Drzewa to filary nieba. Istnienie świata, jaki znamy, spoczywa na ich barkach. Jeśli ich zabraknie, i nasza egzystencja będzie zagrożona.
Z dr Piotrem Tyszko-Chmielowcem rozmawia Aleksandra Zienkiewicz.
Aleksandra Zienkiewicz : Jesteś z wykształcenia doktorem nauk leśnych. Jak to się stało, że zamiast doglądać leśnych upraw, zdecydowałeś się zawalczyć o drzewa w ramach działań organizacji pozarządowej?

Piotr Tyszko-Chmielowiec: Na studia leśne zaprowadziła mnie ciekawość – chciałem się dowiedzieć, jak las rośnie. Drzewa mnie fascynowały i ta fascynacja nigdy mnie nie zawiodła. Las zawsze wydawał mi się wspaniałym miejscem pracy, ale obawiałem się, że nie byłoby mi łatwo zaadaptować się do hierarchicznej struktury Lasów Państwowych. Z drugiej strony, po ukończeniu studiów doktoranckich z fizjologii drzew byłem ciekaw innych zagadnień związanych z przyrodą i środowiskiem. Moją pierwszą pracę podjąłem właśnie w organizacji społecznej, a pierwsze projekty dotyczyły oczyszczania ścieków i recyklingu na obszarach wiejskich (było to w Appallachach, w Wirginii, USA). Potem chroniłem przyrodę, promowałem zbiórkę puszek aluminiowych i akcję Sprzątanie świata, aż jakieś dziesięć lat temu wróciłem do moich ukochanych drzew. Tak się składa, że praktycznie wszystkie moje prace były związane z organizacjami społecznymi, od kilkunastu lat z Fundacją EkoRozwoju we Wrocławiu. Ten sektor daje mi swobodę działania, choć trzeba w nim być przygotowanym na niestabilne finansowanie. Obecnie dzielę mój czas między zaangażowanie w Fundacji a pracę w Instytucie Drzewa. Jest to instytucja szkoleniowo-konsultingowa prowadząca między innymi kursy Certyfikowanego Inspektora Drzew oraz opieki nad drzewami sędziwymi.

Gdybyś miał opisać, dlaczego drzewa są ważne, ale tylko jednym zdaniem, to…?

Wróciłbym do jednego z archaicznych ujęć metafizycznych: drzewa to filary nieba. W dzisiejszym ujęciu oznacza to, że istnienie świata, jaki znamy, spoczywa na ich barkach. Jeśli ich zabraknie, i nasza egzystencja będzie zagrożona.

W swojej pracy zawodowej dużo miejsca poświęciłeś drzewom przydrożnym, z którymi wiążą się różne kontrowersje. Z jakich powodów powinniśmy zachowywać aleje?

Zająłem się drzewami przydrożnymi dziesięć lat temu – wtedy wydawały się najbardziej zagrożoną kategorią drzew w naszym kraju. Powodów, dla których je sadzono, jest wiele i liczne z nich są nadal aktualne: drzewa wyznaczały przebieg i granice drogi, chroniły podróżnych przed upałem, a zimą przed pobłądzeniem. W dzisiejszych czasach dostrzegamy, że aleje i inne zadrzewienia w krajobrazie rolniczym utrzymują sprzyjający plonowaniu klimat i mikroklimat: hamują wiatr wysuszający glebę i wywiewający próchnicę, stymulują opady. Gnieżdżą się w nich owady zapylające i ptaki żywiące się owadami, które zjadają nasze plony. Dla przyrody krajobrazu ukształtowanego przez człowieka aleje są kluczowe: zwierzęta różnych grup nie tylko w nich żyją, ale też korzystają z nich jako korytarzy ekologicznych. Bo aleje to nie tylko drogi dla samochodów, ale też drogi dla natury. No i ostatni powód to fakt, że aleje są nieodzowną częścią tradycyjnego środkowoeuropejskiego krajobrazu i jako takie są zabytkiem kultury.

Jak można w takim razie zwiększyć bezpieczeństwo kierowców i ich pasażerów na drogach wysadzanych drzewami?

W moim przekonaniu głównym zadaniem dla bezpieczeństwa ruchu jest zatrzymanie pojazdów na drodze, zapobieganie wypadnięciu z pasa ruchu. Najbardziej służą temu zabiegi redukujące prędkość i zwracające uwagę kierowców na zagrożenia. Dość powszechnie stosuje się odblaskowe oznakowanie drzew, w Niemczech widziałem malowanie części drzew wchodzących w skrajnię białą odblaskową farbą. Zarząd Dróg Wojewódzkich w Olsztynie eksperymentuje z naklejkami na jezdnię imitującymi poprzeczne garby. Sama obecność drzew przydrożnych, jak wykazały badania naukowe, redukuje prędkość pojazdów o jakieś 5 km/h.

Gdybyś miał wskazać najbardziej niezwykłe cechy drzew, to jakie by one były?

Drzewa to wspaniałe, fascynujące istoty, które są świetnie przystosowane do życia na naszej planecie w sposób osiadły. Kluczowym elementem tego dostosowania jest wykształcenie zdecentralizowanego zarządzania organizmem. Organizm drzewa przypomina bardziej kolonię mrówek niż ciało człowieka – poszczególne gałęzie i korzenie mają znacznie większą autonomię, niż nasze członki. Nie mogąc uciekać przed ich prześladowcami, drzewa – a także inne rośliny – są do pewnego stopnia odporne na utratę części organizmu.

Można ich porównać do kosmitów – działają zupełnie inaczej niż my. Nie mają oczu – a widzą, nie mają uszu – a słyszą, nie mają ust – a komunikują się, nie mają mózgu – a analizują dane i podejmują strategiczne decyzje. Żywią się energią słońca i dwutlenkiem węgla, a wydalają życiodajny dla nas tlen. Fascynujące jest jeszcze to, że żyją w innym wymiarze czasowym: czas drzewa płynie wolniej, ale nie jest tak ograniczony jak czas człowieka. Dlatego nie jestem pewien, czy zauważają nas, tak jak my nie zauważamy śmigających koło nas cząstek elementarnych. Zapewne drzewo dopiero wtedy rejestruje człowieka, kiedy ten robi mu krzywdę.

Na czym polega podejmowanie decyzji przez drzewa?

Każde podejmowanie decyzji jest poprzedzone zbieraniem danych i tych danych drzewa zbierają o wiele więcej rodzajów niż my. Nie tylko posługują się pięcioma zmysłami dostępnymi ludziom, choć – jak przed chwilą wspomniałem –nie mają takich organów, jak my. Potrafią też identyfikować gradient stężenia w glebie potrzebnych im substancji, a także trucizn. Odczytują sygnały chemiczne od innych drzew przekazywane powietrzem, glebą i za pośrednictwem sieci mikoryzowych, czyli grzybów współżyjących z drzewami. A jak podejmują decyzje, skoro – jak już wspomniałem – nie mają mózgu? To nie jest całkiem jasne, ale obecnie wśród badaczy popularny jest pogląd, że drzewo myśli koniuszkami korzonków. Już Karol Darwin odkrył, że to jest absolutnie wyjątkowy organ drzewa, wykazujący w swoim zachowaniu podobieństwo do takich wyposażonych w prosty system nerwowy zwierząt jak dżdżownice. W wierzchołkach korzeni stwierdzono aktywność bioelektryczną podobną do tej spotykanej w układach nerwowych zwierząt. Każda roślina ma przynajmniej dziesiątki milionów takich korzonków, które połączone impulsami elektrycznymi i chemicznymi mogą działać jak internet. Wygląda na to, że drzewo myśli w chmurze.

W Puszczy Białowieskiej, Piotr z Peterem Wohllebenem

Więcej o niesamowitych możliwościach drzew można przeczytać w wydanej w zeszłym roku książce Petera Wohllebena „Sekretne życie drzew”. O zmysłach roślin i ich inteligencji napisał z kolei Stefano Mancuso w książce „Błyskotliwa zieleń”. Obie pozycje opowiadają o tych skomplikowanych sprawach przystępnym, a zarazem wciągającym językiem.

Jak przekonałbyś prywatnego właściciela, że warto zachować drzewa na swojej działce, zamiast przerobić je na drewno do kominka?

Po pierwsze zaapelowałbym do jego emocji, bo to przede wszystkim emocje kierują naszymi decyzjami. Drzewa są piękne, tworzą atmosferę miejsca i podkreślają jego klasę. Niemal każdy ma jakieś fajne wspomnienia z dzieciństwa związane z drzewami – jakieś drzewo, na które się wdrapywał i na którym miał swoją kryjówkę. Następnie zaapelowałbym do rozumu, wskazując, że drzewa chronią przed upałem i podnoszą wartość nieruchomości. Cóż, miałem niejedną taką rozmowę i właściciele drzew je wycinali albo i nie.

Drzewa również mogą powodować zagrożenie, często jednak taki argument jest nadużywany przy podejmowaniu decyzji o wycinkach. Na co powinni zwrócić uwagę właściciele drzew przy ocenie ich stanu i jak się nimi opiekować, by rosły długo i zdrowo, a zatem bezpiecznie dla ludzi?

Drzewa rosnące w otoczeniu ludzi muszą być dla nich bezpieczne. Niestety, bywa, że są one wycinane na podstawie błahych przesłanek. Z drugiej strony zdarza się również, że drzewa wykazujące oczywiste dla doświadczonego oka problemy są pozostawiane bez interwencji, co może prowadzić do nieszczęścia. W Instytucie Drzewa prowadzimy kursy dla Certyfikowanych Inspektorów Drzew, na których uczymy, jak patrzeć na drzewo, tak żeby dostrzec niepokojące symptomy. Należą do nich na przykład pęknięcia na pniu i gałęziach, występowanie hub czy ślady prac ziemnych, które mogły uszkodzić korzenie. Częstą przyczyną usunięcia drzewa jest fakt, że posiada „dziurę”. Trzeba jednak mieć świadomość, że każde starsze drzewo jest wypróchniałe w środku. Najbardziej wytrzymałym przekrojem jest rura – tak jak pień starego drzewa zbudowane są słupy latarniowe. Specjalista musi ocenić, czy pozostała ścianka zdrowego drewna jest wystarczająca do utrzymania drzewa.

Inspektor na podstawie oględzin w razie potrzeby rekomenduje zabiegi, takie jak usunięcie lub podwiązanie niebezpiecznej gałęzi czy odsunięcie narażonego na ewentualne uszkodzenie obiektu, takiego jak ławka. Jeśli nie można zapewnić bezpieczeństwa wokół drzew innymi sposobami, zalecane jest ich usunięcie. W miastach Zachodniej Europy powszechne jest prowadzenie okresowych kontroli każdego drzewa, zwykle co dwa lata. Wyniki oględzin są rejestrowane w geolokalizowanej bazie danych i służą do planowania zabiegów oraz do porównania przy kolejnej kontroli. W ten sposób zapobiega się większości możliwych wypadków polegających na upadku konaru lub całego drzewa.

Osoba nie mająca odpowiedniej wiedzy i doświadczenia nie jest w stanie odpowiednio ocenić stanu drzewa. Jeśli dostrzeżemy niepokojące objawy, powinniśmy poprosić o pomoc fachowca. Nie zawsze jest o niego łatwo. Leśnicy znają się na młodych drzewach, zdatnych jako surowiec i mają skłonność do łatwego skazywania starszego drzewa na wycięcie. Szukajmy osoby specjalizującej się w ocenie drzew rosnących na terenach zabudowanych. Kiedy ją znajdziemy, nie wahajmy się zadawać dociekliwych pytań.

Wiele mówi się o sadzeniu drzew w kontekście zmian klimatycznych. Czy ich wpływ nie jest trochę przesadzony? Jak wiemy, tylko duże, zwarte kompleksy leśne bezpośrednio oddziałują na klimat naszej planety.

To prawda, że największy wpływ na klimat mają rozległe lasy, ale nie można lekceważyć znaczenia drzew miejskich. Chociażby dlatego, że tereny zabudowane zajmują coraz większe połacie. Niechby były one pokryte choćby w jednej trzeciej koronami drzew (przyzwoity wynik dla zasobnych w zieleń miast), to wpływ tych drzew musi być istotny. Przy czym trzeba zaznaczyć, że żadne sadzenie drzew nie odwróci zachodzących na naszych oczach zmian klimatycznych – może to sprawić jedynie drastyczna redukcja emisji gazów cieplarnianych. Emitujemy ich bowiem wielokrotnie więcej, niż może wchłonąć cała zieleń świata. Natomiast drzewa mogą w pewnym stopniu łagodzić skutki załamania się klimatu, takie jak ekstremalne upały czy gwałtowne ulewy.

Dlaczego warto zachowywać duże, stare drzewa? Niektórzy uważają, że w pewnym wieku każde drzewo należy wyciąć i zastąpić młodym.

I nie mają racji, bo nic nie zastąpi starego drzewa – nawet pięćset małych drzewek nie jest substytutem jednego pięćsetletniego giganta. I nie chodzi tu tylko o ogromną objętość korony, co się przekłada na odpowiednio obfite wiązanie dwutlenku węgla, produkcję tlenu, chłodzenie powietrza i zatrzymywanie wody deszczowej. Złożoność drzewa sędziwego jest nieporównywalna z prostotą młodziaka. Drzewo, rosnąc przez dziesiątki i setki lat, wytwarza bogactwo nisz ekologicznych. Te wszystkie dziuple, szpary, rozwidlenia gałęzi dają schronienie rzeszom organizmów: owadom, ptakom, nietoperzom i ssakom. Podstawą ich bytowania są niezliczone ilości mniej spektakularnych stworzeń: nicieni, śluzowców, roztoczy i pajęczaków, bakterii i grzybów. Taki starzec to centrum życia, kamień węgielny bioróżnorodności. I nie stworzą go żadne pieniądze. Potrzebny jest CZAS. Sędziwe drzewo to czas ucieleśniony.


Piotr Tyszko-Chmielowiec – fascynat drzew i ich znawca, z wykształcenia leśnik. Autor realizowanego w ramach Fundacji EkoRozwoju programu ochrony alej i innych drzew w otoczeniu ludzi – Drogi dla Natury. Kieruje Instytutem Drzewa, instytucją szkoleniowo-konsultingową.

Artykuł ukazał się w Zielonych Wiadomościach nr 29.

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Rozmowa z rolniczką, Moniką Styczek-Kuryluk

Wojtek Mejor: Czym jest dla Ciebie rolnictwo ekologiczne?

Monika Styczek-Kuryluk: Rolnictwo ekologiczne jest dla mnie sposobem na życie. Dużo czasu spędziłam w Warszawie, ale po studiach już wiedziałam, że nie chcę mieszkać w dużym mieście. Po pięciu latach widzę, że jest to wybór ideologiczny – całościowy, holistyczny styl życia. Jak idę na pole albo pracuję w gospodarstwie, to się tam realizuję, nie mam poczucia straconego czasu, widzę efekty swojej pracy. Z tego się utrzymujemy, ale to nie tylko produkcja i zarabianie pieniędzy. To nie jest praca od ósmej do dwudziestej, a potem się ma jakieś inne życie. To gospodarstwo pochłania cały nasz czas.

Dla mnie rolnictwo ekologiczne polega na holistycznym podejściu do żywności, natury, otaczającego nas świata, nie tylko na niestosowaniu oprysków czy antybiotyków. To, co robię, ma wpływ na innych i na moje otoczenie. W gospodarstwie staramy się układać krajobraz w najkorzystniejszy sposób dla siedliska, w którym się znajdujemy. Robimy różnego rodzaju nasadzenia, tworzymy specjalny mikroklimat dla ptaków, dla owadów. Patrzymy na produkcję żywności w szerszym kontekście. Poza tym sektor rolnictwa ekologicznego to specyficzna grupa ludzi, którzy  są dla siebie nawzajem siłą, oparciem. Jest bardzo dużo ludzi, z którymi mamy zażyłe kontakty. To nasza druga rodzina.

W.M.: Dlaczego wybrałaś rolnictwo?

Jestem z miasta, ale zawsze ciągnęło mnie do przyrody, przede wszystkim do zwierzaków. Rośliny początkowo nie wydawały mi się interesujące, ale podczas pracy w polu z Robertem przekonałam się, jak dużo się dzieje z roślinami, czego nie widać okiem laika. Na rolnictwo ekologiczne zdecydowałam się, bo czułam, że to jest to. Widzę, jak różne rzeczy powstają od samego początku – od nasionka poprzez całą uprawę, zbiór, czyszczenie, potem sprzedaż i jedzenie. To jest cały proces od początku do końca, a tego brakowało mi w innych pracach, w których brałam udział.

Studiowałam rolnictwo na SGGW w Warszawie, ze specjalizacją rolnictwo ekologiczne. Na moim roku było ponad sto osób, ale większość z nich nie związała swojej przyszłości z gospodarką. To był pierwszy rocznik z taką specjalizacją, ale po kilku latach niestety została ona zlikwidowana. Wyjechałam do Brukseli, pracowałam dla IFOAMu [przyp. red.: Międzynarodowa Federacja Rolnictwa Ekologicznego]. Tam poznałam rolnictwo ekologiczne od strony legislacyjnej. Po powrocie zrobiłam studia magisterskie i kontynuowałam praktyki w gospodarstwach, uczestniczyłam w szeregu różnych seminariów, konferencji w kraju i za granicą.

Wcześniej pracowałam w styczności z rolnictwem, ale była to praca biurowa. W organizacjach pozarządowych stykałam się z rolnictwem tylko w teorii. Brakowało mi praktyki, tego holistycznego podejścia. Nie komputera, ale ziemi, ludzi, roślin, zwierząt.

W.M.: Jakie są obecnie wasze największe wyzwania?

Największym problemem jest brak ludzi do pracy. Przy 30 hektarach potrzeba  w sezonie do pomocy ok. 20 osób. Pielenia zaczynamy już w kwietniu, a kończymy w połowie lipca. Jeśli od początku sezonu nie możemy skompletować załogi do pielenia, później mamy o wiele więcej pracy.

Druga sprawa to warunki atmosferyczne. Susze były już 30 lat temu, to nie jest nic nowego, natomiast nie ma już łagodnego przejścia między porami roku. Jest zima, a potem zaczyna się lato, a wiosna to jest czasami tydzień, czasami dwa tygodnie. To dla przyrody, dla roślin jest szok. Jeżeli jeszcze przez tydzień, dwa tygodnie nie spadnie deszcz, to będziemy mieli naprawdę spore problemy, ponieważ część roślin po prostu obumrze.

W.M.: Jakie znaczenie ma Wspólna Polityka Rolna?

Znaczenie Wspólnej Polityki Rolnej jest duże, ale trudno powiedzieć, czy pozytywne, czy negatywne – zależy kogo spytać. U nas z perspektywy 20 lat widać efekty. Jak mąż zaczynał przed wejściem do Unii Europejskiej, to rynki zbytu były jeszcze mocno ograniczone. Teraz bez problemu możemy sprzedać ten towar za granicę po dobrej cenie i na pewno jest to zasługa WPR. Ale to umożliwia też niekontrolowany napływ towarów spoza Unii. Teoretycznie WPR to reguluje, ale w praktyce to nie działa, ten system jest niewydolny. Zamiast chronić rolników lokalnych, to otwiera furtki na napływ taniego towaru z Chin. Jakościowo jest on znacznie odbiegający od naszego, polskiego towaru, ale jest tani, a duża część klientów kieruje się głównie ceną.

Jest dużo ładnych haseł odnośnie różnorodności, przetwórstwa, obrony lokalnych rolników. W moim odczuciu pozostają one tylko hasłami, ponieważ nie ma dobrych narzędzi motywujących rolników do starań, aby te hasła stały się rzeczywistością. Dotacje działają tak, że najpierw rolnicy dostają pieniądze, a potem wykonują daną pracę, żeby im tych pieniędzy nie odebrano. To degraduje sposób myślenia. Kiedyś rolnik musiał dokładnie przemyśleć, co musi posiać na polu, ile obornika nawieźć, jaki płodozmian zrobić, żeby mu rosło i żeby mógł coś sprzedać i wykarmić siebie i rodzinę. W tej chwili rolnik patrzy, na co są dotacje, i to uprawia. To jest wypaczenie, które zrobiła Wspólna Polityka Rolna. Politycy nie uważają tego za istotne, bo ważne jest, żeby rynek się rozwijał, ale nie widzą konsekwencji swojego podejścia.

W.M.: Co należałoby zmienić?

Błędy są widoczne przede wszystkim w systemie edukacji. Trzeba zacząć od szkół i od uczenia młodego człowieka. Kształcimy kolejne pokolenia w sposób mało inteligentny i robimy z siebie odtwórców procedur i przepisów. Później, jak tacy ludzie idą do rządu, samorządu czy do instytucji unijnych, to nie są w stanie przełożyć swojego działania na realne efekty w rzeczywistości.

Patrząc na to, w jaki sposób zarządzać produkcją czy dystrybucją żywności, przede wszystkim należy się zastanowić, jakie to przyniesie konsekwencje. Jeśli spytamy o błędy polityków rządowych, to powiedzą, że takie są przepisy unijne. Z kolei Komisja Europejska powie, że oni dają tylko ramowe przepisy, a implementacją zajmują się krajowe rządy i samorządy. Ja uważam, że wina leży po obu stronach, bo obie strony w pewnym zakresie są odpowiedzialne za te przepisy. Niech ten polityk, w lipcu czy sierpniu, kiedy ma wakacje, przyjedzie na pole i przez miesiąc popracuje. Wtedy może zasiadać na stanowiskach odpowiedzialnych za rolnictwo. Jak się napoci na polu, to wtedy inaczej będzie myślał za biurkiem.

Chodzi mi o to, żeby trzymać się bliżej ziemi. Wycieczki klasowe jeżdżą na wieś i odwiedzają gospodarstwa. To powinno być dobrze przemyślane i omówione z dzieciakami. To można robić od najmłodszych lat, od przedszkola. Trzeba dawać dzieciakom zadania nastawione na działanie i na myślenie, żeby one na przykład musiały zrobić u siebie pod szkołą ogródek i w trakcie sezonu zadbać o niego, zebrać potem plony, ugotować jedzenie. Tak, żeby one widziały, że to nie jest tylko kupowanie pomidorów w sklepie, tylko ten proces trwa pół roku. Tę sadzonkę trzeba najpierw wyhodować z nasionka, potem podlewać, pielić. Takie osoby, które będą miały od najmłodszych lat zakotwiczone myślenie, że to się nie bierze z półki, tylko trzeba nad tym popracować, później będą o to inaczej dbały.

W.M.: A jakie widzisz rozwiązania na teraz?

Doraźne działania też są potrzebne, ale moim zdaniem nie są one efektywne. Za dużo pieniędzy wydajemy doraźnie, po fakcie. Jak już jest powódź, to dajemy pieniądze, żeby te domy odrestaurować  albo przenieść ludzi. A czemu nie dajemy pieniędzy wcześniej na wały przeciwpowodziowe, na zagospodarowanie terenu? To samo jest z rolnictwem. Nie musimy czekać, aż będzie susza albo jakaś inna plaga, żeby potem pomagać. Trzeba myśleć o tym wcześniej.

Ciężko jest wymyślić jedno rozwiązanie idealne dla wszystkich krajów, to zrozumiałe, ale kiedy widzimy, że ta droga nie jest właściwa, to powinna nastąpić refleksja. Dotacje obszarowe, do hektara, w przypadku rolnictwa ekologicznego spowodowały tysiące hektarów uprawy orzecha włoskiego czy jabłonek, które z uprawą ekologiczną nie miały nic wspólnego. Ani nawet z konwencjonalną, bo tam się nie zbierało owoców ani orzechów. Wycofajmy się, jeżeli widzimy, że to nie działa, trudno. A politycy idą w zaparte. Jeżeli jest projekt na pięć lat, to niech się wali, pali, ale musi być zrealizowany. Tylko oni za to konsekwencji nie ponoszą żadnych, a społeczeństwo się z tym męczy. Dobrym rozwiązaniem byłaby zmiana taktyki podejmowania decyzji.

Z doraźnych rozwiązań w ramach WPR ważne byłoby też uszczelnienie rynku dla produktów naszych, krajowych, a w kontekście Unii – dla produktów unijnych. Jeżeli są produkty, które u nas nie rosną, to importujmy z zewnątrz, natomiast w przypadku takich produktów jak jabłka, fasole, pomidory, dynie najpierw zatroszczmy się, żeby nasi rolnicy mogli to sprzedać w odpowiedniej cenie.

Jeżeli chodzi o rolnictwo ekologiczne, to system jest odwrócony do góry nogami. Rolnicy muszą udowadniać na każdym kroku, że są ekologiczni i ponosić spore nakłady finansowe. W tym samym momencie rolnicy konwencjonalni, którzy stosują bardzo duże ilości środków wyniszczających glebę i organizmy żywe, nie ponoszą żadnej odpowiedzialności i przed nikim tłumaczyć się nie muszą. Niech będzie etykietowanie. To rolnik konwencjonalny powinien dać na etykiecie cały wypis środków, jakie były stosowane. Niech klient wie, co będzie jadł oprócz tego bakłażana czy cukinii, niech ma świadomość, że poza warzywem jest tam cała masa pestycydów. Rolnik ekologiczny też powinien używać etykiet i przechodzić kontrole. Ten trend na niecertyfikowane rolnictwo ekologiczne uważam za niewłaściwy. To narzędzie Wspólnej Polityki Rolnej powinno być utrzymane.

Trzeba też promować i wspierać rolników, którzy bezpośrednio zaopatrują klientów. Jeżeli rolnik ma 100 hektarów, ale w dwa tygodnie wywozi wszystko tirami po żniwach, bo ma rzepak, pszenicę i nic więcej, to on ma inne nakłady pracy niż rolnik, który uprawia szereg warzyw i zaopatruje lokalny rynek, co tydzień jeżdżąc do miasta sprzedawać bezpośrednio klientom. On za to nie jest gratyfikowany i nie ma żadnych ulg za taką działalność, a pracy jest znacznie więcej. Nawet jeżeli dopłaty do warzyw są większe niż do zboża, to 400zł za hektar w skali roku  nie jest żadną gratyfikacją. Miasta mogłyby na przykład sfinansować porządne targi, gdzie rolnicy mogliby się wystawiać, bo teraz za to wszystko płaci rolnik.

Albo dlaczego rząd zasłania się przepisami sanepidowymi i w szkołach nie może być żywności ekologicznej? W innych krajach to funkcjonuje: Niemcy, Szwajcaria, Austria, Francja – w szkołach, więzieniach podawane są ekologiczne posiłki, a u nas cały czas się klepie katering marnej jakości i wystawia w korytarzach automaty z coca-colą i batonami.

Kooperatywy spożywcze to jest bardzo fajny trend. Nie chodzi tylko o to, żeby wymierzyć cios w supermarkety – co jest moim zdaniem dobre – ale też o to, żeby bliżej poznać tego rolnika. Taka grupa ludzi zupełnie oderwana od rzeczywistości rolniczej, która większość czasu spędza przed komputerem, niekiedy pierwszy raz widzi, jak wygląda fasola na polu. Albo jak unosi się tabun kurzu za pielnikiem – nikt o tym nie myśli sięgając po produkt na półce.

W.M.: Czym jest dla Ciebie suwerenność żywnościowa?

Suwerenność żywnościowa to jest dla mnie idealny model funkcjonowania rodziny. Takiej, która jest w stanie zaopatrzyć się, przy współpracy z sąsiadami, we własną żywność. Z kolei na poziomie krajowym też powinniśmy być w stanie się sami wyżywić, a do tego nam bardzo daleko. Gdyby teraz nałożono na nas embargo, to byśmy leżeli w przeciągu kilku miesięcy. Suwerenność żywnościowa powinna być wdrożona w przepisy rządowe, samorządowe i gminne w taki  sposób, żeby była zapewniona wystarczająca ilość żywności w kraju. Po drugie, żeby można było przetworzyć tę żywność, która tego wymaga. Żeby tę żywność można było w odpowiednich warunkach składować, potem dystrybuować i ewentualnie, jeżeli jest potrzeba, utylizować. A tego nie ma.

Są osoby, które wykonują dużo pracy na tym polu. Mieczysław Babalski jest sztandarowym przykładem, i słusznie, bo od 85 roku wykonał ogromną pracę i pokazał, że jest to możliwe, żeby od siebie i od rzeszy rolników odbierać produkt, przetwarzać, sprzedawać i robić to na wysokim poziomie, w dobrej jakości. Tak powinno być w skali kraju z każdym rodzajem produktu, czy to z pochodzenia roślinnego, czy zwierzęcego. On zawsze też dba o godziwą płacę i nigdy się nie dorobił na wyzyskiwaniu kogoś innego. Ministerstwo i ODR-y powinny do niego jeździć i się uczyć.

Rozmowę z Moniką Styczek-Kuryluk przeprowadził Wojtek Mejor 10 sierpnia w Krainie Rumianku w Hołownie.

 

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Bruksela, 25 lipca 2018 roku – Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) wydał decyzję w sprawie statusu prawnego nowych GMO.

Opublikowany 25 lipca 2018 roku wyrok TSUE w sprawie C-528/16 wyjaśnia status prawny nowych GMO.  Trybunał jednoznacznie stwierdził, że wszystkie nowe techniki modyfikacji genetycznej w rzeczywistości prowadzą do powstania organizmów modyfikowanych genetycznie i z tego powodu muszą podlegać obowiązującym w Unii Europejskiej przepisom dotyczącym GMO.

Trybunał potwierdził swoją decyzję, że techniki mutagenezy są wyłączone z zakresu Dyrektywy ws. GMO. Jednak natychmiast podkreślił, że to zwolnienie dotyczy jedynie „technik mutagenezy, które były tradycyjnie wykorzystywane do różnych zastosowań i których bezpieczeństwo zostało już dawno potwierdzone”, a nie technik, które pojawiły już po przyjęciu Dyrektywy. W odniesieniu do organizmów uzyskanych za pomocą tradycyjnej mutagenezy, Trybunał stwierdził, że państwa członkowskie „mogą wydawać przepisy prawne w tym zakresie z poszanowaniem prawa UE, w szczególności przepisów dotyczących swobodnego przepływu towarów”.

„Decyzja Trybunału ma historyczne znaczenie” – powiedział członek Komitetu Koordynacyjnego Europejskiej Koordynacji Via Campesina (ECVC), Antonio Onorati, „Nareszcie wiemy, co muszą w tej sprawie zrobić kraje członkowskie: wyegzekwować przestrzeganie prawa”.

Członkini Komitetu Koordynacyjnego ECVC, Ramona Duminicioiu dodała, że „po tej decyzji przemysł biotechnologiczny nie może już dłużej twierdzić, że te nowe techniki modyfikacji genetycznej „działają tak jak natura” i próbować oszukiwać chłopów i konsumentów . Jest to zwycięstwo w walce o prawa chłopów do nasion”.

Tak jak transgeneza, wszystkie te techniki powodują wiele niezamierzonych modyfikacji genetycznych, które, jak pokazują opublikowane niedawno badania, mogą prowadzić do nieprzewidywalnych szkód dla rolnictwa, środowiska i zdrowia” – powiedział członek Grupy Roboczej ECVC ds. Nasion, Guy Kastler. „Egzekwowanie obowiązującego prawa ma zasadnicze znaczenie. Rolnicy, organizacje konsumenckie, społeczeństwo obywatelskie i wszyscy obywatele UE powinni z zadowoleniem przyjąć tę decyzję, która wzmacnia podstawową zasadę Unii – zasadę ostrożności”.

ECVC apeluje do Unii Europejskiej o działanie zgodnie z decyzją TSUE i prosi kraje członkowskie o zastosowanie przepisów dotyczących GMO do wszystkich organizmów uzyskanych za pomocą nowych technik modyfikacji genetycznej.

Przeczytaj decyzję TSUE

Przeczytaj komunikat prasowy TSUE

Przeczytaj stanowisko ECVC w sprawie nowych GMO

źródło: komunikat prasowy European Coordination Via Campesina

Bartłomiej Kozek rozmawia z dr Przemysławem Sadurą z Uniwersytetu Warszawskiego na temat zmian, które nastąpiły na obszarach wiejskich po roku 1989.

Bartłomiej Kozek: W jaki sposób zmieniała się polska wieś od czasu transformacji ustrojowej? Czy proces tych zmian przebiegał względnie jednostajnie, czy może da się w nim wyróżnić pewne etapy?

Przemysław Sadura: Punktem zwrotnym niewątpliwie było przyjęcie naszego kraju do Unii Europejskiej. Wpływ tego wydarzenia odczuwalny był na długo przed rokiem 2004 w związku z koniecznością dostosowania się do unijnych wymogów.

Przez długi czas po rozpoczęciu zmian ustrojowych wieś i rolnictwo znajdowały się na uboczu zainteresowań polityków. Istniało przekonanie, że ich słabnąca kondycja jest mniejszym priorytetem niż sytuacja w innych sektorach – wystarczy bowiem doczekać objęcia Polski wspólną polityką rolną.

W efekcie poziom wydatków na ten sektor spadł poniżej poziomów zauważalnych w ówczesnych krajach Unii, co doprowadziło do szeregu napięć społecznych. Ich najbardziej jaskrawym przykładem była Samoobrona. Protesty rolników były jednymi z bardziej zauważalnych obok tych górniczych.

Nie ma wątpliwości, że obszary wiejskie doświadczyły zmiany ustrojowej na własnej skórze. Pierwszy okres transformacji to bowiem przede wszystkim zwijanie się obecności państwa w wielu dziedzinach – zamykanie bibliotek, domów kultury czy szkół.

Doprowadziło to do sytuacji, w której jedyną świecką instytucją w niejednej wsi pozostał tylko sklep.

Wejście do Unii Europejskiej i dostęp do jej zasobów finansowych dały szansę na odtworzenie tej infrastruktury – proces ten trwa zresztą do dziś. Obserwujemy renesans świetlic wiejskich, miejsc spotkań ochotniczych straży pożarnych czy kół gospodyń wiejskich.

Bartłomiej Kozek: Przez lata wieś uznawana była za obszar biedy i wykluczenia społecznego. Ile prawdy, a ile mitów w tym obrazie dzisiejszej polskiej wsi?

Przemysław Sadura: Sytuacja zmienia się tu dynamicznie – i to nawet w porównaniu do roku 2017, w którym wydaliśmy jako fundacja Pole Dialogu raport „Polska wieś 2017: Diagnoza i prognoza”.

Przede wszystkim w życie wszedł program 500+. Trwa dyskusja o jego skuteczności w kwestii pobudzania wzrostu dzietności, nie ulega jednak wątpliwości, że ma on pozytywny wpływ na redukcję ubóstwa. Jest szansa, że wyeliminuje przynajmniej jego skrajną formę, którą zagrożone były między innymi rodziny wielodzietne.

Pamiętajmy jednak, że nie ma jednej polskiej wsi. Inna sytuacja panuje we wsiach podmiejskich, atrakcyjnych jako nowe miejsce zamieszkania dla miejskiej klasy średniej, inna w miejscowościach wypoczynkowych, również przez nią kolonizowanych, inna zaś w tych położonych na uboczu, z których uciekli właściwie wszyscy, którzy mieli taką możliwość.

Zachodzą u nas procesy, znane z obszarów wiejskich np. w Portugalii, a więc szybkiego starzenia się wsi.

Zauważalne jest również zróżnicowane regionalnie – kiedy ten proces dotyczy popruskich wsi o rozproszonej zabudowie, wówczas instytucje publiczne zaczynają mieć w nich coraz większe problemy z dotarciem ze swoimi usługami i pomocą. Na południu Europy zaczynamy obserwować z kolei swego rodzaju kolonie seniorów, dostosowane do ich szczególnych potrzeb – warto o tym wspomnieć, choć akurat ten trend nie dotarł jeszcze do Polski.

Bartłomiej Kozek: Osoby o lewicowych poglądach poświęcały w ostatnich latach sporo uwagi kwestiom związanym z ograniczaniem dostępu do usług publicznych na obszarach wiejskich – zamykaniem szkół czy kasowaniem kursów autobusowych. Jak duża jest skala tego problemu i jak odpowiadają na niego mieszkańcy?

Przemysław Sadura: Jak już wspomniałem, problem ten miał szczególnie wzmożony charakter do czasu wejścia Polski do UE. Na fakcie tym budował swoje poparcie PiS, którego hasło o „Polsce w ruinie” miało być kontrą dla „Polski w budowie” PO.

W gminach, w których jako Pole Dialogu prowadziliśmy badania nadal zresztą daleko do odbudowy poziomu infrastruktury publicznej dostępnej mieszkańcom pod koniec PRL. W najlepszych przypadkach udawało się np. odbudować do 2/3 funkcjonujących przed r. 1989 świetlic.

Jako odpowiedź na ten problem dominowały przed wszystkim strategie indywidualne – znam mało przypadków chociażby prób organizacji alternatywnego transportu zbiorowego.

Zamiast tego postawiono na masowe kupowanie tanich samochodów z Zachodu, często o fatalnych parametrach z perspektywy ochrony środowiska. Również potrzeby w dziedzinie kultury po likwidacji wiejskich instytucji kultury zaczęto – zamiast tworzenia nowych – realizować poprzez telewizję i Internet.

Bartłomiej Kozek: Co sprawia, że wieś się (samo)organizuje? Czy więcej w tym spontanicznej reakcji na nagłe problemy, czy może mamy tu do czynienia z dużą rolą instytucji takich jak koła gospodyń wiejskich czy ochotnicze straże pożarne?

Przemysław Sadura: Wspomniane przez ciebie instytucje to przykłady oddolnej samoorganizacji, przez długie lata realizowanej w sytuacji ograniczonego dostępu do środków finansowych mogących wspomagać ich działania.

Społeczna tkanka tworzyła się przede wszystkim na szkielecie instytucji publicznych, takich jak biblioteki. Kiedy szkieletu w postaci infrastruktury publicznej zabrakło, to bardzo często osłabiało to ich funkcjonowanie. W niektórych wypadkach – co szczególnie zauważalne było na Śląsku – oznaczało to nawet przejście świeckich chórów pod skrzydła kościoła.

Pokazuje to, że organizacje społeczne potrzebują instytucji publicznych i nie są w stanie wypełnić powstałej w wyniku ich zniknięcia luki – co więcej są jednymi z ofiar tego procesu.

Bartłomiej Kozek: W jaki sposób polską wieś zmienia suburbanizacja – przenoszenie się na obszary wiejskie mieszkańców miast? Czy przynosi ona dla lokalnych społeczności więcej problemów, czy może daje im nieco świeżej krwi?

Przemysław Sadura: Z trudem przychodzą mi do głowy przykłady sytuacji, w których proces ten miał dobry efekt dla członków dotychczasowych społeczności wiejskich. Suburbanizacja oznacza w dużej mierze kolonizację objętej nią wsi przez miejską klasę średnią w wyniku procesu, który przypomina nieco gentryfikację na obszarach miejskich. Dla „starych” kończy się on często sprzedażą ziemi i wyprowadzką.

Nowi mieszkańcy często sprawnie się organizują, przez co ich interesy i punkt widzenia zaczyna dominować w kontaktach z lokalnym samorządem.

Czasem zresztą proces ten idzie jeszcze dalej i kończy się zakładaniem własnych inicjatyw wyborczych. Widoczna jest sprzeczność interesów między osobami utrzymującymi się z rolnictwa a nowymi, którzy oczekują chociażby rozbudowy dróg ułatwiających im dostęp do pracy w mieście. W najbliższych latach ten proces raczej nie ulegnie wyhamowaniu.

Na zdj. Bolestraszyce, woj. podkarpackie

Reputacja glifosatu, systemicznego herbicydu o szerokim spektrum zastosowań -najpopularniejszego na świecie środka przeciw chwastom, używanego też jako środek osuszający – podupadła w r. 2015 po publikacji raportu Międzynarodowej Agencji Badań nad Nowotworami (International Agency for Research on Cancer – IARC) należącej do Światowej Organizacji Zdrowia. Raport ten postawił serię pytań dotyczących bezpieczeństwa glifosatu oraz praktyk badawczych jego producenta, giganta chemicznego Monsanto.

Czy obecna debata nad zatwierdzeniem glifosatu, wywołana zaklasyfikowaniem tej substancji przez IARC jako „prawdopodobnie rakotwórczej u ludzi”, zapoczątkuje przejście do lepszego modelu rolnictwa? Modelu nieopartego na śmierci, jednorodności i jałowości spowodowanej stałym używaniem pestycydów w rodzaju glifosatu, lecz takiego, który bazowałby na życiu, bioróżnorodności i samorodnych procesach naturalnych, dzięki którym zapewniłby żyzność i produktywność w długiej, a nie krótkiej perspektywie?

Czym jest glifosat, jak się go używa i czemu go nie potrzebujemy?

Glifosat jest aktywnym składnikiem działającego niewybiórczo herbicydu Roundup, stosowanego do kontroli chwastów wieloletnich. Opracowała go w 1971 r. korporacja Monsanto, a w r. 1974 wypuściła na rynek. Wykorzystanie glifosatu na świecie wzrosło gwałtownie wraz z wprowadzeniem genetycznie zmodyfikowanej, odpornej na glifosat soi (w r. 1997) i kukurydzy (1998). W r. 2000 glifosat stał się najpowszechniej używanym herbicydem na świecie. [1]

Bezpieczeństwo glifosatu – lub jego brak – wciąż podlega sporom. Liczne agencje, łącznie z Europejską Agencją Bezpieczeństwa Żywnościowego (European Food Safety Authority – EFSA) i amerykańską Agencją Ochrony Środowiska (Environmental Protection Agency -EPA) wyraziły zdanie odmienne niż międzynarodowa agencja nowotworowa, bagatelizując obawy związane kancerogennością. Podczas gdy sprawa w sądzie federalnym w San Francisco rzuca cień na ocenę EPA – bazującą na badaniach przypisywanych Monsanto, z wykorzystaniem autora-widma – od ponad roku, po uznaniu przez EFSA glifosatu jako niepowodującego raka u ludzi, grupa Europejskich Zielonych (Greens-EFA)) domaga się, by EFSA upubliczniła badania, na których oparła swoją opinię, aby można było zweryfikować, czy bazowała ona na solidnych naukowych podstawach.

Debata naukowa pozostaje otwarta, jednak pytania wykraczają daleko poza sporną rakotwórczość glifosatu. Jak już wspomnieliśmy, glifosat jest sprzedawany jako herbicyd nieselektywny. Stosowany jest do eliminacji chwastów, zwłaszcza corocznie pojawiających się roślin i traw, które konkurują ze zbożami. Pierwotnie jednak został opatentowany jako antybiotyk, więc oprócz roślin zabija także bakterie, glony i grzyby. Jest ponadto coraz częściej używany jako osuszacz i środek przyspieszający dojrzewanie: jeśli zastosować go na prawie dojrzałe uprawy, roślina umiera od środka, co przyspiesza dojrzewanie rozwijających się w niej nasion. Dla roślin takich jak rzepak oznacza to też, że wszystkie są tak samo dojrzałe, co ułatwia zbiory.

Przede wszystkim należy zaprzestać stosowania herbicydów jako środków osuszających i przyspieszających dojrzewanie; przy pryskaniu łodyg, na których rosną dojrzewające nasiona czy owoce, przedostanie się podwyższonych poziomów resztek pestycydów do końcowych produktów spożywczych jest nieuniknione. EFSA odkryła, że ponad 97% jedzenia w UE zawiera pozostałości pestycydów „w granicach limitów prawnych”. Niezależnie od tego, jak ustalane są te „limity prawne”, niewiele wiadomo o długoterminowym zagrożeniu, jakie stanowi dla ludzi i innych zwierząt stałe i wielokrotne narażenie na kontakt z pozostałościami pestycydów.

Wreszcie, istnieją dowody [2], że obecność chwastów wpływa ujemnie na plony tylko w niektórych warunkach i że pola całkowicie wolne od chwastów nie są potrzebne. Wiele dzikich roślin tworzy warunki, które pozwalają przeżyć innym dobroczynnym gatunkom, chroniącym uprawy przed szkodliwymi owadami. Co więcej, rośliny nazywane „chwastami”, kwitnące w różnych momentach, zapewniają na cały sezon źródło pożywienia dla zapylaczy, co z kolei pozwala zwiększyć plony w całym agroekosystemie.

Kontrowersyjny proces autoryzacji

UE ma dość restrykcyjny system oceny pestycydów. Unia zatwierdza substancję aktywną tylko na ograniczony czas (do 15 lat), po którym zgodę trzeba odnowić. Co do glifosatu, był on przedmiotem oceny od r. 2012, w celu możliwego zatwierdzenia na kolejny okres. Zgoda UE na stosowanie substancji aktywnej pozostawia decyzję co do autoryzacji produktu końcowego (którego częścią jest dany składnik aktywny) w rękach państw członkowskich. Niemniej jednak w przypadku odrzucenia substancji aktywnej na poziomie UE, państwa członkowskie są zobowiązane do wprowadzenia zakazu do swoich systemów prawnych.

W październiku r. 2015, po tym jak EFSA – w sprzeczności z oceną IARC – uznała, że glifosat „najprawdopodobniej nie powoduje raka u ludzi”, Komisja Europejska tymczasowo zatwierdziła glifosat do czerwca 2016 r.. W lecie r. 2016, po długiej kampanii setek tysięcy Europejczyków, Komisja Europejska nie była w stanie zatwierdzić glifosatu na pełne 15 lat, zgodziła się więc jedynie na 18-miesięczne odnowienie licencji.

Obecnie przyjęto wydłużenie terminu na określony czas, dopóki Europejska Agencja Chemiczna (European Chemical Agency – ECHA) – odpowiedzialna za zarządzanie procesem zharmonizowanej klasyfikacji (CLH) groźnych substancji chemicznych – zakończy swoje dochodzenie w kwestii kancerogenności glifosatu.

W styczniu 2017 r. do Komisji Europejskiej wpłynęła Europejska Inicjatywa  Obywatelska – petycja stworzona przez obywateli UE, by „zaproponować państwom członkowskim zakaz stosowania glifosatu, zreformować procedurę akceptacji pestycydów i ustalić cele obowiązkowej redukcji wykorzystania pestycydów na poziomie całej UE”.

Poza obecną debatą publiczną

Choć debata publiczna związana z ponownym zatwierdzeniem glifosatu skupiła się głównie wokół tematu rakotwórczości, stopniowo stało się jasne, że problem daleko wykracza poza pytanie, czy glifosat powoduje raka. Ostatnie dyskusje na poziomie narodowym i ponadnarodowym ujawniły obawy dotyczące obecnego  modelu naszego rolnictwa – bazującego na nadużywaniu zabójczych substancji chemicznych – i potrzebę przejścia do zrównoważonej produkcji żywności, w tym do zrównoważonej ochrony i nawożenia roślin.

Przyszłość jedzenia i zdrowego środowiska leży we współdziałaniu z naturą i naturalnymi procesami, a nie na walce z nimi, z naciskiem na ograniczenie zależności rolników od coraz droższych nakładów rolniczych i skupienie się na żywej, zdrowej glebie. Należy rozwijać dobroczynny wpływ funkcji ekosystemów, aby chronić i wspierać rośliny uprawne i dostarczać im wartości odżywczych.

Przyjęcie paradygmatu agroekologicznego sprawiłoby, że pestycydy stałyby się przestarzałe, ponieważ cały agroekosystem gospodarstwa byłby tak zaprojektowany, by kontrolować rozrost chwastów. Istnieją liczne techniki zapobiegania zbytniej konkurencji ze strony chwastów, używane w różnych systemach produkcyjnych – ściółkowanie, płytka orka lub drapanie podłoża w celu usunięcia chwastów z trudnymi do uchwycenia i płytkimi korzeniami, płodozmian przerywający cykl reprodukcyjny oraz niepozwalanie chwastom na rozsiewanie się – które, jak wykazano, są co najmniej równie ekonomiczne jak stosowanie glifosatu i nie powodują negatywnych konsekwencji dla bioróżnorodności, jakie stwarza długotrwałe stosowanie pestycydów. Takie agroekologiczne podejście, z powodzeniem stosowane w rolnictwie organicznym, nazwane zostało „metodą wielu małych młotków”, jako alternatywą dla pestycydowego buldożera.

Fundamentalny problem związany z podejściem metodologicznym EFSA do zatwierdzania substancji polega na tym, że znaczące znaleziska naukowe nikną w masie licznych badań, nie uwzględniających całościowego oglądu. Skupianie się w dyskusji na złych konsekwencjach użycia glifosatu oznacza, że interesujemy się tylko skutkami, a nie przyczynami problemu.

Pozytywne skutki odejścia od glifosatu

Rolnicy organiczni dowiedli, że produkcja rolna bez pestycydów jest możliwa i potrafi osiągać zbliżone plony. Pierwszym krokiem do uzyskania produkcji organicznej może być Zintegrowana Kontrola Szkodników (Integrated Pest Management – IPM). Wydajność IPM zależy od bioróżnorodności, osiąganej np. poprzez dobroczynne gatunki żerujące na szkodnikach w glebie i w szerszym agroekosystemie. Jednak te gatunki albo też źródło ich pokarmu bądź siedlisko podlegają działaniu oprysków glifosatem. Dzięki zmniejszeniu zależności od pestycydów, a zatem zwiększeniu bioróżnorodności i procesów naturalnych w glebie i na powierzchni, na polach i wokół nich, pestycydy mogą stać się przestarzałe i niepotrzebne.

Mniejsza zależność od nakładów chemicznych i dbanie, by szkodniki i chwasty nie stały się problemem, oznacza większą autonomię dla rolników. Ceny nakładów rosną w ostatnich dziesięcioleciach i przyczyniają się do wzrostu kosztów produkcji rolnej. Jednocześnie spadające ceny, za które rolnicy mogą sprzedać swoje produkty, stawiają pod znakiem zapytania opłacalność produkcji rolnej, a w niektórych sektorach koszty produkcji przekraczają dochody. Agroekologiczne alternatywy dla pestycydów i herbicydów nie tylko są bardziej ekologiczne i długoterminowo wydajniejsze, mogą też być bardziej dostępne cenowo w sektorze, gdzie producenci muszą płacić coraz więcej za nakłady i materiały i nierzadko dopłacać do interesu z powodu niskich cen skupu.

Wspomagając bioróżnorodność, pozwolimy również rolnictwu odegrać rolę w walce ze zmianami klimatycznymi. Przywrócenie gleb do życia, z głębszą, żywą warstwą urodzajną oraz większą ilością próchnicy, nie tylko pomoże zwiększyć ich zdolność magazynowania węgla. Systemy rolnicze będą dzięki temu lepiej chronione przed powodziami i suszami, które w związku ze zmianami klimatycznymi występują coraz częściej.

Co więcej, zabijanie wszystkich chwastów i dzikich kwiatów oznacza mniej pożywienia przez cały rok dla pszczół i innych dziko żyjących zapylaczy, co skutkuje mniej wydajnym zapylaniem w okienku czasowym, gdy uprawy zapylane przez owady zaczynają kwitnąć, w związku z czym spadają plony. Zapylanie krzyżowe wspomaga co najmniej 30 procent światowych upraw i 90 procent dzikich roślin. A zatem przywracając bioróżnorodność, zwiększylibyśmy także produktywność upraw.

Co musimy zrobić w zamian

Po pierwsze, glifosatu trzeba zakazać wszędzie, gdzie się da. W roku 2016 Francja zrobiła pierwszy krok w dobrym kierunku, zakazując użycia glifosatu na publicznej przestrzeni zielonej, jednocześnie uniemożliwiając nieprofesjonalnym ogrodnikom zakup pestycydów w wolnym obrocie. To samo wydarzyło się w Walonii (Belgia): od 1 czerwca 2017 konsumenci prywatni nie mają już dostępu do tego produktu. Pokazuje to, że niezależnie od decyzji Komisji Europejskiej, państwa i regiony europejskie mogą podejmować własne działania.

Po drugie, musimy wspierać efektywną wymianę wiedzy i porad. Jest to konieczne, by nauczyć rolników, jak implementować alternatywne techniki i osiągnąć transformację w rolnictwie, np. poprawne stosowanie płodozmianu czy wprowadzanie metod ze zbioru „wielu małych młotków”. Wielu technik radzenia sobie z chwastami, stosowanych, zanim zaczęto systematycznie, na szeroką skalę wykorzystywać glifosat i inne pestycydy, trzeba się będzie nauczyć ponownie, trzeba też będzie dzielić się innowacjami nieopartymi na chemikaliach. Na szczęście odpowiednie po temu struktury już istnieją, a wszystkie państwa członkowskie mają możliwość skorzystania z drugiego filaru Wspólnej Polityki Rolnej (Common Agricultural Policy, CAP), żeby finansować takie usługi doradcze.

Po trzecie, przejście do nowego modelu trzeba sfinansować. Rolnicy nie powinni być narażeni na ryzyko finansowe związane z kosztami transformacji, np. uczeniem się i wdrażaniem alternatyw dla chemii; ten ciężar powinny wziąć na siebie finanse publiczne, jako że osiągnięcie zrównoważonego i zróżnicowanego biologicznie rolnictwa jak najbardziej leży w interesie publicznym. Dobra wiadomość jest taka, że już istnieje struktura i programy, skłonne wziąć na siebie koszty w ramach filaru Rozwoju Obszarów Wiejskich CAP.

Po czwarte, musimy z entuzjazmem podejść do agroekologii. Ona istnieje, działa, jest open-source. Czemu nie mielibyśmy po prostu wykorzystać koniunktury? Prawdziwa alternatywa oznacza nie tylko zmianę produktu, ale całego paradygmatu, wybór urodzaju, różnorodności i długotrwałej żyzności zamiast jednorodności i jałowości – podejście, które jest już z powodzeniem stosowane w rolnictwie organicznym. Taka zmiana została właśnie zarekomendowana w najnowszym raporcie Międzynarodowego Panelu Ekspertów ds. Zrównoważonych Systemów Żywnościowych (International Panel of Experts on Sustainable Food Systems – IPES), koordynowanego przez byłego sprawozdawcę ONZ ds. prawa do żywności, Oliviera de Schuttera.

Kiedy rolnicy przyjmują metody bazujące na agroekologii, pojawiają się liczne korzyści dla środowiska, rolników, dla upraw, a nie tylko większa odporność na zmiany klimatyczne, co jest największym wyzwaniem, jakie stoi dziś przed rolnictwem. Pokazują to nie tylko badania naukowe, ale też społeczności z doświadczeniem w dzieleniu się pomysłami i wiedzą pomiędzy rolnikami. Co więcej, te przyjazne dla środowiska metody są wydajne ekonomicznie i wystarczająco produktywne, by wyżywić nas wszystkich.

Tak samo jak wtedy, gdy Rachel Carson opublikowała „Milczącą Wiosnę” w r. 1962, nie chodzi tu o konflikt między polityką naukową i „antynaukową”, ale o konflikt wewnątrz nauki: pomiędzy chemią – oraz interesami korporacji, które kontrolują infrastrukturę i, co zrozumiałe, bronią swojego modelu biznesowego – oraz ekologią. Ostatecznie sprowadza się to do wyboru między walką przeciw naturze a współdziałaniem z nią dla wzbogacenia naszego życia i diety.

Przypisy

[1] Baylis, A.D., 2000. Why glyphosate is a global herbicide— strengths, weaknesses and prospects: Pesticide Management Science, wydanie. 56, nr 4, str. 299–308.

[2]Andreasen, C. et al., 1996: Decline of the flora in the Danish Arable field. J. Appl. Ecol. 33, str. 619-626. Duńskie badania nad gatunkami dzikich roślin od roku 1970 do 1990 pokazują, że na chwasty rosnące na polach uprawnych składa się ok. 200 gatunków dzikich roślin, lecz ok. 80% z nich nie jest w stanie konkurować z uprawami i nie wpływa znacząco na plony w żadnych dobrze zarządzanych gospodarstwach. A zatem tylko pozostałe 20% gatunków chwastów jest tak żywotne, że potrafi wyraźnie wpłynąć na plony.

Artykuł „Working With Nature or Against It?” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Wojciech Żakowicz

Zdj. Ewald Schnug na licencji CC BY-SA 4.0

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Samochody osobowe i ciężarowe z silnikami wysokoprężnymi spaliły ponad połowę (51%) oleju palmowego wykorzystanego w Europie w roku 2017. To wzrost zużycia tego rodzaju biodiesla o 13,5% w porównaniu z rokiem poprzednim – wynika z danych OILWORLD, opublikowanych przez Transport & Environment (T&E).

Od czasu wprowadzenia w roku 2009 regulacji unijnych promujących biopaliwa, ilość oleju palmowego wykorzystywanego do produkcji biopaliw wzrosła z 825 tysięcy ton w 2008 r. do 3,9 miliona ton w 2017 r. Wykorzystanie oleju palmowego do produkcji biodiesla obniżyło zużycie tego surowca w innych produktach, takich jak ciastka, masy czekoladowe, szampony czy szminki, które łącznie odpowiadały za 39% całkowitego zużycia w 2017 r. – co stanowi najniższy udział w minionej dekadzie.

Ekspansja upraw palmy olejowej w Indonezji i Malezji prowadzi do wylesiania i osuszania torfowisk, co powoduje emisję gazów cieplarnianych i zagraża siedliskom zagrożonych gatunków, takich jak orangutany i słonie karłowate. Indonezja i Malezja są największymi na świecie producentami oleju palmowego, odpowiadają za 85% światowej podaży. Według badania Globiom, wykonanego dla Komisji Europejskiej, biodiesel z oleju palmowego jest trzykrotnie gorszy dla klimatu od zwykłego oleju napędowego.

Laura Buffet, specjalista ds. paliw, Transport & Environment (T&E): „Spalanie oleju palmowego w samochodach osobowych i ciężarowych w celu osiągnięcia europejskich założeń dla energii odnawialnej jest chyba najgłupszą rzeczą, jaką robimy w polityce klimatycznej. Niezależnie od tego, na co patrzysz, jest to absurdalne i musimy to powstrzymać. Komisja Europejska musi wziąć na siebie odpowiedzialność za projekt Parlamentu Europejskiego i wycofać się z poparcia dla biodiesla z oleju palmowego”.

Unijna dyrektywa RED została wprowadzona w celu zwiększenia udziału energii ze źródeł odnawialnych, takich jak energia słoneczna i wiatrowa, natomiast jej rozdział dotyczący transportu promuje korzystanie z roślin spożywczych, takich jak olej palmowy, rzepakowy i sojowy w produkcji biopaliw. Olej palmowy jest również spalany do produkcji ciepła i elektryczności. Biopaliwa mogą być rozliczone jako energia zeroemisyjna w wypełnianiu celów klimatycznych. Gdyby całkowita emisja z biopaliw była we właściwy sposób uwzględniona, emisje w transporcie drogowym byłyby o 10% wyższe.

Piotr Skubisz, dział transportu i analiz Instytutu Spraw Obywatelskich INSPRO: „Niszczenie lasów tropikalnych w celu produkcji paliwa, które potem jest nazywane czystym, ekologicznym i korzystnym dla klimatu, ociera się o szaleństwo. Prawie cały wzrost (87%) zużycia oleju palmowego w roku 2017 był efektem produkcji biodiesla. A to jest spowodowane prawem unijnym, które zobowiązuje rządy krajowe do używania mieszaniny olejów roślinnych z olejem napędowym. UE powinna jak najszybciej skończyć z przymusem wlewania żywności, pochodzącej z „drugiego końca świata”, do europejskich baków”.

W styczniu Parlament Europejski zagłosował za odrzuceniem wliczania biodiesla pochodzącego z oleju palmowego do realizacji celów UE w zakresie zielonej energii od 2021 r. Decyzja ta zainicjowała dobrze finansowaną kampanię prowadzoną przez lobby producentów oleju palmowego z Malezji i Indonezji. Komisja Europejska, wspierana przez poprzednie rządy Hiszpanii i Włoch, sprzeciwiła się wycofaniu oleju palmowego. Ostateczne negocjacje w sprawie tych regulacji odbędą się podczas spotkania Rady Ministrów ds. Energii 11 czerwca br. i finalnych rozmów trójstronnych między Radą UE, Parlamentem i Komisją 13 czerwca.

Laura Buffet, specjalista ds. paliw, Transport & Environment (T&E): Jeżeli biopaliwa miałyby ograniczyć emisje, poprawić bezpieczeństwo energetyczne i wspierać rolników, to będą potrójną porażką. Jesteśmy coraz bardziej uzależnieni od importu coraz bardziej szkodliwych biopaliw. UE nie może zmarnować pierwszej od dekady szansy, aby odejść od biopaliw spożywczych i zacząć inwestować w czystą energię odnawialną i biopaliwa oparte na odpadach i pozostałościach”.

źródło: Komunikat prasowy INSPRO

Z Krzysztofem Mroczkowskim publicystą, ekonomistą i historykiem, stałym współpracownikiem „Nowego Obywatela” rozmawia Marek Nowak.

Marek Nowak: Cofnijmy się w czasie. Jest maj 2017 roku. Redaktor Adam Szostkiewicz publikuje na swoim blogu w „Polityce” tekst „Populizm w zadyszce”, gdzie przeczytać możemy: „To trzecia przegrana populistów: Austria, Holandia, teraz Francja. Wyraźna przegrana Le Pen z Macronem liczy się najbardziej, ale porażka ksenofobów, eurofobów i islamofobów w mniejszych krajach UE też cieszy”.

W części zagranicznych mediów pojawiają się teksty mówiące już nie tylko o „zadyszce”, ale o „odwrocie fali populizmu”. Teraz wróćmy do współczesności. Nastroje są już dużo mniej optymistyczne. Wydarzenia z tego roku, a zwłaszcza wynik wyborów we Włoszech, pokazują, że był to optymizm cokolwiek przedwczesny. Jak interpretujesz wynik włoskich wyborów?

Krzysztof Mroczkowski: Na początku chciałbym podkreślić, że „fala populizmu”, o której mówisz, w mojej ocenie tak naprawdę nigdy nie została całkowicie zatrzymana. Nawet Macron by wygrać wybory z Le Pen musiał wystąpić pod nowym szyldem i się pokazać jako twarz nowego antymainstreamowego ruchu politycznego, który będzie walczył z establishmentem. To trochę zabawne, bo sam Macron jest kwintesencją mainstreamu pod każdym względem, natomiast by wygrać te wybory musiał udawać, że tak nie jest.

Premier Rutte w Holandii również przejął część retoryki populistycznej. Co więcej, jeśli popatrzymy na szerszy obrazek: wybory w Niemczech czy przede wszystkim w Austrii, gdzie skrajna prawica doszła do władzy, to widzimy, że zadowolenie liberałów z pewnych małych sukcesów jest chwilowe.

Wracając do twojego pytania, Włochy są idealnym miejscem, gdzie możemy wyraźnie zobaczyć, że nie zwalczając głównego problemu powodującego niezadowolenie społeczne w Europie, nigdy nie zatrzymamy pochodu prawicowego populizmu przez ten kontynent.

MN: Co jest tym głównym problemem?

KM: Rosnące nierówności społeczne i to, że przez ostatnie lata rządzący w Europie polityczny mainstream nie tylko z nimi nie walczył, ale wręcz prowadził i firmował politykę, która te nierówności zwiększała. Dopóki nie zanegujemy tej polityki w samym jej paradygmacie, dopóty będziemy skazani na rządy szowinistów.

MN: Grozi nam powrót faszyzmu w swej najgorszej formie?

KM: Obrazek nie musi być wszędzie aż tak jednoznaczny. Reżimy szowinistyczne mogą mieć bardziej łagodne lub wprost faszystowskie oblicze i pewnie w różnych miejscach takie oblicza będą miały.

MN: Co zatem zrobić, by zatrzymać triumfalny pochód prawicowego populizmu przez nasz kontynent?

KM: Bardzo dobrym przykładem tego co należy zrobić była odpowiedź USA i Francji przed wojną. Sprowadzała się ona do radykalnego zaprzeczenia polityce cięć, polityce „nie da się” która zakładała, że to najniższe warstwy społeczne zawsze muszą ponosić największe wyrzeczenia.

Zamiast tego postawiono na politykę, która zaczęła bezpośrednio zwalczać to, co jest sednem sprawy, czyli nierówności ekonomiczne w zakresie dochodu i w zakresie majątku. Jedynym co dziś może nas ocalić przed rządami szowinistów, jest powrót do takiej właśnie polityki.

Tak jak system neoliberalny wykorzystywał strukturę polityczną by umacniać nierówności, tak samo nowa polityka musi wykorzystywać tę strukturę, by proces ten odwrócić.

To się wiąże z podwyżkami podatków, zwłaszcza dla tych lepiej zarabiających, transferami socjalnymi, zabezpieczeniem społecznym, inwestycjami w usługi publiczne. Nie ma tu innego rozwiązania. Wiara w to, że wystarczą sztuczki marketingowe, face liftingi i nowy „brand” (marka) jest zwykłym złudzeniem.

MN: Nowy brand i face liftingi potrafią być bardzo skuteczne, jak pokazało kilka wyborów w różnych państwach.

KM: Marketing mógł być bardzo skuteczny kiedyś, ale dziś już nie będzie. Żyjemy w czasach, które nazywam czasami „internetowej widzialności”. Dawniej to polityczne reżimy panowały nad przekazem informacyjnym. Wszelkie „oficjalne wyjaśnienia” miały tę zasadniczą przewagę, że nawet jeśli ktoś miał co do nich wątpliwości, to trudno było znaleźć dla tych wątpliwości skuteczne narzędzie artykulacji.

Internet spowodował, że wszelki uzasadniony i nieuzasadniony sceptycyzm, a także teorie spiskowe o różnym stopniu wiarygodności otrzymały potężne wsparcie. Dziś każdy, kto chciałby zgłaszać swoje wątpliwości do wszelkich „oficjalnych narracji” ma do tego narzędzie.

Kolejną ważną kwestią jest to, że wszyscy polityczni aktorzy, którzy mają swój interes w destabilizowaniu sytuacji w Europie, jak np. Rosja, bardzo wspierają wszystkie te głosy, które kruszą mury europejskich establishmentów.

Trzymanie się przez reżimy status quo starych taktyk polegających na tym, że tutaj się coś marketingowo sprzeda, a tam będzie panować nad głównymi kanałami telewizyjnymi i przekazami z głównych mediów, to zwyczajne nierozumienie współczesności. Mówiąc wprost – dziś wszystko widać, a nawet gdyby nie było widać na pierwszy rzut oka, to Rosja – niekoniecznie z czystych pobudek – przyłoży „lupę” i będzie widać. Dlatego może zamiast marketingowych sztuczek lepsza będzie uczciwa rozmowa ze społeczeństwem?

MN: W swoim tekście dla „Nowego Obywatela” stosujesz pewną nieco ryzykowną analogię historyczną między współczesnymi Włochami a Niemcami z lat 30. XX wieku. Twierdzisz, że tak, jak liberalny technokrata Heinrich Brüning, który objął rządy w Republice Weimarskiej w 1930, swoją polityką doprowadził do późniejszego triumfu nazistów, tak krótkie rządy premiera Mario Montiego w latach 2011-2013 poprowadziły Włochy w podobnym kierunku.

Jest to zabieg, przyznam, bardzo efektowny i nie pozbawiony pewnej słuszności, ale czy biorąc pod uwagę choćby istotne geopolityczne różnice jednak trochę zbyt upraszczający?

KM: W pewnym sensie każda analogia historyczna jest kulawa, przez to każdą można łatwo atakować. Niemniej to, co chciałem poprzez nią powiedzieć, pozostaje absolutnie w mocy.

Cel był prosty – chciałem zwrócić uwagę na powtarzalność pewnych procesów historycznych i przestrzec, że idziemy w kierunku, w którym już szliśmy w historii i to się bardzo źle skończyło. Poziom bezrobocia wśród młodych ludzi w krajach Morza Śródziemnego bije absolutne rekordy. Każdemu nowemu pokoleniu będzie się żyło trudniej, niż pokoleniu jego rodziców. Niezadowolenie i frustracja z pogarszających się warunków życia musi gdzieś znaleźć swoje ujście.

Dlaczego akurat porównuję Włochy z Niemcami? Bo Włochy, tak jak Niemcy przed wojną, to dobry przykład jak polityka bezwzględnego neoliberalnego buta może do tego stopnia zdusić społeczeństwo, że wybierze ono wszystko, co tylko nie jest status quo.

Poprzednie włoskie rządy wybrały rolę ubezwłasnowolnionych wykonawców polityki cięć.

Siedem lat temu w tekście dla „Nowego Obywatela” pt. „Szaleństwo cięć” pisałem o tym, do czego prowadzi taka polityka. Tak naprawdę nic z tego, co napisałem w zeszłym miesiącu, nie jest ani odkrywcze, ani nowe. Procesy, o których piszę, zostały już wielokrotnie zbadane i potwierdzone. Wiemy, że tak jest i że to wszystko się źle skończy, bo zawsze się tak kończyło i tym razem nie będzie inaczej.

Trend jest jednoznaczny. Albo dokonamy naprawdę radykalnej prospołecznej korekty, albo będzie tylko gorzej.

MN: Zatrzymajmy się chwilę przy tym wątku. Kiedyś się mówiło, że wszelkie ruchy populistyczne są silne, gdy są w opozycji, ale wszelka władza bardzo szybko je zużywa. Proste recepty, jakie populiści na ogół głoszą będąc w opozycji, zbankrutują w zderzeniu z realną pragmatyką rządzenia. Tymczasem Ty przewidujesz, że tak się nie stanie.

KM: Dokładnie tak. Widzimy to także w przypadku Trumpa, o którym mówiono, że bardzo szybko skompromituje się tym, iż się nie zna na rządzeniu, sprawuje urząd w sposób absolutnie skandaliczny i że nie potrafi dbać o amerykańskie interesy. Tymczasem coraz bardziej widzimy, że jest to polityk, który ma realną szansę na drugą kadencję.

Moim zdaniem wynika to z tego, że szowinistyczni liderzy bardzo sprytnie za cel ataków wybierają dotychczasowy, znienawidzony przez dużą część społeczeństwa reżim status quo, na którym korzystała jedynie (mniejsza) część społeczeństwa włączona w merytokratyczny system awansu. Poza tym systemem pozostawało coraz większe grono ludzi, dla których stracił on legitymizacje, gdyż jego obietnice okazały się puste.

Wystarczy, że populistyczni liderzy pokazują ten fałsz, obnażają go i wytykają hipokryzję poprzedników, a będzie to jeszcze przez długi czas wystarczającym dla nich paliwem politycznym.

MN: Przejdźmy na koniec do Polski i porozmawiajmy chwilę o politycznej alternatywie. Czy wobec zbliżających się wyborów samorządowych takie porozumienia, jak to zawiązane przez stowarzyszenie Wolne Miasto Warszawa, Partię Zielonych, Razem i Inicjatywę Polską, które ogłosiło 9 lipca Jana Śpiewaka jako wspólnego kandydata na prezydenta Warszawy, to polityczna odpowiedź budząca jakiejś Twoje nadzieje?

KM: Po pierwsze, cieszę się, że parę środowisk potrafiło się porozumieć, by wspólnie spróbować przełamać duopol PO-PiS.

Co do Jana Śpiewaka, to ma on pewne wady, ale ma również zalety, z których największą jest wiarygodność. Na pewno jest to człowiek, który realnie przeciwstawił się mafii reprywatyzacyjnej i robił to w czasach, kiedy było to dużo trudniejsze, niż dziś. Kiedy ktoś z mainstreamowych oponentów politycznych będzie mu chciał zarzucić brak wiarygodności, to będzie mógł odpowiedzieć, że nie widział go walczącego z mafią reprywatyzacyjną, a on stawia się za Warszawiakami. To wiarygodność, która będzie mu pomagała.

Wobec, jak można przypuszczać, mało merytorycznej kampanii prowadzonej przez dwie największe siły polityczne, trzeci kandydat z wiarygodnym przekazem, który zamiast ściemniać mówi o rzeczach, które są ważne, ma szanse zbudować pewną polityczną siłę. Miejmy nadzieję, że nie tylko dla siebie, ale dla różnych ruchów prospołecznych.

Krążące nad Starym Kontynentem chmury burzowe nie dają jej spokoju. Czy między kryzysem euro a kolejnymi kuriozalnymi wypowiedziami Trumpa znajdzie ona swoje nowe miejsce w świecie?

Mający problemy z logiką prezydent USA, domagający się natychmiastowego podniesienia pułapu wydatków obronnych państw NATO do poziomu, który nie realizują nawet same Stany Zjednoczone. Najważniejszy polityk świata, ufający bardziej Władimirowi Putinowi niż własnym instytucjom państwowym.

Do tego obrazu dodajmy szykujące się na wojnę handlową z Ameryką Chiny oraz mającego wyraźne problemy z utrzymaniem równowagi szefa Komisji Europejskiej, Jean-Claude’a Junckera i tak oto z grubsza mamy odmalowany geopolityczną panoramę ostatnich dni.

Spora część wspomnianych wydarzeń miała miejsce w trakcie trwania Zielonego Letniego Uniwersytetu, który Zielona Fundacja Europejska (GEF) zorganizowała tym razem, z pomocą Fundacji Strefa Zieleni, w Janowie Podlaskim. W związku z faktem, iż miejscowość ta leży blisko styku granicy Polski, Białorusi i Ukrainy obok dyskusji o kondycji samej Unii nie mogło zabraknąć również oceny prowadzonej przez nią polityki wschodniej.

Jakie, trapiące Europę problemy i wyzwania sprawiają, że panelistki i paneliści inaugurującej uniwersytet debaty o przyszłości kontynentu nie mogą spać po nocach?

Na łożu śmierci?

Rebecca Harms, była współprzewodnicząca Grupy Zielonych/Wolnego Sojuszu Europejskiego w Parlamencie Europejskim zadała pytanie o to, czy przez ostatnie lata podejmowaliśmy odpowiednie działania, zapobiegające ewentualnemu rozpadowi Unii Europejskiej.

Jej zdaniem zmaga się ona z problemem związanym z tym, że kierujące jej działaniami instytucje były odpowiednie dla organizacji o mniejszej niż dziś ilości państw członkowskich. Co gorsza brak jest dziś w Europie apetytu na to, by dokonywać większych reform w tym zakresie – jej zdaniem sytuację nie poprawia zarówno opór skrajnej prawicy, jak i nieszczególna chęć radykalnej lewicy do poszerzania kompetencji Unii.

Harms zauważyła, że w tak zarysowanej sytuacji priorytetem jest stabilizacja całej UE, a nie jedynie wspólnej waluty. Broniła również wspólnotowych instytucji dowodząc, że Rada Europejska składa się z wybranych w demokratycznych wyborach przywódców państw członkowskich, którzy wspólnymi siłami starają się wypracowywać mające służyć całej wspólnocie kompromisy.

Były eurodeputowany i lider partii Polska Jest Najważniejsza, Paweł Kowal, nie zaczął od optymistycznej prognozy – stwierdził bowiem, że o ile Europa i naturalna w jej wypadku chęć tej czy innej formy integracji przetrwa, o tyle już co do Unii Europejskiej w jej dotychczasowej formie takiej pewności już nie ma.

Zaprezentował on dwa scenariusze rozwoju wypadków w najbliższych latach.

W pierwszym z nich mamy mieć do czynienia z konserwacją UE – utrzymaniem ram status quo połączonym z dalszym, stopniowym rozwojem. Scenariusz ten oznaczać będzie jego zdaniem podtrzymywanie iluzji równych szans rozwojowych różnych zakątków Unii oraz podtrzymanie jej atrakcyjności dla krajów takich jak chociażby Ukraina.

Rezygnacja z tej iluzji nie musi oznaczać zmiany na lepsze. Drugi scenariusz to bowiem „Europa-cebulka”, w której każde państwo ustala własny poziom integracji z pozostałymi krajami Unii. Z jednej strony może on umożliwić integrację krajom pozostającym dziś poza nią, takim jak jej wschodnim sąsiadom, z drugiej jednak zdaniem Kowala oznacza de facto koniec opowieści o europejskiej solidarności, co może okazać się szczególnie dotkliwe dla krajów na peryferiach UE.

Wspólne idee czy (tylko) wspólny rynek?

Publicysta Krytyki Politycznej, Michał Sutowski, twórczo rozwinął myśl o dezintegracji Unii. – Jeśli nie przetrwa Europa, wówczas ocaleje kilka krajów. Polska niekoniecznie może znaleźć się w ich gronie – ostrzegał.

Jego zdaniem kluczowym wyzwaniem dla jej ocalenia jest odpowiedź na pytanie o to, czy wszyscy uczestniczący w projekcie europejskim wciąż wierzą, że jedziemy na jednym wózku. Jeśli nie, wówczas trudno będzie o udzielenie wspólnej, spójnej odpowiedzi na wyzwania, takie jak radzenie sobie z ogromną nadwyżką handlową Niemiec, kryzysem uchodźczym czy zróżnicowaną wyobraźnią geopolityczną różnych części Europy.

Z wypowiedzi Sutowskiego wyłania się podwójne zadanie dla progresywnych sił politycznych. Na szczeblu ogólnounijnym muszą udzielić przekonującej odpowiedzi na pytanie jak znów być dumnym z Europy.

Na poziomie Polski jego rozwinięciem powinna być refleksja nad tym, czy UE może być dla nas wehikułem kolejnego skoku cywilizacyjnego – z jednej strony związanego ze zmianami klimatu oraz technologią, z drugiej zaś z wyborem między byciem w politycznym centrum a peryferiami kontynentu.

Przewodnicząca Partii Zieloni, Małgorzata Tracz, przyznała, że zauważalny jest zanik poczucia wspólnoty. Jej zdaniem to idea „wyciskania brukselki” z pieniędzy, a nie wspólne wartości kształtowały naszą wyobraźnię dotyczącą integracji europejskiej.

Choć również i ona zwróciła uwagę na trudności, przed którymi stoi Europę, to zaoferowała również jednak pewną nadzieję. Zdaniem liderki polskich Zielonych sprawa wycinki w Puszczy Białowieskiej pokazała, że w społeczeństwie coraz bardziej doceniane są wartości ekologiczne.

Dawać to ma nadzieję na udane „policzenie szabel” w trakcie jesiennych wyborów samorządowych i na zakorzenienie partii w lokalnych społecznościach, będące – jak pokazuje przykład partii ekopolitycznych z innych części Europy – jednym ze sposobów na zaistnienie na innych szczeblach decyzyjnych.

Puszcza Białowieska – jak wiemy – nie była jedynym źródłem protestów, odbywających się w ostatnich miesiącach na polskich ulicach. Szczególnie intensywne stały się spory o kształt systemu sądownictwa, które wzbudziły zainteresowanie również ze strony instytucji europejskich.

Prawo(rządność) i sprawiedliwość

Rebecca Harms przyznała, że nie jest fanką realizowanej przez nie procedury (artykuł 7) – choćby dlatego, że do jej sukcesu wymagana będzie jednomyślność w głosowaniu, której europosłanka się nie spodziewa.

Zauważyła ona, że skala krytyki, jaka spadła na polski rząd może wynikać z tego, że Prawo i Sprawiedliwość nie zasiada w Parlamencie Europejskim w ławach najbardziej wpływowej frakcji – Europejskiej Partii Ludowej. Jej zdaniem skupianie się na Polsce i Węgrzech przysłania fakt, że problemy z praworządnością czy wolnością wzmagają się również w innych krajach – i to nie tylko tych z grona nowych państw członkowskich.

Jej zdaniem przełamanie tego negatywnego trendu wymagać będzie opracowania jednolitych, europejskich standardów praworządności. Mają one być swego rodzaju polisą ubezpieczeniową przed wybiórczym ich traktowaniem przez poszczególne państwa członkowskie. Ostrzega ona, że jeśli nie dojdzie do ich wypracowania, wówczas dalsze rozszerzanie Unii może się okazać ryzykownym procesem.

Paweł Kowal zwrócił z kolei uwagę na unijna politykę wschodnią, która jego zdaniem przyniosła niemałe sukcesy, a jednocześnie którą mało kto się chwali. Umowy stowarzyszeniowe pełnią w jego wizji rolę „nowego prawa magdeburskiego”, przyczyniając się do upowszechniania dobrych standardów w bezpośrednim sąsiedztwie UE.

W kontekście pomysłów na wspólną politykę obronną Unii zauważył, że kwestie bezpieczeństwa – w obliczu nieprzewidywalnego Trumpa oraz lęku przez kolejnymi posunięciami Putina – mogą stać się źródłem nowej, europejskiej tożsamości.

Gdyby prezydent USA wygrał drugą kadencję i wciąż prowokował wszystkich dookoła na Twitterze, wówczas nawet powstanie swego rodzaju europejskiego nacjonalizmu, będącego w kontrze do Stanów i Rosji, nie jest możliwym do wykluczenia scenariuszem.

Michał Sutowski skomentował ten scenariusz mówiąc, iż brzmi on na niepoprawną politycznie wersję lewicowego marzenia o wspólnej, europejskiej tożsamości. Zastrzegł jednak, że ziszczenie się tego scenariusza nie gwarantuje, że Polska pozostanie częścią projektu europejskiego – może bowiem w wypadku konfrontacji Bruksela-Waszyngton opowiedzieć się po stronie Trumpa.

Rebecca Harms przypomniała, że druga kadencja Trumpa może być niekorzystna nie tylko z punktu widzenia przyszłości UE, ale również i NATO. Wyraziła niezadowolenie z powodu zachowawczego podejścia Zielonych w Parlamencie Europejskim wobec kwestii polityki bezpieczeństwa, będącego częścią szerszego sceptycyzmu zachodniej lewicy wobec Sojuszu Północnoatlantyckiego czy zwiększania wydatków obronnych.

Kierunek wybory

Istotnym tematem dyskusji były również strategie, jakie siły lewicowe i progresywne powinny realizować w wypadku przegłosowania przez Sejm zmian w ordynacji wyborczej do Europarlamentu, poważnie ograniczających szanse mniejszych partii na mandaty. Nawet jeśli – jak uważa Michał Sutowski – zmiana ta miała na celu raczej uniknięcie powstania prawicowej konkurencji dla PiS niż konsolidację opozycji to wciąż stanowić ona będzie niemałe wyzwanie.

Zdaniem publicysty Krytyki Politycznej zmiany te wymuszą łączenie się w większy blok – wówczas, niestety, zamiast pokazywania własnej wizji Europy siłom progresywnym może pozostać jedynie napełnianie (prospołeczną) treścią wspólnej listy opozycji. Kluczowe będzie również unikanie grania nieskutecznymi kliszami, jak chociażby straszenie (nieprzekonującą dla elektoratu) wizją Polexitu czy kluczeniem w sprawie odpowiedzi na kryzys uchodźczy.

Wyzwań – jak widać – nie brakuje. Jak odnotowała Rebecca Harms koniec końców to Polacy muszą poradzić sobie z łamaniem praworządności, jakie ma mieć miejsce w naszym kraju. Zmiana władz ma umożliwić wejście z powrotem do głównego nurtu dyskusji o przyszłości Europy – na przykład w ramach trójkąta weimarskiego.

Wszystko to w dynamicznie zmieniającym się świecie, który mierzyć się musi (o czym przypomniała Małgorzata Tracz) z walką ze zmianami klimatu czy globalnymi migracjami. Czy za rok, dyskutując o Europie, będziemy mogli stwierdzić, że w kwestii stojących przed nią wyzwań uczyniła choć parę kroków naprzód.

Dowiemy się za 12 miesięcy.

Zielony Letni Uniwersytet „Przekraczanie granic” był zorganizowany przez Green European Foundation przy wsparciu Fundacji Strefa Zieleni, z finansowym wsparciem Parlamentu Europejskiego.

Zdj. Paweł Pomian

Uwaga Brukseli ponownie ogniskuje się na Wspólnej Polityce Rolnej (WPR). Cykl przeprowadzanych obecnie reform może przynieść kolejne modyfikacje WPR na przyszłą dekadę.

Sukces tych reform wydaje się być oceniany w kategoriach politycznych: „udana” reforma WPR to taka, w której strategia stworzona 60 lat temu zostaje pomysłowo ujęta w nowe ramy, powtórnie wyważona i przemianowana, aby sprostać zmieniającym się oczekiwaniom i w miarę równo rozdzielić panujące niezadowolenie.

Tak zdefiniowana „pomyślna” reforma WPR może przeminąć nie przynosząc znaczącego postępu w kwestii sprostania wyzwaniom, jakie niesie za sobą budowa zrównoważonych systemów zaopatrzenia żywnościowego w Europie. Problematyczność WPR dotyczy zarówno tego, co wdraża, jak i tego, czego nie wdraża i nie może wdrożyć jako strategia rolna.

Europa pilnie potrzebuje polityki żywnościowej (lub „Wspólnej Polityki Żywnościowej”). Oto pięć kluczowych powodów, które potwierdzają, że zmiana jest konieczna i nadszedł odpowiedni czas, by ją wprowadzić.

1. Skoncentrowanie strategii na tych samych celach (łączenie obszarów polityki)

Pierwszy powód jest najbardziej oczywisty. Na sposób produkowania żywności i odżywiania wpływa szereg rozwiązań i ustaleń – od dotacji dla rolników po jadłospis stołówek szkolnych, od informacji zdrowotnych na etykietach produktów po strategie marketingowe branży spożywczej, od rozporządzeń o strefach zagospodarowania przestrzennego po rolę organizacji charytatywnych w przekazywaniu nieskonsumowanej żywności ubogim rodzinom, od programów wsparcia finansowego po kampanie edukujące o zdrowym żywieniu, od metod równoważenia życia zawodowego z prywatnym po politykę handlową. Strategie te wchodzą w zakres kompetencji szeregu równoważnych departamentów: rolnictwa, zdrowia, edukacji środowiskowej, spraw społecznych i handlu.

Obecną politykę na poziomie UE nadal charakteryzuje wielosektorowość i słabe zintegrowanie. Na przykład niektóre środki rozwoju obszarów wiejskich w ramach WPR mają na celu wspieranie rentowności drobnych gospodarstw rolnych, tymczasem przepisy UE o bezpieczeństwie żywnościowym często narzucają finansowy ciężar, którego rolnicy nie są w stanie udźwignąć.

Podobnie jest z unijnymi strategiami rozwoju: mimo iż UE wspomaga konkurencyjność rolników na rynkach lokalnych w krajach rozwijających się i zobowiązuje się zapewnić „spójność polityki na rzecz rozwoju” – która ma wspierać, a nie blokować tamtejsze wysiłki na rzecz rozwoju – to polityka rolno-handlowa wciąż zachęca europejskich producentów wieprzowiny i nabiału do poszukiwania zagranicznych rynków zbytu (np. poprzez narzędzia promocji eksportu), co skutkuje nieuczciwą konkurencją na rodzimych rynkach państw rozwijających się.

Trzeci przykład: popierając paryskie porozumienie klimatyczne i Cele Zrównoważonego Rozwoju, UE podjęła odważnie zobowiązanie, że zajmie się zmianą klimatu. I chociaż ekologizacja rolnictwa może wywrzeć zasadniczy wpływ na unijną zdolność do wywiązania się z deklaracji klimatycznych, to większość wytycznych obowiązującej polityki niezmiennie sprzyja dużym jednostkom produkcyjnym (korzyści wynikające ze skali), wysoko uprzemysłowionym środkom produkcji i przetwarzaniu żywności – czyli modelom sprzecznym z celami klimatycznymi.

Rozbieżności te ujawniają ograniczenia obecnego podejścia, w którym strategie nie są zbieżne, obierają odmienne cele i nie współdziałają. Strategie te są niedopasowane i nie spełniają oczekiwań – ani indywidualnie, ani zbiorowo. Potrzebna jest polityka żywnościowa warunkująca ich spójność.

2. Wykorzystanie lokalnych eksperymentów (spajanie poszczególnych poziomów polityki)

Drugi widoczny rozdźwięk istnieje między różnymi poziomami zarządzania. W tej chwili systemy żywnościowe ulegają przeobrażeniu dzięki szybko rozwijającym się innowacjom, które obejmują m.in. zrównoważone praktyki zamówień publicznych i obywatelskie inicjatywy na nowo łączące producentów lokalnych z konsumentami w miastach. Podjęto jednak niewiele prób systematycznego zespalania inicjatyw na poziomie lokalnym z polityką na szczeblu krajowym lub unijnym. Dlatego systemy żywieniowe podlegają imperatywom, które mogą być potencjalnie przeciwstawne.

We wszystkich obszarach, w których UE uzyskała uprawnienia, jej polityka musi nadal określać kierunek działań i gwarantować równe szanse. To zaledwie jeden z elementów układanki i niezbędne jest skuteczniejsze uzupełnienie unijnych rozwiązań strategicznych odpowiednimi środkami na innych poziomach. Na przykład rządy krajowe mogą przejąć inicjatywę w aktywizowaniu nowego pokolenia rolników poprzez wprowadzenie korzystnych systemów podatkowych i programów szkoleń.

Władze lokalne często są najlepiej przygotowane, by poprawić dostęp do zdrowej diety dzięki planowaniu urbanistycznemu i praktykom zamówień publicznych. Rady ds. polityki żywnościowej, które powstają przy jednostkach samorządu terytorialnego w całej Europie, są już liderem w tworzeniu zrównoważonych systemów żywnościowych.

Zamiast zastępować jedną odgórną wizję inną, należy zadbać o autentyczną wartość dodaną polityki żywnościowej Europy (inaczej Wspólnej Polityki Żywnościowej), definiując wspólne cele, umieszczając wszystko pod jednym dachem, zachęcając do eksperymentowania i promując różnorodne, komplementarne ścieżki, które prowadzą do zrównoważonych systemów żywnościowych.

Pewien rozrzut między poziomami polityki bywa postrzegany jako atut, ponieważ wspiera formę polityki eksperymentalnej pozwalającą różnym władzom na realizację własnych koncepcji, które – niezależnie od tego, czy kończą się sukcesem, czy porażką – mogą być lekcją dla innych. Jednakże ostateczne cele i fundamentalna wizja systemów żywnościowych muszą być koherentne. Obecny brak koordynacji zniechęca do eksperymentowania, ponieważ główny system pozostaje bierny i wskutek braku skoordynowanej polityki żywnościowej blokuje zmiany lub przynajmniej nie potrafi ich wspierać.

Eksperymentacja w systemach żywnościowych potrzebuje sprzyjającego środowiska, którego źródłem może być Wspólna Polityka Żywnościowa. Nie oznacza to narzucania jednolitości, tylko wspieranie rozmaitych podejść i przyspieszanie kolektywnej edukacji.

3. Wyjście poza produktywizm i adaptacja do nowych wyzwań

Brak koordynacji we wszystkich sektorach i na różnych poziomach administracji rządowej wzmacnia tendencję ku polityce silnie 'zależnej od ścieżki’. Począwszy od lat 50. minionego stulecia nasze systemy żywnościowe koncentrują się na zwiększaniu wydajności z jednostki powierzchni gleby.

Mamy obsesję na punkcie dostarczania dużych ilości pożywienia, co ma zagwarantować, że zaopatrzenie obejmie wszystkich, w tym rodziny o niskich dochodach. Rolników stopniowo zachęcano do sprzedawania tanich surowców przemysłowi przetwórstwa spożywczego, a potrzeby konsumentów uznano za zaspokojone, gdy półki supermarketów zostały zarzucone mnóstwem tanich kalorii. Słowami kluczowymi były: wydajność, ekonomia skali, niski koszt oraz ilość.

Model ten utrwaliła seria elementów, które ewoluowały przez lata. Wybrane technologie, subsydia i podatki, inwestycje w infrastrukturę i ramy regulacyjne wspólnie utrzymują nienaruszalność istniejącego systemu. Wymienione składowe są dostosowane do szybkiego trybu życia, w którym dominuje wygoda, i tłumaczą sukces przetworzonej i wysoko przetworzonej żywności.

Od początku XXI w. wyłonił się inny zbiór priorytetów. Dużą wagę przywiązuje się do kwestii odporności na wstrząsy pogodowe lub gospodarcze. Tym samym na pierwszy plan wysuwa się potrzeba wspomagania mniejszych gospodarstw rolnych i powstrzymania procesu koncentracji gruntów, która stanowi zasadniczy warunek zachowania tkanki społecznej i integralności ekologicznej obszarów wiejskich w Europie. Ponadto systemy żywnościowe i rolne mają teraz zapewnić nie tylko wystarczającą porcję kalorii, lecz także pełnowartościowe produkty wysokiej jakości oraz zróżnicowaną dietę.

Te korekty nie pojawiły się przypadkowo. Karl Polanyi mógłby określić je mianem „ruchu przeciwnego” będącego rezultatem rosnącej świadomości wyzwań, z którymi konfrontuje nas dzisiaj minione podejście produktywistyczne. Najbardziej poszkodowane są ubogie rodziny, a zwłaszcza kobiety.

Gospodarka taniej żywności, która miała ułatwiać im dostęp do jedzenia, sprawia, że chorują. UE stoi w obliczu postępującego załamania zdrowia publicznego – ponad połowa dorosłych Europejczyków ma nadwagę lub jest otyła. Choroby związane z dietą, takie jak cukrzyca typu 2 i schorzenia układu krążenia, odpowiadają za 70% zgonów w UE. Jedna trzecia dzieci w wieku od sześciu do dziewięciu lat cierpi na nadwagę lub jest otyła, a problem wyraźnie ulega pogłębieniu.

Skutki społeczno-gospodarcze są równie niepokojące. W latach 2003-2013 z krajobrazu europejskiego zniknęło co czwarte gospodarstwo, podczas gdy całkowita powierzchnia upraw i hodowli nie zmieniła się, co sugeruje, iż zrobiono zbyt mało, by sprzyjać opłacalności drobnych gospodarstw rolnych.

Niestety, obowiązujący system pozostaje w dużej mierze obojętny na te wyzwania. Rozproszona polityka i mało zbieżne cele nie zdołają zmienić priorytetów i efektów systemu, który jest zablokowany na wielu frontach. Usprawnienie pojedynczego elementu (np. opodatkowania żywności śmieciowej lub programu dotacji dla małych gospodarstw) nie spowoduje przekształcenia całości.

Każda taka reforma zostanie bez trudu wchłonięta przez niewzruszony system główny, który dostrajając się do ewoluujących oczekiwań, pozostanie wierny przestarzałym priorytetom i słabo przystosowany do wyzwań. Tylko polityka skoordynowana, inspirująca zmiany we wszystkich komponentach, może mieć systematyczny wpływ i przezwyciężyć inercję całości.

4. Odstąpienie od tyranii podejścia krótkoterminowego i wywołanie przemiany

Po czwarte – potrzebujemy polityki żywnościowej, aby uciec od tyranii podejścia krótkoterminowego. Podążanie ku zrównoważonemu rozwojowi wymaga transformacji naszych systemów żywnościowych i rolniczych. Opisany powyżej model przemysłowo-produkcyjny wyczerpał się i utracił skuteczność na własnych warunkach (tzn. przy ciągłym wzroście wydajności), nie wspominając już o tym, że nie osiągnął zrównoważonego stanu w wymiarze środowiskowym i społecznym.

Konieczny jest odmienny model rolnictwa, oparty na dywersyfikacji gospodarstw i krajobrazów rolnych, zastępujący wkłady chemiczne, optymalizujący różnorodność biologiczną i stymulujący interakcje między różnymi gatunkami w obrębie holistycznych strategii, które stworzą długoterminową urodzajność, zdrowe ekosystemy agrarne i bezpieczne źródła utrzymania.

Zmiana nie nastąpi z dnia na dzień. Jej potencjalne wprowadzenie wiąże się z ważnymi pytaniami i kompromisami. Czy możemy odejść od gospodarki taniej żywności, nie krzywdząc przy tym najbiedniejszych osób, które stać wyłącznie na produkty niskiej jakości, oferowane przez dyskonty spożywcze? Czy możemy nałożyć na rolników dodatkowe ograniczenia środowiskowe, nie redukując produkcji i nie zwiększając tym samym zależności od importu? Czy możemy zwalczać nadprodukcję nie pozbawiając organizacji charytatywnych możliwości dystrybuowania niesprzedanych artykułów żywnościowych na obszarach zamieszkiwanych przez rodziny o niskich dochodach?

Są to kluczowe kwestie, które należałoby rozwiązać poprzez staranne, sekwencyjne działania w ramach długoterminowej, zintegrowanej wizji przemiany systemów żywnościowych. Brak tej wizji oznacza, że jesteśmy po prostu sparaliżowani przez kompromisy i sięgamy po krótkoterminowe naprawy, które nie uporają się ze wszystkimi problemami.

Dzisiejsze systemy polityczne i gospodarcze są w istocie więźniami myślenia krótkoterminowego. Charakter cykli wyborczych odpowiada za regularną rotację i potrzebę szybkich rezultatów. Dlatego jest on nieprzystosowany do transformacji, której zalety nie uwidocznią się natychmiast, ponieważ przywrócenie zdrowia i żyzności glebie, zwiększenie różnorodności biologicznej w systemach produkcyjnych i wszechstronne wykorzystanie wzmocnionej odporności wymaga czasu.

Na chwilę obecną główną bolączką i czynnikiem motywującym inwestorów jest krótkoterminowy wynik finansowy. W konsekwencji ogranicza on zdolność dużych spółek giełdowych do poważnego inwestowania w zmiany długoterminowe. Presję krótkich terminów odczuwa w szczególności branża detaliczna, w której sprzedawcy masowi podporządkowani są pielęgnowanym przez siebie oczekiwaniom konsumentów – domagają się oni taniej, urozmaiconej żywności, dostępnej przez cały rok. Oddziałuje to na funkcjonowanie całego łańcucha zaopatrzenia.

Jako że rolnicy skazani są na wiodących kupców i sprzedawców detalicznych, z trudem wychodzą na swoje – ich marże kurczą się. Taka sytuacja wyklucza adaptację praktyk zrównoważonych, której coraz bardziej domagają się konsumenci.

Wyzwaniem jest więc nie tylko przejście od jednego zbioru priorytetów do drugiego, ale również przejście od myślenia krótkoterminowego do długoterminowego. Jedynie wybór strategii wieloletniej, określenie wyraźnych ram czasowych, zbudowanie sojuszy ułatwiających wprowadzenie zmian, a także przydzielenie obowiązków różnym agendom rządowym pozwoli nam zbliżyć się do nowej wizji.

Niezbędna jest bieżąca analiza pokonywanej ścieżki. Musimy mieć na uwadze zarówno wizję końcową, jak i sposób, który pozwoli nam ją urzeczywistnić. Potrzebujemy „prognozowania wstecz” (ang. backcasting), mierników postępu, narzędzi do koordynowania zmian na różnych poziomach i w różnych obszarach sektorowych – polityki żywnościowej.

5. Przywrócenie demokracji żywnościowej i odbudowa legitymizacji

Istnieje piąty powód, dla którego potrzebujemy polityki żywnościowej: może być ona polityką żywnościową ludzi. W przeszłości wybory strategiczne w dużej mierze opierały się na tym, co politolodzy nazywali kiedyś logiką „kosza na śmieci”: problemy precyzowano pod kątem dostępnych rozwiązań i jeśli dany problem nie miał gotowego panaceum, był wygodnie ignorowany.

„Rozwiązania” na ogół pochodziły od przemysłu rolno-spożywczego. Dzięki temu, jak również sile lobbingu, podmioty tej branży dominują w systemie politycznym. W tego typu procesie zaniedbuje się długoterminową troskę o zdrowie gleb i ludzi. Musimy odzyskać kontrolę nad systemami żywnościowymi: demokracja żywnościowa jest zarówno celem samym w sobie, sposobem na pogłębienie demokracji poza rytuałem wyborczym, jak i środkiem gwarantującym, iż interes ogólny nie zostanie poświęcony na ołtarzu wąsko zdefiniowanych interesów gospodarczych.

Co najważniejsze, zaangażowanie obywateli we współtworzenie zrównoważonych systemów żywnościowych jest już faktem, który po prostu nie doczekał się dostatecznego wykorzystania w obecnych warunkach. Europejczykom zależy na własnym zdrowiu, dlatego są zaniepokojeni narastającą epidemią otyłości i chorób niezakaźnych. Dbają też o utrzymanie krajobrazu i lokalnej gospodarki, która w wielu częściach Europy jest w dużym stopniu zależna od przemysłu rolno-spożywczego.

Poza tym coraz liczniejsza rzesza ludzi bierze udział w lokalnych inicjatywach nabywania żywności bezpośrednio od rolnika, poprawiania jakości żywienia w szkołach lub wspomagania zrównoważonego rozwoju (np. poprzez zaopatrywanie swoich organizacji i zakładów pracy w produkty „sprawiedliwego handlu” [ang. Fair Trade] itp.). Osoby te są żywotnie zainteresowane polityką UE kształtującą systemy żywnościowe.

Wyzwaniem jest zjednoczenie tych rozproszonych grup i włączenie ich głosów do debat, które toczą się wokół rolnictwa (lub polityki innych sektorów) i koncentrują na unijnym ustawodawstwie. Rozszerzając swoje spektrum tematyczne o systemy żywnościowe i budując na fundamencie inicjatyw oddolnych, polityka żywnościowa może skorzystać z rosnącej aktywności konsumentów.

Wynikłe strategie żywnościowe będą wówczas bardziej efektywne, bo lepiej dopasowane do interesów i inicjatyw zróżnicowanego zbioru wyborców. Pomogą też odbudować legitymizację polityki publicznej i samej Unii Europejskiej.

Kryzys legitymizacji, z którym mierzy się Europa, stanowi niepowtarzalną okazję: zobowiązuje nas do ponownego przemyślenia struktur demokratycznych i zapewnienia, że ludzie staną się współautorami integracji europejskiej. Musimy wyjść poza aktualne próby naśladowania demokracji przedstawicielskiej na szczeblu europejskim (są one podejmowane od czasu pierwszych wyborów do Parlamentu Europejskiego w 1979 r.) lub angażowania parlamentów narodowych w proces decyzyjny UE (w praktyce oznacza to pomnożenie punktów weto w systemie, co może utrudnić Europie reagowanie na pojawiające się wyzwania).

Musimy również uwolnić się od poglądu, iż każda inicjatywa podjęta na poziomie UE oznacza zmniejszenie pola manewru państw członkowskich i podmiotów rodzimych w zakresie projektowania rozwiązań odpowiadających ich konkretnym potrzebom. Większy udział UE nie jest równoznaczny z ograniczeniem udziału poszczególnych krajów i podmiotów rodzimych. Upoważniając graczy lokalnych do wdrażania zmian i promując edukację poprzez eksperymenty, polityka UE może ułatwić podejmowanie lokalnych i krajowych starań na rzecz reformy systemów żywnościowych.

Europejska polityka żywnościowa, która włącza ludzi w proces diagnozowania problemów i poszukiwania rozwiązań, polityka, która odbiera kontrolę nad systemami żywnościowymi agrobiznesowi i farmerskim lobbystom – innymi słowy, polityka żywnościowa ludzi – może pomóc odbudować zasadność istnienia UE w oczach obywateli.

Z tych pięciu powodów polityka żywnościowa dla Europy jest pilnym priorytetem. Nadszedł czas, aby dostroić jej strategie do siebie nawzajem, do wyzwań, przed którymi stoimy, do życzeń obywateli oraz do odrodzenia samego projektu europejskiego.

Artykuł „A Food Policy for Europe” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Marcin Rzepnicki

Zdj. D.Fitswell na licencji CC BY-SA 3.0

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

Parlament Europejski apeluje do państw członkowskich UE, aby głosowały za uchwaleniem „Deklaracji praw chłopów i chłopek oraz innych ludzi mieszkających na wsi”.

3 lipca 2018 roku PE przyjął ważną rezolucję ws. naruszeń praw człowieka, w tym grabieży ziemi, doświadczanych przez ludy rdzenne na całym świecie. Rezolucja ta zawiera ważną rekomendację dla państw członkowskich dotyczącą uchwalenia Deklaracji praw chłopów i chłopek oraz innych ludzi pracujących na wsi, która była negocjowana przez ostatnich kilka lat w ramach Rady Praw Człowieka ONZ.

Tekst przyjęty przez PE apeluje do Unii Europejskiej i państw członkowskich o poparcie Deklaracji i głosowanie za jej uchwaleniem podczas sesji Rady Praw Człowieka ONZ we wrześniu bieżącego roku.

„Poparcie udzielone dzisiaj prawom chłopskim przez Parlament Europejski jest czymś wyjątkowym! Deklaracja praw chłopów i chłopek przyczyni się do poprawy sytuacji drobnych rolników w całej Europie i da nową nadzieję europejskiej wsi. Po dwudziestu latach liberalizacji rynków rolniczych i łamania praw chłopów i chłopek na całym świecie, będą oni wreszcie mieli swoją własną kartę praw. Nadszedł czas, by nasze rządy poparły prawa chłopskie, dołączając nie tylko do Parlamentu Europejskiego, ale również reszty świata.” – oświadczył członek Komitetu Koordynacyjnego Europejskiej Koordynacji Via Campesina, Pierre Maison.

„Parlament Europejski, główny organ reprezentujący obywateli UE, nareszcie usłyszał nasz głos” – dodała Ramona Duminicioiu, członkini Ecoruralis i Komitetu Koordynacyjnego ECVC. „We wrześniu państwa członkowskie muszą dostosować się do stanowiska PE i zagłosować za przyjęciem Deklaracji praw chłopów i chłopek podczas następnej sesji Rady Praw Człowieka ONZ w Genewie. Nie ma żadnych instrumentów prawnych, które chroniłyby nas na przed grabieżą ziemi, wyzyskiem i innymi formami łamania naszych praw. Potrzebujemy pilnie tej deklaracji, szczególnie w Europie Wschodniej, gdzie zamieszkuje większość europejskich chłopów. Jeśli deklaracja ta zostanie przyjęta, przyniesie to ogromne korzyści naszemu społeczeństwu” – wyjaśniła.

Europejska Koordynacja Via Campesina domaga się od państw członkowskich zastosowania się do rekomendacji PE i poparcia deklaracji.

Źródło: European Coordination Via Campesina

Przyszłość pracy była jednym z tematów zielonej szkoły letniej w austriackim Grazu. Wrażeniami z dyskusji dzieli się prowadzący poświęcone mu publicysta Zielonych Wiadomości, Bartłomiej Kozek.

Austriaccy Zieloni nie mieli w ostatnich miesiącach najlepszej passy. Formacja straciła swoją młodzieżówkę, która zdecydowała się na start w wyborach parlamentarnych wspólnie z tamtejszymi komunistami. Po rozczarowującym wyniku głosowania nad układem listy wyborczej własny projekt polityczny postanowił zrealizować jeden z polityków partii, Peter Pilz.

Czarne chmury

Ekopolityczny elektorat podzielił się niemal dokładnie na połowę. Zarówno Lista Pilza, jak i Zieloni zdobyli około 4% głosów. Pech chciał, że tyle też wynosi obowiązujący w austriackich wyborach parlamentarnych próg wyborczy – tyle że formacja Pilza rzutem na taśmę go przekroczyła, Zieloni zaś ta sztuka się nie udała.

W efekcie wypadnięcia z izby niższej znaleźli się na rozdrożu. Choć ostatnimi czasy w sondażach udaje się im na nowo przekraczać próg, to do odzyskania swoich 10% elektoratu droga jeszcze daleka – nie mówiąc już o jego dalszym poszerzaniu. Skłania ich to do poszukiwania nowych tematów oraz propozycji programowych, które mogłyby na nowo zainteresować wyborców i umożliwić im tworzenie skutecznych koalicji na rzecz progresywnych postulatów politycznych.

Wszystko to dziać się musi w niekorzystnym dla nich klimacie politycznym. Koalicja premiera Sebastiana Kurza, składająca się z chadeków (OeVP) oraz prawicowych populistów z Austriackiej Partii Wolnościowej (FPOe) buduje swoją popularność na podsycaniu lęku przed migrantami, wykorzystując go do zwijania państwa opiekuńczego oraz osłabiania pozycji pracowników względem pracodawców (o czym za chwilę).

Kolejna rewolucja przemysłowa

Permanentna kampania wyborcza odbywa się w kontekście zmieniającego się świata. Jednym z aspektów tych zmian są zmiany, generowane przez procesy cyfryzacji i robotyzacji. Sztuczna inteligencja oraz wykorzystywane w produkcji maszyny mają potencjał do tego, by w znaczący sposób przeorać niejedną dziedzinę naszego życia – w tym również rynek pracy.

Sęk w tym, że nie do końca znamy trajektorię tych zmian. Najbardziej alarmistyczne badanie duetu Osborne-Frey oszacowało, że automatyzacji zagraża prawie co drugiemu (47% – w niejednym kraju europejskim, w tym w Polsce, przekraczać ma on 50%) miejscu pracy w USA. Badanie OECD szacują ryzyko na znacznie niższe (9%), jednak gdy do prac o wysokim potencjale automatyzacji dołączymy te z przedziału średnio wysokiego otrzymujemy wskaźniki bardzo podobne do tego badania.

W debacie wokół przyszłości pracy w związku z przemianami technologicznymi dominują dziś dwa podejścia.

Ścieżki zmian

Zwolennicy pierwszego z nich dowodzą, że tak jak przy poprzednich rewolucjach przemysłowych prace w jednych sektorach gospodarki zastąpione zostaną przez nowe, związane z obsługą nowych rozwiązań technologicznych. Stronnicy drugiej wizji ostrzegają, że tym razem może być inaczej i że czas najwyższy przygotować się na konieczność istotnych zmian – z wprowadzeniem jakiejś formy minimalnego dochodu gwarantowanego włącznie.

Na dwoje babka wróżyła? Możliwości rozwoju sytuacji na tych dwóch opcjach się nie kończą. Szczególnie ciekawy z ekopolitycznego punktu widzenia jest scenariusz (prezentowany choćby przez Ruperta Reada z brytyjskiego think-tanku Green House) łączący kwestie robotyzacji ze zmianami klimatu.

Zdaniem Reada może się okazać, że popyt na roboty nie będzie możliwy do zrealizowania z powodu ograniczeń surowcowych – a jeśli decydenci upierać się będą przy kontynuacji tego trendu mogą przyczynić się (chociażby z powodu zapotrzebowania maszyn na energię) do porażki w osiągnięciu redukcji emisji gazów cieplarnianych do poziomu umożliwiającego utrzymanie w ryzach wzrostu średniej temperatury na naszej planecie.

Ziemia ma głos

Powiązania między zmianami technologicznymi, stanem środowiska oraz sprawiedliwością społeczną bada w swej książce „Four Futures” Peter Frase. Wspomniane cztery opcje prezentuje wzdłuż dwóch osi, w której jedna reprezentować ma to, czy uda się nam przemóc ograniczenia ekologiczne, druga linia ma z kolei podzielić stojące przed nami opcje pod kątem realizowania (bądź nie) haseł sprawiedliwości społecznej.

Najbardziej optymistyczną wizją wydaje się ta, w której wkraczamy w erę, w której technologia umożliwia nam przezwyciężenie ograniczeń ekosystemowych oraz zwalnia nas z obowiązku pracy. Frase nazywa ten scenariusz „komunizmem”, choć mówiąc szczerze nic nie stoi na przeszkodzie, by określić go innym mianem, jak na przykład „ekotopia”.

Autor przypomina jednak, że technologia nie daje nam żadnej gwarancji, że jej upowszechnienie się oznaczać będzie życie w lepszym społeczeństwie. W scenariuszu „rentierskim” na przykład istniejące struktury (takie jak prawo autorskie) umożliwiają przechwycenie korzyści z postępu technologicznego przez bogatą garstkę. W efekcie upowszechniać się mają już istniejące nierówności, a większość z nas czeka zmaganie się z coraz bardziej niepewnym rynkiem pracy.

Technologia nie musi zresztą rozwiązać również problemów ekologicznych. Może się okazać, że mimo upowszechnienia się energetyki odnawialnej czy idei gospodarki o obiegu zamkniętym wciąż myśleć musimy o naszym wpływie na klimat i o ograniczonych zasobach, np. przydatnych w sprzęcie technologicznym minerałach ziem rzadkich. Jeśli uda nam się wówczas opracować i wdrożyć skuteczne narzędzia redystrybucji, wówczas wylądujemy w „socjalizmie”.

Jeśli się nam nie uda… Cóż, określenie tego scenariusza mianem „eksterminacyjnego” nie jest przesadzone. Na świecie obowiązywać zaczyna prawo dżungli, znane ze sporej ilości dystopijnych scenariuszy science-fiction. Bogaci zamykają się ze swoimi robotami w pilnie strzeżonych enklawach, cała reszta zaś walczy o przetrwanie, na własnej skórze doświadczając efektów nieokiełznanych zmian klimatu.

Zwijanie państwa dobrobytu

Sytuacja polityczna w Austrii nie doszła jeszcze rzecz jasna do tego scenariusza, trend okazuje się jednak dość niepokojący.

Rząd Kurza zdecydował się na obcięcie wsparcia finansowego dla osób mieszkających w kraju poniżej 5 lat – nieszczególnie ukrywając, że chodzić ma o zniechęcenie migrujących z Afryki czy Bliskiego Wschodu. Postanowił również zmienić kształt zasiłku dla bezrobotnych, które mają być tym niższe z miesiąca na miesiąc, im dłużej osoba je otrzymująca pozbawiona jest pracy. Cięcia dotknęły również programy skierowane na aktywizację zawodową osób zagrożonych wykluczeniem społecznym.

Spore protesty wzbudził niedawno kolejny rządowy pomysł – umożliwienie pracy nawet do 12 godzin dziennie i – tym samym – 60-tygodniowego tygodnia pracy. Wszystko rzecz jasna z zapewnieniami, że wspomniane rozwiązanie mieć będzie dobrowolny charakter. To, że pracownik próbujący odmówić „prośbie” szefa o wydłużony grafik nie ma często najlepszej pozycji negocjacyjnej w dyskusjach z pracodawcą zdało się umknąć uwadze prawicy…

Droga do odnowy

Dla austriackich Zielonych to jednocześnie wyzwanie i szansa. Wyzwanie, bowiem zdaniem uczestników warsztatu w Grazu ich widoczność w tym temacie przez długie lata była ograniczona w porównaniu do tematyki ekologicznej. Zarówno opinia publiczna – jak i po trosze sami Zieloni – cedowali odpowiedzialność za tematy pracy i polityki społecznej na socjaldemokratów.

W efekcie wciąż czekać ich ma (mimo posiadania w swych szeregach osób np. z doświadczeniem działaności związkowej i walki o prawa pracownicze) doprecyzowanie własnej wizji i sposobu, w jaki mogą oni odróżnić się od SPOe. W części landów na zachodzie kraju, w których socjaldemokraci są wyraźnie słabsi, mają wręcz szanse na ich zastąpienie w roli głównej siły progresywnej na szczeblu regionalnym.

Nie chodzi tu jednak o odróżnianie się dla samego odróżniania. Po pierwsze część działań socjaldemokratów w kwestiach społecznych za czasów kolejnych „wielkich koalicji” stała (jak w niejednym kraju) w sprzeczności z progresywnymi ideałami.

Choć w wypadku Austrii udało im się zagwarantować dostępność bezpłatnych studiów wyższych oraz ubezpieczenie społeczne osób zatrudnionych atypowo, to odpowiadać oni mają za upowszechnienie się tego zjawiska, stawiającego często dotkniętych nim pracowników w niekorzystnej pozycji.

Nowe i stare sojusze

Co ciekawe, przestrzeń do odbudowy i wzrostu – a przynajmniej interesujących dyskusji – pojawia się nie tylko po lewej stronie. Na niedawnych protestach przeciwko umożliwieniu zwiększania wymiaru czasu pracy obok związków zawodowych, socjaldemokratów czy Zielonych pojawili się również przedstawiciele „chrześcijańskich socjalistów”, wyraźnie zaniepokojeni neoliberalnym skrętem chadeków.

Zdaniem uczestników warsztatów pole aktorów, z którymi możliwa jest współpraca jest całkiem spore. Obejmuje ono związki zawodowe, organizacje samozatrudnionych, ale również społecznie odpowiedzialnego i zielonego biznesu.

Muszą oni jednak zmagać się ze (znanymi również w Polsce) problemami, takimi jak lęk części organizacji pozarządowych przed upartyjnieniem czy silnego powiązania części z nich z dominującymi do tej pory na scenie politycznej chadekami i (szczególnie) socjaldemokratami.

W poszukiwaniu języka

W jaki sposób wspomniane, krótko- i średnioterminowe kwestie polityczne, wiążą się z długofalową kwestią przyszłości pracy? Niewątpliwie w obu wypadkach spoiwem staje się konieczność wypracowania nowego języka mówienia o pracy, który będzie w stanie zarówno przekonywać elektorat, jak i być gotowy na bardzo różne scenariusze spowodowanych postępem technologicznym zmian.

Zieloni zdają się na nie najgorszej pozycji, jeśli chodzi o stworzenie takiego języka. Od swojego zarania kwestionowali technooptymistyczne założenie o nieuchronnym związku postępu technologicznego i społecznego, oferując w zamian wizję polityczności technologii. Dobrze czuli się również w poruszaniu ważnych z punktu widzenia przyszłości pracy kwestii, takich jak dzielenie się pracą poprzez skracanie czasu pracy czy prawa cyfrowe.

Wchodzenie na rynek pracy poszukujących sensu wykonywanych działań millenialsów, upowszechnianie się chorób zdrowia psychicznego czy wypalenie zawodowe – to wszystko kwestie, które czynią ekopolityczną opowieść o wymagającej sensu pracy potencjalnie atrakcyjnymi.

Kreśląc lepsze jutro

Wyzwaniem pozostaje rosnąca polaryzacja rynku pracy – zanik wymagających średnich kwalifikacji miejsc pracy przy jednoczesnym zwiększaniu się zatrudnieniu w zawodach wymagających tak niskich, jak i wysokich umiejętności.

To ważne, by myśląc o wzorcach pracy elastycznych, wysoko wykształconych specjalistów (jednego z dotychczasowych zielonych „targetów”) nie zapominać również chociażby o niebieskich kołnierzykach – zarówno w politycznym przekazie, jak i postulatach. Równie ważne jest pamiętanie, że nowa, spójna wizja pracy musi być gotowa na ziszczenie się różnych scenariuszy związanych z postępami zmian technologicznych.

Tematów i wątków do opracowania przez niejedną partię ekopolityczną nie brakuje. Kwestia własności technologii i związanej z tym władzy, tworzenia adekwatnych do wyzwań regulacji, uświadamianie, że nadchodzące zmiany mogą dotknąć każdą i każdego z nas (co umożliwia zawieranie nowych, nieoczywistych aliansów) czy jej zglobalizowany wymiar, widoczny np. w fatalnych warunkach pracy zatrudnionych przy wydobycia surowców do sprzętu elektronicznego…

To tylko niektóre wyzwania na drodze do stworzenia spójnej wizji przyszłości pracy. Wizji, która przyda się nie tylko w czasie tego czy innego cyklu wyborczego.

Zdj. Ratusz w Grazu

Świeżo po objęciu stanowiska w resorcie rolnictwa minister Krzysztof Ardanowski zezwolił na stosowanie w rzepaku neonikotynoidów – pestycydów toksycznych dla pszczół. Ta kontrowersyjna wolta ministra rolnictwa jest zaprzepaszczeniem wieloletnich starań na rzecz ochrony owadów zapylających. Naciski w sprawie zgody na stosowanie neonikotynoidów trwały od wielu lat, jednak żaden polski minister od 2013 roku, gdy po raz pierwszy wprowadzono zakaz stosowania tych substancji także w rzepaku, do tej pory nie zdecydował się ulec presji lobby.

– Minister Ardanowski jeszcze jako poseł krytykował użycie neonikotynoidów, zwracając uwagę na ich szkodliwość dla pszczół i owadów zapylających. Teraz, już jako minister rolnictwa, osobiście podjął decyzję, by czasowo zezwolić na użycie tych zabójczych dla pszczół pestycydów w rzepaku. Obawiamy się, że to otwarcie furtki dla dalszych ustępstw wobec przemysłu chemicznego. Niewykluczone, że następne w kolejce będą odstępstwa dla buraka cukrowego – powiedziała Katarzyna Jagiełło, specjalistka ds różnorodności biologicznej Greenpeace.

W kwietniu bieżącego roku Unia Europejska wprowadziła całkowity zakaz stosowania trzech neonikotynoidów, ze względu na ich wysoką toksyczność, we wszelkich uprawach z wyłączeniem upraw szklarniowych. Badania naukowe oraz raporty Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) wskazują, że neonikotynoidy przedostają się do gleby i wód, a stamtąd także do innych roślin. Utrzymują się w środowisku niezwykle długo. Kierując się dobrem owadów zapylających, swoje własne zakazy, bardziej restrykcyjne niż zakaz unijny, wprowadziły Francja, Austria i Niemcy oraz częściowo Holandia.

– Neonikotynoidy stanowią poważne zagrożenie nie tylko dla pszczół miodnych, ale także dla innych gatunków: pszczół dziko żyjących, różnych gatunków motyli, bezkręgowców wodnych, a nawet ptaków. Środki te są obecne nie tylko na polach uprawnych, ale też w glebie, ciekach wodnych i dzikiej roślinności poza uprawami, w stężeniach, które stanowią zagrożenie dla środowiska – powiedziała Katarzyna Jagiełło. – Na dodatek neonikotynoidy mają działanie systemiczne. Znajdujące się w zaprawie nasiennej pestycydy znajdą się w każdej komórce rośliny, w tym w atrakcyjnym dla pszczół pyłku. To oznacza, że przyszłym roku polski rzepak będzie wysoce szkodliwy dla pszczół – dodała Jagiełło.

– Populacja owadów latających u naszych niemieckich sąsiadów została zdziesiątkowana. Zgoda na stosowanie toksycznych pestycydów w uprawach atrakcyjnych dla owadów zapylających jest nieodpowiedzialnym dodawaniem obciążeń dla zwierząt stanowiących podstawę ekosystemu – dodaje dr Marcin Zych z Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego, jeden z autorów Narodowej Strategii Ochrony Owadów Zapylających, która czeka na wdrożenie przez rząd.

Odstępstwo od zakazów wydano w czasie, kiedy rolnicy szykują się do przyszłorocznych zasiewów. Były minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel, który kilkakrotnie odmówił wydania zgody na czasowe odstępstwo od zakazu stosowania toksycznych neonikotynoidów, wskazywał, że trudno potwierdzić, aby wykorzystanie zapraw neonikotynoidowych przekładało się bezpośrednio na wysokość plonów rzepaku, gdyż większą rolę odgrywają m.in. czynniki pogodowe.

źródło: Greenpeace Polska