Sporo uwagi wzbudziło zeszłoroczne zwycięstwo Litewskiego Związku Chłopów i Zielonych. (więcej…)

Parlament Europejski 408 głosami za przy 254 przeciw zgodził się na wprowadzenie w życie umowy o handlu i inwestycjach między UE a Kanadą. Oznacza to, że już wiosną handlowa część porozumienia zacznie działać.

Dzisiejsza debata przed głosowaniem była spektaklem post-prawdy. Zwolennicy CETA jeden po drugim obiecywali nam miliony euro dla europejskich przedsiębiorstw, tysiące nowych miejsc pracy, Adam Szejnfeld nawet zapowiedział wyższą jakość żywności. To kpina z wiedzy naukowej na ten temat – komentuje kampanierka Akcji Demokracji, Maria Świetlik. – Obietnice zysków nie mają pokrycia w studiach skutków wprowadzenia umowy. Nawet Komisja Europejska obiecuje w najbardziej optymistycznym scenariuszu wzrost PKB na poziomie 0,03%. Natomiast badania dotyczące rynku pracy mówią o długotrwałej utracie 200 tys. miejsc pracy w Unii. To jednak nie miało znaczenia dla części parlamentarzystów. Stanęli po stronie interesu największego biznesu, wbrew ludziom – podsumowuje.

W październiku w Warszawie miała miejsce wielotysięczna demonstracja przeciw podpisaniu tej umowy, współorganizowana przez Akcję Demokrację. Apel na stronie Akcji Demokracji podpisało już 110 tysięcy osób. Obywatele wysłali też prawie 10 tys. maili do posłów. Przeciw umowie wypowiedziały się też związki zawodowe, w tym NSZZ „Solidarność”, Forum Związków Zawodowych, OPZZ i Inicjatywa Pracownicza. Zdecydowanie niechętne są również organizacje rolnicze, zarówno te zrzeszające rolników ekologicznych jak i tradycyjnych, w tym „Solidarność” Rolników Indywidualnych, ZZ Rolników Ekologicznych im. Św. Franciszka, czy OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych.

To nie koniec naszej walki, teraz musimy powstrzymać działanie umowy przez głosowanie w Sejmie. Najpierw jednak rozliczymy polskich europosłów i europosłanki z ich zachowania – zapowiada Maria Świetlik. – Setki tysięcy osób w Polsce zaangażowały się w walkę przeciw tej umowie. To, jak zostali potraktowani przez Platformę Obywatelską oraz część Prawa i Sprawiedliwości, z pewnością dobrze zapamiętają – dodaje.

Umowa wejdzie w życie prawdopodobnie już w kwietniu. Oznacza to zniesienie ceł (od razu lub stopniowo) dla 98% produktów rolnych importowanych z Kanady. Zmienią się też zasady regulujące tzw. pozataryfowe bariery w handlu Unii Europejskiej z Kanadą.

Te wszystkie regulacje, które przez ostatnie lata wstrzymywano w UE w oczekiwaniu na podpisanie CETA, teraz będą miały znacznie łatwiej. Chodzi na przykład o wpuszczenia do UE większej liczby GMO, mięsa dezynfekowanego środkami chemicznymi, czy kolejnych chemicznymi zaburzaczy hormonalnych – wyjaśnia dalej Maria Świetlik. – Natomiast działania na rzecz ochrony środowiska, lokalnej produkcji, czy utrzymania europejskiego modelu rolnictwa dużo trudniej.

Do odrzucenia umowy CETA przez Polskę potrzebne będzie głosowanie w polskim parlamencie. Zgodnie z sejmową rezolucją z jesieni tego roku zwolennicy umowy, aby ją zatwierdzić muszą zebrać 2/3 głosów. Przy znanym poparciu Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej dla tego typu umów, kluczowe więc będzie stanowisko Prawa i Sprawiedliwości.

źródło: Akcja Demokracja

El Prat de Llobregat znajduje się w sercu obszaru metropolitarnego Barcelony i delty rzeki Llobregat. Ta lokalizacja wyjaśnia główną cechę charakterystyczną miasta: wielosektorowe użycie jego terytorium. Niewiele miast na świecie, jeśli w ogóle jakiekolwiek, mieści międzynarodowe lotnisko i port, linię kolejową dla pociągów dużych prędkości, dworzec, dwie autostrady, największą infrastrukturę regulującą obieg wody (zakłady uzdatniania i odsalania wody itd.) i …chronione obszary rolnicze, mokradła i plaże z Obszarami Specjalnej Ochrony (SPA), utworzonymi na mocy unijnej Dyrektywy w sprawie ochrony siedlisk naturalnych dzikiej fauny i flory.

Ta różnorodność sposobów wykorzystania, bogactwo terenu El Prat de Llobregat, stanowiły znakomitą pożywkę dla rozwoju zielonych idei, a więc również partii zielonych, które od lat siedemdziesiątych zdobywały większość głosów we wszystkich lokalnych wyborach, czasami rządząc miastem samodzielnie, a czasami z pomocą partii socjalistycznej.

Sukces miejskich i terytorialnych polityk w zakresie ochrony środowiska, planowania i zarządzania miał kluczowe znaczenie dla działań politycznych, w których centrum znajduje się obieg wodny, podejmowanych przez wszystkie te lata przez Initiativa per Catalunya. Powodem tego jest sytuacja, jaka zaistniała w 1979 roku: rzeka stała się czarna i pozbawiona jakiegokolwiek życia, z powodu wody napływającej z domów i fabryk; plaża była ostatnią plażą w Katalonii, na której obowiązywał zakaz kąpieli; mokradła niszczały bez żadnej opieki i ochrony; obszar rolniczy zmniejszał się na skutek prywatnych i publicznych projektów, a warstwa wodonośna ulegała zasoleniu i zbliżała się do szczytu możliwości poboru wody. Poza tym ogólny plan zagospodarowania przestrzennego obszaru metropolitalnego zakładał „przeniesienie” ostatnich czterech kilometrów rzeki o sześć kilometrów na południe, aby umożliwić rozbudowę portu.

Najważniejszym zadaniem była ochrona zasobów wód podziemnych, więc po pierwsze ogłosiliśmy oficjalnie, że są one „zagrożone”, co pozwoliło nam na wprowadzenie zakazu zwiększania poboru wody przez wszelkie podmioty prywatne czy publiczne, a po drugie założyliśmy stowarzyszenie użytkowników warstw wodonośnych (pierwsze w Hiszpanii), aby uzyskać prywatno-publiczną kontrolę i dobrowolne umowy w celu zmniejszenia zużycia wody. Środki na działalność stowarzyszenia pochodzą od lokalnej publicznej spółki wodociągowej – Aigües del Prat, S.A. (1), która pobiera wodę bezpośrednio ze zbiornika podziemnego i obsługuje 65 tys. mieszkańców, setki przedsiębiorstw, lotnisko i port.

delta 2

W tym samym czasie pracowaliśmy intensywnie nad planem zagospodarowania przestrzennego, aby zapewnić warunki dla odzyskania jakości biologicznej rzeki, mokradeł i plaż. Bardzo szybko stało się jasne, ze jedynym rozwiązaniem jest zbudowanie największego w Europie zakładu uzdatniania wody, będącego w stanie oczyszczać wodę odprowadzaną przez 2 miliony ludzi i setki fabryk (w tamtym czasie całość wody wpływała bezpośrednio do rzeki a następnie na wybrzeże). Jako lokalny samorząd narzuciliśmy kilka wymogów, chociaż sam projekt musiał być inwestycją rządu centralnego:

  • zakład uzdatniania wody musiał być zbudowany, a następnie zarządzany przez instytucję publiczną;
  • musiał zawierać trzeci stopień oczyszczania wody;
  • co najmniej 20% całej oczyszczanej wody musiało być ponownie wykorzystane, aby:
  1.  zagwarantować ekologiczny poziom wody w rzece;
  2. stworzyć „barierę wodną” aby zapobiec przenikaniu wody morskiej do warstw wodonośnych (konsekwencja rozbudowy portu w latach sześćdziesiątych, która zaburzyła równowagę hydrostatyczną);
  3. zagwarantować wodę dla obszarów rolniczych;
  4. zapewnić wodę dla zastosowań alternatywnych (przemysłowych, podlewania parków i ogrodów publicznych, czyszczenia ulic itp.);
  • musiał zawierać rurociąg o długości 3,2 km od wybrzeża, w celu zapobieżenia jego skażeniu w przypadku problemów lub przerw technicznych.

Następnym krokiem po podpisaniu porozumienia było zajęcie się problemami dotyczącymi rzeki. Po pierwsze dlatego, że usytuowanie rzeki było niezbędne dla wyznaczenia lokalizacji zakładu uzdatniania, a po drugie, ponieważ ostateczne położenie rzeki miało kluczowe znaczenie dla ogólnej równowagi terytorialnej. My, Zieloni, byliśmy przeciwko jakiejkolwiek zmianie naturalnego biegu rzeki, lecz w ogólnym porozumieniu wynegocjowaliśmy ostatecznie następujące warunki dla tego projektu:

  • projekt musiał obejmować rewitalizację rzeki, tak aby mogła być użytkowana przez społeczność – nie tylko na ostatnich czterech kilometrach, ale całych dziewięciu kilometrach rzeki w granicach miasta;
  • musiał uwzględniać zakup 125 ha w celu utworzenia nowych mokradeł zarządzanych przez publiczne konsorcjum;
  • musiał być stworzony system kontroli warstw wodonośnych i rzeki;
  • musiał obejmować nawiezienie 1 mln m3 piasku dla zrównoważenia zmniejszania ilości piasku dostarczanego przez rzekę, co skutkowało przybrzeżną erozją (5-10 m każdego roku).

Inne warunki tego porozumienia były następujące: utworzenie ponad 600 ha obszarów chronionych Natura 2000 (i zakup połowy z nich przez miasto) oraz powołanie instytucji publicznej odpowiedzialnej za ochronę wszystkich terenów przyrodniczych i zarządzanie nimi.

Później ustaliliśmy też, że zbudujemy zakład odsalania, aby zapobiec dwóm zagrożeniom:

  1. sytuacji kryzysowej na obszarze metropolii w przypadku dotkliwej suszy (2);
  2. oraz realizacji gigantycznego projektu katalońskiej partii konserwatywnej (3), który zakładał dostarczanie wody z oddalonej o… 400 kilometrów rzeki Rodan we Francji, nad którą znajdują się liczne
    elektrownie atomowe, używające jej wody do chłodzenia.

Poza tym przez wszystkie te lata pracowaliśmy intensywnie na rzecz ochrony obszaru rolniczego Delty, dla której system nawadniania ma znaczenie kluczowe. Z tego powodu współpracowaliśmy ze Społecznością Użytkowników Kanału (organizacją będącą własnością wszystkich rolników, która kontroluje i reguluje system wodny Delty przez ostatnie 200 lat), wspomagając ją finansowo i naszymi zasobami ludzkimi.

Można powiedzieć, że w EL Prat znajduje się obecnie największa koncentracja infrastruktury wodnej i wszystkie instalacje są w całości w rękach publicznych i wspólnotowych, aby zapewnić model zrównoważony, społeczny i sprawiedliwy. Ma on zagwarantować odpowiednią ilość wody, jakość ekologiczną wody we wszystkich ekosystemach, zapewnić dostęp do niej dla wszystkich (sprawiedliwa cena i gwarancja usług dla osób znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej), oraz, co jest prawdopodobnie najważniejsze, usunąć wodę z cyklu komercyjnego.

Przypisy

(1) El Prat jest jedynym miastem na obszarze metropolitalnym Barcelony, które nie jest obsługiwane przez prywatne przedsiębiorstwo – Aigües de Barcelona. Rezultat: woda jest o 30% tańsza!

(2) Średnio co 10/12 lat z powodu klimatu śródziemnomorskiego mamy do czynienia z dotkliwymi suszami, które na skutek zmian klimatu stają się obecnie jeszcze dotkliwsze, przy czym oparte na zasadach gospodarki neoliberalnej zarządzanie wodą pociąga za sobą coraz bardziej katastrofalne konsekwencje. Ostatnia miała miejsce w 2006 roku i woda do obszaru metropolitalnego Barcelony dostarczana była statkami.

(3) Katalońska Partii Konserwatywna sprawowała władzę w Katalonii przez 45 z 50 lat istnienia rządu Katalonii.

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

Społeczne podejście do zarządzania zasobami lub świadczenia usług kształtowało się do tej pory w formie ostrego wyboru między kontrolą państwa a mechanizmami rynkowymi.

Alternatywa ta pomija trzecią możliwość – zarządzanie realizowane przez autonomicznych obywateli. Istnieją dowody na to, że podejście to jest kluczowe dla jakości życia – zarówno jednostek, jak i społeczności.

Dwie prawdziwe historie

Pierwsza dzieje się w średniowiecznym mieście Gandawa. Pozostałości po pradawnym opactwie St-Baafs są publicznym muzeum. Brzmi to sensownie – to tu zaczęła się historia miasta. Samorząd zmuszony zostaje jednak do cięć budżetowych, przez co odwiedzana z rzadka placówka zostaje zamknięta. Przez kilka lat na jej terenie nic się nie dzieje – kogo miałaby obchodzić?

Okoliczni mieszkańcy uznają jednak sytuację w której piękna, średniowieczna budowla i otaczający ją ogród pozostają odgrodzone od życia miasta za haniebną. Decydują się na działanie wierząc, że piękno tego miejsca powinno być dostępne dla wszystkich. Ruszają z inicjatywą obywatelską, organizując w opactwie wykłady i koncerty. Przekształca się ona w sprawnie działającą organizację.

Dwadzieścia lat później około 150 ochotników przygotowuje tu przeszło 200 wydarzeń w których uczestniczą tysiące ludzi. Powstaje nowe, prężne miejskie dobro wspólne.

Druga dotyczy dużego kraju o nazwie Niemcy. W latach 90. XX wieku państwo produkuje energię głównie w elektrowniach jądrowych oraz dzięki paliwom kopalnym. Pomimo zmian klimatu cztery najważniejsze firmy zajmujące się produkcją energii elektrycznej twierdzą, że jedyną drogą naprzód pozostaje trzymanie się status quo. Inwestowanie w odnawialne źródła energii jest wyśmiewane.

Obywatele gromadzą się razem i zaczynają własne projekty energetyczne, przyjmujące najczęściej formę spółdzielni energetyki odnawialnej (REScoops). Pomysł rozprzestrzenia się po miastach i wioskach, zmieniając system energetyczny. Niemal połowa nowych instalacji OZE w Niemczech należy dziś do obywateli i powołanych przez nich inicjatyw. Nazwijmy je ogólnokrajową siecią lokalnych dóbr wspólnych.

Już nigdy nie będziesz szedł sam

To prawdziwe przykłady. Opowiadają one jednak tylko część historii.

Mieszkańcy Gandawy musieli poprosić o klucz do opactwa. Odpowiedzialny za niego urzędnik (prawdopodobnie wizjoner) nie tylko im go dał, ale dodał, że „nikt nie jest w stanie zająć się nim tak dobrze jak jego otoczenie”. Szereg wydziałów miasta aktywnie wspierało inicjatywę obywatelską, np. poprzez umieszczenie informacji o jej wydarzeniach w oficjalnym newsletterze lokalnego centrum sąsiedzkiego. Odpowiedzialny radny musiał wesprzeć urzędników, którzy w zaufaniu oddali swe klucze. Po jakimś czasie na zawsze.

Spółdzielnie energetyczne w Niemczech były w stanie rozkwitnąć w takiej ilości tylko dzięki korzystnemu otoczeniu prawnemu – stabilnej taryfie gwarantowanej na energetykę odnawialną wprowadzaną do sieci.

Wprowadzone po raz pierwszy w roku 1990 prawo zostało spięte z ambitną Ustawą o Energii Odnawialnej (a także innymi, dalekosiężnymi projektami rządowymi) już 10 lat później. Kiedy doszło do kryzysu gospodarczego inwestycje w produkcję energetyki odnawialnej okazały się nie tylko obywatelskim gestem, ale również trafnym wyborem finansowym.

Powyższe dwa przykłady wpisują się w trendy, zauważone w prowadzonych w Holandii badaniach nad inicjatywami obywatelskimi. W ten czy inny sposób musiały one polegać na wsparciu publicznym, np. udostępniania im potrzebnej do działania przestrzeni, skrawka ziemi na miejskie rolnictwo albo wsparcia finansowego. Uważam, że wsparcie to nie jest problemem, lecz istotnym elementem demokracji.

Nadal jednak brakuje w tych opowieściach jednego wymiaru – ekonomicznego. Sprzedający swą własną energię ze źródeł odnawialnych w Niemczech dokonują tego na rynku, nawet jeśli jest on mocno uregulowany. Kiedy brakuje wiatru czy słońca mogą oni na szczęście zakupić energię z innych źródeł czy krajów. Nawet jeśli „sąsiedztwo opactwa” jest prowadzone przez ochotników to nawet oni muszą płacić rachunki. W tym celu prowadzą kawiarnię. Z belgijskiego punktu widzenia to najbardziej oczywisty finansowo wybór.

Holistyczne spojrzenie

Z poziomu pojedynczych przykładów przejdźmy teraz na bardziej ogólny. Jeśli popatrzymy się na stanowiska na temat tego, w jaki sposób powinniśmy podchodzić do budownictwa mieszkaniowego to kształtują się one gdzieś na spektrum dwóch przeciwnych sobie opinii. Po lewej dominuje przekonanie, że to państwo jest najlepszym narzędziem do dostarczenia go w sprawiedliwy sposób. Po prawej słyszymy argumenty, że tylko rynek może doprowadzić do optymalnej alokacji zasobów.

Przechodząc na jeszcze wyższy poziom wielu komentatorów uznawało upadek Muru Berlińskiego w roku 1989 za sukces podejścia prawicowego. W krajach takich jak Wielka Brytania przekonanie to przekładało się na demontaż publicznego mieszkalnictwa społecznego oraz transfer domów z sektora publicznego do prywatnego.

Dyskusje takie jak wspomniana powyżej – jak również wiele innych – tkwią w pułapce myślenia w kategoriach “lewica-prawica”, w których radykalna lewica bezrefleksyjnie argumentować będzie na rzecz rozwiązania rządowego podczas gdy prawica – równie automatycznie – dostrzega same zalety w stawianiu na podejście rynkowe i prywatne podmioty.

Tak jakby obywatel, ów fundament demokracji, mógł jedynie patrzeć się na sprawy z widowni bez możliwości zaproponowania własnych odpowiedzi na potrzeby społeczne.

Pozostając w temacie budownictwa mieszkaniowego dostosowanego do osób starszych argumenty na rzecz inicjatyw społecznych, takich jak Abbeyfield Houses, słyszane są w głównym nurcie debaty publicznej dość rzadko. Inicjatywa ta narodziła się w roku 1956 w Wielkiej Brytanii jako odpowiedź na rosnący problem społeczny. Coraz więcej osób starszych w ubogich dzielnicach Londynu nie było w stanie żyć godnie i samodzielnie.

British Abbeyfield Society zarządza dziś 700 domami z 7.000 seniorek i seniorów, w czym pomaga 10.000 osób pracujących wolontaryjnie. Inicjatywa ta pokazuje, jak mocno w wielu krajach już dziś zakorzeniła się idea wspólnego życia i ochotniczego działania.

Nie chodzi tu o stwierdzenie, że inicjatywy obywatelskie są lekiem na całe zło – mogą jednak, jeśli tylko stać nas będzie na poszerzenie naszej perspektywy, stać się istotną częścią przyszłości. Wspomniane przykłady jasno pokazują, że mamy trzy podstawowe odpowiedzi na stojące przed nami wyzwania i na organizację społeczeństwa. To poszerzone spojrzenie daje się zawrzeć w formie trójkąta. Dotychczasowe historie dają się wpisać w jego podstawę.

Każdy z wierzchołków jest skrajną możliwością: społeczeństwa w pełni rynkowego, w 100% kierowanego przez państwa albo zarządzanego wyłącznie przez inicjatywy obywatelskie. To, w jaki sposób dana społeczność odpowiada na potrzeby społeczne – na przykład domy opieki – można nakreślić w obrębie tego trójkąta.

To poszerzone spojrzenie pozwala nam, jak zauważa filozof Philippe Van Parijs, dotrzeć do samego rdzenia ekologii politycznej. Pokazuje nam, jak ograniczone jest pole dyskusji w naszych społeczeństwach (więcej państwa kontra więcej rynku), toczącej się w obrębie jednego ramienia trójkąta. Kiedy zaczynamy widzieć jego trzy wierzchołki z położonym na szczycie aspektem autonomicznym, tworzącym obok poziomego również pionowy wymiar staje się natychmiast jasne, że gdy liberałowie i socjaliści zachwalają odpowiednio rolę rynków czy państwa nie tylko walczą o mniej państwa czy mniej rynku, ale też redukują znaczenie przestrzeni obywatelskiej.

Istnieje jednak trzecia perspektywa, podkreślająca rolę aktywności obywatelskich oraz zmniejszenie znaczenia tak państwa, jak i rynku. Pozioma oś „lewica-prawica” charakteryzuje nowoczesne społeczeństwo przemysłowe. Przechodzenie od tej linii w kierunku góry trójkąta jest charakterystyczną cechą społeczeństwa poprzemysłowego, promującego zaangażowanie społeczne opierające się na autonomii, a nie pieniądzach i pracy. Dokładnie tam znajdziemy dobra wspólne.

Potęga innowacji społecznych

Perspektywa autonomiczna stanowi kluczowy element ekologii politycznej (ekologizmu, ekopolityki). Z zielonej perspektywy nie jest pożądane, by społeczeństwo sprowadzone zostało do któregokolwiek kąta. Ekopolitycy – podobnie jak liberałowie czy socjaliści – uznają mieszankę rynku, państwa oraz inicjatyw obywatelskich za optymalną. Jednocześnie jednak ich spojrzenie jasno różni się od podejścia wspomnianych idei.

Niezależność jest dla nich radosną podstawą potencjalności wspólnego kształtowania świata. Autonomia stoi w sprzeczności z jednostronnym indywidualizmem – wspomniane współkształtowanie odbywa się zawsze we współpracy z innymi.

Zwolenniczki i zwolennicy ekopolityki mówią o współzależnej autonomii – tylko dzięki owocnym więziom z innymi możemy znaleźć spełnienie i stworzyć świat warty życia. Oznacza ona również wprowadzenie perspektywy opieki: za innych, za otoczenie w którym żyjemy i za planetę. Perspektywa ta wiąże się z kolei z perspektywą bycia kustosz(k)ami. Nasza swoboda działania i zmieniania świata wymaga od nas poczucia odpowiedzialności.

Znaczenie sfery autonomicznej jako źródła innowacji społecznych nie może pozostać niedoceniane. Mnóstwo odpowiedzi na stojące przed nami wyzwania nie pochodzi dziś z rządu czy biznesu ale ze strony kreatywnych obywatelek i obywateli. Wspomniana już inicjatywa Abbeyfield Housing jest tu dobrym przykładem – podobnie jak carsharing, rolnictwo ekologiczne czy kooperatywy spożywcze. Kto zbudował pierwsze, produkujące elektryczność wiatraki? Obywatele, tworzący pozytywną alternatywę dla energetyki jądrowej w krajach takich jak Dania czy Irlandia.

Wspomniany trójkąt pokazuje też, że ekologia polityczna nie może być redukowana do ochrony środowiska. Ekopolityka nie tylko szanuje ograniczenia ziemskiego ekosystemu, ale chce też większej, bardziej autonomicznej sfery społecznej, w której obywatelki i obywatele mogą wykorzystywać swoje umiejętności bez ingerencji ze strony rynku czy państwa. Ostatecznym celem staje się dobre życie dla wszystkich.

Od partnerstw publiczno-prywatnych w stronę publiczno-społecznych

Jak pokazują wspomniane przykłady większość inicjatyw obywatelskich w ten czy inny sposób zależy od współpracy z państwem. To nie problem – to przyszłość. Neoliberalny reżim minionych trzydziestu lat udowadniał, że najlepszym sposobem organizacji jakiegokolwiek elementu życia społecznego były rynki i konkurencja. Skutkowało to rozwijaniem partnerstw publiczno-prywatnych które, w większości wypadków, prowadzą do utraty kontroli przez instytucje publiczne oraz zbyt wysokimi podatkami płaconymi przez obywatelki i obywateli za dostarczane im usługi.

Po raz kolejny trójkąt ukazuje nam alternatywę, którą warto będzie rozwijać w przyszłości – partnerstwa publiczno-społeczne.

Wraz z rosnącą ilością inicjatyw obywatelskich, biorących sprawy w swoje ręce, władze publiczne stoją przed wyzwaniem zmieniania się w państwo partnerskie, tak jak dzieje się to już w Bolonii czy Gandawie. Politycy nie patrzą się tam na swój okręg wyborczy jako na obszar, którym należy odgórnie zarządzać, ale jako społeczność obywatelek i obywateli kipiących pomysłami i doświadczeniem.

W Gandawie udało się im w obrębie sprzyjającego partycypacji klimatu opracować ideę „żyjących ulic”. Zdecydowali się je odzyskać poprzez wyrzucenie na miesiąc-dwa wszystkich samochodów. Lokalny samorząd podjął wszelkie możliwe działania na rzecz tego, by odbyło się to w bezpieczny i legalny sposób. Dzięki partnerstwom publiczno-społecznym możliwa staje się pozytywna eksploracja niedocenianych do tej pory rewirów trójkąta możliwości organizacji społecznej.

Instytucjonalna różnorodność na rzecz trwałych społeczności

Wraz z odżyciem idei dóbr wspólnych stało się jasne, że istnieje trzeci podstawowy sposób na rozwój i organizację społeczną. Opierając się na zasadzie autonomiczności kieruje się on własną logiką, skupiającą się na specyficznych formach relacji społecznych opartych na wzajemności oraz współpracy. Jest bardziej niż prawdopodobne, że nowe inicjatywy tyczące się dóbr wspólnych będą istotnym elementem transformacji w społeczno-ekologicznym kierunku.

Byłoby czymś niemądrym dążenie do pełnego „commonizmu”. Tak jak z komunizmem czy neoliberalizmem społeczeństwo kierujące się wyłącznie jednym z trzech podejść do organizacji nie jest w tanie dostosować się do skali stojących dziś przed nami wyzwań.

Mając ten fakt z tyłu głowy pamiętajmy, że stymulowanie i podtrzymywanie dóbr wspólnych wymaga aktywnego państwa, tworzącego nowe instytucje umożliwiające obywatelkom i obywatelom angażowanie się w projekty zmian w bezpieczny sposób – tak, by rozwijała się ich kreatywność i niezależność. Minimalny dochód gwarantowany mógłby (w połączeniu z innymi innowacjami) stanowić element tej gotowej na XXI wiek ramy bezpieczeństwa społeczno-ekologicznego.

Niepodważalna wartość ruchu na rzecz dóbr wspólnych tkwi w tym, że poszerza on instytucjonalną różnorodność społeczną, będącą jednym z kluczowych elementów ich odporności. To prawdopodobnie najważniejszy argument polityczny na ich rzecz. Na poziomie dyskusji o tym kim jesteśmy i jak się do siebie odnosimy wspiera ona podstawową ludzką umiejętność współpracy oraz troszczenia się o siebie i innych. Czego można chcieć więcej jak obywatelek i obywateli, używających swej wolności do brania przyszłości w swoje ręce?

Ich zaangażowanie nie ma sobie równych.

Artykuł „Institutional Diversity for Resilient Societies” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłum. Bartłomiej Kozek.

Prawo i Sprawiedliwość zdobyło władzę obietnicami dowartościowania pozostawionych na uboczu polskiej transformacji ekonomicznej. Pozory egalitarnej retoryki stoją w sprzeczności z pogardą, jaką darzy „liberalne elity” oraz rzekomych „lewaków”. (więcej…)

Jeśli Cele Zrównoważonego Rozwoju mają nabrać praktycznego znaczenia potrzebne jest pokazanie potencjału ich wpływu nie tylko na sytuację globalną, ale również na zmianę społeczną nad Wisłą. (więcej…)

Wywiad z Danijelą Dolenec, Hilarym Wainwrightem, Tomislavem Tomaševiciem, Michelem Bauwensem i Johnem Clarkem przeprowadzony przez Vedrana Horvata. (więcej…)

Profile_Image_zubr-520x200W odpowiedzi na niebezpieczną dla przyrody i środowiska politykę ministra środowiska Jana Szyszki zapraszamy na Marsz w Obronie Polskiej Przyrody. Spotykamy się 21 stycznia o godz.12 na ul. Agrykola w Warszawie, skąd przemaszerujemy pod Kancelarię Premiera.

Dlaczego to robimy? Bo zagrożenia dla Polskiej przyrody i środowiska są bardzo poważne:

1. Przyroda jako towar, dla myśliwych i leśników zamiast wspólnego dobra dla tych i przyszłych pokoleń. Polityka wobec przyrody i środowiska ministra Szyszki to nie są jakieś uchybienia czy korekty. Jest to celowe i kompleksowe działanie, aby doprowadzić do „Przyrody w ruinie”. Usprawiedliwieniem ma być ideowa koncepcja sprzeczna m.in. z apelem papieża Franciszka o ratowanie zagrożonego klimatu i ginącej  przyrody, zawartym w encyklice „Laudato Si”. Minister Szyszko, głosi, że przyroda to towar i zasób, który Bóg kazał człowiekowi eksploatować dla zaspokajania swoich egoistycznych potrzeb. Eksploatacja przyrody i środowiska ma służyć w szczególności władzy i bogaceniu się bliskich ministrowi i jego partii grup interesów: leśników, myśliwych, redemptorystów z ojcem Rydzykiem, oraz samego ministra i jego bliskich bez względu na skutki dla samej przyrody, środowiska, demokracji, zdrowia Polaków i losu przyszłych pokoleń.

2. Wyrok na Puszczę Białowieską, gdzie pod pozorem walki z kornikiem minister Szyszko szykuje masową wycinkę skarbu polskiej natury. Pod pozorem walki z gradacją kornika drukarza, naruszając kompromis wypracowany przez zespół powołany przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wbrew opinii Państwowej Rady Ochrony Przyrody, Komitetu Ochrony Przyrody PAN i naukowców przyrodników i ekologów z większości polskich uniwersytetów, mimo zastrzeżeń i ostrzeżeń UNESCO i Komisji Europejskiej, minister Szyszko zatwierdził masową wycinkę drzew w Puszczy Białowieskiej, znosząc ochronę ponad stuletnich drzewostanów.

3. Rzeczpospolita Myśliwska, czyli odstrzały żubrów i masakry dzików czy bobrów, oraz prawo dające myśliwym przywileje większe od innych obywateli i obywatelek. Minister Szyszko opracował projekt zmian w prawie łowieckim, który, jeśli zostanie przyjęty,  doprowadzi do znaczącego pogorszenia standardów ochrony dzikich zwierząt, odda w ręce myśliwych absurdalnie szeroki zakres uprawnień, zlekceważy fundamentalne prawa milionów właścicieli i właścicielek nieruchomości oraz uniemożliwi Polkom i Polakom korzystanie z uroków ojczystej przyrody. Ustawa ta, dotycząca nas wszystkich, w większości nie-myśliwych, została napisana pod dyktando osób, które uprawiają krwawe hobby polegające na zabijaniu zwierząt.

4. Dewastacja polskich drzew, na którą pozwala przegłosowana błyskawicznie i bez kontroli społecznej nowelizacja uchwały o ochronie przyrody. Przyjęte zmiany niosą ogromne zagrożenie dla polskich drzew w gminach i miastach. Osoba prywatna może odtąd wyciąć na swoim terenie bez żadnych formalności nawet dwustuletni dąb, jeżeli nie jest pomnikiem przyrody. Radykalna liberalizacja przepisów skazuje drzewa na niekontrolowaną wycinkę, a mieszkańców i mieszkanki Polski na życie na betonowej pustyni, ogromne zanieczyszczenie powietrza, czy zwiększone narażenie na susze i powodzie.

5. Antyekologiczna dyktatura PiS, które podporządkowało swojemu rządowi niezależne dotąd instytucje chroniące środowisko oraz chce odebrać obywatelom i obywatelkom prawo do współdecydowania o środowisku. Minister Szyszko prowadzi politykę konsekwentnego przejmowania lub likwidacji demokratycznych instytucji i procedur kontrolnych, mających chronić przyrodę i zapewnić obywatelom i obywatelkom prawo do czystego i zdrowego środowiska.

6. Klimat dla smogu, czyli likwidacja programów antysmogowych oraz oparta na węglu polityka klimatyczna, która zrobi z Polski energetyczny skansen Europy. Minister Szyszko jest zagorzałym klimatosceptykiem, pod jego kierownictwem Polska prowadzi katastrofalną dla planety, Polek i Polaków politykę klimatyczną i energetyczną, będącą źródłem wielkich strat finansowych oraz licznych chorób i zgonów. W podlegającym mu Narodowym Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej rozmontował programy na rzecz ochrony powietrza KAWKA i RYŚ, a także zlikwidował zespół kompetentnych ludzi.  Wreszcie Ministerstwo Środowiska blokuje sensowne skądinąd rozporządzenie o jakości kotłów, przygotowane przez Ministerstwo. Rozwoju

7. Zamach na polskie wody, którego może dokonać przekształcanie rzek w kanały, budowa zapór na rzekach oraz przekop Mierzei Wiślanej. Minister Szyszko wspiera przygotowane przez Ministerstwo Żeglugi i Gospodarki Morskiej wielkie plany rozwoju żeglugi śródlądowej na Odrze i Wiśle oraz połączenie obydwu rzek kanałem. Gdyby zostały zrealizowane, Odra i Wisła stałyby się skanalizowanymi drogami wodnymi IV klasy. Szkody, które przyniosłoby zupełne przekształcenie rzek w kanały żeglowne, byłyby niewspółmierne wobec obiecywanych wątpliwych zysków. Przyniosłyby znaczne zwiększenie zagrożenia powodziowego, również skutków suszy, straty gospodarcze, powiększenie deficytu budżetowego, potencjalne konflikty o wodę, wreszcie dewastację polskiej przyrody o europejskim znaczeniu.

Wszystkie zmiany, katastrofalne dla polskiej przyrody, środowiska, i rzek, wprowadzane są z cynizmem i arogancją, łamiąc prawo unijne i międzynarodową Konwencję z Aarhus, które gwarantują obywatelom i obywatelkom współudział w decyzjach dotyczących ich środowiska życia.

Dlatego czas na masowy protest!

żródło: Partia Zieloni

Wydarzenie na Facebooku: https://www.facebook.com/events/152531221901509/

Petycja o odwołanie Jana Szyszki: http://marszdlaprzyrody.pl/#petycja

15873123_10154405762987695_5126831634794813593_n

Od marca tego roku plemię Siuksów ze Standing Rock w Północnej Dakocie zażarcie protestuje przeciwko projektowi przeprowadzenia rurociągu w sąsiedztwie indiańskiego rezerwatu, argumentując, że projekt ten zagraża zarówno ich dostępowi do wody pitnej oraz miejscom kultu.

Protest ten urósł do rangi wielkiej narracji, który zawiera w sobie wszystko: od długiej historii haniebnego traktowania rdzennych Amerykanów przez rząd federalny, aż po o wiele szersze kwestie, takie jak bezpieczeństwo szczelinowania czy zmiana klimatu. Przez całe lato sprawa zataczała coraz szersze kręgi wśród Indian z innych szczepów, a także aktywistów i obrońców środowiska z całego kraju. Jednocześnie trwały starcia lokalnych władz z protestującymi.

W październiku rozpoczęły się starcia, gdy członkowie plemienia zajęli teren prywatny wzdłuż planowanej trasy rurociągu, podkreślając, że został on im przyznany na mocy traktatu z rządem amerykańskim z 1851 r. i następnie bezprawnie odebrany. W odpowiedzi policja rozpędziła tłum przy pomocy broni na gumowe naboje, gazu pieprzowego i armatek wodnych, aresztując w sumie 141 osób.

Pod koniec listopada starcia przybrały na sile, a stróże prawa użyli wobec protestujących armatek wodnych przy temperaturze bliskiej zeru, przez co blisko 26 osób trafiło do szpitala ze złamaniami i oznakami wychłodzenia.

Równolegle walka przeciwko rurociągowi toczy się także na sali sądowej, gdzie protestujący mają nadzieję spowolnić lub całkowicie zablokować projekt.

Czym jest rurociąg Dakota Access?

 

Dakota Access, spółka zależna teksańskiej firmy Energy Transfer Partners, po raz pierwszy przedstawiła plan budowy rurociągu w 2014 roku. Jego realizacja pozwoliłaby na przesyłanie 450 tysięcy baryłek ropy dziennie z pól naftowych w Bakken w Północnej Dakocie do Illinois, skąd mogłyby być wysyłane statkami do rafinerii i przetwarzane w paliwo. Rurociąg miał się ciągnąć 2000 kilometrów i kosztować ok. 3,8 miliardów dolarów.

Z biznesowego punktu widzenia przedsięwzięcie jest uzasadnione. Od późnych lat 2000 ropa wydobywana jest metodą szczelinowania, która pozwoliła na eksploatację nowych złóż roponośnych w skałach łupkowych Północnej Dakoty. Wydobycie rosło i stan stał się jednym z epicentrów łupkowego boomu naftowego.

Wszystko to wydarzyło się tak szybko, że istniejące rurociągi nie wystarczyły, aby przetransportować całą nową ropę na rynek. Setki tysięcy baryłek dziennie są więc przewożone koleją, co jest nie tylko kosztowne, ale także niebezpieczne ze względu na ryzyko wykolejenia i wybuchu. Firmy naftowe nad pociągi przedkładają tańsze na dłuższą metę i cichsze rurociągi, zwłaszcza od kiedy ceny ropy spadły, a wraz z nimi zyski.

Dlaczego rurociąg Dakota Access jest tak kontrowersyjny?

 

Rurociągi są wprawdzie mniej podatne na wypadki niż pociągi, zdarza się im jednak przeciekać, z jeszcze bardziej katastrofalnym skutkiem dla otoczenia. Dlatego już od późnego roku 2014 farmerzy ze stanu Iowa wnosili pojedyncze skargi na planowaną trasę.

Jednak póki co najsilniejszy sprzeciw wyrósł w Północnej Dakocie, na odcinku rurociągu, który ma przebiegać na północ od Hrabstwa Sioux i zamieszkałego przez ponad 8 tysięcy osób rezerwatu Indian Standing Rock. Pokazuje to poniższa mapa.

Carl Sack/northlandia.wordpress.com

Carl Sack/northlandia.wordpress.com

Od miesięcy Siuksowie z rezerwatu Standing Rock akcentują swoje dwa główne zastrzeżenia:

Po pierwsze rurociąg ma przebiegać dokładnie pod dnem rzeki Missouri na Jeziorze Oahe, pół mili na północ od granicy rezerwatu. Wyciek ropy spowodowałby natychmiastowe zanieczyszczenie głównego źródła wody pitnej dla jego mieszkańców. Przedstawiciele plemienia podkreślają, że Dakota Access pierwotnie zaplanowała trasę bardziej na północ, powyżej Bismarck, ale zmieniła ją, częściowo ze względu na bliskość ujęć wody pitnej dla stolicy stanu.

Po drugie, rurociąg ma przebiegać przez pas ziemi tuż nad północną granicą rezerwatu, gdzie znajdują się historyczne miejsca kultu oraz pochówku Indian. Wprawdzie teren ten nie leży w granicach rezerwatu, ale Siuksowie twierdzą, że został on im bezprawnie odebrany ponad 150 lat temu. I że maszyny i prace budowlane mogą zniszczyć te kulturowo ważne miejsca.

Plemię domaga się zmiany trasy rurociągu. Dakota Access ze swej strony zapewnia, że prace budowlane prowadzone będą z użyciem „nowej zaawansowanej technologii”, która ogranicza ryzyko wycieków, oraz z dbałością o ochronę ważnych kulturowo miejsc.

U podłoża konfliktu leży idea „suwerenności plemienia”: rząd Stanów Zjednoczonych powinien utrzymywać z rdzennymi mieszkańcami relacje partnerskie, nie zaś traktować ich jak poddanych. Siuksowie ze Standing Rock powołują się na prawo federalne, które nakazuje, aby strona rządowa odbyła z plemieniem szerokie konsultacje w sprawie, czego nie zrobiła. Plemię Siuksów w sądzie reprezentuje pozarządowa organizacja Earthjustice, która na swojej stronie internetowej tak uzasadnia pozew:

27 lipca 2016 r. plemię Siuksów z Północnej Dakoty reprezentowane przez Earthjustice wniosło pozew przeciwko Korpusowi Inżynieryjnemu Armii Stanów Zjednoczonych, oskarżając go o pogwałcenie Narodowego Aktu Ochrony Dziedzictwa Historycznego (ang. National Historic Preservation Act) oraz innych praw przy wydawaniu ostatecznej zgody na wyznaczenie trasy rurociągu z Północnej Dakoty do Illinois.

W pozwie wniesionym do sądu federalnego w Waszyngtonie Korpus oskarżony jest o całkowite zignorowanie wątpliwości członków plemienia oraz zagrożenia, jakim budowa rurociągu może stać się dla miejsc kultu i obszarów cennych krajobrazowo. Rurociąg ma przebiegać przez prastare ziemie plemienne i pół mili od granicy obecnego rezerwatu.

Pozwolenie wydane przez Korpus inżynieryjny umożliwia firmie naftowej wykopanie rurociągu pod dnem rzeki Missouri tuż przy granicy z rezerwatem i plemiennymi zasobami wody pitnej. Wyciek ropy w tym miejscu stanowiłby śmiertelne zagrożenie dla kultury i sposobu życia członków plemienia.

Prace nad rurociągiem były zaawansowane w 75%, kiedy napotkały przeszkody. Earthjustice wnioskowało o sądowy nakaz tymczasowego wstrzymania budowy i 24 sierpnia 2016 r. odbyło się wysłuchanie wniosku w Sądzie Rejonowym Dystryktu Columbia.

Wkrótce potem (3 września) Dakota Access wprowadziła buldożery i rozpoczęła prace na odcinku rurociągu, na którym znajdują się historyczne tereny pogrzebowe Sjuksów, co zostało powszechnie odebrane jako próba obejścia postępowania sądowego przez politykę faktów dokonanych. Protestujący próbowali powstrzymać buldożery i w sieci dostępne są filmy, na których widać prywatnych ochroniarzy traktujących ludzi gazem pieprzowym i szczujących psami.

Pięć dni później gubernator Północnej Dakoty Jack Dalrymple postawił w stan gotowości Gwardię Narodową, na wypadek, gdyby służby porządkowe potrzebowały wsparcia.

Przez całą jesień walka, zarówno ta wręcz, jak i na sali sądowej, przybierała na sile.

9 września wniosek o tymczasowe wstrzymanie prac został uchylony, ale jeszcze tego samego dnia administracja prezydenta Obamy zakazała Korpusowi inżynieryjnego wydania ostatecznej zgody na budowę wokół Jeziora Oahe do czasu ponownego rozważenia kontrowersyjnego odcinka trasy leżącego najbliżej rezerwatu.

2 listopada, wśród nieustających protestów, Obama oświadczył, że władze szukają możliwości innego poprowadzenia rurociągu. Dodał: „Zamierzamy dać sobie kilka dodatkowych tygodni, aby stwierdzić, czy sprawa może zostać rozwiązana z atencją, którą uważam za właściwą w stosunku do tradycji pierwszych Amerykanów”.

W niedzielę 4 grudnia Korpus inżynieryjny Armii Stanów Zjednoczonych oświadczył, że nie wyda zezwolenia firmie Dakota Access na budowę rurociągu pod dnem rzeki Missouri przez Jezioro Oahe, bezterminowo powstrzymując kontrowersyjny projekt do czasu zbadania alternatywnych tras dla rurociągu. Korpus wydał oświadczenie, w którym stwierdza, że „chociaż trwa nieustająca dyskusja i wymiana nowych informacji z plemieniem Siuksów ze Standing Rock oraz firmą Dakota Access, już teraz widać, że przed nami jeszcze sporo pracy”. Zdaniem Jo-Ellen Darcy, Wicesekretarza Armii do spraw cywilnych: „Odpowiedzialne i sprawne wykonanie tej pracy oznacza poszukiwanie alternatywnych tras dla rurociągu”.

Korpus inżynieryjny zbada wpływ przedsięwzięcia na środowisko, jak również alternatywne trasy dla rurociągu, potwierdzili przedstawiciele plemienia w swoim własnym oświadczeniu. „Plemię Siuksów ze Standing Rock i wszyscy Indianie będą na zawsze wdzięczni administracji Obamy za tę historyczną decyzję”, powiedział przywódca plemienia, Dave Archambault.

Tymczasem Dakota Access ze swej strony liczy na to, że kiedy Donald Trump obejmie urząd, da projektowi zielone światło. Prezes Zarządu firmy Energy Transfer Partners, która stoi za projektem rurociągu Dakota Access, wsparł Trump Victory Fund kwotą 100 000 dolarów (sam zaś Trump prawdopodobnie posiadał udziały w Energy Transfer Partners wartości 500 000 dolarów, choć jego rzecznik powiedział Washingotn Post, że odsprzedał je minionego lata).

Jan Hasselman, prawnik reprezentujący Siuksów, ostrzega że, chociaż nowina sama w sobie jest radosna, druga strona może się odwoływać: „Mogą [Energy Transfer Partners] się odwołać, a Trump może próbować to odwrócić”, powiedział Hasselman, „ale wszystko to będzie odbywać się pod ścisłym nadzorem sądu, a i my sami będziemy uważnie obserwować nową administrację”.

Pojawiają się także głosy jeszcze ostrożniejsze: „To trik. To kłamstwo. Póki całkowicie nie przestaną wiercić, nic się nie zmieni” – mówi Frank Archambault, członek plemienia Siuksów ze Standing Rock, który w sierpniu przeniósł do obozu protestujących całą swoją rodzinę. „Wszyscy musimy zostać na miejscu. (…) Przez tyle czasu okłamywano nas i oszukiwano – mówi – dlaczego tym razem miałoby być inaczej?”

Zdajemy sobie sprawę, że Dakota Access może się odwołać” – mówi Danny Grassrope, członek plemienia Lower Bruce Sioux. „Wygraliśmy bitwę, ale nie wojnę”. Dodaje, że plemiona się nie poddadzą: „To jeszcze nie koniec. To tylko początek czegoś niesamowitego.”

Standing Rock, 4 grudnia 2016 Foto: Dark Sevier/Flickr/Creative Commons

Standing Rock, 4 grudnia 2016 Dark Sevier/Flickr/Creative Commons

Zwycięstwo w Standing rock może być punktem zwrotnym?

 

Walka w Standing Rock od początku miała znamiona czegoś więcej. Więcej niż protesty w obronie praw mniejszości, więcej niż działanie proekologiczne.

Zdaniem Billa McKibbena:

To nie był standardowy lobbing proekologiczny, ani też typowy protest, chociaż miał znamiona i jednego, i drugiego (prawnicy wnieśli sprawę na wokandę sądową, aktywiści zablokowali brzegi rzeki). Jednak u jego podstaw, w ogromnym obozie, który rozrósł się wzdłuż brzegów rzeki, legł sprzeciw duchowy.

Protestujący nazwali siebie samych „strażnikami wody” (ang. water protectors), a ich przywódca, głowa plemienia Siuksów ze Standing Rock, David Archambault, nalegał, żeby obozowisko nad Rzeką Cannonball było przede wszystkim miejscem modlitw, i faktycznie nie sposób było przejść się po nim, by nie wpaść na kręgi bębnów i święte ogniska.

W rezultacie na światło dziennie wydobyły się całe epoki smutnej amerykańskiej historii. Kiedy Indian siedzących naprzeciwko buldożerów w próbie obrony grobów swych przodków atakowały psy, ożywały obrazy z Birmingham w Alabamie z 1963 (antydyskryminacyjna kampania czarnoskórych Amerykanów pod wodzą Martina Luthera Kinga, obfitująca w brutalne starcia z białymi przedstawicielami władzy). Ale pójdźmy dalej: sam obóz, ze swoimi tipi i dymem z ognisk unoszącym się nad doliną, wyglądał, jakby ożył obraz z 1840 roku. Z tą różnicą, że nie było na nim tylko jednego plemienia, ale niemal wszystkie plemiona północnej Ameryki. Wzdłuż głównej drogi wjazdowej powiewały flagi ponad 200 indiańskich narodów Ameryki. Zewsząd napływali inni Amerykanie, przyciągnięci być może wstydem za tę część swego dziedzictwa, włączając tysiące weteranów wojennych armii Stanów Zjednoczonych, którzy przybyli pomóc tym, którzy walczą o lepszy świat, nie podporządkowujący się dyktatowi pieniądza.

Autochtoni są najlepszymi organizatorami na świecie – byli kluczem do każdej zmiany, począwszy od rurociągu Keystone XL, skończywszy na walce przeciwko uruchomieniu w Australii największej na świecie kopalni węgla. Jeśli uda nam się spowolnić samobójczą pogoń w spalaniu paliw kopalnych zanim upieczemy planetę, grupy takie jak Indigenous Environmental Network czy Honor to Earth będą w tym miały niemały udział. W tej chwili na przykład, grupa Canada’s First Nations przygotowuje się do akcji „Standing Rock North” wzdłuż planowanej trasy dwóch kontrowersyjnych rurociągów kanadyjskich. Ale w Dakocie udało się uzyskać coś naprawdę wyjątkowego: nie tylko sprzeciwić się konkretnemu przedsięwzięciu, ale także zbudować nową zjednoczoną siłę, która, moim zdaniem, przetrwa. Możliwe, że przetrwa nawet nową administrację Trumpa”.

Trudno powiedzieć, jak skończy się protest w Standing Rock. Idzie zima, a protestujący muszą znosić coraz cięższe warunki. Dave Archambault uważa, że walka przeniesie się teraz do sal sądowych, przeciwko administracji Trumpa i potentatom naftowym.

Lecz wielu ‘obrońców wody’ nie chce opuścić miejsca walki.„Zostajemy. Nie ruszamy się. Nigdzie stąd nie pójdziemy.”, powiedziała The Guardian Ladonna Bravebull, założycielka Obozu Świętej Skały.

Agata Usidus-Staręga na podstawie:\

źródło: Ziemia na Rozdrożu

 

W ramach pierwszego epizodu z cyklu „Z Zielonym przez Skype’a” przeprowadziłem wywiad z Adamem Ostolskim, doktorem nauk humanistycznych w zakresie socjologii, tłumaczem, członkiem zespołu „Krytyki Politycznej” i „Zielonych Wiadomości”, a w latach 2013–2016 jednym z dwojga przewodniczących Partii Zieloni. Adam Ostolski publikował m.in. w „Res Publice Nowej”, „Odrze”, „Więzi” czy „Przekroju”. Podczas rozmowy poruszyliśmy temat klęski lewicy w wyborach parlamentarnych, oceniliśmy dotychczasową politykę rządu, miejsce Partii Zieloni w opozycji, a także nastawienie środowisk lewicowych do KOD-u, po tym jak ujawniono faktury Mateusza Kijowskiego.

Ksawery Tyzo: Lewica nie znalazła się w sejmie 8. kadencji. Co według pana zadecydowało o wyniku wyborów? 

Adam Ostolski: O wyniku wyborów, czy o tym, że lewica nie znalazła się w sejmie?

KT: O tym i o tym, tak naprawdę. 

AO: O tym, że ani Zjednoczona Lewica, ani Partia Razem nie weszły do sejmu, zadecydowało szereg czynników. Moim zdaniem najważniejszym z nich było pojawienie się partii Nowoczesna, która skutecznie zagospodarowała znaczną część niezadowolonych wyborców Platformy Obywatelskiej i zabrała te głosy, które w przeciwnym wypadku odpłynęłyby w stronę partii czy koalicji lewicowych. To jeden jeden z wielu powodów. Pewnie każdy, w zależności od tego jaką opowieść będzie chciał czy chciała budować o tych wyborach w 2015 roku, wskaże na odmienne czynniki, które na tym zaważyły. Ja chciałbym podkreślić, że uważam, że na niewejściu żadnej z obu lewicowych list do sejmu nie zadecydowała konkurencja między Partią Razem a koalicją Zjednoczonej Lewicy. Sądzę, że nie był to ani czynnik decydujący, ani istotny.

A jeśli byśmy rozmawiali szerzej dlaczego Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory uzyskując w dodatku bezwzględną większość w parlamencie, to myślę, że PiS było jedną z tych partii, które dobrze rozpoznały emocje społeczne, a te w roku 2015 dotyczyły potrzeby zatrzymania czegoś, co ludzie odbierali jaki dryf cywilizacyjny; jako brak państwa, które miałoby pewną strategię i kierunek rozwoju. W związku z tym była potrzeba, żeby widzieć kogoś za sterem, kogoś kto ma jakąś propozycję i wolę, by ją realizować. Na tę potrzebę najlepiej odpowiadało PiS, Ryszard Petru z Nowoczesnej oraz Partia Razem. Natomiast Platforma Obywatelska mimo że w ostatnim roku swoich rządów wprowadziła szereg dobrych rozwiązań: korzystne zmiany w prawie pracy, w polityce społecznej, a nawet, pod sam koniec kampanii, zaproponowała sensowne zmiany w systemie podatkowym, to jednak było to odbierane jako chaotyczne, nieskoordynowane i prędzej wynikające z poczucia słabości niż poczucia, że się wie dokąd się idzie.

KT: A co Prawo i Sprawiedliwość, jak dotąd, za swoich rządów, zrobiło dobrze, a co źle?

AO: Tak naprawdę to po obu stronach byłaby to długa lista, choć oczywiście musimy pamiętać, że nie jest tak, że można wymieniać „plusy dodatnie” i „plusy ujemne”. Wszystko o czym mówimy odbywa się w kontekście niszczenia instytucji państwa, niszczenia pewnego porządku politycznego – demokratycznej kultury opartej na szacunku dla przeciwnika i instytucji, dzięki którym partie mogą się zmieniać u steru, a państwo jednak trwać. Mimo, że te działania wzmacniają samowolę czy zdolność narzucania swojego zdania przez partię rządzącą, to moim zdaniem bardzo mocno osłabiają państwo i wewnętrznie, i zewnętrznie. Państwo jako coś szerszego niż własność jednej partii politycznej. Dopiero w tym kontekście można mówić o plusach i minusach polityki rządu Beaty Szydło.

KT: Los lewicy w następnych wyborach w dużej mierze zależy od jej działaczy. Co politycy lewej strony w najbliższym czasie powinni robić, by zdobyć poparcie wśród Polaków?

AO: To jest bardzo ważne pytanie. Dotyka ono tak naprawdę największego problemu intelektualnego całej opozycji, w tym również opozycji lewicowej. Pierwszym wyzwaniem jest zrozumienie tego, że w pewnych kwestiach cała opozycja i liberalno-konserwatywna, i lewicowo-zielona, powinna ze sobą współpracować. To są takie kwestie jak wolność zgromadzeń czy Trybunał Konstytucyjny. Ta gotować do współpracy powinna być ważniejsza niż różnice polityczne czy dawne grzechy niektórych z tych formacji opozycyjnych. Natomiast druga sprawa to jest zrozumienie, że nie jest tak, że cała opozycja musi mieć jedno zdanie w każdym temacie, a przede wszystkim nie jest tak, że w każdej sprawie należy sprzeciwiać się temu, co robi rząd.

To łączy się z pana poprzednim pytaniem o to jakie są osiągnięcia PiSu. Na pewno takim osiągnięciem, którym Prawo i Sprawiedliwość się chwali i będzie chwaliło jest Program 500+, który prawdopodobnie zupełnie wyeliminuje skrajne ubóstwo wśród dzieci – to są dane szacunkowe Banku Światowego. Opozycja liberalno-mainstreamowa jest odruchowo przeciwna temu projektowi przede wszystkim dlatego, że wprowadza go rząd. Stąd różne hasła o „rozdawnictwie” czy sprzedawaniu wolności za 500 zł. I tu właśnie widać do czego potrzebna jest lewicowa opozycja. Może ona rozbić tę polaryzację na dwa obozy, w której rządowi zależy na tym, żeby w jednym pakiecie sprzedać niszczenie Trybunału Konstytucyjnego i program 500+. Znaczna część opozycji liberalno-konserwatywnej biegnie za tym, co rzuci jej rząd i przyjmuje ten pakiet – mówi, że rząd niszczy Trybunał Konstytucyjny i wprowadza 500+, i można odnieść wrażenie, że obie te rzeczy są niemalże równie złe.

Teraz, moim zdaniem, tylko opozycja lewicowa może długofalowo zagrozić rządom PiSu, ponieważ, wracając z kolei do pana pierwszego pytania, rząd Prawa i Sprawiedliwości wygrał dzięki pewnej obietnicy i ciągle tę obietnicę najlepiej reprezentuje w oczach swoich wyborców. Żeby zagrozić samowoli PiSu czy jego całkowitej dominacji, trzeba zaproponować lepszą obietnicę i pójście dalej z tym, czego ludzie chcą i oczekują. Trzeba zobaczyć gdzie PiS rozpoznał potrzeby społeczne, oddzielić to od tego, gdzie realizuje on swoje zapędy do dominowania i niszczenia tkanki instytucjonalnej państwa i próbować pokazywać, że ta obietnica, którą dziś reprezentuje PiS, może być reprezentowana lepiej, ciekawiej, głębiej i przede wszystkim trwalej przez lewicowe siły opozycyjne.

KT: Do następnych wyborów lewica powinna podejść jako koalicja wyborcza, czy tym razem osobno?

AO: Do następnych wyborów jeszcze pozostało trochę czasu – trudno powiedzieć, nawet nie wiemy jaka będzie ordynacja wyborcza. Natomiast jednej rzeczy jestem pewien, lewicowe partie nie powinny iść do następnych wyborów w koalicji z liberalnym centrum czy konserwatywną częścią opozycji. Wyborcom trzeba przedstawić przynajmniej 2 opozycyjne propozycje. Jedną reprezentowaną przez Platformę Obywatelską czy Nowoczesną i drugą reprezentowaną przez siły zielone i lewicowe. To, w jakiej formule będą będą startować, to jest kwestia przyszłości. Jest bardzo prawdopodobne, że Prawo i Sprawiedliwość zmieni ordynację wyborczą na ordynację mieszaną, najpewniej wg modelu węgierskiego, bo on jest najbardziej korzystny dla partii rządzącej. Wówczas będzie możliwość nie tylko rozmawiania o listach wyborczych obsadzanych w sposób proporcjonalny, ale również pojawi się możliwość taktycznych porozumień w okręgach jednomandatowych, czyli np. niewystawiania konkurujących ze sobą kandydatów lewicowych.

To jest rozdział, który musimy zostawić otwarty. Na dziś najważniejsze jest rozpoznanie intelektualnego wyzwania, jakie stoi przed wszystkimi partiami lewicowymi, to znaczy wyzwania bardzo stanowczej krytyki rządu tam, gdzie uderza on w podstawowe demokratyczne instytucje. Również bardzo stanowczej krytyki rządu wtedy, kiedy prowadzi on politykę sprzeczną z lewicowymi wartościami, np. popisując umowę CETA o wolnym handlu z Kanadą, ale jednocześnie nie tworząc opozycji totalnej, która sprzeciwiałaby się wszystkiemu, co robi ten rząd, ale raczej opozycję merytoryczną, która przede wszystkim odnosi się do swojego własnego programu i wartości, i w ich świetle ocenia to, co się dzieje. Wtedy, kiedy będziemy świadomi tej kwestii, to również rozmowy o formułach startu wyborczego staną się dużo prostsze i rozwiązania, które będą potrzebne, będą oczywiste wtedy, w momencie kiedy przyjdzie pora podejmowania takich decyzji.

KT: Część ugrupowań lewicowych uczestniczyło w marszach Komitetu Obrony Demokracji. Jestem ciekawy jak teraz zapatrują się na KOD po tym jak Onet i Rzeczpospolita ujawniły faktury Mateusza Kijowskiego.

AO: Faktury Mateusza Kijowskiego nie zmieniają wartości demonstrowania w obronie Trybunału Konstytucyjnego czy w obronie prawa do zgromadzeń i nie unieważniają też pracy wielu działaczy i działaczek KODu, zwłaszcza w regionach poza Warszawą, którzy angażują się bardzo ideowo w obronę demokratycznych standardów. Trzeba też powiedzieć, że z KODem w obecnej formule problem jest głębszy niż kilka faktur Mateusza Kijowskiego. To jest problem dryfu ideowego, który był najbardziej widoczny w listopadzie, kiedy to Mateusz Kijowski potępił ruch antyfaszystowski i zapowiedział, że w następnym roku chce maszerować wspólnie z nacjonalistami. To wskazuje bezradność wobec panującej sytuacji, ale również to, że przynajmniej część liderów KODu nie trzyma się tego, co powinno być istotą Komitetu Obrony Demokracji, czyli obrony demokratycznego minimum i zaczyna mieć szersze czy inne ambicje typu budowanie jedności narodowej, co moim zdaniem nie powinno być zadaniem KODu.

Gdyby spojrzeć na to w perspektywie ponad roku funkcjonowania Komitetu Obrony Demokracji, to można powiedzieć, że miał on swoje mocne punkty właśnie wtedy, gdy wspólnie broniliśmy Trybunału Konstytucyjnego i wolności zgromadzeń. Miał też punkty słabe takie jak mobilizowanie ludzi do „solidarności” z Lechem Wałęsą czy propagowanie postaci Romana Dmowskiego jako jednego z patronów polskiej niepodległości. Sądzę, że czymś, co również się KODowi nie udało, jest rozsądne ułożenie współpracy z partiami politycznymi i znalezienie swojego odrębnego miejsca jako opozycyjny ruch społeczny w świecie, w którym jednak to partie uprawiają politykę. Sądzę, że warto było i nadal warto bronić demokracji wspólnie z KODem czy z każdą inną organizacją, która będzie chciała tej demokracji bronić, wszak to nie znaczy, że należy się podpisywać pod wszystkim, co jest pod szyldem KODu czynione, bo czasem są to rzeczy wybitnie niemądre. Dlatego też bardzo się cieszę, że Partia Zieloni, której jestem członkiem, współpracowała z KODem bardzo blisko, ale jednocześnie cieszę się, że w momencie, w którym przywódcy KODu zaczęli tracić pewien ideowy kompas, Zieloni zachowali na tyle przytomności, żeby się od nich odciąć.

Mam jeszcze jedną refleksję, mianowicie jeśli mówimy o opozycji i o ewentualnej współpracy wszystkich sił przeciwko PiSowi, to ona miałaby sens, gdyby opozycja obok minimum liberalno-demokratycznego zachowała również pewne minimum socjaldemokratyczne, czyli związane z programami pomocy społecznej, prawami pracowniczymi i akceptacją tego, że demokracja to nie tylko niezależne organizacje pozarządowe, ale też silne związki zawodowe. Gdyby takie socjaldemokratyczne minimum zostało przyjęte przez całą opozycję, wtedy można by powiedzieć, że budowanie szerokiego frontu od Platformy Obywatelskiej, po Zielonych i dalej, miałoby sens. Wydaję się jednak, że ta liberalna opozycja nie jest gotowa pogodzić się z tym, że bez socjaldemokratycznego minimum nigdy nie pokonają PiSu. Cały czas sądzą, że słupki, które oglądają w sondażach coś znaczą albo że wyścig o to, kto będzie liderem opozycji niesie ze sobą jakąś treść. Dlatego KOD jako formuła opozycyjności włączającej wszystkie wątki, nie tylko obrony demokracji, nie mógł i nie może się sprawdzić.

W tych kwestiach, które są ważne dla lewicy, a nie są ważne dla liberałów, np. wspomniane już przeze mnie porozumienie o wolnym handlu z Kanadą, zdecydowanie lewica musi działać osobno i osobno uderzać w rząd, bo to również jest punkt, w którym może być on kruchy. Bardzo wielu wyborców Prawa i Sprawiedliwości, zwłaszcza na obszarach wiejskich, jest przerażonych umową CETA i teraz jeśli oni byliby postawieni w takiej sytuacji, że po jednej stronie mają PiS, który daje im pewne rzeczy, na których im zależy, ale jednocześnie narzuca CETA, a po drugiej stronie mają opozycję totalną, która akurat w kwestii CETA jakimś dziwnym trafem zgadza się z rządem, to jest jasne, że tacy ludzie będą popierać PiS. Natomiast jeśli będą mieli oni trzecią siłę, która powie „jesteśmy przeciwko arogancji tego rządu, kolesiostwu, nepotyzmowi i niszczeniu instytucji, a jesteśmy też przeciwko CETA i za obroną polskiego rolnictwa”, to wtedy tacy ludzie będą mieli wybór. Nie powiem, że wybiorą lewicę, bo tego jeszcze nie wiemy, ale przynajmniej będą mieli rozsądne spectrum, w którym będą mogli podejmować racjonalne decyzje.

KT: Był pan współprzewodniczącym Partii Zieloni. Jak ocenia pan jej kondycje? Czy jest w stanie zamieszać na polskiej scenie politycznej?

AO: Tak. Uważam, że Zieloni mają swoją rolę do odegrania ze względu na wyjątkową pozycję wobec zachodzących zdarzeń. Z jednej strony bezpardonowo krytykujemy Prawo i Sprawiedliwość i jesteśmy gotowi współpracować bardzo szeroko w obronie demokratycznego państwa prawa, a z drugiej jednocześnie mamy swój zestaw wartości w świetle których krytykujemy też partie opozycji. Ponieważ Zieloni istnieją już od wielu lat, niejednokrotnie krytykowaliśmy np. Platformę Obywatelską za ograniczanie wolności zgromadzeń, za zwiększanie inwigilacji, za areszty wydobywcze czy za ataki na niezależność mediów, więc w sytuacji, kiedy ktoś popierający rząd pyta „A gdzie wy byliście, kiedy Platforma Obywatelska robiła to samo, co teraz robi PiS?”, to my możemy odpowiedzieć „Tak, właśnie wtedy uderzaliśmy na alarm, krytykowaliśmy, ostrzegaliśmy, że to nie doprowadzi do niczego dobrego”. Zdolność szerokiej, merytorycznej współpracy i wiarygodnej krytyki Prawa i Sprawiedliwości za naruszanie tych samych standardów, które na inną skalę, ale jednak, naruszała Platforma Obywatelska, sprawia, że Zieloni mają wyjątkowe miejsce i też wyjątkową zdolność budowania mostów miedzy tą częścią opozycji, która zawsze chce się trzymać osobno, a tą częścią opozycji, również lewicowej, która jest bardziej nastawiona na współpracę w ramach szerokiego nurtu antyrządowego.

Oczywiście, o czym nie można tutaj nie wspomnieć, Zieloni to też pakiet postulatów związanych z ekologią, ochroną środowiska, trwałym rozwojem, zdrowiem publicznym. To są kwestie praw zwierząt, ochrony lasów i czystego powietrza, które nie są tak ważne dla wielu innych sił opozycyjnych, a jednocześnie są jedną z najczarniejszych kart działalności rządu Prawa i Sprawiedliwości. Np. w Ministerstwie Środowiska jest teraz przygotowywana nowelizacja ustawy o ochronie środowiska, która faktycznie ma wykluczyć udział obywateli i obywatelek w postępowaniach środowiskowych. To pozbawi głosu ludzi, którym koło nosa rząd będzie chciał postawić jakieś szkodliwe dla zdrowia inwestycje. Ponieważ jesteśmy na to szczególnie wyczuleni, mamy merytoryczne kompetencje do tego, by o tym rozmawiać, to możemy uderzać w politykę tego rządku w punkcie, w którym inne partie i środowiska niekoniecznie są tak dobrze zorientowane.

KT: Czy według pana możliwa jest koalicja popularnej ostatnio Partii Razem i Zielonych?

AO: Możliwa? Tak, na pewno jest możliwa, niemniej myślę, że jest jeszcze za wcześnie, by tworzyć takie układy. Na pewno dobrze byłoby budować współpracę i to jeszcze szerzej niż tylko Zieloni i Razem. Myślę na przykład o Inicjatywie Polskiej mającej lewicowy program czy o Inicjatywie Feministycznej, która również może być elementem takiej lewicowo-zielonej układanki. Jednak nie skupiałbym się teraz na rozmowach o koalicji czy sprawach technicznych, a raczej skoncentrowałbym się na przeanalizowaniu w jaki sposób możemy współpracować dla dobra Polski i dobra ludzi, których reprezentujemy, w bieżących i konkretnych działaniach tu i teraz.

KT: Dziękuję bardzo za wywiad.

AO: Również dziękuję.

Tropienie wilków (Canis lupus L.) to emocjonująca przygoda, każdy kto miał okazję znaleźć ich ślady, wie o czym mówię. Podążanie tropami odciśniętymi w śniegu odtwarza nam przebieg ostatniego dnia lub nawet kilku dni z życia wilczej rodziny. W jakim celu chodzi się za wilkami, czego możemy się z tych wypraw dowiedzieć? Wszystko zależy od intencji tropiciela.

Przed 1998 rokiem, kiedy wilka objęto ochroną gatunkową w całym kraju, główną intencją tropicieli było upolowanie tego drapieżnika. Wilk nie mógł czuć się bezpiecznie. W latach 50-tych XX w. przeprowadzono tzw. „akcję wilczą”, w czasie której dopuszczano stosowanie trucizn, wybieranie młodych z gniazd, a za każde ubite zwierzę wypłacano nagrody pieniężne. Oficjalnie uznawano go bowiem za szkodnika, który przynosi znaczne straty w pogłowiu zwierząt gospodarskich. Masowe tępienie wilka spowodowało znaczny spadek jego liczebności, ale też w kolejnych latach ożywioną dyskusję wokół zagrożeń, wynikających z braku przepisów regulujących status prawny gatunku.

Powyżej: legowisko wilków Puszcza Augustowska, fot. Łukasz Ołdakowski

Powyżej: legowisko wilków Puszcza Augustowska, fot. Łukasz Ołdakowski


Tropami wilków podążają także naukowcy i miłośnicy przyrody. Od 2000 roku prowadzona jest ich inwentaryzacja według metodyki dostosowanej do biologii gatunku. Dotychczasowe dane na temat liczebności wilka na terenie Polski pochodziły z inwentaryzacji łowieckich, które opierały się na sumowaniu liczby zwierząt stwierdzonych w poszczególnych nadleśnictwach. Badania w Beskidzie Śląskim i Żywieckim wykazały jednak, że terytorium pojedynczej watahy wykracza poza obszar konkretnego nadleśnictwa, zatem te same wilki były liczone podwójnie. Pierwszy rok inwentaryzacji przyniósł nieoczekiwane wyniki, według naukowców (z Instytutu Badania Ssaków PAN w Białowieży i Stowarzyszenia dla Natury WILK) było ich w Polsce o około połowę mniej, niż podawały to statystyki łowieckie. Dopiero po prawie 20 latach ochrony tego gatunku, liczebność jego populacji plasuje się na poziomie około 1000 osobników, czyli tyle, ile podawały tamtejsze statystyki łowieckie. Zwiększenie liczebności populacji wilczej nie oznacza czasów spokoju dla tego drapieżnika. Wręcz przeciwnie, zaczynają pojawiać się głosy, by wilka przywrócić na listę zwierząt łownych.

Trop wilka / Puszcza Białowieska, fot. Joanna Bieńkowska

Trop wilka / Puszcza Białowieska, fot. Joanna Bieńkowska


Skąd ta nienawiść w stosunku do wilka? Według myśliwych jest on konkurentem w walce o zwierzynę łowną. Fakt, głównym pokarmem wilka są bowiem dzikie ssaki kopytne, w szczególności jeleniowate. Jednakże w przeciwieństwie do myśliwych wilki wybierają jako ofiary osobniki słabe, chore, młode czy stare, czyli w praktyce te, które w przyrodzie same by nie przetrwały. Można powiedzieć, że wilk jest sanitariuszem leśnym, bo dzięki niemu w populacji ofiar pozostają osobniki posiadające dobre geny do przeżycia, dzięki którym tworzą silne populacje. Wszystkie publikacje, z którymi się zapoznałam podczas swoich badań, mówią jedno: wilk poprzez swoje drapieżnictwo na jeleniach i sarnach (jako głównych sprawcach szkód wśród młodników leśnych) chroni las przed ich nadmiernym żerowaniem, przyczyniając się do odnowienia jego struktury. Można śmiało powiedzieć, że zwierzę to jest sprzymierzeńcem leśników w ochronie lasu.

nieliniowy ciąg tropów wilków tzw. trot, Puszcza Augustowska, fot. Katarzyna Kotiuk

Powyżej: nieliniowy ciąg tropów wilków tzw. trot, Puszcza Augustowska, fot. Katarzyna Kotiuk

Poza myśliwymi wilk ma jeszcze jednego przeciwnika – hodowców zwierząt gospodarskich. Ze względu na wielką plastyczność przystosowań do warunków środowiska i umiejętność mądrego gospodarowania zasobami energii wilk wybiera najłatwiejsze rozwiązania. Takim jest upolowanie zwierzyny gospodarskiej, a jeśli raz uda mu się tego dokonać, zrobi to ponownie. Możemy się złościć na wilka i mu złorzeczyć, ale prawda jest taka, że koegzystując z tym drapieżnikiem musimy nauczyć się z nim żyć, szanując jego potrzeby i biologię gatunku. Wilk potrzebuje do życia wielkich przestrzeni i potrafi zajmować zarówno zwarte kompleksy leśne, jak i kompleksy leśno – polne, a w zachodniej Europie nawet miejsca zurbanizowane. Człowiek karczując lasy pod pola uprawne odebrał przestrzeń do życia dla przyrody. Nie dziwmy się zatem, że wilk po prostu chce przetrwać i korzysta z możliwości, które człowiek sam mu podsuwa. Są sposoby ochrony inwentarza domowego, i nie jest to broń palna, ale na przykład hodowla psów pasterskich czy grodzenie pastwisk.

Dużym problemem, z jakim borykają się wilki, jest fragmentacja kompleksów leśnych poprzez rozbudowującą się sieć dróg i autostrad. Na szczęście dzięki badaniom naukowym poznano sieć korytarzy migracyjnych zwierząt, w tym wilków, i dzięki temu możliwe było wybudowanie systemu przejść dla zwierząt, które są na bieżąco monitorowane, i wiele filmików, które są udostępniane w internecie dowodzi, że wilki chętnie korzystają z tego typu przejść. To dobra informacja, bo drapieżniki te potrafią przemierzyć dziesiątki kilometrów w poszukiwaniu bazy pokarmowej i miejsca do rozrodu, a fragmentacja środowiska jest poważną przeszkodą. Brak możliwości wędrówek uniemożliwiałby zwiększenie liczby ich populacji.

Bardzo dużym zagrożeniem dla populacji wilka w Polsce jest kłusownictwo. Mimo ochrony gatunkowej w nadleśnictwach istnieje ciche przyzwolenie na strzelanie do wilków. Zmowa milczenia panująca w małych społecznościach powoduje, że nie słyszymy o tym procederze na co dzień. Doniesienia o skłusowanych wilkach z ostatniej zimy z Wigierskiego Parku Narodowego i Bieszczad to tylko wierzchołek góry lodowej.

Wilk to zwierzę niezwykle rodzinne. Wilcza rodzina, zwana watahą, składająca się z 4 do 8 osobników, zajmuje terytorium, którego wielkość (według badań w Puszczy Białowieskiej) waha się w granicach 154 – 343 km2 (Jędrzejewski i in. 2001). Sytuacja w górach przedstawia się nieco inaczej, tam wilki zajmują terytoria mniejsze: od około 82 do 227 km2 (Śmietana i In. 1997; Pierużek-Nowak 2002). W stadzie wilków istnieje silna hierarchia: rozmnaża się tylko para alfa, a młodymi wilczkami opiekują się wszyscy członkowie watahy.

Największą ostoją tego gatunku są Karpaty, Roztocze oraz puszcze północno-wschodniej Polski. Wilki osiedliły się już także w lasach Polski zachodniej i zaczęły kolonizować obszary naszych zachodnich sąsiadów. Wciąż jednak monitoring ich populacji jest potrzebny, bo: Wilk nadaje lasowi osobliwego uroku, a w oczach ludu nawet niebezpieczeństwa. Toteż gdy legnie ostatni z tych drapieżników, do reszty stracą nasze lasy aureolę byłych puszcz.” (Bolesław Świętorzecki, 1926) Nie dopuśćmy do tego.

9 stycznia o 13:30 przedstawiciele organizacji społecznych przekażą prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu podpisy zebrane pod apelem „Nie dla Rzeczpospolitej Myśliwskiej!”. Apel przeciwko skandalicznej nowelizacji ustawy Prawo łowieckie forsowanej przez ministra-myśliwego Jana Szyszkę podpisało 50 000 Polek i Polaków, którzy domagają się ucywilizowania łowiectwa w Polsce.

unnamed

W poniedziałek 9 stycznia 2017 r. ważą się losy nowelizacji Prawa łowieckiego – obradować będzie Podkomisja nadzwyczajna do rozpatrzenia rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy Prawo łowieckie. Proponowana nowelizacja cementuje patologie polskiego myślistwa i stwarza nowe zagrożenia oraz niepotrzebne konflikty społeczne. Istnieje ogromne niebezpieczeństwo, że forsowana przez ministra Szyszkę szkodliwa dla ludzi i przyrody ustawa zostanie przyjęta przez posłów. Zmiany w polskim Prawie łowieckim są konieczne, jednak ten projekt powinien trafić do kosza. Liczymy na to, że prezes Kaczyński tego dopilnuje i zagwarantuje, by w zamian powstało dobre prawo korzystne dla przyrody i wszystkich obywateli, przygotowane przez ekspertów oraz konsultowane ze społeczeństwem.

Jako Polskie społeczeństwo nie możemy się zgodzić na złe prawo, które pozwala między innymi na to, by:

  • lista zwierząt łownych była tworzona nie z troską o zachowanie narodowych zasobów przyrodniczych, ale dla kultywowania tradycji myśliwskich, co ułatwi komercyjne polowania na gatunki takie jak żubr czy wilk;
  • prawo myśliwego do polowania było nadrzędne wobec prawa obywateli do korzystania z lasów, łąk i jezior będących własnością społeczną, a każde zakłócenie polowania było karane grzywną.

Prace nad nowelizacją zaczęły się już w 2014 roku, jeszcze za rządów koalicji PO-PSL. Akcja „Stop Rzeczpospolitej Myśliwskiej” nie ma wymiaru politycznego, lecz obnaża ponadpartyjny układ lobby myśliwskiego, które pisze ustawę dla swoich z pogwałceniem tak podstawowych praw obywateli, jak swobodny dostęp do lasów czy prawo do decydowania o wykorzystaniu własnej ziemi

– mówi Radosław Ślusarczyk, prezes Stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot

Prezes Kaczyński wielokrotnie podkreślał swoją sympatię do zwierząt, dlatego mamy nadzieję, że nie pozwoli na przyjęcie ustawy, która uderzy w ich dobrostan. Wierzymy też, że jako patriota, któremu leży na sercu dobro polskiego dziedzictwa przyrodniczego nie pozwoli, by stało się ono zakładnikiem interesów i arogancji lobby myśliwskiego

– mówi Cezary Wyszyński z Fundacji Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt – Viva!

Za ucywilizowaniem łowiectwa w Polsce opowiadają się nie tylko przyrodnicy i naukowcy. Najnowsze badania CBOS (4-13 XI 2016 r.) pokazują, że polskie społeczeństwo sprzeciwia się nowelizacji ustawy w obecnym kształcie: 78,7% ankietowanych uważa, że nie powinno się karać ludzi za wejście na teren polowania, a aż 81,1% nie zgadza się na tworzenie obwodów łowieckich na terenie prywatnym bez pytania o zgodę właściciela. Polki i Polacy jednoznacznie opowiadają się także za ochroną przyrody: 67,5% ankietowanych nie zgadza się na polowania na dzikie ptaki. 78% respondentów popiera także zakaz udziału dzieci w polowaniach.

Choć to już trzecia próba nowelizacji Prawa łowieckiego przygotowana przez ministra Szyszkę, projekt pozostaje niezgodny z Konstytucją, prawem polskim i europejskim. Spotkał się też z miażdżącą krytyką organizacji przyrodniczych i społecznych, środowisk rolniczych a nawet Lasów Państwowych. Nie uwzględniono w nim też szeregu postulatów, których od lat domaga się strona społeczna, w tym:

  • wprowadzenia zakazu polowań zbiorowych, których efektem jest wiele rannych, postrzelonych zwierząt oraz płoszenie gatunków objętych ochroną;
  • wprowadzenia zakazu dokarmiania zwierząt, jako przyczyny niekontrolowanego wzrostu populacji zwierząt i konfliktów z rolnikami;
  • wprowadzenia zakazu używania toksycznej amunicji ołowianej, szkodliwej dla środowiska i ludzi;
  • wprowadzenia zakazu udziału dzieci w polowaniach w celu zabezpieczenia najmłodszych przed przypadkowym postrzeleniem i uczestnictwem w niezrozumiałym dla nich cierpieniu i śmierci zwierząt;
  • odsunięcia polowań od zabudowań mieszkalnych o co najmniej na 500 metrów, dla wzmocnienia bezpieczeństwa osób postronnych;
  • zabezpieczenia konstytucyjnego prawa własności, umożliwiającego wyrażenie sprzeciwu właścicieli działek na polowania na ich ziemi;
  • wprowadzenia zakazu dokarmiania dzikich zwierząt, które zwiększa zagrożenie epidemiologiczne, zaostrza problem niekontrolowanego rozrostu populacji i szkód łowieckich;
  • wprowadzenia zakazu szczucia na siebie psów i dzikich zwierząt pod pretekstem „sprawdzianów” myśliwskich;
  • wprowadzenia obowiązku okresowych badań okulistycznych, psychologicznych i psychiatrycznych dla myśliwych.

Wydarzenie na FB: http://bit.ly/2hK5uAT

Apel do prezesa Jarosława Kaczyńskiego: http://bit.ly/29N8yY4

źródło: Pracownia na rzecz Wszystkich Istot