W Limie trwa światowy szczyt klimatyczny. Wokół jakich kwestii koncentrują się negocjacje? Korespondencja Pauliny Szabat. (więcej…)

Łąki w mieście, wśród blokowisk, między ulicami? Trawniki, klomby – owszem, ale łąki?! Wydaje się, że to nie ich miejsce. A jednak łąki w mieście pełnią wiele ważnych funkcji. (więcej…)

Najnowsze doniesienia wskazują, iż świat znajduje się na prostej drodze do kolejnego kryzysu finansowego. Globalny poziom zadłużenia jest wyższy niż w 2008 r., przy czym pozycja „liderów” przypada tym razem biedniejszym krajom. W niebezpieczeństwie znajduje się również Wielka Brytania, która, narażona na zawirowania dotykające resztę świata, dodatkowo boryka się z własnymi i tak poważnymi problemami wewnętrznymi.

Ostatni World Economic Outlook Międzynarodowego Funduszu Walutowego (IMF) ukazuje ponury obraz spadającego na całym świecie poziomu wzrostu. Nawet mainstreamowi ekonomiści, jak były sekretarz skarbu USA Larry Summers, poważnie mówią o „długotrwałej stagnacji” (secular stagnation), koncepcji, według której gospodarki krajów rozwiniętych znalazły się w permanentnym zastoju.

Według IMF strefa euro należy do najbardziej narażonych obszarów, choć również w krajach takich jak Brazylia czy Rosja da się zauważyć spowolnienie.

W szarej strefie

Mimo to rynki finansowe pozostają żywiołowe. Indeks akcji amerykańskiej giełdy Dow Jones osiągnął w tym roku rekordowy wynik. Z drugiej strony rosnącym problemem staje się tzw. równoległy system bankowy (shadow banking), na który zwraca uwagę Przegląd Globalnej Stabilności IMF. Termin ten odnosi się do sieci nieregulowanych pozabilansowych operacji finansowych. Operacje te dublują działania regularnego sektora bankowego, lecz bez nadzoru instytucji do tego powołanych. Szara strefa bankowości kwitnie szczególnie w rajach podatkowych.

Przed ostatnim krachem amerykański równoległy system bankowy urósł do rozmiarów 2,5-krotnie większych od konwencjonalnego systemu bankowego. Aczkolwiek jego brytyjski odpowiednik pozostaje mniejszy niż zwyczajne banki, to i tak jest wart około 400% PKB. Ok. 70.000 mld dol. globalnych aktywów finansowych związane jest z równoległym systemem bankowym. Odpowiada to połowie aktywów wszystkich banków na świecie.

Problem równoległego systemu bankowego polega na jego ogromnej złożoności i fakcie, że znajduje się poza jakąkolwiek publiczną kontrolą. Jego wzrost jest możliwy dlatego, że instytucje finansowe (takie jak banki czy fundusze hedgingowe) starają się za wszelką cenę uniknąć regulacji. Przed wybuchem kryzysu lat 2007-2008 szara strefa była używana przez banki do dostarczania klientom kredytów hipotecznych, a następnie do zarządzania tymi kredytami. Załamanie równoległego systemu bankowego – z uwagi na jego powiązanie z regularnym systemem finansowym – pociągnęło za sobą upadek reszty systemu finansowego.

Krajobraz po luzowaniu

Od tamtej pory szara strefa odzyskała żywotność dzięki ultraniskim stopom procentowym oraz używaniu tzw. luzowania ilościowego przez rządy na całym świecie. Niskie stopy procentowe obniżyły zyski czerpane przez klientów z inwestycji, zmuszając tym samym rynki finansowe do poszukiwania nowych źródeł gotówki. Luzowanie ilościowe charakteryzuje się m.in. zwiększoną emisją pieniądza przez banki centralne, co daje bankom prywatnym ogromne sumy do obracania. Zaś (minimalne) nowe regulacje skłoniły instytucje finansowe do poszukiwania nowych obejść w przepisach.

Luzowanie ilościowe i niskie stopy procentowe mają w założeniu zachęcać do przeznaczenia zasobów na działalność gospodarczą w świecie rzeczywistym. Nowe przepisy finansowe zostały wprowadzone w celu zatrzymania ryzykownych zachowań. Jednakże każdy z tych środków obecnie produkuje dokładnie odwrotny skutek. W tym samym czasie próby znalezienia sposobu na spłacenie długu hamują wzrost przez odcinanie od źródeł finansowania produktywnych działań i inwestycji.

Tegoroczny Geneva Report, publikowany przez Centre for Economic Policy Research (CEPR) podkreśla bardziej ogólny problem. Od 2008 r. globalny poziom zadłużenia, w odniesieniu do światowego poziomu PKB, wzrósł o 38% i obecnie wynosi 212% – i to pomijając dług zaciągnięty w korporacjach finansowych, z szarą strefą bankowości włącznie.

Tempo zadłużania się zmalało w gospodarkach charakteryzujących się wysokim dochodem, podczas gdy wzrosło dramatycznie w krajach rozwijających się i słabo rozwiniętych, w czym przodują Chiny. Zewnętrzne zadłużenie Chin wzrosło o 50% w zeszłym roku. Także inne kraje o średnich dochodach, w tym Turcja, doświadczają tego problemu.

Czekając na powtórkę

Innymi słowy, w krajach rozwijających się szykuje się powtórka tego, co przed sześcioma laty rozpoczęło się w krajach wysoko rozwiniętych. Tymczasem kreacja zadłużenia nie może, na dłuższą metę, przewyższać poziomu wzrostu, gdyż długi muszą zostać spłacone z odsetkami. Jeżeli poziom wzrostu jest za mały, aby móc spłacić zadłużenie, system załamuje się. Widzieliśmy już to w latach 2007-2008.

Wielka Brytania jest tu wyjątkowo narażona. Wysiłki rządzącej koalicji w kierunku spłacenia długu publicznego zakończyły się spektakularnym fiaskiem. Ministerstwo Skarbu pod kierownictwem kanclerza George’a Osborne’a pożyczyło przez ostatnie cztery lata więcej, niż rząd Partii Pracy przez lat trzynaście. Jednocześnie, przy spadku płac realnych, rosnące zadłużenie sektora prywatnego (w tym dług na kartach kredytowych i długi hipoteczne) nie sprzyja „ożywieniu”.

Brytyjski system finansowy ma łącznie ponad 1300% zobowiązań w odniesieniu do PKB. Wysoki stopień umiędzynarodowienia potęguje narażenie na zewnętrzne kryzysy. Przykładowo, brytyjskie banki z HSBC na czele udzieliły Chinom większych pożyczek niż jakiekolwiek inne zagraniczne banki. Po udzieleniu przez rząd pakietów ratunkowych w 2008 r. jest jasnym, że konsekwencje ewentualnego załamania mocno obciążą całe społeczeństwo.

Sytuacja ustabilizuje się, jeżeli uda się powrócić do stałego poziomu wzrostu gospodarczego (pomijając jego konsekwencje dla środowiska), lecz nie należy za bardzo na to liczyć. Bardziej prawdopodobny jest proces daleko posuniętego anulowania długów, co zwiastować mogą ostatnie posunięcia Wongi. Pytanie brzmi, jak przeprowadzić ten proces bez narażania społeczeństwa na dalsze wstrząsy.

Artykuł The next financial crisis – not if but when ukazał się na stronie New Economics Foundation. Przeł. Krzysztof Pacyński.

Na pierwszy rzut oka to nie mogło się udać. Niezwiązany z nie za dużym miastem poseł-gej, postanowił zostać jego prezydentem. Skończyło się wyraźnym zwycięstwem w II turze. (więcej…)

Konstrukcja symbolu euro

Konstrukcja symbolu euro

Począwszy od jesieni 2013 r., w trzech manifestach opublikowanych przez niemieckich i francuskich intelektualistów powrócono do idei utworzenia „wspólnoty politycznej na rzecz euro”. Chodzi o to, aby systemowi jednolitej waluty towarzyszył prawdziwy system demokratycznych rządów. (więcej…)

Czy porozumienie handlowe UE-USA (TTIP) rzeczywiście spowoduje „cud miejsc pracy”, którego potrzebuje Europa? (więcej…)

Jeszcze nigdy nie byliśmy tak blisko porozumienia. Prosto z Limy, specjalnie dla „Zielonych Wiadomości” – Paulina Szabat. (więcej…)

Łódź była zawsze jakaś taka inna. Osobna, niepasująca do reszty kraju, do bólu nieromantyczna i pracowita. Co gorsza, jakoś nie potrafiła iść w zgodnej parze z dokonującymi się w kraju zmianami, najlepsze czasy mając zazwyczaj wtedy, gdy Polska przeżywała te najgorsze – i na odwrót. Nic więc dziwnego, że po 1989 r. z ulgą skazano miasto na zapomnienie, dając na otarcie łez cogodzinny pociąg do Warszawy, którym można było uciec szukając jakiejkolwiek przyszłości.

Postępujący upadek

Upadł praktycznie cały łódzki przemysł, wypracowujący w najlepszych latach przed 1989 r. niemal 10% PKB całego kraju, nakazując niemal wszystkim mieszkankom miasta poszukiwać zupełnie nowych dróg i pomysłów na swoje życie. Mieszkankom – bo przecież łódzki przemysł był bardzo sfeminizowany, a przez to ostatni w kolejności do otrzymywania podwyżek, sutych odpraw czy programów osłonowych. Już nie dało się tak jak w 1971 r. wywalczyć obniżenia szalejących cen (a to był przecież jedyny udany strajk w całej historii PRL!), nie było też siły wyjść na ulice w wielotysięcznych marszach głodowych, jak w 1981 r. Trzeba było samodzielnie stanąć na nogi i samemu o siebie zadbać.

Mimo tej darmowej lekcji darwinizmu miasto przetrwało. Niestety, przetrwały też jego problemy, zwielokrotnione złymi decyzjami podejmowanymi w przeszłości. Budowa wielkich osiedli-satelitów, odbiła się upadkiem śródmieścia, w którym jak w soczewce skupiły się problemy społeczne i infrastrukturalne. Przed 1989 r. inwestowano głównie poza centrum, po 1989 nie było już komu inwestować i za co. Zostaliśmy więc z kamienicami, z których trzy czwarte było w stanie złym albo bardzo złym, które rzadko były wyposażone w łazienkę a niemal nigdy w centralne ogrzewanie. O czym tu zresztą mówić, skoro nadal, u progu XXI wieku, spora część z nich wyposażona była w toalety znajdujące się na podwórzu.

Kto mógł, uciekał więc na zewnątrz, byle dalej od śródmieścia. Ci, co nie mogli albo z różnych powodów nie chcieli, musieli borykać się na co dzień z problemami, jakie idą za biedą, bezrobociem i brakiem nadziei na poprawę sytuacji. Lata mijały i zdążyło wyrosnąć całe nowe pokolenie, które nigdy nie dowiedziało się, czym jest stała praca i stała pensja. A jednak byli kreatywni. Kto nigdy nie widział tysiąca łódzkich sposobów, jakimi można ocieplić mieszkanie, zbudować samemu toaletę czy przede wszystkim wyżywić całą rodzinę za tysiąc złotych, ten powinien raczej spalić się ze wstydu, niż pleść o „bierności” czy „wyuczonej bezradności”.

Dojrzewa potrzeba zmiany

Powoli wzrastała też w łódzkiej społeczności mała warstewka młodych ludzi, którzy mieli lepszy kapitał społeczny i możliwość, by czytać, uczyć się i krzyczeć, co dzieje się w mieście nie tak. Poznawali się powoli, wokół partyzanckich działań na rzecz przestrzeni, ratując trawnik, drzewo, kamienicę czy starą fabrykę. Uczyli się miasta, jego dróg i faktury, a niektórzy z nich zaczęli się także uczyć jego ludzi. Uczyli się zmiany – powolnej, mozolnej, nieefektownej, ale skutecznej. Uczyli się, jak tę zmianę powodować, jak naciskać, gdzie uderzać, a gdzie wpływać. Niektórzy z nich postanowili iść do polityki, startując do rady miejskiej, inni postanowili działać z zewnątrz, przynosząc pomysły i próbując wciągnąć władze miasta do współpracy. Jeszcze inni postanowili po prostu wejść do środka i zmieniać miasto od wewnątrz, z pozycji urzędnika.

Kongres Ruchów Miejskich, który zjechał do Łodzi w 2012 r., zastał to miasto w momencie przejściowym. Nie minęły jeszcze trzy lata, odkąd odwołaliśmy Jerzego Kropiwnickiego, nie godząc się na życie w mieście trudnym i nieprzyjaznym, zorientowanym tylko na ogromne inwestycje, z których niewielu miałoby większy pożytek. Nowe władze miasta starały się rozmawiać i przyjmować dobre pomysły, takie jak remontowy program Mia100 Kamienic, ale jeszcze nie do końca wiedziały, jak to robić. Brakowało zaufania i wspólnego języka, który dopiero się budował.

Obserwowałem te zmiany, walcząc na bardzo wielu frontach, nieraz tak od siebie odległych jak ochrona zabytków i miejski transport. Tym, co mnie jednak najbardziej wtedy nurtowało, była kwestia wzajemnej komunikacji pomiędzy mieszkańcami a władzami oraz idącej za nią partycypacji w podejmowaniu decyzji o swoim otoczeniu i sobie samych. Uczyłem się tego powoli na Księżym Młynie, gdzie w 2010 r. wszedłem w środowisko głęboko nieufne wobec władz miasta, które rękami wiceprezydenta Włodzimierza Tomaszewskiego zamierzały wszystkich mieszkańców zabytkowego robotniczego osiedla wysiedlić, a budynki sprzedać deweloperowi na zamknięte osiedle. Na szczęście nowe władze porzuciły te plany i chciały rozmawiać, godząc się na trudny dialog.

Przez tych kilka lat obserwowałem metamorfozę, jaka dokonywała się w łódzkim magistracie. Technokratyczny i mocno neoliberalny język nowych władz zmienił się, uwrażliwiając się na kwestie społeczne i jakość życia mieszkanek i mieszkańców. Metamorfoza ta wsparta była też analogicznymi zmianami na poziomie ministerialnym, gdzie niemal niezauważenie dokonał się przewrót na miarę kopernikańskiego, a światło dzienne ujrzał projekt Krajowej Polityki Miejskiej który wyglądał tak, jakby ktoś bardzo uważnie wysłuchał wszystkich postulatów Kongresu Ruchów Miejskich, a następnie je usystematyzował, spisał i jednym szybkim ruchem postanowił za ich pomocą wbić osinowy kołek w serce polskiej „rewitalizacji” spod znaku kostki Bauma i wypędzenia wszelkiego życia z „rewitalizowanych” przestrzeni.

Jednocześnie sam przesuwałem się wciąż i wciąż bliżej urzędu – najpierw z nim luźno współpracując przy różnych projektach, potem już ściśle przy okazji budżetu obywatelskiego, aż wreszcie przyjmując bilet na statek i w marcu tego roku zostając urzędnikiem, żeby robić rewitalizację przez duże „R”.

Wziąć sprawy w swoje ręce

To nie była łatwa decyzja. Wiedziałem, że powoli wyczerpałem wszystkie drogi, jakimi do tej pory wpływałem na miasto, a ta nowa dawała mi znacznie więcej możliwości. Dawała mi możliwość budowania od samych podstaw, kreowania i wdrażania, a nie tylko konsultowania i recenzowania. Jednocześnie bałem się, bo podjęcie tak ogromnej odpowiedzialności nie mogło nastąpić ot tak sobie, od ręki. Szczególnie, że postanowiono przed nami zadanie na skalę, o jakiej wcześniej nie mogliśmy nawet marzyć – przygotowania podwalin pod społeczny aspekt rewitalizacji i zrobienie tego jak najlepiej i jak najszybciej, bo już w połowie 2015 r. pojawią się naprawdę wielkie unijne pieniądze i trzeba je wydać mądrze, bo drugich takich już nigdy nie będzie.

Piszę „nas” i „nami”, bo nie podejmowałem tej decyzji sam. Bilet był dwuosobowy, przeznaczony dla mnie i dla Hanny Gill-Piątek, osoby znacznie bardziej ode mnie kompetentnej w kwestiach społecznych, autorki „Biedy. Przewodnika dla dzieci”, prowadzącej do tej pory świetlicę Krytyki Politycznej w Łodzi. Sam bałbym się wziąć tak wiele, ale we dwoje było raźniej – i w ten sposób 31 marca wsiedliśmy na statek o nazwie Urząd Miasta Łodzi, mając za zadanie „zrobić” tę rewitalizację. Zrobić ją z wykorzystaniem całego potencjału, jaki posiadamy w mieście – potencjału urzędników, przedsiębiorców, kreatywnych, artystek, animatorów, działaczek i działaczy organizacji pozarządowych, ale przede wszystkim mieszkanek i mieszkańców Łodzi. To dla nich ta robota i to oni są podmiotem, partnerem w zmianie. Partnerem a nie beneficjentem – zgoda ze strony władz miasta na takie ustawienie procesu była właśnie tym, co mnie przekonało.

„Majdan. Rewolucja godności” Siergieja Łoznicy pozwala nam na nowo przeżyć atmosferę oddolnej walki z Wiktorem Janukowyczem. Obraz mówi tu więcej niż jakikolwiek komentarz. (więcej…)

O teatrze niezależnym na Białorusi i odkrywaniu nieznanych aspektów białoruskiej historii opowiada Aksana Haiko w rozmowie z Marcinem Wrzosem. (więcej…)

Wiedza o tym, że rewitalizacja to coś zupełnie innego niż wykładanie placów kostką i malowanie elewacji kamienic w kolory odpustowych słodyczy, nie jest wiedzą nową. Czy w końcu będzie miała szansę się przebić? (więcej…)

Z Piotrem Bernardynem, autorem książki „Słońce jeszcze nie wzeszło. Tsunami. Fukushima” rozmawia Marcin Wrzos.

Marcin Wrzos: Co skłoniło pana do napisania książki?

Piotr Bernardyn: Bezpośredni powód jest oczywisty – ogrom katastrofy jaka dotknęła Japonię 3 lata temu. To sprawiło, że porzuciłem prace nad inną książką o Japonii. Ale były też pośrednie motywacje, np. sposób w jaki katastrofę relacjonowały zachodnie, w tym polskie media, co pisało się o energetyce jądrowej, pomniejszając konsekwencje Fukushimy, wreszcie do bólu stereotypowe przedstawianie Japończyków – jako ludzi pozbawionych strachu, stoicko znoszących tragedię itd.

MW: Dlaczego pana zdaniem polskie media nie stanęły na wysokości zadania?

PB: Jednym z powodów jest pewnie ich finansowa słabość. Spada liczba korespondentów zagranicznych, brakuje bezpośrednich relacji z odległych zakątków świata. A potem, gdy wydarzy się coś niezwykłego, wysyła się ludzi nieprzygotowanych, którzy sięgają do stereotypów.

MW: To nie jest chyba jedyny powód?

PB: Rzeczywiście można mieć takie wątpliwości, zwłaszcza w odniesieniu do Fukushimy, czy szerzej energetyki jądrowej. Jeśli specjalista z tytułami naukowymi kolejny raz powtarza, że jedyną przyczyną katastrofy w elektrowni było rekordowo wysokie tsunami, to znaczy, że celowo wprowadza ludzi w błąd. A przecież wiemy, że system japońskiej energetyki, zwłaszcza jądrowej, był chory, splątany korupcyjnymi powiązaniami. Elektrownie funkcjonowały bez niezależnej kontroli, z lekceważeniem standardów bezpieczeństwa.

MW: Pamiętam, że w Polsce bardzo długo bagatelizowano awarię elektrowni w Fukushimie. Krzysztof Dąbrowski z Centrum ds. Zdarzeń Radiacyjnych z pełną powagą twierdził, że „elektrownie jądrowe w Japonii są zupełnie bezpieczne” a wprowadzenie alarmu atomowego w Japonii „nie ma żadnego związku z obiektami jądrowymi”.

PB: No tak, i pewnie dlatego 3 lata od awarii wszystkie 48 reaktorów w Japonii stoi wyłączonych, co przynosi gigantyczne straty. Wiele z nich nie zostanie już uruchomionych, bo nie spełnia nowych standardów bezpieczeństwa – ich podniesienie oznacza zbyt wysokie koszty.

W Japonii także duża część mediów głównego nurtu bagatelizowała na początku sytuację w zniszczonej elektrowni. Specjalistów, którzy wskazywali, że mogło dojść do stopienia rdzenia w reaktorze, przemilczano. Z kolei prasa zachodnia, zwłaszcza ta bliska tabloidom, snuła nierzadko najbardziej katastroficzne scenariusze. Wspomnijmy też o reakcji Francji, kraju który 75 % swojej energii czerpie z atomu. Rząd francuski jako pierwszy wyczarterował samoloty do Japonii, by ewakuować swoich obywateli, jednocześnie podkreślając jak bardzo energetyka atomowa jest bezpieczna… To wszystko pokazuje, jak trudno o racjonalne zachowanie w przypadku awarii w elektrowni jądrowej, moim zdaniem to jeden z argumentów przeciw atomowi.

MW: Czy Fukushima nie spotęgowała jednak nieufności w stosunku do instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo energetyki jądrowej?

PB: W Japonii na pewno. Gdyby istotnie jedyną przyczyną katastrofy było rekordowe tsunami, to opór przeciw energetyce jądrowej byłby teraz mniejszy. Przypomnijmy tu wielokrotnie powtarzane sformułowanie z raportu komisji parlamentarnej, że katastrofa była „man made”, czyli, że stoi za nią wina człowieka. Piszę w książce o teoretycznie możliwej sytuacji, że ktoś wciąż jest zwolennikiem atomu, ale nie w jego japońskim wydaniu. Wyszło tam po prostu na jaw, jak bardzo skorumpowany jest ten świat, w którym podtrzymywaniem mitu o absolutnie bezpiecznym atomie zajmowała się tzw. „nuklearna wioska” czyli środowiskowe powiązania: koncernów energetycznych, polityki, mediów, naukowców i biurokracji.

Pamiętajmy jednak, że Japończycy nie mają monopolu na korupcję. Może się ona odtworzyć wszędzie, a jej skutki w przypadku energii jądrowej bywają szczególnie dotkliwe.

MW: Jak w praktyce funkcjonowała „nuklearna wioska”?

PB: W Japonii istnieje 9 firm energetycznych produkujących energię z atomu. (Największą jest TEPCO, która odpowiada za dostawy prądu do Tokio i sąsiednich prefektur.) Koncerny te są prywatne, będąc jednocześnie monopolistami na wytwarzanie i dystrybucję prądu na swoim obszarze. W przypadku monopoli państwowych możliwa jest przynajmniej jakaś forma kontroli, np. zmiana kierownictwa firmy wraz ze zmianą władzy politycznej. Japońscy producenci energii byli zaś i w dużej mierze ciągle są udzielnymi księstwami we własnym regionie, mogąc swobodnie dyktować ceny energii (jedne z wyższych na świecie), nie przejmując się wysokimi kosztami działalności.

Na przykład federacja zrzeszająca wszystkie firmy energetyczne wydawała na reklamę ok. 1 mld dol. rocznie. Pytanie – po co, skoro funkcjonują one bez konkurencji? A były to właśnie fundusze przeznaczone w dużym stopniu na podtrzymanie działalności nuklearnej wioski: granty naukowe, ekspertyzy, ogłoszenia w gazetach i telewizji, sympozja naukowe, fundusze wyborcze polityków. Cel był jeden: podtrzymać w społeczeństwie pozytywny obraz energetyki jądrowej, a to oznaczało też eliminowanie nieprzychylnych opinii na jej temat i spychanie na margines stojących za nimi ludzi.

MW: Jak wyglądał państwowy nadzór nad prywatnymi firmami energetycznymi?

PB: Nie będzie wielką przesadą stwierdzenie, że elektrownie atomowe w Japonii były pod względem nadzoru bezpieczeństwa zostawione samopas. Oczywiście istniał formalnie regulator, tzw. NISA, ale powiązania międzyludzkie tej instytucji czy szerzej biurokracji ze światem firm energetycznych sprawiały, że nadzór stawał się iluzoryczny. W Japonii jest zwyczaj, że biurokraci po osiągnięciu pewnego wieku przechodzą z administracji do biznesu. W NISA pracują zatem ludzie, którzy w przyszłości będą chcieli przejść do spółek energetycznych na intratne stanowiska. Rodzi się więc pokusa, by nie uprzykrzać zanadto życia swojemu przyszłemu pracodawcy np. poprzez rygorystyczne egzekwowanie przestrzegania norm bezpieczeństwa. Tym bardziej, że w firmie energetycznej pracuje już były zwierzchnik tego biurokraty z NISA, czyli tzw. senpai (jap. starszy kolega). Ten nieformalny układ zależności w japońskiej kulturze nigdy do końca nie wygasa, a tutaj młodszy kolega kontroluje starszego.

Poza tym NISA była częścią ministerstwa gospodarki, z natury promującego energetykę jądrową. W istocie mowa więc o tych samych ludziach wymieniających się stanowiskami. Dochodziło do kuriozalnych sytuacji, że NISA zamiast kontrolować zajmowała się reklamowaniem energetyki jądrowej!

MW: W Polsce na długo przed otwarciem pierwszej elektrowni jądrowej mamy śledztwo korupcyjne w PGE Energia Jądrowa.

PB: Inwestycję szacowaną na 40-60 mld zł z istotnym udziałem państwa na pewno można zaliczyć do korupcjogennych. Raport Komisji Europejskiej z lutego 2014 r. pokazuje, że w Polsce korupcja to nadal poważny problem.

Oficjalny przekaz i uzasadnienie dla atomu mówi o jego konkurencyjności. A jeśli po latach okaże się, jak w wielu innych miejscach na świecie, że energia jądrowa jest dużo droższa niż planowano, to czy nie narodzi się pokusa, by oszczędzać na bezpieczeństwie? Taka sytuacja miała przecież miejsce w Japonii. Innym sposobem trzymania kosztów pod kontrolą było tam zatrudnianie do prostych (choć niebezpiecznych) prac ludzi upośledzonych. Za dniówki pracowali i wciąż pracują: chorzy, bezdomni, macza w tym palce jakuza, czyli japońska mafia.

MW: W Polsce przedstawia się energetykę jądrową jako czynnik modernizujący.

PB: No tak, czyli hołubione za gospodarkę Niemcy porzuciły proces modernizacji… Obecny często w mediach profesor fizyki stwierdził nawet, że 80 milionów Niemców oszalało. Dla osób znających język niemiecki polecam zatem w Internecie debatę, jaka odbyła się w Niemczech przy podejmowaniu decyzji o odejściu od atomu. Trwała cały dzień, do okrągłego stołu zasiadła elita tego kraju m.in. szefowie wielkich koncernów energetycznych, znani ekonomiści, był socjolog Ulrich Beck, osoby duchowne. Wymieniano argumenty i pomijając ostateczną decyzję, to… daj Boże Polsce dyskusję na takim poziomie.

A u nas rząd komunikuje nagle, że zaczyna program budowy dwóch elektrowni atomowych, a teraz, po zaledwie trzech miesiącach, chodzą słuchy że może się jednak z tego wycofać ze względu na koszty. Można by sądzić, że takie decyzje podejmowane są w oparciu solidny rachunek ekonomiczny. Pachnie to wszystko kompletną amatorszczyzną.

Wracając do efektu modernizacyjnego energetyki jądrowej, to dało się tak mówić w Europie 40-50 lat temu. Wtedy atom był synonimem nowoczesności, nie teraz. Chyba że na bakier z nowoczesnością jest kilka krajów Europy Zachodniej, które nie chcą u siebie atomu. Jedynym sensownym argumentem za tym rodzajem energii jest bezpieczeństwo energetyczne kraju. Ale wtedy też trzeba kalkulować koszty, np. czy jest sens wydawać dziesiątki miliardów złotych na projekt, który po dekadzie zapewni nam kilka procent energii w ogólnym bilansie?

MW: Jak awaria wpłynęła na Japończyków?

PB: Fukushima podzieliła japońskie społeczeństwo. Rozpadały się rodziny, bo kobiety bojąc się o potomstwo porzucały dom rodzinny, przenosząc się w inny, bezpieczniejszy region kraju. Podział widać też w gronie naukowym, gdzie trwa spór, jaką dawkę promieniowania uznać za bezpieczną. Dochodziło do dyskryminacji ludności z Fukushimy w innych częściach kraju, bano się, że są oni napromieniowani. Ucierpiało rolnictwo, wielu Japończyków wciąż niechętnie kupuje żywność z Fukushimy i sąsiednich prefektur.

Minęły ponad trzy lata od katastrofy i życie musi toczyć się dalej. Poczucia niepewności łatwo jednak wymazać się nie da. Mówię tu generalnie o całej Japonii, bo z całkiem innymi problemami borykają się osoby z prefektury Fukushima, które musiały się ewakuować i nie wiadomo, czy kiedykolwiek wrócą do porzuconych domostw. W książce wspominam o młodych ludziach z Fukushimy żyjących w strachu, czy kiedyś będą mieli zdrowe potomstwo.

MW: Jakie są perspektywy dla energetyki jądrowej po katastrofie w Fukushimie?

PB: W Japonii nie pracuje dziś żaden z 48 reaktorów. Jesteśmy chyba jednak w momencie, gdy ponowne uruchomienie części z nich wydaje się bardzo prawdopodobne. Rząd podjął właśnie decyzję, że atom będzie w przyszłości jednym z głównych źródeł energii. Tym samym przekreślono plany poprzedniej administracji o stopniowym odejściu od atomu. Pamiętajmy jednak, że większość społeczeństwa jest przeciwko energii jądrowej: jedni chcą się z nią pożegnać natychmiast, inni rozłożyć ten proces w czasie.

Odczucia społeczne nie są formalnie wiążące dla rządu, musi się on jednak z nimi liczyć. Fukushima wywołała nie tylko traumę, ale i złość wśród Japończyków, zwłaszcza gdy na jaw wyszła korupcja japońskiej energetyki. Stąd pierwsze reaktory zostaną zapewne uruchomione na wyspie Kyushu – najdalej jak się da od Fukushimy. Ale i tak ponad połowa japońskich elektrowni atomowych może zostać przeznaczona do likwidacji, bo nie spełnia nowych standardów bezpieczeństwa. Uporanie się z tym jest niezwykle kosztowne, zwłaszcza w przypadku starych reaktorów.

Światowa perspektywa dla atomu jest zaś zróżnicowana. Europa, nawet jeśli powstają tu pojedyncze reaktory, falę entuzjazmu atomem wydaje się mieć za sobą. Inaczej jest w Azji i Ameryce Południowej: Chiny, Indie, Brazylia, Arabia Saudyjska, Turcja planują budowę wielu reaktorów. Warto obserwować jednak losy transformacji energetycznej w Niemczech, one są w pewnym sensie laboratorium przyszłości.

MW: Zmienia się też podejście ludzi to energii, wolą płacić trochę więcej w zamian za poczucie bezpieczeństwa.

PB: Tak jest właśnie w Niemczech. A ja pamiętam sondaż w Japonii wśród małych i średnich przedsiębiorstw, z których większość również była gotowa płacić więcej za prąd, byle nie z elektrowni jądrowych. Oczywiście ta gotowość ponoszenia ekstra kosztów, i w Niemczech i w Japonii, ma swoje granice. Za uruchomieniem elektrowni jądrowych w Japonii, oprócz samych koncernów energetycznych, stoi przede wszystkim świat wielkich korporacji, w tym banki, które warunkują kredytowanie energetyki powrotem do atomu.

À propos wyższych cen energii w Japonii, to wspomnijmy też byłego premiera Kozumiego, w końcu konserwatystę, który po Fukushimie stał się przeciwnikiem atomu. Mówi on, że w przypadku transformacji energetycznej warto płacić więcej za prąd, bo odnawialne źródła energii niosą ze sobą też pewne przesłanie, wokół którego może zjednoczyć się japońskie społeczeństwo i w ten sposób wyjść z trwającego od lat marazmu.

MW: Czy praca nad książką zmieniła pana punkt widzenia?

PB: Pierwsza część mojej książki opisuje tragedię ludzi dotkniętych tsunami, druga to zmaganie się ze skutkami Fukushimy, w zakończeniu natomiast pozwoliłem sobie na osobistą refleksję o tym, czego dowiedziałem się po tragedii 11 marca 2011 i jak ona na mnie wpłynęła. Zaczynając zbierać materiały do książki, byłem obojętnym ignorantem wobec energetyki jądrowej, dziś jestem przeciwko niej. Część argumentów już tu przedstawiłem, po resztę odsyłam do lektury.