Noam Chomsky w wywiadzie dla portalu Democracy Now!: „Musimy teraz podjąć decyzje, które dosłownie zadecydują o tym, czy zorganizowane życie ludzkie przetrwa w jakiejkolwiek przyzwoitej formie”.
Zaledwie kilka tygodni po tym, gdy ONZ wydało ostrzeżenie, że ludzkości zostało zaledwie 12 lat na podjęcie działań dla złagodzenia skutków globalnego ocieplenia i ograniczenia skali globalnej katastrofy, rozmawiamy ze światowej sławy dysydentem politycznym, lingwistą i pisarzem, Noamem Chomskym. Mówi on: „Musimy teraz podjąć decyzje, które dosłownie zadecydują o tym, czy zorganizowane życie ludzkie przetrwa w jakiejkolwiek przyzwoitej formie”.
Transkrypcja
To jest transkrypcja robocza. Ta kopia może nie być wersją ostateczną.
Amy Goodman: Noam, chcielibyśmy przejść do kwestii, o której pisałeś, która wielu ludzi głęboko niepokoi, a której w tym kraju poświęca się bardzo niewiele uwagi, nawet podczas tych decydujących wyborów środka kadencji (midterm election). Ta kwestia to zmiana klimatu. Nowe badanie wykazało, że zbyt nisko oszacowaliśmy ilość ciepła pochłoniętą przez oceany. Praca opublikowana w czasopiśmie Nature stwierdza, że ilość ciepła zmagazynowana w oceanach przez ostatnie ćwierć wieku jest 150 razy większa od ilości energii zużytej do produkcji elektryczności na całym świecie, o 60% większa od poprzednich szacunków.
Nermeen Sharikh: Praca ta ukazała się zaledwie kilka dni po opublikowaniu przez wybitnego meteorologa Erica Holthausa złowieszczego ostrzeżenia po wygranej Jaira Bolsonaro w wyborach w Brazylii. Napisał on na Tweeterze: „Warto to ciągle powtarzać. Najpotworniejszą rzeczą, jaką planuje nowy prezydent Brazylii Jair Bolsonaro, jest prywatyzacja Puszczy Amazońskiej. Wziąwszy pod uwagę, że zostało nam zaledwie 12 lat na przekształcenie światowej gospodarki, by zapobiec katastrofalnej zmianie klimatu, jest to samobójstwo na skalę planetarną”.
W międzyczasie, w raporcie opublikowanym wcześniej w tym tygodniu, World Wild Fund podaje, że od 1970 roku istoty ludzkie zmiotły z powierzchni Ziemi 60% wszystkich ssaków, ptaków, ryb i gadów. To jest dyrektor generalny WWF ds. nauki i ochrony, Mike Barret.
Mike Barret: Kiedy przyglądamy się mającej dziś miejsce degeneracji natury, staje się całkowicie jasne, że nasza planeta wymaga reanimacji. I szczerze mówiąc rozwiązania, które w tej chwili proponujemy, są jedynie jak przyklejanie plastrów. Tak więc znajdujemy się w tej chwili w punkcie, w którym jako ludzie musimy dokonać wyboru: Czy zamierzamy pozwolić, żeby działo się to dalej? Czy chcemy coś z tym zrobić? W tym momencie nie robimy niczego, by zapobiec utracie natury na tej planecie. I to musi się zmienić – teraz.
Amy Goodman: Tak więc to był Mike Barret z World Wildlife Fund. Noam, jesteś głęboko zatroskany tym problemem – i oczywiście nie jesteś w tym sam – zmiana klimatu, problem zmiany klimatu.
Noam Chomsky: Twoją listę złowrogich sygnałów ostrzegawczych – jakby nie było to wystarczająco potworne – możemy jeszcze powiększyć o kilka innych przykładów. Dwa tygodnie temu międzynarodowa grupa naukowców monitorujących zmianę klimatu, IPCC, wydała bardzo złowieszczy raport, który ostrzega, że ludzkości została zasadniczo zaledwie dekada albo dwie, aby zakończyć naszą zależność od paliw kopalnych, jeśli chcemy mieć jakąkolwiek nadzieję na ograniczenie globalnego ocieplenia poniżej poziomów prowadzących do całkowitej katastrofy. Nawiasem mówiąc, jest to konserwatywna ocena. Jest to opinia powstała w wyniku konsensusu. Przez lata za każdym razem okazywało się, że analizy IPCC są o wiele mniej alarmistyczne niż powinny być.
Co do tego raportu, opublikowanego w Nature, o którym mówiłaś, który pokazuje, że ocieplenie oceanów jest o wiele większe niż szacowano. W podsumowaniu autorzy piszą, że jeśli te wyniki są nadal aktualne, tzw. budżet węglowy – ilość związków węgla, które możemy wypluć do atmosfery i zachować jeszcze środowisko, które umożliwi przetrwanie – musi zostać zredukowany o około 25%. To znacznie więcej niż sugeruje IPCC. A otwarcie Amazonii na dalszą eksploatację będzie kolejnym ciosem wymierzonym w perspektywy przetrwania zorganizowanego ludzkiego społeczeństwa.
W tym samym czasie administracja Trumpa otwiera, właśnie teraz, nowe obszary na Zachodzie na szczelinowanie hydrauliczne, na zwiększone zużycie paliw kopalnych. Prawdopodobnie widzieliście, i może rozmawialiście o tym, jeden z najbardziej zadziwiających dokumentów, jakie kiedykolwiek widziałem. Departament administracji Trumpa ds. standardów autostrad, czy jak to się nazywa, opublikował właśnie długi, stustronnicowy raport, w którym zaleca zlikwidowanie wszystkich przepisów dotyczących emisji motoryzacyjnych. I mają na to bardzo logiczny argument. Powiedzieli, że na podstawie obecnych trendów można przewidzieć, że do końca stulecia klimat ociepli się o kilka stopni, co oznacza ogromny wzrost poziomu morza, który szacują zbyt nisko. A zatem i tak staczamy się w przepaść, a emisje motoryzacyjne tak naprawdę niewiele się do tego przyczyniają, więc nie ma powodu, żeby je ograniczać. Departament zakłada, że wszyscy są tak samo zdeprawowani jak oni, i nie zamierzają z tym nic zrobić. A więc jeśli tak jest – taaak, po prostu obrabujmy tę płonącą planetę. Przyćmijmy Nerona, on tylko bawił się, kiedy palił się Rzym. Nie przypominam sobie czegoś podobnego w całej ludzkiej historii. Nie można znaleźć słów, żeby to opisać. A na samym szczycie tej potworności znajduje się w rzeczy samej administracja Trumpa.
Powinniśmy pamiętać o tym, że sam Trump, jak już wspomniałem, jest całkowicie przekonany o realności globalnego ocieplenia. Niedawno wystąpił do rządu Irlandii o pozwolenie na zbudowanie ogromnego muru, jednego z jego słynnych murów, w celu ochrony jego pola golfowego w Irlandii, które, jak podkreśla w swoim podaniu, jest zagrożone podniesieniem się poziomu morza na skutek globalnego ocieplenia. Spójrzcie na banki, JPMorgan Chase i inne. Zwiększają swoje inwestycje w rozwój wydobycia paliw kopalnych. Korporacje energetyczne na całym świecie pracują ciężko, próbując znaleźć nowe zasoby, które niszczą środowisko.
Media skupiają się na różnych naprawdę oburzających sprawach, takich jak absurdalne przygotowania militarne w oczekiwaniu na tę falę matek i dzieci, planujących zaatakować nas i zniszczyć – a więc koncentrują się na tym, ale przyjrzyjcie się, w jaki sposób relacjonują te rzeczy. A więc kilka dni temu w New Jork Timesie ukazał się długi raport, na całą pierwszą stronę, na temat otwarcia Zachodu na dalsze wydobycie paliw kopalnych. Autorzy omówili wszystko, o czym mógłbyś pomyśleć. Wspomnieli o niektórych negatywnych konsekwencjach, jak możliwość skażenia zasobów wody. Problemy dla ranczerów. Ani słowa, ani jednego słowa w tym długim raporcie o wpływie na środowisko. W trwającej właśnie kampanii politycznej – debatuje się o wszystkim, ale nie o dwóch egzystencjalnych zagrożeniach, którym istoty ludzkie muszą stawić czoła, zagrożeniach, które nigdy przedtem nie pojawiły się w ludzkiej w historii.
Musimy teraz podjąć decyzje, które dosłownie zadecydują o tym, czy zorganizowane życie ludzkie przetrwa w jakiejkolwiek przyzwoitej formie. Możemy sobie wyobrazić, jak będzie wyglądał świat, gdy poziom morza podniesie się o 3 albo 6 metrów albo nawet więcej, co mieści się w zakresie, z łatwością mieści się w zakresie prognoz. Mam na myśli, że konsekwencje są niewyobrażalne. Ale to jest tak, jak byśmy byli jak to przysłowiowe stado baranów, po prostu radośnie maszerując w stronę przepaści, prowadzeni przez przywódców, którzy doskonale wiedzą, co robią, ale są tak oddani wzbogacaniu siebie i swoich znajomych w najbliższej przyszłości, że po prostu nie obchodzi ich, co stanie się z rodzajem ludzkim. Nie było czegoś takiego w całej ludzkiej historii. W przeszłości było wielu potworów, naprawdę wielu. Ale nie było ani jednego, który oddałby się z pasją niszczeniu warunków umożliwiających istnienie zorganizowanego ludzkiego życia. Hitler był wystarczająco potworny, ale nie aż tak.
Tłumaczenie: Jan Skoczylas
źródło: Democracy Now!
Materiał udostępniony na podstawie licencji Creative Commons Attribution-Noncommercial-No Derivative Works 3.0 United States License.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Mieszkańcy Katowic, stolicy Górnośląskiego Zagłębia Węglowego, mają wielkie marzenie o zielonym mieście – czystym powietrzu, czystej energii i silnych więziach społecznych budowanych na bazie aktywnej partycypacji.
Śląski ruch klimatyczny wsparty jest na pewności, że działać można w każdym wieku i na różnych płaszczyznach – zawodowej, społecznej i politycznej. Nie wszystkim jednak ta wizja odpowiada.
Nasz wspólny problem jest ogromny! 33 z 50 najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie znajduje się w Polsce. Smog zabija w naszym kraju 46-48.000 osób rocznie. W samych tylko Katowicach mamy w dalszym ciągu 28,5 tysiąca przestarzałych kotłów. Aby skutecznie rozwiązać problem smogu potrzeba budżetu rzędu 300 milionów. Roczny budżet miasta Katowice to 2 miliardy złotych.
Łukasz Nowak: Jesteś znanym aktywistą klimatycznym, a obecnie dostałeś się do Rady Miasta Katowice – gratulacje! Co spowodowało, że zająłeś się kwestiami związanymi z klimatem i dlaczego z takim zapałem je kontynuujesz?
Patryk Białas: Pamiętam jak po wyborach parlamentarnych w 2015 moje niezadowolenie i komplikacje w pracy zawodowej spowodowały, że aktywnie zacząłem poszukiwać swojego miejsca w życiu. Miałem wrażenie, że jeden człowiek nie jest w stanie wiele zmienić. Chciałem jednak zrobić coś dla dobra wspólnego. Wysłałem aplikację na konkurs “Miejska Szychta” fundacji Napraw Sobie Miasto i zacząłem działania związane z ochroną powietrza.
Jako, że ważne jest dla mnie poczucie produktywności szybko zorganizowałem konkurs dla dzieci – “List do czystego powietrza”. Po jego sukcesie z dodatkowym zapałem rozpoczęliśmy działania bezpośrednie i w ramach Polskiego Alarmu Smogowego zorganizowaliśmy happeningi rozdając maseczki i słoiki z czystym powietrzem – symbolicznie pokazywaliśmy, że z powietrzem coś jest nie tak.
W styczniu 2016 powołaliśmy Katowicki Alarm Smogowy. Jako jego przewodniczący zacząłem od wykorzystania Inicjatywy Uchwałodawczej Mieszkańców w Katowicach. Powołaliśmy w tym celu komitet, przygotowaliśmy projekt i zaczęliśmy zbierać podpisy. W ciągu 2 miesięcy zebraliśmy 900 pod nią podpisów!
Głównymi celami było przeznaczenie 30 mln zł na finansowanie wymiany kotłów przez 10 lat, uruchomienie systemu informowania i alarmowania mieszkańców o stanie jakości powietrza oraz zagwarantowanie finansowania akcji edukacyjno-informacyjnych.
Projekt trafił do biura Rady Miasta, a my zostawiliśmy temat urzędnikom i politykom. Choć sam projekt przepadł, to jednak na tej samej sesji budżet na wymianę kotłów został podniesiony do 10 mln i ruszyła akcja informacyjna. Nasze działania zakończyły się zatem częściowym sukcesem.
Jakie zatem podjęliście kroki, skoro bezpośrednie działania przyniosły połowiczne sukcesy?
Powołaliśmy regionalną Szkołę Aktywistów Antysmogowych oraz realizowaliśmy projekt Społeczna Mapa Katowic, rozmawiając przez dwa lata z mieszkańcami w ich miejscach zamieszkania o problemach i rozwiązaniach tego tematu.
Dzięki tym działaniom i równoległej pracy z sejmikiem województwa nad przygotowaniem uchwały antysmogowej marszałek województwa zaprosił nas na konferencję prasową. Zadeklarowaliśmy na niej, że jako organizacje społeczne będziemy zachęcać mieszkańców, do włączenia się w proces konsultacji. Wraz z innymi alarmami smogowymi z województwa zebraliśmy 5000 podpisów pod apelem o przyspieszenie prac. W budowaniu masy krytycznej dołączyli się również pracownicy Uniwersytetu Śląskiego i Politechniki Śląskiej.
Uchwała antysmogowa została przyjęta jako druga w Polsce 7 kwietnia 2017.
Choć pod koniec sierpnia obudziło się lobby węglowe chcąc ją zablokować i poddać nowelizacji to Marszałek województwa zadecydował, że nie należy się cofać.
W maju 2017 powołaliśmy stowarzyszenie “BoMiasto”, stawiając sobie dwa cele naszych działań: zrównoważony rozwój (społeczne akcje nasadzeń drzew, aktywna praca przy planie gospodarki niskoemisyjnej i inne zielone akcje w mieście) oraz rozwój społeczeństwa obywatelskiego (działalność edukacyjna i protestacyjna).
Od dawna twierdząc, że aby przenieść nasze postulaty na płaszczyznę rady miasta trzeba wejść w politykę, w pewnym sensie narzuciliśmy tematy kampanii wyborczej: smog, ochrona klimatu i zieleń w mieście zdominowały debaty prezydenckie.
Dlaczego uważasz, że jako radny będziesz lepiej mógł spełnić swoje zadanie?
Przyznam, że od początku naszej aktywności społecznej byliśmy nazywani lokalnymi politykami. Mimo, że nie byliśmy zaangażowani w żadne oficjalne działania polityczne to wszystko co robiliśmy było stawiane w mediach w kontrze do oficjalnej władzy.
Współpraca z Climate Reality – fundacją Ala Gore’a – rozszerzyła moją perspektywę o działalność związaną z ochroną klimatu. “Teraz jest czas na aktywnych obywateli” wspominał były prezydent USA.
W czerwcu odszedłem z Polskiego i Katowickiego Alarmu Smogowego wiedząc, że aby skutecznie przeprowadzić zmianę społeczno-gospodarczą trzeba współpracować z politykami każdej opcji.
Siłą aktywistów jest wpływ na codzienną rzeczywistość miejską, a świadoma decyzja o wejściu w politykę ma nam dodatkowo dać bezpośredni wpływ na stanowienie prawa w imieniu mieszkańców.
Aktywiści mają to do siebie, że już ekspertami, ale gubią wiele swojego cennego czasu i sił na szczegółach. Jednakże to politycy kształtują ustawy i przeprowadzją realną zmianę polityki.
Obserwując ówczesną Radę Miasta Katowice widziałem, że że brakuje w niej osoby, która przeprowadzałaby zmianę w kierunku “Lepszego klimatu dla Katowic” – mojego hasła wyborczego i programu opartego o postulaty, takie jak czyste powietrze, czysta energia czy zieleń w mieście. To są moje priorytety.
Co jest zatem do zrobienia na Śląsku?
Kilka miesięcy temu, zaczynając pracę z Climate Reality intuicyjnie wyczuwałem w jakim kierunku idzie zmiana. Rozpoczęliśmy wtedy prace nad “Zieloną wizją Śląska”, która oparta została na filarach czystej energii, wspólnotowej wizji metropolii oraz budowaniu świadomości społecznej. Następnie rozpoczęliśmy badania opinii publicznej, wciągające mieszkańców do tej wizji. Zainspirowany tym pomysłem postanowiłem przygotować jeden z pomysłów – Społeczny Szczyt Klimatyczny w trakcie COP24.
Z jednej strony powstała więc ankieta on-line, której wyniki przedstawimy w czasie COP. Z drugiej zapraszamy mieszkańców na Zielone Laboratorium Idei w czasie szczytu klimatycznego, przygotowując diagnozę sytuacji i ubierając wnioski w manifest, prezentujący zieloną wizję Śląska – efektywnego energetycznie, z rozwijającą się energetyką obywatelską oraz czystym powietrzem.
Najważniejsza jest nasza stała obecność i nieustanne komunikowanie naszych działań.
Dzięki temu zaczyna powstawać ruch klimatyczny – zadzierzgają się więzi osób, które do tej pory były w swoich działaniach na rzecz ochrony klimatu osamotnione.
W czasie społecznego PreCOP organizowanego przez spółki węglowe – pod patronatem prezydenta RP i prezydenta Katowic, podczas którego głównym przesłaniem było stanowisko, że kryzys klimatyczny jest nieprawdą, nie wpuszczono nas na obrady strony społecznej.
Przed wejściem do miejsca, w którym się on odbywał głośno mówiliśmy o tym, że mieszkańcy chcą innego Śląska. Chcą odejścia od węgla i przeprowadzenia sprawiedliwej transformacji – just transition – czyli przemiany gospodarki w kierunku zrównoważonej produkcji zabezpieczającej miejsca pracy, źródła utrzymania pracowników, dbającej o mieszkańców i środowisko oraz opartej o dialog ze wszystkimi zainteresowanymi.
Skąd bierze się tak silny opór przed wdrażaniem pozytywnych zmian, choćby tych ustalonych w czasie Porozumienia Paryskiego 2015?
Rządzący w Polsce politycy są mocno zorientowani na węgiel, rozmijając się coraz bardziej z potrzebami i nastrojami społecznymi. W miejsce odpowiedzialności za dobro wspólne – klimat, powietrze czy kraj – stawiają swoje stołki. Bojąc się o poparcie wyborcze na wszelkie sposoby podsycają strach przed odejściem od węgla i towarzyszącą temu zmianą. Moim zdaniem strategia ta sprowadzi ich na manowce.
Jak sytuacja Śląska ma się do procesów odbywających się w Europie?
Różne regiony w Europie są w trakcie odchodzenia od węgla. Sprzyja temu platforma wymiany doświadczeń – Coal Regions in Transition. W projekcie tym regiony węglowe mają zadanie przedstawić Komisji Europejskiej projekty, jakie chcą zrealizować na drodze do sprawiedliwej transformacji.
W negocjacjach ze strony polskiej uczestniczą dwie różne grupy interesów.
Rząd naciska na projekty węglowe i eksperymentalne technologie wydobywcze, podczas gdy samorząd próbuje przemycać projekty z zakresu zielonej gospodarki. Ten konflikt jest widoczny gołym okiem.
Jak zatem kształtuje się świadomość bezpośrednio zainteresowanych tymi procesami?
Ludzie działają w kierunku transformacji już teraz – byli górnicy stawiają kolektory słoneczne na dachu, aby nie musieć nosić węgla, a szkoła górnicza, nie mogąc znaleźć chętnych otwiera, klasę OZE do której ma nadkomplet zgłoszeń.
¼ kolektorów w Polsce jest produkowana na Śląsku. W sektorze nowej energii należy więc zadbać o przygotowanie wielu miejsc pracy. Górnik jest osobą, która przy swoich kompetencjach jest w stanie szybko się przekwalifikować i znaleźć zatrudnienie jako mechanik, hydraulik czy elektryk. W Niemczech znajdują zatrudnienie w sektorze mechatroniki.
Zmieniły się również czasy – praca górnicza nie jest już tak atrakcyjna jak kiedyś. Nie jest wykonywana tak chętnie, nie zapewnia już dłużej stosunkowo wysokich przychodów, a górnicy mają świadomość, że jest niebezpieczna, niewdzięczna i trudna. Każdy z nich dałby wiele, aby pracować w innych warunkach, na świeżym powietrzu, a ich rodziny nie musiałyby się martwić o ich bezpieczeństwo. Nie mówiąc już o wszystkich mieszkańcach, którzy nękani są regularnymi ruchami tektonicznymi.
Jakie zatem widzisz możliwości, aby to mieszkańcy mogli podejmować właściwe decyzje kształtując swoje otoczenie według swoich potrzeb, a nie czyjegoś widzimisię?
Od początku budowaliśmy nasz program na założeniu, że nie ma lepszych ekspertów niż mieszkańcy. Jeśli decyzje zapadają ponad ich głowami dochodzi do manifestacji niezadowolenia w formie protestów. Dlatego uważam, że należy maksymalnie włączać mieszkańców w procesy decyzyjne.
Jedyną skuteczną formą polityki jest ta oparta na dowodach, która u nas niemal nie występuje.
Od strony technicznej strategie przygotowywane są dziś w pełni profesjonalnie, natomiast od strony merytorycznej są mało ambitne i zaciemniające ogólny obraz. Polityka oparta na partycypacji społecznej i dowodach jest więc jedną sensowną strategią.
Jakie widzisz narzędzia do włączania mieszkańców w proces decyzyjny?
Zawsze można więcej, lepiej i szybciej. Dlatego w czasie wyborów wyszliśmy z hasłem “otwarty urząd – więcej na mieście niż w gabinecie” promując otwarty dzień dla mieszkańców, aby każdy mógł spotkać się z prezydentem. Wcześniej było to nie do pomyślenia.
Uważam, że politycy mają wychodzić do mieszkańców, a nie odwrotnie. Powinniśmy maksymalnie skrócić dystans i ośmielić ludzi. Skoro bowiem chcę być przedstawicielem społeczeństwa, chcę się również dowiedzieć o tym, co sądzą mieszkańcy, jakie są ich potrzeby, jaki jest ich pomysł, aby je zaspokoić. Mogę to zrobić tylko będąc blisko nich, tam gdzie mieszkają, w warunkach dla nich komfortowych. Miasto wygląda przecież inaczej z perspektywy samochodu służbowego, tramwaju czy pieszego.
Każdy z nas ma tu wiele do zrobienia. Możemy siedzieć z założonymi rękoma i patrzeć, czy transformacja nastąpi. Możemy też zostać aktywnym obywatelem angażując się w ten proces.
Głośno mówić o swoich problemach, potrzebach i wprowadzać je w czyn w swoim miejscu pracy, w swojej lokalnej społeczności. Dbać o to, by być usłyszanym przez tych, którzy mają nam służyć, a nie nami rządzić. Czerpmy zatem zewsząd pozytywne wzorce, aby proces tej zmiany był sprawiedliwy wobec ludzi, społeczności lokalnej i środowiska.
Artykuł powstał we współpracy z Zielonym Magazynem Europejskim
Propozycje przypisania emisjom CO2, Puszczy Białowieskiej, Puszczy Amazońskiej czy mokradłom wartości wyrażonej w złotówkach u wielu osób może budzić niesmak. Zwolennicy metod wyceny środowiska przekonują, że nie ma w tym nic złego. Jednak część badaczy twierdzi, że takie podejście do środowiska naturalnego to dalszy etap urynkowienia naszego życia i stanowi wart uwagi dylemat moralny.
Często unikamy określania wartości ekonomicznej środowiska naturalnego, choć piękna, zadrzewiona działka nad jeziorem zwykle kosztuje więcej niż plac przy szosie. Inaczej jest w przypadku elementów natury, które mają charakter nierynkowy lub są szczególnie ważne dla funkcjonowania całych ekosystemów. Środowisko naturalne zwykle nie jest bowiem dobrem dostępnym na rynku, nie ma przypisanej ceny i z tego powodu niełatwo jest uwzględnić jego wartość w procesach decyzyjnych podejmowanych na zasadzie prostego porównania kosztów i zysków. Trudno oszacować więc negatywny wpływ działalności gospodarczej na środowisko, tzw. efekty zewnętrzne, przez co nierzadko oddziaływanie to bywa po prostu pomijane. Dzięki wycenie łatwiej wybrać szczególnie wartościowe obszary, ustalić szkody środowiskowe i wymierzyć kary. Poza względami praktycznymi, ogromne kwoty przypisywane całym ekosystemom lub wybranym jego elementom mają uświadomić opinii publicznej wartość środowiska, jego rolę, i być może nakłonić ludzi do wsparcia działań ochronnych.
Stosuje się różne sposoby wyceny. W przypadku miejsc odwiedzanych przez turystów najpopularniejsza jest metoda kosztów podróży, która zakłada, że wydatek poniesiony na wycieczkę dobrze oddaje wartość rekreacyjną miejsca. W skrócie: im więcej odwiedzających i im więcej kosztowała ich podróż, tym wyższa będzie wartość miejsca. Przy zastosowaniu innych metod badacze czasem wprost pytają ludzi o to, ile byliby w stanie zapłacić za zachowanie danego „zasobu przyrodniczego”. Istnieją też bardziej wyrafinowane techniki, użyteczne, gdy wyceniany obszar nie jest odwiedzany przez turystów. I tak korzystając z dużej bazy danych na temat cen nieruchomości, można ustalić, jaki wpływ na wartość domu ma sąsiadujący z nim las lub rzeka.
Wyceny dokonuje się też na podstawie wartości użytkowej, na przykład wartości rynkowej dostarczanego przez ekosystem drewna (metoda stosowana przez Ministerstwo Środowiska w odpowiedzi domagającej się miliardów złotych zabezpieczenia na wypadek wstrzymania wycinki w Puszczy Białowieskiej [1,2]) czy kosztów wyprodukowania tego zasobu (np. tlenu) przy użyciu dostępnej technologii. Słynny artykuł Roberta Costanzy (i in.) z 1997 roku [3] dowodził, że globalna wartość tzw. usług środowiska jest prawie dwa razy większa niż cała aktywność gospodarcza ujęta w światowym PKB. Może dzięki przedstawieniu natury jako dostawcy drogich świadczeń rzeczywiście łatwiej będzie przekonać ludzi do ochrony środowiska?
Badacze krytycznie podchodzący do tematu ekonomicznej wyceny środowiska zwracają jednak uwagę na jej negatywne konsekwencje w postaci umacniania instrumentalnego podejścia do natury. Wraz z popularyzacją metod wyceny opowiadanie o środowisku przy użyciu języka wartości ekonomicznej zaczyna dominować nad innymi sposobami postrzegania i traktowania natury. Przyjęcie takiej logiki oznacza włączenie przyrody do kategorii, którymi zarządza się według zasad maksymalizacji wartości ekonomicznej.
Nie brakuje zresztą przykładów świadczących o pewnym stopniu urynkowienia natury, które przyspieszyło właśnie dzięki możliwości określenia wartości zasobów środowiska. Ostatnio coraz popularniejsza staje się koncepcja „kapitału naturalnego” (natural capital), która zachęca do postrzegania środowiska jako kolejnej formy kapitału. W wielu krajach od lat funkcjonują już tzw. „banki bioróżnorodności”, które pośredniczą w obrocie certyfikatami pozwalającymi na offsetowanie, tj. kompensację szkód środowiskowych dokonanych wskutek działań gospodarczych, np. nowej inwestycji, czy generowanych emisji CO2. Dzięki temu podmiot realizujący swoje szkodliwe dla środowiska przedsięwzięcie może odkupić swoje winy – nabywając certyfikat, finansuje organizacje podejmujące działania ochronne na innym obszarze.[4] Stosunkowo niedawno pojawiły się też obligacje i fundusze inwestycyjne wyspecjalizowane w projektach takich, jak na przykład zakup lasów, które przynoszą zyski dzięki świadczeniom wypłacanym z REDD+, inicjatywy ONZ mającej powstrzymać deforestację i emisje CO2 w krajach Globalnego Południa.
Koncepcja wyceny zasobów przyrodniczych jest kontrowersyjna i choć powstała w dobrej wierze, to należy pilnować, by nie pociągnęła za sobą negatywnych skutków dla środowiska i społeczeństwa. Wydaje się, że dopóki określenie wartości natury faktycznie sprzyja jej ochronie, nie prowadzi do dominacji wartości ekonomicznej jako głównej kategorii jej opisywania ani nie grozi jej urynkowieniem, dopóty nie ma większych powodów do zmartwień. Czy jednak gdy rozpatrujemy to zjawisko w szerszym kontekście, uwzględniając słabnącą akumulację kapitału i apetyt kapitalizmu na nowe przestrzenie do finansowej ekspansji, nie powinniśmy zacząć się obawiać o przyszłe formy ochrony środowiska i relacji człowieka z naturą?
Zastanawia się nad tym także Michael Sandel, jeden z najbardziej popularnych współczesnych filozofów polityki. W swojej książce pt. Czego nie można kupić za pieniądze przyjrzał się m.in. mechanizmowi kompensacji CO2 i opłatom licencyjnym za możliwość polowania na chronione gatunki zwierząt. Sandel pyta: czy angażować się na wątpliwych moralnie rynkach, jeśli jest nadzieja na osiągnięcie wartościowych celów? Zauważa też, że porównywany przez wielu do odpustów religijnych offset w wielu przypadkach (szczególnie gdy kogoś stać na taki wydatek) może zwiększyć niepożądane działania. To warte rozważenia kwestie, szczególnie gdy zamiast głębszej refleksji na temat wpływu gospodarki na klimat i środowisko coraz częściej słyszymy o „kapitale naturalnym” i „zielonym wzroście”.
1. http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/186743,rachunek-za-puszcze.html
2. https://oko.press/oko-press-ujawnia-niejawna-odpowiedz-polski-trybunal-sprawiedliwosci-ue-cofnac-zakaz-wycinki-puszczy-a-jesli-ke-musi-zaplacic-32-mld-zl/
3. Costanza R. et al. (1997), The value of the world’s ecosystem services and natural capital, Nature,vol. 387, s. 253–260 (15 Maja 1997)
4. http://dzikiezycie.pl/archiwum/2015/maj-2015/offsetowanie-strat-w-bioroznorodnosci
5. Sandel M. (2013) Czego nie można kupić za pieniądze, wyd. Kurhaus Publishing, Warszawa
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jesienne wybory samorządowe były pierwszymi w cyklu wyborczym, który na lata ukształtuje polską scenę polityczną.
Choć nie przyniosły one wyraźnego zwycięstwa ani PiS, ani Koalicji Obywatelskiej, to mogą one stać się początkiem istotnych zmian na polskiej scenie politycznej. Gra toczy się o to, która z tych formacji ostatecznie wygra maraton (na który składają się wybory europarlamentarne i parlamentarne w 2019 oraz prezydenckie w 2020) i czy ich starcie zostawi jakaś przestrzeń dla innych, bardziej progresywnych ugrupowań.
Po pierwszej turze wyborów samorządowych można było odnieść wrażenie, że rządzące krajem Prawo i Sprawiedliwość miało powody do zadowolenia. Wbrew podawanym wieczorom wynikom exit polls główny rywal partii na obszarach wiejskich i w mniejszych miejscowościach – Polskie Stronnictwo Ludowe – zdobyło słabszy niż prognozowany wynik. Osłabiło to „kordon sanitarny” wokół formacji Jarosława Kaczyńskiego, jaki partie opozycyjne planowały zastosować w sejmikach. W efekcie PiS zdobył samodzielną większość w 6 z 9 województw, w którym zdobył najwięcej głosów, a do tego zdołał (na różne sposoby) zdobyć władzę w kolejnych dwóch.
Punkty dla PiSu
To o tyle ważne, że sejmiki odgrywają niebagatelną rolę w podziale środków unijnych w regionach. Warto pamiętać, że po poprzednich wyborach samorządowych w roku 2014 Prawo i Sprawiedliwość było w stanie objąć władzę jedynie na Podkarpaciu. Oznacza to, że udało mu się poczynić niemałe postępy – zarówno w odzyskiwaniu wschodu kraju, jak również w pozyskiwaniu poparcia na obszarach, uznawanych do tej pory za mateczniki Platformy Obywatelskiej (Śląsk, Dolny Śląsk).
Liberalna opozycja – PO i .Nowoczesna, które wystąpiły pod sztandarem Koalicji Obywatelskiej – dużo bardziej skupiły swą uwagę na dużych miastach. Pomimo prób odwołania się do lepiej wykształconego elektoratu miejskiego, czego symbolem miał być awans ministra Mateusza Morawieckiego na stanowisko premiera, PiS doświadczył tu szeregu porażek, w tym prestiżową przegraną (już w pierwszej turze) w Warszawie czy nokaut w Łodzi, będący skutkiem sugestii, jakoby dotychczasowa prezydent miasta, Hanna Zdanowska, nie mogła objąć urzędu z powodu bycia skazaną prawomocnym wyrokiem.
Do czasu drugiej tury można było argumentować, że wyniki te stanowią potwierdzenie status quo. PiS okazał się mocny w swoich bastionach, a liberalna opozycja – w swoich. W efekcie nie zmienić się miało tak znowu wiele. Opinia ta może jednak nie być taka łatwa do utrzymania, a to z powodu wyników w miastach, w których w pierwszym głosowaniu żaden z kandydatów nie zdobył ponad 50% głosów. Choć sukcesy dotychczasowych włodarzy w miastach, takich jak Kraków czy Gdańsk, nie były niespodzianką, to już porażki kandydatów Zjednoczonej Prawicy w mniejszych miejscowościach (w tym tych położonych w regionach silnie popierających tę formację) za taką niespodziankę uznać już można.
Problemy w matecznikach
Skalę problemów PiS najlepiej ilustruje fakt, że największe miejscowości, które przez najbliższe 5 lat mieć będą włodarza z obozu ZP nie mają więcej niż 65 tysięcy mieszkańców. Oznacza to, że większość średnich – i całkiem spora grupa małych – miejscowości wydaje się podatna na komunikat opozycji. Jak w jednym ze swych artykułów zauważył Lech Mergler, ze względu na układ sieci osadniczej w Polsce można je uznać na rodzimy ekwiwalent amerykańskich swing states.
Także i ta opowieść nie jest pozbawiona pewnych słabości. Druga tura wyborów, w której w grze pozostaje tylko dwóch kandydatów, to nieco inna para kaloszy niż głosowanie do sejmików czy rad większych miast, w którym wybór jest znacznie większy. Fakt, iż PiS wygrało w sejmikach z KO różnicą 7 punktów procentowych (34,1 do 27%) i że PSL (12,1%) zdobywa znacznie niższe poparcie w wyborach innego typu pokazuje, że partia rządząca ma wciąż poważne szanse na zwycięstwo w przyszłym roku.
Najgorsze, co w takiej sytuacji mogłaby zrobić liberalna opozycja to usiąść na laurach i uznać, że wystarczająco dobrą dla niej taktyką będzie wieczne krytykowanie każdej możliwej decyzji rządu. Stulecie odzyskania niepodległości pokazuje to aż za dobrze.
PiS wykorzystało fakt, że ustępująca prezydent miasta, Hanna Gronkiewicz-Waltz zakazała organizowanego przez środowiska skrajnej prawicy Marszu Niepodległości – i postanowiło przejąć imprezę, wymuszając na jej organizatorach wspólne obchody. Dla partii tej był to wygodny sposób na zakrycie faktu, że długie miesiące przygotowań do obchodów zostały w dużej mierze zmarnowane.
Choć próba okiełznania nacjonalistycznych uczestników raczej się nie powiodła to fakt, iż wspólny marsz środowisk narodowych i władz państwowych zebrać miał 200-250 tysięcy ludzi pokazuje, że Prawo i Sprawiedliwość wciąż potrafi wykorzystywać retorykę „wstawania z kolan” oraz konieczności ochrony „tradycyjnych wartości” na swoją korzyść – nawet jeśli efektem ubocznym ma być otwieranie przestrzeni politycznej na prawo od siebie. Marsz ten nie pomógł rzecz jasna w rozwiewaniu wątpliwości zagranicznych obserwatorów co do tego, czy Polska nie podąża w stronę nieliberalnej demokracji, inspirowanej Viktorem Orbanem.
Rozkład po lewej
Jak do tej pory w centrum naszej uwagi były trzy listy wyborcze, usytuowane na prawo od politycznego centrum – i nie bez powodu. Jedynie one zdobyły reprezentację polityczną we wszystkich 16 sejmikach. Fakt ten pokazuje skalę dezintegracji innych sił politycznych, szczególnie tych z lewej/progresywnej strony sceny politycznej.
Sojusz Lewicy Demokratycznej zdobył jedynie 6,6% głosów sejmikowych i reprezentację w 7 regionach. Jedynie w jednym z nich będzie niezbędną częścią składową koalicji rządzącej, podczas gdy w kolejnych 4 może być elementem powiększania przewagi koalicyjnej. Pozostałe listy na lewo od centrum uzyskały znacznie gorsze rezultaty, lądując znacznie poniżej pięcioprocentowego progu. Partia Razem, która chciała pokazać, że utrzymuje poparcie z wyborów parlamentarnych w roku 2015 (3,6%), tym razem zdobyła raptem 1,6% głosów. Partia Zieloni po raz pierwszy w swej historii wystawiła listy sejmikowe we wszystkich województwach (choć nie we wszystkich okręgach) i sięgnęła 1,15% poparcia. W dwóch regionach zdobyła nawet więcej głosów niż Razem – w województwie lubuskim jej poparcie wyniosło nawet 2,6%.
Choć można widzieć ten rezultat jako krok w dobrą stronę w rozwoju partii, to jednak uznanie tegorocznych wyborów za szczególny sukces progresywnych sił politycznych byłoby oszukiwaniem samego siebie. W Warszawie – dla przykładu – zielono-lewicowa kandydatura Jana Śpiewaka padła ofiarą polaryzacji między KO a PiS. Zdobył on ledwo 3% głosów, kończąc na odległej, trzeciej pozycji. Lista Wygra Warszawa zdołała uzbierać 3,9% głosów na poziomie miasta, a na poziomie dzielnicowym zdobyć pojedynczego radnego na Pradze Północ.
Lokalne wyzwania
Przeciwko wyborczym przełomom w tegorocznym głosowaniu samorządowym i wpływowi progresywnych polityczek i polityków na jakość życia w ich lokalnych wspólnotach działały trzy trendy.
W niektórych miastach lokalne ruchy miejskie zdecydowały się na samodzielny start, często powiązany z dość silnie anty-partyjnym przekazem. W wypadku Warszawy skończyło się to dwiema listami (Wygra Warszawa oraz Miasto Jest Nasze), z których żadna nie zdobyła mandatów w radzie miasta. Nawet tam, gdzie udawało się połączyć siły ordynacja wyborcza, premiujące duże ugrupowania, umożliwiła zdobycie mandatów pomimo aktywnej, angażującej lokalny elektorat kampanii (casus Gdańska czy Białegostoku).
Innym wyzwaniem okazała się lista Bezpartyjnych Samorządowców, gromadząca luźno ze sobą powiązanych lokalnych polityków, próbujących dystansować się od partii politycznych (i to pomimo faktu, że spora ich część była niegdyś ich członkami). Prezentując antypartyjną retorykę, połączoną z podkreślaniem swego doświadczenia w radach miast, sejmikach czy urzędach prezydenckich dla części elektoratu wydali się bardziej przekonujący jako osoby gotowe do reprezentowania ich na szczeblu lokalnym i regionalnym. W efekcie udało im się zdobyć polityczną reprezentację w 5 województwach, z czego jednym z nich będą współrządzić (Dolny Śląsk), a na kolejne mogą uzyskać pewien wpływ (Pomorze Zachodnie).
Trzecim interesującym trendem, którego rozwój warto będzie obserwować, okazał się przypadek Krakowa. Niegdysiejszy poseł PO i Twojego Ruchu, Łukasz Gibała, zdołał uzyskać 17,1% głosów w tamtejszym wyścigu prezydenckim, prezentując bardzo ekologiczny na tle rywali program wyborczy (w tym postulat darmowej komunikacji zbiorowej dla mieszkańców czy szeroko zakrojone inwestycje w miejskie tereny zielone) i w dużej mierze chowając swoje wolnorynkowe zapędy. Jego lista wyborcza, na której znaleźli się aktywiści ekologiczni oraz działaczki kobiece, otrzymała 12,7% głosów, co zapewniło jej czteroosobową reprezentację w radzie miasta. Dla porównania komitet wyborczy, złożony z działaczy razem i bardziej lewicowych aktywistów otrzymał 3,1% poparcia.
Nie jest moim zdaniem wykluczone, że w kolejnych wyborach samorządowych za 5 lat zobaczymy większą ilość kandydatów podobnych do Gibały – nie tylko w Krakowie. Jesienne głosowanie zdaje się zwiastować koniec lokalnych polityków o bardziej tradycyjnym, technokratycznym podejściu do miasta, którzy startowali często w kontrze do ruchów miejskich i ich wizji, którą uznawali za „antyrozwojową” z powodu krytycznego stosunku np. do wieżowców czy zabudowy terenów zielonych (Warszawa, Poznań).
Przejście do bardziej eko-kapitalistycznej narracji o mieście, zainspirowanej wizją zrównoważonego rozwoju czy ideą smart cities, może okazać się niemałym kłopotem dla inicjatyw politycznych, stawiających na łączenie kwestii sprawiedliwości społecznej i ekologicznej. Pytanie o to, czy warto współpracować z miejskimi, zielonymi liberałami – a jeśli nie to w jaki sposób się od nich różnić, by mimo konkurencji osiągać sukcesy wyborcze – może okazać się kluczowe dla ich przyszłości.
Cisza przed (kolejną) burzą
Inną, istotną kwestią po tych wyborach jest przyszłość polskiej lewicy na szczeblu ogólnokrajowym. Nie ulega wątpliwości, że formuła jej działania musi ulec drastycznym zmianom – i to już nie tylko po to, by odnosić wyborcze sukcesy, ale by w ogóle przetrwać. Przetrwanie okazuje się zresztą coraz większym wyzwaniem, jako że inne partie i ruchy społeczne zdołały odebrać jej poszczególne postulaty oraz zaczęły próbować udzielać własnych odpowiedzi na „tradycyjne” lewicowe czy ekopolityczne tematy, takie jak mieszkania komunalne czy jakość powietrza.
Pierwsze kroki w procesie wymyślania się na nowo zostały zresztą już podjęte. Ich największym symbolem stała się zmiana postawy wśród polityków Razem i ich otwarcie się na dyskusję na temat współpracy wyborczej z SLD – i to pomimo faktu, że właściwie rzecz biorąc życzyli tej partii zgonu od pierwszego dnia swojego istnienia na scenie politycznej.
Jaskółki zmian nie oznaczają jednak jeszcze, że znamy ostateczny kształt politycznego krajobrazu po lewej. Były prezydent Słupska, Robert Biedroń, pracuje pełną parą nad stworzeniem swojego własnego, progresywnego projektu politycznego. Trudno powiedzieć, czy będzie zainteresowany połączeniem sił z już istniejącymi na scenie politycznej partiami – może je bowiem postrzegać bardziej jako kulę u nogi niż cennych sojuszników.
Jeśli do takiej współpracy by nie doszło możemy być świadkami powstania co najmniej dwóch list wyborczych, konkurujących ze sobą o zbliżony elektorat. Piszę „co najmniej”, bowiem brak wspólnej listy może np. zmniejszyć apetyt Razem na poświęcenie swej ideologicznej czystości na rzecz hipotetycznych miejsc w Sejmie. Pamiętajmy, że partia powstała w roku 2015 w celu odrodzenia lewicy i odcięcia się od SLD, który krytykowała za korupcję, wojnę w Iraku i trzeciodrogową politykę ekonomiczną w latach 2001-2005.
Wspomniane trendy nie zwiastują póki co wielkich sukcesów w zakresie wzmacniania progresywnych sił politycznych w Parlamencie Europejskim politykami z Polski. Choć niska frekwencja oznacza najczęściej, że wielkomiejskie, progresywne siły polityczne mają większe szansę na zdobycie reprezentacji europarlamentarnej (nawet bez tworzenia wspólnej listy), to jednak założenie to może okazać się ryzykowne w wypadku utrzymywania się wysokiego poziomu politycznego wzmożenia oraz polaryzacji na osi KO-PiS. Nie jest również czymś niewyobrażalnym scenariusz, w którym do Koalicji Obywatelskiej – mimo pewnych zastrzeżeń – dołączą PSL czy SLD.
Choć dynamika tych zmian wydaje się niezmiernie interesująca to nie wydaje się, by przybliżała nas ona do urzeczywistnienia wizji Polski jako aktywnego gracza na rzecz wzmacniania integracji europejskiej, orędowniczki ambitnej walki ze zmianami klimatu oraz ochrony praw człowieka na Starym Kontynencie. Miejmy nadzieję, że polskie ugrupowania lewicowe i progresywne sprawią nam miłą niespodziankę.
Artykuł powstał we współpracy z Zielonym Magazynem Europejskim
Naukowcy nie zostawiają nam złudzeń – zmiany klimatu są nadciągającą katastrofą, której najgorszych skutków ludzkość jeszcze przez krótką chwilę ma szansę uniknąć. Co jednak zrobić, kiedy przywódcy polityczni nie są w stanie podjąć działań adekwatnych do sytuacji? W Wielkiej Brytanii została właśnie powołana do życia Extinction Rebellion, międzynarodowa, wolna od przemocy rebelia wobec światowych rządów winnych zbrodniczej bezczynności w obliczu kryzysu ekologicznego.
Nieposłuszeństwo
W sobotę 17 listopada 2018 r. o godz. 10 rano sześć tysięcy osób zebrało się na pięciu londyńskich mostach i zablokowało je na kilka godzin. Pogoda dopisywała, atmosfera wydarzenia była ciepła i przyjacielska, grała muzyka i wygłaszano przemówienia. Nie był to jednak piknik ani nawet legalna demonstracja, lecz akt obywatelskiego nieposłuszeństwa. Blokada mostów była nielegalna (choć uprzedzono o niej policję), a tworzący ją ludzie zjawili się na miejscu na wezwanie Extinction Rebellion – nowo powstałego ruchu protestującego przeciwko bezczynności rządów wobec kryzysu klimatycznego i ekologicznego.
Extinction Rebellion to w wolnym tłumaczeniu bunt przeciwko wymieraniu. Jego członkinie i członkowie określają się jako obrońcy życia na Ziemi, „conscientious protectors of life”, co jest analogią do „conscientious objectors”, czyli osób odmawiających służby wojskowej ze względu na przekonania. Uważają, że istniejący system i polityka obecnych rządów niszczą życie na Ziemi w przerażającym tempie, a zmiany klimatu prowadzą ludzkość do katastrofy. Dlatego konieczna jest radykalna zmiana.
Celem Rebelii jest spowodowanie takiej zmiany.
W swoim manifeście inicjatorzy ruchu piszą, że choć już od ponad 30 lat wiadomo, iż spalanie paliw kopalnych prowadzi do katastrofalnych zmian klimatu, przez ten czas nie tylko nie wyeliminowano emisji gazów cieplarnianych, ale wręcz dopuszczono do tego, by wzrosły o 60 proc. W rezultacie dziś stoimy przed perspektywą zapaści naszej cywilizacji w ciągu kilku najbliższych dekad, śmierci miliardów ludzi i wyginięcia milionów gatunków – w tym potencjalnie również naszego. Już teraz ludzie w wielu miejscach na świecie cierpią z powodu skutków kryzysu klimatycznego: głodu, huraganów, powodzi i ekstremalnych temperatur oraz wynikających z tego konfliktów, a gatunki giną w takim samym tempie, jak 65 mln lat temu, kiedy przypuszczalnie uderzenie asteroidu zmiotło z powierzchni Ziemi dinozaury i trzy czwarte wszystkich istniejących wtedy form życia. Odpowiedzialność za obecną katastrofę ekologiczną spoczywa na rządach, i to do nich Rebelia kieruje swoje żądania.
W manifeście Extinction Rebellion stwierdza się, zresztą zgodnie z wnioskami z ostatniego specjalnego raportu Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC), że zmiany, które pozwoliłyby ludzkości uniknąć najbardziej katastrofalnych skutków, są technicznie i ekonomicznie wykonalne, jednak ich wdrożenie wymaga uzmysłowienia sobie, że jesteśmy w nadzwyczajnej sytuacji i że trzeba działać natychmiast.
Członkinie i członkowie Rebelii za cel stawiają sobie zatem upowszechnienie świadomości bezprecedensowego egzystencjalnego zagrożenia, przed jakim stoi ludzkość, i możliwie jak najszybsze zmobilizowanie jak największej liczby ludzi do radykalnego działania.
Ruch ma trzy żądania. Domaga się po pierwsze, by rząd zaczął mówić prawdę o kryzysie klimatycznym i ekologicznym. Po drugie – chce wprowadzenia prawnie wiążących uregulowań, które obniżą emisje gazów cieplarnianych do poziomu zero netto do 2025 r. i zmienią obecne wzorce konsumpcji. Po trzecie, domaga się powołania Zgromadzenia Obywatelskiego, które te działania będzie nadzorować – co ma być zarazem krokiem w kierunku naprawy demokracji. W tej chwili Rebelia działa przede wszystkim w Wielkiej Brytanii i kieruje swoje żądania do władz brytyjskich, jednak ponieważ do uratowania klimatu niezbędne jest solidarne i odpowiedzialne działanie wszystkich państw, jej zasięg ma się rozszerzać, a docelowo adresatami postulatów będą wszystkie rządy.
Czemu oszukiwaliśmy samych siebie?
Zadanie, jakie postawiła przed sobą Rebelia, wydaje się niezwykle trudne. Przede wszystkim, jak jasno wynika ze stanowiska nauki wyrażonego w ostatnim raporcie IPCC, chociaż zatrzymanie zmian klimatu na w miarę bezpiecznym poziomie 1,5 st. C jest wykonalne technicznie i ekonomicznie, wymaga jednak radykalnej zmiany myślenia wśród liderów politycznych i nie mniej radykalnej zmiany stylu życia i konsumpcji dużej części ludzi na świecie, zwłaszcza w rozwiniętych krajach Zachodu.
Ostatnie trzy dekady były czasem powszechnego wyparcia. Dzięki naukowcom mieliśmy od dawna dostęp do wiedzy o tym, gdzie doprowadzi nas rozwój gospodarczy napędzany paliwami kopalnymi, jednak dopóki efekty tego procesu nie zaczęły dotykać nas bezpośrednio w postaci długotrwałych susz, niszczycielskich huraganów i tragicznych pożarów, prościej było udawać, że tego nie wiemy. Do pewnego stopnia jest to zrozumiałe: ludzkość nie doświadczyła nigdy wcześniej egzystencjalnego zagrożenia tej skali, świat nigdy wcześniej się nie kończył, przeciwnie, zawsze „jakoś to było,” i być może dlatego ostrzeżenia naukowców tak długo wydawały się abstrakcją i wpadały w pustkę, nie znajdując żadnego punktu zaczepienia w życiowym doświadczeniu i obrazie świata zapisanym w głowach ludzi.
Dlatego też przez trzy dekady politykom uchodziło na sucho uleganie podszeptom grup interesu związanych z paliwami kopalnymi i odwlekanie w nieskończoność poważnych działań na rzecz ograniczenia emisji oraz traktowanie ekosystemu podtrzymującego nasze życie jako niekończącego się źródła surowców, a zarazem bezdennego śmietnika na coraz większe masy odpadów cywilizacji neoliberalnego konsumpcjonizmu.
Dziś, wobec namacalności skutków zmian klimatu i szóstego wielkiego wymierania gatunków, czas wyparcia się kończy, bo jako ludzkość stanęliśmy oko w oko z nachodzącą katastrofą. Do tego wiemy już, że na ocalenie świata dla przyszłych pokoleń i dla innych gatunków żywych stworzeń mamy zaledwie dwanaście lat – tyle czasu daje nam bowiem raport IPCC na radykalne ograniczenie emisji gazów cieplarnianych we wszystkich scenariuszach prowadzących do zahamowania globalnego ocieplenia na relatywnie bezpiecznym poziomie 1,5 st. C.
Wystarczy rzut oka na dowolny wykres emisji gazów cieplarnianych na przestrzeni ostatnich dekad, by zrozumieć, że ograniczenia emisji zgodnie z zaleceniami ICCC, czyli o prawie połowę ich wartości z 2010 r. do roku 2030, nie da się osiągnąć dostosowaniem czy wzmocnieniem obecnych polityk. Będzie to wymagało gwałtownego odwrócenia dotychczasowego trendu, całkowitej zmiany podejścia do paliw kopalnych i wyeliminowania ich z gospodarki w trybie, który w kontekście normalnego tempa działań politycznych należałoby określić jako niemal natychmiastowy.
To jednak nie wystarczy – musimy również radykalnie zmienić model konsumpcji, przede wszystkich dietę, sposób podróżowania i kupowania. Produkcja pasz, którymi karmi się zjadane później przez ludzi zwierzęta, wymaga wycinania i zamieniania w pola uprawne coraz większych połaci lasów, podczas gdy do zatrzymania ocieplenia na poziomie 1,5 stopnia konieczne jest odwrócenie tego procesu i ponownego zalesienie jak największych terenów, by zwiększyć pochłanianie CO2 z atmosfery przez rośliny. Musimy zatem radykalnie ograniczyć spożycie mięsa. A ponieważ na transport przypada kilkanaście procent całkowitych emisji CO2, musimy również mniej podróżować samolotami i samochodami spalinowymi oraz kupować mniej towarów przywożonych z innych części świata. Poza emisjami generowanymi przez transport, wytwarzanie tych towarów jest bowiem źródłem emisji przemysłowych w krajach takich jak Chiny, za które w ostatecznym rozrachunku odpowiada jednak popyt generowany przez nas.
Całkowita zmiana wszystkiego
O konieczności radykalnej zmiany dobitnie wypowiedziała się Greta Thunberg, piętnastoletnia Szwedka, która od kilkunastu tygodni prowadzi strajk szkolny i protestuje przed parlamentem w Sztokholmie. W październiku podczas proklimatycznej demonstracji w Helsinkach Thunberg powiedziała, stojąc przez dziesięciotysięcznym tłumem: – Nie ocalimy świata, postępując zgodnie z regułami, bo to reguły muszą się zmienić. Polityka, jakiej potrzebujemy, by uniknąć katastrofy klimatycznej, dziś nie istnieje. Musimy zmienić system.
Thunberg wspiera Extinction Rebellion, pojawiła się na jednej z pierwszych akcji Rebelii – blokadzie Parliament Square w Londynie 31 października. Gdy zapytano ją tam, jak się czuje, łamiąc prawo, odpowiedziała: – Nie czuję nic specjalnego. Po prostu trzeba to robić.
Widząc, jak bardzo dotychczasowa polityka jest nieadekwatna do skali problemu, trudno nie zgodzić się z Gretą i z rebeliantami co do konieczności większego radykalizmu. Extinction Rebellion w swoim manifeście pisze wprost, że dotychczasowe działania „mainstreamowych” organizacji klimatycznych, które z marnym skutkiem próbowały grzecznie doprosić się o w sumie niewielkie korekty polityki, były dalece niewystarczające. W myśl manifestu, jedynie globalny, masowy ruch obywatelskiego nieposłuszeństwa będzie w stanie wymusić zmiany, których wprowadzenie jest niezbędne dla naszego przetrwania.
Słychać w tym echo słów Naomi Klein. W 2014 r. Klein wydała książkę „To zmienia wszystko. Kapitalizm kontra klimat”, w której argumentowała, że wobec bezwładu polityki tkwiącej w kapitalistycznej logice nieustannego wzrostu bez względu na koszty, ratunkiem dla klimatu może być globalny sojusz ruchów społecznych, działający podobnie jak swego czasu ruch na rzecz zniesienia niewolnictwa.
Extinction Rebellion również przywołuje abolicjonizm, a także ruchy na rzecz rozbrojenia nuklearnego i praw wyborczych kobiet, jako historyczne precedensy, do których się odnosi. Jednak Rupert Read, profesor filozofii na Uniwersytecie Wschodniej Anglii i zarazem członek ruchu, zwraca uwagę, że w przypadku Rebelii zarówno stawka, jak i skala wyzwań, są inne. W ruchach emancypacyjnych chodziło o nadanie dyskryminowanym grupom tych samych praw, którymi cieszyły się już grupy uprzywilejowane, dołączenie przez nie do funkcjonującego już modelu społecznego, podczas gdy osiągnięcie celów Rebelii będzie wymagało radykalnej przemiany całego społeczeństwa i wypracowania oraz wprowadzenia w życie zupełnie nowego modelu życia, pracy i konsumpcji – dla wszystkich. Z drugiej strony, o ile stawką w przypadku ruchu na rzecz rozbrojenia nuklearnego była potencjalna zagłada ludzkości, Rebelia mierzy się z perspektywą kataklizmu, który nadejdzie na pewno, a właściwie już się zaczął, czego dowody widzimy w obrazach tragicznego pożaru w Kalifornii, wyschniętego Renu w Niemczech, zdewastowanego przez huragan Portoryko czy zabójczych fal upałów w Pakistanie.
W tym sensie Rebelia jest ruchem bez precedensu, przymusowym wyjściem na nieznane wody. Mając tego świadomość, jej inicjatorzy przeanalizowali jednak dokładnie wszystkie wcześniejsze przypadki walki i ruchów społecznych i wyciągnęli z nich lekcje. Jak się okazuje, obywatelskie nieposłuszeństwo nie musi angażować wielkich mas ludzi, by osiągnąć swój cel. Wystarczy kilka procent zaangażowanych, o ile ich sprawa jest bezsprzecznie moralnie słuszna i jako taka ma ciche poparcie większości. Dlatego fundamentalną zasadą Rebelii jest odrzucenie przemocy, a także obowiązek odnoszenia się z szacunkiem zarówno do przeciwników, jak i do wszystkich osób działających w ruchu, z poszanowaniem ich różnorodności. Ponieważ osoby dokonujące aktów obywatelskiego nieposłuszeństwa ponoszą tego emocjonalne i osobiste koszty, chociażby w postaci aresztowań, ważne jest otoczenie ich wsparciem i zadbanie o ich psychiczne i emocjonalne potrzeby – co również jest jedną z zasad wewnątrz ruchu.
Na zewnątrz taktyką Rebelii są akty obywatelskiego nieposłuszeństwa. Jej członkowie świadomie łamią obowiązujące reguły i dobrowolnie ponoszą tego konsekwencje. Po blokadzie londyńskich mostów zatrzymanych zostało ponad 80 osób, którym policja zarzuca wykroczenia drogowe, a prokuratura wszczęła przeciwko nim śledztwa. Wcześniej członkowie ruchu byli aresztowani podczas blokady Parliament Square i podczas akcji w budynku BEIS, czyli Departamentu Biznesu, Energetyki i Strategii Przemysłowej, w którym przyklejali się do ścian, by policja nie mogła ich usunąć.
(Warto jednak pamiętać, że trafianie za kratki nie jest jednak obowiązkowym elementem protestu. Policja nie jest w stanie otoczyć i zaaresztować zgromadzenia złożonego z kilku tysięcy osób. Przed przystąpieniem do zatrzymań obowiązkiem służb jest najpierw wydanie kilku ostrzeżeń i wezwań do rozejścia się. Areszt i zarzuty czekają tych, którzy świadomie się tym poleceniom nie podporządkują. Rolą pozostałych jest demonstrowanie masowego społecznego poparcia dla postulatów ruchu i solidarności z aresztowanymi.)
Smutek jest buntem
Radykalny ruch na rzecz klimatu stoi także przed niemałym wyzwaniem natury komunikacyjnej. Wprawdzie odwołuje się do naukowych faktów i ma po swojej stronie bardzo wielu przedstawicieli środowisk akademickich (Extinction Rebellion poparło w liście do dziennika The Guardian stu wykładowców brytyjskich uczelni), jednak język przekazu nauki o klimacie składa się dziś z katastroficznych słów dawniej zarezerwowanych dla pokątnych rewelacji o nadchodzącym końcu świata według „kalendarza Majów” czy sekt głoszących rychłe nadejście apokalipsy. Akademicy popierający Rebelię piszą w swoim liście: „Stanowisko nauki jest jasne, fakty są niepodważalne i nie widzimy powodu, by nasze dzieci i wnuki musiały żyć z przerażającymi konsekwencjami bezprecedensowej katastrofy, sprowadzonej na nich przez nas samych”.Trudno powiedzieć, na ile społeczeństwo jest gotowe odbierać ostrzeżenia o bliskim nadejściu przerażającej katastrofy na tej samej częstotliwości, na której do tej pory odbierało wyważone, wolne od emocji i spokojne komunikaty nauki, oraz potraktować je równie serio; na ile w ogóle ludzie są w stanie stanąć oko w oko z prawdą o stanie ekosystemu Ziemi. Z drugiej strony, obiektywnym, suchym językiem, jakim pisane są np. raporty IPCC, trudno zmobilizować do adekwatnego działania ludzi, a zwłaszcza uwikłanych w sieci zależności polityków.
Gail Bradbrook, jedna z założycielek ruchu, mówi w rozmowie z dziennikiem The Guardian, że naukową stroną zmian klimatu zajmowała się przez lata, ale przełom przyszedł wtedy, gdy w warstwie emocjonalnej uzmysłowiła sobie, co tracimy. – Pojawiło się uczucie żałoby, straty. Potrafiłam się rozpłakać, oddaliłam się od dawnych przyjaciół. […] Kiedy doświadcza się szoku na myśl o tym, co nas czeka, to jeśli człowiek jest w stanie przyjąć ten smutek i przejść przez niego, wtedy pojawia się ogromna energia i wola zrobienia wszystkiego, co konieczne. Dlatego właśnie prosimy ludzi, by zechcieli zobaczyć prawdę o naszej sytuacji i doświadczyć smutku.
Smutek to jedno z tych uczuć, które współczesny lifestyle wypycha na margines jako niemodne, niepotrzebne i niepożądane. Jeśli jednak przez doświadczenie smutku i straty wiedzie droga do zrozumienia prawdy o naszej sytuacji i poradzenia sobie z nią, do zastąpienia poczucia bezradności energią i wizją działania, być może jego rehabilitacja jest pierwszym krokiem w stronę zmiany, której potrzebujemy. Reagowanie na masowe wymieranie gatunków, anihilację całych kultur, pewną perspektywę głodu, konfliktów i politycznej destabilizacji, rosnącą liczbę ofiar ekstremalnych zjawisk pogodowych i nieubłaganie rosnący słupek rtęci inaczej niż smutkiem, a potem buntem, byłoby sprzeczne z ludzką naturą. Dlatego bunt przeciw wymieraniu, pod postacią Extinction Rebellion i innych radykalnych ruchów klimatycznych, zapewne będzie się rozszerzał.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
9 listopada Trzeci Komitet (sprawy społeczne, kulturalne i pomoc humanitarna) Zgromadzenia Ogólnego ONZ zatwierdził Deklarację praw chłopów i chłopek oraz innych ludzi mieszkających na wsi (Rezolucja nr A/C.3/73/L.30).
Za jej przyjęciem zagłosowało 119 krajów, 7 było przeciwko a 49 wstrzymało się od głosu. Jest to wielki krok naprzód w kampanii La Via Campesiny, największej światowej organizacji chłopskiej, która jest wspierana przez wiele organizacji na całym świecie, w tym FIAN i CETIM.
Celem Deklaracji ONZ jest lepsza ochrona praw wszystkich mieszkańców wsi, w tym chłopów, rybaków, nomadów, robotników rolnych i ludności rdzennej oraz poprawa warunków ich życia, a także wzmocnienie suwerenności żywnościowej, walka ze zmianami klimatu i ochrona bioróżnorodności. Uchwalenie tej Deklaracji stanowi także istotne wsparcie dla wysiłków międzynarodowej społeczności na rzecz promocji chłopskiego rolnictwa rodzinnego.
Boliwia, która przewodniczy procesowi ratyfikacji tego dokumentu, podkreśliła jego znaczenie dla urzeczywistnienia odporniejszych, bardziej zrównoważonych i inkluzywnych społeczeństw:
„Jesteśmy przekonani, że jest to ważny krok w kierunku polityk publicznych, które nie tylko uznają prawa i potrzeby chłopów, lecz również ich wkład w dobrostan i jakość życia społeczności, które odżywiają poprzez swoją codzienną pracę. Jesteśmy pewni, że ten instrument prawny w znacznym stopniu przyczyni się do ochrony praw człowieka, jak również zlikwidowania głodu i ubóstwa, zgodnie z Agendą na rzecz zrównoważonego rozwoju 2030 i Dekadą Rolnictwa Rodzinnego, i nie wykluczając nikogo”.
Od przyjęcia Deklaracji przez Radę Praw Człowieka ONZ w Genewie pod koniec października La Via Campesina i jej sojusznicy skupiali się na zapewnieniu jej zatwierdzenia przez Zgromadzenie Ogólne. Delegaci La Via Campesiny obecni w nowym Jorku od rozpoczęcia sesji Trzeciego Komitetu wyrazili swoje zadowolenie z rezultatów głosowania.
„W tym historycznym momencie, gdy kapitał finansowy i korporacje nie zważając na nasze potrzeby wzmagają swoją ofensywę w celu zmonopolizowania rynku żywności i koncentracji ziemi i zasobów naturalnych, przyjęcie Deklaracji Praw Chłopów i Chłopek przez Trzeci Komitet Zgromadzenia Ogólnego ONZ jest strategicznym zwycięstwem nie tylko dla chłopów, ale dla wszystkich ludzi na świecie. Będziemy nadal kroczyć ścieżką wspólnej walki o prawa człowieka i sprawiedliwość społeczną, przekonani, że pełna demokracja możliwa jest jedynie pod warunkiem przeprowadzenia reformy agrarnej, uznania społecznej funkcji ziemi i pełnego przestrzegania praw chłopów” – powiedział Diego Monton z La Via Campesiny (CLOCK).
Zatwierdzenie Deklaracji przez Komitet wywołało pewne kontrowersje, ale przeważyło konsekwentne poparcie krajów afrykańskich, azjatyckich i południowoamerykańskich. Negatywne reakcje pochodziły z Europy i innych regionów, a delegacja USA odrzuciła tekst w całości. Zdaniem Amerykanów dokument ten rozszerza już istniejące prawa, stawia prawa chłopów ponad prawami innych grup i określa prawa zbiorowe, co już od dawna wywoływało sprzeciw rządu tego państwa. Kraje europejskie były podzielone w swoich reakcjach.
„Wczorajsze głosowanie nie było symboliczne, lecz był to konieczny następny krok po decyzji podjętej we wrześniu przez Radę Praw Człowieka. W czasie sesji Trzeciego Komitetu, w której uczestniczyły delegacje ze wszystkich krajów należących do ONZ, kraje z Europy Wschodniej i Zachodniej zaprezentowały bardzo różne stanowiska. Ogromnie dziękujemy tym, którzy nas poparli. Wasze głosy na tak oznaczają, ze rzeczywiście cenicie prawa człowieka, dając nadzieję chłopom i chłopkom na całym kontynencie. Wszystkim tym , którzy nie zdali tego historycznego egzaminu, przypominamy – powinniście wiedzieć, że chłopi i drobni rodzinni rolnicy w waszych krajach nie mogą być pozostawieni sami sobie” – powiedziała Ramona Duminicioiu z European Coordination Via Campesina.
„Po zatwierdzeniu Deklaracji przez Zgromadzenie Ogólne w grudniu, rozpoczniemy nowy rozdział walki o prawa chłopów – domagamy się, aby wszystkie kraje należące do ONZ zobowiązały się do wcielenie jej zapisów w życie. Jesteśmy zdecydowani działać na rzecz lepszego społeczeństwa, walczyć ze zmianami klimatu, zakończyć głód na świecie i dostarczać różnorodne i pożywne pożywienie dla każdego. Na szczęście ten nowy międzynarodowy instrument uznając nasze prawa, umożliwi nam robienie właśnie tego” – dodała.
„Deklaracja uznaje ważną rolę chłopów w rozwiązywaniu różnych kryzysów, którym musimy stawić dziś czoła – żywnościowego, ekologicznego, społecznego i gospodarczego. Chłopi mają kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa żywnościowego i suwerenności żywnościowej oraz urzeczywistnienia prawa do żywności, szczególnie w krajach rozwijających się, gdzie dostarczają 80% lokalnie spożywanej żywności. Ta deklaracja wspomoże również nasze ludzkie dążenia do eliminacji ubóstwa, głodu i osiągnięcia celów zrównoważonego rozwoju. W Azji uważamy, że jeśli nasze prawa zostaną rozpoznane i należycie chronione, ludzie będą w stanie rozwinąć tereny wiejskie przeciwdziałając w ten sposób migracji ze wsi do miasta, która jest źródłem problemów nie do rozwiązania.” – dodał.
„Trwająca w Afryce i w innych regionach walka o zasoby stanowi ekstremalne zagrożenie dla chłopów. Na negatywne konsekwencje obecnego ataku na chłopskie systemy nasienne narażeni są nie tylko ludzie, którzy produkują żywność. W istocie dotyka on każdego. Od 17 lat wytrwale prowadzimy kampanię na rzecz stworzenia międzynarodowego instrumentu prawnego, który może ochronić nasze systemy żywnościowe przed demontażem w interesie kilku korporacji. Jest to moment dumy dla milionów chłopów na całym świecie, którzy nigdy nie poddali się w obliczu trudności” – powiedziała generalna koordynatorka La Via Campesiny, Elizabeth Mpofu.
„Siła chłopskiego ruchu jest odczuwana na najwyższym szczeblu światowej władzy: z tego powodu musimy docenić ciężką pracę i pasję tak wielu chłopów na całym świecie. Międzynarodowa solidarność chłopska jest świadectwem tego, jak ściśle jesteśmy ze sobą powiązani i jak podobne są nasze problemy, niezależnie od tego, gdzie mieszkamy. Jednak dzisiejszy sukces jest tylko wstępem do długiej drogi ku realizacji praw człowieka i sprawiedliwości dla ludności wiejskiej. Musimy podtrzymać ten impet i przekuć deklarację na działanie na każdym szczeblu naszego społeczeństwa” – powiedziała Jessie MacInnisz La Via Campesina North America.
Po decyzji podjętej 19 listopada przez Trzeci Komitet, Deklaracja ONZ zostanie formalnie ratyfikowana przez Zgromadzenie Ogólne w grudniu 2018 roku.
źródło: European Coordination Via Campesina
Tłumaczenie: Jan Skoczylas
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Kwestie związane z bezpieczeństwem – czy to się nam podoba, czy nie – stają się kluczowymi wyzwaniami, na które odpowiedzi (zarówno w formie ambitnego przywództwa, jak i konkretnych rozwiązań) domagają się od polityków obywatelki i obywatele Europy.
Bezpośrednie i pośrednie zagrożenia, związane ze zmianami klimatu – pomimo bycia najbardziej groźnym wyzwaniem tego wieku i pomimo szeregu ostrzeżeń ze strony ekspertów z różnych dziedzin, od rolnictwa i zdrowia publicznego aż po obronność – pozostają na uboczu debaty publicznej.
Osoby mieszkające w każdym zakątku Unii Europejskiej doświadczają rosnącej niestabilności świata. Swoje piętno odciskają na nich ataki terrorystyczne w Paryżu, Brukseli i Berlinie, wojna w Ukrainie, upadek Aleppo, a ostatnimi czasy decyzje, podejmowane przez administrację Donalda Trumpa.
Wraz z serią istotnych dla kontynentu wyborów oraz wzrostem społecznych emocji wokół kwestii bezpieczeństwa i migracji coraz bardziej palące staje się przedyskutowanie europejskiego spojrzenia na bezpieczeństwo klimatyczne.
To ważne, jeśli UE na serio traktuje konieczność wdrożenia postulatów z paryskiego szczytu klimatycznego, opracowanych po ciężkich bojach w trakcie konferencji COP 21.
Zieloni mogą w tym miejscu zaznaczyć swój ślad, pokazując kompetencje w zakresie wskazywania na najważniejsze wyzwania oraz zdolność do przyjęcia całościowego, pragmatycznego podejścia do ochrony tak planety, jak i obywatelek i obywateli Europy.
Nowa era – nowa odpowiedzialność
Najnowsze zmiany sytuacji geopolitycznej – wybór sceptyka klimatycznego na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych czy wzrost znaczenia aktorów, takich jak Chiny czy Indie, na arenie międzynarodowej, w połączeniu z niepokojącym wzrostem średnich, globalnych temperatur, wymusza na Europie realizację swojej części odpowiedzialności za walkę ze zmianami klimatu, ochronę stabilności i demokracji.
Rok 2018 ma być rokiem ambitnego podejścia do walki ze zmianami klimatu. Na szczycie COP21 w Paryżu państwa zobowiązały się do powrotu do stołu negocjacyjnego z bardziej ambitnymi planami zmniejszania poziomów swoich emisji – obecne zobowiązania wciąż bowiem pozostają niedostateczne, jeśli chodzi o ograniczenie wzrostu globalnej temperatury do bezpiecznych poziomów.
Wszystkie te kwestie łączą się ze zbliżającymi się wyborami do Parlamentu Europejskiego oraz rosnącymi obawami obywatelek, obywateli i rządów dotyczącymi polityk migracyjnych. Coraz ważniejsze staje się to, by Europa wpływała na narrację toczących się dyskusji na temat polityki bezpieczeństwa, poszerzając je o kolejne elementy.
Zmiany klimatu zagrażają naszemu bezpieczeństwu
Od czasu pierwszej, poświęconej temu zagadnieniu debaty w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ w roku 2007 zmiany klimatu traktowane są jako czynnik ryzyka, zwiększający niestabilność oraz skalę zagrożenia ludzi i dobytku.
Fakt, iż administracja prezydenta Obamy bardzo intensywnie zajmowała się tym problemem wydatnie pomógł w pogłębianiu dyskusji. Wiele osób po dziś dzień pamięta odezwę ówczesnego sekretarza stanu USA, Johna Kerry’ego, którą w roku 2015 wygłosił do Europejek i Europejczyków na konferencji poświęconej lodowcom, w trakcie której wskazał na bezpośrednie powiązania między zmianami klimatu, bezpieczeństwem żywnościowym oraz konfliktami zbrojnymi.
„Możecie myśleć, że napędzane przez ekstremizm migracje są dziś zagrożeniem dla Europy. Zobaczycie, co się stanie, kiedy będziemy mieć do czynienia z brakiem wody czy żywności oraz plemionami, walczącymi ze sobą o przeżycie”.
Wciąż brakuje nam odpowiedniej definicji bezpieczeństwa klimatycznego, która może stać się bodźcem do konkretnych działań oraz tworzenia adekwatnych rozwiązań problemów.
Słowa te stanowią czytelną odezwę do UE, by odpowiedziała ona na zmiany klimatu tak, by nie tylko ograniczać ich negatywne skutki, ale by przyczyniać się do poprawy jakości życia swoich obywatelek i obywateli oraz do poprawy globalnego bezpieczeństwa. Wymaga to zarówno wizji, jak i opracowania odpowiednich rozwiązań.
Z drugiej strony jest jednak jasne, że choć zmiany klimatu mogą przyczyniać się do niestabilności, napięć, a nawet konfliktów zbrojnych, to nigdy nie są one jedynym czynnikiem konfliktogennym. Działania, które stawiają sobie za cel zmniejszanie negatywnych skutków zmian klimatu, zmniejszające prędkość ich zachodzenia czy intensywność nie staną się same z siebie działaniami z zakresu polityki bezpieczeństwa.
Kwestia ta jest znacznie bardziej skomplikowana – wymaga zatem bardziej precyzyjnych definicji oraz konkretnych propozycji.
Unijny stan gry
UE zaangażowała się w refleksję na temat klimatycznej polityki bezpieczeństwa i jej znaczenia. W roku 2008 Javier Solana oraz Komisja Europejska zaprezentowali szereg rekomendacji na temat zmian klimatu oraz bezpieczeństwa międzynarodowego. W roku 2012 konkluzjom Rady, poświęconym zmianom klimatu oraz bezpieczeństwu międzynarodowemu, towarzyszył specjalny raport, przygotowany przez EEAS (Europejską Służbę Działań Zewnętrznych) oraz Komisję Europejską.
W tym samym roku Parlament Europejski przyjął raport, opracowany przez członka frakcji Zielonych/Wolnego Sojuszu Europejskiego, Indreka Taranda, poświęcony znaczeniu wspólnej, europejskiej polityki bezpieczeństwa i obrony w obliczu związanych ze zmianami klimatu kryzysów i klęsk żywiołowych.
PE, wraz z parlamentami 28 państw członkowskich, odwołał się do progresywnego języka „wpływu zmian klimatu na kwestie bezpieczeństwa” w trakcie poświęconej tym zagadnieniom konferencji w roku 2015.
W roku 2016 Globalna Strategia Unii Europejskiej wskazała na zmiany klimatu jako na wyzwanie o wadze porównywalnej z terroryzmem i zagrożeniami typu hybrydowego, uznając je za „czynnik prowadzący do wzrostu skali problemów, takich jak niedobór wody i żywności, pandemie czy przesiedlenia”.
Znalazła się w niej obietnica „zwiększenia finansowania działań klimatycznych, wprowadzenia kwestii związanych ze zmianami klimatu do głównego nurtu debaty w instytucjach międzynarodowych, podniesienia ambicji dotyczących zobowiązań podjętych w paryskim porozumieniu klimatycznym oraz prac nad obniżeniem kosztów czystej energii”.
Takie same obietnice, wkrótce po szczycie COP21, przyjęte zostały przez Radę Unii Europejskiej. Przyjęte przez nią podsumowanie, dotyczące europejskiej dyplomacji klimatycznej po szczycie w Paryżu, promowało ideę „szacowania ryzyk klimatycznych oraz wsparcia budowania możliwości działania”.
Choć kwestia ta zaczęła budzić rosnące zainteresowanie instytucji unijnych to wciąż brakuje nam odpowiedniej definicji bezpieczeństwa klimatycznego, która może stać się bodźcem do konkretnych działań oraz tworzenia adekwatnych rozwiązań problemów. Europa zgadza się co do tego, że problem istnieje – nie poczyniła jednak dostatecznie dużo w kierunku jego rozwiązania.
Projektowanie klimatycznej polityki bezpieczeństwa
W celu osiągnięcia stanu bezpieczeństwa klimatycznego musi ono być rozumiane w kontekście geografii. Raport UN Environment (agendy ONZ, zajmującej się kwestiami środowiskowymi) z roku 2011 – „Livelihood security: Climate change, conflict and migration in the Sahel” – może stanowić inspirację dla tak tworzonej polityki. Odnotowano w nim fakt, że obecne konflikty wewnątrzpaństwowe, lokalne czy międzynarodowe powodowane są również przez zmiany klimatu.
Tak też bywa w rejonie Sahelu (terenie między Saharą a Sudanem), gdzie rosnące temperatury wiążą się z niedoborem wody. Szereg społeczności lokalnych, zależnych od rolnictwa, rybołówstwa czy pasterstwa, żyje dziś pod rosnącą presją, która prowadzi do aktów przemocy i konfliktów zbrojnych.
Terroryzm, migracje oraz napięcia społeczno-ekonomiczne spowodowane są m.in. negatywnymi skutkami zmian klimatu.
Takie podejście do bezpieczeństwa klimatycznego oznacza w skrócie tyle, że decyzja co do działania powinna być podjęta na bazie warunków, panujących na konkretnym, dotkniętym zmianami klimatu terenie. Tego typu polityka skupia się wpierw na tym, w jaki sposób kwestie klimatyczne łączą się na nim z innymi czynnikami, wpływającymi na jego politykę i bezpieczeństwo.
Kiedy już na jej bazie podejmie się decyzję o działaniu, wówczas UE może realizować je za pomocą zróżnicowanych narzędzi. Unia będzie musiała włączyć kwestie klimatyczne do wszystkich realizowanych przez siebie polityk – począwszy od tradycyjnie pojmowanych kwestii bezpieczeństwa aż po politykę rozwojową, energetyczną, handlową czy rolną.
Filary zielonych propozycji unijnej polityki bezpieczeństwa klimatycznego
Tego typu geograficzna/geopolityczna polityka bezpieczeństwa klimatycznego, która powinna być realizowana przez UE, zrealizowana zostanie tylko wtedy, gdy pojawi się zestaw narzędzi politycznych i instytucjonalnych. Zieloni dokonali już refleksji na temat postulatów, które UE wcielić musi w życie, jeśli stworzyć chce ambitną, europejską politykę bezpieczeństwa klimatycznego.
Jednym z nich jest jej ukształtowanie na podobieństwo unijnej polityki praw człowieka. Oznaczać by to miało, że walka ze zmianami klimatu byłaby uwzględniona we wszystkich istotnych obszarach, programach i funduszach polityki zagranicznej UE (takich jak polityka sąsiedztwa, humanitarna, handlowa, ale też rzecz jasna bezpieczeństwa – chociażby na misjach stabilizacyjnych).
Kluczowym aspektem byłoby stworzenie specjalnego pełnomocnika UE do spraw bezpieczeństwa klimatycznego, który zajmowałby się koordynacją działań w tym zakresie. W prace nad zagadnieniem – w związku z zazębianiem się kwestii bezpieczeństwa klimatycznego, energetycznego oraz zbrojnego – powinna być włączona tak Rada, jak i EEAS.
Przedstawicielstwa państw członkowskich w krajach o największym stopniu zagrożenia powinny uzyskać niezbędne im wsparcie – tak, by miały one lepsze rozeznanie w sytuacji. Eksperci do spraw klimatu powinni uczestniczyć w działaniach wszystkich adekwatnych do tego tematu części EEAS.
Zieloni postulowali, by określona część funduszy europejskich, skierowanych na działania na arenie międzynarodowej, zarezerwowana była na ograniczanie negatywnych skutków zmian klimatu w krajach destabilizowanych z ich powodu.
Oparty na rzetelnej wiedzy dotyczącej stref szczególnie zagrożonych konfliktami, niestabilnością oraz negatywnymi skutkami zmian klimatu w najbliższych 10 latach projekt wparcia byłby szczególnie użyteczny chociażby dla małych państw wyspiarskich, których istnienie zagrożone jest przez wzrastające poziomy oceanów. Utrata miejsca życia przez ich mieszkanki i mieszkańców jest realnym problemem, wymagającym refleksji i zapobiegania na długo przed tym, kiedy zacznie on być palący.
Innym elementem tego podejścia byłoby zmniejszanie (za pomocą np. dezinwestycji) uzależnienia Europy od importu paliw kopalnych, w szczególności zaś tych pochodzących z autokratycznych krajów realizujących agresywną politykę zagraniczną, zagrażającą pokojowi i stabilności w regionie, a nawet na świecie. Zakończenie importu ropy i gazu przez UE ograniczyłoby możliwości finansowania przez takie kraje agresywnych działań, zmniejszających bezpieczeństwo nas wszystkich.
Pomimo wysiłków Zielonych w zakresie podnoszenia kwestii bezpieczeństwa klimatycznego na szczeblu unijnym nie doprowadziły one do przyjęcia przekonujących definicji oraz wdrażania stosownych działań. Być może poszerzyła się świadomość decydentów, ale nie towarzyszyło temu podjęcie konkretnych działań w tej kwestii. Zakres i definicja unijnej polityki bezpieczeństwa klimatycznego pozostaje do opracowania.
Europa musi poczynić krok naprzód – zgodzić się na politykę uwzględniającą uwarunkowania geograficzne i zacząć wdrażać stosowne działania bez zbędnego ociągania się. Choć Zieloni podtrzymują swój pozytywny stosunek do migracji to argumentują również, że UE i jej państwa członkowskie muszą odnieść się do źródeł problemu wymuszonych przemieszczeń ludzi.
Jednym z nich jest pogarszanie się warunków życia, wynikłe z negatywnych skutków zmian klimatu, a w niektórych wypadkach również z ich skutków w zakresie polityki i bezpieczeństwa. Jeśli Unia będzie w stanie użyć szeroki wachlarz swej polityki bezpieczeństwa do zmniejszenia napięć, związanych ze zmianami klimatu, wówczas możliwa będzie poprawa bezpieczeństwa w naszym sąsiedztwie, a przenoszenie się negatywnych tendencji na teren Unii będzie mniej prawdopodobne.
Świat jest przestrzenią wzajemnych powiązań – poprawa bezpieczeństwa np. w Afryce Północnej siłą rzeczy oznaczać będzie poprawę sytuacji w UE.
Droga naprzód
Nie mamy wiele nadziei na to, że media czy sprawujące dziś władzę rządy mogą być wiarygodnymi partnerami w kwestii poszerzania świadomości znaczenia zmian klimatu i ich negatywnego wpływu na globalne bezpieczeństwa – a tym samym na jakość życia obywatelek i obywateli Europy.
Właśnie z tego powodu Zieloni muszą zaangażować się w debatę publiczną i zacząć przypominać władzom (w tym instytucjom unijnym) o tym, o czym od dawna mówili już naukowcy oraz eksperci w zakresie obronności.
Zmiany klimatu oznaczają więcej wyzwań oraz większą niestabilność polityczną. Unia i osoby ją zamieszkujące wcześniej czy później zetkną się z tym faktem i będą zmuszone do podjęcia stosownych działań.
Wspomniany wymiar walki ze zmianami klimatu nie powinien być lekceważony – szczególnie w czasie rosnącej frustracji i gniewu części obywatelek i obywateli UE, sprzeciwiających się migracjom i skłonnym popierać radykalne ruchy polityczne, oferujące populistyczne rozwiązania mające na celu jej ucięcie.
W interesie Europy jest poszerzenie zakresu toczonej obecnie debaty o bezpieczeństwie i podjęcie kluczowych działań, pozwalających jej na praktyczną realizację podjętych przez siebie zobowiązań do zachowania pokoju, promowania stabilności, praw człowieka oraz ochrony klimatu.
Artykuł „It’s the Security, Stupid! How Greens Could Shape EU’s Climate Security Policy” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek
Zdj. Huragan Felix, rok 2007, NASA w domenie publicznej
Partia Zieloni – po raz pierwszy w historii – zarejestrowała swoje listy do sejmików we wszystkich województwach.
Ogólnopolski start wpłynął na poprawę widzialności, poza pojedynczym wyjątkiem na szczeblu powiatowym nie przyniósł jednak mandatów. Jakie kroki planują przed kolejnymi wyborami? Bartłomiej Kozek rozmawia z współprzewodniczącą partii, Małgorzatą Tracz.
Bartłomiej Kozek: Jak oceniasz wyniki wyborów samorządowych z zielonej perspektywy? Jakie były cele partii i czy udało się je osiągnąć?
Małgorzata Tracz: Jesteśmy zadowoleni z wyników wyborów do sejmików wojewódzkich. Naszym celem było wystawienie po raz pierwszy list w całym kraju i uzyskanie pierwszego procentu poparcia. Byliśmy jednym z 10 komitetów, które startowały w każdym województwie, obecnym w mediach oraz w sondażach. Nasz ogólnopolski wynik to 1,15% – efekt pracy ponad 400 osób startujących z naszym poparciem!
Na poziomie radnych powiatowych i miejskich udało nam się utrzymać mandat radnego powiatowego w Szprotawie. Nie udało się to niestety w dużych miastach, gdzie startowaliśmy zarówno w ramach lokalnych koalicji (Warszawa, Gdańsk, Łódź), jak i samodzielnie (Wrocław). Polaryzacja na linii PiS/antyPiS w dużych miastach okazała się niestety większa niż zakładaliśmy.
W wielu miejscach w wyborach do sejmików otrzymaliśmy bardzo dobre wyniki wyborcze, np. 22% w Ośnie Lubuskim czy 10% w Żarach. Wyłoniliśmy liderów i liderki na przyszłe wybory do parlamentu europejskiego i krajowego w 2019 roku. Zyskaliśmy doświadczenie w prowadzeniu ogólnopolskiej kampanii. Zwiększyliśmy liczbę członków i członkiń Partii – wciąż jednak czeka nas praca nad rozwojem struktur, szczególnie w mniejszych miejscowościach.
Zyskaliśmy polityczną istotność, dzięki której w planowanym starcie koalicyjnym do PE i Sejmu w 2019 roku będziemy mieć mocną pozycję.
Tegoroczne wybory miały zwiększyć nasze znaczenie i pomóc nam zdobyć doświadczenie w prowadzeniu kampanii. W przyszłym roku celem nie jest już zwiększenie rozpoznawalności, a mandaty europosłów i posłów. Jeśli rozmowy koalicyjne nie przyniosą skutku, jesteśmy jednak gotowi startować samodzielnie.
Dlaczego we Wrocławiu, w którym startowałaś, Zieloni wystawili samodzielne listy? Pytanie to zadają nie tylko osoby, chcące jednej listy zjednoczonej opozycji do PiS, ale również zwolenniczki i zwolennicy porozumienia sił lewicowych. Nie było szans na taką listę? A jeśli tak, to dlaczego?
Podczas ustalania strategii wyborczej na 3 kampanie – wybory lokalne w 2018 oraz europejskie i parlamentarne w 2019 – ustaliliśmy, że kluczowy dla nas jest rozwój Zielonych oraz zwiększenie ogólnopolskiej rozpoznawalności. Nie wykluczaliśmy zawarcia szerszej koalicji partii progresywnych, jako trzeciego bloku pomiędzy konserwatywno-narodowym PiS a liberalno-konserwatywną koalicją PO i N. Musiałaby to jednak być koalicja na równych warunkach, oparta na zaufaniu i konkretnych postulatach programowych.
Podejmowaliśmy próby zawiązania takiej koalicji w wyborach do sejmików z Partią Razem, ale nie było niestety woli współpracy. We Wrocławiu prowadziliśmy rozmowy z Razem oraz ruchami miejskim przez ponad 1,5 roku. Później dyskutowaliśmy również z ruchami prodemokratycznymi. Niestety, z każdej strony zabrakło wiary we wspólny projekt. Podjęliśmy decyzję, że lepiej poprowadzić osobne kampanie i później współpracować w Radzie Miejskiej niż bez większego zaanagażowania prowadzić wspólną kampanię.
Uważaliśmy – i wciąż uważamy – że podejście „wszyscy przeciwko PiS” pozbawia szerokie grono wyborców możliwości głosowania z nadzieją, a nie ze strachem i nienawiścią.
Tworzenie jednej wielkiej koalicji przeciwko PiS tylko scementuje na kolejne lata podział Polski na 2 bloki polityczne. Podział, który sprawił, że część osób straciła wiarę w zmianę w polskiej polityce i z niesmakiem obserwuje coraz brutalniejszą walkę dwóch obozów, opartą nie na wizji dla Polski, lecz na nienawiści do przeciwnika.
Samodzielny start był moim zdaniem dobrą decyzją. Wybory do sejmików dały nam wiatr w żagle, sprawiły, że do Zielonych dołączyło wiele wspaniałych osób, które będą liderami struktur w regionach. To potencjał na dużo lepsze rezultaty w kolejnych wyborach. W wielu okręgach wyborczych uzyskaliśmy wyniki lepsze niż partie polityczne o większych zasobach finansowych i rozpoznawalności medialnej.
Nasz wynik do Rady Miejskiej Wrocławia (2,6%) nie jest zadowalający, ale nie uważam, że byłby dużo lepszy przy starcie koalicyjnym. Koalicyjne czy obywatelskie komitety, w ramach których współdziałaliśmy w innych miastach, np. W Warszawie, Łodzi czy Gdańsku, również niestety nie uzyskały mandatów, a widoczność Zielonych nie była w nich duża.
Te wybory pokazały, jaki jest dzisiejszy potencjał progresywnych ugrupowań w Polsce i jakim poparciem się cieszą. Pokazały, że często żyjemy w bańce, że zjednoczenie 2-3 ugrupowań zapewni sukces wyborczy. Wiemy teraz, na jakich fundamentach budować przyszłe koalicje i że muszą być one szerokie, by zapewniły progresywną reprezentację w PE i Sejmie.
Po lewej i progresywnej stronie polskiej sceny politycznej widzimy dziś dwie nowe strategie. Pierwszą symbolizuje Barbara Nowacka, która przyłączyła się do liberalnego bloku Platformy Obywatelskiej i .Nowoczesnej. Drugą – Partia Razem czy Robert Biedroń, chcący tworzyć nową formację, skupiającą osoby o postępowych przekonaniach. Jak podchodzisz do tych strategii i do osób je realizujących?
Bardzo cenię działalność polityczną i charyzmę tak Barbary Nowackiej, jak i Roberta Biedronia. W obecnej sytuacji w Polsce trudno przewidzieć, która strategia zapewni odpowiednią reprezentację progresywnych posłów i posłanek w PE i Sejmie.
Według mnie największe szanse ma koncepcja opartej na współpracy i zaufaniu koalicji sił progresywnych jako trzeciej dużej siły politycznej w opozycji do PiS i Koalicji Obywatelskiej. Platforma Obywatelska nie pierwszy raz próbuje otworzyć się na lewicowych polityków, jak do tej pory jednak nie dawała im po wyborach szansy na realizację ich postulatów.
Potrzebna jest koalicja sił progresywnych i lewicowych: SLD, ruchu Roberta Biedronia, Zielonych i innych prodemokratycznych ugrupowań, które chcą stworzyć alternatywę dla duopolu PiS i PO.
Większość ugrupowań wyraziła już chęć stworzenia takiej alternatywy. Liczę, że dołączy do niej także Robert Biedroń. Obawiam się, że powstanie osobnych list koalicji progresywnej oraz Roberta Biedronia spowoduje, że wielu wyborców będzie się bało zmarnowanego głosu na komitet, który może nie przekroczyć progu wyborczego, i z zaciśniętym nosem zagłosuje na większe ugrupowania.
Jako Zieloni dołożymy starań, by taka szeroka koalicja, będąca alternatywną dla dwóch obozów politycznych od lat wymieniających się władzą w Polsce, nie balansowała na granicy progu wyborczego, ale osiągnęła ponad 15% głosów i zdobyła szeroką reprezentację w różnych frakcjach w PE, a także w Sejmie.
Zejdźmy na poziom lokalny. Chciałaś piastować urząd prezydenta Wrocławia. Kiedy czytałem o Twoich priorytetach zauważyłem skupianie się na poprawie drobnych spraw, takich jak stan miejskiej zieleni czy transportu publicznego. Jaka jest jednak Twoja szersza wizja rozwoju polskich miast i czym różni się ona od innych partii czy ruchów lokalnych?
Program Zielonych we Wrocławiu oparty był na potrzebach wskazanych przez mieszkańców w Diagnozie Społecznej z 2017 roku. Jasno wskazywała, że potrzebnych jest więcej inwestycji oraz środków na utrzymanie istniejącej infrastruktury drogowej i chodnikowej, większa dbałość o dobre życie na osiedlach dzięki lepszemu skomunikowaniu z innymi częściami miasta, czystość i porządek na podwórkach, dostępność usług publicznych takich jak żłobki i przedszkola.
Ważnym punktem naszego programu było podjęcie realnej walki ze smogiem (plan na pokonanie smogu w 5 lat), nowe standardy zarządzania zielenią, lepsza gospodarka odpadami oraz przystosowanie miasta do skutków zmian klimatu.
Zależy nam, by Wrocław był miastem europejskim nie tylko z powodu wielkich imprez i obiektów sportowo-kulturalnych, ale przede wszystkim dzięki wysokiej jakości życia, którą cieszą się wszyscy mieszkańcy. By był miastem, które wykorzystuje potencjał lokalnych przedsiębiorców, także tych w dziedzinach wyoskich technologii, i wspólnie z nimi oraz uczelniami zmierzał w stronę rozproszonej energetyki opartej o źródła odnawialne.
Chodzi nam o miasto, które ma długofalową wizję rozwoju, opartą o zaspokojenie potrzeby bezpieczeństwa i odpowiednich standardów życia.
Miasto z dobrym klimatem pod względem ekologicznym (czyste powietrze, zieleń miejska, transport publiczny), społecznym (dobra polityka mieszkaniowa, dostępność i dobra jakość miejsc w żłobkach i przedszkolach) oraz inwestycyjnym, w oparciu o wsparcie lokalnych firm i przedsiębiorstw oraz rozwój energii ze źródeł odnawialnych.
Tych postulatów nie podnieśliśmy po raz pierwszy w kampanii wyborczej. Działamy na ich rzecz każdego dnia, uczestnicząc w działaniach Dolnośląskiego Alarmu Smogowego, wspólnie z mieszkańcami broniąc unikatowego charakteru Parku Grabiszyńskiego, walcząc o przeznaczanie większej ilości budynków na cele społeczne, a nie sprzedaż deweloperom.
Jeszcze kilka lat temu tylko Zieloni mówili o konieczności walki ze smogiem, lepszym zarządzaniu zielenią czy planowaniu przestrzennym. W tym roku mówił o tym prawie każdy komitet. Jako jedyni mówiliśmy o konieczności dostosowania miasta do walki ze zmianami klimatu oraz wprowadzeniu gospodarki o obiegu zamkniętym. Jestem przekonana, że nawet będąc poza Radą Miasta będziemy mieć wpływ i wywierać nacisk na realizowanie naszych postulatów programowych.
Czy uważasz, że polskie miasta pod wodzą progresywnych sił politycznych mogą się stawać laboratoriami postępowych rozwiązań, stojących w kontrze do polityki konserwatywnego rządu Prawa i Sprawiedliwości? Jeśli tak, to w jakich dziedzinach scenariusz ten jest możliwy?
W momencie, gdy rząd centralny zawodzi w obszarze zapewnienia godnego i bezpiecznego życia swoim obywatelom, rolę tę muszą przejąć samorządy.
Widzimy to w Polsce, gdzie rząd zabronił sprzedawania „tabletki dzień po” bez recepty i zakończył program finansowania zabiegów in vitro. W wielu polskich miastach i regionach, np. w Łodzi, Poznaniu, Częstochowie czy w woj. lubuskim samorządy wprowadziły programy in vitro, a także instytucję 24-godzinnych gabinetów ginekologicznych, gdzie pacjentki mogą dostać receptę na „tabletkę dzień po”.
Z kolei w USA w odpowiedzi na wycofanie się Donalda Trumpa z porozumienia paryskiego, miasta i stany podjęły walkę o zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych i inwestycje w rozwój energii odnawialnej. Mam nadzieję, że również polskie miasta i regiony podejmą działania w tym zakresie. Są na to środki z funduszy unijnych, którymi zarządzają sejmiki wojewódzkie, są też obowiązkowe dla miast plany adaptacji do zmian klimatu, które powinny zacząć być wcielane w życie.
O ile ekologia jest wyraźnie widocznym elementem politycznego przekazu polskich Zielonych, o tyle mniej widoczne zdają się obecnie kwestie społeczne. Czy macie pomysły na wiązanie tych dwóch kwestii w atrakcyjny dla elektoratu sposób – a jeśli tak to czy przedstawialiście je w trakcie kampanii?
Odkąd zostałam przewodniczącą Zielonych w 2015 roku postawiłam mocno na korzenie zielonego ruchu, czyli ochronę przyrody i klimatu. Nie oznacza to jednak, że zrezygnowaliśmy z innych fundamentalnych dla nas kwestii.
Motto, które przyświeca naszym działaniom od kilku lat brzmi: „Jesteśmy wszędzie tam, gdzie trzeba”.
W burzliwych latach po objęciu przez PiS władzy byliśmy na setkach demonstracji w obronie demokracji. Działaliśmy w komitecie Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej „Ratujmy Kobiety”, której celem była liberalizacja ustawy antyaborcyjnej. Byliśmy na czarnych protestach, wspieraliśmy protesty pracownicze, studenckie, od lat uczestniczymy w Marszach Równości. Mamy ambitny program transformacji energetycznej dla Polski oraz rozwoju gospodarczego, który powinien być oparty na godności człowieka, solidarności, praworządności, odpowiedzialności ekologicznej oraz demokracji.
Uważam, że stoimy jako ludzkość, tak na poziomie narodowym, jak i europejskim oraz globalnym, przed dwoma wielkimi wyzwaniami. Są to narastające nierówności społeczne oraz zmiany klimatu. Program i działania Partii Zieloni odpowiadają na obie kwestie.
Naszym sukcesem jest pokazanie w ostatnich latach, że transformacja energetyczna w stronę energii ze źródeł odnawialnych, walka ze smogiem oraz ochrona przyrody to nie tylko działania tylko ekologiczne, ale również społeczne, ponieważ ich celem jest ochrona ludzkiego zdrowia i życia oraz pozostawienie Ziemi lepszym miejscem do życia dla przyszłych pokoleń. Na pewno będą to również fundamenty programowe przyszłych koalicji wyborczych z udziałem Zielonych.
Wybory samorządowe – jak już wspomniałaś – będą pierwszymi z serii odbywających się w ciągu najbliższych dwóch lat głosowań. Czego się po was spodziewać w najbliższych miesiącach?
Jesteśmy w stanie samodzielnie startować w wyborach do PE i Sejmu, wystawić naszego kandydata bądź kandydatkę na prezydenta Polski. Mamy jednak świadomość, że polaryzacja na polskiej scenie politycznej jest zbyt duża i by móc realnie wpływać na proces tworzenia prawa potrzebne jest stworzenie szerokiej koalicji opartej o progresywne, demokratyczne i ekologiczne wartości.
Nie wystarczy jedynie przekroczenie progu wyborczego i posiadanie pojedynczych mandatów.
Konieczna jest szeroka i długofalowa współpraca sił progresywnych i wrażliwych społecznie, dzięki której w wspólne postulaty uzyskają realne szanse na realizacje.
Powtórzę – chcemy być jednym z fundamentów zielono-lewicowej koalicji, która przełamie panujący od lat duopol PO i PiS. Chcemy dać ludziom wybór i nadzieję, sprawić, by nie bali się, że następne wybory wygra PiS, którym starszy PO lub że wygra PO, którym straszy PiS. Chcemy, by mogli głosować na koalicję, która ma długofalową wizję rozwoju Polski i jej mocnej roli w Europie, a nie partie establiszmentu, których wizja programowa ogranicza się do jednej kadencji, a przekaz polityczny sprowadza się do polaryzowania społeczeństwa.
Wywiad powstał w ramach współpracy z Zielonym Magazynem Europejskim
Zdj. Elżbieta Hołoweńko
W bezprecedensowej, największej od kilku dekad pokojowej akcji nieposłuszeństwa obywatelskiego tysiące aktywistów klimatycznych zablokowało w sobotę 17 listopada pięć głównych mostów centralnego Londynu. W blokadzie zorganizowanej przez nową organizację Extiction Rebellion (Rebelia przeciwko Wymieraniu), wzięło udział ok. 6 tysięcy osób, protestujących przeciwko bierności brytyjskiego rządu i przywódców światowych w obliczu zagrożeń związanych ze zmianami klimatu i utratą bioróżnorodności. Policja aresztowała 85 osób.
Jedna z organizatorek protestu, Tiana Jacout powiedziała BBC: „Nie było nam łatwo podjąć decyzję o zablokowaniu mostów”, ale „jeśli sytuacja będzie się rozwijać tak jak do tej pory, czeka nas wymieranie większe od tego, które zabiło dinozaury miliony lat temu”.
„Próbowaliśmy pokojowych marszów, lobbingu i podpisywania petycji” – dodała. „Nic nie zdołało doprowadzić do koniecznej zmiany”.
Apel protestujących do wybranych w wyborach przywódców brytyjskich zawiera trzy postulaty:
- Rząd musi powiedzieć prawdę o kryzysie klimatycznym i szerszym ekologicznym i odwrócić niespójne z nim strategie, a także współpracować z mediami w celu komunikacji z obywatelami;
- Rząd musi wprowadzić w życie prawnie wiążące środki polityczne, które umożliwią obniżenie emisji związków węgla do poziomu zero netto do 2025 roku oraz ograniczą poziom konsumpcji; oraz
- Należy powołać narodowe Zgromadzenie Obywatelskie, którego zadaniem będzie nadzorowanie tych zmian, jako część odpowiedniego do tego celu procesu demokratycznego.
W deklaracji wyjaśniającej cele organizowanych przez grupę działań, Extinction Rebellion wyraża swoje przekonanie, że obecny czas jest „najczarniejszą godziną”, ale mamy jeszcze czas i szansę, aby zmienić kierunek, jeśli ludzie zdecydują się na natychmiastowe działanie na skalę adekwatną do zagrożeń.
„Ludzkość uwikłała się w bezprecedensowe w jej historii wydarzenie. Wydarzenie, które, jeśli bezzwłocznie nie podejmiemy zdecydowanych działań, błyskawicznie doprowadzi nas do zniszczenia wszystkiego co nam drogie: tego narodu, ludzi, naszych ekosystemów i przyszłości następnych pokoleń” – czytamy w dokumencie. „Nauka nie pozostawia złudzeń: jesteśmy w trakcie szóstego wielkiego wymierania i czeka nas katastrofa jeśli nie zadziałamy szybko i stanowczo”.
„Nie zgadzamy się na pozostawienie przyszłym pokoleniom umierającej planety na skutek bierności teraz. Działamy w sposób pokojowy, z żarliwą miłością do tej ziemi w naszych sercach. Działamy w imieniu życia”.
Dziennikarz, pisarz i aktywista George Mombiot, który brał udział w akcji bezpośredniej, powiedział: „Dzieje się coś, na co czekałem od bardzo długiego czasu. Ludzie masowo narażają się na utratę wolności w obronie żyjącego świata. Tylko wtedy, kiedy jesteśmy gotowi podejmować takie działania, ludzie zaczynają uświadamiać sobie powagę naszego kryzysu egzystencjalnego”.
Jedna z osób przemawiających na moście Waterloo Bridge, powiedziała: „Zróbmy wszystko, co w naszej mocy…nie jest łatwo znaleźć dobrą planetę”.
Opracował Jan Skoczylas na podstawie: the Guardian, Common Dreams
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Choć ciężko to sobie wyobrazić, to w roku 2016 w Europie wciąż jeszcze żyją ludzie, zmuszeni zimą do wyboru między posiłkiem a ogrzaniem mieszkania.
To rzeczywistość jednej z najbardziej rozwiniętych globalnych gospodarek – Unii Europejskiej.
Kraje, doświadczające tego problemu najmocniej, to nie te z bardziej surowym klimatem na północy kontynentu, lecz te, w których znajdziemy stare, nieefektywne budynki, sprywatyzowany rynek wynajmu, niski poziom ochrony socjalnej i usług publicznych, a przede wszystkim niski poziom dochodów gospodarstwa domowego w stosunku do cen energii.
Jedynie spójne, całościowe podejście, w którym regulacje rynkowe i wsparcie ze strony polityki społecznej działają na rzecz osiągnięcia tego samego celu, daje szansę na rozwikłanie tego problemu.
Czym jest ubóstwo energetyczne?
To szczególny rodzaj deprywacji materialnej, w której gospodarstwo domowe nie jest w stanie zużywać odpowiedniej do zachowania godnego poziomu życia ilości energii po cenie, którą jest ono w stanie zapłacić. Termin ten odnosił się do ogrzewania jako do największej części kosztów zużycia energii, ale jego dzisiejsze definicje uwzględniają również chłodzenie, oświetlenie, ogrzewanie wody, gotowanie, mrożenie, a nawet koszty transportu.
Ubóstwo energetyczne ma okropne konsekwencje – zarówno dla jednostek, jak i całego społeczeństwa. Głównym, bezpośrednim skutkiem zdrowotnym niedogrzanych domów jest nie tylko hipotermia, ale również wynikłe z upadków obrażenia, choroby układu oddechowego, grypa czy zawał serca – zjawiska, które mogą uderzyć jeszcze długo po zmianie warunków życia. Badania na temat psychologicznych skutków zimnych domów wskazują z kolei na zwiększone ryzyko depresji i stanów lękowych.
Skutki tego stanu rzeczy odczuwa społeczeństwo, jako że ubóstwo energetyczne przyczynia się do dziedziczenia biedy gdy dzieci wracają do domu uczyć się w niedogrzanych, kiepsko oświetlonych pokojach. Osoby starsze, dzieci, gospodarstwa z rodzicami samotnie wychowującymi swe dzieci, osobami z niepełnosprawnościami lub żyjącymi samotnie – oto główne grupy, które są podatne na ten problem. Osoby go doświadczające często wstydzą się prosić o pomoc, co może świadczyć o tym, że skala tego zjawiska może być większa niż podawane dziś szacunki.
Istnieją unijne wskaźniki, dające wyobrażenie o skali ubóstwa energetycznego oraz jego porównania między poszczególnymi krajami, nie są jednak rzecz jasna w stanie zejść do poziomu wskazania indywidualnych gospodarstw domowych potrzebujących pomocy.
Ankieta UE dotycząca dochodów i warunków życia (EU SILC) wykazała, że w roku 2013 10,7% mieszkanek i mieszkańców UE (54 miliony osób) nie było w stanie w dostateczny sposób ogrzać swoje domy. Mniej więcej taka sama ilość ludzi miała zaległości w płaceniu rachunków, a jeszcze więcej – 15,6% – żyło w mieszkaniach z przeciekającym dachem, zawilgoconymi ścianami czy w inny sposób nieadekwatnymi do ich podstawowych potrzeb.
Wskaźniki te nie zmieniły się od tego czasu znacząco. Co gorsza, nie uległy poprawie właściwie od roku 2010 – i to pomimo faktu, że Unia zobowiązała się do zmniejszania ilości ludzi, zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym, a więc grupy w dużej mierze pokrywającej się z osobami, doświadczającymi ubóstwa energetycznego.
Istnieje szereg powodów, dla których powinniśmy mierzyć się z ubóstwem energetycznym, a nie tylko z ubóstwem jako takim.
Po pierwsze, działania skierowane na zapobieganie biedzie bardzo często opierają się na świadczeniach pieniężnych, co w wypadku ubóstwa energetycznego jest raczej krótkofalowym rozwiązaniem – nawet mimo tego, iż niskie dochody stanowią jego istotny czynnik. Gospodarstwa domowe doświadczają go często dlatego, że ich dom czy mieszkanie są słabo ocieplone, a urządzenia na prąd czy gaz – stare i nieefektywne. Rozwiązanie tego typu problemów może mieć długofalowy charakter, wymaga jednak większych inwestycji.
Drugim, praktycznym powodem do wyróżniania ubóstwa energetycznego jest fakt, iż dostępne na potrzeby efektywności energetycznej finansowanie ze środków UE nie zawsze nakierowane jest na najbardziej potrzebujące wsparcia gospodarstwa domowe. Powinny one stać się ich priorytetowymi odbiorcami aż do momentu, gdy wskaźnik ubóstwa energetycznego spadnie do zera.
Musimy być w stanie sprawnie zidentyfikować takie gospodarstwa domowe, biorąc pod uwagę poziomy ich dochodów oraz wydatków na energię, a także efektywność energetyczną budynku. Istnieje szereg badań naukowych, dotyczących wad i zalet zróżnicowanych podejść do tego tematu – brak wiedzy nie powinien zatem stanowić dla samorządów, państw członkowskich czy Unii Europejskiej wymówki dla opracowania adekwatnej definicji, opartej na już dostępnych lub koniecznych do zebrania danych.
Jak najlepiej walczyć z ubóstwem energetycznym?
Dostępna jest szeroka gama narzędzi – kluczowym elementem jest tu jednak zintegrowane podejście, uwzględniające zarówno aspekty polityki energetycznej, jak i społecznej. Jeśli ministerstwo zajmujące się kwestiami socjalnymi chce chronić narażone na problem gospodarstwa domowe za pomocą porad i świadczeń, a ministerstwu odpowiedzialnemu za energetykę nie przeszkadzają dostawcy prądu, odcinający go osobom zalegającym z rachunkami i zapominający o ich ponownym przyłączeniu w zimie, wówczas ogólny efekt podejmowanych działań nie będzie imponujący.
Taryfy socjalne
Niektórzy Zieloni mogą uznać, że zmniejszenie ceny energii tworzy negatywny bodziec do jej nadmiernej konsumpcji zamiast do stawiania na efektywność energetyczną. Dedykowane taryfy socjalne oznaczają jednak, że ceny mogą mieć charakter progresywny, a gospodarstwa domowe o niskich dochodach nie będą karane za to, że są ubogie.
Zwolennicy wolnego rynku atakują tego typu postulaty – są one jednak bardzo efektywnym narzędziem do uniknięcia wpadania w spiralę zadłużenia oraz możliwości zbilansowania domowego budżetu aż do czasu, gdy zwiększą się dochody i tym samym siła nabywcza.
Ochrona wrażliwych grup konsumentów
Większość państw członkowskich (za wyjątkiem Bułgarii i Czech) realizuje jakąś formę ochrony przed spowodowanym niepłaceniem rachunków odłączeniem od sieci energetycznej w okresie zimowym – w praktyce jednak okazuje się ona często nieefektywna. Gospodarstwa domowe odcina się czasem za brak wniesionych opłat w miesiącach letnich. W efekcie, mimo istniejących zabezpieczeń, pozostają one bez dostępu do usług ciepłowniczych.
Istnieją jednak pewne możliwości przejścia przez zadłużone gospodarstwa do innego dostawcy, oferującego im bardziej korzystne taryfy, nawet w wypadku posiadania przez nie zadłużenia (Dania, Francja, Luksemburg, Wielka Brytania).
Efektywność energetyczna
Poprawa efektywności energetycznej stanowi najlepsze, długofalowe rozwiązanie problemu ubóstwa energetycznego. Potrzebne jest jednak więcej lepiej nakierowanych środków. Musimy pamiętać, że znaczna część wrażliwych konsumentów żyje w budownictwie socjalnym, w którym wyzwaniem staje się kwestia komunikacji między wynajmującym a najemcą.
Holandia oraz państwa skandynawskie okazują się liderami wśród państw członkowskich w zakresie poprawy efektywności energetycznej w budownictwie społecznym. Niektóre inne kraje UE z kolei niemal w ogóle nie mają tego sektora, w efekcie czego wsparcie powinno być nakierowane na obsługę prywatnego rynku najmu.
Musimy jednak zauważyć, że budownictwo komunalne stanowi najprawdopodobniej najlepszy, najbardziej efektywny sposób na wsparcie rodzin o niskich dochodach – jego rozwijanie powinno być zatem priorytetem dla każdego państwa członkowskiego.
Doradztwo oraz dzielenie się informacjami
Zapewnienie konsumentom dostępu do adekwatnych informacji jest kluczową kwestią. Regulatorzy oraz organizacje pozarządowe mają tu do odegrania istotną rolę. Narażone na ubóstwo energetyczne gospodarstwa domowe często nie dysponują dostateczną wiedzą, umożliwiającą im negocjowanie z dostawcami energii.
Tam, gdzie dostępne jest wsparcie i doradztwo, tam osoby ubogie radzą sobie lepiej ze swoimi długami. NGOsy w niektórych krajach walczą o bardziej inteligentne liczniki, więcej czytelnych informacji na rachunkach za energię oraz bezpośrednie informowanie konsumentów o tym, że na rynku dostępne są opcje z bardziej korzystnymi cenami.
Dobre praktyki z różnych stron UE
Inicjatywy tego typu działają najlepiej, gdy angażują lokalne społeczności oraz organizacje społeczne.
Trwający pięć lat projekt REELIH, realizowany przez Habitat for Humanity International przy wsparciu finansowym USAID polega na testowaniu oraz wdrażaniu wieloźródłowego finansowania inicjatyw renowacyjnych dla gospodarstw domowych o niskich dochodach w Armenii oraz Bośni i Hercegowinie.
Projekt ACHIEVE, finansowany przez Komisję Europejską, działa w pięciu krajach. Ma za zadanie opracowanie programów doradczych dla wrażliwych grup konsumentów, a także dostarczanie im efektywnych pod względem zużycia energii czy wody urządzeń, umożliwiających im oszczędzanie na rachunkach. Porady stanowią kluczowe narzędzie wsparcia dla osób będących beneficjentami programu.
Inną udaną inicjatywą, realizowaną przez sektor pozarządowy, jest obóz rekonstrukcyjny budownictwa socjalnego na Węgrzech, pomagający najemcom zaniedbanych lokali komunalnych, borykających się często z zadłużeniem. Projekt ten pomaga im poprzez kontakt z ekspertami i współpracę z wolontariuszami przygotować własną renowację.
Stan gry
Słowa komisarza do spraw unii energetycznej, Maroša Šefčoviča, są bardzo zachęcające. „Musimy je (ubóstwo energetyczne) mierzyć i współpracować w kwestii walki z tym problemem. Nie jest to coś, co jeszcze rok temu było czymś oczywistym”. Brak planów Komisji co do stworzenia ogólnounijnej definicji, kodyfikującej co najmniej najważniejsze elementy opisów zjawiska, stosowanych w poszczególnych państwach członkowskich, jest jednak czymś rozczarowującym.
Z drugiej strony warto wspomnieć, iż KE opublikowała ogłoszenie dotyczące oferty stworzenia obserwatorium ubóstwa energetycznego, które monitorować ma sytuację w Europie oraz świadczyć wsparcie techniczne. Miejmy nadzieję, że już wkrótce poznamy rezultaty tego przetargu.
Komisja aktywnie działa w zakresie tworzenia publikacji na ten temat, takich jak opracowanie dotyczące możliwości finansowania inwestycji w efektywność energetyczną w gospodarstwach o niskich dochodach. Insight-E, doradzający KE think-tank, opublikował materiał na temat oceny zabezpieczeń przed odłączeniem energii, taryf socjalnych oraz świadczeń pieniężnych.
Poza pracą teoretyczną Komisja powinna również zaproponować czytelny mandat, dotyczący uznania zmagających się z ubóstwem energetycznym gospodarstw domowych za priorytet przy finansowaniu działań z zakresu poprawy efektywności energetycznej, na przykład w ramach opublikowanego w listopadzie 2016 roku pakietu „Czysta energia dla wszystkich”.
Ubóstwo energetyczne oraz wrażliwi konsumenci nie są niestety głównym punktem odniesienia tej inicjatywy, co może oznaczać przegapienie rzadkiej okazji do zmierzenia się z najbardziej paląca kwestią w ramach Unii Europejskiej – rosnącymi nierównościami.
Jak zauważa publikacja „Handbook on Energy Poverty”[1] „mechanizmy te mogą uwzględniać dyrektywę o efektywności energetycznej, wprowadzającą wymóg przeznaczania określonej części środków na ten cel na walkę z ubóstwem energetycznym poprzez renowacje, podejmowane w gospodarstwach domowych o niskich dochodach. (…) Fundusze te powinny być również kierowane do państw członkowskich w Europie Środkowej, Wschodniej oraz Południowej, gdzie problem ten jest najszerzej rozpowszechniony”.
Przypisy:
[1] Publikacja „Energy Poverty Handbook” powstała w biurze europosła frakcji Zielonych/Wolnego Sojuszu Europejskiego, Tamasa Meszericsa. Wybrane do niej artykuły prezentują wielowymiarowe spojrzenie na problem ubóstwa energetycznego, rekomendowane działania polityczne oraz oddolne inicjatywy z różnych stron Europy. Przewodnik ten ma za zadanie dostarczyć pełen zestaw wiedzy, potrzebnej aktywistom i politykom do walki o lepsze regulacje, jak również odniesienia do najbardziej aktualnej wiedzy akademickiej, mającej wesprzeć doradców i ekspertki w opracowywaniu dalszych pomysłów i narzędzi walki z ubóstwem energetycznym.
Artykuł „Why Is Energy Poverty Still an Issue?” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek
Zdj. Fragment okładki publikacji „Energy Poverty Handbook”
Zaczęliśmy oczekiwać coraz więcej od miast, w których przyszło nam żyć.
Mieszka już w nich ponad połowa ludności świata. Doprowadziło to do szeroko podzielanego przekonania, że większość wyzwań, z którymi musimy się mierzyć – od zmian klimatu, poprzez bezpieczeństwo i wzrost gospodarczy, aż po spójność społeczną – może być uznana za wyzwania miejskie, z którymi powinno się mierzyć przede wszystkim (choć nie wyłącznie) na szczeblu lokalnym.
Czy jednak nie grozi nam przypisywanie mu zbyt wielkiej roli w leczeniu bolączek współczesnego świata?
Miastocentryzm
Centralna rola, przypisywana dziś obszarom miejskim w kontekście myślenia o społeczeństwach i ich przyszłości nie jest zjawiskiem nowym. Większa część utopijnego (i dystopijnego) myślenia powiązana była z miejskim imaginarium – sugerując, że sposób myślenia o mieście może odzwierciedlać różnego rodzaju wizje społeczne.
W dzisiejszych dyskusjach na temat miast daje się jednak zauważyć poczucie pewnej nagłości. W świecie, który staje się być coraz mniej stabilny, a coraz bardziej podatny na rozpad, to od miast oczekuje się zbawienia świata poprzez ich zmianę w bardziej zrównoważone, sprawiedliwe, odporne na wstrząsy przestrzenie kultury, przedsiębiorczości, inteligentnego rozwoju, kreatywności oraz twórczej konkurencji, opisywane za pomocą nieskończonej ilości pozytywnych przymiotników i łatek. Czy tak właśnie wyglądają utopie nowej, miejskiej epoki?
Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta – szczególnie, gdy decydujemy się na odejście od powszechnie podzielanej wiedzy. Idee, takie jak „miasto” czy „globalna polityka miejska” są znacznie bardziej kontrowersyjne, niż wydaje się nam na pierwszy rzut oka.
Nie chodzi tu tylko o akademickie dyskusje na temat ich definicji, ale o zróżnicowane znaczenia, jakie przybierają one w różnych kontekstach geograficznych, historycznych oraz kulturalnych. To, co „wiejskie” nie jest już (jeśli kiedykolwiek było) traktowane jako coś wyróżniającego się na tle obszarów miejskich. Zachodzące na ich terenie działania gospodarcze, wzorce konsumpcji czy style życia daje się dziś zauważyć w każdej wiosce czy górskim zaciszu. W miastach z kolei widzieć możemy sporo „wiejskich” elementów, czego przykładem może być miejskie ogrodnictwo czy rolnictwo.
Nie ma dziś miejsc, które nie zostały przekształcone przez kapitalizm – niezależnie od tego, czy mówimy o głębiach oceanów, czy o wysokich partiach ozonosfery[1].
Zdaniem szeregu badaczy tego zjawiska mamy do czynienia z „planetarną urbanistyką” – trudno myśleć o przestrzeniach, które pozostają w pełni „nie-miejskie”. Obszary zurbanizowane zdecydowanie kojarzą się nam dziś z przestrzeniami globalizacji, życia społecznego oraz konfrontacji z wyzwaniami przyszłości.
Zbawienie w miastach, część I: Katastrofa ekologiczna
Myśl ekologiczna patrzyła się w przeszłości na miasta często jako na coś wielce niezrównoważonego – przestrzenie, w których skupiają się zanieczyszczenia, odpady, konsumpcja energii oraz zasobów. Ślad ekologiczny miast wykracza daleko poza ich granice, skłaniając niegdyś do określania miast jako pasożytów na środowisku. Dane statystyczne wskazują na to, że choć mieszka w nich już ponad połowa ludzkości, to ich udział w globalnych problemach ekologicznych jest znacznie większy.
Jest jednak jasne, że miliardy zamieszkujących dziś planetę ludzi nie zmienią się w eko-obywateli, preferujących wiejskie życie w samowystarczalnych, otoczonych lasami, ogrodami i dzikimi zwierzętami willach. Dużo bardziej rozsądnie jest myśleć o miastach jako o kluczu dla naszej trwałej, zrównoważonej przyszłości, co wiedzie nas w stronę kompaktowych, efektywnych miast.
Nie mówimy tu rzecz jasna o obszarach miejskich, jakimi znamy je dziś – największym wyzwaniem staje się ich zmiana i pchnięcie w nowym kierunku. W toczących się debatach te „nowe” miasta są określanie jako „zielone” czy „zrównoważone”. Używa się również określenia „odporne (na wstrząsy)” – resillient, terminu zapożyczonego z inżynierii oraz ekologii, oznaczającego zdolność danego elementu, na przykład materiału lub ekosystemu, do wstrzymywania dodatkowych napięć bez znaczących zmian w jego strukturze (takich jak deformacja czy rozpad).
W wypadku miast ich odporność oznacza zdolność do poradzenia sobie ze skutkami trzęsień ziemi, powodzi, wojen czy kryzysu gospodarczego. Jest ona rzecz jasna czymś bardzo ważnym, czasem jednak toczone debaty zdają się tworzyć wrażenie, że klęski ekologiczne (i wszelkie inne) są czymś nieuniknionym, a miasta muszą sobie po prostu z nimi radzić. Język „klęsk żywiołowych” podąża tym samym tropem.
Musimy jednak odnotować, że choć część nieszczęść istotnie może mieć naturalny charakter, to ich konsekwencje mają zawsze wymiar społeczny i polityczny, czego przykładem fakt, iż trzęsienia ziemi czy powodzie najbardziej dotykają osoby najuboższe oraz już i tak najbardziej zagrożonych członków społeczności, żyjących na obszarach największego wykluczenia.
Biorąc pod lupę politykę Unii Europejskiej centralny charakter polityki miejskiej wydaje się być czymś jasno widocznym w szeregu przygotowanych w ostatnich latach na potrzeby miast inicjatyw, inwestycji oraz projektów badawczych.
Jaka jednak wizja miasta towarzyszy ich powstawaniu i wdrażaniu? Czy pomagają one nam w radykalnym przewartościowaniu naszego sposobu myślenia o obszarach miejskich – takim, które mierzy się z zakorzenionymi przekonaniami oraz wzorcami konsumpcji, mobilności czy życia społecznego? A może zamiast tego czekamy na jakąś nową, cudowną technologię, która pozwoli nam czerpać energię z niczego, oczyści nam powietrze i wodę oraz pozwoli podróżować samochodem, żyć (albo mieć nadzieję na życie) w olbrzymich, klimatyzowanych mieszkaniach oraz pogrążać się w szale zakupów bez poczucia winy z powodu naszego wpływu na środowisko?
To zależy. W żadnym wypadku nie chcę zaprzeczać, że technologia stanowi wehikuł zmian oraz poprawy jakości naszego życia na tej planecie. Jednocześnie jednak warto pamiętać, że ryzyko związane z pokładaniem wiary w tego typu techno-utopijne rozwiązania czai się tuż za rogiem.
Niemało projektów „inteligentnych miast” zdaje się nam sugerować, że uratowanie planety jest kwestią przygotowania odpowiedniej aplikacji mobilnej, właściwego silnika elektrycznego, sieci przesyłowej czy żarówki.
Sprowadzają one wszystko do kwestii technicznej – tymczasem technologia ma wyraźnie polityczny charakter, jako że wymaga od nas podejmowania wyborów (dotyczących np. technologii, które powinny być rozwijane), wpływa na społeczeństwo oraz istniejące w nim struktury władzy (determinujące, kto ma kontrolę nad technologią) oraz generuje zwycięzców i przegranych, chociażby poprzez likwidację określonego typu miejsc pracy.
Obecne w głównym nurcie wizje smart city, widoczne w materiałach promocyjnych korporacji technologicznych oraz orędujących na ich rzecz decydentów prezentują tymczasem apolityczną wizję technologii, pozostawiającą niewiele miejsca na progresywne myślenie na jej temat – nie mówiąc już o realnych alternatywach, pozwalających wyobrażać sobie nowe sposoby miejskiego życia. Dogmat inteligentnego miasta domaga się od nas złożenia w ofierze naszej wyobraźni na ołtarzu bożka technologii oraz karmienia się nadzieją, że przyszykuje nam chroniącą nas od złego arkę przymierza.
Zbawienie w miastach, część II: Wzrost gospodarczy
Globalny kryzys ekonomiczny, którego świadkami byliśmy w roku 2008, miał istotny komponent miejski, przejawiający się w bańkach na rynku mieszkaniowym oraz spekulacjach subprime. Nie jest to zresztą niczym nowym – wiele kryzysów tego typu miało swego czasu silny związek z miastami.
Prawdą jest jednak również stwierdzenie odwrotne. Wielu okresom długotrwałego wzrostu gospodarczego towarzyszył również rozwój obszarów miejskich i postępująca urbanizacja. Związki między przepływami kapitału a tworzeniem przestrzeni miejskiej były bardzo ścisłe, co przekonująco udowadniali badacze, tacy jak David Harvey. W ostatnich dekadach mogliśmy obserwować stawianie miast w nowym świetle – jako źródeł rozwiązań dla problemu stagnacji gospodarczej, z którą wciąż boryka się niejedno społeczeństwo.
Miasta wzywa się dziś do „generowania” wzrostu gospodarczego – do bycia „silnikami”, „lokomotywami” i „katalizatorami” obiegu kapitału. Wspominane etykiety często znajdziemy w dokumentach programowych czy przekazach think tanków. Miasta mają za zadanie być konkurencyjne – co wynikać ma z założenia, że w erze globalizacji kapitał w prosty sposób przepływa z miejsca na miejsce i tym samym miasta powinny się wyróżniać w celu przyciągnięcia inwestycji, wielkich wydarzeń, zamożnych turystów czy artystów.
Zakłada się, że „bycie konkurencyjnym” oznacza cnotę. Normalizuje to wizję świata, w której bieda i wykluczenie społeczne są swego rodzaju konsekwencją porażki w dążeniu do konkurencyjności i która to wizja jest rozciągana później również na ludzi. Przykładem może tu być rozpowszechnianie się analiz rankingowych i benchmarkowych, które wyznaczają „najlepsze miasta” do życia, inwestowania w nieruchomości, wycieczek turystycznych czy ruszania z własnym biznesem.
Język miejskiej konkurencyjności, rankingów czy „dobrych praktyk” zakłada liniową, ujednoliconą wizję rozwoju miast oraz związanych z nim polityk. Zdolność do przyciągania środków finansowych traktowana jest często jako cel sam w sobie.
Zapomina się przy tym, że inwestycje mają sens wyłącznie wtedy, gdy umożliwiają poprawę jakości miejskiego życia.
Ilustracją tego stanu rzeczy jest dziś odnowa i rewitalizacja miast. Pomysł „tchnięcia nowego życia” w zaniedbane okolice brzmi obiecująco, ale rewitalizacja nie oznacza tego samego dla różnych grup ludzi i często prowadzić może do spekulacji na rynku nieruchomości, gentryfikacji oraz pozbycia się mieszkańców, którzy wydają się „nieodpowiedni” dla nowego wizerunku okolicy.
Odnowiona przestrzeń cechować się może wyższymi kosztami życia (takimi jak czynsz, ceny usług czy produktów w sklepach) oraz oferowaniem usług, które mogą być ważne i atrakcyjne dla zamożnej klasy średniej, nie zaś dla klasy pracującej, która czuć się będzie „nie na miejscu” i która zostanie przepędzona z okolicy wysokimi cenami. Przykładem takiego procesu mogą być rozliczne bulwary nad rzekami, jeziorami czy morzami, które doświadczyły budowy luksusowych (i przyjaznych dla środowiska) apartamentów, atrakcyjnych kawiarenek i restauracji czy warsztatów i galerii. Zjawisko to można było zaobserwować w najróżniejszych zakątkach Europy – od Barcelony po Kopenhagę i od Berlina do Aten.
W wypadku realizacji polityk na rzecz bardziej zielonych, inteligentnych miast mamy również do czynienia z innymi, przewijającymi się przez nie wyzwaniami społeczno-ekonomicznymi.
Rozwijanie nowej infrastruktury, poprawa jakości tej już istniejącej czy wykorzystywanie nowoczesnych technologii wiąże się z wydatkowaniem dużej ilości pieniędzy. W większości miast inwestycje tego typu finansowane są zarówno z funduszy publicznych, jak i prywatnych. Korporacje mają dziś zupełnie nowe możliwości osiągania zysku z wchodzenia do gry w budowę miast przyszłości. Oznacza to zarówno nowe szanse rozwojowe, jak i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o planowanie i sprawiedliwość społeczną.
Zbawienie w miastach, część III: Wzrost gospodarczy
Przyciąganie inwestycji prywatnych, jak już wspomnieliśmy, stało się swego rodzaju mantrą wśród decydentów. Niczym nieskrępowany kapitał tworzy jednak niesprawiedliwe miasta.
„Inteligentna infrastruktura” jest tu dobrym przykładem – jeśli jej rozwój zostanie pozostawiony prywatnym firmom, szukającym rzecz jasna zwrotu z poniesionych inwestycji, jest wielce prawdopodobne, że będą stawiać na bogatsze dzielnice – chociażby dlatego, że tworzenie infrastruktury oraz świadczenie usług na mniej zamożnych obszarach jest zwyczajnie bardziej ryzykowne oraz mniej dochodowe. Jeśli będzie to proces niekontrolowany, wówczas może on pogłębiać miejskie nierówności.
Ta „wyspowa urbanizacja” kończy się tworzeniem ograniczonej ilości rozwiniętych technologicznie enklaw[2]. Niepożądane elementy miejskiej infrastruktury, takie jak niesławne spalarnie odpadów, buduje się często w biedniejszych okolicach, charakteryzujących się niskimi cenami nieruchomości (które w ten sposób jeszcze bardziej spadają). Silna regulacja jest czymś niezbędnym w zarządzaniu naszymi miastami.
Sprawiedliwość, spójność i integracja społeczna są niezwykle ważnymi kwestiami w społecznościach miejskich.
Koncept „zrównoważonego rozwoju” jest dziś często rozbudowywany w odniesieniu do kwestii sprawiedliwości społecznej, co widać wyraźnie chociażby w kontekście przyjętych przez Organizację Narodów Zjednoczonych Celów Zrównoważonego Rozwoju. Łączą one ze sobą tematy, związane z energetyką odnawialną, zanieczyszczeniem środowiska oraz zmianami klimatu z walką z biedą i głodem.
Miasta stanowią kluczowe przestrzenie do realizacji rzeczonych celów, jednak aktualna definicja priorytetów społecznych czy strategii rozwojowych pozostaje wysoce polityczna i kontrowersyjna.
Przykładem niejednoznacznego podejścia do osiągania celów społecznych na obszarach miejskich może być kwestia rozumienia kultury. Na całym świecie miasta zmieniane są dziś w marki – inwestuje się w promowanie ich kultury i kreatywności. „Kultura” to potężne słowo, które budzi szacunek w najróżniejszych kontekstach i które kojarzone jest z progresywnymi ideami sprawiedliwości oraz inkluzji społecznej. Dla różnych ludzi oznacza ona często coś zupełnie innego – kluczowe staje się zatem pytanie o to, o czyjej kulturze tu mowa?
Bardzo specyficzna jej definicja, stojąca u podstaw większości dzisiejszych strategii jej rozwoju, staje się tożsama z potrzebami i aspiracjami miejskich elit i skupia się na wspieraniu wzrostu gospodarczego poprzez (na przykład) przyciąganie zamożnych konsumentów wydarzeń kulturalnych czy twarzy przemysłów kultury.
Rozwijanie atrakcyjnych muzeów, wykorzystywanie dziedzictwa historycznego w centrach miast do przyciągania turystów, budowanie nowych wieżowców czy centrów kultury, zaprojektowanych przez międzynarodowych „starchitektów” – to wszystko dobre przykłady strategii rozwoju kultury, które mają niewiele wspólnego ze spójnością czy inkluzją społeczną.
Musimy pamiętać, że fizyczna przestrzeń miast i konflikty wokół jej kształtu stanowią kluczowe elementy w zmaganiach o sprawiedliwość. Przykładem mogą tu być protesty w Parku Gezi w Stambule, które zaczęły się w maju roku 2013. Aktywiści sprzeciwiali się z początku planowi zagospodarowanie tego terenu – stało się jednak wkrótce jasne, że protest ten dotyczył również wielu innych kwestii politycznych, takich jak wolność i sprawiedliwość.
Globalny ruch Occupy podnosił z kolei szereg ogólnych pytań i tez z zakresu sprawiedliwości społecznej i ekonomicznej, stał się jednak najbardziej widoczny dzięki zastosowaniu strategii zajmowania przestrzeni publicznych oraz zmianie ich znaczenia i sposobu użytkowania, chociażby poprzez przekształcanie „placu” w „obóz”. Miasto jest zatem strategicznym elementem poszukiwania sprawiedliwości – i to zarówno wśród decydentów, jak i aktywistów.
Poza miejski marketing
Celem zaprezentowanych tu przemyśleń nie jest sianie defetyzmu. Miasta stanowią potężne przestrzenie dla oporu oraz eksperymentowania. Realizowane przez nie polityki mają realną szansę na poprawianie jakości życia, wzmacnianie partycypacji oraz spójności społecznej.
Triumfalne wyszukiwanie magicznych rozwiązań oraz uznawanie obszarów miejskich za „magiczne pigułki”, które uleczą wszelkie problemy społeczne, musi jednak zostać zakwestionowane. Oznacza to rezygnację z pustych sloganów, które przypominają bardziej reklamy fantazji o mieście oraz stojących za nimi ideologii niż sensowne koncepcje.
Musimy również zdać sobie sprawę z polityczności projektów, mających na celu tworzenie „inteligentnych”, „kulturalnych” i „zielonych” miast.
Innowacyjne, progresywne podejścia mogą rzecz jasna powstawać również w cieniu tego typu haseł. Różnego rodzaju eksperymenty, takie jak dobra wspólne i dzielenie się zasobami miasta, jak również alternatywne praktyki ekonomiczne, znacznie lepiej szanujące ludzkie życie i świat przyrody, pozwalają na mobilizowanie energii oporu hegemonicznych narracji indywidualizmu, konsumeryzmu oraz konkurencji.
Wspomniane eksperymenty mają jednak swoje granice – prawdopodobnie nie wystarczą niestety do zbawienia świata.
W mieście, w którym żyję – włoskim Turynie – jestem dziś świadkiem rozwoju dynamicznych, realizowanych na niewielką skalę prób z zakresu miejskiego ogrodnictwa, budownictwa społecznego, co-workingu czy dostarczania żywności osobom ubogim. Większość z nich nie mierzy się z fundamentalną logiką, stojącą u źródeł nierówności, niesprawiedliwości i walk klasowych, tak jak niegdyś robiły to osadzone w tradycji marksistowskiej ruchy protestu.
Znajdujemy się zatem w trudnej pozycji. Autonomiczne inicjatywy tego typu z jednej strony zdają się otwierać przed nami szereg nowych możliwości, pokazując istnienie alternatyw dostępnych dla nas tu i teraz. Z drugiej strony widoczne jest ryzyko ich dokooptowania do logiki kapitalizmu spekulacyjnego – idea dzielenia się mieszkaniem została na przykład wykorzystana przez strony internetowe, takie jak Airbnb, umożliwiając realizowanie przez właścicieli nowych form spekulacji rynkowej.
Podobnie mają się sprawy z Uberem, Foursquare, Facebookiem czy wieloma innymi platformami, tworzącymi innowacyjne formy wyzysku realizowanej w miastach pracy. Istnieje potrzeba upolitycznienia dyskusji dotyczącej przyszłości obszarów miejskiej, związków między miastami a gospodarką, przede wszystkim zaś debaty nad tym, jaką wizję miejskiego życia chcemy realizować w praktyce. Optymistyczne wizje inteligentnych, zielonych, innowacyjnych miast mogą okazać się mniej różowe, niż nam się do tej pory wydawało.
Przypisy:
[1] Kluczowymi badaczami tej kwestii są N. Brenner oraz C. Schmid – zob. np. http://www.urbantheorylab.net/publications/the-urban-age-in-question
[2] Zob. S. Graham i S. Marvin (2001), Splintering Urbanism. Networked Infrastructures, Technological Mobilities and the Urban Condition, Routledge, Londyn.
Artykuł „Urban Hopes: Will Cities Save the World?” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek
Zdj. Przemyśl, woj. podkarpackie. Archiwum redakcji
W ramach porozumienia paryskiego zwrócono się do Międzynarodowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (ang. Intergovernmental Panel on Climate Change, IPCC) o przygotowanie w 2018 roku specjalnego raportu na temat skutków globalnego ocieplenia o 1,5°C powyżej poziomu z czasów przedprzemysłowych oraz scenariuszy emisji, które pozwalałyby na zatrzymanie ocieplenia na tym poziomie. Raport ten został opublikowany 8 października.
Najważniejsze tezy raportu zostały podzielone na cztery główne części; 1) „Zrozumienie globalnego ocieplenia o 1,5°C”; 2) „Przewidywana zmiana klimatu, jej potencjalne oddziaływania i związane z tym zagrożenia”; 3) „Scenariusze emisji i zmiany systemu konieczne dla zatrzymania ocieplenia na poziomie 1,5°C”, i 4) „Wzmocnienie globalnej reakcji w kontekście zrównoważonego rozwoju i wysiłków na rzecz zmniejszenia ubóstwa”.
Co mówi, a czego nie mówi ten raport
W pierwszym rozdziale IPCC zwraca uwagę na to, że ludzka działalność już stała się przyczyną wzrostu temperatury o około 1°C i że przy obecnym tempie poziom 1,5°C osiągniemy pomiędzy rokiem 2030 a 2052. Raport podkreśla, że gazy cieplarniane, które już wyemitowaliśmy do atmosfery, spowodują dalsze ocieplenie, podniesienie poziomu morza i inne skutki utrzymujące się przez „setki albo tysiące lat” (nawet gdybyśmy natychmiast zaprzestali jakichkolwiek emisji), lecz nie doprowadzą do wzrostu temperatury o 1,5°C. Tak więc dobra wiadomość jest taka, że osiągnięcie zerowych emisji netto, nawet na tym późnym etapie zmiany klimatu, „zatrzymałoby ocieplenie w dłuższej perspektywie czasowej”. IPCC stwierdza również, że skutki globalnego ocieplenia o 1,5°C byłyby generalnie mniej dotkliwe niż ocieplenia o 2°C.
Te liczby są przydatne w dyskusji, ale patrząc realistycznie, ziemska atmosfera w niczym nie przypomina termostatu w naszym salonie, gdzie po prostu ustawiamy odpowiednio pokrętła, żeby ogrzać pokój do jakiejś odpowiadającej nam temperatury. Jest ona prawie całkowicie poza naszą kontrolą. Warto także pamiętać o tym, że IPCC systematycznie zbyt nisko szacował tempo i wielkość globalnego ocieplenia. Z dużym prawdopodobieństwem można się spodziewać, że jest tak również i tym razem. Sprzężenia zwrotne i „punkty krytyczne” nie są jakimiś odległymi ewentualnościami, których można uniknąć, dzieją się już, a ich przebieg jest niemożliwy do przewidzenia. Należą do nich m.in. zjawiska takie jak emisje CO2 z gleb, topnienie wiecznej zmarzliny, ocieplenie i zakwaszanie oceanów oraz zmniejszanie się pokrywy lodowej. IPCC zmienił sposób oceny ocieplającego potencjału metanu, używając konsekwentnie dwudziestoletnich ram czasowych dla porównania z dwutlenkiem węgla, oraz skorygował w górę ilość metanu emitowanego przez zwierzęta hodowlane. Najprawdopodobniej istnieją inne ważne źródła emisji, których nie jesteśmy nawet świadomi. Co więcej, jest kilka dużych źródeł emisji, o których wiemy, ale których rozmyślnie nie bierze się pod uwagę, jak na przykład ogromne emisje związane z działalnością o charakterze militarnym.
Ocena zmiany klimatu jest gigantycznym przedsięwzięciem, i IPCC zasługuje na uznanie za to, że się podjął tego arcytrudnego zadania. Nie możemy jednak oczekiwać, że jego analiza będzie w stu procentach trafna i celnie przewidzi przyszłość. Podejście oparte na przezorności prowadziłoby do wniosku, że musimy natychmiast zaprzestać emisji jakichkolwiek gazów cieplarnianych. Już teraz jesteśmy świadkami występowania punktów krytycznych i sprzężeń zwrotnych, na które nie mamy wpływu i których nie potrafimy nawet zmierzyć. Ponadto wiemy, że gazy cieplarniane, które już wypuściliśmy do atmosfery, nieuchronnie prowadzą do dalszego ocieplenia. Podsumowując, nie mamy już żadnego pozostałego „budżetu węglowego” i powinniśmy robić wszystko, co w naszej ludzkiej mocy, aby natychmiast całkowicie zatrzymać emisje. Może to brzmieć jak „pobożne życzenie”, lecz w rzeczywistości taki powinien być nasz poziom ambicji.
Niezależnie od tego czy jesteśmy w stanie przewidzieć lub opanować przyszły wzrost temperatury, czy też nie, z pewnością powinniśmy starać się ze wszystkich sił, by zrobić, co tylko możemy, aby zminimalizować konsekwencje. Za wyjątkiem nielicznych przypadków, nie ma szczególnego pożytku ze stania z boku, przyglądania się i mierzenia rozgrywającej się katastrofy. Musimy działać, i tego powodu najbardziej powinien nas interesować trzeci rozdział raportu IPCC: „Scenariusze emisji i zmiany systemu konieczne do zatrzymania ocieplenia na poziomie 1,5°C”.
Czy możemy przekroczyć limit i oczyścić atmosferę z dodatkowych związków węgla?
W swoich analizach IPCC posługuje się „zintegrowanymi modelami oceny”. Modele te połączone są z pakietami założeń dotyczących zmian w produkcji i zużyciu energii, zmian sposobu użytkowania gruntów i innych czynników, a następnie używają ich do wyznaczenia scenariuszy osiągnięcia celu – w tym raporcie, globalnego ocieplenia o 1,5 lub 2°C. Te scenariusze nie zawsze są linią prostą, stąd do jakiegoś punktu w przyszłości. Wiele z nich – a tak naprawdę większość – zakłada w nieodległym terminie przekroczenie wartości progowych dla koncentracji gazów w atmosferze, z intencją usunięcia w jakiś sposób nadwyżki później. Jest to nazywane „przekroczeniem”. To niezwykle ryzykowna propozycja. Poprzednie, robocze wersje raportu nawet nie brały pod uwagę modeli nie zawierających jakiegoś przekroczenia limitów. Na szczęście końcowa wersja ocenia również modele bez przekroczenia lub z niewielkim przekroczeniem limitów emisji.
Pozwolenie na przekroczenie limitów jest szczególnie problematyczne, gdyż nie dysponujemy dziś technologiami umożliwiającymi usuwanie dwutlenku węgla z atmosfery. IPCC wskazuje na potencjalną możliwość użycia tzw. BECCS (Bio-energy with carbon capture and storage – energia z biomasy z wychwytywaniem i składowaniem dwutlenku węgla). Problem w tym, że technologia ta w chwili obecnej nie istnieje, z technicznego punktu widzenia jest mało prawdopodobne, żeby kiedykolwiek powstała, a tak czy inaczej wymagałaby dostaw ogromnych ilości biomasy, co spowodowałoby przekształcenie ziemi użytkowanej dziś w celach rolniczych i przez naturalne ekosystemy w plantacje roślin/drzew na potrzeby produkcji bioenergii. Jest to dokładne przeciwieństwo tego, co wielu ekspertów uważa za najbardziej obiecujące podejście – odtwarzania i ochrony naturalnych ekosystemów. Na szczęście raport przedstawia również scenariusz bez BECCS, a nawet posuwa się o krok dalej, apelując o ograniczenie użycia bioenergii. Być może ta zmiana stanowiska (nareszcie!) odzwierciedla stosy zrecenzowanej przez środowisko naukowe literatury, która wykazuje, że spalanie drzew w celu wyprodukowania elektryczności i zajmowanie ziemi rolnej pod uprawę kukurydzy służącej do produkcji etanolu, z pewnością nie rozwiąże problemu zmiany klimatu.
Mamy do dyspozycji szeroki wachlarz możliwych rozwiązań, które wiążą się z odnową zdegradowanych ekosystemów i zmianą praktyk rolniczych. IPCC rozpoznaje je, ale traktuje w niejasny i powierzchowny sposób. 15 października ukazał się raport grupy organizacji znanej jako Climate Land Ambition Rights Alliance (CLARA), który przedstawia potencjał holistycznego podejścia do ochrony i renaturyzacji ekosystemów, jeśli chodzi o wychwytywanie związków węgla z atmosfery. Autorzy odrzucają ryzykowne rozwiązania techniczne, takie jak BECCS, i słusznie stwierdzają: „Walki ze zmianą klimatu nie da się oddzielić od wysiłków na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa żywnościowego, ochrony praw człowieka oraz ochrony i odbudowy naturalnych ekosystemów”.
Podobnie, organizacja Global Forest Coalition zauważa, że terytoria i obszary chronione, zajmowane przez ludy rdzenne i społeczności lokalne, obejmują pomiędzy 12 a 22 procent terytorium Ziemi, i pełne uznanie ich praw do długoterminowego zarządzania ziemią i bioróżnorodnością oraz czerpania z tego korzyści ma kluczowe znaczenie. Opublikowany w 2018 roku raport organizacji Community Conservation and Resilience Initiative opisuje przykłady ochrony przyrody przez lokalne społeczności i ocenia, w jaki sposób można je najskuteczniej wspierać, aby zapewnić ochronę różnorodności biologicznej i kulturowej. Raport ten pokazuje, że działania na rzecz ochrony ziemi, które są lokalne, oddolne i partycypacyjne, są też najbardziej skuteczne.
W przeciwieństwie do tego, analizy IPCC są procesem odgórnym, co sprawdza się w kontekście oceny globalnych i regionalnych konsekwencji ocieplenia. Ale ostatecznie, jeśli chodzi o doradzenie światu „co robić” w kwestii zmiany klimatu, IPCC po prostu nie dysponuje żadnymi strukturami demokratycznymi, które mogłyby ocenić poszczególne technologie. Ostatnio rozważa się nawet zastosowanie ekstremalnie ryzykownego podejścia technicznego: klimatycznej geoinżynierii, polegającej na wysyłaniu cząsteczek siarczanu do stratosfery, aby odbijały światło słoneczne z powrotem w przestrzeń kosmiczną. Zwolennicy tej technologii zamierzają ją przetestować na wolnym powietrzu już w nadchodzącym roku. Tego rodzaju podejścia oparte na geoinżynierii są niesprawdzone i niezwykle ryzykowne, i jest o wiele bardziej prawdopodobne, że pogorszą sytuację, zamiast ją poprawić.
Ogromny wpływ na treść i charakter raportów IPCC ma dobór autorów. Nacisk na podtrzymanie wzrostu gospodarczego i minimalizowanie kosztów łagodzenia skutków zmiany klimatu to efekt zaangażowania wielu ekonomistów i fizyków. Zniekształcony sposób, w jaki IPCC traktuje podejścia oparte na ekosystemach, spowodowany jest brakiem udziału ekologów.
W maju 2017 roku w liście skierowanym do przewodniczącego IPCC 108 organizacji obywatelskich wyraziło głębokie zaniepokojenie wyborem autorów, którzy są wysokimi rangą pracownikami czołowych przedsiębiorstw paliwowych – ExxonMobil i Aramco, drugiego i trzeciego z największych globalnych emitentów gazów cieplarnianych. Autorzy listu podkreślali, że Exxon jest właścicielem większości patentów i interesów finansowych w dziedzinie wychwytywania dwutlenku węgla i jego sekwestracji (czyli technologii „czystego węgla”), i delikatnie mówiąc, mamy do czynienia z rażącym konfliktem interesów.
W końcu staje się coraz bardziej oczywiste, że właściwą, skuteczną odpowiedzią na problem zmiany klimatu nie są projekty techniczne na skalę globalną, lecz rozwiązania przyjmowane i kontrolowane lokalnie, których ludzie domagają się od dziesięcioleci, w tym zatrzymanie rozbudowy infrastruktury paliw kopalnych, ochrona ziemi oraz poszanowanie praw człowieka i natury. Bezwzględna pogoń za korporacyjnym bogactwem i władzą oraz wzrostem gospodarczym za wszelką cenę hamuje realizację tych lokalnych, oddolnych rozwiązań.
Być może przekroczyliśmy już punkt, w którym można było ograniczyć ocieplenie do poziomów, które umożliwiłyby uniknięcie poważnych konsekwencji. Już ich doświadczamy, i z pewnością tempo, w jakim wprowadzamy konieczne zmiany, jest o wiele za wolne. Nie ma jednak powodu, by zaprzestać dążenia do zmiany, i jest powód, by mieć odrobinę nadziei, że możemy zrobić wiele rzeczy, aby ograniczyć szkody. Kluczowym krokiem będzie powstrzymanie trwającej destrukcji ekosystemów, uznanie i ochrona tych, którzy są dobrymi opiekunami ziemi, zmiana naszych praktyk rolniczych i leśnych oraz naszej diety. Powinny temu towarzyszyć zmiany w innych dziedzinach, szczególnie w sektorze energetycznym. I nie zapominajmy o słoniu w salonie – drażliwej kwestii amerykańskich emisji militarnych. To zadanie może się wydawać niewykonalne, ale skoro stawka jest tak duża, to czy możemy robić coś innego, niż starać się absolutnie ze wszystkich sił?
Rachel Smolker, Truthout
Tłumaczenie: Jan Skoczylas
Copyright, Truth-out.org. Reprinted with permission.
źródło: Truth-out.org
Artykuł ukaże się wkrótce w nowym, papierowym wydaniu Zielonych Wiadomości, w całości poświęconym zmianie klimatu.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.