Na łamach Gazety Wyborczej pojawił się niedawno artykuł, w którym trójka naukowców: prof. Jan Marcin Węsławski, prof. Tomasz Linkowski i prof. Lech Stempniewicz podważają działania organizacji społecznych na rzecz ochrony Morza Bałtyckiego.WWF Polska opracowało przesłaną do GW odpowiedź na tę publikację. Poniżej publikujemy replikę WWF-u.
W artykule “Ekolodzy chcą ratować Bałtyk? Niestety szczekają pod niewłaściwym drzewem”, zarzucili im, w tym nam, bo część polemiki dotyczyła tematów, którymi się zajmujemy, brak „rozeznania w specyfice morza”. Tekst pojawił się tuż po tym jak WWF zakończyła największą kampanię społeczną na świecie – Godzina dla Ziemi, która w Polsce przybrała formę “Godziny dla Bałtyku”. To właśnie w ramach tej kampanii udało nam się zaznajomić miliony Polaków z problemami morza, a niemal 50 tysięcy osób podpisało naszą petycję do rządu o pilne działanie.
Dlaczego najważniejszą kampanię roku poświęciliśmy Bałtykowi? Powodem nie jest, jak piszą autorzy, Dzień Ziemi, Wody, Rzek czy Dekada Oceanu, a fakt, że lata 2020 – 2021 to okres przełomowy dla Morza Bałtyckiego. Na ten czas wspólnie naukowcy i politycy wyznaczyli termin przywrócenia dobrego stanu środowiska morskiego(1). Zostało to odzwierciedlone w wymogach międzynarodowych aktów prawnych (Dyrektywy Ramowej w sprawie Strategii Morskiej(2), Bałtyckiego Planu Działań Komisji Helsińskiej HELCOM(3) czy Wspólnej Polityki Rybołówstwa(4)). Cel ten do dziś nie został osiągnięty. Oznacza to, że przyszłość ekosystemu Morza Bałtyckiego jest zagrożona.
Przyjrzyjmy się zatem tezom, które postawili autorzy tekstu.
Teza pierwsza: Dorszowi na Bałtyku prawdopodobnie nic już nie pomoże. Dorsz na Bałtyku jest reliktem chłodnego i dobrze natlenionego morza, które teraz szybko się ociepla i traci tlen.
Pierwsze zdanie to mocna teza, bo mówi, że w tym temacie nasze działania są z góry skazane na porażkę. Problem w tym, że nie są nam znane badania naukowe, które mogłyby taką diagnozę potwierdzać. Zdajemy sobie sprawę, że według aktualnego doradztwa naukowego, Międzynarodowej Rady Badań Morza, stado nie odtworzy się w perspektywie średnioterminowej (tj. do 2024 r.), nawet przy braku połowów(5). Nie wiemy jednak skąd autorzy czerpią informację, że w przypadku zastosowania środków ochrony, stado się nie odbuduje w dłuższym horyzoncie czasowym, ale, bez wątpienia, wydają się być w tym twierdzeniu osamotnieni. Działania w celu ochrony wschodniego stada bałtyckiego dorsza zostały bowiem uwzględnione m.in. w deklaracji ministerialnej Our Baltic, z września 2020 r., a pod tą deklaracją podpisała się również Polska(6). Ponadto przepisy ws. ochrony stad dorsza w Bałtyku znajdują się w aktualnym rozporządzeniu ws. limitów połowowych na rok 2021(7). Zobowiązania i działania w zakresie ochrony dorsza w Morzu Bałtyckim podejmują też rządy nadbałtyckich państw oraz instytucje UE. Jako kraj jesteśmy nawet zobowiązani do odtworzenia wschodniego stada bałtyckiego dorsza, ponieważ celem Wspólnej Polityki Rybołówstwa, zgodnie z art. 2.2, jest odbudowanie i zachowanie populacji poławianych gatunków. Czy te wszystkie zobowiązania są zatem bezzasadne?
Dążenia do odtworzenia wschodniego stada bałtyckiego dorsza, o co walczymy, są w pełni uzasadnione nie tylko prawnie (wymogi m.in. Wspólnej Polityki Rybołówstwa), ale i społecznie, ponieważ od stanu stad ryb zależą rybacy oraz społeczności przybrzeżne. Organizacje pozarządowe, w tym nasza, wskazują na konieczność uzgodnienia międzynarodowego planu odtworzenia stada, który brałby pod uwagę nie tylko rybołówstwo, ale także zagrożenia mające wpływ na kondycję populacji tj. zmianę klimatu, eutrofizację, zanieczyszczenia, utratę siedlisk morskich oraz ogólnie stan środowiska Morza Bałtyckiego(8). Polska ma największy, spośród państw członkowskich, udział w limicie połowowym na to stado. Kto ma zatem działać jak nie my?
Nie oznacza to, że artykuł źle diagnozuje problemy dorsza. Od lat organizacje pozarządowe alarmują, że limity połowowe na to stado ustalane są na zbyt wysokim poziomie. Dlatego by chronić dorsza, konieczne jest ustalanie wszystkich limitów na poziomie rekomendowanym przez naukowców(9), tak by dać stadom możliwość odnawiania się. Zdrowe i liczne stada szprota i śledzia, gatunków stanowiących naturalny pokarm dorosłych dorszy, przyczynią się bowiem do poprawy dostępności do pokarmu dla tej drapieżnej ryby. Mówimy też, że konieczne jest ograniczenie przyłowu (przypadkowego połowu) bałtyckiego dorsza do minimum, a także skuteczna kontrola rybołówstwa, w tym respektowanie obowiązku wyładunku wszystkich połowów w porcie.
Nie będziemy też polemizować w kwestii problemu, jakim dla dorsza jest zmieniający się klimat, a wraz z nim ocieplanie się wód Bałtyku i zmiana warunków hydrologicznych, a o potrzebie uwzględnienia zmiany klimatu w podejmowanych działaniach pisaliśmy również w naszej petycji(10). I tu jednak różnimy się w ocenie naszych szans na poprawę sytuacji. Realizacja celów Porozumienia Paryskiego z roku 2015, które zakłada ograniczenie do końca wieku wzrostu średnich globalnych temperatur do 2 stopni C jest krytycznie ważne i dla dorsza i dla nas, ludzi. Wiemy, że sześć lat po ustaleniu tego celu świat nie wszedł na ścieżkę zbilansowania emisji, która gwarantuje nam jego osiągnięcie, a emisje Polski nadal się nie zmniejszają. Dlatego zachęcamy wszystkich do zaangażowania się, w tym do wsparcia naszych działań w obszarze rzecznictwa dotyczących neutralności klimatycznej.
Teza II: Nie ma żadnych wątpliwości, że foka szara na Bałtyku nie jest gatunkiem zagrożonym, a tym bardziej wymagającym czynnej ochrony.
Owszem, po tym jak niemal wyeliminowaliśmy ten gatunek, dzięki międzynarodowym wysiłkom ochronnym, podjętym w latach 80-tych XX wieku, populacja foki szarej w Bałtyku zwiększa swoją liczebność. Od 2000 roku kraje północnego Bałtyku sukcesywnie odnotowują wzrost populacji(11), a od 10 lat można obserwować stopniowy powrót foki szarej na polskie wybrzeże(12). Mimo to, status populacji foki szarej w Bałtyku nadal jest oceniany jako zły w odniesieniu do wskaźników związanych ze stanem odżywienia i rozrodczością fok(13). Także w Polsce, na podstawie wyników państwowego monitoringu gatunków i siedlisk morskich z lat 2016–2018, stan ochrony gatunku oceniono jako zły – (U2)(14).
Jako kraj UE jesteśmy zobowiązani Dyrektywą Siedliskową UE(15) fokę chronić, tworząc specjalne obszary ochrony (obszary Natura 2000) i wprowadzając na nich wymagane środki ochronne. Niestety, w praktyce ochrona foki szarej w morskich obszarach Natura 2000 jest tylko „na papierze”. Zapewnienie fokom bezpiecznych siedlisk jest jednym z naszych podstawowych zobowiązań wobec gatunku, tymczasem na naszym wybrzeżu nawet jedyne zasiedlone, przez niewielką kolonię fok miejsce, nie jest wolne od intencjonalnych zakłóceń. Dodatkowo przyłów w sieciach rybackich powoduje corocznie w Bałtyku śmierć ok. 2500 fok szarych(16). Foki nie mają z nami, ludźmi, lekko także z innego powodu. Zakłócamy ich spokój, bezpieczeństwo w naturalnych siedliskach, które niszczymy (w tym zanieczyszczając Bałtyk), ograniczamy ich bazę pokarmową, nadmiernie poławiając ryby, wreszcie je zabijamy(17). Prowadzona przez Stację Morską Uniwersytetu Gdańskiego w Helu rehabilitacja dzikich fok, a także zapewnianie przez Błękitny Patrol WWF spokoju fokom na plażach są tylko pewną rekompensatą śmiertelności tych zwierząt spowodowanej przez nas, ludzi.
Odnosząc się do wątku dotyczącego zniszczeń w połowach i sprzęcie rybackim, dokonywanych przez foki- sposobem na ich ograniczenie są stosowane w krajach skandynawskich, alternatywne narzędzia połowowe, które chronią połów przed żerującymi fokami, zmniejszając jednocześnie ryzyko przyłowu ssaków. Powinny zostać jak najszybciej przetestowane w warunkach hydrologicznych polskiego wybrzeża i po ewentualnych modyfikacjach wprowadzone do użytku.
Teza III: Nie ma potrzeby specjalnych procedur aktywnej ochrony morświna. Rzekomo ginący gatunek „bałtyckiego morświna” to niewielka subpopulacja zdrowego i licznego gatunku.
Wbrew temu co piszą autorzy i tu nie mamy jednak komfortu rezygnacji z działania. Otóż morświny żyjące w Bałtyku (na wschód od niemieckiej wyspy Rugia), jedyne występujące w Bałtyku walenie, są uznane za odrębną populację, wymagającą specjalnych działań ochronnych. Wykazuje ona niewielkie, ale konsekwentne różnice w porównaniu z populacją z Cieśnin Duńskich – pod względem genetyki(18) oraz morfologii(19) i jest od niej oddzielona przestrzennie w okresie rozrodu w miesiącach letnich(20). Populacja ta jest krytycznie zagrożona wyginięciem (dane IUCN(21) i HELCOM(22)). Liczy jedynie około 500 osobników(23).
Jak zatem chronić te niewielkie walenie? Eliminując zagrożenia. Tym największym na świecie(24) i w Europie(25) jest przypadkowe złowienie w sieci rybackie. Na Bałtyku są to stawne sieci skrzelowe(26). Jak bardzo jest źle z bałtyckim morświnem pokazuje fakt, że już przyłów 1 osobnika rocznie stanowi znaczące zagrożenie dla przetrwania jego populacji(27). Aby umożliwić odtworzenie tej krytycznie zagrożonej populacji, przyłów musi zostać zredukowany do absolutnego minimum, najlepiej do zera. Jest to główne przesłanie w międzynarodowym Planie Odtworzenia Bałtyckiej Populacji Morświna ASCOBANS(28) oraz w Zaleceniu 17/2 HELCOM o ochronie morświnów na obszarze Morza Bałtyckiego(29). Niestety nadal brakuje działającego systemu monitorowania przyłowu morświna w Bałtyku, więc realna skala problemu jest z pewnością większa, niż ta, o której można wnioskować jedynie na podstawie znajdowanych na brzegu martwych osobników, które noszą ślady zaplątania w rybackie sieci. I tu wyjaśnijmy, śmierć w wyniku przyłowu jest tyleż bolesna i powolna, na skutek stresu i odniesionych obrażeń, ile bezsensowna. Tracimy tego inteligentnego ssaka, zanim zdążyliśmy go dobrze poznać. W tym kontekście trudno więc zrozumieć stwierdzenie autorów artykułu: Obserwować, nie przeszkadzać zwierzętom. Nie przeszkadzać, ale w czym? Ginąć w męczarniach?
„Nie przeszkadzanie” to za mało także biorąc pod uwagę literę prawa. Morświn objęty jest ochroną ścisłą i wymaga ochrony czynnej na mocy Ustawy o ochronie przyrody(30) oraz Rozporządzenia w sprawie ochrony gatunkowej zwierząt(31). Ujęty jest również w Załącznikach II i IV Dyrektywy Siedliskowej, której celem jest zachowanie lub odtworzenie właściwego stanu ochrony tych gatunków w poszczególnych regionach biogeograficznych (Morze Bałtyckie jest traktowane jako odrębny region). Autorzy stawiając tezę o braku potrzeby aktywnej ochrony morświna w Morzu Bałtyckim podważają wieloletnie badania naukowe i wynikające z nich zalecenia ochronne wskazujące na konieczność podjęcia pilnych działań dla ochrony morświna w Bałtyku, a także przepisy prawa krajowego i międzynarodowego.
Dodajmy, że Komisja Europejska podjęła w ostatnim czasie wysiłki, aby lepiej zarządzać rybołówstwem w celu wyeliminowania przyłowu waleni w wodach Unii Europejskiej. W ich wyniku w 2020 r. powstało tzw. Specjalne doradztwo Międzynarodowej Rady Badań Morza (ICES) ws. środków nadzwyczajnych (ang. emergency measures), aby zapobiegać przypadkowym połowom m.in. morświna w Bałtyku Właściwym(32). Zawarte w tym dokumencie rekomendacje jednoznacznie wskazują na konieczność pilnego wprowadzenia środków ochrony morświna przed przyłowem w Bałtyku.
Nie sposób pominąć także innego faktu, jakim jest szerokie poparcie społeczne dla ochrony morświna. W 2015 roku ponad 100 tysięcy polskich obywateli podpisało się pod petycją do Ministra Środowiska, mającą na celu przyjęcie krajowego Programu Ochrony Morświna(33), co nastąpiło jeszcze w tym samym roku. Niestety Program do tej pory nie został wdrożony!
Podważanie przez autorów potrzeby ochrony morświna w Bałtyku, populacji uznanej przez IUCN za krytycznie zagrożoną wyginięciem ! jest więc nie tylko szkodliwe dla ochrony samej populacji, ale także krzywdzące dla świadomych obywateli, którzy rozumieją i czują potrzebę ochrony różnorodności biologicznej – dla obecnych i przyszłych pokoleń. Kolejna kategoria w klasyfikacji zagrożeń to gatunek wymarły…
Teza IV: Nie ma żadnych dowodów, że paliwo wycieka z któregokolwiek ze znalezionych u nas wraków.
Fundacja WWF Polska nie zajmuje się kwestią zatopionych wraków z zalegającym paliwem czy bronią chemiczną zatopioną w morzu. Tymi tematami zajmują się inne organizacje, instytucje państwowe, w tym badawcze, organizacje pozarządowe czy inicjatywy na poziomie międzynarodowym.
Odnotujmy jednak, że Najwyższa Izba Kontroli w raporcie z 2020 r. pn. „Przeciwdziałanie zagrożeniom wynikającym z zalegania materiałów niebezpiecznych na dnie Morza Bałtyckiego”, zwraca uwagę administracji zarówno na zagrożenie wynikające z zatopionej broni jak i z zalegania paliwa we wrakach. Negatywnie ocenia niepodejmowanie przez organy administracji morskiej oraz ochrony środowiska, właściwych działań mających zapobiegać zagrożeniom wynikającym z zalegania materiałów niebezpiecznych na dnie Morza Bałtyckiego(34). W raporcie z 2016 r. wskazano z kolei na postępującą „lokalną katastrofę ekologiczną” w rejonie wraku Stuttgart w Zatoce Puckiej(35)”.
Teza V: Polska po wejściu do Unii Europejskiej zredukowała zużycie nawozów w rolnictwie – dziś polski rolnik zużywa ich mniej niż Duńczyk, Fin czy Szwed.
Tu dochodzimy do tematu eutrofizacji, czyli przeżyźnienia wód wynikającego ze zbyt dużej ilości związków biogennych (związków azotu i fosforu) i w efekcie powstawania pozbawionych tlenu martwych stref. (Jak wygląda w szczegółach ten mechanizm wyjaśnia animacja:
Według HELCOM(36), organu wykonawczego Konwencji o ochronie środowiska morskiego obszaru Morza Bałtyckiego, którą Polska ratyfikowała w 1999 roku, eutrofizacja jest największym środowiskowym wyzwaniem dla Morza Bałtyckiego(37). Źródłem dostawy biogenów do Bałtyku są przede wszystkim rzeki (azotu w ponad 80%, a fosforu ponad 90%)(38). Z kolei jeśli przyjrzymy się bliżej zanieczyszczeniom transportowanym przez rzeki, to największą kategorię, wśród źródeł antropogenicznych, stanowią te pochodzące z działalności rolniczej. Stanowią one 46% całkowitego ładunku azotu i 36% całkowitego ładunku fosforu trafiającego z państw nadbałtyckich do Morza Bałtyckiego. Z Polski trafia najwięcej substancji biogennych, bo jesteśmy najludniejszym krajem zlewiska Bałtyku, ale też dlatego, że stosujemy nawozy w niewłaściwy sposób. Mamy też jako kraj problem z oczyszczaniem ścieków, a spektakularna awaria warszawskiej oczyszczalni ścieków to tylko czubek góry lodowej. W opinii Komisji można przeczytać, że w Polsce 1 183 aglomeracje nie posiadają systemu zbierania ścieków komunalnych. Ponadto w 1 282 aglomeracjach ścieki komunalne wprowadzane do systemów zbierania nie podlegają odpowiedniemu oczyszczaniu przed odprowadzeniem. Nawet więc jeśli oczyszczanie ścieków komunalnych uległo znacznej poprawie w ciągu ostatnich dziesięcioleci, to dla Polski nadal istnieje znaczący potencjał ograniczenia ładunków fosforu całkowitego ze źródeł punktowych(39).
Jeżeli zatem nie zadbamy o oczyszczanie ścieków, a przy produkcji żywności nie będą towarzyszyć działania na rzecz ochrony środowiska morskiego przed substancjami biogennymi, ich stężenie w wodzie będzie dalej rosło. Już 17% powierzchni dna morza to strefy beztlenowe, czyli pustynie prawie zupełnie pozbawione życia!
Właśnie dlatego WWF apeluje o prowadzenie na szerszą skalę szkoleń dla rolniczek i rolników oraz doradczyń i doradców rolniczych nt. praktyk rolniczych przyjaznych środowisku morskiemu, przy jednoczesnym zapewnieniu wsparcia finansowego na wdrażanie tych praktyk w gospodarstwach. Proces upowszechnienia dobrych praktyk w rolnictwie jest bowiem stale niewystarczający. To, że Polacy to ok. 45 proc. populacji zamieszkującej zlewisko Bałtyku, nie powinno nas rozgrzeszać, a motywować do działania. My, Polacy mamy wpływ na Bałtyk, niech on będzie pozytywny.
Wszyscy musimy jeść, ale sposób w jaki produkujemy i konsumujemy żywność wywiera potężną presję na przyrodę. Aby odwrócić tę tendencję, konieczna jest zmiana systemu żywnościowego tak, aby rolnictwo minimalizowało swój negatywny wpływ na środowisko przy jednoczesnym zaspokajaniu potrzeb żywnościowych.
Zgadzamy się natomiast z autorami w temacie kluczowej roli naturalnej retencji w zapewnieniu trwałości produkcji rolnej, oraz w ochronie zasobów wód (jakościowych i ilościowych). O tym jak ważne jest przywrócenie naturalnych meandrujących rzek oraz terenów podmokłych i bagien w redukcji biogenów trafiających do morza, ale i walce z suszą mówimy od lat. Zapraszamy na stronę: Strażnicy rzek WWF – Tworzymy przyszłość, gdzie człowiek i przyroda żyją w harmonii | WWF Polska
Teza VI: Na Bałtyku problem sieci widm nie istnieje, bo używanie pławnic zostało zakazane po 2000 r. Został on na Bałtyk zapożyczony z globalnej listy oceanicznych kłopotów.
Nie jest to prawda, WWF Polska od prawie 10 lat bada problem gubienia sieci rybackich w Bałtyku. W ramach projektu MARELITT Baltic w 2016 r. zostały przeprowadzone wywiady wśród rybaków i inspektorów rybołówstwa morskiego, z których wynika, że rybacy nadal gubią sieci, nawet kilka razy w miesiącu. Wyniki tych wywiadów wraz z analizą problemu gubienia sieci przez rybaków na Bałtyku i jego przyczynami znajduje się tutaj: https://bit.ly/3x1nnxR.
Co więcej, w samym tylko roku 2015, w ramach projektu realizowanego wspólnie przez WWF i organizacje rybackie, w ramach akcji prowadzonych na polskich wodach morskich wyłowiono 268 ton zagubionych sieci. Trudno więc mówić o tym, że jest to “wymyślony problem”.
Wyniki prowadzonych w Morzu Bałtyckim badań (m.in. projekt FANTARED II(40)) wskazują również, że Bałtyk, jako morze o mętnych wodach, jest jednym z obszarów, w których zagubione narzędzia połowowe mogą stanowić szczególne zagrożenie dla organizmów morskich.
Według autorów “Na Bałtyku ten problem nie istnieje, używanie pławnic zostało zakazane po 2000 r. „Porzucone sieci” to zwykle włoki zaczepione o wraki na dnie, które oczywiście mogą stanowić pułapkę dla ryb, ale częściej tworzą ich sanktuaria – ze względu na niedostępność takich miejsc dla włoków używanych przez rybaków.” Otóż zagubione w Bałtyku sieci to nie tylko włoki, ale też sieci stawne, które często są wystawiane przez rybaków w rejonach wraków statków lub innych podwodnych zaczepów. Dzieje się tak dlatego, że jest tam często więcej ryb niż w innych miejscach. Na tych właśnie zaczepach sieci stawne się zrywają. A ponieważ są lżejsze, niż wspomniane przez naukowców w artykule sieci trałowe, to wcale nie muszą opadać na dno. Stanowią więc zagrożenie dla ryb, ptaków czy ssaków morskich. W ramach projektów wyławiania sieci prowadzonych od 2011 r., w zagubionych sieciach znaleziono wiele zaplątanych zwierząt, głównie rozkładających się już ryb, ale też ptaki a nawet fokę.
Jeśli chodzi o wspomniane w artykule podwodne sanktuaria, w ramach projektu MARELITT Baltic powstała ocena oddziaływania na środowisko. Wynika z niej, że w przypadku zaczepienia sieci na wrakach statków należy każdorazowo zbadać, czy dana sieć rybacka stanowi integralną część ekosystemu. Jeśli tak, to nie należy jej wyławiać. Raport z przeprowadzonej oceny oddziaływania na środowisko został wielokrotnie prezentowany przez WWF Polska wśród rybaków prowadzących akcje poszukiwania zagubionych sieci na Bałtyku oraz na spotkaniach grup roboczych Komisji Helsińskiej (HELCOM), jak też Bałtyckiej Rady Doradczej ds. Rybołówstwa (Baltic Sea Advisory Council- BSAC).
W artykule pada stwierdzenie, że nie można porównywać skali tego problemu na Bałtyku z otwartym oceanem. Uważamy, że nie tylko można ale i trzeba, żeby pokazać specyfikę Bałtyku i jego wrażliwość na wszelkie zanieczyszczenia i odpady. Bałtyk bardzo się różni od otwartych wód oceanu, jest płytkim morzem i prawie całkiem odciętym od oceanu (Morza Północnego), co sprawia, że wszystko co do Bałtyku dostaje się z lądu czy z działalności ludzkiej na morzu, stanowi poważne zagrożenie dla tak wrażliwego ekosystemu. Naukowcy wypowiadający się w artykule krytykują projekty poszukiwania i wyławiania zagubionych sieci, ponieważ cytat: “rybacy zarabiają, łowiąc „porzucone sieci” i oczyszczają z nich Bałtyk”. Według naszej wiedzy takie działania wykonywane przez rybaków są zgodne z realizacją Europejskiego Funduszu Morskiego i Rybackiego. Pieniądze z dotacji z tego funduszu tj. pieniądze podatników powinny według nas być przede wszystkim wykorzystywane w celu ochrony morskiej różnorodności biologicznej – a do takich działań z całą pewnością należy wyławianie zagubionych narzędzi połowowych.
Warto też podkreślić, że współcześnie używane sieci w dużej mierze są wykonane z tworzyw sztucznych. Zagubione sieci podczas procesu rozkładu uwalniają mikrocząstki plastiku, które trafiają do łańcucha pokarmowego organizmów morskich. Dziwi nas zatem fakt, że autorzy tekstu nie wiążą zanieczyszczenia morza plastikiem z zagubionymi sieciami rybackimi. Zwłaszcza, że wśród listy “kłopotów Bałtyku, którym jesteśmy w stanie zaradzić”, którą przywołują w artykule jest właśnie zanieczyszczenie plastikiem. Niezrozumiałe jest więc podejście, w którym z jednej strony naukowcy piszą o problemie odpadów plastikowych w morzu, jednocześnie bagatelizując problem zrobionych z tworzyw sztucznych sieci rybackich, które stanowią około 10% wszystkich odpadów morskich.
Co według autorów jeszcze jest problemem lub zadaniem do wykonania? Spływ farmaceutyków rzekami do morza, zadbanie o renaturalizację rzek i porzucenie obłędnych planów kanalizacji Wisły, niszczenie siedlisk na brzegach morskich i presja użytkowników na wybrzeże, podniesienie poziomu morza oraz przejście na neutralne lub niskoemisyjne źródła energii w celu powstrzymania globalnego ocieplenia zmiana klimatu. My także widzimy te tematy i zajmujemy się większością z nich, co chętnie rozwiniemy w kolejnym artykule.
Na koniec więc odnieśmy się jeszcze tylko do sugestii, że ekolodzy „działają nie po to by ratować Bałtyk, ale zapewnić sobie źródło finansowania”. Równie prawdziwe jest powiedzenie, że panowie profesorowie zajmowali się Bałtykiem tylko po to żeby dostać granty. Wiele naszych działań na rzecz ochrony morza finansowanych jest z funduszy krajowych i międzynarodowych. To znaczy, że nie tylko obywatele, ale też instytucje państwowe i unijne widzą sens w realizowanych przez nas działaniach. Owszem pracujemy dla pasji, ale i utrzymujemy się z pracy w Fundacji. To chyba nie jest nic złego. Warto więc podkreślić, że akcja “Godzina dla Bałtyku” nie miała na celu zbierania środków, a edukację obywateli i apel do polityków. Przygotowując kampanię i treść petycji sięgnęliśmy natomiast nie tylko do własnego doświadczenia, którego też nie negujemy u autorów tekstu, ale i naukowych źródeł polskich i zagranicznych, najświeższych badań, oraz obowiązujących regulacji prawnych.
Cieszymy się natomiast z tego, że działania organizacji społecznych, finansowanych i wspieranych przez tysiące Polaków, zostały zauważone przez trójkę autorów i że zadali sobie trud, żeby podzielić się z Polakami swoją wiedzą. Może w przyszłości oprócz krytyki uda się w sposób konstruktywny, wspólnie prowadzić działania dla morza, a nawet „szczekać pod tym samym drzewem„.
Zespół WWF Polska, pod redakcją Katarzyny Karpy-Świderek
Głos WWF Polska popierają następujące organizacje społeczne działające na rzecz ochrony Morza Bałtyckiego.
Przypisy:
(1) „Dobry stan środowiska oznacza taki stan środowiska wód morskich tworzących zróżnicowane i dynamiczne pod względem ekologicznym oceany i morza, które są czyste, zdrowe i urodzajne w odniesieniu do panujących w nich warunków, zaś wykorzystanie środowiska morskiego zachodzi na poziomie, który jest zrównoważony i gwarantuje zachowanie możliwości użytkowania i prowadzenia działań przez obecne i przyszłe pokolenia.” (Źródło: Dyrektywa Ramowa w sprawie Strategii Morskiej).
(4) Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 1380/2013 z dnia 11 grudnia 2013 r. w sprawie wspólnej polityki rybołówstwa, zmieniające rozporządzenia Rady (WE) nr 1954/2003 i (WE) nr 1224/2009 oraz uchylające rozporządzenia Rady (WE) nr 2371/2002 i (WE) nr 639/2004 oraz decyzję Rady 2004/585/WE.
(5) ICES. 2020. Cod (Gadus morhua) in subdivisions 24–32, eastern Baltic stock (eastern Baltic Sea). In Report of the ICES Advisory Committee, 2020. ICES Advice 2020, cod.27.24-32. https://doi.org/10.17895/ices.advice.5943.
(7) ROZPORZĄDZENIE RADY (UE) 2020/1579 z dnia 29 października 2020 r. ustalające uprawnienia do połowów na rok 2021 w odniesieniu do niektórych stad ryb i grup stad ryb w Morzu Bałtyckim oraz zmieniające rozporządzenie (UE) 2020/123 w odniesieniu do uprawnień do połowów w innych wodach
(9) Rekomendacje w tym zakresie opracowują naukowcy z Międzynarodowej Rady Badań Morza International Council for the Exploration of the Sea (ICES) www.ices.dk/
(11) a. HELCOM (2018): State of the Baltic Sea – Second HELCOM holistic assessment 2011-2016. Baltic Sea Environment Proceedings 155); b.EG MAMMA – Helcom Expert Group on Marine Mammals
(12) Barańska A., Opioła R., Kruk-Dowgiałło L. (red.) 2018. Monitoring gatunków i siedlisk morskich w latach 2016–2018, Biuletyn Monitoringu Przyrody 18. Biblioteka Monitoringu Przyrody GIOŚ Warszawa: 1–48.
(13) Pozycja z przypisu nr.11 a
(14) Pozycja z przypisu nr.12; morskiesiedliska.gios.gov.pl/images/Biuletyn_monitoringu_przyrody_18.pdf
(15) (Dyrektywa Rady 92/43/EWG z dnia 21 maja 1992 r. w sprawie ochrony siedlisk przyrodniczych oraz dzikiej fauny i flory).
(16) Vanhatalo J, Vetemaa M, Herrero A, Aho T, Tiilikainen R (2014) By-Catch of Grey Seals (Halichoerus grypus) in Baltic Fisheries—A Bayesian Analysis of Interview Survey. PLoS ONE 9(11): e113836. https://doi.org/10.1371/journal.pone.0113836).
(18) Lah, L., Trense, D., Benke, H., Berggren, P., Gunnlaugsson, O., Lockyer, C., et al. 2016. Spatially Explicit Analysis of Genome[1]Wide SNPs Detects Subtle Population Structure in a Mobile Marine Mammal, the Harbor Porpoise. PLoS ONE, 11: e0162792. Wiemann, A., Andersen, L. W., Berggren, P., Siebert, U., Benke, H., Teilmann, J., et al. 2010. Mitochondrial Control Region and microsatellite analyses on harbour porpoise (Phocoena phocoena) unravel population differentiation in the Baltic Sea and adjacent waters. Conservation Genetics, 11: 195–211.
(19) Galatius, A., Kinze, C.C., Teilmann, J., 2012. Population structure of harbour porpoises in the Baltic region: evidence of separation based on geometric morphometric comparisons. J. Mar. Biol. Assoc. U. K. 92, 1669–1676. https://doi.org/10.1017/S0025315412000513
(20) Carlén, I., Thomas, L., Carlström, J., Amundin, M., Teilmann, J., Tregenza, N., Tougaard, J., Koblitz, J.C., Sveegaard, S., Wennerberg, D., Loisa, O., Dähne, M., Brundiers, K., Kosecka, M., Kyhn, L.A., Ljungqvist, C.T., Pawliczka, I., Koza, R., Arciszewski, B., Galatius, A., Jabbusch, M., Laaksonlaita, J., Niemi, J., Lyytinen, S., Gallus, A., Benke, H., Blankett, P., Skóra, K.E., Acevedo-Gutiérrez, A., 2018. Basin-scale distribution of harbour porpoises in the Baltic Sea provides basis for effective conservation actions. Biol. Conserv. 226, 42–53. https://doi.org/10.1016/j.biocon.2018.06.031)
(21) The IUCN Red List of threatened species 2008: e.T17031A6739565
(22) HELCOM, 2013. HELCOM Red List of Baltic Sea species in danger of becoming extinct. Balt. Sea Environ. Proc. No. 140
(23) Pozycja z przypisu nr. 20
(24) Reeves RR, McClellan K, Werner TB. (2013). Marine mammal bycatch in gillnet and other entangling net fisheries, 1990, 2011, End. Sp. Res. 20, 71–97)
(26) Hammond, P.S., Bearzi, G., Bjørge, A., Forney, K., Karczmarski, L., Kasuya, T., Perrin, W.F., Scott, M.D., Wang, J.Y., Wells, R.S. & Wilson, B., 2008. Phocoena phocoena (Baltic Sea subpopulation). 27. NAMMCO & IMR 2019. Report of Joint IMR/NAMMCO International Workshop on the Status of Harbour Porpoises in the North Atlantic. Tromsø, Norway.
(32) ICES 2020. ICES Special Request Advice on emergency measures to prevent bycatch of common dolphin (Delphinus delphis) and Baltic Proper harbour porpoise (Phocoena phocoena) in the Northeast Atlantic. 26 May 2020. https://10.17895/ices.advice.6023.
(35) https://www.nik.gov.pl/plik/id,21969,vp,24636.pdf str. 15 oraz „Badania oraz analiza zagrożeń dla środowiska morskiego, jakie stanowi wrak statku Stuttgart wraz z analizą istniejących technologii utylizacji zagrożenia i możliwości ich wykorzystania” Raport końcowy zawierający sprawozdanie z realizacji I i II etapu badań, s. 101–104.
(40) Fantared II, 2002. A study to identify, quantify and ameliorate the impacts of static gears lost at sea.
Bruksela uznała projekty oparte na gazie kopalnym za niezgodne z unijną taksonomią, czyli systemem klasyfikacji inwestycji uznawanych za zrównoważone. Za ekologiczne uznano palenie w elektrowniach drewnem z lasów. „To poważne zagrożenie dla klimatu i przyrody” – alarmują eksperci.
UE opublikowała dziś pierwszy akt delegowany dotyczący systemu jednolitej klasyfikacji działań na rzecz zrównoważonego rozwoju służących osiągnięciu przez UE neutralności klimatycznej do 2050 r., adresowany między innymi do państw członkowskich Unii Europejskiej i uczestników rynku finansowego. Jego zadaniem jest także zapobieganie greenwashingowi ze strony inwestorów i przedsiębiorstw.
Ostateczny tekst nie pozwala na to, by produkcja energii z gazu była uznawana za zrównoważoną. Zgodnie z zaleceniami naukowców i ekspertów zostały z niej wykluczone nawet najlepsze w swojej klasie elektrownie gazowe. Ze względu na ich wpływ na klimat i środowisko od miesięcy apelowało o to społeczeństwo obywatelskie, naukowcy i sektor finansowy.
Gaz jest paliwem kopalnym prawie tak samo szkodliwym dla klimatu jak węgiel, dlatego pod żadnym pozorem nie może być uznany za „zrównoważone” źródło energii. Wykluczenie go z taksonomii to mocny sygnał, że zamiana węgla na gaz nie jest działaniem na rzecz klimatu. W tym świetle zapewnienia Orlenu, że budowa gazowej elektrowni Ostrołęka C to część zrównoważonej transformacji, to jawny greenwashing i działanie na szkodę nas wszystkich. Oznacza to też, że takie projekty będą miały coraz większe trudności ze znalezieniem finansowania. Skończą dokładnie tak, jak elektrownia węglowa w Ostrołęce, której budowa zakończyła się inwestycyjną katastrofą – mówi Diana Maciąga ze Stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, ekspertka Koalicji Klimatycznej.
Wśród celów taksonomii jest nie tylko łagodzenie i adaptacja do zmian klimatu lecz także ochrona i odbudowa bioróżnorodności i ekosystemów. Tymczasem ostateczny dokument zawiera znacznie słabsze standardy dla leśnictwa i bioenergii, niż wcześniej proponowano. Prawie wszystkie rodzaje wyrębu i spalania drzew w celu produkcji energii zostały zakwalifikowane jako zrównoważone, chociaż, według oceny skutków regulacji samej KE, może to powodować więcej emisji CO2 niż spalanie węgla. Nawet unijni naukowcy ze Wspólnego Centrum Badawczego (JRC) Komisji Europejskiej ostrzegają, że aż 23 z 24 przeanalizowanych przez nich scenariuszy polityki dotyczącej biomasy leśnej stanowią zagrożenie dla przyrody, klimatu lub obu naraz.
Spalanie biomasy leśnej w elektrowniach to zagrożenie dla ambitnych celów ochrony lasów zapisanych w Strategii Bioróżnorodności UE do 2030. Przewiduje ona ochronę ścisłą 10% obszarów lądowych Wspólnoty, w tym wszystkich lasów pierwotnych i starodrzewów. Tymczasem rosnący popyt na surowiec drzewny ze strony energetyki zwiększa presję na lasy, również te najcenniejsze, jak Puszcza Karpacka i Białowieska. Oddala to perspektywę ich trwałej ochrony. Obecnie 50% używanego w UE drewna jest spalana, za co w dużym stopniu odpowiedzialna jest właśnie bioenergetyka. Biomasa leśna, oprócz wysokiej emisyjności, jest więc również zagrożeniem dla zachowania bioróżnorodności ekosystemów leśnych – mówi Augustyn Mikos ze Stowarzyszenia Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot, ekspert Koalicji Klimatycznej.
UE wspomina o ponownym przeglądzie tych kryteriów, ale pozostaje niejasna co do harmonogramu. Zapowiedziała także, że do końca roku ponownie zajmie się kwestią gazu, a także osobno energią jądrową, co może ponownie otworzyć drogę do uznania gazu kopalnego i produkowanej z niego energii elektrycznej za zrównoważone inwestycje.
Tło:
Jeżeli taksonomia UE będzie zgodna z nauką, może stać się międzynarodowym „złotym standardem” określającym, które inwestycje są zgodne z celem Porozumienia Paryskiego, podczas gdy inne kraje, takie jak Chiny, Wielka Brytania i Japonia, opracowują podobne narzędzia w zakresie zrównoważonego finansowania.
Jednak, ze względu na słabe zapisy dotyczące bioenergii i leśnictwa, organizacje społeczne takie jak BEUC, BirdLife czy Greenpeace wzywają Parlament Europejski i Radę do odrzucenia tekstu. Jeżeli propozycja KE nie zostanie odrzucona w ciągu najbliższych czterech miesięcy, instytucje finansowe będą sprawozdowały na podstawie unijnej taksonomii od początku 2022 roku.
Ogłoszony przez ministra Sasina i skierowany do prac rządowych plan wydzielania aktywów węglowych i umieszczenie ich w Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego (NABE) to uprawianie kreatywnej rachunkowości na koszt podatników. Szumnie ogłaszany plan restrukturyzacji energetyki to nic innego jak kolejne ogromne subsydia na utrzymywanie energetyki węglowej. Tym razem gorący kartofel jest przerzucany z jednej kieszeni do drugiej.
Minister Sasin próbuje przykryć to, że rząd przez ostatnie dwie kadencje nie zrobił nic by przygotować polską energetykę do nieuchronnej konieczności odejścia od węgla. Zamiast tego miliardy złotych zostały wyrzucone w błoto na Ostrołękę C a rozwój lądowej energetyki wiatrowej kompletnie zablokowany. Rząd, ustami Jacka Sasina próbuje tłumaczyć się tym, że niespodziewanie UE realizuje politykę klimatyczną a sam minister aktywów państwowych mówi o zaskoczeniu. Ale takie tłumaczenie oznacza, że albo szef resortu nie śledził przez ostatnią dekadę unijnych procesów dotyczących polityki klimatycznej co powinno go dyskwalifikować z piastowanego stanowiska albo zwyczajnie cytując klasyka rżnie głupa licząc, że społeczeństwo się na to nabierze. Tak czy owak świadczy to tylko źle o ministrze.
Energetyka węglowa już od dawna przynosi straty i ciągnie w dół spółki energetyczne. Do 2025 roku elektrownie węglowe mogą jeszcze liczyć na kroplówkę (finansowaną z dodatkowej opłaty na naszych rachunkach) w postaci rynku mocy. Jednak po tym czasie zgodnie z przepisami unijnymi wsparcie z rynku mocy dla elektrowni węglowych będzie wygaszane. Samo PGE GiEK (czyli spółka córka PGE skupiająca aktywa węglowe grupy) ma zobowiązania o wartości 13 miliardów złotych wobec PGE. Co stanie się z tym długiem, kiedy PGE GiEK trafi do NABE? Tego nie wiadomo, ale można spodziewać się, że spłacą go podatnicy. Spółki energetyczne przez lata zamiast podjąć działania na rzecz stopniowego przejścia na odnawialne źródła energii wykorzystywały publiczne dotacje na utrzymywanie węglowego status quo i wbrew wszelkim sygnałom ekonomicznym inwestowały dalej w węgiel. Teraz zamiast wziąć odpowiedzialność za te błędy szukają dobrego wujka w postaci państwa, które nie tylko wybawi je od problemu i przejmie przynoszące straty aktywa węglowe, ale jeszcze przy okazji dosypie im co nieco do kieszeni – oczywiście z naszych pieniędzy.
Jeżeli powstanie, NABE będzie węglową studnią bez dna. Analiza kosztów i przychodów dla każdego bloku węglowego uwzględnionego w planie restrukturyzacji wykonana przez ośrodek analityczny Instrat wykazała, że nawet przy niezwykle optymistycznych założeniach, NABE do 2040 r. wygeneruje 31,1 mld zł strat. W kuluarach mówi się o wykupieniu przez NABE części kredytów zaciągniętych na budowę nierentownych elektrowni. Żaden rozsądny inwestor a nawet ten, który lubi ryzyko nie zdecydowałby się na taki krok. Minister Sasin zachowuje się jak hojny wujek, który rozdaje pieniądze należące do całej rodziny.
Zamiast planu głębokiej restrukturyzacji sektora energetyki i planu odejścia od węgla mamy kolejne pozorowane działania i próbę przekazania ogromnych subsydiów na podtrzymywanie węglowego trupa. Trudno więc sobie wyobrazić, że Komisja Europejska zgodzi się na taki plan. Zapowiedzi odejścia od węgla do 2049 roku też są kompletnie oderwane od rzeczywistości gospodarczej i polityki klimatycznej UE. Z pewnością ten argument nie będzie przekonujący dla Komisji. Elektrownie i kopalnie węgla stały się przepalarnią publicznych środków ale zamiast przygotować plan transformacji i odejścia od szkodliwej i nieopłacalnej energetyki węglowej rząd szuka kolejnych sposobów na dosypywanie pieniędzy podatników by utrzymać węglowe status quo.
Na progu trzeciej dekady XXI wieku żyjemy w świecie, gdzie człowiek, jego kultura i potrzeby, inne żywe istoty i całe ekosystemy, stały się jedynie elementami bezwzględnej machiny globalnego systemu. Jego nadrzędnym celem jest generowanie niebotycznych zysków dla nielicznej uprzywilejowanej grupy najbogatszych ludzi.
Neoliberalny kapitalizm, bo o nim mowa, doprowadził nasz świat na skraj przepaści: galopujące zmiany klimatu, wyczerpywanie się zasobów naturalnych, zanieczyszczenie środowiska, degradacja gleb i katastrofalny zanik różnorodności biologicznej, nadużywanie długu jako sposobu na przeniesienie konsumpcji z przyszłości do teraźniejszości, powiększające się nierówności gospodarcze oraz narastające przeludnienie i nadmierna konsumpcja (szczególnie wśród bogatych), stawiają pod znakiem zapytania dalsze przetrwanie naszej obecnej cywilizacji, a być może całego gatunku ludzkiego.
Oparty na zasadach polityki neoliberalnej współczesny przemysłowy system produkcji i dystrybucji żywności jest jednym z podstawowych źródeł większości wspomnianych kryzysów. Jest główną przyczyną dramatycznej utraty bioróżnorodności [1]. Odpowiada za ok. 50% emisji gazów cieplarnianych [2], które napędzają katastrofalną zmianę klimatu. Prowadzi do pustynnienia i degradacji gleb {3], wytwarzając jednocześnie schemizowaną żywność, która przyczynia się do powstawania większości chorób przewlekłych związanych z odżywianiem. Narzucany całemu światu przez kraje bogatej Północy globalny system rolno-spożywczy prowadzi również do niezmiernie dotkliwych skutków społecznych, szczególnie na globalnym Południu. Opierając się na monopolu niewielkiej liczby pionowo zintegrowanych korporacji, które w coraz większym stopniu kontrolują wszystkie ogniwa łańcucha produkcji żywności – poczynając od sprzedaży patentowanych nasion i środków ochrony roślin poprzez ich uprawę, przetwórstwo, aż po sieci sprzedaży – zagraża podstawom egzystencji setek milionów ludzi. Znakomicie zilustrowali to Szymon Rębowski i Piotr Depta-Kleśta: „Weźmy na przykład Persea americana – avocado. Dla jednych stało się w ostatnim czasie smacznym, zdrowym i modnym składnikiem nowoczesnej diety. Innym – w Meksyku i Chile – kojarzy się raczej z utratą ziemi, brakiem dostępu do wody pitnej, zniszczeniem środowiska naturalnego i niewolniczą pracą” [4].
Coraz bardziej oczywista – niestety nie dla tych, którzy mają pieniądze i władzę – staje się konieczność radykalnej zmiany. Jeśli chcemy przetrwać, musimy całkowicie zmienić sposób funkcjonowania na tej jedynej dostępnej nam planecie. Zmiana ta musi obejmować gospodarkę, życie społeczne, styl życia i sferę wartości.
Odpowiedzią na te wszystkie wyzwania są agroekologia i suwerenność żywnościowa – dwie zyskujące coraz szersze poparcie, wzajemnie się uzupełniające koncepcje, które razem tworzą spójną wizję prawdziwie zrównoważonego systemu żywnościowego i sprawiedliwości społecznej.
Czym jest suwerenność żywnościowa?
Suwerenność żywnościową definiuje się jako: prawo ludzi do zdrowego i zgodnego z ich kulturą jedzenia produkowanego w oparciu o ekologiczne i zrównoważone metody, a także ich prawo do definiowania własnych systemów żywnościowych i rolnych.
Koncepcja została opracowana i po raz pierwszy przedstawiona przez zrzeszający ponad 200 milionów rolników i rolniczek ze wszystkich kontynentów międzynarodowy ruch chłopski La Via Campesina (Chłopska Droga) podczas rzymskiego Forum Organizacji Społeczeństwa Obywatelskiego w 1996 r. Deklarację końcową Forum – „Profit for few or food for all” (Zyski dla niewielu albo żywność dla wszystkich) – zaprezentowano na Światowym Szczycie Żywnościowym, który odbył się w tym samym roku pod auspicjami Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO). W dokumencie „Profit for few or food for all. Food Sovereignty and Security to Eliminate the Globalisation of Hunger” czytamy: „Proponujemy nowy model zapewnienia bezpieczeństwa żywnościowego, który podaje w wątpliwość wiele z obecnych założeń, polityk i praktyk. Jest on oparty o decentralizację i kwestionuje aktualny paradygmat, którego podstawę stanowi koncentracja bogactwa i władzy, zagrażająca dzisiaj światowemu bezpieczeństwu żywnościowemu, różnorodności kulturowej i całym ekosystemom, które podtrzymują życie na naszej planecie”.
Określenie suwerenność żywnościowa zostało zaproponowane w reakcji na termin bezpieczeństwo żywnościowe, używany przez większość rządów i organizacji pozarządowych podczas dyskusji na temat żywności i rolnictwa. Suwerenność żywnościowa różni się od bezpieczeństwa żywnościowego zarówno jeśli chodzi o podejście do kwestii żywnościowych, jak i pod względem politycznym. W podejściu opartym na samym dążeniu do zapewnienia bezpieczeństwa żywnościowego nie ma znaczenia, skąd pochodzi żywność ani w jakich warunkach jest wytwarzana i dystrybuowana. Narodowe cele dotyczące bezpieczeństwa żywnościowego są często spełniane poprzez zakup żywności wytwarzanej w sposób szkodliwy dla środowiska i w warunkach wyzysku – żywności, której produkcja jest wspomagana subsydiami i strategiami niszczącymi lokalnych producentów, ale przynoszącymi krocie korporacjom agrobiznesowym. Suwerenność żywnościowa podkreśla znaczenie produkcji, dystrybucji i konsumpcji w zgodzie z zasadami ochrony środowiska i sprawiedliwości społeczno-gospodarczej oraz wartość lokalnych systemów żywnościowych jako sposobów na poradzenie sobie z głodem i ubóstwem, jak również zagwarantowanie trwałego bezpieczeństwa żywnościowego dla wszystkich ludzi. Promuje kontrolę społeczności lokalnych nad zasobami produkcyjnymi; reformę rolną i bezpieczeństwo własności ziemi dla drobnych producentów; agroekologię; różnorodność biologiczną; wiedzę lokalną; prawa chłopów, kobiet, ludów tubylczych i pracowników najemnych; ochronę socjalną i sprawiedliwość klimatyczną [5].
Koncepcja suwerenności żywnościowej była również wyrazem sprzeciwu wobec agendy handlowej dotyczącej żywności i rolnictwa, promowanej w tamtym czasie przez Światową Organizację Handlu (WTO). WTO powstało w 1995 r. w celu negocjacji umów handlowych. Gdy dominujące państwa wprowadziły do negocjacji rolnictwo, uzgodniły zasady, które zagrażały zdolności innych krajów do organizowania produkcji rolnej i dostaw żywności dla własnej ludności, i do zarządzania nimi. Zasady te wzmacniają również wpływy międzynarodowych korporacji i umożliwiają im coraz większą kontrolę nad produkcją i dystrybucją żywności oraz handlem produktami spożywczymi.
WTO postawiła sobie za cel stworzenie świata, w którym wszystkie artykuły rolne byłyby wytwarzane w miejscach, gdzie są najniższe koszty produkcji. Umowy handlowe często obligują państwa do likwidacji krajowych gospodarek rolnych i systemu ich wsparcia, prowadząc do ekspansji upraw monokulturowych i zwiększonej mechanizacji rolnictwa. Handel na zglobalizowanych rynkach oznacza parcie na coraz mniejsze koszty produkcji – więc koncentruje się ona tam, gdzie są na przykład najniższe koszty pracy. Proces ten, któremu towarzyszy uprzemysłowienie przetwarzania i dystrybucji żywności oraz innych produktów rolnych, prowadzi do zniszczenia drobnego rolnictwa oraz chłopskiej i wiejskiej gospodarki [6]. Ziemie uprawne są przechwytywane przez zmniejszającą się liczbę gospodarstw. Drobne gospodarstwa, zmuszone do konkurowania z biznesami dysponującymi ogromnymi zasobami – upadają. Ludzie, którzy wcześniej byli w stanie utrzymać się na przyzwoitym poziomie z rolnictwa na drobną skalę, muszą albo stać się pracownikami najemnymi agrobiznesu, albo emigrować do miast – przyczyniając się do dalszej erozji społeczności wiejskich i przeludnienia aglomeracji miejskich. Skalę zjawiska obrazują statystyki: np. w latach 2000–2013 liczba małych gospodarstw w Europie zmniejszyła się o jedną trzecią [7].
Idea suwerenności żywnościowej została wypracowana przez ludzi najbardziej zagrożonych procesami konsolidacji władzy i własności w systemach rolnych i żywnościowych – drobnych rolników. Zamiast pozwolić się zniszczyć przez silnych, proponują oni nową wizję rozwiązania wielorakich kryzysów, w obliczu których jako ludzkość stoimy [8].
Suwerenność żywnościową można postrzegać zarówno jako zdecydowany sprzeciw wobec neoliberalnego modelu korporacyjnego globalizmu, jak i alternatywę dla niego. Jest ona procesem budowania ruchów społecznych i umożliwiania narodom i ludom organizacji ich społeczeństw w sposób, który przekracza neoliberalną wizję świata towarów, rynków i podmiotów gospodarczych nastawionych na własny zysk. Ruch na rzecz suwerenności żywnościowej skupia inicjatywy społeczne działające na rzecz agroekologii i chłopskich systemów nasiennych, sprawiedliwości społecznej, klimatycznej i ekologicznej, reformy rolnej, a także obrony godności i praw migrantów, pracowników najemnych, tradycyjnych rybaków itp. Postulat ten mają na sztandarach organizacje tak różne, jak meksykańscy zapatystyści, Landless Workers’ Movement z Brazylii, Friends of the Earth, brytyjski Land Workers Alliance, niemiecki Arbeitgemeinschaft bäuerliche Landwirtschaft (AbL) czy Zachodniopomorski Oddział Ekolandu z Polski.
Jest to ruch, który dąży do zbudowania lokalnych systemów żywnościowych zorganizowanych wokół potrzeb społeczności. Suwerenność żywnościowa oznacza często aktywny bojkot istniejących struktur korporacyjnej władzy i kontroli oraz kolektywne tworzenie od podstaw nowych systemów produkcji, wymiany i konsumpcji. Na całym świecie powstają tysiące inicjatyw, takich jak spółdzielnie rolnicze i ich związki, spółdzielcze zakłady przetwórcze, alternatywne sieci dystrybucji, lokalne rynki, grupy „rolnictwa wspomaganego przez społeczność”, kooperatywy spożywcze i ogrody społecznościowe w miastach oraz wiele innych.
Suwerenność żywnościowa ma znaczenie dla ludzi mieszkających zarówno na terenach wiejskich, jak i zurbanizowanych, w krajach biednych, ale i bogatych. Jest przestrzenią oporu wobec neoliberalizmu, wolnorynkowego kapitalizmu, niesprawiedliwego handlu i destrukcyjnych inwestycji – przestrzenią budowania demokratycznych systemów żywnościowych i gospodarczych, a także sprawiedliwej i zrównoważonej przyszłości [9].
Kamieniem milowym w rozwoju koncepcji suwerenności żywnościowej było Międzynarodowe Forum Suwerenności Żywnościowej, które odbyło się w 2007 r. w Mali z udziałem 500 osób z 80 krajów, przedstawicieli/-ek organizacji chłopskich, ekologicznych, ruchów kobiecych, miejskich i innych. Przyjęta wówczas Deklaracja Nyeleni jest ucieleśnieniem i syntezą wizji ruchu na rzecz suwerenności żywnościowej:
„Suwerenność żywnościowa to prawo ludzi do zdrowego i zgodnego z ich kulturą jedzenia produkowanego w oparciu o ekologiczne i zrównoważone metody, a także ich prawo do definiowania własnych systemów żywnościowych i rolnych. W centrum systemu żywności stawia aspiracje i potrzeby tych, którzy produkują, dystrybuują i konsumują żywność, a nie wymagania rynków i korporacji. Suwerenność żywnościowa staje w obronie interesów przyszłych pokoleń, żądając uwzględnienia ich w debacie […] Suwerenność żywnościowa nadaje priorytet gospodarkom i rynkom lokalnym oraz narodowym, wspiera drobne rolnictwo chłopskie i rodzinne, tradycyjne rybołówstwo, pasterstwo wypasowe oraz produkcję, dystrybucję i konsumpcję żywności w oparciu o zasady ekologicznego, społecznego i gospodarczego zrównoważenia. Suwerenność żywnościowa oznacza nowy rodzaj relacji społecznych, wolny od ucisku i nierówności pomiędzy mężczyznami i kobietami, narodami, grupami rasowymi, klasami społecznymi oraz pokoleniami” [10].
Sześć zasad Suwerenności Żywnościowej [11] zawartych w Deklaracji przyjętej w Nyeleni w Mali w 2007 r.:
Żywność dla ludzi: suwerenność żywnościowa sprzeciwia się postrzeganiu żywności jako jeszcze jednego towaru lub elementu w systemie kontrolowanym przez międzynarodowe przedsiębiorstwa rolno-spożywcze. Powszechne – niezależne od sytuacji społecznej, ekonomicznej i politycznej – prawo ludzi, społeczności i narodów do zdrowej i zgodnej z lokalną kulturą żywności powinno być sercem systemów zarządzania rolnictwem, hodowlą, rybołówstwem, a także dystrybucji ich produktów.
Docenienie wytwórców żywności: suwerenność żywnościowa docenia pracę jaką (kobiety i mężczyźni) chłopi, drobni rolnicy, pasterze, rybacy, nomadzi i ludność rdzenna, a także najemni robotnicy rolni, w tym migranci, wkładają w produkcję, zbiór i przetwarzanie żywności. Chce chronić ich prawa i sprzeciwiać się działaniom, które im zagrażają.
Lokalne systemy żywnościowe: suwerenność żywnościowa likwiduje dystans pomiędzy wytwórcami żywności a jej konsumentami, umieszczając jednych i drugich w centrum procesu podejmowania decyzji w sprawach żywności. Na lokalnych rynkach chroni wytwórców żywności przed dumpingowymi cenami i negatywnymi skutkami pomocy żywnościowej, natomiast konsumentów ochrania przed żywnością niskiej jakości, żywnością skażoną GMO oraz nieodpowiednio udzielaną pomocą żywnościową. Sprzeciwia się działaniom rządów i międzynarodowych instytucji mającym na celu promowanie niezrównoważonego i niesprawiedliwego handlu międzynarodowego, który oddaje władzę nad systemami żywnościowymi odległym i nieprzewidywalnym korporacjom.
Lokalna kontrola nad zasobami: suwerenność żywnościowa przekazuje kontrolę nad terytoriami, ziemią uprawną, pastwiskami, wodą, nasionami, zwierzętami i rybami lokalnym wytwórcom żywności i respektuje ich prawa. Ich użytkowanie powinno być społecznie i ekologicznie zrównoważone, a także nie zagrażać zachowaniu naturalnej różnorodności biologicznej. Suwerenność żywnościowa sprzeciwia się prywatyzacji wspólnych dóbr i zasobów, a także poddawaniu ich regułom gospodarki wolnorynkowej.
Rozwijanie wiedzy i umiejętności: suwerenność żywnościowa pracuje na rzecz zachowania, wsparcia i rozwoju miejscowej wiedzy, praktyk i umiejętności wytwórców żywności i lokalnych społeczności. Wiedza jest dobrem wspólnym, a suwerenność żywnościowa sprzeciwia się technologiom, które jej zagrażają, chcą ją komercjalizować bądź dążą do jej zawłaszczenia.
Współpraca z naturą: suwerenność żywnościowa używa metod agroekologicznych, które wymagają niewielkich nakładów zewnętrznych, wykorzystują naturalne siły przyrody oraz wzmacniają odporność i zdolności adaptacyjne agrosystemów, szczególnie w kontekście zmian klimatu. Dąży do uzdrowienia planety, tak aby planeta mogła uzdrowić nas. Odrzuca metody, które zagrażają dobroczynnym funkcjom ekosystemów, niszczą środowisko i przyczyniają się do globalnego ocieplenia klimatu, takie jak monokultury, chów przemysłowy, niezrównoważona eksploatacja łowisk i wszelkich innych zasobów.
Agroekologia – suwerenność żywnościowa w praktyce
„Agroekologia jest odpowiedzią na pytanie, w jaki sposób zmienić i naprawić nasz system żywnościowy i życie obszarów wiejskich, które zostały zniszczone przez rolnictwo przemysłowe oraz tak zwane Zielone i Niebieskie Rewolucje. Uważamy agroekologię za kluczową formę oporu wobec systemu gospodarczego, który przedkłada zyski ponad ludzi. Przemysłowy system żywnościowy jest główną przyczyną licznych kryzysów: klimatycznego, żywnościowego, ekologicznego, zdrowia publicznego i innych. Umowy o wolnym handlu i korporacyjne porozumienia inwestycyjne, umowy w sprawie rozstrzygania sporów pomiędzy inwestorami a państwami oraz fałszywe rozwiązania, takie jak rynki emisji związków węgla, a także postępująca »finansjalizacja« ziemi i żywności – wszystkie z nich powodują dalsze pogłębianie się tych problemów. Agroekologia w ramach suwerenności żywnościowej oferuje nam wspólną ścieżkę do przezwyciężenia wymienionych wyżej kryzysów” – głosi Deklaracja Międzynarodowego Forum na rzecz Agroekologii.
Podczas gdy suwerenność żywnościowa jest koncepcją, która tworzy ramy dla zrozumienia systemu żywnościowego i jego transformacji, agroekologia jest jej praktyką – zbiorem konkretnych metod i sposobów działania mających na celu jej realizację. Sednem agroekologii jest pogląd, że systemy rolne powinny naśladować poziom bioróżnorodności i funkcjonowanie naturalnych ekosystemów. Termin agroekologia został po raz pierwszy użyty przez amerykańskiego agroekonoma Basina Bensina i początkowo oznaczał przede wszystkim zastosowanie nauk ekologicznych w poszukiwaniu bardziej zrównoważonego modelu rolnictwa. Stopniowo pionierzy agroekologii zdali sobie sprawę ze znaczenia wiedzy rolników i ludów tubylczych dla innowacji agroekologicznych. Dzisiaj „podejścia agroekologiczne świadomie dążą do połączenia praktycznej wiedzy rolników i ludów tubylczych z najnowszymi odkryciami ekologii jako nauki”[12]. W latach 90. zakres zainteresowania agroekologii poszerzył się z agroekosystemów na cały system żywnościowy, co doprowadziło do ściślejszych powiązań z organizacjami rolników, obywatelskimi grupami konsumenckimi i ruchami społecznymi. Dziś dla wielu organizacji rolników i ruchów społecznych agroekologia jest jednoznacznie powiązana z suwerennością żywnościową, stając się integralnym systemem obejmującym cały łańcuch produkcji i dystrybucji żywności – od gleby po organizację społeczeństw.
Odpowiedzią rządów, instytucji międzynarodowych i wielkiego biznesu na bezprecedensowy, zagrażający podstawom życia na ziemi kryzys, jest tzw. nowa Zielona Rewolucja. To naukowe i technologiczne innowacje, które mają umożliwić intensyfikację produkcji bez uszczuplania zasobów i zwiększania zanieczyszczenia środowiska naturalnego. Jest to eklektyczna mieszanka niektórych praktyk agroekologicznych, np. agroleśnictwa i płodozmianu, i technologii rolnictwa przemysłowego: upraw odpornych na herbicydy, toksycznych środków owadobójczych, modyfikowanych genetycznie roślin i zwierząt, olbrzymich monokultur upraw przeznaczonych na eksport, opatentowanych nasion i technologii oraz przemysłowej hodowli zwierząt. Częścią tego podejścia jest również rynek handlu emisjami CO2.
Są to fałszywe rozwiązania – w gruncie rzeczy oznaczają kontynuację dotychczasowego scenariusza rolnictwa przemysłowego, a także dalsze utowarowienie natury i zwiększenie kontroli ponadnarodowych korporacji, których nadrzędnym celem jest powiększanie zysków, nad wszystkimi ogniwami łańcucha produkcji i dystrybucji żywności, ze wszystkimi katastrofalnymi tego konsekwencjami. Utrwalają struktury, które nadają priorytet rozwojowi rynku przed ochroną środowiska i dobrostanem człowieka. A ponieważ kierują się taką samą absurdalną logiką nieograniczonego wzrostu i zysku, która doprowadziła nas do obecnego kryzysu, mogą go jedynie bardziej pogłębić.
W przeciwieństwie do nowej Zielonej Rewolucji, planowanej w laboratoriach sponsorowanych przez wielki biznes oraz w gabinetach szefów koncernów i polityków, agroekologia jest tworzona oddolnie, wyrasta z żywego doświadczenia tych, którzy od tysięcy lat uprawiają ziemię i nadal, gospodarując na zaledwie 25 procentach gruntów rolnych, wytwarzają 70 procent żywności na świecie. Agroekologia stosuje praktyki, które udowodniły swoją wartość na przestrzeni wielu generacji i opierają się na „zasadach ekologicznych, takich jak: wspomaganie życia biologicznego w glebie, recykling składników odżywczych, dynamiczne zarządzanie bioróżnorodnością i oszczędność energii bez względu na skalę”, korzystając przy tym z nowoczesnej wiedzy o roślinach i ekosystemach. Nie używa „chemicznych środków ochrony roślin, sztucznych hormonów, GMO i innych nowych niebezpiecznych technologii” [13].
Praktyka agroekologii jest wspierana przez horyzontalną wymianę wiedzy pomiędzy chłopami (lub rolnikami) i wdrażana w oparciu o ocenę realiów konkretnych gospodarstw. System agroekologiczny opiera się na różnorodności biologicznej, integracji roślin, drzew i zwierząt w tym samym miejscu – w skrócie, na polikulturze. W dłuższej perspektywie agroekologia zmierza do zmniejszenia zależności rolników od nakładów zewnętrznych, przyczyniając się do autonomii rodzin i społeczności wytwarzających żywność. Jednocześnie jej celem jest redukcja uzależnienia społeczności od produktów importowanych, a czyni to poprzez rozwijanie lokalnych sieci dystrybucji. Ponadto agroekologia dąży do stworzenia bezpośrednich więzi pomiędzy rolnikami a nie-rolnikami – poprzez kolektywne tworzenie systemów żywnościowych, które są sprawiedliwe i zrównoważone ekologicznexiv. Poprzedni Specjalny Sprawozdawca ONZ ds. prawa do żywności, Olivier De Schutter, rozwiał wątpliwości w kwestii tego, czy metody agroekologiczne mogą zapewnić wystarczającą ilość żywności. W swoim raporcie dla Rady Praw Człowieka z marca 2011 r., napisał: „Agroekologia może podwoić produkcję żywności w całych regionach w ciągu dziesięciu lat, łagodząc jednocześnie zmiany klimatu i zmniejszając ubóstwo na wsi” [14].
Podczas gdy dominujący system żywnościowy podporządkowuje środowisko naturalne gospodarce rynkowej, model agroekologiczny poprawia to „odwrócenie”, postrzegając gospodarkę, jako „jednostkę zależną” od większego ekosystemu planety. Uznaje, że niezbędna jest „równowaga pomiędzy naturą, wszechświatem a istotami ludzkim” oraz „fakt, że jako ludzie jesteśmy tylko częścią natury i wszechświata”. Odrzuca „przekształcanie w towar jakichkolwiek form życia” [16].
Równocześnie agroekologia ma bardzo mocny aspekt polityczny – odnosi się do politycznych i strukturalnych przyczyn dzisiejszego kryzysu i „wymaga od nas zakwestionowania i przekształcenia struktur władzy w społeczeństwie”, aby „oddać kontrolę nad nasionami, bioróżnorodnością, ziemią i terytoriami, wodą, wiedzą, kulturą i innymi dobrami wspólnymi w ręce ludzi, którzy karmią świat”. Rozpowszechnianie agroekologii, skuteczny opór wobec korporacyjnej kontroli systemu żywnościowego i budowanie alternatyw są możliwe dzięki „kolektywnej samoorganizacji i wspólnemu działaniu […] rodziny, społeczności, kolektywy, organizacje i ruchy społeczne są żyzną glebą, na której rozkwita agroekologia”. Kluczowe znaczenie ma „solidarność pomiędzy narodami oraz mieszkańcami wsi i miast” [17].
Agroekologia docenia rolę kobiet i dąży do równouprawnienia płci: „Kobiety – ich wiedza, wartości, wizje i przywództwo – mają kluczowe znaczenie dla dalszego rozwoju. Migracje i globalizacja powodują, że kobiety coraz więcej pracują, a jednocześnie mają o wiele gorszy dostęp do zasobów. Należy doprowadzić do równej dystrybucji władzy, zadań, wynagrodzeń i możliwości podejmowania decyzji” [18].
Wartość agroekologii została doceniona przez Organizację Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO). Agenda ONZ określiła ją jako system „integrujący koncepcje ekologiczne i społeczne w projektowaniu i zarządzaniu produkcją rolną i systemami żywnościowymi, jednocześnie optymalizując interakcje pomiędzy roślinami, zwierzętami, ludźmi i środowiskiem”. Uznała ponadto, że agroekologia oferuje „unikalne podejście do kwestii zaspokojenia znacznego wzrostu zapotrzebowania na żywność w przyszłości, gwarantując jednocześnie, że nikt nie zostanie pominięty” [19].
Ubiegłoroczny raport Komitetu ds. Światowego Bezpieczeństwa Żywnościowego ONZ stwierdza, że agroekologia „stała się nadrzędnymi ramami politycznymi, w których wiele ruchów społecznych i organizacji chłopskich na całym świecie dochodzi swoich wspólnych praw i domaga się różnorodności systemów rolniczych i żywnościowych przystosowanych do warunków lokalnych, które są głównie tworzone przez drobnych producentów żywności”. Ruchy te „kładą nacisk na konieczność budowania mocnych związków pomiędzy agroekologią, prawem do żywności i suwerennością żywnościową” i postrzegają ją „jako walkę polityczną, wymagającą od ludzi zakwestionowania i zmiany struktur władzy w społeczeństwie” [20].
Podsumowując: agroekologia jest podejściem prawdziwie demokratycznym; opartym na niezależnej nauce i tradycyjnej wiedzy zgromadzonej przez poprzednie pokolenia, i wypływa z autentycznej troski o dobro gatunku ludzkiego i całej planety. Odnosi się do rzeczywistych przyczyn kryzysu – niesprawiedliwego, zdominowanego przez interesy ponadnarodowych korporacji i instytucji finansowych systemu, który opiera się na absurdalnym paradygmacie wzrostu gospodarczego i podsycanej przez ten system ludzkiej chciwości. Społeczności kierujące się zasadami agroekologii i suwerenności żywnościowej dążą do jak największego uniezależnienia od nakładów/dostaw zewnętrznych i do samowystarczalności, a zatem są o wiele bardziej odporne na wstrząsy związane z załamaniem rynku i fluktuacjami na rynkach finansowych. Nie trzeba chyba wyjaśniać jak bardzo to ważne w kontekście prawdopodobnej całkowitej, niekontrolowanej dezintegracji obecnego systemu.
Dzisiaj odbyło się trzygodzinne wysłuchanie komitetu obywatelskiego „Koniec Epoki Klatkowej – End the Cage Age” w Parlamencie Europejskim. Było ono ostatnim etapem przed decyzją Komisji Europejskiej w tej sprawie. Zmiana dotyczyłaby ponad 340 milionów zwierząt hodowanych w krajach UE (w tym ponad 43 miliony zwierząt hodowlanych w Polsce).
Wysłuchanie było kolejnym etapem procesu, który w 2018 roku zapoczątkowała fundacja Compassion in World Farming ze swoim polskim oddziałem Compassion Polska oraz w koalicji ze 170 organizacjami z całej Europy. Rozpoczął się on od zebrania niemal 1 400 000 podpisów pod Europejską Inicjatywą Obywatelską „Koniec Epoki Klatkowej” i złożenia ich przed Komisją Europejską. Wysłuchanie przed Parlamentem Europejskim poprzedza ostateczną decyzję Komisji Europejskiej w sprawie europejskiego zakazu chowu klatkowego zwierząt hodowlanych.
– To decyzja, która zrewolucjonizuje polskie i europejskie rolnictwo – komentuje Małgorzata Szadkowska, prezeska Compassion Polska i członkini komitetu obywatelskiego Koniec Epoki Klatkowej – Wiemy, że bezklatkowe systemy hodowli są możliwe do wprowadzenia tu i teraz, są ekonomicznie opłacalne i co więcej, z dobrym skutkiem stosowane już w wielu krajach w Europie. Przepisy unijne dotyczące zwierząt hodowlanych są przestarzałe i zostały wprowadzone ponad 20 lat temu, obecnie poziom naszej wiedzy na temat dobrostanu świń, kur czy cieląt jest nieporównywalnie większy. Naprawdę już najwyższy czas, żeby UE dostosowała przepisy tak, aby były zgodne z aktualnym poziomem wiedzy naukowej. Bardzo cieszy mnie tak pozytywny wydźwięk dzisiejszego przesłuchania parlamentarnego i poparcie dla naszej inicjatywy.
W trakcie wysłuchania, na temat zakazu chowu klatkowego wypowiadali się zarówno członkowie komitetu obywatelskiego, jak i politycy, naukowcy oraz hodowcy.
– Dorastałem na intensywnej farmie drobiu moich rodziców, która zbankrutowała w 2007 roku. To zmusiło mnie to do przemyślenia modelu produkcji, który stosowaliśmy. Używałem klatek przez wiele lat. Teraz wiem, że wszystkie zwierzęta potrzebują przebywać na zewnątrz. Nasze kury nioski nie są trzymane w klatkach, a nasze wyniki finansowe są bardzo dobre – mówił hodowca z Holandii, Ruud Zanders.
– Mamy wiele funduszy unijnych, które mogą być wykorzystane na odchodzenie od chowu klatkowego na rzecz alternatywnych metod hodowli. Jest pełne poparcie Komisji dla takiej transformacji – powiedział Janusz Wojciechowski, unijny komisarz UE ds. Rolnictwa – Dobrostan zwierząt leży w samym sercu Zielonego Ładu i mnie osobiście zależy na tym, żeby go poprawić. Chów klatkowy jest częścią szerszego problemu jakim jest intensyfikacja produkcji, która nie była wyborem rolników. I rolnicy też na tym cierpią.
– Otrzymałam listy wsparcia dla inicjatywy Koniec Epoki Klatkowej zarówno od rolników, jak i firm branży spożywczej czy towarzystw weterynarzy. To pokazuje, jak ważny jest obecnie dobrostan zwierząt – dodawała Stella Kyriakides, unijna komisarz ds. zdrowia i bezpieczeństwa żywności.
– Wspieramy w pełni tę inicjatywę. Nowa Wspólna Polityka Rolna powinna wspierać odejście od chowu klatkowego – wsparł Koniec Epoki Klatkowej Guillaume Cros, reprezentant Europejskiego Komitetu Regionów.
W Unii Europejskiej hoduje się rocznie ponad 340 milionów zwierząt w klatkach. W Polsce: ponad 43 miliony (głównie kury, króliki hodowane na mięso, świnie w kojcach porodowych i indywidualnych, cielęta w kojcach indywidualnych). Przed wysłuchaniem w PE, Koniec Epoki Klatkowej został poparty przez ponad 140 naukowców oraz gigantów branży spożywczej, takich jak Ferrero, Nestlé czy Mondelēz.
Ostateczne ustosunkowanie się Komisji Europejskiej do treści inicjatywy nastąpi w przeciągu trzech miesięcy od wysłuchania.
Źródło: Compassion Polska (częścią międzynarodowej organizacji Compassion in World Farming). Pełne nagranie wysłuchania znaleźć można na stronie Parlamentu Europejskiego
W latach 2011-2030 Polska wyemituje o 529 mln ton CO2 więcej niż mogłaby wyemitować, gdyby rząd realizował swoje własne plany – szacują eksperci Instratu. Przeanalizowali polską politykę klimatyczną i w nowym raporcie wytykają rządzącym nie tylko brak ambitnych celów, ale na dodatek nieskuteczną realizację przyjętych już programów.
– W ciągu ostatniej dekady polski rząd dopuścił do serii zaniechań w realizacji swoich programów klimatycznych. Emisja CO2 w 2020 roku była wyższa o 27 mln ton niż mogła być, gdyby rząd skutecznie realizował własne plany. Jeśli nie poprawi się skuteczność wdrażania istniejących już polityk, to nadmierne emisje, czyli takie, których można uniknąć, będą dalej rosły, by w 2030 się podwoić – mówi Adrianna Wrona, ekonomistka w Fundacji Instrat, współautorka raportu.
Instrat przeanalizował politykę klimatyczną rządu w obszarach elektroenergetyki, transportu, ogrzewnictwa indywidualnego oraz przemysłu. Do długiej listy grzechów decydentów eksperci zaliczają: wieloletnią politykę subsydiowania węgla, ograniczanie rozwoju OZE, nieudolność w eliminacji z dróg starych, wysokoemisyjnych pojazdów oraz nieskuteczną próbę elektryfikacji transportu, a także brak spójnej strategii dotyczącej redukcji emisji z sektora mieszkalnego czy przemysłu.
– Cele redukcji emisji na 2020 rok najprawdopodobniej nie zostały osiągnięte, a zagrożone są również te na rok 2030. To poskutkuje ograniczeniem unijnych środków na transformację energetyczną, wzrostem cen i importu energii oraz zagrożeniem dla konkurencyjności gospodarki – ostrzega Paweł Czyżak, ekonomista w Fundacji Instrat, współautor raportu.
Jednak dobra realizacja istniejących polityk i planów nie wystarczy. Obecne cele redukcji emisji gazów cieplarnianych zakładane w ramach Polityki Energetycznej Polski do 2040 r. i Krajowego Planu na Rzecz Energii i Klimatu są niewystarczające, by Polska wypełniła swoje zobowiązania wynikające z Porozumienia paryskiego. Ponadto Polska, jako jedyny kraj w UE, wciąż nie zadeklarowała neutralności klimatycznej do 2050 roku.
Raport Instratu ukazał się przed planowanym na 22-23 kwietnia szczytem przywódców w sprawie klimatu, który organizuje prezydent Stanów Zjednoczonych, Joe Biden. Szczyt jest okazją do podkreślenia konieczności pilnego działania w sprawie kryzysu klimatycznego. Ma wziąć w nim udział prezydent Andrzej Duda.
– Klimat to nasze wspólne dobro. Rządy państw powinny zrobić wszystko, aby obniżyć emisje do poziomu, który pozwoli zatrzymać wzrost temperatury do 1,5 st. Celsjusza i zapewnić nam bezpieczeństwo klimatyczne. Zwłaszcza w przededniu szczytu przywódców w sprawie klimatu bardzo uderza to, że polski rząd wciąż zwleka z przyjęciem deklaracji o neutralności klimatycznej – mówi Ilona Jędrasik z ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.
Naprawianie szkód wyrządzonych przez ludzi, wynikających z nałogu emisji gazów cieplarnianych, jest ważnym, wymagającym działania aktem altruizmu wobec wszystkich istot żywych, które będą zamieszkiwać przyszłą Ziemię.
Wiemy, że wyrządzamy im krzywdę, więc chcemy im pomóc. Planeta ociepliła się już o ponad jeden stopień w stosunku do temperatur sprzed epoki przemysłowej, ponieważ wielu ludzi w przeszłości postanowiło nie pomagać. A dzięki nieustannemu natłokowi złych decyzji podejmowanych współcześnie przez ludzi, jesteśmy na dobrej drodze do znacznego pogorszenia sytuacji.
Problem klimatyczny istnieje, ponieważ ludzie sprawili, że istnieje. Trwa, ponieważ ludzie sprawiają, że trwa. Oto jest właśnie owe „antro” w antropogenicznej zmianie klimatu.
Te decyzje dotyczą nas wszystkich, ale niektórzy poniosą cięższe ich konsekwencje niż inni. W stosunku do miliardów ludzi na świecie, jestem zamożną osobą, która korzystała z zagranicznych lotów, jeździła prywatnym samochodem napędzanym paliwami kopalnymi i mieszkała w trzech krajach, z których każdy czerpał korzyści ze spalania lub sprzedaży (lub obu) ogromnych ilości paliw kopalnych. Jestem gorszy niż moi krewni mieszkający w Indiach, ale nigdy nie będę tak zły jak dyrektor generalny firmy produkującej paliwa kopalne, którego osobistym wyborem stylu życia jest budzenie się każdego dnia i aktywne ułatwianie pogarszania się największego zagrożenia, przed jakim stanął nasz gatunek. Ci ludzie mają osobisty ślad węglowy, który eliminuje gatunki i wygasza ludzkie życie.
Im gorsze decyzje, tym większe emisje i tym gorsze skutki. Prawdopodobnie proces nie zachodzi całkowicie liniowo, a dokładne szczegóły dotyczące tego, jak złe są skutki emisji każdej dodatkowej cząsteczki gazu cieplarnianego, którą wyrzucamy w niebo i morze, są rozmyte, ponieważ niektóre skutki klimatyczne wiążą się z uwolnieniem dodatkowych emisji, które przyczyniają się do eskalacji problemu. Nie, nie „przechyliliśmy” jeszcze systemu poza punkt, z którego nie ma powrotu, ale tak, to zagrożenie powinno zwiększyć pilność redukcji emisji.
Wszystko w działaniach na rzecz klimatu sprowadza się do podjęcia decyzji o zaniechaniu emisji. Oznacza to zaprzestanie wydobywania paliw kopalnych, demontaż infrastruktury służącej do ich przenoszenia, stworzenie tanich zamienników dla funkcji, które one pełnią, usunięcie z nieba istniejących gazów cieplarnianych na tyle, na ile możemy, i zrobienie tych wszystkich rzeczy tak szybko, jak to możliwe, przy jednoczesnym poszanowaniu praw, środków do życia i bezpieczeństwa wszystkich ludzi zaangażowanych w największą przemianę, jaką kiedykolwiek przeszedł nasz gatunek (nie zapominajmy o ochronie całego procesu przed działającymi w złej wierze opóźnieniami ze strony przemysłu kopalnego i unikaniu pogłębiania wcześniej istniejących chorób społecznych).
Problem stworzony przez człowieka jest problemem, który może być rozwiązany przez człowieka. Zmiany klimatyczne to katastrofa będąca skutkiem konkretnych decyzji. Nic po przeczytaniu tego tekstu nie jest gwarantowane. Jeśli zgadzasz się z ideą, że my, z wielkim trudem, ale możemy się zmienić lub zostać zmuszeni do zmiany – zdolność do wyboru jednej ścieżki zamiast innej – oznacza to, że wierzysz, że szkodliwość zużycia paliw kopalnych może zostać obniżona o wiele mocniej i szybciej niż wynikałoby z obecnie obranej ścieżki. Taka filozofii nie wprowadza żadnych ograniczeń, żadnego pułapu dla podjętej walki. Jest tylko spektrum trudności i tykający zegar fizyki atmosferycznej.
W niedawno opublikowanym raporcie dużej australijskiej organizacji naukowej znalazło się coś, co podskórnie jest w konflikcie w powyższym poglądem, i przez co tak się tym przejąłem, że postanowiłem to skomentować.
Skazani na zagładę
W 2015 roku światowe rządy i ciała eksperckie doszły do wniosku, że powinniśmy dążyć do ograniczenia temperatur na świecie, na pewno do poziomu znacznie poniżej 2 stopni, a najlepiej około 1,5 C powyżej poziomu sprzed epoki przemysłowej.
Naukowcy zajmujący się klimatem mogą obliczyć ilość gazów powodujących ocieplenie klimatu (gazów cieplarnianych, GHG), które moglibyśmy uwolnić, aby przesunąć planetę poza ten „preferowany” punkt 1,5. W ostatnim raporcie kluczowa australijska organizacja naukowa, Akademia Nauk, dokonała obliczeń, ile gigaton pozostało, i oświadczyła, że:
„Po dekadach niewystarczających działań na rzecz redukcji emisji gazów cieplarnianych, budżet emisji dla celu 1,5°C skurczył się do zakresu 40-135 Gt C. Ograniczenie wzrostu temperatury do niższego celu Porozumienia Paryskiego (1,5°C) jest niezwykle trudne, a przy pozostających jeszcze tylko trzech lub czterech latach emisji na obecnym poziomie, cel stał się praktycznie niemożliwy do osiągnięcia”.
Nie byłem wtedy pewien dlaczego, ale to twierdzenie było dla mnie niczym skrobanie palcem po tablicy. Stosuje mętny język, ale jest w raporcie pewnie powtarzający się motyw – Akademia Nauk w trzech różnych miejscach opisuje ambicję 1,5 C jako „praktycznie niemożliwą”, „niezwykle trudną” i „skrajnie nieprawdopodobną”. Wniosek jest prosty: jeśli coś jest bardzo trudne, to znaczy, że nie da się tego zrobić.
W mediach zostało to ze zrozumiałych względów tak właśnie zinterpretowane – nie jako wyznacznik ogromnego wysiłku, jaki trzeba włożyć w osiągnięcie celu, ale jako zapowiedź zagłady i porażki:
Przesłanie jest proste: nie możemy nic zrobić, aby zapobiec globalnemu wzrostowi temperatury na tym poziomie. Jesteśmy „praktycznie skazani” na przekroczenie tego poziomu. Jeśli coś jest „praktycznie niemożliwe”, nie poświęcamy czasu, wysiłku ani pieniędzy, aby to zrobić – ten maleńki piksel prawdopodobieństwa jest tak mały, że równie dobrze można to potraktować jako niemożliwe. Niektórzy twierdzą nawet, że „praktycznie” to bezsensowne ustępstwo – wystarczy przyznać, że ograniczenie ocieplenia do tego celu jest tak samo nierealne jak podróże w czasie czy teleportacja.
Nic praktycznie niemożliwego
Różnice między 1,5 C wpływu paliw kopalnych a 2 C wpływu paliw kopalnych są znaczące. Jak wyjaśniono w raporcie IPCC z 2018 r., globalnego organu ds. klimatu, przystanie na 2 C oznacza ogromny wzrost skutków klimatycznych, szczególnie w krajach Globalnego Południa.
Mieszkańcy tych krajów nie mieli wiele do powiedzenia w debacie o „niemożliwości”. „Raport stwierdza, że znaczące skutki klimatyczne występują już przy 1,5˚C, szczególnie w odniesieniu do obszarów nisko położonych, ludzkiego zdrowia i oceanów. Skutki te uderzą najmocniej w biednych i najbardziej wrażliwych ze względu na utratę środków do życia, brak bezpieczeństwa żywnościowego, przesiedlenia ludności, skutki zdrowotne i inne” – napisał World Resources Institute.
Z raportu Akademii Nauk wynika, że każdy człowiek, który zadecyduje o losie pozostałych gigaton, podejmie konkretną decyzję, a my nie możemy nic zrobić, aby go powstrzymać. W związku z tym, elastyczny cel paryskiego porozumienia klimatycznego nie powiódł się, a my musimy zaangażować się w taktyczny odwrót, aby zapobiec gorszym skutkom.
Matematyka jest tutaj nieostra
Być może słyszeliście czasami krytykowane zdanie, że zostało nam „tylko 12 lat” na rozwiązanie problemu zmian klimatycznych. Pojawiło się to w 2018 r., w oparciu o mniej więcej tę samą koncepcję: jeśli nadal będziemy działać na obecnych poziomach, jak długo potrwa, aż wyemitujemy tyle, że 1,5 C ocieplenia stanie się nieuniknione? Ten raport Akademii Nauk jest taki sam jak tamten, z wyjątkiem tego, że zamiast tego pojawia się od 3 do 4 lat.
Matematyka leżąca u podstaw tego progu spotkała się z krytyką ze strony innych badaczy klimatu. Świetny artykuł w Guardian Australia napisany przez Grahama Readfern”a i Adama Mortona opisał szczegóły tej niezgody. Zachęcam do przeczytania go w całości.
Kluczowy punkt sporu: jaka jest magiczna liczba gigaton, która spowoduje, że temperatura na naszej planecie przekroczy 1,5°C? Odpowiedź brzmi: nie wiemy, ale możemy domyślać się zakresu. Jeśli wybierzemy najniższą z niskich wartości, prawdopodobnie jesteśmy skazani na zagładę. Jeśli wybierzemy wyższą wartość, mamy szansę. Przekroczenie 1,5 C również wiąże się z pewnymi zastrzeżeniami – można przekroczyć, a później spaść poniżej.
Jak podkreślają niemal wszyscy aktywnie zaangażowani w walce, nie ma znaczenia, jaki jest ten cholerny cel. Musimy z całych sił naciskać na przeciwdziałanie zagrożeniu, tak jak robimy to w przypadku COViD19 („Dążymy do tego, by do kwietnia liczba zgonów spadła poniżej 100 dziennie” nie jest czymś, co słyszy się zbyt często). „Zmiany klimatyczne to nie klif, z którego spadamy, ale stok, po którym zjeżdżamy” – pisze klimatolożka Kate Marvel.
To prawda, ale każda korporacyjna, rządowa i międzynarodowa sprawa dotycząca klimatu nadal używa języka i metryk porozumienia paryskiego z 2015 roku. Dopóki to się nie zmieni, sposób, w jaki mówimy o progach, ma naprawdę duże znaczenie. I nawet w ramach „redukcji szkód” dyskursu klimatycznego, masywny ceglany mur nieprzeniknionej niemożności, który pojawia się wzdłuż zbocza, po którym się zsuwamy, wciąż stanowi problem.
Istnieje zamieszanie wokół potencjalnych działań
Jednym ze stałych problemów, który ciągle pojawia się w dyskusjach na ten temat, jest to, że istnieje wiele raportów i analiz, które mówią, że jeśli będziemy się trzymać naszego obecnego poziomu skupiania się w niewystarczające działania i słabe zobowiązania, to znacznie przekroczymy nie tylko 1,5°C, ale o wiele wyższe poziomy wzrostu temperatur. Jest to uwarunkowane założeniem, że nie będzie żadnych zmian w tym, co robimy teraz.
Raport Akademii Nauk nie zawiera tego zastrzeżenia. Nie jest to „praktycznie niemożliwe przy naszych obecnych zobowiązaniach” – jest to po prostu praktycznie niemożliwe. Ten brak jasności oznacza, że niektórzy interpretowali to jako „mamy przechlapane, chyba że zrobimy więcej”, a inni jako „mamy przechlapane, bo nigdy nie zrobimy więcej”.
W 2017 roku Glen Peters, badacz z norweskiego centrum klimatycznego CICERO, napisał szczegółowy wpis na blogu, w którym przedstawił ogromne przeszkody, które trzeba przeskoczyć w globalnej jedności, aby osiągnąć ambitne cele paryskiego porozumienia klimatycznego. Jest to jasne wyjaśnienie, jak szalenie trudno jest nie tylko utrzymać się poniżej 1,5, ale także poniżej 2 stopni:
„Po pierwsze, polityka będzie posuwać się naprzód wolniej niż oczekiwano, ponieważ politycy muszą równoważyć konkurujące ze sobą cele i trudno będzie im dostrzec, że klimat będzie tym obszarem polityki, który przeważy nad wszystkimi innymi.
Po drugie, jestem przekonany, że przy wsparciu rządów i przedsiębiorstw dokonamy postępu technologicznego w kluczowych obszarach, ale jestem mniej przekonany, że uda nam się wycofać istniejącą infrastrukturę paliw kopalnych w wymaganym tempie.
Po trzecie, technologie usuwania dwutlenku węgla są technicznie wykonalne, ale jestem sceptyczny co do tego, czy uda nam się osiągnąć wymaganą skalę usuwania dwutlenku węgla.
I wreszcie, najtrudniejsze łagodzenie skutków będzie miało miejsce w krajach, które najbardziej potrzebują wzrostu gospodarczego”.
Wiele z obaw Glena z 2017 r. pozostało całkowicie aktualnych. Infrastruktura paliw kopalnych nadal się trzyma, a polityka nadal pozostaje w tyle. Technologia usuwania dwutlenku węgla pozostaje w większości przypadków w fazie innowacji. Kraje rozwijające się bawią się pomysłem przeskoczenia paliw kopalnych, ale z różnym skutkiem. W ciągu czterech lat wiele się wydarzyło – o wiele więcej niż ktokolwiek się spodziewał – ale to jeszcze za mało.
Niezależnie od tego, nic z listy Glena nie jest niemożliwe, ani nawet tak dalekie od osiągnięcia. Wszystko z tej listy można by wprowadzić w życie, gdyby społeczeństwo, liderzy, biznes i aktywiści włożyli w to odpowiedni wysiłek.
Ważne jest, aby zastanowić się nad przyczynami, dla których to się jeszcze nie stało, pomimo wielu nieustannych wysiłków ze strony aktywistów, działaczy i różnych innych ludzi zajmujących się klimatem i energią. Oto najważniejszy z nich: przemysł paliw kopalnych jest zadziwiająco dobry w rozpoznawaniu zagrożeń dla swoich dochodów i w szybkim i agresywnym ich eliminowaniu.
Zostaliśmy zmuszeni do uwierzenia w nieuchronność paliw kopalnych
„Możliwość” jest definiowana kulturowo. Co znajduje się w naszym zestawie narzędzi do redukcji emisji? Każdy z nas może sobie wyobrazić tylko pewien konkretny podzbiór narzędzi. Często to, co sobie wyobrażamy, jest związane z głębokością zmian w społeczeństwie, które jesteśmy skłonni zaakceptować. Niektórzy z nas wzdrygają się na myśl o nawet najmniejszych zmianach w społeczeństwie; inni widzą duże, fundamentalne zmiany jako oczywistą drogę do redukcji emisji.
Niedawno światowy gigant paliw kopalnych, firma Shell, opublikowała własną wizję przyszłości. Jest ona dość prosta: nadal sprzedają ropę naftową i gaz ziemny, są one nadal spalane, a Shell buduje lasy deszczowe o powierzchni siedem razy większej niż cholerna Brazylia.
Czy to praktycznie niemożliwe, żeby garstka ludzi odpowiedzialnych za Shella mogła zdecydować się na zaprzestanie dostarczania surowców, które przyczyniają się do eskalacji zmian klimatycznych? Jeśli każdy wpływowy decydent, który lekkomyślnie decyduje się na przegrzanie naszego jedynego domu, jest przykuty do deterministycznego losu, to czy którykolwiek z nich będzie pociągnięty do odpowiedzialności za serię katastrof, do których prowadzi jego zachowanie?
Przemysł paliw kopalnych jest naprawdę, naprawdę dobry w upewnianiu się, że nie zapuszczamy się zbyt daleko w wizję świata bez nich. Dopuszczają jedynie wyobrażenia ciemności, jaskiń i cierpienia, usilnie starając się przedstawić ich nieobecność jako przerażającą. Argumentując przeciwko „natychmiastowemu” wyłączeniu ropy i gazu oraz przedstawiając niezwykle powolną transformację jako jedyną alternatywę, firmy produkujące paliwa kopalne (i związane z nimi organy rządowe) monopolizują wyobraźnię i uciszają dyskurs. Są w tym piekielnie dobrzy.
Odwrotna sytuacja miała miejsce, gdy rozwój bezemisyjnych źródeł energii, takich jak wiatr i słońce, był przedstawiany jako niszczący sieć i zwiększający rachunki za prąd zwiastun zagłady i ciemności. Okazuje się, że stały się one tanie jak barszcz, a ich masowa integracja w sieciach jest całkowicie wykonalna. Dotychczasowa bierność klimatyczna została zbudowana na chybotliwej konstrukcji zbudowanej ze strachu i kłamstw, a głębię tych kłamstw odkrywamy każdego dnia. Tutaj można przeczytać o taksonomii „dyskursu opóźniania”.
Sprawa jest ważna. Fizyczna wielkość emisji, które mogłaby zostać uwolnione do atmosfery i mórz – które wywróciłaby życie do góry nogami poprzez skok globalnych temperatur powyżej 1,5°C – składa się z plątaniny decyzji podjętych przez ludzi, z których wielu działa z pełną świadomością swoich działań. Wgłębiając się w bałaganiarskie, niezdarne i okropne decyzje podejmowane współcześnie, pomysł, że nie da się tego uniknąć, staje się naprawdę głupi.
Największy truciciel w Australii i jego niemożliwe zamknięcie elektrowni węglowej
Przyjrzyjmy się niedawnemu, doskonałemu przykładowi. AGL Energy, najgorszy emitent korporacyjny w Australii, posiada kilka bardzo dużych elektrowni węglowych i jest odpowiedzialny za aż 8% wszystkich krajowych emisji. Technologia pozwalająca w pełni zastąpić ich potężne, przerośnięte i starzejące się elektrownie węglowe alternatywami o zerowej emisji nie tylko już istnieje w Australii, ale są też tańsze niż węgiel.
Wiadomo, że aby australijski sektor energetyczny był w stanie dostosować się do globalnego celu klimatycznego na poziomie 1,5°C, węgiel musi zostać wyłączony w ciągu dziewięciu lat. Jest to szybka zmiana, ale nie aż tak szybka w porównaniu z poprzednią dekadą. Z pewnością da się to zrobić, jeśli obecna trajektoria zbyt powolnych zmian zostanie skorygowana.
Więc co na to AGL? Czy planują zamknąć swoje elektrownie węglowe wcześniej? A kij wam w oko! Dlaczego? Firma twierdzi, że są one potrzebne ze względu na „niezawodność”, oraz że nie może działać jednostronnie bez ustawodawstwa odnośnie stopniowego wycofywania węgla. To pierwsze twierdzenie jest błędne – wiadomo już, że węgiel w zasadzie nie jest potrzebny w sieci elektroenergetycznej. Udział węgla w brytyjskiej energetyce spadł niemal do zera – niedramatyczny koniec dekad bezkrytycznego straszenia życiem bez węgla. To drugie twierdzenie jest zaś niedorzeczne, biorąc pod uwagę, jak łatwo jest firmie produkującej paliwa kopalne dyktować rządowe prawo, gdy tylko jej się zechce.
AGL próbuje uciec od bycia pociągniętym do odpowiedzialności za swoją decyzję. Niedawno ogłosili restrukturyzację, odłączając swój dział detaliczny od węglowego. Został to okrzyknięte przez kilka mediów jako wspaniały moment dla klimatu, choć w istocie jest to dwulicowy i w pełni świadomy ruch mający na celu obejścia potrzeba dostosowania się do celu 1,5 C.
AGL jest nawet na tyle bezczelna, że opublikowała własne scenariusze, w tym jeden zgodny z 1,5 C, po czym wzruszyła ramionami. Nie ma żadnej tajemnicy, żadnego podstępnego ukrywania się za mylącymi liczbami. Wiedzą, co muszą zrobić, aby dostosować się do celu 1,5 C, wiedzą, że są największym korporacyjnym trucicielem w Australii z dużym zapasem, ale po prostu postanowili tego nie naprawiać. To nie tyle „dyskurs opóźnienia”, co stwierdzenie, że nic ją to nie obchodzi. Czy jak to mówią w Australii: „Yeah… nah”.
Być może spotkali się i zapytali, czy zostaną choćby w najmniejszym stopniu pociągnięci do odpowiedzialności za ogłoszenie planu naruszenia celów klimatycznych, prawidłowo przewidzieli donośne „Nie” i wybrali pole strategicznie: „scenariusz dalszego spalania węgla”. Choćby nawet nie zamknęli swoich elektrowni węglowych przez kolejne trzy dekady, nadal będą mogli twierdzić, że realizują cel „zeroemisyjności netto”:
Czy to niemożliwe, aby AGL zdecydowała się nie zamykać swoich elektrowni węglowych, gdy będę mieć 65 lat? Nie. Wybierają tę ścieżkę, ponieważ w Australii nie ma żadnej presji korporacyjnej ani politycznej, aby dostosować się do ambitnego celu klimatycznego. Nie ma głębokiego, zakorzenionego zrozumienia pilności działania lub konsekwencji porażki.
Kiedy w 2018 r. ukazał się „Specjalny raport IPCC w sprawie globalnego ocieplenia o 1,5°C”, rząd Australii zareagował (a) sugerując, że 91 naukowców stojących za raportem popełniło ogromny błąd i (b) agresywnie odrzucając pomysł wycofania węgla do 2050 r. (tak jest!). „Premier Scott Morrison podkreślił, że to nie jest raport dedykowany Australii, ale całemu świata”, mimo że Australia jest – jestem tego pewien – częścią tego cholernego świata.
Decyzja o wykopaniu przyczyny zmian klimatycznych
Jako kolejny przykład świadomych decyzji, które naruszają cele klimatyczne, firmy w Australii planują masową ekspansję dostaw zarówno węgla, jak i gazu, a żadna z głównych partii politycznych nie jest w najmniejszym stopniu zainteresowana zrobieniem czegokolwiek w tej sprawie. Poniżej zapierająca dech w piersiach lista planowanych nowych i rozbudowywanych kopalni węgla w Australii, pochodząca z najnowszego kwartalnego raportu rządowego.
Czy panowie w garniturach podejmujący decyzje w tych firmach są predestynowani jakimś tajnym biologicznym przymusem? Czy jest naprawdę niemożliwe, żeby mogli się kiedykolwiek zatrzymać lub zostać zatrzymani przez jakąś zewnętrzną siłę: aktywizm, dezinwestycja, presja akcjonariuszy lub załamanie popytu na produkty paliw kopalnych? Czy są pasażerami pociągu poruszającym się po deterministycznych szynach, czy też łodzią na oceanie, targaną wiatrami, która jednak ma możliwość wytoczyć kierunek?
Przykład międzynarodowy: Międzynarodowa Agencja Energetyczna (MAE) jest wpływowym globalnym think tankiem, który tworzy wysoko cenione prognozy przyszłości. Prognozy te często przewidują długi, powolny upadek paliw kopalnych i jako takie są często cytowane przez koncerny paliw kopalnych. Przez jakiś czas szereg aktywistów i ekspertów błagało ich o uwzględnienie scenariusza ograniczenia temperatury na świecie do 1,5°C, a w 2020 r. niechętnie uwzględnili ograniczony scenariusz zerowego bilansu netto emisji do 2050 r., zamknięty w osobnym rozdziale i nieobecny w zasadniczej części raportu. Ale hej, to już coś!
Tyle że później, w 2020 r., MAE opublikowała również „raport węglowy”, napisany przy dużym udziale przedstawicieli przemysłu węglowego, który przewidywał, że węgiel z łatwością przekroczy scenariusz 1,5 C. MAE nic o tym nie wspomniała – przywrócenie celu 1,5°C pozostawiono nam, znużonym malkontentom z Twittera.
Ludzie decydują się na pogarszanie zmian klimatycznych i nie płacą żadnej ceny za to, że grają tu w otwarte karty. Dzieje się tak dlatego, że trudno jest zmienić decyzje, szczególnie w krajach nasyconych paliwami kopalnymi, takich jak Australia. Stagnacja kulturowa, polityczna i korporacyjna trwa pomimo dosłownych przejawów konsekwencji, takich jak australijskie pożary buszu z okazji Czarnego Lata w 2020 roku. Ale mimo to nie poddajemy się: porażki z przeszłości nie dowodzą niemożności zmiany. Nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia z takim wyczuwalnym zagrożeniem.
Każda przyszła masa emisji będzie skutkować ludzkimi reakcjami Decyzjami podejmowanymi w gorącej atmosferze polityki, kultury i ekonomii. Decyzjami jednostek mających przyjaciół, poglądy, obawami i potrzebę miłości. Każda molekuła CO2 jest naznaczona ludzkimi decyzji, które doprowadziły do jej przeniesienia ze skorupy ziemskiej do atmosfery i morza. To sprawia, że zmiana jest trudna, a szybka zmiana wyjątkowo trudna. Ale nie niemożliwa.
Jak podjąć decyzję o zaprzestaniu powodowania zmian klimatu
Nie ma szans, aby wszyscy zaangażowani w decyzje, które tworzą ten problem – od prezesów firm aż po polityków, ludzi i wspólnoty – skoczyli w dokładnie tym samym kierunku, w magicznym momencie kwantowej przypadkowości. Zmiana w procesie podejmowania decyzji musi być wymuszona przez aktywny trud. Tym właśnie jest działanie na rzecz klimatu.
Raport IPCC z 2018 r. dotyczący 1,5 C zaczyna się od cytatu: „Pour ce qui est de l’avenir, il ne s’agit pas de le prévoir, mais de le rendre possible” – Antoine de Saint Exupéry, Citadelle, 1948. Z grubsza: „Jeśli chodzi o przyszłość, twoim zadaniem nie jest jej przewidzieć, ale ją umożliwić”.
Wiele rzeczy musi się fundamentalnie zmienić, aby zmienić te straszliwe prawdopodobieństwo, które tak nam ciąży na naszych zmęczonych plecach.
Kluczowe miejsce, jakie zajmują tu dywagacje na temat PKB i wzrostu gospodarczego, prawie zawsze służy jako przeciwwaga dla wysiłków na rzecz klimatu, co ładnie widać na przykładzie Australii. To musi się zmienić. Nie można traktować PR-u firm kopalnych nastawionych na greenwashing tak, jakby doznały jakiegoś objawienia w kwestii działań na rzecz klimatu, bo jest to działanie destrukcyjne – po prostu zmieniają one ramy swoich trwających od dziesięcioleci wysiłków, by zanieczyszczać jak najwięcej, zanim zostaną powstrzymane z odpowiednią siłą. Plany „zeroemisyjne” państw i firm muszą być nie tylko przeanalizowane, muszą zostać wypalone na ich czołach. Krótkoterminowe działania muszą stać się nowym testem ambicji. Większość korporacyjnych i krajowych planów klimatycznych to puste skorupy i to również musi się zmienić.
Nastąpiła problematyczna inwersja między wykonalnością polityczną a bezpieczeństwem ludzi. Pilny charakter działań na rzecz klimatu został rozwodniony, aby dostosować się do rzekomych twardych granic zmian. Jednak przemysł paliw kopalnych sam zaścielił sobie takie łóżko – wykorzystuje instynkt politycznej ostrożności do pogorszenia problemu emisji. Sektor paliw kopalnych i jego miałkie wymysły zaciemniły obraz tego, co jest możliwe w kwestii klimatu. To naprawdę musi się zmienić.
Koncerny paliw kopalnych mają jako jedyne głos w sprawie tego, co jest wykonalne, jeśli chodzi o redukcję emisji. Zdominowały one kulturę, politykę, pieniądze i społeczeństwo. Kłamią na temat tego, jak bardzo ich potrzebujemy i jak szybko możemy się ich pozbyć, a ich kłamstwom powszechnie się wierzy. To oni decydują o nachyleniu stoku, po którym się zsuwamy, i to musi się zmienić.
Zastąpienie usług świadczonych przez paliwa kopalne może być czymś więcej niż zwykła substytucja – może mieć charakter transformacyjny, lecząc choroby przeszłości i uzdrawiając krzywdy naszej pogrążonej w kryzysie epoki. Polityka naprawcza po COViD-19 jest kluczem do osiągnięcia celu 1.5 C. Uczyńmy z działań na rzecz klimatu coś z natury pożądanego – nie tylko pożądanego w postaci błyszczącego auta marki Tesla, ale w sposób leczący głębokie społeczne rany. Wtedy wszystko pójdzie szybciej, ponieważ będziemy domagać się zmian i uczestniczyć w nich, zamiast tylko biernie akceptować ich obecność lub się nimi brzydzić. To musi się zmienić.
Określenie jakiejkolwiek decyzji w sprawie emisji jako niemożliwej do uniknięcia jest całkowitym poddaniem się siłom powodującym ten problem. Jest to bezpośrednia zdrada ludzi żyjących w regionach wrażliwych na wpływ klimatu. Podsumowując, cel 1,5°C jest niezwykle trudny, jego realizacja coraz bardziej nieprawdopodobna i trudniejsza niż cokolwiek, z czym nasz gatunek musiał się zmierzyć. Ale ponieważ jest sumą pieprzonego natłoku okropnych decyzji, umożliwioną przez gównianą kulturę polityczną i korporacyjną, która jest arogancko oderwana od fizyki naszego jedynego domu, sytuacja jest daleka od niemożliwości.
Nadchodzi prawdziwa rewolucja w sektorze energetycznym, której wątpliwym beneficjentem mają być konsumenci.
W sejmie ważą się losy nowelizacji ustawy Prawo energetyczne, która wg uzasadnienia ma na celu wykonanie obowiązków UE w obszarze usprawnień systemu inteligentnego opomiarowania zużywanej energii. Zakres ten niewątpliwie napawa optymizmem konsumentów, jednak w treści projektu znalazł się przepis, który zakazuje zawierania umów na kompleksowe dostarczanie energii poza lokalem przedsiębiorstwa.
– „4c. Umowa sprzedaży paliw gazowych lub energii elektrycznej lub umowa kompleksowa dotycząca dostarczania tych paliw lub energii nie może być zawarta z odbiorcą paliw gazowych lub energii elektrycznej w gospodarstwie domowym poza lokalem przedsiębiorstwa w rozumieniu ustawy z dnia 30 maja 2014 r. o prawach konsumenta (Dz. U. z 2020 r. poz. 287). Umowa ta zawarta poza lokalem przedsiębiorstwa jest nieważna.”
Zostań w domu, ale umowę podpisz w biurze
Sprzedaż w formule door to door w dobie e-commerce nie zyskuje na popularności. Dla wielu konsumentów to jednak wciąż jedyna forma dotarcia z ofertą, a w przypadku rynku energii stanowi często główne źródło informacji. Przy sprzedaż instalacji fotowoltaicznych wizyta handlowca w domu lokalu klienta jest wręcz nieunikniona. W przeciwieństwie do obwoźnych sprzedawców garnków czy pościeli, przedsiębiorstwo energetyczne stosujące nielegalne praktyki sprzedażowe, poza karą z UOKiK-u może stracić nawet koncesję na obrót energią. Brak możliwości zawierania umów poza lokalem przedsiębiorstwa uderzy głównie w osoby starsze. Abstrahując od rekomendowanej akcji #zostań w domu, po wejściu w życie nowych przepisów konsumenci de facto zostaną pozbawieni 14 dniowego odstąpienia od umowy. W realiach zawierania umów w okienku biura obsługi raczej nikt nie będzie czytał uważnie kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu stron umowy, która z chwilą podpisania stanie się wiążąca. W przypadku zmiany sprzedawcy prądu lub gazu liczba odstąpień od umów zawartych poza lokalem przedsiębiorstwa może wynosić nawet 30 procent. Warto jeszcze dodać, iż aktualnie konsumenci w celu uniknięcia zawiłych procedur zmiany dostawcy energii, dają z reguły pełnomocnictwo nowemu sprzedawcy do dokonania w jego imieniu wszelkich niezbędnych formalności.
Cui bono…?
Nie sposób nie zauważyć, iż na zakazie sprzedaży bezpośredniej energii zyskają głównie duże spółki energetyczne, które mają swoje biura w każdym powiecie. Mniejsze przedsiębiorstwa energetyczne będą zmuszone ograniczyć swoje usługi do poziomu lokalnego, co znacząco może wpłynąć na ich funkcjonowanie. Nie trzeba przy tym długo się zastanawiać, gdzie klienci, którzy wcześniej wybrali własnego sprzedawcę będą migrować po zakończeniu umów terminowych… Z jednej strony konsumenci zgodnie z liberalizacją rynku energetycznego w Polsce, od roku 2007 mają możliwość wyboru dostawcę energii, a drugiej strony, żeby korzystać z jego usług będą musieli pokonywać niekiedy kilkaset kilometrów, żeby podpisać z nim umowę. Nie skorzystają więc seniorzy i mieszkańcy mniejszych miejscowości.
Nowelizacja niekorzystna dla OZE
Wraz z dynamicznym wzrostem instalacji fotowoltaicznych, niektórzy z przedsiębiorców PV oferują również dostawę energii. Wiele takich kompleksowych umów zawieranych jest właśnie u konsumentów, ponieważ i tak wymagają one fizycznej wizyty w celu dokonania weryfikacji i audytu u klienta. Niektóre, niezależne przedsiębiorstwa oferują instalacje PV wraz z bilansowaniem 1:1, a to z pewnością nie koniecznie może się podobać największym graczom rozdającym karty na rynku energii. Szkoda się bowiem pozbywać możliwości zabrania 20% energii wytworzonej od prosumentów. Czy wraz z dążeniem podwyższenia udziału OZE w energetyce, nie powinno się minimalizować barier dla odnawialnych źródeł?
Podczas, gdy cały świat intensywnie zastanawia się jak zredukować negatywne skutki nauczania online na uczniów, nasz Minister Edukacji i Nauki potwierdził decyzję o wprowadzeniu od 2022 dodatkowego egzaminu ósmoklasisty wywołując wśród uczniów, nauczycieli i rodziców panikę i wściekłość oraz rozpętując po raz kolejny dyskusję o nauce w trybie zdalnym i jej tragicznych skutkach dla nauczycieli, rodziców, ale przede wszystkim dla uczniów.
Pandemia, która od marca 2020 roku wymusiła na polskiej szkole odbywanie obowiązku szkolnego w formie zdalnego nauczania, spowodowała dotkliwe i nieodwracalne szkody na zdrowiu uczniów i poziomie nauczania. Znacząco pogorszył się stan psychiczny polskiej młodzieży i dzieci spowodowany izolacją, niepewnością, niestandardowym przebiegiem lekcji w trybie zdalnym czy brakami sprzętowymi. Uczniowie są przemęczeni, przeładowani informacjami i występuje u nich niechęć do korzystania z komputera i Internetu oraz rozdrażnienie z powodu ciągłego używania technologii informacyjno-komunikacyjnych. Izolacja w czterech ścianach, brak kontaktu z rówieśnikami oraz często napięta atmosfera w domu to powód huśtawki nastrojów, uczucia buntu i irytacji, napadów paniki, nudy i poczucia beznadziei. Nie bez wpływu na pogorszenie się stanu psychicznego dzieci i młodzieży pozostaje niepewna sytuacja ekonomiczna polskich rodzin.
Problem ten jest polskiemu Ministerstwu Edukacji i Nauki znany, bo wiele organizacji społecznych, rodziców, nauczycieli i sami uczniowie, zgłasza konieczność zatrudnienia psychologa w każdej szkole a samo MEiN wyasygnowało kwotę 15 milionów złotych na pomoc psychologiczną (3 PLN/ucznia), o połowę mniej niż na fundusz patriotyczny gdzie kwota dofinansowania wynosi 30 milinów złotych!!!
Warto przypomnieć, że przed epidemią aż 40% nastolatków odczuwało jakąś dolegliwość psychiczną lub somatyczną. Ponad 4% chorowało na kliniczną depresję, co piąty miał stany depresyjne, co trzeci odczuwał w szkole stres, co druga nastolatka niemająca nadwagi odchudzała się, a pod względem samobójstw nieletnich jesteśmy na drugim miejscu w Europie.
Korepetytorzy przejmują funkcje terapeutyczne i motywacyjne, na które nie starcza siły nauczycielom
Korepetytorzy odbudowują w uczniach poczucie wartości, pomagają im przezwyciężać lęki i dają okazję do wygadania się
Boom na korepetycje zwiększa podziały – uczniowie z uboższych rodzin zostają w tyle
Sprawą powszechnie znaną jest fakt poważnych opóźnień w realizacji podstawy programowej. Średnio szkołom udaje się zrealizować w trybie zdalnym 30-50% podstawy programowej. Oznacza to, że na chwilę obecną zdanie egzaminu, nawet w uproszczonej formie z mniejszą ilością materiału, bez wspomagania się korepetycjami nie jest możliwe. Jest rzeczą oczywistą, że młodzież z domów zamożniejszych mająca dostęp i środki na dodatkowe zajęcia czyli korepetycje, które rozwijają się jak nigdy dotąd, a których ceny oscylują w granicach 150-300 złotych za lekcje, będzie w sytuacji uprzywilejowanej. A przecież szkoła poprzez równy dostęp do nauki, zakłada wyrównywanie szans młodzieży z różnych środowisk.
Tymczasem jak podaje Newsweek, zdalna edukacja zwiększa zapotrzebowanie na korepetycje. Redukcja zakresu materiału obowiązującego na egzaminie ósmoklasisty oraz maturalnym paradoksalnie podwyższyła zapotrzebowanie na płatne zajęcia dodatkowe bo mniejsze wymagania oznaczają, iż więcej zdających dostanie lepsze oceny czyli konkurencja rośnie.
Korepetytorzy zaczynają przejmować w polskim systemie funkcje terapeutyczne i motywacyjne, na które nie starcza siły i czasu nauczycielom. Fakt, że polska szkoła nie szanuje dzieci a zdalne nauczanie zabiło w uczniach poczucie wartości i chęć do nauki, napędza klientów korepetytorom, którzy mając więcej czasu i cierpliwości pomagają uczniom odzyskać wiarę w siebie i swoje możliwości.
Podczas kiedy szkoła skupia się na rozwoju intelektualnym uczniów, korepetytorzy dostrzegają pozostałe ważne cechy w kształtowaniu człowieka takie jak fizyczność, emocje i duchowość, ale przede wszystkim lęki, które są największym hamulcowym rozwoju młodych ludzi.
Brak przerw, kontaktów z rówieśnikami powodują, że korepetycje to okazja do wygadania się.
Korepetytorzy mają jeszcze jedną przewagę nad szkołą, którą jest umiejętność posługiwania się narzędziami do nauki online. Ćwiczą tę umiejętność już od paru lat używając do nauki najnowocześniejszych technologii.
Jakie jest wyjście z tej patowej sytuacji?
Trzeba jak najszybciej rozpocząć prace nad redukcją i zmianą podstawy programowej od roku szkolnego 2021/2022. Zakładając, że stan epidemii nie zostanie opanowany do przeszłego roku i że stan zaległości uczniów, wynikający z częściowej realizacji programu przez ostatnie 1,5 roku będzie się pogłębiał, MEiN powinno stworzyć podstawę programową realną do realizacji w tych skrajnych warunkach, uwzględniającą wszystkie okoliczności jakimi są coraz gorsza kondycja uczniów, słabości sprzętowe, brak Internetu ale też konieczność rozwijania takich kompetencji jak współpraca , komunikacja , dialog, indywidualny rozwój, krytyczne myślenie, samodzielność, radzenie sobie w obszarach manipulacji.
Stwórzmy przestrzeń do wyrażania własnych myśli. Może to dobry moment aby szkoła polska dokonała radykalnej zmiany w sposobie nauczania: wykreujmy warunki aby młodzi ludzie poprzez działania w grupie doświadczali progresywnych metod nauczania. W dzisiejszym języku oznacza to uczenie się poprzez eksplorację tematu, szukanie danych, sprawdzanie hipotez i ich weryfikację. To dużo bardziej rozwijające niż rozwiązywanie testów i uczenie się na pamięć dat.
Wakacje nauczyciele powinni wykorzystać do rozwoju kompetencji digitalnych a początek roku szkolnego to czas na diagnozy stanu wiedzy uczniów oraz stanu ich zdrowia psychicznego.
Przestańmy się oszukiwać i udawać, że szkoła czegoś uczy; podobno nie ma klasówki lub sprawdzianu napisanego samodzielnie przez uczniów. Metody przesyłania sobie odpowiedzi drogą elektroniczną uczniowie opanowali do perfekcji.
Zadbajmy o uczniów fundując im naukę w formie zabawy (dla młodszych) i projekty na wybrane przez samych uczniów tematy (dla starszych).
Zastanówmy się jaką wartość mają w tych trudnych warunkach egzaminy? Zastąpmy je po prostu rozmową z uczniem o jego marzeniach, planach i przeczytanej ostatnio książce. Akurat do tego online nadaje się wspaniale.
W swojej nowej książce poświęconej temu, jak uniknąć katastrofy klimatycznej, miliarder i filantrop, Bill Gates omawia swoje plany przekształcenia afrykańskich systemów żywnościowych na wzór indyjskiej „zielonej rewolucji”, w trakcie której, jak twierdzi, naukowcy pomogli rolnikom zwiększyć plony i dzięki temu uratowali miliardy ludzkich istnień. Przeszkodą dla wdrożenia podobnej transformacji w Afryce jest jego zdaniem to, że większość rolników w biednych krajach nie stać na zakup nawozów sztucznych.
„Jeśli pomożemy ubogim rolnikom zwiększyć plony, zarobią oni więcej pieniędzy i będą dysponowali większą ilością żywności, a miliony ludzi w niektórych z najbiedniejszych krajów na świecie otrzymają więcej pożywienia i potrzebnych substancji odżywczych” – podsumowuje Gates. Jak zauważa Bill McKibben w opublikowanej w New York Timesie recenzji książki Gatesa Jak uniknąć katastrofy klimatycznej, nie bierze on pod uwagę wielu oczywistych aspektów kryzysu głodu, podobnie jak pomija kluczowe elementy debaty klimatycznej.
„Rolnicy protestujący w Indiach piszą nekrolog Zielonej Rewolucji” – napisała w styczniu Aniket Aga w Scientific American. Po dekadach stosowania strategii zielonej rewolucji „nie ulega wątpliwości, że nowe problemy związane z rolnictwem przemysłowym, tylko zwiększyły stare problemy głodu i niedożywienia” – zauważa Aga. „Żadne działania marketingowe nie naprawią fundamentalnie wypaczonego i niezrównoważonego modelu produkcji”.
To właśnie ten model – który opiera się na użyciu pestycydów oraz szkodliwych dla klimatu nawozów chemicznych i zmusza rolników do ciągłego powiększania areałów i zmniejszania różnorodności upraw – Fundacja Gatesów promuje w Afryce od 15 lat, spotykając się ze sprzeciwem afrykańskich ruchów żywnościowych, które uważają, że fundacja narzuca priorytety międzynarodowych korporacji agro-biznesowych ze szkodą dla ich społeczności.
Wszystko to przechodzi bez echa w głównych mediach, które rozwijają czerwony dywan przed książką Gatesa. Poniżej podajemy niektóre z powodów, dla których, zdaniem krytyków, plan rozwoju rolnictwa Fundacji Gatesa jest szkodliwy dla klimatu. Fundacja nie odpowiedziała na wielokrotnie ponawiane prośby o komentarz.
Zwiększenie emisji gazów cieplarnianych
Bill Gates nie ukrywa swojego uwielbienia dla nawozów syntetycznych – pisze o tym wprost na swoim blogu, wspominając wizytę w zakładach dystrybucji nawozów firmy Yara w Dar es Salaam w Tanzanii. Jest to największe tego rodzaju przedsiębiorstwo we wschodniej Afryce. Nawozy są „magicznym wynalazkiem, który pomoże milionom ludzi wydźwignąć się z ubóstwa” – pisze Gates. „Obserwowanie robotników napełniających torby drobnymi białymi grudkami zawierającymi azot, fosfor i inne substancje odżywcze było potężnym przypomnieniem, że każda uncja nawozów ma potencjał przekształcenia życia ludzi w Afryce”.
Według autorów artykułu opublikowanego niedawno w czasopiśmie Nature, emisje podtlenku azotu, których źródłem jest przede wszystkim rolnictwo, coraz bardziej rosną, powodując sprzężenia zwrotne, prowadzące nas w kierunku najgorszych scenariuszy kryzysu klimatycznego
Gates przyznaje, że nawozy syntetyczne szkodzą klimatowi, ale ma nadzieję, że problem rozwiążą wkrótce technologiczne innowacje, takie jak projekt genetycznej modyfikacji drobnoustrojów, tak by zatrzymywały azot w glebie. „Jeśli te podejścia zadziałają”, pisze Gates, „znacznie zredukują potrzebę stosowania nawozów i związane z nim emisje”.
W międzyczasie, działania zielonej rewolucji Gatesa w Afryce skupiają się głównie na intensyfikacji użycia nawozów syntetycznych w celu zwiększenia plonów, pomimo że nie ma żadnych dowodów, który wskazywałyby na to, że 14 lat tych wysiłków w jakikolwiek sposób pomogło drobnym rolnikom bądź ludziom żyjącym w ubóstwie, czy też znacząco powiększyło plony.
Ekspansja szkodliwych dla klimatu upraw monokulturowych
Fundacja Gatesa od 2006 roku wydała ponad 4 miliardy dolarów na „pomoc w przeprowadzeniu transformacji rolnictwa” w Afryce. Większość z tych pieniędzy jest przeznaczana na badania technologiczne i działania na rzecz przechodzenia afrykańskich rolników na przemysłowe metody rolnicze i zwiększanie ich dostępu do komercyjnych nasion, nawozów i innych czynników produkcji. Zwolennicy uważają, że te wysiłki stwarzają rolnikom możliwości, których potrzebują, aby zwiększyć produkcję i wydźwignąć się z ubóstwa. Krytycy twierdzą, że strategie „zielonej rewolucji” Gatesów szkodzą Afryce – osłabiając ekosystemy, wpędzając rolników w długi oraz przekierowując zasoby publiczne, które powinny być wykorzystywane na działania ukierunkowane na głębokie zmiany systemowe, aby stawić czoła kryzysowi klimatycznemu i kryzysowi głodu.
„Fundacja Gatesa promuje model monokulturowego rolnictwa przemysłowego, który nie zapewnia pożywienia naszym ludziom” – napisali afrykańscy przywódcy religijni w liście opublikowanym ostatniej jesieni, wyrażając zaniepokojenie, że „wsparcie [Fundacji] dla ekspansji intensywnego rolnictwa przemysłowego pogłębia kryzys humanitarny”.
Zwracają uwagę na to, że fundacja „zachęca afrykańskich rolników do przyjęcia podejścia polegającego na intensyfikacji produkcji poprzez zwiększanie nakładów, które opiera się na modelu biznesowym stworzonym w warunkach zachodnich” i „zmusza rolników do uprawy jednej lub co najwyżej kilku roślin opartych na wysokoplennych lub genetycznie zmodyfikowanych nasionach (GMO).
Sztandarowy projekt rolniczy Gatesów the Alliance for a Green Revolution in Africa (AGRA) prowadzi rolników w kierunku uprawy kukurydzy i innych podstawowych upraw, co ma na celu zwiększenie produkcji. Zgodnie z planem operacyjnym AGRA dla Ugandy (pogrubienia ich):
Transformację rolną definiuje się jako proces, w którym rolnicy przechodzą od produkcji wysoce zróżnicowanej, nastawionej na zapewnienie utrzymania, do produkcji bardziej wyspecjalizowanej, zorientowanej na rynek lub inne systemy wymiany, wiążącej się z większą zależnością od systemów dostarczania środków produkcji i dystrybucji, jak również zwiększoną integracją rolnictwa z innymi sektorami krajowych i międzynarodowych gospodarek.
AGRA wydał ponad 524 miliony dolarów, przede wszystkim na programy mające na celu zwiększenie dostępu rolników do komercyjnych nasion i nawozów. Według badania opublikowanego w zeszłym roku przez Tufts Global Development and Environment Institute oraz podobnego studium przeprowadzonego przez organizacje afrykańskie i niemieckie, ten technologiczny pakiet „zielonej rewolucji” jest dodatkowo wspierany miliardem dolarów rocznie od rządów krajów afrykańskich.
Badacze nie znaleźli żadnych oznak produkcyjnego boomu; dane pokazały skromny przyrost plonów podstawowych upraw o 18% w krajach objętych programem AGRA, podczas gdy dochody nie wzrosły, a bezpieczeństwo żywnościowe uległo pogorszeniu, zaś liczba osób cierpiących z powodu głodu i niedożywienia wzrosła o 30%. AGRA zakwestionował te dane, ale od 15 lat nie przedstawił własnego raportu, który zawierałby szczegółowe wyniki jego działalności w Afryce. Rzecznik prasowy AGRA powiedział nam, że raport będzie gotowy w kwietniu.
Niezależni naukowcy informują też o znacznym zmniejszeniu areałów upraw tradycyjnych, takich jak proso, które są odporne na zmiany klimatu i stanowią ważne źródło mikroskładników odżywczych dla milionów ludzi.
„Model AGRA, narzucony uprzednio relatywnie zróżnicowanemu rolnictwu Rwandy, prawie na pewno osłabił jej bardziej odżywcze i zrównoważone tradycyjne struktury upraw” – napisał były zastępca sekretarza generalnego ONZ ds. rozwoju gospodarczego, Jomo Kwame Sundaram w artykule opisującym badanie. Zwrócił również uwagę na to, że pakiet AGRA był rolnikom rwandyjskim „narzucony twardą ręką”, według doniesień „rząd zabronił kultywacji niektórych innych podstawowych upraw pewnych rejonach”.
Uniemożliwianie wykorzystania zasobów na agroekologię
„Jeżeli chcemy, żeby światowe systemy żywnościowe stały się zrównoważone, musimy odejść od wysokonakładowych upraw monokulturowych i przemysłowego chowu zwierząt” – napisali afrykańscy przywódcy religijni w swoim apelu do Fundacji Gatesów.
Raport Międzyrządowego Zespołu do spraw Zmiany Klimatu (IPCC) z 2019 roku ostrzega przed niszczącymi skutkami upraw monokulturowych oraz podkreśla znaczenie agroekologii, która zdaniem autorów raportu może poprawić „zrównoważenie i odporność systemów rolnych, łagodząc skutki ekstremalnych warunków klimatycznych, zmniejszając degradację gleb, odwracając niezrównoważone użycie zasobów, i w konsekwencji zwiększając plony bez niszczenia różnorodności biologicznej”.
Tymczasem programy na rzecz rozwoju agroekologii cierpią na dotkliwy brak funduszy, podczas gdy miliardy dolarów z subsydiów i funduszy pomocowych przeznacza się na wsparcie modeli rolnictwa przemysłowego.Według ubiegłorocznego raportu Międzynarodowego Panelu Ekspertów ds. Zrównoważonych Systemów Żywnościowych (IPES-Food), preferencje donorów dla dochodowości, skalowalności i krótkoterminowych wyników wstrzymują inwestycje w agroekologię. Raport stwierdza, że aż 85% sfinansowanych w ostatnich latach przez Fundację Gatesów projektów dla Afryki, ograniczało się do wspierania rolnictwa przemysłowego, a zaledwie 3% z nich zawierało elementy transformacji agroekologicznej.
Jak zauważają autorzy raportu, „agroekologia nie pasuje do przyjętych form inwestowania. Podobnie jak wielu innych ofiarodawców, Fundacja Billa i Melindy Gatesów oczekuje szybkich, wymiernych zwrotów z inwestycji i z tego powodu faworyzuje ukierunkowane, technologiczne rozwiązania”.
Te preferencje mają ogromny wpływ na decyzje dotyczące przyznawania funduszy na badania w zakresie światowych systemów żywnościowych. Największym odbiorcą funduszy z Fundacji Gatesa przeznaczonych na rolnictwo jest CGIAR, konsorcjum 15 centrów badawczych zatrudniających tysiące naukowców i zarządzających jedenastoma z najważniejszych światowych banków genów. Ośrodki te tradycyjnie skupiały się na rozwoju ograniczonego zestawu upraw, które mogły być produkowane masowo z pomocą środków chemicznych.
W ostatnich latach niektóre z ośrodków należących do CGIAR podjęły działania na rzecz podejść opartych zmianie systemowej i prawach człowieka, ale planowana restrukturyzacja, która zakłada stworzenie „jednego CGIAR”, z pojedynczym zarządem i nowymi uprawnieniami w zakresie ustalania programu działań budzi uzasadniony niepokój. Według IPES Food, proponowana restrukturyzacja grozi „zmniejszeniem autonomii regionalnych programów badawczych i wzmocnieniem kontroli ze strony najpotężniejszych donorów”, takich jak Fundacja Gatesa, którzy są „niechętni odejściu od strategii zielonej rewolucji”.
Zdaniem IPES, proces restrukturyzacji kierowany przez przedstawiciela Fundacji Gatesa i byłego szefa Fundacji Syngenta, „wydaje się być prowadzony w sposób represyjny”, „przy znikomej akceptacji ze strony rzekomych beneficjentów z krajów globalnego Południa i z niewystarczającą różnorodnością w wewnętrznym kręgu reformatorów, a także bez należytego uwzględnienia pilnej konieczności zmiany paradygmatu w systemach żywnościowych”.
W międzyczasie Fundacja Gatesów dorzuciła kolejne 310 milionów dolarów dla CGIAR, aby „pomóc trzystu milionom drobnych rolników w adaptacji do zmiany klimatu”.
Wymyślanie nowych zastosowań dla upraw GMO odpornych na pestycydy
Główne przesłanie książki Gatesa mówi o tym, postęp technologiczny może wykarmić świat i naprawić klimat, jeśli tylko zainwestujemy wystarczająco dużo pieniędzy w opracowanie innowacji. Największe światowe przedsiębiorstwa pestycydowo-nasienne promują ten sam motyw, przekształcając się z klimatycznych denialistów w dostarczycieli rozwiązań: postęp w dziedzinie cyfryzacji rolnictwa, rolnictwo precyzyjne i inżynieria genetyczna zmniejszą ślad ekologiczny rolnictwa i „umożliwią 100 milionom drobnych rolników” adaptację do zmian klimatu, „a wszystko to do roku 2030” (według Bayer Crop-Science).
Fundacja Gatesów i przemysł chemiczny „sprzedają w Afryce stare pomysły jako innowacje” – twierdzi Timothy Wise, pracownik naukowy Institute for Agriculture and Trade Policy w nowym studium napisanym dla Tufts GDAE. „Prawdziwa innowacja” – mówi Wise – „ma miejsce na polach rolników, gdy wraz z naukowcami pracują oni na rzecz zwiększenia produkcji różnorodnych upraw roślin żywieniowych, zmniejszenia kosztów i budowania odporności na zmiany klimatu dzięki zastosowaniu metod agroekologicznych”.
W swojej książce Gates pisze tzw. Niemożliwym Burgerze (ang. Imposssible Burger), twierdząc, że jest on zwiastunem nadchodzących technologicznych przełomów. Opisuje swoją satysfakcję z krwistego wegańskiego burgera (którego jest głównym inwestorem)) i swoje nadzieje, że oparte na składnikach roślinnych burgery i mięso in vitro staną się głównym rozwiązaniem kryzysu klimatycznego.
Jak powiedziała założycielka tej organizacji, Mariam Mayet, zielona rewolucja dla Afryki jest „ślepą uliczką”, prowadzącą do „pogorszenia zdrowia gleby, utraty różnorodności biologicznej, utraty autonomii rolników i uwięzienia afrykańskich rolników w systemie, który został zaprojektowany nie dla ich dobra, lecz po to, by przynosił zyski międzynarodowym korporacjom, pochodzącym przede wszystkim z Północy”.
„W tym decydującym momencie w historii, ma dzisiaj kluczowe znaczenie, abyśmy zmienili kierunek – wycofali się z rolnictwa przemysłowego i dokonali transformacji na rzecz sprawiedliwego, przyjaznego dla środowiska i opartego na agroekologii systemu żywnościowego” – apeluje African Centre for Biodiversity.
Stacy Malkan jest redaktorką naczelną i współzałożycielką U.S. Right to Know, dochodzeniowej grupy badawczej skupiającej się na promocji przejrzystości w dziedzinie zdrowia publicznego.
Artykuł opublikowany na podstawie licencji Creative Commons Attribution-ShareAlike 4.0 International (CC BY-SA 4.0)
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Celem Instrumentu Odbudowy i Zwiększania Odporności jest odbudowa gospodarek po pandemii i zarazem przyspieszenie transformacji ekologicznej w duchu Europejskiego Zielonego Ładu oraz transformacji cyfrowej. Państwa członkowskie opracowują obecnie krajowe plany odbudowy, czyli plany reform i inwestycji, za pomocą których zamierzają powyższe cele realizować przy wykorzystaniu środków z Instrumentu. Niestety tak się nie dzieje, postulaty strony społecznej nie zostały uwzględnione w zaprezentowanym do konsultacji projekcie. Przedstawiamy list Koalicji Ratujmy Rzeki skierowany do Małgorzaty Jarosińskiej-Jedynak (Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej), Michała Kurtyki (Ministerstwo Klimatu i Środowiska) oraz Tadeusza Kościńskiego (Ministerstwo Finansów).
w nawiązaniu do trwających konsultacji publicznych projektu Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności przesyłamy w załączeniu stanowisko Koalicji Ratujmy Rzeki w sprawie Planu, zawierające rekomendacje opracowane przez ekspertów i ekspertki Koalicji.
Załączony dokument został przekazany w dniu 9 lutego na ręce Premiera RP wraz z pismem dwudziestu organizacji ekologicznych i stowarzyszeń biznesu. Niestety zawarte w nim postulaty nie znalazły odzwierciedlenia w treści projektu KPO przekazanego do konsultacji.
Rozporządzenie (UE) 2021/241 ustanawiające Instrument na rzecz Odbudowy i Zwiększenia Odporności wymaga, by w krajowych planach odbudowy uwzględnione były kwestie ochrony bioróżnorodności. W diagnozach i zaleceniach przekazanych Polsce przez instytucje Unii Europejskiej w ramach procedury Semestru Europejskiego, które powinny być punktem odniesienia dla KPO, jest natomiast mowa o ukierunkowaniu inwestycji na rozwiązania ekosystemowe (nature-based solutions) i uwzględnienie zmian klimatu w zarządzaniu dorzeczami i ochronie przeciwpowodziowej. W załączonym stanowisku pokazujemy, jak Polska może wypełnić te dwa wymogi.
1. Skuteczna ochrona bioróżnorodności wymaga przede wszystkim solidnego fundamentu prawnego. Polskie przepisy dotyczące ochrony przyrody i środowiska są w wielu obszarach niezgodne z przepisami UE, w związku z czym przeciw Polsce toczy się szereg postępowań naruszeniowych. Zgodnie z przedstawionymi przez Komisję Wytycznymi technicznymi dotyczącymi stosowania zasady “nie czyń poważnych szkód” “wszystkie środki zaproponowane w planie odbudowy i zwiększania odporności muszą być zgodne z odpowiednimi przepisami UE, w tym z odpowiednimi przepisami UE w zakresie ochrony środowiska”. Bez doprowadzenia przepisów krajowych do zgodności z wymogami UE nie będzie możliwe zagwarantowanie realizacji projektów wspieranych w ramach KPO zgodnie z przepisami unijnymi. Nie będą one zatem mogły zostać uznane za zgodne z zasadą “nie czyń poważnych szkód”.
Problem ten dotyczy w szczególności Ustawy z dnia 3 października 2008 r. o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko (ustawy OOŚ) oraz powiązanych specustaw dotyczących realizacji inwestycji drogowych, kolejowych, gazociągowych i inwestycji w sieci przesyłowe. Wymienione przepisy nie gwarantują skutecznej ochrony przyrody podczas realizacji inwestycji infrastrukturalnych ponieważ uniemożliwiają skuteczne zaskarżenie decyzji środowiskowych i pozwoleń na budowę w przypadku projektów realizowanych ze szkodą dla środowiska. W KPO przewidziane jest wsparcie projektów należących do wszystkich wymienionych kategorii. Bez odpowiednich zmian w prawie nie będą one mogły zostać uznane za zgodne z zasadą “nie czyń poważnych szkód”.
Polska ma również bardzo poważny problem z właściwą ochroną lasów, czego skutkiem jest postępowanie toczące się w tej sprawie przed Trybunałem Sprawiedliwości UE. W projekcie KPO przewidziane są działania dotyczące rozwoju odnawialnych źródeł energii, w tym źródeł wykorzystujących spalanie biomasy leśnej na cele energetyczne. Ze względu na dużą skalę spodziewanego wzrostu wykorzystania stałej biomasy na cele energetyczne (o 62% wg. Polityki Energetycznej Polski do 2040 r.) działania te nie mogą być uznane za zgodne z zasadą “nie czyń poważnych szkód”, dopóki przepisy Ustawy o lasach nie zagwarantują przestrzegania przepisów UE w ramach prowadzenia gospodarki leśnej.
W obszarze adaptacji do zmian klimatu niezbędne są natomiast zmiany Prawa Wodnego. Jego obecne przepisy nakładają na zarządców wód obowiązek prowadzenia na ciekach prac utrzymaniowych, których cele są zdefiniowane w sposób anachroniczny, szkodliwy dla przyrody i prowadzący do pogłębienia problemu suszy. Nowelizacja Prawa Wodnego powinna także prowadzić do objęcia zakresem zarządzania zlewniowego wpływu, jaki na stan wód wywierają gospodarka leśna i rolnictwo.
Niezbędne są również zmiany dotyczące funkcjonowania oczyszczalni ścieków. Z powyższych powodów konieczne jest uwzględnienie wśród reform przewidzianych w Krajowym Planie Odbudowy nowelizacji Ustawy OOŚ i powiązanych specustaw (w tym procedowanej obecnie specustawy przesyłowej), Ustawy o lasach i Prawa Wodnego oraz i doprowadzenia ich do pełnej zgodności z przepisami Dyrektywy OOŚ, Dyrektywy Ptasiej, Dyrektywy Siedliskowej i Ramowej Dyrektywy Wodnej oraz Konwencji z Aarhus.
Z KPO powinno natomiast zostać wykreślone przyjęcie Ustawy o inwestycjach w zakresie przeciwdziałania skutkom suszy, której projekt wprowadza zapisy drastycznie obniżające poziom ochrony przyrody przy realizacji inwestycji uznawanych w ustawie za przeciwdziałające suszy i tworzy kolejny obszar niezgodności polskich przepisów z prawem UE. Przyjęcie tej ustawy byłoby w oczywisty sposób niezgodne z zasadą “nie czyń poważnych szkód”.
2. Ze względu na coraz poważniejszy negatywny wpływ zjawiska suszy na gospodarkę i finanse publiczne, Krajowy Plan Odbudowy i Zwiększania Odporności powinien również odnosić się do tego problemu i zawierać inwestycje służące przede wszystkim usunięciu systemowych przyczyn zjawiska suszy i odbudowie naturalnej retencji w skali całych zlewni. Wymaga to, poza wspomnianymi wyżej zmianami Prawa Wodnego, wdrożenia Krajowego Programu Renaturyzacji Wód Powierzchniowych. Niezbędne jest także wprowadzenie zmian w przygotowywanym obecnie Planie Przeciwdziałania Skutkom Suszy, gdzie nacisk musi zostać przesunięty z rozwoju szkodliwej przyrodniczo infrastruktury hydrotechnicznej, która nie przeciwdziała skutecznie zjawisku suszy, na odtwarzanie potencjału naturalnej retencji krajobrazowej poprzez renaturyzację cieków, oddawanie przestrzeni rzekom i renaturyzowanie osuszonych mokradeł, odtwarzanie utraconych terenów zalewowych w dolinach rzek (np. poprzez likwidację lub odsuwanie obwałowań), przywracane meandrujących koryt, odtwarzanie starorzeczy a także zmianę funkcjonowania systemów melioracyjnych, które obecnie pełnią głównie rolę odwadniającą, oraz odtwarzanie na masową skalę naturalnej retencji w krajobrazie rolniczym: ochronę i odtwarzanie śródpolnych zadrzewień, i oczek wodnych oraz dobrze zaplanowany program zalesień gruntów porolnych.
Działanie takie byłoby zgodne z zaleceniami instytucji UE, które w ramach Semestru Europejskiego zalecają Polsce szersze stosowanie rozwiązań ekosystemowych (nature-based solutions) w gospodarce wodnej.
3. W załączonym dokumencie jest także mowa o dokończeniu wyznaczania sieci Natura 2000 oraz przyjęciu i wdrożeniu brakujących planów zadań ochronnych. O ile wsparcie na opracowanie dokumentów planistycznych dla obszarów Natura 2000 jest w projekcie Umowy Partnerstwa przewidziane do sfinansowania ze środków nowej polityki spójności, o tyle nie ma tam mowy o wyznaczeniu brakujących obszarów. Wyznaczenie brakujących obszarów Natura 2000 powinno w takim razie uzyskać wsparcie w ramach Krajowego Planu Odbudowy, ponieważ dopóki obszary te nie zostaną objęte ochroną w ramach sieci, nie może być mowy o zgodności z prawem UE jakichkolwiek inwestycji oddziałujących na nie i inwestycje takie, jako niespełniające wymogów z Wytycznych technicznych i zasady “nie czyń poważnych szkód”, nie mogą być wspierane z Krajowego Planu Odbudowy.
Pozostajemy do dyspozycji Ministerstwa jeśli chodzi o dalsze informacje i eksperckie wsparcie w opracowaniu stosownych zapisów Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności. Powyższe uwagi wraz z załączonym stanowiskiem przekazujemy jednocześnie Komisji Europejskiej.
Z wyrazami szacunku
W imieniu Koalicji Ratujmy Rzeki:
Paweł Augustynek-Halny, Sekcja Przyjaciół Raby PZW Koło Raba
Jacek Bożek, Klub Gaja
Karol Ciężak, Towarzystwo na rzecz Ziemi
Jacek Engel, Fundacja Greenmind
Radosław Gawlik, Stowarzyszenie Ekologiczne EkoUnia
Piotr Nieznański, Fundacja WWF Polska
Rafał Rykowski, Związek Stowarzyszeń Polska Zielona Sieć
Źródło: Koalicja Ratujmy Rzeki
Nadchodzi nowa era transformacji WPR oraz łańcucha żywnościowego w Unii Europejskiej. Jej głównym instrumentem ma być rolnictwo ekologiczne oraz agroekologia – czytamy w Europejskim Planie Działania dla Rolnictwa Ekologicznego opublikowanym przez Komisję 25 marca 2021. (więcej…)