Obywatel nie ma prawa oceny argumentacji, na podstawie której odcięto go od informacji, do której uprawnia go Konstytucja. O tym, co prywatyzacja SPEC mówi o patologiach instytucji państwa i władz samorządowych oraz o stanie praw obywatelskich w Polsce opowiada Piotr Ciompa w rozmowie z Adamem Ostolskim. (więcej…)
Skrócona wersja analizy napisanej dla Statewatch, pełna wersja z przypisami pod tym linkiem (pdf).
Negocjacje między USA a Unią Europejską nad Transatlantyckim Porozumieniem w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP) dotyczą również e-handlu i transatlantyckiego przepływu danych. W tym kontekście coraz więcej wskazuje, że takie porozumienie handlowe może radykalnie nadwątlić europejskie standardy ochrony danych. Organizacje społeczeństwa obywatelskiego i konsumenckie po obu stronach Atlantyku ostrzegają, że zapisy w projektowanym rozdziale o e-handlu i przepływie danych elektronicznych stanowią zagrożenie dla europejskich standardów prywatności i ochrony danych osobowych. Podobne zagrożenia wiążą się z projektowanym porozumieniem w sprawie handlu usługami (TiSA, Trade in Services Agreement).
UE: „Trzymajcie ochronę danych z dala od rozmów o handlu”
Negocjatorzy handlowi Komisji Europejskiej wielokrotnie i publicznie powtarzali, że nie mają możliwości negocjowania reguł ochrony danych. Zostało to także podkreślone przez komisarz ds. sprawiedliwości Viviane Reding w przemówieniu, jakie wygłosiła w Waszyngtonie w październiku 2013 r.: „istnieją kwestie, które mogą spowodować odrzucenie TTIP. Jedną z nich są dane i ochrona danych osobistych. To ważna kwestia dla Europy, ponieważ ochrona danych jest fundamentalnym prawem. […] Dlatego ostrzegam przed wprowadzeniem ochrony danych do rozmów o handlu. Ochrona danych nie jest ani cłem, ani dławiącą biznes regulacją. Jest fundamentalnym prawem i jako takie nie podlega negocjacji”.
Zamiast tego mandat negocjacyjny dla Komisji odnosi się do artykułu XIV Układu Ogólnego w sprawie Handlu Usługami (GATS) Światowej Organizacji Handlu, który dotyczy wyjątków o charakterze ogólnym:
„Pod warunkiem, że środki takie nie są stosowane w sposób, który mógłby tworzyć narzędzie arbitralnej albo nieuzasadnionej dyskryminacji między krajami, gdzie panują podobne warunki, albo ukrytego ograniczenia dla handlu usługami, nic w niniejszym Układzie nie będzie interpretowane jako przeszkoda w przyjęciu i stosowaniu przez któregokolwiek Członka środków:
[…]
(c) niezbędnych dla zapewnienia przestrzegania ustaw i przepisów, które nie są sprzeczne z postanowieniami niniejszego Układu, łącznie z odnoszącymi się do:
[…]
(ii) ochrony życia prywatnego osób w zakresie przetwarzania i rozpowszechniania danych osobistych oraz ochrony poufności ich osobistych akt i rachunków; […]”
Z kolei mandat negocjacyjny Komisji z 17 czerwca 2013 r. stwierdza w artykule 18:
„Umowa nie będzie stanowić przeszkody dla stosowania wyjątków dotyczących świadczenia usług, które można uzasadnić na podstawie właściwych zasad WTO (art. XIV i XIVbis GATS).”
I faktycznie, artykuł XIV GATS został dosłownie przekopiowany do szkicu tekstu TTIP zaproponowanego przez negocjatorów Komisji w lipcu 2013 r. (znanego z przecieku w lutym 2014 r.).
Czy wszystko jest zatem w porządku? Z pewnością nie. To tylko mandat dla europejskich negocjatorów. A w każdych negocjacjach międzynarodowych do porozumienia potrzeba co najmniej dwóch stron.
„Interoperacyjność” contra „odpowiedni stopień ochrony”
Ze strony amerykańskiej było wiele prób podminowania europejskich reguł ochrony danych w kontekście rozmów handlowych. Utworzono nowe organizacje lobbystyczne, takie jak Koalicja dla Prywatności i Wolnego Handlu, koordynowana przez amerykańską firmę prawniczą Hogan Lovells. Do owej „koalicji” należy szereg tuzów świata polityki, np. były ambasador UE w Waszyngtonie Hugo Paemen, były szef Urzędu Przedstawiciela Handlowego USA Clayton Yeutter czy Daniel Weitzner, były zastępca głównego doradcy Białego Domu ds. polityki Internetu.
Powtarzającym się motywem w tych wysiłkach lobbystycznych w ostatnich latach jest nacisk na „interoperacyjność” europejskich i amerykańskich reguł ochrony danych. Właściwie oznaczałoby to wzajemne uznanie reguł obowiązujących po obu stronach Atlantyku, może z jakimiś prawnymi sztuczkami, aby porozumienie wyglądało na solidne.
Na czym polega kruczek? W Stanach Zjednoczonych nie ma obecnie ogólnych praw ochrony danych. Umowa Safe Harbor z 2000 r., w ramach której firmy USA mogą dobrowolnie poddać się standardom europejskim, aby móc przetwarzać dane osobowe z Europy, jest w dużej mierze nieefektywna. Parlament Europejski krytykował ją, gdy była opracowywana w 2000 r., zaś w raporcie końcowym specjalnego dochodzenia w sprawie NSA z 12 marca 2014 r. zażądał wręcz jej zawieszenia.
Z perspektywy UE nie ma zatem po stronie amerykańskiej nic, co mogłoby być „interoperacyjne” z europejskimi standardami. Są jedynie środki dobrowolnej samoregulacji i rytualne niemożliwe do wyegzekwowania zobowiązania do przejrzystości, mające umożliwić konsumentom „wybór”, pogrzebane w długich i nieczytelnych zasadach świadczenia usług.
„Interoperacyjność” nie jest więc niczym innym, jak próbą podminowania europejskich standardów ochrony danych. Wymogi zawarte w prawie ochrony danych UE narzucają znacznie wyższy poziom. Dyrektywa o ochronie danych osobowych z 1995 r. w artykule 25 wymaga, aby:
„przekazywanie do państwa trzeciego danych osobowych poddawanych przetwarzaniu lub przeznaczonych do przetwarzania po ich przekazaniu mogło nastąpić tylko wówczas gdy […] dane państwo trzecie zapewni odpowiedni stopień ochrony”.
W skrócie, europejskim wymogiem w przypadku transferu danych osobowych do krajów trzecich jest „odpowiedni stopień ochrony” tych danych. Strona amerykańska usiłuje zastąpić to znacznie słabszym wymogiem „interoperacyjności”.
„Internetowe Schengen”?
Strona USA już od kilku miesięcy gra pewną sztuczką semantyczną. Zaczęła się ona w kontekście europejskich odpowiedzi na aferę podsłuchową Snowdena. Pojawiły się wówczas sugestie wprowadzenia zmian w trasowaniu pakietów danych internetowych tak, aby pozostawały one w granicach UE, czy wręcz w granicach Niemiec w przypadku, gdyby przebywał tam zarówno nadawca, jak i odbiorca.
Choć na pierwszy rzut oka wydaje się rozsądnym pomysłem – dlaczego e-mail z Brukseli do Berlina miałby przechodzić przez Nowy Jork czy inne niepewne jurysdykcje? – technicznie nie jest to łatwe i w dalszej kolejności może nieść potencjalnie groźne konsekwencje.
Nawet gdyby geo-trasowanie było technicznie możliwe, nie może być naszym celem dostosowanie topologii międzynarodowego i globalnego Internetu do istniejących granic narodowych. To szybko spowodowałoby niepożądane konsekwencje, takie jak wezwania do „kontroli imigracyjnej” pakietów danych, co byłoby tożsame z cenzurą internetową.
Zieloni w Parlamencie Europejskim zgłosili poprawkę do ostatecznej wersji raportu ze specjalnego dochodzenia w sprawie NSA, aby zamiast tego szyfrować cały ruch w Internecie z obu stron, ponieważ wtedy nie byłoby ważne, gdzie przepływają dane. Poprawkę tę przyjęto jako część kompromisu na głosowaniu komisji w lutym i potwierdzono na głosowaniu plenarnym w Parlamencie w marcu 2014 r. Debata nad narodowym i europejskim trasowaniem zdawała się na początku 2014 r. wygasła, ale niemiecka kanclerz Angela Merkel w swoim cotygodniowym podcaście wspomniała, że będzie domagać się jakiejś formy europejskiego trasowania, co szybko zostało szeroko podchwycone przez media. Debata rozgorzała ponownie.
Strona amerykańska wykorzystuje tę debatę, aby atakować europejskie regulacje i ograniczenia transferu danych osobowych do krajów trzecich. Wrzucają do jednego worka terminy takie, jak „internetowe Schengen”, „europejska chmura obliczeniowa” i reguły przekazywania danych do krajów trzecich zawarte w dyrektywie o ochronie danych osobowych, etykietując je jako przejawy „lokalizacji”.
Szef Urzędu Przedstawiciela Handlowego USA Michael Froman zrobił to w prezentacji 4 kwietnia 2014 r. raportu nad porozumieniami handlowymi dla rynku telekomunikacyjnego. Twierdził, że europejskie reguły „lokalizacji” wymagałyby transportu czy przetwarzania danych w Europie, co tworzy nielegalną barierę handlową. „Koalicja Biznesu na rzecz Handlu Transatlantyckiego” argumentuje w podobny sposób, wzywając, aby porozumienie TTIP „zakazało wprowadzania wymogów, by dostawcy usług używali lokalnych serwerów czy innej infrastruktury albo rozwijali lokalną obecność”.
Ponieważ ochrona danych w Europie jest wiążącym fundamentalnym prawem o statusie konstytucyjnym w Karcie Praw Podstawowych UE, dane osobowe mogą z zasady być przetwarzane tylko w Europie. Wszelkie reguły transferu takich danych do państw trzecich stanowią wyjątki od tej reguły i muszą spełniać określone warunki – takie jak odpowiedni stopień ochrony w danym kraju.
W epoce post-Snowdenowskiej, istnieje teraz szersza debata w Europie nad zaostrzeniem limitów transferu danych osobowych do USA i innych krajów trzecich. Parlament Europejski wprowadził do przygotowywanego rozporządzenia o ochronie danych osobowych nowy artykuł 43a, który uniemożliwi władzom państw trzecich żądanie transferu danych od kontrolera danych w Europie bez odniesienia do wzajemnego traktatu współpracy prawnej. Europejski Trybunał Sprawiedliwości będzie musiał teraz zdecydować, czy transfer danych do USA w ramach decyzji Safe Harbor jest dalej legalny po wstępnym orzeczeniu Wysokiego Trybunału w Dublinie w sprawie wniesionej przez austriackiego aktywistę Maxa Schremsa i jego grupę „Europa vs. Facebook”.
„Ustawa o handlu cyfrowym”
Szef Urzędu Przedstawiciela Handlowego USA Michael Froman nie jest osamotniony. W grudniu 2013 r. w amerykańskim Senacie pojawił się projekt ustawy o handlu cyfrowym, która ma ustanowić dla Przedstawiciela Handlowego USA wiążący mandat do międzynarodowych negocjacji na polu e-handlu. Regulacje „lokalizacji” miałyby zostać zakazane, zaś „interoperacyjność” reguł przetwarzania danych zostałaby uświęcona jako zasada fundamentalna. Ustawa ta dotyczyłaby oczywiście również negocjacji nad odpowiednim rozdziałem porozumienia TTIP. Ustawa jest teraz procedowana w Komisji Finansów. Podobne warunki można też znaleźć w projekcie ustawy o priorytetach handlowych złożonym w Senacie USA przez przedstawicieli obu największych partii w styczniu 2014 r.
W przedstawionych przez negocjatorów USA propozycjach uregulowania e-handlu w ramach TTIP zawarte są już te dwa kluczowe punkty: zasada „interoperacyjności” reguł ochrony danych w UE i USA oraz zakaz „lokalizacji”. Jest jasne, że ze strony negocjatorów USA, wspieranych przez amerykański przemysł, istnieje silna presja, aby zachować je w końcowym tekście porozumienia.
Komisja Europejska jest zobligowana, aby w żaden sposób nie ulegać tym żądaniom strony amerykańskiej. Jednak negocjacje handlowe zawsze prowadzą do kompromisu. Można się zatem obawiać, że TTIP będzie zawierać – choćby w formie złagodzonej – zapisy podminowujące nasze europejskie standardy ochrony danych. Może to być np. ograniczenie zastosowania klauzuli wyjątku z układ GATS do wyjątkowych okoliczności.
TiSA, czyli TTIP na sterydach
Równolegle do TTIP od stycznia 2013 r. toczą się, początkowo raczej niedostrzegane przez opinię publiczną, wielostronne negocjacje nad porozumieniem w sprawie handlu usługami (TiSA). Porozumienie to ma zastąpić układ GATS dla krajów, których będzie dotyczyć – jak dotąd są to: USA, UE i 21 innych państw, wszystkie uprzemysłowione. Przemysł USA obudził się na wzrost publicznej debaty i krytyki wokół TiSA w ostatnich miesiącach, i podobnie jak w kontekście TTIP, rozpoczął kampanię PR za redukcją ograniczeń handlowych za pomocą TiSA. „Koalicja Biznesu dla TiSA”, zwana też „drużyną TiSA”, została zawiązana 18 czerwca 2014 r. w Waszyngtonie w obecności Przedstawiciela Handlowego USA i ambasadora Japonii.
Negocjacje TiSA otwarcie stawiają sobie za cel przezwyciężenie zawartej w układzie GATS klauzuli wyjątków o charakterze ogólnym, która osłania określone pozataryfowe bariery handlowe, m.in. ochronę danych.
Ilustruje to pierwszy przeciek dokumentu TiSA: szkic aneksu o usługach finansowych w TiSA, opublikowany przez Wikileaks 19 czerwca 2014 r. Proponowane zapisy pozwalałaby instytucjom finansowym, np. bankom, na swobodne przekazywanie danych, w tym danych osobowych, z jednego kraju do innego. Stworzyłoby to radykalną wyrwę w europejskich regułach ochrony danych. Transfer i analiza danych finansowych z Unii Europejskiej do władz USA w ramach amerykańskiego „Programu Śledzenia Środków Finansowych Należących do Terrorystów” (TFTP, Terrorist Finance Tracking Program) już nadwątliło relacje UE-USA w przeszłości i doprowadziło Europarlament do odrzucenia pierwszej wersji porozumienia TFTP w 2010 r. Gdyby przyjęto TiSA w proponowanym kształcie, otwarte zostałyby wszystkie śluzy.
Osłabienie reguł ochrony danych UE poprzez TiSA idzie dalej niż „tylko” sektor finansowy. Według źródeł bliskich negocjatorom szkic aneksu o handlu elektronicznym i usługach telekomunikacyjnych w TiSA zawiera zapisy, które zakazałyby jakichkolwiek ograniczeń transgranicznego przepływu informacji i wymagań lokalizacji dostawców usług ICT. Wykluczone byłoby stawianie jakiekolwiek warunków dotyczących przekazywania danych osobowych do krajów trzecich, jak to jest obecnie w UE. Inny zapis zaproponowany przez negocjatorów USA zakazałby wymagań używania ośrodków obliczeniowych w określonym kraju.
Wkrótce przekonamy się, czy Europa będzie potrafiła utrzymać, a nawet poprawić swoje reguły ochrony danych w obliczu potężnej presji na zawarcie porozumień TTIP i TiSA.
Artykuł pochodzi ze strony ttip2014.eu. Przeł. Tomasz Szustek.
Obywatelski protest przeciwko porozumieniom TTIP i CETA można podpisać na stronie Stop TTIP.
Nie widać ich z okien wielkich apartamentowców, z urzędniczych gabinetów Miasta Stołecznego ani innych ważnych instytucji. Czasami – bezskutecznie – upomni się o nich Rzecznik Praw Obywatelskich. Od lat brak woli politycznej do rozwiązania problemu. (więcej…)
Sukces ogrodnictwa miejskiego w Polsce zależy od zainteresowania mieszkańców i przychylnej postawy władz poszczególnych miast. (więcej…)
Chcąc zrozumieć fenomen ruchów miejskich, rzucających rękawicę samorządowym układom, warto sięgnąć po książkę „Miasto na żądanie”. (więcej…)
Po raz pierwszy w swej 33-letniej historii szwedzcy Zieloni (Miljöpartiet de gröna) weszli w skład koalicji rządowej, mimo dość rozczarowującego wyniku wyborczego. Czas pokaże, jak poradzą sobie w rządzie – w kontekście rosnącego ksenofobicznego populizmu oraz trudnej sytuacji politycznej w kraju.
Zieloni objęli sześć tek ministerialnych, w tym wicepremierkę. Po ponad trzech dekadach w opozycji chciałoby się powiedzieć „najwyższy czas”, zwłaszcza że większość siostrzanych partii w Europie ma już doświadczenie we współrządzeniu. Działalność partyjna ma sens wtedy, gdy ludzie nastawieni na budowanie lepszego społeczeństwa nie zadowalają się już kształtowaniem opinii, wywieraniem nacisku i lobbingiem (co też jest bardzo istotne), lecz chcą walczyć o bezpośredni udział we władzy politycznej. Logiczne jest więc, że udział w rządzie powinien być podstawowym dążeniem. Szwedzka Partia Zielonych osiągnęła ten cel, co powinno cieszyć wszystkich zwolenników.
Wynik poniżej oczekiwań
Choć wejście w skład rządu to powód do radości, jednocześnie jasnym jest, iż wynik rzędu 6,9% stanowi rozczarowanie, zwłaszcza w kontekście sukcesu w wyborach europejskich oraz sondaży, dających partii poparcie między 8 a 11%. Dlaczego Zieloni opadli z sił przed samą metą, tracąc 0,4 punktu proc. w porównaniu do wyborów z 2010 r.? Uważam, że istnieją po temu trzy główne powody.
Po pierwsze, w kampanii zabrakło dyskusji o środowisku.
Jak to się stało, że kryzys ekologiczny, z którym stykamy się na co dzień, od faszerowania naszych posiłków środkami chemicznymi po katastrofy spowodowane zmianą klimatu, nie znalazł się wśród głównych tematów debaty?
Dużą odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponoszą media, ale nie tylko one. Problem polega na tym, że sami Zieloni nie byli w stanie zaprezentować się wystarczająco wyraziście w stosunku do oponentów, zarówno z prawej, jak i z lewej strony sceny politycznej, koncentrując się zbyt często na przysłowiowej walce z cieniami.
A może Zieloni spuścili z tonu, by nie zrazić do siebie lidera socjaldemokratów Stefana Löfvena, który nie słynie z przywiązania do ideałów ekologicznych? Jest faktem, że w większości kwestii ekologicznych Zieloni pozostają w konflikcie nie tylko z siłami konserwatywnymi, lecz również z socjaldemokratami. Jasno pokazuje to ogłoszony przed wyborami raport Szwedzkiego Towarzystwa Ochrony Przyrody na temat postępowania poszczególnych partii w kwestiach ekologii.
Trzeba pamiętać, że Zielonym trudno liczyć na sukces wyborczy w kampanii, w której środowisko nie jest jednym z głównych tematów, bez względu na to, jak wspaniałe są ich propozycje w innych obszarach, takich jak edukacja, dyskryminacja czy różnorodność.
Drugim powodem było to, że Stefan Löfven nie ma „słuchu” na zagadnienia związane ze środowiskiem. Jak pisałem, to jeden z czynników odpowiadających za to, że Zieloni stępili ostrze swojego przekazu. Poparcie Zielonych dla kandydata na premiera nieszczególnie zainteresowanego ekologią mogło wzbudzić wahania wśród wyborców, stawiających ekologię na pierwszym miejscu.
Po trzecie „kradzież głosów” przez Inicjatywę Feministyczną (FI).
Według sondaży, FI odebrała Zielonym od 1,5 do 2 puntów proc. poparcia. Decyzja o nieatakowaniu siostrzanej partii była przemyślana i słuszna, i gdyby tylko FI przekroczyła 4-procentowy próg wyborczy, gra byłaby warta świeczki. Jednakże FI do parlamentu nie weszła, przez co przychylna neutralność Zielonych poszła na marne. Pytanie brzmi, co Zieloni powinni zrobić teraz. Być może oba ugrupowania powinny poważnie rozważyć wspólny start w 2018 r.?
Wobec sukcesu ksenofobów
Nic nie wskazuje na to, by Szwedzcy Demokraci (SD) odebrali jakieś głosy Zielonym. Nie zmienia to jednak faktu, iż triumf skrajnej prawicy to poważny problem dla całego społeczeństwa i systemu demokratycznego. Na nas wszystkich spoczywa odpowiedzialność za stawienie czoła nacjonalistycznej spirali, przypominającej tę, która uderzyła m.in. w Danię. Jak się z tej odpowiedzialności wywiązać? Nie mam definitywnych odpowiedzi, jedynie parę sugestii
Ustawienie się w pozycji głównego przeciwnika SD jest dla Zielonych nie tylko moralnie właściwym, ale i rozumnym kursem. Każdy punkt ich programu jest zły. Jednak celem walki powinni być politycy SD, ich ideologia, nie zaś szeregowi wyborcy. To trudna taktyka, ale konieczna, aby uniknąć jeszcze gorszego wyniku za cztery lata.
Od protestu do współrządzenia
Szwedzcy Zieloni, podobnie jak inne partie ekopolityczne, powstali jako wyraz protestu przeciwko dominującemu porządkowi społecznemu. Po ponad trzech dekadach istnienia, w tym dwóch ostatnich jako partia parlamentarna, status Zielonych jako orędowników alternatywnej wizji społecznej nie jest już tak oczywisty. Protest przeciw establishmentowi i nadużyciom władzy, który definiował Partię Zielonych w dniach jej młodości, dziś jest w znacznym stopniu domeną prawicy.
To niemałe wyzwanie dla partii, która pomimo wszystkich dostosowań, nawet wówczas, gdy jej liderzy zaczeli nosić krawaty, nie przestała opowiadać się za zupełnie innym modelem społecznym niż konserwatyści bądź socjaldemokraci. Jak pogodzić zachowanie tożsamości opartej na proteście ze współudziałem w rządzeniu?
Zadanie nie będzie proste. Niedawno ukazała się książka Cécile Duflot, byłej minister z ramienia francuskich Zielonych w gabinecie Jeana-Marca Ayraulta (od 2012 do kwietnia 2014). To ostra ocena tego, jak zielone ideały ulegają zmiażdżeniu w trybach gry o władzę. Gdy Manuel Vals, minister spraw wewnętrznych, który wsławił się skandalicznymi komentarzami na temat Romów, został mianowany premierem w miejsce Ayraulta, Zieloni uznali, że miarka się przebrała i Duflot ustąpiła z rządu. Podobnie postapili niedawno fińscy Zieloni, którzy wyszli z rządu w proteście przeciwko decyzji o budowie kolejnego reaktora jądrowego.
Nie oznacza to, że właściwą drogą powinna być generalna odmowa wchodzenia w skład rządu. Jednak Zieloni muszą być przygotowani, by w momencie, gdy cena okazuje się za wysoka, umieć powiedzieć „Nie, dziękuję”. Jeżeli ludzie dojdą do przekonania, że Zieloni są kolejną oportunistyczną partią, której zależy wyłącznie na utrzymaniu się przy władzy, jesteśmy skończeni. Ale jak tego uniknąć? Należy wyciągnąć naukę z doświadczeń innych partii ekopolitycznych w Europie.
Granice kompromisów
Niektórzy z obecnych i byłych członków partii już zaczęli mówić o zdradzie zielonych pryncypiów. Były rzecznik partii Birger Schlaug (który odszedł już kilka lat temu) stwierdził, iż po sfinalizowaniu negocjacji koalicyjnych, skrót MP przestał oznaczać „Partię Zielonych” (MiljöPartiet), a zaczął „Partię Bez Znaczenia” (Meningslösa Partiet). Skąd tak gwałtowne reakcje?
Ma się rozumieć, iż czerwono-zielona koalicja nie będzie oznaczać radykalnej zielonej rewolucji. Przecież nikt nie może się spodziewać, że Zieloni mogą współpracować tylko z partiami, które przyjmą słowo w słowo ich program.
Choć niektóre ustalenia umowy nie mogą napawać wielkim zadowoleniem, są też wyraźnie zielone i różowe punkty. W samej deklaracji termin „środowisko” pojawia się 15 razy, a „klimat” 14 – więcej niż „praca” (13). Prócz tego należy wymienić odnawialne źródła energii (6) i „równe traktowanie” (4), podczas gdy wyświechtane socjaldemokratyczna hasła „wzrost” czy „przemysł” pojawiają się tylko raz.
Zarazem mamy takie punkty, jak zwiększone wydatki na obronność, przede wszystkim więcej samolotów JAS, co jest zwykłym marnotrawieniem funduszy. Jeżeli naprawdę sądzić, że Putin zamierza zaatakować Szwecję, to i tak za mało, aby go powstrzymać. Tak naprawdę ta decyzja to nic innego, jak poddanie się „kompleksowi przemysłowo-wojskowemu”. Jednak koalicja oznacza, że Zieloni musieli w czymś ustąpić socjaldemokratom, a że działania reżimu Putina powinny spotkać się ze zdecydowaną reakcją międzynarodową, trudno o lepszy grunt dla koncesji na rzecz koalicyjnego partnera.
Co ważniejsze, socjaldemokraci muszą w odpowiedzi pozwolić Zielonym odnieść poważne „zielone” sukcesy. To już się stało wraz z decyzją o niebudowaniu nowych elektrowni jądrowych i rozpoczęciu procesu wygaszania starych reaktorów, których czas funcjonowania dobiega końca. Aby się o tym przekonać, wystarczy tylko posłuchać głosów oburzenia ze strony koncernu Vattenfall oraz Partii Liberalnej, oraz głosów pochwalnych Szwedzkiego Towarzystwa Ochrony Środowiska. Nie mogłoby się to zdarzyć, gdyby Zieloni zdecydowali się pozostać poza rządem Löfvena – który jest przecież zwolennikiem energii nuklearnej – i tym samym wymusić jego sojusz z liberałami.
Każdy, kto przeczyta umowę koalicyjną, zobaczy, że zawiera ona kilka bardzo poważnych zielonych postulatów. Mówi np., że „kraje świata muszą zaprzestać niszczenia naszej planety”. Ponieważ niemal każdy rodzaj inwestycji zawiera destrukcyjne elementy, oznacza to radykalną zmianę podejścia do gospodarki; zerwanie z nieodpowiedzialnym kultem wzrostu za wszelką cenę.
Deklaracja mówi także: „narodowe cele ekologiczne muszą zostać spełnione”. W przedmowie zwraca się uwagę, iż w okresie rządów konserwatystów Szwecja nie wywiązała się z 14 (z ogólnej liczby 16) założeń w tej dziedzinie. Słowa te muszą zostać poparte radykalnymi działaniami, za których wdrożenie główna odpowiedzialność spoczywa na nowej minister środowiska, pełniącej jednocześnie funkcję wicepremierki Åsie Romson, ale także pozostałych członkach rządu z ramienia Zielonych.
Jeżeli uda się wywiązać z obietnic, Zieloni będą mogli stanąć przed wyborcami z podniesionym czołem. Jeżeli nie, trzeba będzie poważnie rozważyć wyjście z koalicji. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Mam nadzieję, że podobnie jak Die Grünen w Niemczech szwedzcy Zieloni będą w stanie utrzymać koalicję do końca kadencji, aby z silniejszej pozycji startować w kolejnych wyborach.
Artykuł Green Party presence in Swedish government welcomed all the same ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim). Przeł. Krzysztof Pacyński.
Europosłowie ostrzegają, że umowa o wolnym handlu między UE i Kanadą może zostać w 2015 r. odrzucona przez Parlament Europejski. Co to oznacza dla TTIP? (więcej…)
Jednym z wydarzeń Zielonego Kongresu Samorządowego (12-13.09.2014) był panel dotyczący miejskiej polityki klimatycznej. Udział wzięli w nim praktycy: dr Ludomir Duda, ekspert w dziedzinie audytu energetycznego, dr hab. inż. Krzysztof Dębowski z Politechniki Śląskiej oraz Juan Davi Ferrer, prezes Klastra Smart IT. Dyskusję moderowała Ewa Sufin-Jaquemart, prezeska Fundacji Strefa Zieleni. (więcej…)
Trudno walczyć o czyste powietrze bez zmian w myśleniu o tym, czym oddychamy. Rzecz w tym, że mało kto nad tym się zastanawia. A jeśli Kowalski nie zastanawia się, czy ten dym z rury samochodu nie truje jego samego i jego dzieci, to nie zrobi nic. Nie zgłosi, nie pójdzie, nie zareaguje. (więcej…)
Zjawisko dynamicznego rozwoju ruchów miejskich, obserwowane w ostatnich latach, stało się wdzięcznym obiektem badań. Czy tezy, które parę lat temu w publikacji Instytutu Obywatelskiego „Nowi mieszczanie w nowej Polsce” zawarł Paweł Kubicki, wytrzymują próbę czasu? (więcej…)
W Londynie coraz trudniej o mieszkanie na ludzką kieszeń. Dlaczego tak jest i jak to można zmienić, wyjaśnia zielony radny Londynu Darren Johnson. (więcej…)
„Ani z lewa, ani z prawa, tylko z przodu” – takie nieoficjalne motto przyjęło wiele partii Zielonych w Europie w momencie swych narodzin w latach 60. I 70. XX w. Wrześniowy kongres Partii Zielonych Anglii i Walii (GPEW) potwierdził jednak, a nawet pogłębił jej lewicowy kurs. Konsekwencje takiego pozycjonowania są interesujące zarówno w kontekście brytyjskiej sceny politycznej, jak i dla partii ekopolitycznych na świecie.
Zmiany w partyjnym pejzażu
Na niecały rok przed wyborami brytyjska polityka znajduje się w ciekawym momencie. Jakie miejsce na scenie politycznej chcą tu zająć Zieloni?
Jedną z opcji jest zajęcie przestrzeni po Liberalnych Demokratach – formacji, która utworzyła w 2010 r. prawicową koalicję z Partią Konserwatywną. Choć wcześniej postrzegani byli jako partia centrolewicowa, dziś realizują politykę cięć i zaciskania pasa, której symbolem może być potrojenie czesnego na uczelniach wyższych, do czego Liberalni Demokraci przyłożyli rękę na samym początku rządowej przygody.
Opozycja Partii Pracy wobec tych posunięć wydaje się jednak niezbyt wyraźna. Pomimo wyboru w 2010 r. na szefa partii Eda Milibanda – polityka uważanego wówczas za reprezentanta centrolewicowego skrzydła partii – labourzyści zobowiązali się do utrzymania surowej polityki obecnej koalicji przynajmniej przez pierwszy rok swoich rządów, przekonując, że „przyszły rząd Partii Pracy będzie miał mniej pieniędzy do wydawania”. Deklaracje te składane są w okresie, gdy w ciągu ostatniego roku bogactwo tysiąca najbogatszych osób w kraju urosło o 15% do poziomu 874 miliardów dolarów. Miliband zapowiada również cięcia w świadczeniach socjalnych w postaci limitu maksymalnej wysokości sumy zasiłków wypłacanych najbardziej potrzebującym.
Oznacza to, że na lewo od Partii Pracy powstało mnóstwo pustego miejsca. Znalazły się w nim osoby niezgadzające się z polityką cięć, a także uznające pilną konieczność podjęcia działań na rzecz zapobiegania zmianom klimatu. Główny przekaz jesiennego kongresu Zielonych stawiał sobie za cel trafienie do tej grupy – uznanie się za „prawdziwą lewicę” oraz „rzucenie wyzwania Partii Pracy”.
Mamy również do czynienia z innym trendem – zarazem interesującym i niepokojącym. Wzrost znaczenia Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) grozi dalszym przesuwaniem się brytyjskiej sceny politycznej na prawo. Formacja ta żywi się (i zarazem napędza) atmosferą eurosceptycyzmu, niechęcią wobec osób korzystających z pomocy społecznej oraz antyimigracyjną retoryką. Atmosfera ta przejawia się jest również w postaci wewnętrznego podziału wśród Torysów. Pomimo większościowego systemu wyborczego podział ten nadal wygląda groźnie dla osób ceniących sobie sprawiedliwość społeczną oraz ekologię – tym bardziej, że UKIP właśnie po raz pierwszy zdobył mandat w Izbie Gmin.
Co więcej, konserwatyści przyjmują jako swoje postulaty UKIP – począwszy od referendum w sprawie członkostwa w Unii Europejskiej aż po coraz mocniejsze ataki na imigrantów. Mimo to poparcie dla UKIP nie topnieje. Dlaczego? Głównie dlatego, że bierze się ono z gniewu wobec establishmentu i „klasy politycznej” – niezależnie od tego, jak bardzo źle ukierunkowany jest ten gniew. W efekcie to bogaty, wykształcony w prywatnych szkołach, biały lider – człowiek, który był niegdyś pracownikiem sektora finansowego – może pozować na wroga całej klasy politycznej, jeśli tylko mówi o tym dostatecznie przekonująco. Dzięki dużemu zainteresowaniu mediów oraz hojnym dotacjom Nigel Farage zaczął w ostatnich trzech latach mieć coraz większy wpływ na brytyjską scenę polityczną. A wszystko to w momencie, gdy kraj walczy o odkrycie swej prawdziwej tożsamości i miejsca w świecie – co doskonale pokazuje zarówno niedawne referendum w sprawie niepodległości Szkocji, jak i zapowiadany plebiscyt w sprawie wyjścia z UE.
Nowy zielony radykalizm
Jaka powinna być odpowiedź Zielonych na tę sytuację? Tak jak w przypadku wzrostu innych partii populistycznej prawicy w Europie, nie może nią być naśladowanie reakcyjnych postulatów. Zamiast tego – co jest uzasadnione zarówno ideowo, jak i pragmatycznie – Zieloni powinni na nowo skupić się na przedstawianiu różnicy między zieloną wizją świata a wizjami innych ugrupowań.
Członkinie i członkowie Zielonych, jak się zdaje, zdają się podążać tym tropem. Na jesiennym zjeździe na stanowisko wiceliderów wybrali ekosocjalistkę Amelię Womack wraz z londyńskim działaczem Shahrarem Alim. Womack zdobyła najwięcej głosów, co pokazuje wolę zaproponowania wyborcom radykalnych odpowiedzi na obecną sytuację polityczną w kraju. Dotychczasowy wicelider, lewicowiec Will Duckworth, był niezmiernie blisko utrzymania fotela.
Partia promuje już również najważniejsze postulaty, z którymi idzie do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych: podatek od majątku ponad 3 miliony funtów oraz renacjonalizacja kolei, sieci wodociągowych i energetycznych. Konferencja postawiła również na postulat podniesienia do r. 2020 płacy minimalnej do poziomu 10 funtów (ok. 13 euro) za godzinę pracy. Pomysły te cieszą się poparciem większości społeczeństwa, a zarazem są ignorowane przez polityków establishmentu.
Postulaty te stanowiły w ciągu ostatnich dwóch lat rdzeń przekazu wybranej na kolejną kadencję liderki partii, Natalie Bennett, tuż obok walki o prawa pracownicze. Walka ta nie tylko jest moralnie słuszna, ale też umożliwia zabieganie o poparcie ze strony brytyjskich związków zawodowych. Związkowcy regularnie przemawiają na konwencjach i wydarzeniach Zielonych, w tym na ostatnim wrześniowym kongresie partii. Zarówno Bennett, jak i Caroline Lucas (poprzednia liderka partii i jej jedyna posłanka w Izbie Gmin) często goszczą na konferencjach związkowych, przemawiając m.in. na spotkaniach wciąż potężnego Krajowego Związku Nauczycieli czy Kongresu Związków Zawodowych (TUC).
Choć w perspektywie średniookresowej jest mało prawdopodobne, by w dużej mierze wspierające dziś Partię Pracy związki zmieniły swoje partyjne upodobania, w najbliższych latach kluczowe może się okazać wsparcie ze strony 6 milionów ich członkiń i członków oraz lokalnych kół związkowych. Na poziomie lokalnym zdarzało się już, że związki takie jak zrzeszenie kolejarzy (RMT) brały udział w zielonych kampaniach wyborczych, zarówno angażując się w agitację, jak i wspierając fundusz wyborczy. Romayne Phoenix, partyjna rzeczniczka ds. polityki społecznej, zajmująca jednocześnie niedawno utworzoną funkcję łączniczki ze związkami zawodowymi, jest jednocześnie jedną z liderek brytyjskiego ruchu przeciwko cięciom i zaciskaniu pasa – Zgromadzenia Ludowego. To ważny symbol tego, jak bardzo Partia Pracy opuściła tę polityczną przestrzeń, a także w jaki sposób Zieloni traktują pojęcia „zielone” i „lewicowe” jako dwie strony jednej monety.
Tego typu przykłady możemy mnożyć – w formularzu deklaracji członkowskiej pojawiło się pytanie o przynależność do związków zawodowych, Młodzi Zieloni zainicjowali kampanię na rzecz uzwiązkowienia swych członkiń i członków w ich miejscach pracy (pod hasłem „Organizujcie się!”), ideowe podstawy ugrupowania mówią o tym, że „nierówności i wyzysk zagrażają przyszłości planety”, a niedawno przyjęte postulaty programowe uwzględniają prawo pracownic i pracowników do przejmowania firm, w których pracują, i zmieniania ich w spółdzielnie.
Wszystko to ma wpływ na postrzeganie Partii Zielonych jako realnej progresywnej alternatywy dla neoliberalizmu, co przyczynia się do zauważalnego w ostatnich 4 latach wzrostu poparcia.
Mnożenie sił
Pomimo nieznacznego spadku procenta zdobytych głosów Zielonym udało się zdobyć trzeci mandat w Parlamencie Europejskim – tym razem na zazieleniającym się południowym zachodzie kraju. Nową zieloną europosłanką została ekonomistka Molly Scott Cato. Od czasu wyboru Caroline Lucas do Izby Gmin członkostwo w Partii wzrosło dwukrotnie – z 9 do 18 tysięcy osób, mamy również 170 lokalnych radnych. Sukcesem są również najlepsze od roku 1989 wyniki sondażowe, gdzie coraz częściej zrównujemy się z Liberalnymi Demokratami w okolicach 7%.
Imponujący jest również wzrost Młodych Zielonych – od marca przyrost przekroczył 70% i dziś jest nas ponad 3 tysiące. Być może zawdzięczamy to również paradoksalnie wzrostowi UKIP.
„Nie” dla prawicy
Powyższe statystyki to nie tylko numerki – odzwierciedlają one przypływ nowej energii odczuwalny w partii, dążącej do utrzymania przez Lucas miejsca w Izbie Gmin oraz zdobycia kolejnego mandatu czy dwóch. Pomóc w tym może bycie radykalną siłą, zdecydowaną zatrząść polityczną sceną Wielkiej Brytanii – „UKIP-em lewicy”. Szeregi partii rosną również wskutek coraz silniejszego strachu przed wzrostem prawicy.
Czy Wielka Brytania jest w tej materii wyjątkowym przypadkiem? Niewiele innych krajów (może poza Hiszpanią) stoi przed obliczem tak dalece posuniętej destabilizacji konstytucyjnej i politycznej, spowodowanej niedawnym referendum w Szkocji. Wzrost skrajnej prawicy jest zjawiskiem, z którym Zieloni mogą skutecznie walczyć, mogąc z dumą powiedzieć, że w przeciwieństwie do wielu partii socjaldemokratycznych odrzucają tak język, jak i akty nietolerancji, jakie szerzą się w Europie. Skala rozczarowania partiami głównego nurtu jest duża nie tylko w Wielkiej Brytanii – zniesmaczenie politycznym establishmentem to również ogólnoeuropejskie zjawisko. Musimy na nie odpowiedzieć – chyba że chcemy, by zrobiły to inne, reakcyjne formacje.
Co najważniejsze, możemy obnażyć fakt, że partie te nie mają żadnych odpowiedzi na kwestie związane ze zmianami klimatu, zanieczyszczeniem środowiska czy polityką cięć i zaciskania pasa, które odciskają piętno na życiu zwykłych ludzi.
W obliczu oderwanej od rzeczywistości radykalnej lewicy oraz „ruchu” socjaldemokratycznego, który dawno skapitulował przed skazanymi na porażkę pomysłami ekonomicznymi i ekologicznymi, Zieloni w Wielkiej Brytanii – i zapewne również w całej Europie – mogą pokazać, że nie brak im ideowej odwagi oraz umiejętności przekazania swoich pomysłów osobom, które system polityczny pozostawił na marginesie.
Artykuł Green, left, growing ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim). Przeł. Bartłomiej Kozek.