„Czy jest ktoś bardziej od nas zaangażowany w ochronę klimatu?” – pytał Marcin Korolec, ówczesny minister środowiska, w wywiadzie dla „BusinessGreen” z lipca 2013 r. Minister podał przykład największej w Europie plantacji biomasy (projekt dwóch amerykańskich korporacji International Paper i GreenWood Resources), gdzie na 10 tys. hektarów zasadzone zostaną topole. Wcześniej firma kupowała drewno od Polskich Lasów. Nie tylko lasy płoną, by ocalać atmosferę. Plantacja topoli powstaje w ramach leasingu ziemi od rolników.
Zielone miejsca pracy, flagowy projekt zielonej gospodarki, zostaną zlikwidowane w rolnictwie i produkcji żywności, by tworzyć nowe zielone miejsca pracy w przemysłowych plantacjach biomasy – jak się twierdzi, po to, by stopniowo redukować emisje gazów szklarniowych do atmosfery,zmniejszając udział węgla w spalaniu i zastępując go odnawialnymi źródłami energii (OZE), aby przejść do gospodarki niskoemisyjnej. Takie też są proklamowane cele polityki klimatycznej, zaprojektowanej jako system pozytywnych bodźców, które mają zachęcić korporacje i kraje do redukcji emisji i przejścia „do konkurencyjnej, niskoemisyjnej gospodarki”. Polityka ta opiera się na trzech filarach podarunków i korzyści, przyznawanych największym emitentom gazów szklarniowych.
Pierwsza zachęta to subsydia, bezzwrotne dotacje i rabaty podatkowe. W nowej perspektywie finansowej 20% budżetu Unii Europejskiej ma być przeznaczone na „inwestycje w klimat”, co otwiera nowe rynki finansowane ze środków publicznych. Druga „nagroda” dla największych emitentów gazów szklarniowych to pozwolenia na emisje oraz kredyty, aby je rozliczyć. Firmy otrzymują (lub kupują) ekocertyfikaty za udział energii z odnawialnych źródeł (OZE), za energooszczędność czy za współspalanie. Pozwolenia na emisje do określonego pułapu są przydzielane firmom nieodpłatnie. Powyżej tego pułapu, jeśli nie podejmą inwestycji w redukcję zanieczyszczeń, muszą kupić je od innych firm, które dokonały „inwestycji w klimat” i mają nadwyżkę pozwoleń.
Logika tego rozwiązania opiera się na niezachwianej wierze w doskonały mechanizm rynkowy oraz na ekonomicznej teorii praw do zanieczyszczania środowiska, która zakłada, iż z czasem konkurencja na rynku pozwoleń doprowadzi do optymalizacji kosztów zanieczyszczeń, toteż ilość ścieków i emisji do środowiska zostanie zredukowana. Wszystko to wygląda świetnie w teorii – i zupełnie nie sprawdza się w rzeczywistości.
W wykładni prawa handlowego pozwolenia na emisje stanowią prawa majątkowe korporacji. Praktycznie można powiedzieć, iż są tytułem własności do ziemskiej atmosfery i powietrza, którym oddychamy. Najlepiej być właścicielem, który zarabia zarówno na zanieczyszczaniu, jak i na ochronie przyrody. Takie optymalne dla biznesu wyjście z sytuacji gwarantuje nowa polityka klimatyczna, w tym opisany powyżej Europejski System Handlu Emisjami (EU ETS) wprowadzony w życie w 2005 r., jak i Protokół z Kioto (1997).
Aby ułatwić firmom i krajom rozliczanie się z zanieczyszczeń, powstał system kredytów. W żargonie polityki klimatycznej są to „mechanizmy offsetowe” (Clean Development Mechanism i pokrewne programy). Działają one w ten sposób, iż np. firma emitująca CO2 w Holandii czy w USA pozyskuje ziemię w Tanzanii i sadzi tam eukaliptusy, aby z tego kredytu rozliczyć emisje w swoim kraju. W ten sposób można nie redukować emisji u źródeł, kontynuować „biznes jak zwykle” i jeszcze zarobić. Jak piszą autorzy raportu Carbon Watch, dzięki projektom offsetowym Unia Europejska „może osiągnąć cele redukcji emisji do r. 2020, nie podejmując w tym celu żadnych działań w państwach członkowskich”.
Trzeci zestaw korzyści dla korporacji – emitentów węgla do atmosfery oraz dla firm inwestycyjnych i banków, to tworzone widzialną ręką państw i instytucji międzynarodowych nowe wirtualne rynki handlu wirtualnymi produktami, tj. pozwoleniami na emisje czy innymi ekocertyfikatami. Point Carbon i WWF oszacowały dochody przemysłu energetycznego w latach 2008–2012 z tytułu ETS na 23 do 73 mld euro.
Pozwolenia na emisje i inne ekocertyfikaty otwierają kuszący zestaw możliwości dodatkowych, w tym wirtualnie księgowanych zysków. Weźmy przykład Dalkii Łódź, która otrzymała ekocertyfikaty za modernizację sieci na sześciu ulicach w mieście. Koszt inwestycji, podobnie jak koszt ekocertyfikatów, które musi kupić, by wirtualnie udokumentować np. udział biomasy w spalaniu, dopisuje do rachunku ostatecznych użytkowników. Pozwolenia na emisje z kolei księguje nad kreską jako przychody i aktywa. Może także zarobić na handlu pozwoleniami, które dostała nieodpłatnie. W perspektywie finansowej 2013–2020 spółki Dalkii w Polsce otrzymały przydział zielonych certyfikatów (w ramach EU ETS) wartości 96,2 mld euro.
Toteż nic dziwnego, iż Dalkia, podobnie jak inne firmy i ich przedstawicielskie organizacje, w tym Konfederacja Prywatnych Pracodawców Lewiatan, GreenEffort Group czy podobne organizacje na całym świecie, uprawiają medialną perswazję i dzielą się rolami dobrego i złego policjanta, by zabezpieczyć stabilność tych rozwiązań i ich globalny zasięg.
Aby takie rynki mogły powstać, tworzona jest nowa publiczno-prywatna biurokracja czy przemysł klimatyczny (eksperci zarządzania środowiskiem, ekonomiści, prawnicy, księgowi, bankierzy), która szacuje i weryfikuje emisje oraz kreuje, certyfikuje, księguje i prowadzi obrót nowymi wirtualnymi produktami. Obrót uprawnieniami do emisji i ekocertyfikatami otwiera nowe możliwości spekulacji przyrodą. Dla rynków finansowych woda, powietrze, bioróżnorodność to nowe horyzonty zysków, „ziemia niczyja” do zagospodarowania, tym razem przy pomocy inżynierii finansowej. Jak wskazuje analiza Fundacji im. Heinricha Bölla What Future for International Climate Politics? A Call for a Strategic Reset, polityka klimatyczna została opanowana przez kompleks finansowo-energetyczny.
Polska polityka klimatyczna: ekonomiczny nacjonalizm i globalizacja handlu emisjami
Polityka ochrony środowiska, w tym klimatyczna, nie byłaby przedmiotem zainteresowania kolejnych polskich rządów, gdyby nie zobowiązania wynikające z członkostwa w Unii Europejskiej oraz płynące od unijnych podatników środki. Już w r. 1992 na Szczycie Ziemi w Rio polski minister ochrony środowiska mówił, iż najpierw musimy się wzbogacić, a potem będziemy chronić przyrodę. Tak zostało do dzisiaj.
Po kryzysie z 2008 r. i fiasku nadziei na wzrost zagranicznych inwestycji polski rząd zmodyfikował wcześniej przyjętą strategie rozwoju, według której Polska miała stać się światową gospodarczą potęgą do 2030 r. Wraz z tymi planami odłożono do lamusa retorykę harmonizacji polityki klimatycznej i energetycznej za pomocą inwestycji w nowe technologie wydobycia i spalania węgla, inwestycje w OZE i energooszczedność oraz w energetykę atomową. W Narodowym Programie Rozwoju Gospodarki Niskoemisyjnej z r. 2011 ochrona środowiska ujęta jest jako „uzyskanie korzyści środowiskowych”. W zmodyfikowanej strategii ze stycznia 2013 r. bezpieczeństwo energetyczne zostało zdefiniowane na nowo jako „zapewnienie optymalnej ilości energii po możliwie niskich cenach i dywersyfikacja źródeł”.
„Przyszłość Polski i Europy to węgiel” – mówił Donald Tusk na konwencji PO w 2013 r. – „Na OZE będzie tyle pieniędzy, ile trzeba na ochronę środowiska i zrównoważony miks energetyczny, ale nic więcej. Nie będziemy wmawiali Polakom, że baterie słoneczne i wiatraki to jest energetyczna przyszłość Polski… Nasze źródła energii będą polskim źródłem energii i polskiej niepodległości energetycznej na długie lata”.
„Polskie” źródła energii to węgiel, gaz i gaz łupkowy (nowe eldorado) oraz energetyka atomowa, gdzie nowym politycznym hitem jest są lokalne elektrownie atomowe do kogeneracji prądu i ciepła. Wystąpienie Tuska należy czytać na tle rozkwitu dyskursu na temat bezpieczeństwa narodowego, który tworzy nową ramę porozumienia elit zarządzających niekończącą się neoliberalną transformacją (jest jeszcze tyle do sprywatyzowania…). Postawiono w nim na militarną, policyjną i gospodarczą moc Polski, na płodność Polek (wzrost demograficzny) oraz spięto razem bezpieczeństwo energetyczne, militarne i gospodarcze.
Politycy z rządzącej koalicji grają na dwie ręce. W wywiadzie z lipca 2013 r. minister gospodarki Janusz Piechociński zapowiadał, iż trzeba renegocjować pakiet klimatyczny i zmodyfikować wskaźniki dla wschodzących gospodarek. Wtórują mu polskie firmy energetyczne i przemysł ciężki. Politycy i media podkreślają, iż Polska dużo traci na polityce klimatycznej. Tymczasem tylko z tytułu sprzedaży nadwyżek uprawnień emisji CO2 (dla Kioto odniesieniem była redukcja emisji w porównaniu do r. 1998, dla EU ETS od r. 2005) Polska zarobiła 800 mln zł. W Polsce pozwolenia będą przyznawane wielkim firmom energetycznym bezpłatnie do r. 2019, w starych krajach UE od r. 2013 do 2027 są zastępowane systemem aukcyjnym. Nie widać więc, aby gospodarka upadała pod ciężarem polityki klimatycznej. Ale takie argumenty są przydatne do utrzymania korzyści.
Z kolei minister środowiska w licznych wywiadach krytykuje nierówny podział obciążeń między krajami i wypowiada się na rzecz paktu globalnego. W tle tej agendy są projekty Banku Światowego na rzecz tworzenia instytucjonalnych rozwiązań, które pozwolą na globalizację modelu EU ETS.
Niestety, EU ETS jak kula śniegowa będzie się toczyć dalej, dopóki nie rozpuści jej globalne ocieplenie, o ile wcześniej nie dojdzie do „resetu polityki klimatycznej”. Słuchając globalnych decydentów i polskich polityków, w tym ministra Korolca, można domniemać, że taki reset jest przygotowywany. Nie chodzi jednak o likwidację handlu emisjami, ale o jego globalizację.
NGO-sy i urynkowienie klimatu
Większość polskich NGOosów albo ewangelizuje politykę klimatyczną z Kioto i z Brukseli (w kadrze zły rząd i dobra Unia Europejska), domagając się więcej tego samego (Koalicja Klimatyczna, InE), albo znajdują sobie niszę w postaci skupienia na OZE i lirycznych opisach zielonego miasta, demokracji energetycznej i zielonego ładu (Zielony Instytut, Fundacja Przestrzenie Dialogu).
Raporty tych organizacji okazjonalnie posługują się lewicową retoryką, ale w konkretnych argumentach skupiają się na rozwiązaniach z neoliberalnego dekalogu (kapitał kreatywny, edukacja jak w strategii Europa 2020, czyli urynkowienie badań i edukacji w imię konkurencyjności, więcej flexicurity w polityce społecznej, gdzie prawa socjalne to usługi, czy ekoinnowacje jako rozwiązanie kryzysu ekologicznego i ucisku pracowników). W tychże raportach na dachu każdego domu zielonego miasta jest fotowoltaika i nie ma ludzi, których nie stać na te urządzenia. Jest postulat godzenia ról i dzielenia się pracą opiekuńczą w domu, ale nie ma kobiet, które chodzą pracować w cudzych domach za grosze ani rodzin, których dochody (płaca minimalna i poniżej) wystarczają na tyle, by nie umrzeć, ale są zbyt niskie, by zapewnić podstawowe potrzeby.
Także dyskurs akademicki zamyka się w ramach narodowego interesu, dostarcza deskryptywnych opisów polityki klimatycznej albo ewangelizuje system handlu emisjami. Szczególnym tego przykładem jest wykładnia prawna EU ETS dr. Leszka Karskiego, w której przedstawia on fiskalno-prawne narzędzia handlu emisjami jako instrument prawa globalnego, który służy człowiekowi i gwarantuje realizację praw człowieka zarówno przyszłym, jak i obecnym pokoleniom, zapewnia rozwój społeczny oraz globalny pokój poprzez wydzielenie części atmosfery dla biznesu, w przeciwieństwie do zbrojnych konfliktów o surowce. Można ironizować, iż taka retoryka będzie użyteczna, żeby uzasadnić globalny system handlu emisjami.
Polskie spory o klimat nie wychodzą więc poza repertuar z Kioto i Brukseli (inwestycje w nowe technologie, OZE, handel emisjami). Prawie nikt nie chce zobaczyć „króla bez ubrania”. Nie ma krytyki założeń polityki, która prywatyzuje przyrodę, tak jak niemal nie ma krytyki neoliberalizacji polityki społecznej. Co najwyżej NGOsy i ekopolitycy wzywają do podwyższenia poprzeczki. Pytania o to, kto zarabia na truciu i „ocalaniu”atmosfery oraz kto za to podwójnie płaci, nie są zadawane.
We wszystkich krajach UE dostawcy energii mają dwa cenniki: jeden z wyższymi cenami dla gospodarstw domowych, a drugi dla firm. W Polsce gospodarstwa domowe płacą za energię blisko dwukrotnie więcej niż firmy (zob. www.energy.eu), a na straży takiego cennika stoi Urząd Regulacji Energetyki. Przyjmuje się założenie, iż za ochronę środowiska powinien płacić ostateczny użytkownik. Gospodarstwa domowe płacą także za koszt energii ucieleśnionej w produktach i usługach.
Jak w żadnym innym dyskursie, polityka klimatyczna wywołała niebywałą troskę o jej skutki dla ubogich gospodarstw domowych. Firmy, które dopisują koszt „ochrony klimatu” do rachunków ostatecznych użytkowników, a także politycy, międzynarodowe i krajowe think tanki oraz NGOsy, które dyskursywnie wspierają rynkowy model polityki klimatycznej, nagle zapałały troską o gospodarstwa domowe – na które przerzucają odpowiedzialność za klimat.
Nowa narracja
We wspomnianym wyżej raporcie Fundacji im. Heinricha Bölla oceniającym stan polityki klimatycznej pada wezwanie do „resetu” i nowej narracji ze strony NGO-sów. W Polsce jednym z warunków powstania nowej narracji jest zakwestionowanie neoliberalnej normatywności w jej różnych wariantach (lewicowym i konserwatywnym) i w różnych punktach aplikacji jednocześnie: w polityce ekologicznej, społecznej, edukacyjnej, ochrony zdrowia, komunalnej.
Na to, co nazywamy „klimatem”, składa się wielość (uklasowionych, urasowionych i upłciowionych) relacji między ludźmi a powietrzem, coraz szerzej i gęściej zapośredniczanych przez relacje kapitału. Jeśli w ogóle można wyznaczyć widzialny horyzont politycznych marzeń, to celem mogłoby być zbudowanie nowych dóbr wspólnych: zasobów wiedzy krytycznej i sieci relacji między i wśród różnych ruchów społecznych – pracowniczych, prawoczłowiekowych, kobiecych, ekologicznych, lokatorskich – wokół warunków reprodukcji życia codziennego. Z doświadczeń takich walk i sieciowania powstanie nowa narracja, w której opieka i przyroda to dobra wspólne i podstawowe potrzeby życiowe. Patrząc z perspektywy reprodukcji życia codziennego, ludzie, aby żyć, potrzebują wzajemnej opieki, instytucji, które ją zapewniają i podtrzymają wzajemne więzi, a także materialnych środków do reprodukcji życia własnego i zależnych bliskich osób. Wszystkie środki do życia, nawet postrzegane jako „praca niematerialna”, zapośredniczone są w relacjach z przyrodą.
W europejskich kulturach obowiązek opieki spoczywał na kobietach, a praca reprodukcyjna była nieodpłatna bądź nisko wynagradzana. Na materialnej i emocjonalnej pracy reprodukcyjnej opiera się fundament państwa. Bez niej ludzie nie mogliby świadczyć płatnej pracy, firmy nie miałyby pracowników i konsumentów. Począwszy od lat 80., acz w różnym tempie i na różne sposoby, we wszystkich krajach Europy i gdzie indziej szeroko rozumiana sfera opieki ulega urynkowieniu. Ochrona zdrowia, edukacja, emerytury, mieszkalnictwo komunalne, polityka miejska i polityka państwa przeobrażane są zgodnie z regulatywnym ideałem rynku, analogicznie jak w polityce klimatycznej. Podobna ekspansja przeobraziła inne dobro wspólne – internet. Toteż „nowa narracja” nie może się odnieść do polityki klimatycznej jako takiej – musi połączyć różne walki, w których wspólną stawką jest życie.
Włochy budzą dziś zainteresowanie światowych mediów ze względu na swą niepewną sytuację ekonomiczną i polityczną. Ale z dala od światła kamer telewizyjnych wiele firm przemysłowych dokonuje zmian, niezbędnych do budowy bardziej zrównoważonej, ekologicznej przyszłości. (więcej…)

Po raz pierwszy w historii unijne prawodawstwo zobowiązało państwa członkowskie do tego, by przy wyborze szefa Komisji Europejskiej uwzględniły one wyniki wyborów europarlamentarnych.
Zieloni uznali, że nasz głos powinien być jeszcze ważniejszy.
Podczas gdy inne europejskie partie polityczne wybrały twarze swoich kampanii na specjalnych kongresach, Europejska Partia Zielonych zdecydowała oddać głos wszystkim obywatelkom i obywatelom państw UE, którzy ukończyli 16 lat.
Na specjalnej stronie www.greenprimary.eu wybrać możemy dwójkę twarzy kampanii, osoby, które w przyszłym roku będą jeździć po Europie i przekonywać do zielonych idei. Co najmniej jedna będzie kobietą.
Każdy i każda, kto chce wziąć udział w zielonych prawyborach, może oddać głos na jedną lub dwie spośród czterech kandydatur:
José Bové to francuski eurodeputowany, działacz rolniczy, walczący z monopolizacją produkcji i dystrybucji żywności przez rolnictwo przemysłowe i ponadnarodowe korporacje. Od lat uczestniczy w kampaniach anty-GMO, w Polsce wspiera lokalne społeczności, zmagające się z wydobyciem gazu łupkowego. Obecnie zaangażowany w kampanię przeciw porozumieniu handlowemu między Unią Europejską a USA (TTIP).
José Bové w „Zielonych Wiadomościach”
Monica Frassoni jest współprzewodniczącą Europejskiej Partii Zielonych. Pochodzi z Włoch, była eurodeputowaną z Belgii. Uważa, że kluczowa dla przyszłości Unii Europejskiej będzie jej demokratyzacja oraz realizowanie koncepcji Zielonego Nowego Ładu.
Monica Frassoni w „Zielonych Wiadomościach”
Rebecca Harms współszefuje Grupie Zielonych/Wolnego Sojuszu Europejskiego w PE. Od lat konsekwentnie działa przeciwko energetyce jądrowej, wspierając ruchy społeczne – także w Polsce. Równie konsekwentnie wspiera rozwój przyjaznej dla środowiska energetyki odnawialnej. Pochodzi z Niemiec.
Rebecca Harms w „Zielonych Wiadomościach”
Ska Keller – również z Niemiec – wspierana jest przez europejską zieloną młodzieżówkę (FYEG). W Parlamencie Europejskim domaga się humanitarnej polityki imigracyjnej UE, uważnie obserwuje również globalne porozumienia handlowe, negocjowane i podpisywane przez Unię. Gościła na Kongresie Europa Społeczna w Warszawie, gdzie opowiadała o zielonej wizji opieki zdrowotnej.
Ska Keller w „Zielonych Wiadomościach”
Głosować można do 28 stycznia 2014 r. Wynik będzie ogłoszony dzień po zamknięciu głosowania.
Na początku kwietnia Węgry wybierać będą nowy parlament. Jaki plan na znalezienie się w nim mają Zieloni z partii Polityka Może Być Inna (LMP)? O tym rozmawiamy z działaczką partii, Katalin Csibą. (więcej…)
Pragnę podzielić się w tym artykule własnymi spostrzeżeniami i refleksjami na temat tzw. umów kontraktowych, udzielanych w lecznictwie zamkniętym. (więcej…)
Nasi pradziadkowie i prababcie śmieci nie mieli. Ubrania się nosiło międzypokoleniowo, gdy się przecierały – nicowano, przerabiano na dziecięce, na ścierki. Jedzenia się nie wyrzucało, popiół wysypywało na grządki. Rzeczy przechodziły z pokolenia na pokolenie i się szybko nie rozpadały, bo nie były z masowej produkcji. Rynek, każący zmieniać samochody co kilka lat i bluzeczki co sezon, jeszcze się nie narodził. A potem poszło z górki – za dużo rzeczy, by je trzymać, masowa produkcja rzeczy, które muszą być z definicji nietrwałe, darmowe foliówki i każdy produkt w trzech warstwach folii, papieru i nie wiadomo czego jeszcze. Zanim zaczęła się moda na meble po dziadkach i wydziergane ręcznie skarpetki, pojawił się problem śmietników.
Najpierw po prostu były. Potem zaczęły być przepełnione. I były jeszcze śmierdzące zsypy w wieżowcach. I śmieci podrzucane do lasu, po tym jak wprowadzono opłaty i sprywatyzowano wywóz śmieci. Pomysł, by coś z tym zrobić, skierowano do młodego pokolenia. Oni do domu ze szkoły wrócą, i dziadkom przekażą, że plastik – tu, a odpady organiczne – tam. I jak raz w roku pobiegają z workami na śmieci po okolicznym skwerze, to może zastanowią się, zanim rzucą tam kolejną puszkę, butelkę, kartonik. Choć przecież starsi od zawsze segregowali torby po cukrze i słoiki, za opakowania szklane dostawali parę groszy na skupie, a do szkoły znosili makulaturę.
Dziś, gdy panuje nadprodukcja odpadów, segregacja śmieci i edukacja w tej dziedzinie są niezbędne. Ustawa śmieciowa jest absolutną koniecznością, jednak jej wprowadzenie spowodowało silny opór. Dlaczego tak się stało?
Opory i protesty mieszkańców nie brały się znikąd, tylko z imperatorskiego stylu wprowadzania wszystkich decyzji władzy, także tej o śmieciach. To sposób komunikacji, skrajnie lekceważący mieszkańców i niepozwalający im dojść do głosu – lub wręcz brak jakiejkolwiek komunikacji – odpowiada za ludzkie protesty i niezgody.
Dyskurs władzy od lat mówi „lud jest ciemny i nie chce segregować”. Władza każe, lud ma się podporządkować. W moim pojemniku segregacyjnym wciąż straszą obierki w folii, a butelki puste w niesegregacyjnym – lud olał dekret i robi coś władzy na złość? Bo tak długo, jak segregacja jest kolejnym „carskim dekretem”, nawet pod groźbą kary my się władzy nie damy.
Gorzej z segregacją przez instytucje: mimo drastycznego wzrostu opłat publiczne instytucje nie segregują. Papier z miejskiej administracji trafia do pojemnika na odpady organiczne, liście sprzątane z chodnika przez wynajętą przez miasto firmę do pojemnika na surowce. Mieszkańcy widzą, że dekret obowiązuje jedynie maluczkich – władza jest ponad prawem. To komunikat, że w rzeczywistości wcale nie chodzi o jakąś segregację, ekologię, zrównoważony rozwój czy jakość życia w mieście.
W Łodzi miejska legenda o śmieciarkach, które wywożą wszystko jak leci, ożyła za sprawą lokalnej dziennikarki. Wioletta Gnacikowska zapytała o los pakowanych do jednego wozu śmieci różnego rodzaju, i otrzymała standardową zapewne odpowiedź, że segregacja nastąpi na „wysypie”. Wysypisko obsługujące łódzkie Bałuty jest w Krośniewicach, sortownia w Kutnie, a kompostownia, do której powinny trafić mokre odpady organiczne, w Łodzi – napisała w łódzkim dodatku „Gazety Wyborczej” z 12 października 2013 r. Czy warto śmieci z Łodzi wozić 80 kilometrów do Kutna, stamtąd do Krośniewic 16 kilometrów, i niemal setkę z powrotem do łódzkiej kompostowni? – pyta dziennikarka w imieniu mieszkańców. I podobnie jak mieszkańcy żądający rzetelnej polityki śmieciowej nie uzyskuje żadnej odpowiedzi, poza biurokratycznymi wykrętami firmy wybranej przez miasto.
Ustawa śmieciowa ma więcej ofiar. Nagła zmiana zasad wycięła z rynku jednych, wpuściła innych. Działalność musieli zamknąć byli pracownicy miejskich służb oczyszczania, którzy na skutek poprzedniej reformy – zlecania usług w przetargu – zostali zmuszeni do samozatrudnienia, zakupu na kredyt często śmieciarek, i wrócili do punktu wyjścia, zwalniając tych, których po drodze zatrudnili.
Wśród ekonomicznie zmotywowanych mieszkańców zwiększył się nie tylko trend do zamykania śmietników, ale i niechęć wobec tradycyjnej bezpłatnej segregacji dokonywanej dotąd przez tzw. „nurków”. Ekonomizacja ekologii na usługach ustawy śmieciowej boleśnie uderzyła w solidarność społeczną i tradycyjne wartości, niezezwalające na marnowanie czegokolwiek, i każące niepotrzebne a przydatne jeszcze rzeczy dzielić z innymi. Wraz ze śmieciową rewolucją zniknęły przydomowe wystawki, nieregulaminowe pojemniki na suchy chleb, kartony na sterty reklam i stare czasopisma, worki z czystymi ubraniami – z których żyli „nurkowie”, ale i korzystali mieszkańcy. Teraz „graty” chcą odbierać od nas firmy, które na tym zarabiają, więc odbierają tylko to, co im się opłaca. Wraz z podporządkowaniem gospodarki odpadami rachunkowi ekonomicznemu w przeszłość odeszła tradycja dzielenia się z potrzebującymi współgrała z oszczędnością, przekazywaniem rzeczy dalej, szacunkiem dla ich wartości, trwałości.
Zazielenienie przemysłu stanowi klucz do do tego, byśmy mogli powstrzymać zmiany klimatu i zachować kwitnące społeczeństwo. Aby to osiągnąć, potrzeba nam nowego podejścia do środowiska. (więcej…)
O ograniczeniach rynkowych narzędzi ochrony środowiska pisze Barbara Unmüssig. (więcej…)
Publikacja brytyjskiej fundacji Demos The Entrepreneurial State rozprawia się z mitami na temat tego, jak indywidualna inicjatywa odpowiada za postęp naukowy i technologiczny. Na czołowego gracza wyrasta państwo, pełniące funkcje dalekie od „nocnego stróżowania”.
Przyzwyczajeni jesteśmy do wizji postępu tożsamej z dokonywaniem kolejnych odkryć naukowych, dzięki którym zmniejszały się odległości między kontynentami, zmniejszała śmiertelność z powodu chorób czy też wydłużał się nasz czas życia. Roli wybitnych jednostek – od Leonarda da Vinci po Marię Curie-Skłodowską – nie sposób zlekceważyć. Problem w tym, że wraz z kolejnymi odkryciami wiedza gatunku ludzkiego na temat otaczającego go świata stawała się coraz bardziej kompleksowa, a kolejne odkrycia wymagały zainwestowania coraz większych pieniędzy. Proces ten szczególnie przybrał na sile w okresie II wojny światowej oraz po jej zakończeniu. Rola instytucji państwowych w przyspieszeniu postępu technologicznego jest nie do przecenienia. Niestety, wraz z postępem neoliberalizmu od lat 80. XX w. doktryna zakładająca redukcję roli państwa zaczęła brać górę – i to nie tyle w praktyce jego funkcjonowania (udział sektora publicznego w badaniach i rozwoju pozostaje po dziś dzień znaczny), co w dominującej narracji międzynarodowych koncernów. Promują one swoją wersję historii, w której to nieskrępowany pęd do przedsiębiorczości doprowadził do sukcesu amerykańskiej Doliny Krzemowej, stawiając ją jako wzór dla pozostałych krajów świata.
Jak to się robi: USA, Japonia, ZSRR
Autorka raportu przygotowanego dla think tanku Demos, ekonomistka Mariana Mazzucato, rozprawia się z tym mitem, przypominając o instytucjach odpowiedzialnych za technologiczny skok Stanów Zjednoczonych po 1945 r.
Jedną z nich była DARPA (Defense Advanced Research Projects Agency), powstała w 1958 r. na fali rywalizacji ze Związkiem Radzieckim w dziedzinie militarnej oraz eksploracji kosmosu. Jej działania szły dwutorowo: z jednej strony tworzyła własne instytucje badawcze, z drugiej zaś wspierała swoimi zasobami finansowymi oraz naukowymi młode, obiecujące inicjatywy sektora prywatnego, chcące realizować jej projekty.
Główną przewagą, jaką instytucja ta miała nad działaniami niepublicznymi, było skupianie się na długofalowych, wręcz wizjonerskich inicjatywach, których okres wdrożenia do komercyjnego wykorzystania mógł sięgać 20 i więcej lat, podczas gdy większość sekcji badawczo-rozwojowych (B+R) w komercyjnych firmach ukierunkowana jest na działania mające przynieść szybki zysk (maksymalnie w ciągu 3 do 5 lat od rozpoczęcia badań).
Publiczne finansowanie pozwoliło chociażby na rozwój Internetu. DARPA ułatwiała sieciowanie inicjatyw naukowych oraz zapewniała stabilne finansowanie obiecującym jej zdaniem projektom, rezygnując ze wspierania tych pomysłów, które przestały zapowiadać się perspektywicznie. Wizjonerstwo, decentralizacja i elastyczność – to połączenie zdaniem Mazzucato miało przyczynić się do amerykańskiego sukcesu technologicznego.
Innym amerykańskim sukcesem był SBIR (Small Business Innovation Research). Co ciekawe, odpowiada za niego… administracja Ronalda Reagana, która doprowadziła do jego uchwalenia w 1982 r. Wspiera on komercjalizację badań, prowadzonych przez firmy z sektora high-tech kwotami nawet do 2 mld dol. Rocznie.
W Japonii z kolei sukces w transformacji tej pierwotnie eksportującej głównie mało skomplikowane produkty gospodarki na tory nowoczesnych technologii osiągnięto dzięki MITI – Ministerstwu Międzynarodowego Handlu i Przemysłu. To o tyle istotne, że w latach 70. XX w., kiedy proces zmian w stronę high-tech był najbardziej zaawansowany, Japonia na sektor badań i rozwoju wydawała średnio 2,5% swojego PKB, podczas gdy ówczesny Związek Radziecki – aż 4%. Mimo to – jak wiemy z historii – to nie ZSRR wygrał w tym wyścigu. Mazzucato wskazuje na źródła tego stanu rzeczy: Moskwa bardzo silnie inwestowała w sektor militarny (konsumujący ponad 70% budżetu B+R), ale – w przeciwieństwie do USA – praktycznie nie było tam instytucji prywatnych, mogących skomercjalizować poczynione w nim odkrycia. Badania naukowe były odizolowane od międzynarodowej konkurencji, produkcji i wymiany handlowej, co dodatkowo pogarszało sytuację ekonomiczną Związku Radzieckiego, ostatecznie prowadząc do przegranej nawet w jedynym wyścigu, na który nakierowany był rozwój technologiczny – w wyścigu zbrojeń.
Nauka, państwo, biznes
Autorka „The Entrepreneurial State” na podstawie tych doświadczeń historycznych krytykuje aktualną politykę kolejnych brytyjskich rządów, skupiających się na złej alokacji środków na badania i rozwój oraz wiarę w to, że ulgi podatkowe przyczynią się do wzrostu innowacji. Jej zdaniem należy zerwać z dominującymi przekonaniami, które na Wyspach Brytyjskich wiążą się z komercjalizacją działań naukowych. Wsparcia finansowego potrzebują nie tyle małe i średnie przedsiębiorstwa (wedle badań niekoniecznie skłonne do innowacji w dziedzinie zarządzania czy stosowanych w nich technologii), często będące rodzinnymi firmami, co młode, obiecujące inicjatywy.
Jeśli już tworzyć specjalne przestrzenie rozwoju naukowego, to nie powinny to być znane z Polski Specjalne Strefy Ekonomiczne, lecz parki technologiczne. Ważniejsze bowiem jest wspieranie konkretnych inicjatyw niż uniwersalne ulgi podatkowe rozdawane bez względu na rezultaty działań badawczo-rozwojowych. Co więcej, sugeruje ona, by za miernik postępu nie uznawać ilości patentów, które pojawiają się w narodowych gospodarkach, bardzo często bowiem ograniczają one możliwości badawcze przedsiębiorstw i instytucji naukowych, które nie miały szczęścia posługiwać się nimi jako pierwsze (szczególnie, gdy zamiast końcowych rezultatów badań obejmują one np. metody badawcze).
Coraz ważniejszą sprawą, którą powinny zająć się instytucje publiczne, jest udział w zyskach z wprowadzonych do rynkowego procesu produkcji i dystrybucji pomysłów, sfinansowanych z kieszeni podatników. W Stanach Zjednoczonych udział rządu federalnego w sektorze badań podstawowych (a więc swego rodzaju „infrastruktury naukowej”) wynosi aż 57%, a uniwersytetów – dalsze 15%, tymczasem z tego typu badań korzystają komercyjne firmy, które dzięki nim zwiększają swoje zyski.
Co więcej – jak w wypadku leków – często koszty terapii, przerzucane na osobę chorą, poważnie ograniczają dostępność medykamentu do osób o niskich i średnich dochodach. Warto w tym momencie wspomnieć, że wedle statystyk z rynku amerykańskiego 2/3 nowych medykamentów stanowią wariacje na temat już istniejących produktów, co wskazuje na niechęć koncernów farmaceutycznych do ponoszenia kosztów tworzenia jakościowo nowych leków.
Mazzucato apeluje o znalezienie równowagi w tej kwestii, np. poprzez zapewnienie państwu – w zamian za finansowanie badań komercyjnym firmom – określonego udziału w zyskach ze sprzedaży oraz prawa kształtowania cen produktu, jeśli ma on istotne, społeczne znaczenie, jak wspomniane przed chwilą leki na rzadkie choroby. W ten sposób finansowanie badań naukowych podmiotom komercyjnym mogłoby w większym niż do tej pory stopniu opierać się na środkach pozabudżetowych. Wszystko to wymaga do sprawnego funkcjonowania efektywnych instytucji publicznych, mających plan wykorzystania odkryć naukowych (na przykład w szeroko omawianym w brytyjskiej publikacji sektorze zielonych technologii) dla społecznego dobra.
Artykuł ukazał się pierwotnie na blogu Zielona Warszawa.
Rząd pracuje nad tzw. programem antysmogowym. Jego celem jest m.in. wyeliminowanie domowych pieców węglowych jako nieekologicznych sposobów ogrzewania. Władze Krakowa czy Wałbrzycha już zapowiedziały wprowadzanie tych programów. Lokalne programy zakładają kary za palenie węglem. Jak to wpłynie na życie ludzi? (więcej…)
W maju 2013 r. Komisja Europejska przekazała do Parlamentu Europejskiego projekt nowego unijnego rozporządzenia w sprawie produkcji i udostępniania na rynku materiału przeznaczonego do reprodukcji roślin (prawo o materiale przeznaczonym do reprodukcji roślin).
Niebezpieczna propozycja
Na pierwszy rzut oka cel wniosku nie budził podejrzeń: „aktualizacja obecnie obowiązujących regulacji, zwiększenie przejrzystości przepisów i zamieszczenie ich w jednym akcie prawnym”. Gdy jednak przyglądamy się szczegółowo proponowanym przepisom, okazuje się, że Komisja zaplanowała totalną regulację każdego faktu kupna lub przekazania materiału roślinnego przeznaczonego do rozmnażania, czyli nasion, sadzonek, drzewek. Grozi to ograniczeniem dostępu rolników i obywateli do nasion, a także zagraża prawu rolników do swobodnej wymiany nasion, a w konsekwencji stanowi zagrożenie dla różnorodności biologicznej i bezpieczeństwa żywnościowego.
W Polsce najważniejszymi krajowymi aktami prawnymi regulującym tę dziedzinę są: ustawa z dnia 9 listopada 2012 r. o nasiennictwie (Dz. U. z 2012 r. poz. 1512) oraz ustawa z dnia 7 czerwca 2001 r. o leśnym materiale rozmnożeniowym. (Dz. U. Nr 73, poz. 761, ze zmianami). Rzeczywistość w naszym kraju jest daleka od doskonałości, gdyż średnie zużycie kwalifikowanego materiału siewnego, jak informuje Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, wynosi ok. 15%, a w przypadku sadzeniaków ziemniaków – ok. 11%. Według informacji podawanych przez Inspekcję Ochrony Roślin i Nasiennictwa w 2011 r. udział kwalifikowanych nasion zbóż wnosił 15,8%.
Mimo oczywistego faktu, że używanie kwalifikowanych nasion odpowiednio dobranych odmian zapewnia wyższe plony, wielu rolników zdobywa nasiona na własną rękę, z własnej produkcji, od sąsiadów, na lokalnym targowisku, a tylko czasem dokupuje kwalifikowany materiał siewny, który – rzecz jasna – jest drogi. Oprócz tego, niekoniecznie godnego polecenia sposobu, są pewne obszary, w których kupno kwalifikowanego materiału siewnego, jest prawie niemożliwe, albo po prostu w ogóle niemożliwe, jak np. nasiona pewnych gatunków i odmian roślin do produkcji ekologicznej, gatunków i odmian „niszowych”, „historycznych”, „lokalnych” lub gatunków hobbistycznych. W takich przypadkach rolnik kupując nasiona pszenicy orkisz, pszenicy płaskurki, kamutu, czy lubianej przez działkowców „jagody kamczackiej” (wiciokrzewu kamczackiego), nie ma szans na kupno materiału kwalifikowanego i kupuje je najczęściej od znajomych rolników, szkółkarzy-amatorów, przez internet, a hobbyści – na lokalnych bazarkach.
Gdyby projektowane rozporządzenie zostało przyjęte w formie proponowanej przez Komisję, rolnicy byliby zmuszeni kupować materiał siewny i wegetatywny materiał rozmnożeniowy w specjalistycznych firmach, a wszelkie sposoby, by nawzajem sprzedawać sobie nasiona lub nawet je podarować, byłyby zabronione. Jeśli rolnik chciałby przekazać nasiona z własnej uprawy, musiałby spełniać biurokratyczne wymagania zgodne z unijnymi przepisami. Dotyczyłoby to także odmian, które nie podlegają ochronie. W Polsce 85% rolników, którzy wysiewają niekwalifikowane nasiona (niestety często nieznanego pochodzenia) oraz producenci tych nasion mogliby być potencjalnie narażeni na kary. Amatorzy pszenicy płaskurki i pomidorów nazywanych potocznie na bazarkach „malinowymi”, a w rzeczywistości już prawie nieprzypominających oryginalnej odmiany, mogliby zapomnieć o swobodzie wymiany nasion.
Nasiona są dobrem wspólnym
Całe szczęście w wielu krajach, zwłaszcza w Austrii, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech i Hiszpanii, gdzie istnieje tradycja wymiany nasion między amatorami, a także pasjonatami starych gatunków i odmian, a nawet fachowcami-rolnikami, powstała silna opozycja na rzecz zachowania swobody w tej dziedzinie. W listopadzie 2013 r. z inicjatywy dwóch organizacji austriackich, GLOBAL 2000 i Arche Noah, kilkadziesiąt organizacji z różnych krajów podpisało Deklarację z Wiednia, która jest opublikowana w kilku językach i rozpowszechniana w mediach, ale przede wszystkim skierowana do europosłów.
Sygnatariusze deklaracji, w tym polskie organizacje broniące różnorodności biologicznej w rolnictwie, postulują ograniczenie rozporządzenia do podmiotów zajmujących się produkcją i obrotem nasionami w celach zarobkowych. Chcą, aby z jego zakresu wykluczyć małych producentów, gatunków i odmian „niszowych”. Postulują dobrowolną, a nie obowiązkową kwalifikację nasion i wegetatywnego materiału rozmnożeniowego. Zwracają też uwagę, że w konsekwencji wejścia w życie tego rozporządzenia duża grupa rolników (a w naszym kraju bardzo duża!) byłaby narażona na kary, na skutek powstania „czarnego rynku”.
Akcję poparła m.in. Vandana Shiva, indyjska działaczka na rzecz ochrony środowiska, nawołując 2 października, w dniu urodzin Mahatmy Gandhiego, do poparcia Deklaracji na rzecz wolności nasion i demokracji żywności (można ją podpisać tu) oraz Carlo Petrini, inicjator ruchu Slow Food, publikując we włoskiej gazecie codziennej „La Repubblica” artykuł w obronie różnorodności nasion.
W rezultacie – w grudniu 2013 r. europosłowie złożyli ponad 1400 poprawek, wielu z nich jest za odrzuceniem wniosku z projektem nowego rozporządzenia. Także polscy europarlamentarzyści: Jarosław Kalinowski, Czesław Siekierski, Wojciech Olejniczak i Janusz Wojciechowski złożyli poprawki do projektu. Po krytycznych i ostrych wypowiedziach kilku europarlamentarzystów sprzeciwiających się tak drastycznym zmianom prawa, m.in. austriackiej europosłanki Elisabeth Köstinger, Parlament Europejski zdecydował o odroczeniu decyzji w tej sprawie do stycznia 2014 r.
Wydaje się prawdopodobne, że Parlament w głosowaniu w dniu 21 stycznia odrzuci projekt, a z uwagi na wybory do Parlamentu w maju dalsze prace przesuną się przynajmniej o kilka miesięcy. Jednak organizacje ekologiczne i rolnicze nie przestają działać: 20 stycznia w Brukseli planowana jest demonstracja Via Campesina, zaś 22 stycznia konferencja Związku Demeter International „Czyje będą nasiona?”.
Jeśli nie ograniczymy naszej konsumpcji i nie zmienimy naszych codziennych nawyków, Ziemia nie będzie w stanie nas utrzymać. Ludzkość konsumuje dziś o 50% zasobów więcej, niż Ziemia jest w stanie wyprodukować. Polacy – o ponad 100%, co plasuje nas na 45. miejscu wśród 148 państw. Jeżeli ten trend zostanie utrzymany, w r. 2030 będziemy potrzebować więcej niż dwóch planet, aby ludzkość mogła przetrwać. Te niepokojące wnioski wypływają z raportu „Living Planet”, przygotowywanego co dwa lata przez międzynarodową organizację ekologiczną WWF. Rezultaty nadmiernej eksploatacji planety są już teraz widoczne w świecie przyrody.
Na podstawie danych, zbieranych od 1970 r., a dotyczących stanu ponad 9 tysięcy populacji 2688 gatunków ssaków, ptaków, gadów, płazów i ryb, wiemy, że ich liczebność zmniejszyła się w skali globalnej o 1/3. W zależności od rejonu ich występowania różni się wysokość strat wśród tych zwierząt.
W przypadku strefy tropikalnej, Indeks Żyjącej Planety, czyli wskaźnik zachowania gatunków, ukazuje dramatyczny spadek o 60%. Wynika to z ogromnej bioróżnorodności tych obszarów i niszczenia lasów równikowych, które przybrało na sile w ostatnich dziesięcioleciach. W przypadku zmniejszania się populacji zwierząt lądowych wskaźnik strat wynosi ponad 40%. Najgorsza sytuacja ma miejsce w morzach i oceanach – 62% oraz w ekosystemach słodkowodnych – 70%. W tych ostatnich bezpowrotnie wyginął m.in. delfin chiński. Dramatyczny spadek liczebności w morzach – aż o 74% w ciągu 50 lat – został odnotowany w przypadku dorsza atlantyckiego. Na lądzie z kolei liczebność tygrysów zmniejszyła się o 70%.
Niszczenie siedlisk i związane z nim wymieranie gatunków powoduje nasz rosnący ślad ekologiczny. Składają się na niego wzrost liczby ludności, poziom konsumpcji na osobę oraz sposób wykorzystania zasobów naturalnych. Obecnie poziom naszej rocznej konsumpcji wynosi o 50% więcej, niż Ziemia jest w stanie wyprodukować. W praktyce oznacza to, że w celu odnowienia zużywanych przez nas zasobów, nasza planeta potrzebuje półtora roku. Na ślad ekologiczny składają się emisje CO2, wynikające z działalności ludzi, wielkość pól przeznaczonych pod uprawy i hodowlę zwierząt, ilość drewna pozyskiwanego z lasów oraz poławianych ryb i owoców morza, a także budowa infrastruktury.
Rosnący ślad ekologiczny nie idzie w parze z zasobnością środowiska naszej planety. Jeżeli chcielibyśmy utrzymać Ziemię w stanie zdolności do odtwarzania zużytych przez nas zasobów, każdy człowiek mógłby zużywać maksymalnie 1,8 globalnego hektara rocznie – i to przy obecnym stanie populacji. Średnia dla świata wynosi dziś już 2,7 globalnych hektarów na osobę. Jeżeli przyjrzymy się każdemu z krajów z osobna, Polak wykorzystuje dziś ponad 4 hektary, podobnie jak inne kraje Europy Zachodniej, zaś mieszkaniec Stanów Zjednoczonych – powyżej sześciu! Wzrasta też ślad ekologiczny mieszkańców najludniejszego kraju świata, Chin, które przechodzi okres gwałtownego rozwoju. Kraje o rosnącym zaludnieniu, takie jak Brazylia, Indie i Indonezja, już dziś konsumują 50% ponad stan.
W 2012 r. ludzkość przekroczyła poziom zużycia zasobów Ziemi przypadających na dany rok już 20 sierpnia. Nie jest jednak za późno, aby odwrócić te negatywne, grożące całkowitym wyeksploatowaniem Ziemi trendy. „Living Planet Report” dowodzi, że przyszłość naszej planety zależy od nas. Epoka geologiczna, w której żyjemy nie bez powodu jest nazywana antropocenem – jej nazwa wskazuje na przemożny wpływ człowieka.
W każdej z dziedzin naszego życia powinniśmy już teraz podjąć działania na rzecz zmiany naszych codziennych zachowań, ucząc się oszczędnie korzystać z zasobów Ziemi. Ograniczajmy czynności związane z emisją CO2, jedzmy żywność, która powstała w sposób przyjazny dla środowiska, kupujmy produkty z ekologicznym certyfikatem. Bez względu na to, pod którą szerokością geograficzną mieszkamy, możemy mieć wpływ na stan naszej planety.