeśli tylko miały pieniądze, kupowały jedzenie spoza obozu. Ich sytuacja zdrowotna nie upoważniała je do żadnych dodatkowych porcji. Świeże owoce, warzywa, mięso i ryby to rzadkość. Wszystkie skarżyły się na złe odżywianie w ciąży, co prowadziło do anemii i niskiego ciśnienia. Suplementy (witaminy i żelazo) dostawała mniej niż połowa, a jeśli ktoś je dostawał, to musiał za nie dodatkowo płacić.
Życie w trudnych warunkach sprawia, że matki nierzadko zapominają zadbać o swoje zdrowie. Według badań kobiety, które miały cięcie cesarskie często nie wracały do szpitala na usunięcie szwów, ponieważ dotarcie tam nie było dla nich łatwe. W efekcie dwie kobiety przyznały, że ponad 30 dni po zabiegu wciąż maja otwarte rany, które codziennie opatrują bandażami.
Jakby tego było mało, dzieci urodzone w Grecji przez uchodźczynie miewają żółtą gorączkę, zapalenie opon mózgowych, niedobory witaminy D, sepsę i gruźlicę, czyli problemy, które prawie w ogóle nie dotyczą greckich noworodków. Z powodu braku tłumaczy matki często w ogóle nie wiedzą o takich diagnozach. „Kolejnym istotnym problemem jest brak kontroli zdrowia dzieci i nadzoru nad szczepieniami” – czytamy w raporcie. „Wiele matek mówiło, że nie wiedzą, ile ważą ich dzieci, a trzy przyznały, że ich dzieci w ogóle nie były kontrolowane po wyjściu ze szpitala. Niektóre matki twierdziły, że nawet jeśli w ich obozie były organizacje pozarządowe zajmujące się opieką medyczną, to praktycznie nigdy nie były dostępne”.
Dotychczas tego rodzaju ostrzeżenia i informacje podawane przez różne organizacje raczej nie docierały do władzy w Grecji i innych państwach. Media unikają tego tematu i po raz kolejny potwierdzają, że kobiety i dzieci pozostają najsłabszą grupą, której prawa ciągle są łamane.
O autorce
Nidzara Ahmetasevic jest dziennikarką, niezależną badaczką i aktywistką z Sarajewa. Jest wolontariuszką w organizacji Are You Serious?, dla której redaguje stronę AYS Daily Digest i prowadzi prace w terenie. Publikowała w The New Yorker online, EUobserver, Al. Jazeera English online i The Observer. Doktorat zrobiła na Uniwersytecie w Graz.
Źródło: Open Democracy
Tłumaczenie: Robert Reisigová-Kielawski
Donald Trump być może zna powiedzenie Juliusza Cezara Libenter homines id quod volunt credunt „Ludzie wierzą w to, w co chcą wierzyć”. Podczas kampanii prezydenckiej Trump dawał ludziom dziesiątki obietnic, które tylu Amerykanów (i większość naszych rodaków za Oceanem) po prostu spijali mu z ust. Po wygraniu wyborów jednak okazuje się, że dla tego potomka niemieckich imigrantów, wyborcy już właściwie nie są potrzebni – teraz trzeba odwdzięczyć się bogatym sponsorom za sfinansowanie kampanii. Powiedzmy sobie wprost: „kto płaci orkiestrze, ten zamawia muzykę!” Zatem prezydent-elekt w odróżnieniu od ustępującego prezydenta Obamy, nie myśli o wakacjach na Hawajach. On zakasał rękawy i prowadzi kasting do swego wielkiego przedstawienia pod tytułem „Uczyńmy Amerykę wielką jeszcze raz”. Dobór kluczowych aktorów odbywa się z krótkiej listy, jak określił to Reuters, Trump do swego dream teamu dobiera: “tytanów biznesu i finansów, budowniczych potęgi firmy Goldman Sachs i największego koncernu paliwowego świata – Exxon Mobile”. Prócz nich, kluczowe role mają też odegrać trzej emerytowani generałowie armii amerykańskiej. Naiwni tylko mogli wziąć za dobrą monetę słowa Trumpa, który podczas kampanii powtarzał, że: „osuszy bagno Waszyngtonu”, stolicy amerykańskiej mega-gospodarki kontrolowanej przez wszechwładne grupy miliardowych interesów. Jednym słowem, cytując słowa klasyka, Trump „jest za, a nawet przeciw” silnej pozycji zwykłych obywateli w konfrontacji z wielkim biznesem.
Przyjrzyjmy się jednej z planowanych nominacji D. Trumpa. Departamentem Energii ma pokierować Rick Perry – były gubernator „łupkowego i naftowego” stanu Teksas. Jest on nie tylko zagorzałym zwolennikiem kary śmierci (za jego kadencji przeprowadzono w Teksasie egzekucję 279 skazańców). Od 2015 r. zasiada on również w zarządzie firmy budującej słynny już Rurociąg Dakota Access. Zresztą także sam Trump ostatnio powiedział, że popiera dalszą budowę rurociągu, wstrzymaną przed miesiącem przez Baracka Obamę. Przyszły prezydent jeszcze w ubiegłym roku posiadał akcje wartości 1,5 mln dolarów w firmie Energy Transfer Partners, która buduje ten rurociąg. Z kolei szef tej firmy – Kelcy Warren, latem 2016 roku przekazał 100 tys. dol. na kampanię wyborczą Trumpa. Rurociąg Dakota Access to gigantyczna inwestycja za 3,8 mld dolarów, łącząca tysiące odwiertów ropy łupkowej w zachodniej części Północnej Dakoty, z siecią rurociągów stanu Illinois, w którym leży Chicago. Jego przepustowość to około pół miliona baryłek wydobywanych metodą frackingu.
Ta olbrzymia inwestycja to źródło potencjalnych dochodów dla wielu ludzi. Jedno ze zrzeszeń przedsiębiorców popierających budowę tego rurociągu wydało oświadczenie, w którym mówi: „Miliony Amerykanów, którzy ciężko pracują w sercu kraju, nie mogą się już doczekać 20. stycznia, kiedy zostanie zaprzysiężony nowy prezydent”.
Początek demontażu przyrody w Polsce stał się faktem. 16 grudnia tuż przed 23 godziną, 236 posłów Prawa i Sprawiedliwości i Kukiz’15, zagłosowało za przyjęciem skandalicznego projektu nowelizacji ustawy o ochronie przyrody i ustawy o lasach. Twórcą skandalicznych ustaw jest minister środowiska Jan Szyszko, o których istnieniu rzekomo nic nie wie. Aby zablokować przeprowadzenie konsultacji społecznych, projekty resortu środowiska zostały wniesione przez posłów PiS – Wojciecha Skurkiewicza i Jana Ardanowskiego.
Przyjęty projekt ustawy o ochronie przyrody znosi dotychczasową ochronę drzew i krzewów, co spowoduje niekontrolowaną, masową wycinkę drzew na terenie całego kraju. Podobna nowelizacja weszła w życie w 2004 r. za czasów SLD. Rozpoczęła ona proceder masowego wycinania alei przydrożnych. Liczbę wyciętych drzew można szacować na dziesiątki tysięcy rocznie, głównie gatunków cennych tj. dęby czy klony. Aby powstrzymać rzeź drzew, zmieniono prawo. 16 grudnia 2016 r. otwiera kolejny rozdział tej niechlubnej tradycji.
Zmiana ustawy o lasach powoduje zniesienie ochrony gatunkowej zwierząt, także gatunków rzadkich i zagrożonych wyginięciem, na 1/3 powierzchni Polski zarządzanej przez Lasy Państwowe. Pomimo wiedzy o niezgodności nowelizacji z zapisami dyrektywy siedliskowej i ptasiej (patrz stanowisko BAS) polski Sejm zdecydował się złamać prawo europejskie. Zagrożone są np. duże drapieżniki tj. wilki, cenne gatunki ptaków itp.
Jesteśmy Polakami, jesteśmy Europejczykami. Nie zgadzamy się na niszczenie narodowego i europejskiego dziedzictwa przyrodniczego. Transmisja I czytania projektu dowodzi, że prawo europejskie zostało złamane z premedytacją na prośbę ministerstwa środowiska i dyrektora Lasów Państwowych. To działanie na szkodę naszego państwa
– mówi Radosław Ślusarczyk z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot
Posłom PiS bardzo się śpieszy w demolowaniu przyrody w Polsce. Od I czytania projektu ww. ustaw do ich przyjęcia przez Sejm minęły 2 dni.
Osobnego komentarza wymaga kłamliwe oświadczenie resortu środowiska oraz wniesienie projektów Szyszki do Sejmu przez posłów PiS. Przypomnijmy, że istnienie skandalicznych projektów ustaw o środowisku autorstwa ministra środowiska ujawniły organizacje pozarządowe. Resort wyparł się jednak, że kiedykolwiek nad nimi pracował. Zapomniano jednak o zatajeniu/zniszczeniu dokumentów, w których projekty ustaw zostały skierowane do najważniejszych osób w państwie. Przyłapanie ministra Szyszki na kłamstwie nie ostudziło jego zapałów do niszczenia przyrody. Rękami posłów Skurkiewicza i Ardanowskiego, złożył część projektów do Sejmu. Projekty poselskie, w przeciwieństwie do projektów rządowych, nie wymagają konsultacji społecznych.
To metody najgorszego sortu, rodem z czasów komunistycznych. Zdeptano najważniejsze prawa obywateli – prawo do informacji oraz prawo do udziału w procesie legislacyjnym.
W kolejce czeka nas jeszcze nowelizacja ustawy OOŚ, w której resort wyeliminuje udział obywateli w postępowaniach dot. środowiska oraz ustawy prawo ochrony środowiska, stanowiącej skok na kasę WFOŚiGW – instytucji finansujących lokalne potrzeby i inicjatywy związane z ochroną środowiska. Będziemy patrzeć na ręce rządzących i informować o rozwoju wydarzeń.
źródło: Stowarzyszenie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot

Wycięte drzewa w Parku Lotników Polskich w Krakowie Fot.marcin wojcik/Flickr/Creative Commons
Ciemności za oknem i czarne perspektywy na scenie politycznej stanowią niemałe wyzwanie dla utrzymania jakiej takiej trzeźwości umysłu. Warto spróbować terapii dźwiękiem. (więcej…)
Czy czeka nas koniec ryzyka niedoborów? Amerykańskie firmy planują wykorzystanie olbrzymich zasobów dostępnych we wszechświecie surowców. (więcej…)
Sejm przed kilkoma dniami przyjął nowelizację ustawy o ochronie przyrody. Przyjęte zmiany niosą ogromne zagrożenie dla polskich drzew w gminach. Łagodząc przepisy dotyczące ich ochrony, skazują je na niekontrolowaną wycinkę.
Nowelizacja doprowadzi do braku kontroli nad usuwanymi drzewami do 100 cm lub 50 cm obwodu (w zależności od gatunku), co oznacza zagrożenie wycinką dla kilkudziesięcioletnich okazów. Ich znikanie wpłynie negatywnie na krajobraz polskich wsi, miast i miasteczek. Uniemożliwi także kontrolę społeczną i możliwości sprzeciwu wobec wycinek dużych, cennych drzew rosnących na prywatnych terenach. Niesie też ryzyko znikania drzew posadzonych jako nasadzenia zastępcze, gdyż liberalizacja przepisów będzie pozwalać na wycinkę takich drzew zaraz zakończeniu 3-letniego okresu ochronnego.
Nowelizacja również pozwala na wycinkę drzew alejowych bez względu na ich przyrodnicze znaczenie, z powodu zniesienia konieczności uzgodnienia przez Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska projektu decyzji zezwalającej na usunięcie drzew z pasa drogi publicznej w czasie robót budowlanych. Część inwestorów, z powodu niskich stawek za opłaty (a więc i kary) wprowadzonych w ustawie, będzie wliczała kary za nielegalne wycinki do kosztów przedsięwzięcia, co tym bardziej przełoży się na brak kontroli gmin nad wycinkami oraz zdejmuje z nich społeczną odpowiedzialność.
Z tych powodów Kongres Ruchów Miejskich rozpoczął akcję „Uratujcie drzewa!” w ramach której powstała strona internetowa za pomocą której można wysłać do senatora ze swojego okręgu wyborczego list z prośbą o wsparcie tej akcji i głosowanie za poprawkami, które mogą uratować ustawową ochronę drzew.
Młoda katowicka publiczność dyskutowała o tym, czy w Polsce powinno się zakazać palenia węglem. Wygrali zwolennicy propozycji. (więcej…)
Przewodniczący Komisji Europejskiej, Jean-Claude Juncker potwierdził 7 grudnia, że dwa główne akty prawne chroniące przyrodę w Unii Europejskiej – dyrektywa ptasia i siedliskowa, zostaną zachowane w dotychczasowym kształcie. Decyzja ta kończy dwuletni okres niepewności o przyszłość tych regulacji. Komisja Europejska ogłosiła również, że zamierza zająć się ich lepszym wdrażaniem.
Dzisiejsza decyzja Komisji Europejskiej to także zwycięstwo pół miliona obywateli Unii Europejskiej, którzy wzięli udział w konsultacjach społecznych wzywając do zachowania i wzmocnienia dyrektyw w trakcie dwuletniej kampanii #NatureAlert.
Dyrektywy ptasia i siedliskowa to kluczowe akty prawne dla ochrony przyrody w Unii Europejskiej, chroniące ponad 1400 gatunków oraz obejmujące obszar o powierzchni miliona kilometrów kwadratowych. Cieszą się one wyjątkowo szerokim poparciem w Europie – w obronie dyrektyw stanęli nie tylko obywatele, ale także naukowcy, przedsiębiorcy, Parlament Europejski i rządy krajowe.
Przypomnijmy, że prawo to chroni około 20% powierzchni Polski w ramach sieci Natura 2000. Pozwoliło to uchronić przed degradacją m.in. dolinę Rospudy. Przez ostatnie dwa lata Komisja sprawdzała czy dyrektywy ptasia i siedliskowa są skuteczne (w ramach tzw. procedury fitness check), i w końcu dziś padła jasna odpowiedź – nie kształt dyrektyw jest problemem, ale ich skuteczne wdrażanie. I to na pomocy poszczególnym państwom członkowskim w ich wdrażaniu powinna skupić się Komisja.
Organizacje pozarządowe przyjęły tę decyzję z radością, ale podkreślają zgodnie, że przed nami nadal wielki wysiłek. Aby przyroda była faktycznie chroniona, za dzisiejszą deklaracją muszą iść konkretne działania. Należy lepiej egzekwować prawo, by skuteczniej rozwiązywało problem zaniku różnorodności biologicznej i zagrożeń związanych, między innymi, z niezrównoważonym rolnictwem.
Jarosław Krogulec, Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków, powiedział:
„Decyzja Komisji, aby pozostawić nienaruszone i funkcjonujące dyrektywy naturowe pokazuje, że głośno i wyraźnie został usłyszany głos ponad pół miliona mieszkańców UE wzywający do wzmocnienia tego prawa i egzekwowania go. Przyroda jest jedną z najważniejszych wartości naszego społeczeństwa i jest niezbędna dla naszego przetrwania. To także zwycięstwo idei współpracy europejskiej, które tak jak natura – nie zna granic.”
Dariusz Gatkowski, WWF Polska, powiedział:
„Osiągnęliśmy dziś niezwykłe porozumienie: dyrektywy ptasia i siedliskowa są odpowiednie do skutecznej ochrony naszej natury i naszego zdrowia. Komisja Europejska musi teraz otworzyć nowy rozdział i zająć się niedostatecznym wdrożeniem istniejącego prawa, zapewnić mu wzmocnienie i jednolite wykonanie. Nawet najlepsze prawo – jeśli nie będzie odpowiednio wdrożone – będzie tylko świstkiem papieru.”
Agata Szafraniuk, Fundacja ClientEarth Prawnicy Dla Ziemi, dodała:
„Decyzja o niezmienianiu dyrektyw to świetna wiadomość, gdyż stanowią one najskuteczniejsze narzędzia ochrony przyrody oraz wprowadzają jednolite standardy prawne we wszystkich krajach członkowskich. Zapewniają one jednakowe warunki konkurencji na europejskim rynku wewnętrznym. Przedsiębiorcy nauczyli się już poruszać w dotychczasowym prawie, a potencjalne zmiany mogłyby wiązać się jedynie z trwającą dziesiątki lat fazą niepewności prawnej. Dobrze, że tak się nie stanie.”
źródło: Client Earth
Wraz ze wzrostem ilości produkowanych i dostępnych w Internecie dzieł kultury oraz prac naukowych kluczowe staje się pytanie o wolność do korzystania z ogromu „cyfrowych dóbr wspólnych”. (więcej…)