Komunikat prasowy organizacji: Friends of the Earth Europe, Corporate Europe Observatory, Sierra Club, Tansnational Institute, Powershift i Blue Planet Project. (więcej…)
Praca od 10.00 do 18.00 – nie wchodzi w grę, może od 6.00 – też nie dasz rady, szkoła w weekend – chyba żartujesz. Nie masz samochodu – sama jesteś sobie winna. I tak ciesz się, że masz te kilka autobusów, mogło być gorzej. (więcej…)
Polityka mieszkaniowa jest obecnie w Polsce jednym z najbardziej palących, a zarazem najbardziej zaniedbanych przez władze – zarówno państwowe, jak i samorządowe – obszarów. Brakuje mieszkań komunalnych, brakuje skutecznej ochrony lokatorek i lokatorów przed „czyścicielami kamienic” czy wpadaniem w spiralę zadłużenia. Na domiar złego sejmowa podkomisja właśnie odrzuciła propozycję zmian w prawie, które miały zniechęcić właścicieli kamienic do odcinania lokatorom wody.
Mimo iż w kilku miastach Polski działają okrągłe stoły mieszkaniowe lub lokatorskie, trudno mówić o istnieniu partnerskiego dialogu między władzami miast a stroną społeczną. W szczególnie ciężkiej sytuacji jest tutaj Warszawa, która nadal boryka się ze skutkami dekretu Bieruta i koniecznością zwracania kamienic, zwykle zamieszkałych. Prowadzi to do wielu ludzkich dramatów. Władze miasta wraz z przejęciem kamienicy przez nowego właściciela przestają się czuć odpowiedzialne za dalszy los lokatorów i lokatorek. Ci zaś zostają pozostawieni sami sobie wobec rosnących czynszów.
Wyzwaniem dla samorządów jest powrót do odpowiedzialnego kształtowania polityki mieszkaniowej, która powinna być traktowana jako jeden z priorytetów polityki miejskiej. Zwłaszcza że w tym momencie więcej uwagi poświęca się rozbudowie infrastruktury drogowej niż szukaniu sposobu na powiększenie zasobu komunalnego, wspieraniu mieszkań o umiarkowanych czynszach czy tworzeniu alternatywy wobec mieszkań deweloperskich. A przecież odpowiedzialna polityka mieszkaniowa to konstytucyjny obowiązek samorządów. Zgodnie z art. 75 Konstytucji RP „władze publiczne prowadzą politykę sprzyjającą zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych obywateli, w szczególności przeciwdziałają bezdomności, wspierają rozwój budownictwa socjalnego oraz popierają działania obywateli zmierzające do uzyskania własnego mieszkania”.
Deweloper na swoim
W praktyce jednak polityka mieszkaniowa została oddana mechanizmom wolnorynkowym. To deweloperzy kształtują rynek mieszkaniowy. Władze państwowe przez ostatnie lata jeszcze te procesy wspierają. Działający od 2009 r. program Rodzina na Swoim (RnS), który miał pomóc młodym rodzinom w nabyciu własnego mieszkania, był w praktyce dopłatą do kredytów bankowych. Z kolei kolejnych program Mieszkanie dla Młodych (MdM), który zastąpił RnS w 2014 r., zmusza do kupowania mieszkań wyłącznie na rynku pierwotnym. Jest więc kołem ratunkowym rzuconym deweloperom, którzy nie mogli sprzedać mieszkań wybudowanych na przedmieściach. Pułap cenowy zawarty w MdM sprawia, że w ramach programu nie można kupić nowego mieszkania w centrum miasta.
Mimo że zarówno RnS, jak i MdM to programy państwowe, władze samorządowe mogą lobbować za innymi rozwiązaniami i aktywniej korzystać z istniejących już narzędzi. Bank Gospodarstwa Krajowego realizuje obecnie program wsparcia budownictwa socjalnego ze środków Funduszu Dopłat. Celem programu finansowego wsparcia w zakresie tworzenia lokali socjalnych, mieszkań chronionych, noclegowni i domów dla bezdomnych jest zwiększenie zasobu lokali oraz pomieszczeń służących zaspokajaniu potrzeb osób najuboższych. Jednak to od samorządów zależy, czy będą starały się o te środki. W ciągu ostatnich sześciu lat warszawski ratusz złożył jedynie trzy wnioski o tego typu dopłaty.
W 2015 r. rusza program wspierania społecznego budownictwa czynszowego przygotowany przez Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju. Na początek ma powstać 10 tys. czynszówek. To, czy pojawią się one w danym mieście, również zależy od tego, czy władze samorządowe będą zainteresowane prowadzeniem aktywnej polityki mieszkaniowej. Jeśli pojawi się wola polityczna, to Warszawa, która ma praktykę w pozyskiwaniu środków z funduszy unijnych, powinna poradzić sobie bez problemu.
Mikrospółdzielnie alternatywą dla mieszkań deweloperskich
Poza wpływaniem na państwowe programy władze miasta mogą również wspierać tworzenie mikrospółdzielni mieszkaniowych.
Zadaniem władz miasta jest w tym przypadku wydzielanie małych działek pod inwestycje. Umożliwi to grupom osób stawianie budynków mieszkalnych po niższych kosztach niż deweloperskie. Wsparcie miasta będzie polegać również na wpływaniu na politykę banków komercyjnych, aby stworzyły ofertę kredytową dla mikrospółdzielni. Miasto może również wynająć architektów do przygotowywania kilku wzorcowych projektów budynków pasywnych, które będą przyjazne, energooszczędne i w dłuższej perspektywie tańsze w utrzymaniu dla ich mieszkanek i mieszkańców. To rozwiązanie jest bardzo popularne na Zachodzie Europy, np. w Szwajcarii. W Polsce do takiego programu przymierza się Wrocław.
Prawa lokatorek i lokatorów w działaniu
Odpowiedzialna polityka mieszkaniowa, jak każda miejska polityka, jest tym lepsza, im silniejsza jest współpraca władz samorządowych z organizacjami lokatorskimi.
W tym momencie ten dialog kuleje, a większość decyzji – jak podwyżka czynszów czy nowe programy programy mieszkaniowe – podejmuje się w zaciszu gabinetów. Stworzenie kompleksowej polityki mieszkaniowej wymaga współpracy różnych środowisk zajmujących się kwestiami mieszkalnictwa: władz samorządowych, ruchów lokatorskich, deweloperów, zewnętrznych ekspertów i ekspertek oraz osób reprezentujących wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe.
Taka współpraca jest konieczna, aby odpowiedzieć na potrzeby mieszkaniowe wszystkich grup społecznych, a nie jedynie wąskiej grupy dochodowej, niezależnie, czy będą to lokatorzy i lokatorki mieszkań komunalnych, czy – z drugiej strony – osoby starające się o kredyt na mieszkanie deweloperskie. Konieczne jest tworzenie Okrągłych Stołów Mieszkaniowych, które będą zrzeszały zarówno organizacje lokatorskie, jak przedstawicieli i przedstawicielki deweloperów, spółdzielni mieszkaniowych oraz ekspertów i ekspertki z obszaru polityki mieszkaniowej. Wieloletnie zaniedbania w zakresie polityki mieszkaniowej wymagają silnej partnerskiej współpracy wielu środowisk.
Przerwijmy spiralę zadłużenia
Nowe mieszkania komunalne oraz partnerski dialog to nie wszystko. Potrzebny jest również mechanizm oddłużania lokatorów. W Warszawie przez lata samorząd nie przejmował się tym, że lokatorzy i lokatorki nie są w stanie płacić czynszów. Czynsz niezapłacony przez dwa miesiące powinien być sygnałem alarmowym dla władz, które powinny sprawdzić, co jest przyczyną rosnącego zadłużenia. Często jest to utrata pracy czy choroba w rodzinie. Wielelotnie zaniedbania tego obowiązku ze strony miasta prowadzą do narastania długów. Wiele z rodzin tych zadłużeń nie spłaci. Co więcej, dług rodziców może przechodzić na dzieci wraz z uzyskaniem przez nie pełnoletności. Sprawia to, że młodzi ludzie, których szanse na rynku i tak są gorsze ze względu na biedę, są dodatkowo obciążeni finansowo na samym starcie w dorosłe życie.
Aby pozwolić osobom biednym stanąć na nogi i przerwać spiralę zadłużenia, konieczne jest zastosowanie mechanizmu oddłużania lokatorów. Warszawa jest jednym z miast, które nie mają uchwały umożliwiającej całkowite lub częściowe umorzenie długu. A przecież zadłużeni mieszkańcy bardzo często nie płacą czynszu nie dlatego, że mają złą wolę, ale dlatego, że nie mają środków finansowych. To samotne matki, niepełnosprawni, bezrobotni. Umorzenie długu pozwoli im zachować dach nad głową, a miastu lepiej organizować pomoc.
Aktywna i służąca większości polityka mieszkaniowa to kwestia wyboru. Pora na zmianę priorytetów.
W najbliższy czwartek mieszkanki i mieszkańcy Szkocji zdecydują o tym, czy chcą utworzyć niepodległe państwo. Jak mogłoby ono wyglądać? I dlaczego Szkoccy Zieloni popierają niepodległość? (więcej…)
Złoczew jest niewielkim miastem położonym zaledwie godzinę jazdy samochodem z Łodzi w stronę Wrocławia. To rolnicze miasteczko liczące 3,5 tys. mieszkańców, z historią Powstania Styczniowego w tle, dotknięte podczas II wojny światowej zniszczeniem i wyludnieniem. Piszę o nim w kontekście planowanej odkrywkowej kopalni węgla brunatnego PGE KWB Bełchatów SA, która tu prawdopodobnie stanie za kilkanaście lat. Zostały wykonane już 272 odwierty w ramach koncesji na poszukiwanie i rozpoznanie złoża, a w 2015 r. złożony będzie wniosek o koncesję na przemysłowe zagospodarowanie złoża „Złoczew”.
Złoże „Złoczew” w liczbach:
Szykuje się nam w województwie łódzkim kolejna dziura w ziemi i to położona zaledwie pół kilometra od granic Parku Krajobrazowego Międzyrzecza Warty i Widawki. Pewne jest, że obszar parku znajdzie się w strefie oddziaływań leja depresyjnego (którego powierzchnia może wynieść ponad 500 km2). Spowoduje to, że cały teren wokół kopalni w promieniu 13 km będzie cierpiał na niedobory wody, co jest o tyle problematyczne w wypadku tego, iż większość okolicznych miejscowości czerpie wodę z lokalnych studziennych ujęć. Zagrożona będzie także położona na południe od odkrywki urokliwa rzeka Oleśnica, lewy dopływ Warty.
Mieszkańcy Złoczewa są świadomi zagrożeń wynikających z planowanej inwestycji, boją się o okoliczną przyrodę, nie wiedzą na jakiej zasadzie będą dokonywane wywłaszczenia (tutaj odpowiem: jest to normowane przepisami ustawy z dn. 21 sierpnia 1997 r. o gospodarce nieruchomościami), ale mimo tych obaw nie widzą alternatywy dla swoich dzieci i wnuków.
Bezrobocie w tym regionie jest wysokie (w oficjalnych danych zaniżone, gdyż większość młodych osób pracuje za granicą) i niestety trudno dostrzec jakąś nadzieję na przyszłość. Czy jednak jedynym rozwiązaniem jest tak wielka ingerencja w naturę? I też ważne pytanie: czy jest to jakakolwiek nadzieja? Przy obecnej polityce klimatycznej Unii Europejskiej uzyskiwanie energii z węgla brunatnego za kilkadziesiąt lat nie będzie opłacalne, a państwo polskie nie może liczyć na rozwój, ciągle wspierając archaiczne metody. Silnie lansowana szansa dla Złoczewskiego Obszaru Funkcjonalnego okaże się przekleństwem.
Żałuję, że samorząd nie szukał innych opcji, nie wprowadzał takiego rozwiązania, jak alternatywne źródła energii, a z bezrobociem nie walczył poprzez zakładanie spółdzielni i nie zabiegał o możliwości wykorzystania budowanej w pobliżu drogi ekspresowej S8. Winny jest też nasz rząd, który nie stawia na OZE, tylko wciąż jest w oddziaływaniu silnego lobby paliw kopalnych i nie szuka rozwiązania problemu bezrobocia (w tym też pracujących na umowy śmieciowe, bo to de facto wolontariat) wśród młodych. Należy zacząć myśleć kompleksowo o przyszłości, a nie oddawać jej w ręce niszczycieli środowiska.
Artykuł ukazał się pierwotnie na blogu autora.
W ostatnich miesiącach widać w Europie rosnącą opozycję grup obywatelskich i partii politycznych wobec wielu potencjalnych zapisów negocjowanej ze Stanami Zjednoczonymi umowy o wolnym handlu (TTIP). Najwięcej kontrowersji budzą trzy sprawy: klauzula arbitrażu inwestycyjnego (ISDS), groźba liberalizacji usług publicznych (szczególnie ochrony zdrowia) oraz wpływ TTIP na unijne regulacje dotyczące bezpieczeństwa żywności.
Komisja Europejska, która negocjuje TTIP w imieniu Unii, podjęła próby uspokojenia opinii publicznej w każdej z tych trzech kwestii. Jeśli chodzi o arbitraż, komisarz ds. handlu Karel De Gucht konsekwentnie utrzymuje, iż jego celem jest zapewnienie, że „prawo państwa do stanowienia prawa w interesie publicznym pozostanie nienaruszone”. W kwestii bezpieczeństwa żywności z emfazą podkreśla, że „unijne prawo dotyczące wołowiny zawierającej hormony i żywności modyfikowanej genetycznie nie zmieni się wskutek zawarcia tej umowy”. Wreszcie w sprawie usług publicznych oficjalna linia (wyrażona w liście Głównego Negocjatora do brytyjskiego posła Johna Healeya) jest taka, że TTIP pozostawia państwom wystarczającą „przestrzeń politycznego wyboru” (policy space) do utrzymania publicznie finansowanych usług zdrowotnych.
Czy można jednak wierzyć tym deklaracjom, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Komisja przeszacowuje potencjalne korzyści z umowy? Wydanie ostatecznego osądu nie jest jeszcze możliwe. Negocjacje wciąż trwają, wiele dokumentów nie zostało upublicznionych, a rozmiar tego artykułu nie pozwala na pogłębienie wszystkich aspektów problemu. Mimo to bez wątpienia warto pokrótce przyjrzeć się tym kwestiom w świetle dostępnych dowodów. Nawet orientacyjne odpowiedzi mogą bowiem przyczynić się do ożywienia debaty politycznej wokół TTIP.
Nowy „lepszy” arbitraż?
Jeśli chodzi o arbitraż, podstawą mojej oceny jest dokument ogłoszony przez Komisję w ramach konsultacji publicznych, zawierający wiele fragmentów porozumienia o wolnym handlu między UE a Kanadą (CETA), oraz debata o pomysłach Komisji na zmiany w systemie arbitrażu. Komisja (i nie tylko) opowiada się za włączeniem klauzuli arbitrażu do TTIP, argumentując, że jest to szansa na poprawę w stosunku do zapisów istniejących dwustronnych umów inwestycyjnych (BIT), które oferują znacznie słabszą ochronę przed roszczeniami inwestorów wobec państw podejmujących uprawnione działania regulacyjne.
Jest bez wątpienia prawdą, że klauzula arbitrażu w CETA (a podobnie ma być w przypadku TTIP) ograniczyłaby autonomię państw w mniejszym stopniu niż istniejące dwustronne umowy inwestycyjne. Jednak, jak podkreślono w odpowiedzi na pytania konsultacyjne złożonej przez grupę prominentnych ekspertów politycznych i prawnych (i dostępnej na stronie Uniwersytetu w Kent), propozycje te nie odnoszą się do szeregu ważnych problemów, tak w kwestii reżimu ochrony inwestycji, jak i procedury arbitrażu.
Chodzi o takie niedostatki, jak:
Na planie ogólniejszym, niezależnie od tego, czy uznamy wspomniane reformy w systemie arbitrażu za wystarczające, autorzy wnioskują, że „system niesie ze sobą przesunięcie w priorytetach suwerenności: interesy zagranicznych posiadaczy kapitału zyskują na znaczeniu kosztem innych aktorów, których bezpośrednia reprezentacja i udział ogranicza się do procesów demokratycznych i publicznych instytucji sądowych”.
„Przestrzeń politycznego wyboru” dla usług publicznych
Kwestia usług publicznych jest przedmiotem gorących dyskusji szczególnie w Wielkiej Brytanii, gdzie wiele obaw budzi perspektywa prywatyzacji Narodowej Służby Zdrowia (NHS). Komisja podkreśla, że w porozumieniu o wolnym handlu między Unią Europejską a Koreą „UE i państwa członkowskie zachowały pełną przestrzeń politycznego wyboru dla publicznie finansowanych usług zdrowotnych, w tym usług świadczonych w szpitalach i w domu chorego czy przez karetki, poprzez niewłączenie ich w zakres zobowiązań”.
Nie jest to nieprawdą (co potwierdza lektura harmonogramu udostępniania rynku usług w ramach strefy wolnego handlu UE-Korea). Jednak takie oświadczenia nie wspominają oczywiście ani słowem o tym, że państwa członkowskie wciąż mogą zdecydować się na liberalizację usług publicznych w ramach porozumienia. Lektura znanej nam z przecieku (przyznajmy to, szkicowej) propozycji udostępniania unijnego rynku usług UE w ramach TTIP potwierdza, że w szczególnym przypadku usług zdrowotnych, w harmonogramie udostępniania rynku zawarte są – z pewnymi ograniczeniami dostępu do rynku i traktowania narodowego w zależności od kraju – usługi lekarskie i dentystyczne oraz „usługi świadczone przez pielęgniarki, fizjoterapeutów i paramedyków”.
Co więcej, krytycy TTIP wskazują też na ograniczone zastosowanie tych zabezpieczeń do brytyjskiej Narodowej Służby Zdrowia. Ostrzegają, że nie podpadają one pod definicję usługi dostarczanej „w ramach sprawowania władzy publicznej przez rząd”, ponieważ często dostarczane są komercyjnie i na zasadach konkurencji między różnymi świadczeniodawcami.
Bezpieczeństwo żywności: osobne światy
Z omawianych tu kwestii bezpieczeństwo żywności zostanie zapewne najmniej dotknięte przez TTIP, ponieważ porozumienie nie wywróci raczej instytucjonalnie zakorzenionych reżimów bezpieczeństwa żywności. Uczeni często wskazują na głęboko ugruntowaną naturę systemów regulacji po obu stronach Atlantyku. Amerykanie odwołują się do „naukowego” podejścia do oceny ryzyka, podczas gdy w Europie obowiązuje bardziej restrykcyjna „zasada przezorności”. Zbliżenie regulacyjne w tej dziedzinie pomiędzy obydwoma partnerami jest bardzo niewielkie, mimo kilku takowych prób.
Mimo to ze strony agrobiznesu po obu stronach Atlantyku istnieją znaczne naciski, aby zmiękczyć podejście UE. Dowody dostarczone przez think tank Corporate Europe Observatory pokazują, że najwięcej spotkań z Komisją w sprawie TTIP odbyli właśnie lobbyści z tej branży. Po stronie amerykańskiej sekretarz rolnictwa Tom Vilsack naciska na bardziej permisywne „naukowe” podejście do regulacji bezpieczeństwa żywności. Co więcej, ci sami uczeni, którzy podkreślają głęboko ugruntowaną naturę reżimów bezpieczeństwa żywności, wskazują również na „stale podejmowane przez Komisję próby używania międzynarodowych nacisków, aby wymusić reformę europejskiego prawodawstwa [w kwestii GMO]”.
Utrzymane w podobnym duchu komentarze zostały wygłoszone przez De Guchta na forum Parlamentu Europejskiego 15 lipca 2014 r. Komisarz przekonywał, że „powinniśmy polegać na opiniach naszych własnych naukowców w Europejskim Urzędzie ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA), a nie na ideologii”, co zdaje się sytuować go bliżej podejścia amerykańskiego niż europejskiej zasady ostrożności.
Choć więc sam tekst porozumienia niewiele mówi o kwestii bezpieczeństwa żywności, TTIP ma mieć postać „żyjącego porozumienia”, z mocnym rozdziałem o „współpracy regulacyjnej”, która potencjalnie może obejmować transatlantyckie uzgodnienia dotyczące „wszelkich planowanych bądź istniejących regulacji […] o znaczącym […] wpływie na międzynarodowy (a zwłaszcza) transatlantycki handel”. Oznacza to, że „zasada ostrożności” może być z czasem rozwadniana w obliczu zwiększonej mobilizacji agrobiznesu. W istocie Unia Europejska nie musiałaby w tym celu nawet, ściśle rzecz biorąc, kompletnie zmieniać swojego systemu regulacji dotyczących żywności: wystarczyłoby uznanie określonych standardów bezpieczeństwa żywności przyjętych w USA.
Zapewnienia Komisji w omawianych tu sprawach okazują się nie opowiadać całej historii. Oskarżanie krytyków TTIP o rozpowszechnianie „kłamstw” (co De Gucht uczynił przynajmniej raz) jest nieuczciwe. Ważne pytania dotyczące wpływu TTIP na możliwość kształtowania polityki przez kraje UE oraz na obecny poziom socjalnych i ekologicznych zabezpieczeń nadal czekają na odpowiedź.
Artykuł pochodzi ze strony ttip2014.eu. Przeł. Tomasz Szustek.
Poważna awaria w Lubiatowie może sprawić, że Gdynia i Gdańsk, a nawet Warszawa staną się niezdatne do zamieszkania na całe dziesięciolecia, a Polska nie jest przygotowana do zadośćuczynienia ofiarom. (więcej…)
Czytając tytuł tego felietonu, może ktoś pomyśli znużony, po co kolejny tekst o energii. Zastanówmy się jednak nad bardzo obrazowym przykładem. Co się będzie działo, gdy zabraknie elektryczności przez 2 godziny albo 12? (więcej…)
Tomasz Leśniak, kandydat na prezydenta Krakowa z ramienia komitetu Kraków Przeciw Igrzyskom, mówi o swojej wizji miasta w rozmowie z Bartłomiejem Kozkiem. (więcej…)
Stało się. Wbito łopatę w glebę, na której stanie 5. i 6. blok elektrowni. Precyzyjniej: było to 12 łopat, aby dać satysfakcję wszystkim oficjelom przybyłym na uroczystość rozpoczęcia budowy. (więcej…)
Europejski sektor finansowy naciska na włączenie usług finansowych do porozumienia TTIP, ze szkodą dla stabilności rynków i dla bezpieczeństwa naszych obywateli. (więcej…)
Prawicowy rząd Australii zniósł podatek węglowy. Liderka Australijskich Zielonych Christine Milne komentuje zmiany w polityce klimatycznej kraju. (więcej…)
