Bonn (Niemcy), 9 listopada, 2017: Chłopi, drobni rolnicy i ludy tubylcze „karmią świat i chłodzą planetę”. Z takim przesłaniem globalny ruch chłopski La Via Campesina przybył do Bonn na szczyt klimatyczny COP23 i zamierza włączyć je do agendy rozmów – zarówno w przestrzeni oficjalnej, jak i na Ludowym Szczycie Klimatycznym, podczas którego ruchy społeczne spotkały się, aby opracować strategie tworzenia alternatyw dla kapitalizmu i spowodowanego przezeń kryzysu klimatycznego.
Według raportu grupy ETC (http://www.etcgroup.org/content/who-will-feed-us-industrial-food-chain-vs-peasant-food-web ), chłopi i ludy tubylcze są jedynymi dostarczycielami żywności dla 70% światowej populacji i czynią to wykorzystując zaledwie 30% globalnych zasobów naturalnych.
„Nasza gleba nie została nigdy skażona chemikaliami. Korzystamy z naszych tradycyjnych nasion, które są w stanie sprostać wielu wyzwaniom spowodowanym zmianami klimatu, w obliczu których stoimy” – wyjaśniła Michaelina Sibanda, młoda rolniczka z Zimbabwe Smallholder Organic Farmers Forum. „Wiemy, że jeśli chcemy mieć zdrowe pożywienie i zdrowe ekosystemy, potrzebujemy zdrowej gleby”.
Zasady agroekologii pomagają chronić wodę, ziemię i nasiona. Jednakże dla La Via Campesiny agroekologia ma także wymiar polityczny: „Zostało udowodnione, że agroekologia łączy się z odpornością, a odporność jest również oporem – odnosi się to do sposobu, w jaki wspólnie się organizujemy i wypracowujemy konkretne propozycje zmian, które następnie wprowadzamy w życie poprzez pracę i walkę na naszych różnych terytoriach” – powiedział Jesús Vázquez, młody organizator i aktywista z organizacji Boricuá of Agroecology z Puerto Rico. We wrześniu tego roku Puerto Rico zostało nawiedzone przez dwa, następujące jeden po drugim, niszczycielskie huragany, które poważnie podkopały wszystkie aspekty życia na wyspie, w tym produkcję żywności.
„W kontekście tych huraganów byliśmy świadkami, że praktyki rolnictwa agroekologicznego są o wiele bardziej odporne na ekstremalne zjawiska pogodowe – podnoszą one odporność. Wiele korzeni i bulw przetrwało katastrofę. Wielu chłopów i rolników jest już z powrotem na polach, siejąc i uprawiając rośliny, pomimo że Minister Rolnictwa twierdzi, że rolnictwo jest całkowicie zniszczone na całej wyspie. Jesteśmy tutaj, żeby przypomnieć rządom, że konieczna jest zmiana systemowa” – kontynuował Vázquez.
Rozwiązania kryzysu klimatycznego proponowane przez La Via Campesinę i jej sojuszników odnoszą się do podstawowej przyczyny problemu – korporacyjnej kontroli nad procesem podejmowania decyzji i będących jej konsekwencją procesach zawłaszczania ziemi i wody, kryminalizacji chłopów i łamania praw człowieka w transnarodowych łańcuchach dostaw wykorzystywanych dla produkcji żywności. „W czasie negocjacji klimatycznych rządy przedstawiają fałszywe rozwiązania. Nazywamy je fałszywymi, ponieważ propozycje te nie prowadzą do prawdziwej zmiany, lecz raczej służą zwiększeniu zysków korporacji” – powiedziała Fanny Metrat z francuskiej organizacji chłopskiej Confédération Paysanne. „Rynki uprawnień do emisji dwutlenku węgla, geoinżynieria i tzw. rolnictwo przyjazne klimatowi są promowane przez tych samych ludzi, którzy propagują również wysokoemisyjną produkcję zwierzęcą i produkujące na eksport rolnictwo przemysłowe, które wymaga użycia ogromnych ilości paliw kopalnych. Jest w tym wielka sprzeczność” – wyjaśniła.
Na COP23 te sprzeczności widać bardzo wyraźnie. Rząd niemiecki, żarliwy propagator zielonej gospodarki, pozuje na przywódcę światowych wysiłków na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatu, a jednocześnie zwiększa produkcję węgla, który jest najbrudniejszym paliwem kopalnym na naszej planecie. Międzynarodowa delegacja członków La Via Campesiny przyłączyła się do marszu Ende Gelände, w którym wzięło udział ponad 4000 osób, i akcji nieposłuszeństwa obywatelskiego przeciwko największemu niemieckiemu przedsiębiorstwu wydobywczemu KWE, wzmacniając przesłanie, że najważniejszym działaniem dla ochrony klimatu jest pozostawienie paliw kopalnych w ziemi.
Berndt Schmitz, z należącej do La Via Campesiny niemieckiej organizacji rolników Arbeitsgemeinschaft bäuerliche Landwirtschaft (AbL) podkreślił, że konieczne są zmiany w Niemczech. Rozmawiając z dziennikarzami, Schmitz powiedział:
„Konsekwencje globalnego ocieplenia odczuwane są na całym świecie. W Niemczech,w niektórych regionach mieliśmy ekstremalne susze, a w innych ekstremalne deszcze. W tym roku z powodu niezwykle intensywnych burz gradowych, w niektórych regionach Niemiec straciliśmy niemal całą produkcję owoców! Rząd reaguje na ten problem zbyt wolno. AbL uważa, że rolnictwo małoobszarowe, które opiera się na lokalnych łańcuchach żywnościowych i wytwarzaniu żywności ekologicznej, pomaga rozwiązać tę kwestię. System ten zużywa mniej paliw kopalnych, redukując emisje niebezpiecznych gazów cieplarnianych. W kontekście zmian klimatu drobni rolnicy na całym świecie pilnie potrzebują wsparcia, aby mogli wyżywić ludzi i zachować swoje źródło utrzymania.”.
Do La Via Campesiny przyłączyły się inne najbardziej zagrożone społeczności, w tym delegacja organizacji społeczności dotkniętych konsekwencjami zmiany klimatu w USA, It Takes Roots, a także chłopów i rybaków z Global Convergence for Land and Water Struggles. Reprezentantka tej organizacji z Zachodniej Afryki, Massa Koné z Mali, podkreśliła wagę współpracy z sojusznikami w walce na rzecz przeciwdziałania zmianie klimatu i przeciwko różnego rodzaju niesprawiedliwości: „Jako oddolne organizacje obywatelskie, patrzymy na te problemy i to co należy w związku z nimi zrobić, z tej samej perspektywy. La Via Campesina sprawia, ze głos naszych społeczności może być usłyszany. Nasze wezwanie do zmiany systemu jest pilne, ponieważ szkody są coraz większe. Dobra wspólne, w tym ziemia, lasy i wody, muszą być chronione i przywrócone ludziom. Musimy pracować wspólnie z naszymi sojusznikami, aby przygotować się do zmiany klimatu”.
Tłumaczenie: Jan Skoczylas
źródło: La Via Campesina
Tłumaczenie po raz pierwszy ukazało się na stronie: Nyeleni Polska
4 listopada br. w godzinach od 15:00 do 19:00 odbędzie się konferencja „BARCELONA – e-demokracja i municipalizm” (w Domu Braci Jabłkowskich w Warszawie, ul. Bracka 25). Zielone Wiadomości objęły patronatem to wydarzenie.
(więcej…)
Wstrząsy gospodarcze, z jakimi boryka się świat, są rezultatem fałszywej doktryny. Doktryna ta opiera się na pojęciu niedostatku, któremu, jako ratunek przed nim, towarzyszy zalecenie pełnego zatrudnienia i jak największej produkcji, co ma owemu niedostatkowi zapobiegać.
Kłopot polega na tym, że ludzkie potrzeby są nieograniczone, zaś świat jest ograniczony, zwłaszcza w swoim przejawie biologicznym. Niszczenie lasów, przyrody, gatunków, naturalnych krajobrazów to pochodna coraz większej niedokonsumpcji tego, co się coraz wydajniej produkuje.
Zalew kultury powoduje, że dewaluują się dzieła, na które mamy coraz mniej czasu, aby je kontemplować. Zalew tandety powoduje, że wyrzucamy na śmietnik prawie całkiem dobre pralki czy ciuchy. Nasze ograniczone możliwości konsumpcji sprawiają, że konsumpcja ta staje się płytka i powierzchowna, a niestrawione resztki zaśmiecają środowisko, redukując z niego życie biologiczne, czyli także nas.
Fałszywy obraz niedostatku (zamiast obrazu coraz większego nadmiaru dóbr nie w pełni konsumowanych) przekłada się na zgubny imperatyw produkcyjny. Mamy coraz więcej produkować, bo jest nas coraz więcej i każde z nas ma rosnące potrzeby – takie jest uzasadnienie dla tego imperatywu. Wyrazem owej filozofii „jeszcze więcej” jest PKB jako główna miara postępu. Filozofia ta zgubiła wyspę Rapa Nui, gdzie w ferworze produkcji obelisków wycięto wszystkie drzewa i cywilizacja umarła.
Jądrem filozofii „jeszcze więcej” jest dziś korporacja. To ona, zajęta głównie zastępowaniem ludzi robotami, nakręca spiralę wydajności, ona rozrasta się i rozlewa po całej Gai niczym rak. Człowiek jest elementem coraz bardziej zbędnym, piaskiem w trybach korporacyjnej machiny produkcyjnej, co wykazały niedawne doświadczenia, przeprowadzone w Chinach. Pełna robotyzacja nowoczesnej linii produkcyjnej spowodowała tam trzykrotne zwiększenie wydajności fabryki.
Antycypując niedaleką przyszłość, należałoby już dziś badać zagrożenia wynikające z tego, że poprzez eliminowanie ludzi z produkcji przez systemy sztucznej inteligencji już niedługo będzie można znacznie zwiększyć tempo przerabiania środowiska na odpady, a ludzi na niewolników rosnącej niedokonsumpcji. Do tego w sposób nieuchronny prowadzi obraz niedostatku i zaszyty w nim imperatyw wykładniczego wzrostu gospodarczego, powiązany pętlą dodatniego sprzężenia zwrotnego z patologicznym modelem systemu monetarnego, na którym opiera się funkcjonowanie współczesnego rynku.
Koroną gospodarki jest korporacja bankowa. To ona steruje procesem „jeszcze więcej” produkcji. Źródłem jej omnipotencji jest przywilej kreacji „z powietrza” kredytu, czyli quasi-pieniądza — środka transakcyjnego, nieodróżnialnego od pieniądza państwowego, tworzonego w każdym banku komercyjnym drogą operacji księgowej.
Możliwość tworzenia „z powietrza” kredytu wynika z zawężającej interpretacji Konstytucji RP przez twórców prawa bankowego. Słowo „pieniądz” z Konstytucji 1997 roku zostało w prawie bankowym – a więc w ustawie niższej rangą od Konstytucji – zastąpione słowem „znak pieniężny”, przez co wyłącznie do znaku pieniężnego (banknoty, bilon) zawężono prerogatywę kreacji pieniądza przez NBP. A znaku pieniężnego jest obecnie w pieniądzu 15%.
Jak powstaje pieniądz nie będący znakiem pieniężnym? W renomowanych podręcznikach ekonomii od stu lat faszeruje się studentów fałszywymi teoriami, z których wynika, że bank komercyjny udziela kredytu, czerpiąc środki na ten cel ze zdeponowanych wcześniej oszczędności innych klientów.
Niedawne publikacje Banku Anglii (2014), Deutsche Bundesbanku (Raport z kwietnia 2017 roku) czy najnowsze publikacje naukowe zadają jednak kłam temu twierdzeniu i wykazują, że kredyt tworzony jest przez banki komercyjne ex nihilo, „z powietrza”. Żeby udzielić komuś kredytu, banki nie muszą mieć uprzednio żadnych pieniędzy zdeponowanych przez klientów. Kreacja nowego kredytu dokonuje się drogą księgową. Aktywa banku powiększają się o taką samą kwotę, jak pasywa, a zobowiązanie spłaty kredytu staje się równocześnie czyimś depozytem.
W wyniku przyznania komuś kredytu bilans banku powiększa się o kwotę kredytu, a do obiegu wchodzi nowy pieniądz, a raczej niby-pieniądz, będący produktem czystej księgowości. Ten niby-pieniądz, honorowany przez kartel bankowy na równi z pieniądzem gotówkowym, jest na rynku nieodróżnialny od pieniądza publicznego, emitowanego przez bank centralny.
Niby-pieniądz kredytowy, podszywający się pod pieniądz konstytucyjny, to dziś główny, 85-procentowy składnik podaży pieniądza. Z jego niewielkiego pokrycia kapitałem realnym banków biorą się notoryczne problemy sektora finansowego, który my, obywatele, cyklicznie ratujemy z opresji pieniędzmi publicznymi – ku naszemu dalszemu samozatraceniu w tym wadliwym systemie.
Ostatecznego obalenia mitu o banku będącym pośrednikiem finansowym dokonał w roku 2015 prof. Richard Werner z Uniwersytetu Southampton w Wielkiej Brytanii, posługując się danymi austriackiego banku Raiffeisen. Wniosek z jego badań bankowości, po raz pierwszy prowadzonych metodą indukcyjną, jest jednoznaczny: bank komercyjny kreuje „z powietrza” nowy quasi-pieniądz za każdym razem, gdy udziela komuś kredytu. Tą drogą bilans banku wzrasta. Wzrasta też agregat monetarny szerokiego pieniądza M3, którym posługujemy się – my, obywatele, oraz firmy – na co dzień.
Wraz ze wzrostem gospodarczym odpowiednio powinna rosnąć też ilość pieniądza. Jeśli gospodarkę polską z PKB 1,8 bln złotych obsługuje 1,2 bln pieniądza, to wzrost o 3 proc. rocznie (1,8 bln zł x 0,03 czyli 54 mld zł) powinien spotkać się z proporcjonalną dodatkową emisją pieniądza, a więc 36 mld zł (bo 1,2 bln zł x 0,03 to 36 mld zł). Tyle nowego środka płatniczego powinno się corocznie wstrzykiwać do obiegu, aby nadążać za szaleńczym (bo wykładniczym) tempem wzrostu gospodarczego.
Oddanie tego zadania bankierom to olbrzymia strata dla polskiej gospodarki, choć nie jedyna, która wynika z prywatnej kreacji ex nihilo quasi_pieniądza zwanego kredytem. Poprzez kreację pieniądza kredytowego środowisko prywatnych biznesmenów z sektora bankowego przejęło kontrolę nad podstawowym dobrem publicznym – pieniądzem. Koszty społeczne tego przejęcia kontroli są ogromne.
Dotkliwymi skutkami prywatnej kreacji pieniądza są bańki spekulacyjne, np. na rynku nieruchomości, i kryzysy, układające się w cykle koniunkturalne splecione z fluktuacjami podaży pieniądza. Straty gospodarcze obywateli na grach prowadzonych w finansowym kasynie – jak nazywa się miejsce „pracy” (a właściwie stacjonowania) pieniędzy spekulacyjnych tworzonych w prywatnych bankach – są trudne do oszacowania, choć wielkie. W Polsce dotykają one między innymi właścicieli kredytów frankowych i polisolokat, którzy dali się namówić na toksyczne instrumenty pochodne zawarte w kontraktach.
Dodatkowo, jak wynika z obliczeń niemieckiego ekonomisty Helmuta Creutza, skumulowana ilość odsetek, uwzględniających wszystkie szczeble łańcucha produkcyjnego, a więc płaconych przez elektrownię dostarczającą fabryce prąd, przez dostawców surowców, podwykonawców, hurtowników i detalistów, waha się w zakresie od 30 do 70% ceny produktu finalnego.
Jeszcze trudniej jest oszacować straty wynikające z naruszenia tkanki społecznej, będącego rezultatem prywatnej kreacji i koncentracji kapitału oraz środków produkcji w rękach malejącej grupy bankowych elit. Pochodną prywatnej kreacji kredytu jest też mizeria nauk ekonomicznych, serwujących studentom fałszywe teorie monetarne, zaciemniające prawdziwy obraz powstawania pieniądza i uniemożliwiające naprawę systemu.
Jednak ignorancja ekonomiczna mas obserwujących degradację środowiska naturalnego i rosnące nierówności społeczne nie będzie trwać wiecznie. Nie tylko bowiem z ośrodków akademickich, ale także z ulic Zurychu, Amsterdamu czy Londynu płynie coraz donioślejszy głos wzywający do opamiętania i zmiany systemu bankowego na taki, który nie zawierałby w sobie imperatywu wzrostu gospodarczego, wymuszanego odsetkami od zaciąganych kredytów. Imperatyw ten bierze się stąd, że, teoretycznie rzecz biorąc, kredyty są spłacalne tylko wtedy, gdy stopa wzrostu gospodarczego jest wyższa od stopy kredytu.
Priorytetem elit bankowych, dążących do jak najwyższych wpływów z odsetek od zaciąganych kredytów, wybrukowane jest piekło światowej gospodarki. To dlatego, aby – w celu możliwości spłacania kredytów – rosło PKB, lodówki i żarówki psują się dużo częściej, niż powinny się psuć, samochody jeżdżą na dłuższych trasach, niż wynikałoby to z racjonalnej organizacji lokalnych gospodarek, a środowisko zmaga się z postępującą degradacją i zaśmiecaniem go resztkami po coraz większej niedokonsumpcji.
Receptą na zahamowanie bezrozumnego niszczenia planety przez coraz wydajniejsze maszyny jest przede wszystkim odkłamanie ekonomii i zmiana systemu monetarnego na taki, w którym nie byłby zaszyty imperatyw wzrostu wykładniczego, który wcześniej czy później zniszczy każdy ekosystem. W systemie powinien być zaszyty imperatyw wzrostu jakościowego, a nie ilościowego.
Pieniądz umożliwiający przestawienie gospodarki na zero-wzrostową i proekologiczną, to pieniądz publiczny, emitowany w całości przez banki centralne lub banki komunalne, będące własnością lokalnych społeczności. W ramach reformy monetarnej, którą postulują ruchy Positive Money czy Vollgeld, obecny kredyt generowany przez banki komercyjne zostałby zastąpiony pieniądzem banku centralnego. Zysk z towarzyszącej tej transformacji pierwotnej emisji pieniądza w Polsce można szacować na 1,000 mld zł. To więcej niż cały nasz dług narodowy, od którego rok w rok płacimy bankom i instytucjom finansowym haracz oprocentowania w wysokości ok. 30 mld zł. [1]
Jak wykazują ekonomiści w najnowszych pracach, powstałych po 2008 roku, zastąpienie emisji kredytu, opartej na rezerwach cząstkowych, emisją pieniądza w pełni publicznego, tworzonego wyłącznie przez bank centralny, doprowadziłoby do stabilizacji gospodarczej, eliminacji długu publicznego, zaniku kryzysów, panik bankowych i innych patologii, wynikających z dysfunkcji obecnego systemu monetarnego. Dokonanie tej reformy to zadanie dla nowych elit.
Przypisy:
[1] Kreowane przez siebie pieniądze bank centralny mógłby wprowadzać do obrotu bezpośrednio, poprzez wydatki własne czy np. dywidendę obywatelską, lub pożyczać (na procent) bankom komercyjnym.
Zysk z emisji (inaczej nazywany senioratem) byłby jednorazowy i dotyczyłby pieniądza bezdłużnego, emitowanego bezpośrednio na rynek, a nie pieniądza pożyczanego. Jakie proporcje przyjmie rynek bankowy po reformie, trudno dziś zgadnąć, zwłaszcza że emisja bezpośrednia przez NBP wymaga zmiany konstytucji. Wydaje się, że 1000 mld zł to górna granica senioratu do pozyskania przez NBP w okresie transformacji. Z dostępnej po polsku literatury na ten temat wymienię:
1) Sigurjonsson, F.; „Reforma monetarna”, 2016
2) KPMG; „Emisja pieniądza”, 2017
3) Werner, R.; „Stracone stulecie w ekonomii”, 2016
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeśli dojdzie do powstania wspólnej listy liberalnej opozycji to październik tego roku – dość niepostrzeżenie – może się okazać ważnym punktem na drodze realizacji tego planu. (więcej…)
O gospodarce, społeczeństwie i środowisku naturalnym na przestrzeni wieków w redakcyjnej rozmowie z dr hab. Grzegorzem Myśliwskim.
Jan Chudzyński: Czy można powiedzieć, że początkiem rozwoju gospodarczego w Europie był XV wiek?
Dr hab. Grzegorz Myśliwski: Wielki rozwój gospodarczy przeżyła Europa średniowieczna wcześniej, przede wszystkim w okresie od X–XI w. do początku XIV w. W Polsce zaczął się on później, w XII w., i trwał przez całą epokę. Natomiast to, czy wiek XV stanowił okres odrodzenia gospodarczego porównywalnego z najpomyślniejszym wiekiem XIII, było przedmiotem wielkiej dyskusji. Niektórzy twierdzili, że w XV w. trwała stagnacja po kryzysie wieku poprzedniego, jednak częściej przyjmuje się dzisiaj, że XV wiek był rzeczywiście okresem „odbicia” gospodarczego. Tu pojawia się oczywiście pytanie o skalę, bo nie mamy tak dokładnych danych, żeby obliczyć na przykład wzrost PKB. Dodatkowo trzeba pamiętać, że nie cała Europa Zachodnia przeżywa wówczas rozkwit, gdyż przez część XV wieku toczyła się choćby wojna stuletnia Francji z Anglia. Sądzę, że wiek XV jest najbardziej zagadkowym stuleciem z punktu widzenia historii gospodarczej średniowiecznej Europy.
Jak można scharakteryzować relacje, na jakich opierała się ówczesna gospodarka? Były to relacje feudalne, czy może protokapitalistyczne?
Może wyjaśnijmy, co oznacza pojęcie „feudalny”, bo feudalizm to jeden z najbardziej wieloznacznych terminów w nauce. Budzi więc wiele kontrowersji, stąd pojawiały się nawet postulaty, by w ogóle przestać go używać. Jest jednak użyteczny i z powodu długiej tradycji stosowania ostał się mimo intelektualnych ataków. W znaczeniu marksowskim oznacza on po prostu stosunki oparte na poddaństwie (głównie chłop–szlachcic), w przeciwieństwie do znaczenia alternatywnego, gdzie ta zależność wynikała z umowy lennej zawartej wyłącznie przez „ludzi miecza” (wojowników, później rycerzy o różnym znaczeniu). Status ludności w XIV czy XV wieku był oczywiście różny, czego dobrym przykładem są wsie na ziemiach polskich. We wsiach na prawie niemieckim chłopi byli wolni osobiście, mieli odrębny status prawny i podlegali pewnej zależności, ale raczej ekonomicznej. Mieli namiastkę samorządu w postaci ławy sądowej, no i rozliczali się na nowocześniejszych zasadach (doroczny czynsz zamiast wielu danin w naturze). We wsiach, które nie przyjęły prawa niemieckiego, działo się podobnie, z tą różnicą, że nie było namiastki samorządu, tylko sądownictwo pańskie. Chłopi w tych wsiach byli formalnie bardziej zależni od właściciela wsi. Natomiast pracownicy spółek handlowych w większych miastach, choć często tytułowali właściciela firmy „panem”, byli ludźmi wolnymi, członkami samorządnej gminy miejskiej, których obowiązywała indywidualna, na ogół niespisana umowa z właścicielem.
Czyli w tej kwestii sytuacja na ziemiach Polski nie odbiegała znacznie od warunków na zachodzie Europy?
W średniowieczu sytuacja ludności wiejskiej w Polsce była porównywalna do sytuacji chłopów na zachodzie i północy Europy. To zaczęło się zmieniać później. Klasyczna teza mówi o dualizmie społeczno-gospodarczym Europy i wykształceniu się jej podziału na dwie części mniej więcej wzdłuż rzeki Łaby. Wedle tej tezy na Zachodzie przetrwała wolność osobista chłopów, natomiast tutaj na „wschodzie” doszło do refeudalizacji, czyli po prostu do uzależnienia chłopów, których zmuszono do darmowej pracy w folwarku pańszczyźnianym. Jednak w ostatnich dziesięcioleciach ten podział poddaje się rewizji, zwracając uwagę na to, że część Europy na wschód od Łaby nie była jednolita, a wewnętrzne różnice były znaczne. W niektórych krajach (Czechy, część Węgier) przez długi czas przeważały chłopskie gospodarstwa indywidualne, a nie folwarki. W związku z tym część historyków uważa wręcz, że ta tradycyjna teza o dualizmie gospodarczym Europy w okresie nowożytnym jest po prostu błędna.
Jak ten podział przekładał się na sferę materialną?
Różnice były widoczne już wcześniej, choćby pod względem cen. Europę łacińską dzielą one nie na dwie, lecz na cztery strefy cenowe. Ten podział mówi także o zamożności mieszkańców danej strefy. Europa Środkowa w XV wieku, łącznie z państwem krzyżackim, to strefa najniższych cen. Niemcy i Skandynawia miały już ceny wyższe, a reszta Europy Zachodniej była trzecią strefą – cen jeszcze wyższych. Z kolei Włochy i świat śródziemnomorski to strefa cen największych. Różnice w poziomie bogactwa widać także porównując kapitały największych spółek. Dla przykładu, największa firma we Wrocławiu w XV wieku dysponowała kapitałem około 21 tys. florenów, spółka Diesbach &Watt ze Szwajcarii miała dwa razy większe zasoby, a kapitały Medyceuszy szły już w setki tysięcy florenów.
Te różnice w rozwoju gospodarczym z czasem doprowadziły do widocznego gołym okiem podziału na centrum i peryferie.
Pamiętając o podważaniu teorii o podziale Europy na dwie części, rzeczywiście zbyt generalizującej, rozwój przemysłu czy rzemiosła oraz handlu na Zachodzie przebiegał dynamicznie (także dzięki wielkim odkryciom geograficznym). Natomiast w Europie Środkowo–Wschodniej działo się inaczej. Kontynuowano to, co było w średniowieczu, niewiele rozwijano. Jeśli chodzi o podział na centrum i peryferie, to dodajmy, że peryferie nie były marginesem bez znaczenia, lecz stanowiły niezbędną część międzynarodowego systemu gospodarczego. Ziemie polskie odgrywały rolę jako eksporter głównie zboża, drewna, kopalin i niewiele więcej. Jedną z przyczyn takiego obrotu spraw oczywiście był uwiąd miast, który zaczął się od uzależniania mieszczaństwa i miast od szlachty. Jej część na przełomie XV i XVI wieku przenosiła się do miast, by jeszcze aktywniej, bezpośrednio prowadzić handel, ale wskutek antymiejskich ustaw sejmowych w XVI w. ten trend ustał. Później zadowalała się eksploatacją swoich folwarków i poddanych, nie inwestując w inne dziedziny gospodarki. A w miastach prosperity skończyła się po XVI w. (wyjątkiem jest Gdańsk) i nie było komu inwestować, tym bardziej że mieszczaństwo miało zakaz nabywania dóbr ziemskich. To wszystko miało dalekosiężne skutki.
Jeszcze w XVI wieku sytuacja zdaje się wyglądać nieźle, ale gospodarka polska była, patrząc z punktu widzenia całej Europy, monokulturowa. Gdy kończyła się koniunktura na zboże, nie było za bardzo czym go zastąpić. Można było tylko bardziej wyzyskiwać chłopów, by nadrobić spadek koniunktury zwiększonym eksportem zboża. Ale i to przestało wystarczać.
Zresztą opowiem panu ciekawostkę. Dziennikarz poprosił kiedyś profesora Henryka Samsonowicza o ułożenie rankingu stuleci w dziejach Polski od najlepszego do najgorszego. Profesor Samsonowicz za najgorszy w dziejach Polski uznał wiek XVII, choć dawniejsza tradycja historiograficzna nazywa go „srebrnym wiekiem”. Oczywiście nie chodziło tu o zaprzeczanie polskim osiągnięciom w dziedzinie literatury, sztuki czy pozycji politycznej kraju w Europie, w sumie nadal znaczącej. Jednak zdaniem Samsonowicza był to okres, kiedy dziejePolski zaczęły biec w innym kierunku niż historia wielu krajów Europy Zachodniej. W części państw zachodnich następuje wówczas rozkwit nauki i kultury, również rozwój gospodarczy, czego sztandarowym przykładem jest Francja czasów Ludwika XIV w. A tu u nas właściwie ciągle wojny, fanatyczna kontrreformacja, która choć mniej drastyczna i mniej okrutna niż w innych krajach, to kulturowo szkodliwa, bo tolerancję poprzednich stuleci i tę różnorodność kulturową właściwie zniszczyła. Również jej wpływ na edukację był fatalny. To wszystko składa się na początek długiej drogi do upadku Rzeczypospolitej.
A na zachodzie Europy już niedługo miał nastąpić przełom. Poza rozwojem gospodarki rewolucja przemysłowa miała jednak swoje negatywne konsekwencje dla ludzi i środowiska.
XVIII wiek to okres rewolucji przemysłowej w Anglii, no i oczywiście początek jej bardzo dynamicznego rozwoju. Przy czym zwróćmy tutaj uwagę za Witoldem Kulą na to, że był to jedyny kraj, gdzie te procesy na tak wielką skalę nastąpiły w sposób spontaniczny, naturalny. Wszędzie indziej rewolucja przemysłowa była narzucana odgórnie, po to, żeby po prostu Anglii czy rozwijającym się później innym krajom dorównać.
To oczywiście wpływało na życie ludzi w różny sposób. My postrzegamy rewolucję przemysłową nie tylko jako wielką transformację, ale też jako proces, który miał i swoją ciemną stronę. Oprócz wielu opracowań przywołać tu można wstrząsające sceny z filmu Andrzeja Wajdy „Ziemia obiecana”, gdzie widać jak fabrykanci traktowali robotników. Rewolucja przemysłowa wiąże się też oczywiście z wielkim karczunkiem lasów i zmianami w krajobrazie naturalnym, z ogromnym wzrostem ludności miejskiej w stosunku do wiejskiej. Te rozrastające się miasta nie były czymś, czym są dzisiaj, to były brudne, cuchnące molochy. To rzeczywiście okres nieliczącego się z niczym dzikiego kapitalizmu.
Wracając do dojrzałego i późnego średniowiecza, jaki wpływ na środowisko miała ludzka działalność w tamtym okresie?
Kolonizacja skutkowała przekształceniami krajobrazu naturalnego, wycinkami lasów na wielką skalę. Odkrycia kopalin prowadziły do powstania miast i budowy nie tylko kopalń, ale i zatruwających środowisko kuźnic i hut. Ale już w XIII wieku pojawia się pierwsza refleksja na ten temat, a w południowych Niemczech zaczyna się planowe zalesianie. W Austrii, w okolicach Salzburga, gdzie znajdowały się wielkie zasoby soli, do której warzenia potrzebowano masy drewna, zorientowano się, jakie są tego konsekwencje ekologiczne i zaczęto zalesianie. Niestety, w tym przypadku nie dało to dużych efektów, bo warzenie solanek wymagało ogromnych ilości opału. Z kolei w XIII wieku w Anglii zamiast węgla drzewnego próbowano stosować węgiel kamienny, ale w 1307 roku w Londynie zakazano jego stosowania, gdyż w czasie spalania dymił, emitował fetor, i do tego jeszcze wolno się palił. Wrócono więc do węgla drzewnego. Do węgla kamiennego wrócono kilkaset lat później, gdy wykarczowano już tyle lasów, że drewna po prostu zabrakło… Słowem, rozwój gospodarczy miał swoją wysoką ekologiczną i społeczną cenę.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Opublikowany w tym miesiącu raport organizacji Soil Association, pokazuje, jak zmodyfikowana genetycznie bawełna (GMO) niemal całkowicie zdominowała produkcję bawełny w Indiach, a następnie obiecywany sukces GMO gwałtownie zamienił się w klęskę, z katastrofalnymi, czasami śmiertelnymi, konsekwencjami dla niektórych z najuboższych rolników na świecie.
Bawełna GMO została wprowadzona do Indii w 2002 roku przez Mahyco Monsanto (India) Ltd. Początkowo obiecująca wydajność bawełny modyfikowanej genetycznie okazała się krótkotrwała, gdy uprawy doświadczyły potężnych ataków szkodników. Koszty produkcji wzrosły trzykrotnie na skutek konieczności zastosowania droższych pestycydów niezbędnych dla poradzenia sobie z problemem owadów i powszechnego nieurodzaju.
Doprowadziło to do ogromnego zadłużenia drobnych hodowców bawełny, którzy stanowią większość jej indyjskich producentów. Nastąpiła seria samobójstw. W jednym tylko regionie prowincji Maharashtra, czynniki związane z uprawą bawełny GMO były przyczyną samobójstw 7 992 rolników w latach 2006-2011. Jeden z ministrów odpowiedzialnych za wprowadzenie w Indiach bawełny modyfikowanej genetycznie powiedział niedawno: W latach dziewięćdziesiątych sprowadziłem do Indii bawełnę GMO. 20 lat później, żałuję… Jestem odpowiedzialny za samobójstwa tysięcy uprawiających ją rolników.
Dyrektor ds. polityki w Soil Association, Peter Melchett powiedział: Wielu ludzi sądzi, że uprawy GMO zdziałają cuda, podczas gdy o wiele częściej brutalna rzeczywistość jest taka, że GMO staje się przyczyną koszmarów. Tak dzieje się z bawełną GMO w wielu krajach, a najbardziej w Indiach, które są największym producentem bawełny na świecie. Wielu z najuboższych rolników na świecie zostało poddanych nieudolnemu eksperymentowi, który okazał się katastrofalnie nieudany – i wielu zapłaciło za to swoim życiem. Na szczęście, przy wsparciu indyjskiego rządu, wzrasta produkcja nie-GMO i ekologiczna, która wymaga niższych nakładów i korzystniej wpływa na rozwój rolnictwa, środowisko naturalne i dobro społeczne.
Raport nie pozostawia wątpliwości, że problemy spowodowane przez szkodniki były całkowicie do przewidzenia. Zadaniem modyfikacji genetycznej bawełny GM jest obrona rośliny przed szkodnikami, lecz natura szybko sobie z tym poradziła: zaledwie cztery lata po jej wprowadzeniu w Indiach, słonecznica orężówka, szkodnik przed którym modyfikacja miała chronić, uodporniła się na bawełnę GM w Zachodnich Indiach. Na wielu obszarach, inne szkodniki wykorzystały zachwianie równowagi ekologicznej spowodowane przez uprawy bawełny GM, co doprowadziło do ogromnych strat w zbiorach. W 2015 roku w Pendżabie mączlik zniszczył 2/3 upraw bawełny, straty oszacowano na 629 milionów dolarów. W konsekwencji 15 rolników popełniło samobójstwa.
Nasiona bawełny GMO zdominowały rynek indyjski do takiego stopnia, że zagroziło to produkcji ekologicznej. Jednak wielu rolnikom ekologicznym udało się przetrwać i obecnie dzięki wsparciu rządu i inicjatywom lokalnym historia uprawy bawełny w Indiach zaczyna się zmieniać. Powstały programy poprawy dostępności nasion ekologicznych dobrej jakości i wspierane przez rząd strefy wolne od chemii, gdzie na dużych obszarach drobni rolnicy przyjęli strategie zarządzania gospodarstwami służące maksymalizacji korzyści z zastosowania zrównoważonych praktyk rolniczych.
Bawełna ekologiczna, której 70% uprawia się w Indiach, jest dla rolników rozwiązaniem bardziej stabilnym i długoterminowym. Do produkcji ekologicznej używa się nasion nie-GMO, stosuje się metody naturalne takie jak zmianowanie upraw i wykorzystuje się lokalne zasoby, co pozwala rolnikom na uprawę obok bawełny różnorodnych roślin, zapewniających zarówno pożywienie jak i dochody. Zapotrzebowanie na bawełnę ekologiczną rośnie i w 2015 roku osiągnęło 15,7 miliardów dolarów. Na rynku bawełny ekologicznej obserwuje się ożywienie: producenci z branży tekstylnej i detaliści zwiększają swoje poparcie dla niej, największe firmy na całym świecie stawiają sobie ważne cele zrównoważonego rozwoju, i oczekuje się, że inne międzynarodowe marki ogłoszą wkrótce dalsze zobowiązania.
Raport zatytułowany Niedotrzymane obietnice: wzlot i upadek bawełny GMO w Indiach stanowi ostrzeżenie przed zagrożeniami związanymi z uzależnieniem od technologii GM, lecz daje zarazem powody do nadziei, gdyż metody alternatywne, w tym ekologiczne, stają się coraz bardziej popularne, i tworzą lepszą wizję przyszłości rolnictwa w Indiach i wszędzie indziej.
źródło: Sustainable Pulse
Tłumaczenie: Jan Skoczylas
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Dyskusja o alternatywnych wskaźnikach rozwoju powraca. Duński wkład w tę debatę to zastąpienie wzrostu PKB danymi lepiej mierzącymi kondycję planety, społeczeństwa i gospodarki. (więcej…)
Gdy w kontynentalne Stany Zjednoczone uderzyła jedna z najpotężniejszych w historii burz, a znaczna część Florydy otrzymała nakaz ewakuacji, prezydent Trump skupiony był na pewnej niecierpiącej zwłoki sprawie.
Zgromadził swój gabinet w Camp David i powiedział, że nie ma czasu do stracenia. Kiedy zbliżał się huragan Irma, zagrażając potencjalnie zniszczeniem ogromnych połaci Florydy, Georgii, Południowej i Północnej Karoliny, ogłosił, że teraz jest najlepszy czas, by niezwłocznie przeprowadzić wielkie… cięcia podatkowe.
Tak, to prawda. Nie troskał się przede wszystkim o to, by najbardziej poszkodowani otrzymali właściwą pomoc. Nie myślał o głębokiej transformacji naszych systemów energetycznych, koniecznej do zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych, tak by występowanie trzy razy w roku huraganów podobnych do Irmy nie stało się normą. Zajmował się gruntownymi zmianami w ordynacji podatkowej – które, pomimo zapewnień Trumpa, że kieruje nim pragnienie zmniejszenia obciążeń podatkowych klasie średniej, w rzeczywistości oznaczają największe od dziesięcioleci obniżenie podatków korporacji, jak również znaczną ulgę dla najbogatszych.
Niektórzy sądzili, że zetknięcie się tego lata, tak blisko domu, z drastycznymi konsekwencjami zmian klimatu – Houston pod wodą, Los Angeles otoczone płomieniami, a teraz stany południowe zdewastowane przez Irmę – może stać się swego rodzaju pobudką dla negujących zmiany klimatu Republikanów.
Jednak, jak jasno pokazuje wystąpienie Trumpa podczas posiedzenia rządu, Irma wzmocniła tylko jego determinację, aby wprowadzić nieodpowiedzialny program gospodarczy. Z sekretarzem stanu Rexem Tillersonem u jednego boku, a sekretarzem handlu Wilburem Rossem u drugiego, oznajmił, że będą dyskutować o „drastycznych obniżkach podatków i reformie podatkowej. I myślę, że wobec tego, co dzieje się w związku z tym huraganem, będę prosił o przyspieszenie prac”.
Niektórzy zwrócili uwagę, że jest to klasyczny przykład tego, co nazwałam „doktryną szoku” – wykorzystania katastrof do przeforsowania radykalnej polityki, która służy korporacjom. Tak, z pewnością jest to przykład podręcznikowy, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że gdy Trump wypowiadał te słowa, zagrożenie ze strony Irmy było potencjalnie największe.
Ale jest coś więcej: wybranie przez Trumpa tego właśnie terminu pokazuje, co tak naprawdę kryje się za negowaniem przez prawicę zmian klimatu. To nie jest odrzucenie wiedzy naukowej, lecz jej konsekwencji. Krótko mówiąc, jeśli nauka ma rację, to cały projekt gospodarczy, który zdominował amerykańskie struktury władzy od czasów Ronalda Reagana, traci rację bytu, i negacjoniści o tym wiedzą.
Ponieważ jeśli to zmiany klimatu są przyczyną tego rodzaju katastrof, jakie widzimy obecnie – a są – nie oznacza to jedynie, że Trump musi przeprosić i przyznać, że mylił się, nazywając ją „chińskim oszustwem”. Oznacza to także, że musi wyrzucić na śmietnik cały swój plan podatkowy, ponieważ będziemy potrzebowali pieniędzy z podatków (i nie tylko), aby sfinansować szybkie odejście od paliw kopalnych. Znaczy to również, że będzie zmuszony porzucić swój plan deregulacji, bo jeżeli zamierzamy zmienić źródła, z których czerpiemy energię, to będziemy potrzebowali różnego rodzaju przepisów, żeby tym zarządzać i wprowadzić w życie. I oczywiście nie chodzi tu tylko o Trumpa – dotyczy to wszystkich zaprzeczających zmianom klimatu republikańskich gubernatorów, których stany doświadczają obecnie skutków tych zmian. Wszyscy oni musieliby odrzucić spaczony światopogląd, zgodnie z którym rynek ma zawsze rację, regulacja zawsze jest zła, prywatne jest dobre, a społeczne złe, a podatki na usługi publiczne są najgorsze ze wszystkiego.
Oto coś, co musimy jak najszybciej przyjąć do wiadomości: ze zmianami klimatu, szczególnie na tym późnym etapie, możemy sobie poradzić jedynie za pomocą kolektywnego działania, które radykalnie ukróci władzę korporacji takich jak Exxon Mobil czy Goldman Sachs (obie z nich tak szczodrze reprezentowane na posiedzeniu gabinetu Trumpa).
Działania na rzecz ograniczenia zmian klimatu wymagają inwestycji w sferę publiczną – nowe sieci przesyłowe, transport publiczny i koleje miejskie – na skalę niewidzianą od zakończenia drugiej wojny światowej. A można to zrobić jedynie zwiększając podatki dla bogatych i korporacji, czyli dokładnie dla tych samych ludzi, których Trump z taką determinacją pragnie obdarować najhojniejszymi cięciami podatkowymi, furtkami prawnymi i ustawowymi ulgami.
Krótko mówiąc, zmiany klimatu całkowicie burzą fundament ideologiczny, na którym opiera się współczesny konserwatyzm. Przyznanie, że kryzys klimatyczny jest rzeczywisty, oznacza uznanie końca ich politycznego i gospodarczego projektu. Właśnie dlatego prawica buntuje się przeciwko rzeczywistości fizycznej – co w kwietniu 2017 roku skłoniło tysiące naukowców z całego świata do udziału w Marszu dla Nauki, aby wspólnie bronić zasady, która nie powinna potrzebować obrony: że możliwie najobszerniejsza wiedza o naszym świecie jest rzeczą dobrą. Istnieje jednak logiczny powód, dla którego nauka stała się takim polem bitwy: fakt, iż pokazuje ona ciągle na nowo, że służący korporacjom „business as usual” prowadzi do katastrofy zagrażającej dalszemu istnieniu gatunków.
I nie dotyczy to tylko prawicy – w tym samym stopniu odnosi się do politycznego centrum. Liberałowie głównego nurtu mówią nam od lat, że wystarczy tylko nieco ulepszyć obecny system i wszystko będzie w porządku. Możemy mieć kapitalizm w stylu Goldmana Sachsa z dodatkiem paneli słonecznych. Lecz na obecnym etapie wyzwanie, z którym musimy sobie poradzić, sięga o wiele głębiej.
Obniżenie emisji wystarczająco szybko, by udało się uniknąć katastrofalnego ocieplenia, wymaga odejścia od takiego sposobu mierzenia postępu gospodarczego, w którego centrum znajduje się nieustannie rosnąca konsumpcja. Wymaga fundamentalnej zmiany naszego systemu gospodarczego, w tym przezwyciężenia systemowych nierówności ekonomicznych i rasowych, sprawiających, że katastrofy takie jak Harvey i Katrina stają się katastrofami humanitarnymi. Tak więc w pewnym sensie członkowie gabinetu Trumpa – z ich desperacką potrzebą negacji realności globalnego ocieplenia lub umniejszenia jego implikacji – rozumieją coś, co jest zasadniczo prawdziwe. Aby zapobiec zmianom klimatu, musimy zakwestionować fundamentalizm wolnorynkowy, który zawojował świat od lat osiemdziesiątych.
Trump i podobni mu klimatyczni negacjoniści (lub pomniejszacze zmian klimatycznych) postrzegają tego rodzaju podważanie ich światopoglądu jako kryzys tak głęboko egzystencjalny, że nie chcą nawet dopuścić do świadomości takiej możliwości. Globalne ocieplenie naprawdę pociąga za sobą radykalne progresywne konsekwencje. Jeśli jest realne – a wyraźnie jest – to klasa oligarchów nie może nadal się panoszyć poza wszelką kontrolą.
W miarę jak rzeczywistość zaburzenia klimatu będzie ukazywać swoje groźne oblicze, stopniowo coraz więcej ludzi zacznie rozumieć jego polityczne i gospodarcze implikacje. Tymczasem zaś powinniśmy przestać czekać, aż katastrofy „przebudzą” najbardziej zatwardziałych klimatycznych sceptyków. Ich sen jest na to, cholera, po prostu o wiele za dobry, za wygodny i za dochodowy. Gdy Trump wykorzystuje zbiegające się w czasie katastrofy, takie jak Harvey, Irma i Północna Korea – czy jakiekolwiek inne piekło, które może wykorzystać, by przeforsować swój okrutny plan gospodarczy – reszta z nas powinna mieć ostrą świadomość, że powstrzymanie go, a także światopoglądu, który reprezentuje, jest kwestią zbiorowego przetrwania ludzkości.
Częściowo adaptowane z „No is Not Enough: Resisting Trumps Shock Politics and Winning the World We Need”
Tłumaczenie: Jan Skoczylas
Przetłumaczone przez Zielone Wiadomości za zgodą Naomi Klein i redakcji The Intercept
źródło: The Intercept
Artykuł ukaże się w najbliższym papierowym wydaniu Zielonych Wiadomości.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Europejska Sieć Naukowców na rzecz Odpowiedzialności Społecznej i Środowiskowej: Promowane przez przemysł biotechnologiczny tzw. nowe techniki hodowli roślin są technologiami modyfikacji genetycznej (GMO) ze wszystkimi wiążącymi się z tym zagrożeniami.
Zgodnie z opublikowanym 28 września oświadczeniem Europejskiej Sieci Naukowców na rzecz Odpowiedzialności Społecznej i Środowiskowej (European Network of Scientists for Social and Environmental Responsibility – ENSSER), produkty nowych technik modyfikacji genetycznej (new genetic modification techniques – NGMTs) są organizmami modyfikowanymi genetycznie i powinny podlegać ścisłej regulacji prawnej, tak jak inne GMO.
Oświadczenie to kwestionuje twierdzenia orędowników GMO, że te nowe techniki modyfikacji genetycznej (często nazywane nowymi technikami hodowli roślin – ang: New Plant Breeding Techniques, w skrócie: NPBTs) są tak precyzyjne i łatwe do skontrolowania, że ich wytwory nie są organizmami modyfikowanymi genetycznie w zwykłym tego słowa znaczeniu i nie stwarzają jakiegokolwiek większego zagrożenia, niż ich odpowiedniki nie-GMO. Optują oni za deregulacją tego rodzaju produktów na poziomie europejskim. Znaczyłoby to, że nie przechodziłyby one obowiązkowej oceny bezpieczeństwa i nie byłyby oznaczane jako produkty GMO.
Jednak według oświadczenia ENSSER, podpisanego jak do tej pory przez ponad 60 naukowców z różnych krajów, istnieją dowody ma to, że techniki te (w tym CRISPR-Cas/Cpf, mutageneza kierowana nukleotydami, cisgeneza i metylacja DNA zależna od RNA) „są wysoce podatne na niezamierzone efekty”. W przypadku roślin jadalnych wyprodukowanych przy pomocy tych technik, może to prowadzić do nieoczekiwanej toksyczności i alergenności.
Oświadczenie, opublikowane w dniu, w którym odbyła się zorganizowana przez Komisję Europejską „konferencja na wysokim szczeblu” ws. nowych technik GMO, stwierdza również, że technologie edycji genomów stały się tak łatwe do zastosowania, że otwiera to pole dla nadużyć i niezamierzonego niewłaściwego wykorzystania, w tym dla celów bioterrorystycznych.
Technika Gene drives (zaprojektowana w celu szybkiego rozprzestrzenienia cechy genetycznej w populacji lub całym gatunku) niesie za sobą szczególne ryzyko spowodowania ekologicznej nierównowagi i zakłóceń.
Zdaniem autorów oświadczenia, w świetle tych zagrożeń nowe techniki „powinny podlegać regulacji co najmniej tak samo rygorystycznej, jak to jest obecnie wymagane przez najsurowsze przepisy dotyczące GMO”.
Naukowcy dodają, że wszystkie GMO, zarówno starego typu, jaki i otrzymywane za pomocą nowych modyfikacji genetycznych, „powinny być oznakowane w celu zapewnienia wyboru konsumentom i rolnikom oraz umożliwienia wykrywalności, monitoringu i nadzoru regulacyjnego w przypadku jakichkolwiek negatywnych skutków po ich komercjalizacji. Możliwość śledzenia i etykietowanie są również minimalnymi wymogami umożliwiającymi określenie związku przyczynowego i odpowiedzialności w razie długoterminowych szkodliwych konsekwencji”.
Jeden z sygnatariuszy nowego oświadczenia, dr. Michael Antoniou z King’s College London, który pomagał również w jego sformułowaniu, powiedział: „Organy regulacyjne powinny uznać, że nowe techniki GM stosowane w rolnictwie, szczególnie edycja genomu, są w istocie metodami modyfikacji genetycznej. Jeśli uznają je za takie, będą w zgodzie z faktami naukowymi, które kryją się z tymi metodami – i nieuchronnie będą zmuszone wdrożyć rygorystyczne środki w celu zapewnienia ochrony ludzi i środowiska”.
„W dziedzinie genetyki medycznej, którą się zajmuję, edycja genomu postrzegana jest jako modyfikacja genetyczna z nieodłącznymi efektami niepożądanym (off-target effects) i konieczność jej rygorystycznej regulacji, zarówno ze względów bezpieczeństwa, jak i skuteczności, nie jest kwestionowana”.
Mylący termin
Nowe techniki GMO zostały w sposób wprowadzający w błąd nazwane przez swoich orędowników nowymi technikami hodowli roślin ( New Plant Breeding Techniques – NPBTs), co jest niewątpliwie próbą ukrycia faktu, że są one technikami GMO, a także wywołania wśród opinii publicznej skojarzenia z tradycjonalnymi metodami uprawy roślin.
Po porażce upraw GMO w Europie i w świetle możliwego zakazu bądź ograniczeń stosowania powiązanego z GMO pestycydu glifosatu, przemysł agrochemiczny widzi w tych nowych GMO główne źródło dochodów na następne kilka dziesięcioleci. Z tego powodu, walcząc o utrzymanie GMO starego typu i związanych z nimi pestycydów, dąży również do deregulacji nowych technik modyfikacji genetycznej na poziomie europejskim.
Władze UE od lat debatują nad tym czy, i jak uregulować te nowe technologie, ale jak do tej pory nie została podjęta żadna decyzja.
Tłumaczenie: Jan Skoczylas
źródło: GM Watch
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Brak profesjonalizmu i przekroczenie uprawnień strażników leśnych.
Prawnicy aktywistów Greenpeace Polska złożyli w prokuraturze zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez strażników leśnych, którzy – zdaniem aktywistów – stosując przemoc podczas likwidowania pokojowego protestu w Puszczy Białowieskiej, nadużyli swoich uprawnień i narazili zdrowie a nawet życie uczestników.
Przypomnijmy, co się stało: Nad ranem 29 sierpnia w okolicach Dąbrowy (w Nadleśnictwie Białowieża) rozpoczęła się największa blokada wycinki w Puszczy Białowieskiej [1]. W blokadzie wzięło udział kilkadziesiąt aktywistów i aktywistek Greenpeace z kilkunastu krajów europejskich oraz ludzie z Obozu dla Puszczy. Aktywiści zatrzymali pracę ciężkiego sprzętu do wycinki, wspięli się na drzewa oraz zamontowali specjalne konstrukcje, które miały powstrzymać wywóz drzew z lasu. Była to reakcja na łamanie przez Polskę decyzji Trybunału Sprawiedliwości UE, który miesiąc wcześniej zobowiązał nasz kraj do wstrzymania wycinki w nadleśnictwie Białowieża
i wywożenia starych drzew z Puszczy [2].
Na terenie blokady pojawili się liczni strażnicy leśni, którzy próbowali ją zlikwidować. „Używali noży i przecinaków hydraulicznych w okolicach naszych twarzy i innych wrażliwych części ciała. W pewnym momencie odcięli bez profesjonalnego zabezpieczenia linę protestującego wspinacza, który wisiał na wysokości kilku metrów. Innego aktywistę zrzucili z dwumetrowej drabiny” – wspomina likwidację blokady Wiola Smul, aktywistka Greenpeace.
„Z zarządzenia Dyrektora Generalnego Lasów Państwowych na temat programu szkolenia Straży Leśnej wynika, że strażnicy nie uczą się profesjonalnego postępowania z osobami protestującymi i stawiającymi bierny opór. Naszym zdaniem wykorzystanie Straży Leśnej do likwidacji pokojowego protestu łamie obowiązujące w Polsce prawo i nie powinno mieć miejsca” – mówi Magda Gołębiewska z Greenpeace Polska.
Zawiadomienie dotyczy przede wszystkim przestępstw opisanych w artykułach 231 i 160 Kodeksu karnego. Pierwszy z nich mówi o tym, że funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. Drugi przewiduje taką samą karę dla osób, które narażają człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.
„Nie możemy zaakceptować sytuacji, kiedy w demokratycznym państwie osoby korzystające z prawa do pokojowego protestu w obronie środowiska naturalnego są traktowane w taki sposób, jak widzieliśmy to w Dąbrowie. Mamy nadzieję, że prokuratura przyjrzy się dokładnie zawiadomieniu w sprawie podejrzenia o popełnienie przestępstwo przez strażników leśnych i podejmie działania, które pozwolą w przyszłości uniknąć podobnych, niebezpiecznych i niezgodnych z prawem sytuacji” – mówi Magda Gołębiewska.
Zdjęcia z blokady 29 sierpnia 2017: https://www.flickr.com/photos/greenpeacepl/albums/72157684629340822
[1] http://www.greenpeace.org/poland/pl/wydarzenia/polska/Najwieksza-blokada-w-Puszczy-Bialowieskiej/
[2] http://www.greenpeace.org/poland/pl/wydarzenia/polska/Wycinka-w-Puszczy-musi-by-wstrzymana—Trybuna-Sprawiedliwoci-UE-podj-decyzj/
51 tysięcy Polaków co roku umiera przedwcześnie z powodu zanieczyszczenia powietrza – wynika z najnowszego raportu Europejskiej Agencji Środowiska (EEA). Polska wraz z Bułgarią przodują w niechlubnym smogowym rankingu Unii Europejskiej. Za fatalny stan powietrza w naszym kraju odpowiada w głównej mierze niska emisja ze spalania węgla w domowych piecach. – Rząd niestety nie wywiązuje się z planu walki ze smogiem. Najbardziej pilne jest wprowadzenie przez Ministerstwo Energii norm jakości węgla – komentuje Marek Józefiak z Greenpeace.
Opublikowany 11 października raport „Jakość powietrza w Europie 2017” obejmuje dane z monitoringu środowiska za 2015 rok. Wskazuje on, że spośród wszystkich narodów Unii Europejskiej Polacy są najbardziej narażeni na wpływ rakotwórczego benzo(a)pirenu. Z danych państwowego monitoringu środowiska wynika, że aż 76 proc. emisji tego zanieczyszczenia pochodzi z niskiej emisji z gospodarstw domowych, związanej ze spalaniem paliw stałych, głównie węgla.
Według raportu EEA bardzo źle wypadamy także pod względem zanieczyszczenia pyłami zawieszonymi, które w większości również pochodzą z ogrzewania. W przypadku stężenia pyłów zawieszonych PM2,5 Polska plasuje się tuż za Bułgarią – ze stężeniem o 60 proc. wyższym niż średnia unijna.
– Niestety, bez zdecydowanych działań rządu nie ma co liczyć na poprawę jakości powietrza w Polsce. Minister energii Krzysztof Tchórzewski powinien wprowadzić zapowiadane na I kwartał 2017 regulacje dotyczące norm jakości węgla. Oczekujemy także, że rząd spełni obietnicę zapewnienia Polakom taniej alternatywy dla palenia węglem – mówi Marek Józefiak, koordynator kampanii Klimat i Energia w Greenpeace Polska.
Raport „Jakość powietrza w Europie 2017” dostępny jest tutaj.
Źródło: Informacja prasowa Greenpeace Polska
Ruch feministyczny, który w swoich początkach był jednym z ważnych nurtów krytyki kapitalizmu, stał się dostarczycielem najważniejszych idei dla jego najnowszego, neoliberalnego wcielenia.
Jako feministka zawsze sądziłam, że walcząc o emancypację kobiet, pomagam budować lepszy świat – świat bardziej egalitarny, bardziej wolny i sprawiedliwy. Jednak w ostatnich latach z niepokojem obserwuję, że ideały, które zrodziły się w ruchu wyzwolenia kobiet, służą zupełnie innym celom. Najbardziej martwi mnie to, że naszej krytyki seksizmu coraz częściej używa się do usprawiedliwienia nowych form nierówności i wyzysku.
Okrutnym zrządzeniem losu ruch na rzecz wyzwolenia kobiet wplątał się w niebezpieczne związki z neoliberałami i wspiera ich wysiłki na rzecz budowy społeczeństwa wolnorynkowego. Idee feministyczne, które niegdyś współtworzyły radykalny, lewicowy światopogląd, coraz częściej służą umacnianiu ideologii wolnorynkowego indywidualizmu. Gdy feministki z dawnych lat krytykowały karierowiczostwo, feministki dzisiejsze wprost zachęcają kobiety, by włączały się do wyścigu szczurów. Ruch, dla którego najważniejsza była solidarność społeczna, namawia kobiety do większej przedsiębiorczości. Kultura polityczna, która kiedyś ceniła sobie wartości takie, jak troska i współzależność, kładzie dzisiaj nacisk na osobisty sukces i system wartości, który zapewnia awans w oparciu o indywidualne talenty i zasługi.
Tym, co leży u podłoża tych zmian, jest radykalna transformacja kapitalizmu. Zarządzany przez państwo kapitalizm ery powojennej ustąpił miejsca nowemu modelowi – kapitalizmowi niezorganizowanemu, globalistycznemu i neoliberalnemu. Feminizm drugiej fali powstał jako ruch krytyczny wobec kapitalizmu starej daty, by po latach przejść na służbę jego nowego wcielenia.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, łatwo dostrzec, że ruch wyzwolenia kobiet zmierzał jednocześnie do dwóch możliwych wersji przyszłości. W wersji pierwszej dążył do świata, w którym emancypacja kobiet szła ręka w rękę z demokracją uczestniczącą i solidarnością społeczną; w wersji drugiej obiecywał nową formę liberalizmu, w którym kobiety i mężczyźni mieli się cieszyć większą autonomią, szerszym zakresem wyborów życiowych i realną szansą na awans społeczny w nagrodę za talent i osobiste zasługi. W tym sensie feminizm drugiej fali był ruchem politycznie ambiwalentnym, zgodnym z obiema wizjami społeczeństwa i przyjaznym różnym scenariuszom historycznym.
W ostatnich latach ta polityczna ambiwalencja osłabła, a przewagę zyskał scenariusz liberalno-indywidualistyczny. Jednak nie stało się tak dlatego, że byłyśmy biernymi ofiarami uwodzicielskiej siły neoliberalizmu. Wprost przeciwnie! Same się czynnie przyczyniłyśmy do takiego rozwoju sytuacji, wnosząc do nowego modelu kapitalizmu trzy ważne idee.
Pierwszą z nich była nasza krytyka „pensji rodzinnej” i kluczowego dla tradycyjnego kapitalizmu modelu społecznego, w którym mężczyzna jest żywicielem rodziny, a kobieta gospodynią domową. Feministyczna krytyka tego modelu legitymizuje dzisiaj „kapitalizm elastyczny”. Wszak współczesna, neoliberalna forma kapitalizmu zależy w wielkiej mierze od pracy zarobkowej kobiet, zwłaszcza zaś od niskopłatnej pracy w usługach i w produkcji, wykonywanej nie tylko przez młode i niezamężne kobiety, ale również przez kobiety zamężne i posiadające dzieci; nie tylko przez kobiety dyskryminowane rasowo, ale przez kobiety wszystkich narodowości i ze wszystkich grup etnicznych. Gdy kobiety na całym globie masowo wkroczyły na rynek pracy, tradycyjny model pensji rodzinnej zastąpiony został przez model nowszy i bardziej nowoczesny – model rodziny z dwojgiem żywicieli, najwyraźniej usankcjonowany przez współczesny feminizm.
I nikogo zdaje się nie obchodzić, że wspierany przez nowy model rodziny neoliberalny kapitalizm oznacza spadek przeciętnej płacy, mniejsze bezpieczeństwo zatrudnienia, obniżający się poziom życia, gwałtowny wzrost liczby godzin pracy zarobkowej, więcej pracy na dwie, trzy lub nawet cztery zmiany i wzrost ubóstwa w rodzinach, w których funkcję „głowy” coraz częściej pełnią kobiety. Neoliberalizm robi, co może, by „wróbel stał się kanarkiem”(1) , akcentując coraz bardziej potrzebę tzw. wzmocnienia narracji o upodmiotowieniu kobiet. Powołując się na feministyczną krytykę pensji rodzinnej dla usprawiedliwienia wyzysku, nowy kapitalizm zaprzęga marzenie o emancypacji do lokomotywy akumulacji kapitału.
Nie jest to jedyna koncepcja, jaką feminizm wniósł do neoliberalnego etosu, przyczyniając się tym samym do jego umocnienia. W epoce kapitalizmu zarządzanego przez państwo, słusznie krytykowałyśmy lewicę za myślenie tak bardzo skupione na walce klas, że nie chciała ona dostrzec żadnych form niesprawiedliwości „nieekonomicznej”, takich jak przemoc w rodzinie, nadużycia seksualne lub ograniczanie praw reprodukcyjnych. Odrzucając ideologiczny „ekonomizm” i upolityczniając to, „co prywatne”, feministki poszerzyły zakres tego, „co polityczne”, rzucając wyzwanie tradycyjnym hierarchiom społecznym, powstałym na bazie kulturowo skonstruowanych różnic pomiędzy płciami. Konsekwencją tych zmian powinno być rozszerzenie zakresu walki o sprawiedliwość, tak, by objęła ona i kulturę, i ekonomię. Jednak stało się inaczej. Feministyczna krytyka skupiła się całkowicie na „tożsamości płciowej” kosztem troski o podstawowe źródła utrzymania. Co gorsza, feministyczny zwrot ku polityce tożsamości połączył się ściśle z umacniającym się neoliberalizmem, który chciał tylko jednego: całkowitego wyparcia z pamięci idei równości społecznej. W efekcie doszło do absolutyzacji krytyki kulturowego seksizmu, a stało się to dokładnie w tym momencie, gdy okoliczności wymagały, by zdwoić wysiłki na rzecz krytyki ekonomii politycznej.
W końcu feminizm wniósł niemały wkład w upowszechnienie kolejnej idei neoliberalizmu: krytyki paternalizmu państwa opiekuńczego. Ta niezaprzeczalnie postępowa myśl w dobie kapitalizmu organizowanego przez państwo weszła później do arsenału neoliberalnych argumentów w wojnie przeciwko koncepcji „państwa-niańki”. W ostatnich latach neoliberalne państwo wciąż z niej korzysta, cynicznie akcentując rolę organizacji pozarządowych i przekazując im swoje obowiązki.
Wymownym przykładem tych przemian jest koncepcja mikrokredytu – programu udzielania niewielkich pożyczek bankowych ubogim kobietom z krajów globalnego południa. Stworzony jako oddolna alternatywa wobec rządowych, biurokratycznych programów umocnienie pozycji kobiet, mikrokredyt reklamowany jest jako feministyczne antidotum na problem ubóstwa i poddaństwa kobiet. Nie dostrzega się przy tym niepokojącego zbiegu okoliczności: mikrokredyty stały się popularne dokładnie wtedy, gdy państwa zaczęły rezygnować z makrostrukturalnych programów zwalczania ubóstwa – programów, których drobne pożyczki nie mogą w żadnym razie zastąpić. I w tym przypadku dawna idea feministyczna została przejęta przez neoliberalizm. Koncepcja mająca pierwotnie na celu demokratyzację władzy państwowej w celu upodmiotowienia obywateli, jest obecnie wykorzystywana jako argument na rzecz urynkowienia i obniżenia kosztów funkcjonowania państwa.
We wszystkich tych przypadkach dwoistość polityczną feminizmu zastąpił neoliberalny indywidualizm. Jednak nie znaczy to, że dawny, solidarystyczny scenariusz jest całkiem martwy. Obecny kryzys stwarza wręcz szansę na ponowne podjęcie jego głównych idei łączących marzenie o wyzwoleniu kobiet z wizją społeczeństwa solidarnego. W tym celu jednak feministki muszą zerwać niebezpieczne związki z neoliberalizmem i użyć swoich dawnych idei na rzecz własnych celów.
Po pierwsze powinnyśmy zerwać fałszywy związek pomiędzy naszą krytyką pensji rodzinnej i modelem kapitalizmu elastycznego, przekonując do kultury mniej skupionej na pracy zarobkowej, a wyżej niż dotąd ceniącej zajęcia niezarobkowe, a wśród nich – między innymi – prace opiekuńcze. Po drugie, możemy odwrócić przejście, jakie się dokonało od krytyki ekonomizmu do polityki tożsamości przez połączeniu obu nurtów w feminizmie: walki o zmianę porządku społecznego opartego na wartościach kultury patriarchalnej z walką o sprawiedliwość ekonomiczną. W końcu powinnyśmy się rozprawić z fałszywym poglądem łączącym naszą krytykę biurokracji z wolnorynkowym fundamentalizmem. Powinnyśmy powrócić do idei demokracji uczestniczącej jako narzędzia umacniającego oddolną władzę obywateli, niezbędną do ograniczania wpływów kapitału w imię sprawiedliwości społecznej.
(1) Zdanie to jest trawestacją przysłowia „Kto się wróblem urodzi, kanarkiem nie zdechnie”. (Przyp. Tłum.)
tłum. Andrzej Dominiczak
przedruk za: Le Monde Diplomatique, nr 11/93, listopad 2013
artykuł ukazał się również w zeszycie trzecim abc kapitalizmu, dostępnym na balcerowicz.com
Nancy Fraser – profesor socjologii na Uniwersytecie Chicagowskim oraz filozofii i teorii politycznej w New School for Social Research w Nowym Jorku. Napisała m.in. Scales of Justice: Reimagining Political Space in a Globalizing World (2008). W Polsce ukazała się jej praca pt. Redystrybucja i uznanie (wraz z Axelem Honnethem, 2005).
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.