W czerwcu 2013 rozpoczęły się negocjacje w sprawie TTIP – umowy mającej ustanowić strefę wolnego handlu i partnerstwo inwestycyjne między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. Mimo że porozumienie negocjowane jest już od półtora roku, w polskich mediach głównego nurtu niewiele można o nim przeczytać. Jeszcze trudniej o głosy krytyczne.

Gdy spojrzymy na inne kraje, różnica staje się uderzająca. Brytyjski „Guardian” pisze o TTIP regularnie, głównie zwracając uwagę na związane z negocjowaną umową zagrożenia dla demokracji. Francuski „Le Monde” stara się ważyć racje zwolenników i przeciwników nowego traktatu. W niemieckiej debacie publicznej o sprawie jest głośno, regularnie odbywają się potężne demonstracje, a kanclerz Angela Merkel może mieć poczucie, że obywatele i obywatelki nie pozwolą jej zignorować swych obaw.

Bestia o dwóch głowach

W Warszawie panuje względny spokój. Czyżby dlatego, że temat TTIP nas nie dotyczy? A może po prostu jest „oczywistą oczywistością”, że wolny handel będzie korzystny dla polskiej gospodarki?

TTIP to nie tylko umowa o „wolnym handlu”, to w istocie bestia o dwóch głowach. Najbardziej kontrowersyjną częścią porozumienia jest arbitraż inwestycyjny (ISDS) – mechanizm rozstrzygania sporów między inwestorami (zagranicznymi) a państwem.

Drugą, mniej głośną, a co najmniej równie niebezpieczną, jest koncepcja „współpracy regulacyjnej”: prewencyjnego prześwietlania wszelkich projektów legislacyjnych w Unii Europejskiej i Stanach Zjednoczonych przez Radę Współpracy Regulacyjnej – wspólną komisję, oceniającą wpływ proponowanych przepisów na handel i inwestycje.

Arbitraż i współpraca regulacyjna mają gwarantować, że wolny handel i swoboda przepływu kapitału uzyskają faktycznie rangę nadrzędnych wytycznych w stanowieniu prawa.

Szczelinowanie demokracji

Jak to konkretnie działa, zobaczyć można na przykładzie regulacji poszukiwania i wydobycia gazu łupkowego. W ostatnich latach wprowadzono w polskim prawie zmiany, które podporządkowują interes społeczny, demokrację i ochronę środowiska zyskom wielkich korporacji.

Społeczności lokalne na różne sposoby pozbawiono prawa głosu: brak konsultacji społecznych, zniesienie obowiązku oceny oddziaływania na środowisko, pozbawienie udziału w ewentualnych dochodach z wydobycia, uznanie wydobycia gazu z łupków za „cel publiczny”, co pozwala wywłaszczać ludzi z ich ziemi itd. itp.

Wyobraźmy sobie teraz, że kolejny, demokratycznie wybrany rząd postanowi wysłuchać głosu obywateli i przywrócić ich wpływ na okolicę, w której żyją. Taka ustawa, gdyby została przyjęta, mogłaby zostać zaskarżona do trybunału arbitrażowego, narażając Polskę na odszkodowania z tytułu utraconych spodziewanych zysków takiej bądź innej korporacji.

Ale najpewniej nie miałaby nawet szans zostać przyjęta. Z odpowiednim wyprzedzeniem jej projekt musiałby być bowiem przedłożony Radzie Współpracy Regulacyjnej, która oceniłaby jej spodziewany wpływ na transatlantycki handel i inwestycje. Oznacza to, że lobby korporacyjne faktycznie uzyskałoby prawo weta wobec niewygodnych dla siebie ustaw.

Polska w „Europie globalnej”

Zwolennicy TTIP odpowiadają, że współpraca regulacyjna ma służyć harmonizacji reguł obowiązujących po obu stronach Atlantyku, co może oznaczać równie dobrze podnoszenie standardów. Zaś Polska (podobnie jak kilkanaście krajów Europy Wschodniej) jest już i tak związana ze Stanami Zjednoczonymi mechanizmem arbitrażu na mocy dwustronnego traktatu inwestycyjnego z 1990 r., i już nawet płaciła z tego tytułu kary. Tak więc TTIP miałby być dla nas opłacalny, bo ma zawierać nowe, zreformowane zasady arbitrażu, korzystniejsze niż w istniejącej umowie.

Pierwszy argument nie trzyma się kupy. Jeśli współpraca regulacyjna miałaby służyć podnoszeniu standardów, a nie ich obniżaniu, to projekty legislacyjne byłyby przez nią oceniane z perspektywy ich wpływu na prawa pracownicze, jakość i bezpieczeństwo żywności, ochronę klimatu, prawa cyfrowe itd. itp. – a nie wyłącznie na handel. I musieliby w niej zasiadać przedstawiciele związków zawodowych, ruchów ekologicznych czy organizacji broniących praw człowieka. Taki przegląd legislacji oczywiście by się przydał, ale można podejrzewać, że niekoniecznie przyczyniałby się do zwiększenia wymiany handlowej…

Również drugi argument nie wytrzymuje bliższej analizy. Reforma arbitrażu zaproponowana przez Komisję Europejską to tylko pobieżny lifting. Wprowadza nieco więcej jawności, zmienia pewne najbardziej oburzające aspekty postępowania arbitrażowego, ale nie dotyka istoty problemu. Rozwiązaniem polskich kłopotów nie jest wpędzanie całego kontynentu w tę samą kabałę, w której sami tkwimy. Możemy wykorzystać naszą obecność w Unii Europejskiej do tego, by poprawiać własne położenie, a nie do tego, by pogarszać sytuację innych krajów członkowskich.

Refleksje z podróży studyjnej „Marcellus Shale study tour” zorganizowanej przez warszawskie i waszyngtońskie biura Fundacji im. Heinricha Bölla. (więcej…)

Cokolwiek można powiedzieć za albo przeciw zawartemu niedawno porozumieniu między greckim rządem a instytucjami Unii Europejskiej, przynajmniej daje ono Syrizy odrobinę czasu na rozważenie bardziej długofalowych wariantów.

Szereg komentatorów i ekonomistów z obu stron politycznego spektrum proponuje w ostatnim czasie swoistą „trzecią drogę” w postaci wprowadzenia w Grecji równoległej bądź komplementarnej waluty. Fundacja Nowej Ekonomii oczywiście popiera takie podejście. Już od 2003 r. postulujemy wprowadzenie w strefie euro walut komplementarnych. Taka waluta (lub waluty) może w krótkim okresie zwiększyć płynność, dostarczając alternatywnego wobec euro środka wymiany.

Jednak tym, czego Grecja rzeczywiście potrzebuje – jeśli ma pozostać w unii walutowej – jest więcej euro, czyli tej waluty, w której denominowane jest publiczne zadłużenie kraju. Na dziś nie jest jasne, skąd owe euro miałyby się wziąć.

Na pewno nie z wydatków publicznych, skoro rząd Tsiprasa zobowiązany jest do utrzymania pierwotnej nadwyżki budżetowej – czyli musi oszczędzać więcej, niż wydaje. Nawet jeśli Grecja będzie ostatecznie dopuszczona do rozpoczętego przez Europejski Bank Centralny luzowania ilościowego, nie jest szczególnie prawdopodobne, że jakieś pieniądze z tego programu trafią do realnej gospodarki. I chociaż Syriza na poważnie zabrała się za walkę z unikaniem podatków, to biorąc pod uwagę rozmiar greckiego długu i odmowę anulowania choćby jego części przez unijne instytucje, trudno to uznać za długofalowe rozwiązanie.

Niezbyt prawdopodobny jest również napływ inwestycji zagranicznych, zważywszy na plany Syrizy dotyczące cofnięcia, a co najmniej wstrzymania dalszej prywatyzacji.

Jest jednak w Grecji pewien typ instytucji, który może kreować euro z niczego. Chodzi o banki komercyjne. Niestety od wybuchu kryzysu greckie banki przestały udzielać kredytów. Wiele z nich jest praktycznie niewypłacalnych i nie mają wielkiej ochoty do udzielania pożyczek greckim firmom, których położenie też jest bardzo chwiejne. Obecnie przy życiu utrzymuje je ratunkowe finansowanie przez Europejski Bank Centralny.

Bank of Greece

Co jednak, gdyby greckie banki pożyczały pieniądze greckiemu rządowi?

Pomysł taki wysunął kilka lat temu ekonomista Richard Werner z Uniwersytetu Southampton jako sposób na rozwiązanie europejskiego kryzysu zadłużenia. Określił to mianem „wzmocnionego zarządzania długiem”. Pożyczki takie byłyby długoterminowymi kontraktami, którymi w przeciwieństwie do obligacji państwowych nie można by było handlować. Odsetki płacone od nich byłyby w efekcie znacząco niższe niż te, jakie dziś płacą rządy pożyczając pieniądze na międzynarodowych rynkach, ponieważ zgodnie z globalnymi regulacjami bazylejskimi pożyczki rządowe otrzymują najniższą wagę ryzyka – 0%. Oznacza to również, że banki nie potrzebowałyby żadnego nowego kapitału na zabezpieczenie tych pożyczek, co umożliwiłoby im powiększenie i odbudowę jakości ich bilansów. Na koniec mogłyby znów zacząć normalnie pożyczać pieniądze firmom.

Tymczasem grecki rząd wykorzystałby te pożyczki do inwestycji w infrastrukturę i inne kapitałochłonne projekty, które Syriza uznała w swoim programie za bardzo potrzebne. Silny efekt mnożnikowy napędzałby zatrudnienie i popyt w greckiej gospodarce, co przełożyłoby się na wzrost przychodów podatkowych (zakładając, że Syrizie powiodą się reformy zwiększające ściągalność podatków). Oznaczałoby to trwałe zmniejszenie deficytu publicznego bez brnięcia w niszczącą politykę zaciskania pasa.

Syriza przekonuje, że udało jej się wywalczyć odrobinę przestrzeni na to, by Grecja mogła zaprojektować i wdrożyć własne reformy zamiast tych narzucanych przez Trojkę. Używając władzy kreowania kredytu przez własne banki komercyjne, Grecy mogą odwrócić spiralę długu-deflacji i stworzyć pozytywne sprzężenie zwrotne, gdzie banki będą zdrowsze, koszt kredytu rozsądny i niepodatny na ataki spekulantów, gdzie popyt będzie rosnąć, a deficyt spadać.

Artykuł Syriza should use the next four months to get Greek banks lending to its own government ukazał się na stronie New Economics Foundation (Fundacji Nowej Ekonomii).

Czy przez całe dziesięciolecia udało się nam przegapić fakt, że II wojna światowa i okres stalinowskiego terroru zupełnie przeorały naszą tkankę społeczną? (więcej…)

Seth B.C. Shonkoff i Jake Hays, badacze z PSE Healthy Energy odpowiadają na pytania „Zielonych Wiadomości”. (więcej…)

Wpływu transatlantyckiego porozumienia handlowego na usługi publiczne nie należy lekceważyć. Instytucje takie jak Królewskie Kolegium Pielęgniarskie czy Brytyjskie Towarzystwo Medyczne z niepokojem mówią o zagrożeniach, jakie dla brytyjskiego systemu ochrony zdrowia nieść może TTIP. Może on być jednak niebezpieczny także i dla innych usług publicznych, takich jak edukacja, wodociągi czy transport publiczny – i to w całej Unii Europejskiej.

Zagrożenie to szczególnie mocno widać w podobnym porozumieniu między UE a Kanadą (CETA), gdzie regułą stała się zasada „listy negatywnej”. Oznacza to, że jeśli dany sektor nie jest wymieniony z nazwy jako pozostający poza obrębem porozumienia, obowiązują go jego zapisy. Jej odwrotnością byłaby „lista pozytywna”, wymieniająca gałęzie, które miałyby się kierować ustaleniami CETA.

Jeśli TTIP zostanie wcielony w życie i będzie w nim obecna zasada „listy negatywnej”, istnieje ryzyko poważnego ograniczenia prawnej możliwości ochrony usług publicznych przed liberalizacją czy prywatyzacją. Niewątpliwie byłoby to po myśli naciskających na te zmiany wielkich korporacji. Podejście tego typu zmienia to, co uznajemy za standard. Normą staje się założenie liberalizacji, umożliwiając jej ograniczenie tylko tam, gdzie padły jasne deklaracje.

Taka sytuacja oznacza nie tylko powstanie swego rodzaju „karty praw” korporacji, ale też zagraża przyszłości demokracji. Polityczne wybory, takie jak upaństwowienie czy komunalizacja własności w sektorze usług publicznych mogą zostać uznane za niezgodne z zasadami TTIP, a co najmniej za warte ich zakwestionowania na drodze prawnej.

Wybory dotyczące formy własnościowej, zarządzania, dostarczania czy kontroli nad usługami publicznymi muszą pozostać w rękach społeczeństwa. decyzje podejmowane być muszą w otwartej, pluralistycznej przestrzeni debaty. Transatlantyckie porozumienie handlowe grozi ograniczeniem demokratycznego prawa do wyboru. W żadnym innym sektorze nie jest to tak jaskrawo widoczne jak właśnie w usługach publicznych.

Nasze własne doświadczenia w kwestii negocjowania dyrektywy usługowej UE pokazały trudności w definiowaniu usług publicznych (usług użyteczności publicznej), kiedy świadczone są one przez różne podmioty. Z obowiązywania jej zapisów wyłączona została jedynie ich część. Problemem okazało się nawet stworzenie adekwatnej definicji tego, czym one właściwie są. Widać wyraźnie potrzebę ich jednoznacznej ochrony.

Przeszło milion obywatelek i obywateli Unii Europejskiej podpisało Europejską Inicjatywę Obywatelską dotyczącą prawa do wody. Wzywała ona Komisję Europejską do uznania dostępu do wody za podstawowe prawo wszystkich w UE. W odpowiedzi KE stwierdziła, że Unia nie ma zdania co do preferowanego modelu własności (prywatnego bądź publicznego) czy dostarczania wody i że zostawia tę kwestię państwom członkowskim oraz samorządom. W obliczu braku silniejszych, ogólnoeuropejskich zasad ochrony prawa do wody nie możemy mieć pewności, że TTIP nie stanowić tu będzie dodatkowego zagrożenia – szczególnie w sytuacji, gdyby usługi wodociągowe stały się przedmiotem dalszej liberalizacji i w grę zaczęły wchodzić interesy prywatnych dostawców.

Kwestia publicznej własności oraz usług kolejowych stanowi kolejną przestrzeń niepewności. Partia Zielonych Anglii i Walii chce, by koleje wróciły pod skrzydła państwa. Czy porozumienie handlowe z USA uniemożliwi zrealizowanie tego typu pomysłu? Nawet jeśli nie stanie się on niemożliwy, TTIP może stworzyć atmosferę, w której krok ten stanie się politycznie niewykonalny.

Nie bez powodu związki zawodowe – TUC, Unite, PCS czy EKZZ sprzeciwiają się TTIP. Są one świadome, że inne porozumienie tego typu – NAFTA (Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu) przyczynił się do utraty przez Stany Zjednoczone miliona miejsc pracy. Rzecz jasna nowe miejsca pracy również w wyniku tego procesu powstają – inne jednak znikają albo przenoszone są za granicę. Wpływ porozumienia z USA będzie nader namacalny dla wszystkich tych, którzy w wyniku zmian ekonomicznych nim spowodowanych stracą pracę. Czy istnieje już dostatecznie wiele badań na ten temat? TTIP niesie realne ryzyko ekonomiczne i społeczne. Czy polityka cięć i zaciskania pasa będzie w stanie sobie z nimi poradzić w zgodzie z zasadami równości i sprawiedliwości społecznej? Nie.

Z tych oraz wielu innych powodów powinniśmy zatem sprzeciwiać się TTIP.

Tekst pochodzi z publikacji przygotowanej za zlecenie europosłanki Jean Lambert What’s wrong with TTIP. Przeł. Bartłomiej Kozek.

STOP_TTIP_tlo

Partie ekopolityczne stoją przed niemałymi wyzwaniami. W jaki sposób sfinansujemy systemy zabezpieczeń społecznych w przyszłości? Jak wzmocnić trzeci sektor oraz instytucje publiczne w naszych krajach? Jakim regulacjom powinien być poddany sektor prywatny w pomocy społecznej? Jak dużą część pracy w tej dziedzinie mogą wziąć na siebie organizacje non profit, opierające się na wolontariacie, takie jak instytucje kościelne czy rodzina? Oto pytania, na które poszukujemy odpowiedzi w najnowszej publikacji Zielonej Fundacji Europejskiej (GEF) oraz jej organizacji partnerskich.

W XX wieku w Europie kwestie takie jak ochrona zdrowia, edukacja i opieka stały się usługami świadczonymi przede wszystkim przez sektor publiczny – państwo, regiony czy gminy. Istniały również komplementarne wobec nich działania, podejmowane przez organizacje dobroczynne. Od lat 90. spora część państw zdecydowała się na reformy, otwierające drogę prywatnym usługodawcom oraz rynkowemu modelowi świadczenia usług socjalnych. Sektor publiczny został zderegulowany, a w części państw usługi publiczne przekazane zostały prywatnym podmiotom, zarówno działającym non profit, jak i nastawionym na zysk.

Powody tych zmian różniły się w zależności od kraju. Spore deficyty budżetowe, szczególnie po kryzysie ekonomicznym, były jednym z nich. Innymi – niska produktywność świadczeń społecznych w porównaniu do innych sektorów, rosnący odsetek osób w starszym wieku czy też wzrost zapotrzebowania na usługi socjalne. Pojawiały się również argumenty ideologiczne, które uzasadniać miały deregulację i prywatyzację w sektorze – przekonanie, że doprowadzą one do wzrostu jakości i efektywności usług.

Zielone odpowiedzi

Partie ekopolityczne w Europie odpowiedziały na ten trend w zróżnicowany sposób. Szwedzki, zielony think tank Cogito, razem z Ecopolis z Węgier, EQUO z Hiszpanii oraz Zieloną Fundacją Europejską postanowiły zbadać postawy poszczególnych partii Zielonych wobec prywatyzacji i prywatnych świadczeniodawców w sektorze zabezpieczeń społecznych, by sprawdzić, czy da się znaleźć jakieś punkty wspólne.

Rezultaty naszych badań publikujemy w raporcie A third sector in welfare – Green responses to privatisation of welfare services across Europe. Oto jego główne wnioski:

Możliwość samostanowienia, różnorodność oraz wolność wyboru wydają się istotnymi zasadami, jakimi kieruje się zielona wizja polityki społecznej. Dla przykładu – Zieloni w Niemczech podpierają się tamtejszą konstytucją, pozwalającą na stworzenie prywatnej szkoły w społeczności lokalnej, jeśli służy ona konkretnemu celowi edukacyjnemu albo też chcą ją utworzyć rodzice/opiekunowie. Równie ważne jest dla nich to, by osoby starsze miały wpływ na świadczoną na ich rzecz opiekę, otrzymując wsparcie finansowe w wypadku wyboru opieki domowej ze strony rodziny czy też przeniesieniu się do specjalnego domu opieki. Partie ekopolityczne w Europie podkreślają zarówno możliwość wyboru między różnorodnymi graczami, jak i prawo do wpływu i współtworzenia usługi opiekuńczej czy szkoły, którą się wybrało.

Decentralizacja oraz demokratyczna przejrzystość przez wiele formacji ekopolitycznych uważane są za kluczowe elementy zielonej polityki społecznej. Decyzje powinny zapadać blisko ludzi, a uczniowie, rodzice, pacjentki czy pracownicy powinni mieć na nie realny wpływ. Zieloni z Węgier czy z Rumunii mają np. niezbyt pochlebne zdanie o obecnych, silnie scentralizowanych usługach, świadczonych obecnie przez sektor publiczny. Wspierają alternatywne inicjatywy w sektorze, mające na celu zapewnienie różnorodności oraz wpływu obywateli i pracownic na system. Natomiast Partia Zielonych Anglii i Walii krytykuje reformy rządowe, wspierające rozwój szkolnictwa prywatnego. Uważają, że ma to negatywny wpływ na transparentność oraz możliwość demokratycznej kontroli nad usługami – domagają się zatem włączenia szkół prywatnych do systemu szkolnictwa samorządowego.

W niemal wszystkich partiach Zielonych dostrzeżemy krytyczne nastawienie do prywatyzacji, szczególnie zaś do dużych, nastawionych na zysk przedsiębiorstw świadczących usługi socjalne. To, w jaki sposób owa krytyka się przejawia, zależy od lokalnego kontekstu oraz systemu zabezpieczeń społecznych. W krajach takich jak Hiszpania, Portugalia czy Polska Zieloni jasno opowiedzieli się przeciwko prywatyzowaniu usług publicznych i brali aktywny udział w demonstracjach oraz petycjach przeciwko oddawaniu w prywatne ręce publicznych szpitali czy szkół. W innych państwach, takich jak Anglia, Szwecja czy Niemcy, aktywnie wspierają rozwój prowadzonych przez sektor publiczny czy instytucje non profit placówek szkolnych i medycznych.

Europejskie partie ekopolityczne silnie wspierają rozwinięty, publiczny system zabezpieczeń społecznych. Równość i sprawiedliwość – jak również odpowiednia edukacja i opieka, dostępna dla każdej i każdego z nas – są na sztandarach wszystkich partii tego typu. Odpowiedź na wyzwanie przyszłego finansowania tego systemu będzie niezwykle ważna dla zachowania aktualności tych zasad. W kontekście rosnących nierówności Zieloni w Niemczech proponują np. poszerzenie w przyszłości źródeł finansowania systemu zabezpieczeń społecznych tak, by czerpać środki nie tylko z opodatkowania pracy, ale również kapitału, oprocentowania oraz wzbogacenia.

Niemal wszystkie partie Zielonych w Europie są krytyczne wobec zakrojonych na szeroką skalę prywatyzacji usług publicznych. Nie oznacza to, że są zachwycone wizją państwowego monopolu na działania w sektorze opieki. Chcą dobrze rozwiniętego i powszechnie dostępnego systemu, ale też różnorodności usługodawców i specjalizacji, dających możliwość udziału i wpływania na ich funkcjonowanie, a także możliwości wyboru.

W niewielkich przedsiębiorstwach oraz organizacjach pozarządowych znajdziemy pokłady kreatywności oraz pomysły, które rzadko mieszczą się w ramach wielkich, nastawionych na zysk korporacji czy scentralizowanych usług publicznych. Trzeci sektor, oparty na społeczeństwie obywatelskim oraz społecznościach lokalnych, może obok sprawnie funkcjonującego sektora publicznego odgrywać istotną rolę w zielonej polityce społecznej. Rzut okaz na sytuację w Europie pokazuje, że trzeci sektor odgrywa tu rolę, która daleka jest od dekoracyjnej, gdzieniegdzie będąc wręcz istotnym świadczeniodawcą. Wielka Brytania postawiła sobie za cel doprowadzenie do sytuacji, w której w 2015 r. milion osób pracować będzie w przedsiębiorstwach socjalnych należących do pracowników. W Niemczech najwięcej szpitali nie jest prowadzonych przez sektor publiczny czy prywatny, lecz organizacje non profit. W ich rękach znajduje się tam ponad połowa łóżek szpitalnych.

Droga naprzód

Partie ekopolityczne mają przed sobą niemałe wyzwania. W jaki sposób sfinansujemy w przyszłości system zabezpieczeń społecznych? Jak wzmocnić sektor publiczny oraz pozarządowy w wielu krajach? W jaki sposób możemy skutecznie poddać regulacjom prywatny sektor w opiece socjalnej? Jak duża część usług może znaleźć się w rękach organizacji typu non profit czy być realizowanych poprzez pracę wolontaryjną (np. organizacje kościelne czy rodziny)?

To wszystko warte dyskusji pytania. Mamy nadzieję, że partie Zielonych będą mogły czerpać ze swoich doświadczeń i przygotować wspólne, europejskie stanowisko w tych kwestiach. Oby nasz raport był dobrym pretekstem do rozpoczęcia tego procesu.

Artykuł The Green Line in Welfare Politics ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim). Przeł. Bartłomiej Kozek.

„Marksa często osądza się z perspektywy rzeczy, o których nie wiedział, lepiej jednak przyjrzeć się temu, co może nam zaoferować. Marks był ekonomistą, socjologiem, politologiem, historykiem, filozofem i filozofem nauki. Był prawdziwie wszechstronnym geniuszem i w wielu kwestiach jego ustalenia pozostają aktualne” – przekonuje ekonomistka Angela Wigger.

Poniższy wywiad przeprowadziły pierwotnie Erica Meijers i Amarens Veeneman dla holenderskiego pisma „De Helling”. Pochodzi z numeru poświęconego nowym odczytaniom Marksa.

W 2013 r. dziennik „De Volkskrant” prezentował Angelę Wigger jako przedstawicielkę rzadkiego w Holandii gatunku niepokornych ekonomistów. Bez wątpienia prawdą jest, że należy ona do osób uznających tradycje marksistowską jako wartościowy punkt odniesienia w badaniu współczesnych zjawisk społeczno-ekonomicznych. Wigger wykłada ekonomię polityczną i stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie im. Radbouda w Nijmegen, jest również członkinią zarządu Critical Political Economy Research Network (CPERN) oraz Centrum Badań nad Korporacjami Ponadnarodowymi (SOMO). Świat akademicki, nie wyłączając Nijmegen, odwrócił się od marksizmu po tym, jak opadła fala aktywizmu lat 70. Wigger odczytuje jednak Marksa swobodniej, niż robili to ówcześni marksiści. Uważa go za jednego z najbardziej przenikliwych teoretyków ekonomii, obowiązkową lekturę dla wszystkich, którzy chcą zrozumieć dzisiejszy świat. Jak mówi: „Nie jesteśmy przyrodnikami. [Jako ekonomiści] próbujemy zrozumieć i wyjaśnić świat, zawsze z jakiejś partykularnej perspektywy”.

De Helling: Czy Marks wrócił?

Angela Wigger: Zawsze tu z nami był. Tyle że ci, którzy identyfikują się z tradycją marksistowską, byli przez długi czas marginalizowani. Teraz dostrzegamy ich, ponieważ Marks znowu budzi zainteresowanie. Jesteśmy w siódmym roku kryzysu. Analizy zarówno naukowców, jak i dziennikarzy często okazują się nietrafne. Na ogół nie podejmuje się pytań o Kapitalizm przez duże „k”.

DH: Czy nie ma to związku z upadkiem realnego socjalizmu w Europie?

AW: Musimy zdawać sobie sprawę, że te socjalistyczne i komunistyczne eksperymenty nie miały nic wspólnego z Marksem. Mieszanie tego ze sobą jest moim zdaniem niebezpieczne. Marks upierał się, że sam nie jest marksistą. Osobiście też niekoniecznie bym siebie tak określiła. Nie ma czegoś takiego jak „marksizm po prostu”. Każdy, kto inspiruje się pracami Marksa, ma swoje własne spojrzenie.

Sama określiłabym się raczej jako „materialistka historyczna”. Idea jest bardzo prosta: aby przetrwać, ludzkość musi produkować. Sposób, w jaki to robimy, wpływa na równowagę władzy w społeczeństwie. Współcześnie obserwujemy, jak przemiany gospodarcze w procesach produkcji prowadzą do przesunięć w globalnym układzie sił. Próbuję analizować i rozumieć te procesy w perspektywie historycznej.

Marks oferuje ważne wskazówki, które czasem wymagają przekładu na współczesne realia. W tym celu posługuję się krytycznym realizmem, który odnosi się do dialektycznego procesu obejmującego cztery wymiary: istniejące struktury, sposób w jaki my sami możemy je zmieniać, znaczące idee odgrywające w nich określoną rolę oraz materialny wymiar owych idei. Marks pisał: „Ludzie sami tworzą swoją historię, ale nie tworzą jej dowolnie”. Rodzimy się w świecie, którego nie wybraliśmy, lecz jako ludzie możemy organizować się, by go zmieniać. Z marksistowskiego punktu widzenia zawsze winniśmy pamiętać, że idee są związane z ludźmi, którzy odgrywają określone role w procesie produkcji. Rozważając jakąś polityczną decyzję, musimy więc zawsze pytać: cui bono? – komu to służy? Materializm historyczny oferuje dalekosiężny i holistyczny sposób myślenia.

DH: W jakim stadium kapitalizmu znajdujemy się obecnie?

AW: Kapitalizm wkroczył w okres, gdy wartość dodana tworzona jest poprzez szybką cyrkulację kapitału finansowego. Nie ma to już nic wspólnego z produkcją. Amerykański teoretyk David Harvey znakomicie zinterpretował obecny kryzys, mówiąc: „Kiedy akumulacja długu i akumulacja kapitału za bardzo się od siebie oddalą, powstaje kryzys”. Jednak w odróżnieniu od niektórych post-keynesistów nie uważam, aby to sektor finansowy był przyczyną kryzysu, nie sądzę też, by rozwiązaniem była naprawa rynków finansowych.

Rzeczywista przyczyna kryzysu to zjawisko „nadmiernej akumulacji”. W kapitalizm wpisane jest to, że wytwarzamy więcej, niż jesteśmy w stanie skonsumować. Jeśli kapitalista przestaje akumulować kapitał i tworzyć wartość dodaną, zostaje w tyle i przegrywa konkurencję z innymi. Jednak w pewnym momencie rynki stają się nasycone. Powstaje wówczas potrzeba znalezienia ujścia, dzięki któremu akumulacja kapitału znów się rozkręci. Nadmierna akumulacja polega na tym, że nie ma ujść dla rentownego inwestowania nadmiaru kapitału w realnej produkcji.

DH: Czyżbyśmy właśnie osiągnęli ten punkt?

AW: Tak, choć wciąż znajdują się nowe ujścia i nie jest jasne, jak długo to się może jeszcze kręcić. Klasycznym ujściem jest podbijanie nowych rynków w drodze ekspansji terytorialnej. Ale możliwa jest również inna droga – „pogłębianie” kapitalistycznej logiki. W obręb procesu kapitalistycznego wciąga się obszary, które dotąd pozostawały poza rynkiem. Marks określał to jako utowarowienie: przekształcanie relacji społecznych w towary o przypisanej cenie. Pomyślcie o Hinduskach, wynajmujących swoje macice bezpłodnym kobietom. Albo edukacji, opiece nad starszymi czy naturze, utowarowianej przez system handlu emisjami CO2. Tym sposobem kapitalizm tworzy nowe możliwości akumulacji.

Trzecim rodzajem ujścia są fuzje i przejęcia. Zamiast inwestować nadmiar kapitału w nową produkcję, wykupuje się produkcję istniejącą. Tuż przed uderzeniem kryzysu w 2008 r. na rynkach obserwowało się największe fuzje – i największą liczbę fuzji – w historii. Co trzecia z tych fuzji inicjowana była przez podmioty niepublicznego rynku kapitałowego, fundusze hedgingowe i innych uczestników rynku finansowego niezwiązanych w realną produkcją.

Ilekroć tworzy się kredyt, powstaje roszczenie do przyszłej pracy. Kapitał finansowy nie ma granic. Roszczenia do przyszłej pracy możemy przecież wysuwać bez końca. To zaś tworzy dla kapitalizmu przestrzeń wzrostu. Marks wciąż pomaga nam zrozumieć te procesy finansjalizacji. Pisał wszak o funkcjach kredytu i doskonale rozumiał, jak może on się wymknąć spod kontroli: „Są nawet takie fazy w życiu ekonomicznym narodów nowoczesnych, kiedy wszystkich ogarnia jakiś szał ubiegania się za zyskiem bez produkowania. Ten obłęd spekulacji, powracający okresowo, odsłania prawdziwy charakter konkurencji, która stara się uniknąć konieczności współzawodnictwa przemysłowego” („Nędza filozofii”, 1847).

Obok ekspansji, pogłębiania i finansjalizacji kapitalizm dysponuje jeszcze czwartym ujściem: destrukcją kapitału. Kiedy kapitał zostaje zniszczony, proces akumulacji może zacząć się od początku. Sposobem na to są bankructwa, niszczenie dóbr, albo wyeksploatowanie robotników, aby następnie zatrudnić następnych, na jeszcze gorszych warunkach. Inną dobrze znaną metodą destrukcji kapitału jest oczywiście wojna.

DH: Do czego to wszystko prowadzi?

AW: Marks mówi, że kapitalizm zawiera zalążki własnej destrukcji. Co oznacza, że ma swój kres. Czy tak jest naprawdę, pozostaje dla mnie kwestią otwartą. Przyszłość nie jest przesądzona.

Oczywiście niemożliwy jest niekończący się wzrost. Marks podkreślał, że kapitalizm jest wewnętrznie sprzeczny, gdyż zakłada nieustanny, liniowy wzrost. Który jest niemożliwy po prostu z powodu ograniczeń naturalnych. Podobnie jak robotników nie można wyzyskiwać bez ograniczeń, mimo że można pójść w tym kierunku bardzo daleko, bo zawsze znajdą się tacy, którzy zrobią to samo na gorszych warunkach. Nie mamy jednak pojęcia, jakie nowe struktury akumulacji mogą pojawić się w przyszłości w efekcie zmian technologicznych. Czy nowe technologie będą zorganizowane według dobrze znanych wzorów kapitalizmu, czy raczej będą posługiwać się wpółdzieloną, swobodnie dostępną wiedzą i wspólnym, publicznym dobrem? Krótko mówiąc: kooperacja czy konkurencja?

DH: To nas prowadzi do pytania, czy Marks może być dla nas inspirujący, gdy mowa o współczesnych ruchach antykapitalistycznych. Od kogo bądź od czego możemy oczekiwać zmiany?

AW: Bez wątpienia możemy się uczyć od Marksa, a także od Gramsciego – marksisty, który powiedział, że zmiana nie jest dziełem jednej, możliwej do wyodrębnienia klasy. To proces, który trzeba uruchomić, i który wymaga określonych sojuszy. Tak że trudno powiedzieć, kto dokładnie będzie źródłem zmiany. Jesteśmy skazani na „caminando preguntando”, jak to mówią zapatyści, czyli formułowanie pytań w marszu.

Musimy rozróżniać między protestami ulicznymi takich grup jak Occupy z jednej strony, a z drugiej – opozycją tworzoną przez ludzi, którzy faktycznie próbują wprowadzić odmienne formy produkcji czy relacji władzy. Wierzę, że ten drugi rodzaj oporu ma olbrzymią wagę. Spójrzcie np. na ruchy dłużników w Hiszpanii czy Włoszech. Rzucają one wyzwanie i długowi na poziomie mikro, i długowi narodowemu. Dług jest tak naprawdę kluczem do tego rodzaju ruchów. Nie chodzi to o pożyczki konsumpcyjne, na kupno nowego auta, lecz o zdrowie, edukację, mieszkanie. Te podstawowe potrzeby są w ogromnym stopniu oparte na długu. To jest na dłuższą metę nie do utrzymania.

Zwłaszcza w Europie Południowej widzimy pojawianie się nowych form produkcji, takich jak kooperatywy i inne niehierarchicznie zorganizowane sposoby produkcji. Kluczowe jest dla nie uczestnictwo i demokratyczne podejmowanie decyzji o tym, w co zainwestuje się zyski. Musimy jednak pamiętać, że nawet gdy wszyscy pracownicy są włączeni w decyzje o reinwestycji nadmiaru kapitału, to kapitał wciąż pozostaje kapitałem. Demokratyzacja kapitalizmu dotychczas nie przyniosła kresu kapitalizmu. Na dodatek takie inicjatywy często prowadzą do samowyzysku, gdyż jeśli generujesz mniejszy zysk, ale jesteś nastawiony na akumulację kapitału, to wówczas mniej zarabiasz. Niemożliwe jest wymknięcie się z sideł kapitalizmu. W tym sensie nie wierzę tak naprawdę w rewolucje.

DH: Czy lewicowe partie mogą odegrać jakąś rolę w zmianie społecznej?

AW: Wierzę, że tak, ale związki z ruchami społecznymi i związkami zawodowymi są tu również bardzo ważne. Potrzebujemy więcej sojuszy między ruchami politycznymi a ruchami społecznymi. Niestety, wiele partii politycznych jest zbyt umiarkowanych i skupionych na sobie. Muszą stać się bardziej radykalne.

DH: Powinny czytać Marksa?

AW: To trudny autor. Lepiej jednak czytać Marksa niż Piketty’ego, którego „Kapitał w XXI wieku” jest głównie zbiorem danych empirycznych. Piketty zakłada, że kapitalizm można poskromić. Marksiści są tu bardziej pomocni. Tak czy owak, każdy badacz polityki powinien czytać Marksa, gdyż jego dzieło ma fundamentalne znaczenie dla rozumienia polityki. Tylko nie powinniśmy odkurzać dogmatycznych odczytać rodem z lat 70. Powinniśmy respektować motto samego Marksa: „de omnia dubitandum est”, o wszystkim należy wątpić. Musimy zachować krytyczną i badawczą postawę wobec świata.

Artykuł Angela Wigger: Marx is essential in order to understand the world ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim).

Zielona eurodeputowana Terry Reintke w rozmowie z Bartłomiejem Kozkiem mówi o tym, w jaką stronę powinna pójść polityka Unii Europejskiej. (więcej…)

Pod koniec stycznia Europejski Bank Centralny (EBC) ogłosił szeroko zakrojony program luzowania ilościowego (QE). Zakres programu będzie większy niż oczekiwano. Za świeżo wykreowany pieniądz EBC będzie kupować obligacje rządowe krajów strefy euro na kwotę 60 mld euro miesięcznie. Łączna wartość programu, mającego trwać przynajmniej do września 2016 r., wyniesie 1,1 bln euro, przy czym prezes EBC Mario Draghi zapowiada, że zostanie on przedłużony, jeśli inflacja w strefie euro nie wróci do zakładanego przez Bank poziomu 2%.

Działania EBC przypominają bardzo podobne programy, realizowane w ostatnich sześciu latach przez amerykańską Rezerwę Federalną, Bank Japonii i Bank Anglii. W Wielkiej Brytanii w ramach luzowania ilościowego Bank Anglii wykupił od swojego rozpoczęcia w 2009 r. aż 365 mld funtów rządowego długu. Zwolennicy tego rozwiązania twierdzą, że luzowanie ilościowe pomogło wydostać systemy bankowe ze skraju załamania, pobudzając udzielanie kredytów w objętych tymi programami gospodarkach. Dziś mogą przywoływać pozornie zdrowy wzrost gospodarczy w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii na poparcie tej metody.

Groźba deflacji

EBC zdecydował się na luzowanie ilościowe, aby zapobiec wiszącej nad strefą euro groźbie deflacji. Deflacja – uporczywie spadające ceny – oznacza dla gospodarki pieniężnej katastrofę:

  • Pogłębia zastój w wydatkach gospodarstw domowych: ludzie powściągliwiej wydają pieniądze – „Po co kupować dziś, skoro jutro będzie taniej?”.
  • Firmy odpuszczają sobie inwestycje: wiedzą, że cokolwiek dzięki dzisiejszej inwestycji w przyszłości wyprodukują, będzie sprzedane po niższej cenie. Po co inwestować dziś, skoro jutrzejsze zyski będą skromniejsze?
  • Spadające ceny powodują efekt drugiej rundy: wraz z cenami spada również popyt, zaś firmy szukają sposobów na ograniczenie własnych wydatków. Zmniejszają koszty ogólne, na przykład płace. W efekcie spadają dochody dostawców i pracowników. Firmy muszą jednak wciąż spłacać długi, a gdy spadają przychody, na ich spłatę idzie proporcjonalnie większa część pieniędzy w ich dyspozycji. To z kolei oznacza niższe wydatki w realnej gospodarce, co pogłębia zastój. Im większe zadłużenie, tym gorszy upadek. A w Europie jest dziś mnóstwo długów.
  • W dzisiejszych czasach deflacja jest rzadkim zjawiskiem. Na większą skalę doświadczyła jej Japonia od lat 90., natomiast w Europie długotrwałe okresy spadku cen nie zdarzały się od lat 30. XX w. Mając na uwadze ten złowrogi punkt odniesienia, gdy stopa inflacji zasadniczej w strefie euro spadła do -0,2%, Europejski Bank Centralny poczuł się zmuszony do działania.

    Dlaczego luzowanie ilościowe?

    Zaplecze teoretyczne stojące za luzowaniem ilościowym bywa rozmaite. Obecnie w ekonomii głównego nurtu nie ma zgody odnośnie do tego, jak działa luzowanie ilościowe czy jaka jest jego rzeczywista skuteczność. Początkowo sądzono, że kiedy bank centralny wpompuje w prywatny system bankowy odpowiedni ładunek świeżo wykreowanego pieniądza wysokiej jakości, banki poczują się pewniej i zaczną chętniej pożyczać pieniądze. Czując się pewniej, udzielą więcej pożyczek, zaś ten strumień kredytu pozwoli gospodarce się ożywić. Nie jest to do końca to samo, co drukowanie pieniędzy, bo chociaż banki centralne wykorzystują swą władzę kreowania nowej gotówki do zakupu obligacji, zarazem nabywają za nią rzeczywiste aktywa – a przynajmniej tak się utrzymuje.

    Jeszcze kilka lat temu uważano, że na tym polega najważniejszy efekt luzowania ilościowego. Jednak w ostatnich latach okazało się, że ów wpływ luzowania ilościowego na realną gospodarkę przez zwiększenie dostępności kredytu wcale nie jest głównym skutkiem tego procesu. W ten czy inny sposób luzowanie ilościowe powinno powstrzymywać dalsze spadki cen. Można by się spodziewać, że spory strumień pieniędzy, wraz z obietnicą dalszego kreowania pieniądza aż do osiągnięcia założonego poziomu inflacji, powinno prowadzić do wzrostu oczekiwań inflacyjnych, a tym samym (z czasem) do jej faktycznego wzrostu. To zaś powinno dopomóc w podtrzymaniu ogólnego ożywienia, co zdaniem co większych optymistów właśnie zaczynałoby się dziać w strefie euro – gdyby nie widmo deflacji.

    Jednak niepewność co do działania luzowania ilościowego każe podejrzewać, że program EBC może nie wystarczyć do przełamania kryzysu w strefie euro. Dlaczego?

    Problem z mechanizmem transmisji

    Jak wspomniałem, „mechanizm transmisji”, czyli związek między wykupem obligacji przez bank centralny a resztą gospodarki, nie jest do końca jasny. W przypadku Stanów Zjednoczonych najbardziej oczywistym skutkiem luzowania ilościowego był jego wpływ na ceny akcji. Firmy napychają się tanimi pożyczkami – w ciągu minionego roku pożyczyły w sumie bilion dolarów. Ale nie wydają tych pieniędzy na inwestycje. Inwestycje firm w Stanach Zjednoczonych zbliżają się do rekordowo niskiego poziomu.

    Na co więc idą te środki? Wygląda na to, że firmy biorą pożyczki, aby skupować własne akcje. Wykup własnych akcji przez firmy osiągnął w ubiegłym roku rekordowy poziom: tylko do października wydano na ten cel 555 mld dol. Jest to korzystne dla:

  • Akcjonariuszy – pamiętając, że 1% najbogatszych udziałowców posiada 35% wszystkich akcji w USA, podczas gdy dolne 90% posiada ich tylko 19%.
  • Banków inwestycyjnych, które zajmują się skupem – gdyż biorą od tego swoją działkę.
  • Dyrektorzy firm – gdyż wielu z nich ma dodatki motywacyjne powiązane z ceną akcji zarządzanej firmy.
  • Natomiast korzyści dla gospodarki jako takiej są już nieco mniej wyraźne. A ponieważ w USA firmy biorą pożyczki dwa razy szybciej niż rośnie ich sprzedaż, nie jest prawdopodobne, by było to na dłuższą metę do utrzymania.

    W Wielkiej Brytanii obserwujemy inny mechanizm transmisji. Impet luzowania ilościowego poszedł tu w rosnące ceny aktywów, w tym nieruchomości, raczej niż we wzrost inwestycji czy wydatki firm. Dane Banku Anglii pokazują wzrost cen aktywów, a ponieważ podobnie jak w Stanach Zjednoczonych własność aktywów jest skoncentrowana, to sprowadza się to do pompowania bogactwa tych, co i tak są bogaci. Według szacunków Banku Anglii 5% brytyjskich gospodarstw domowych posiada 40% aktywów, na które luzowanie ilościowe podziałało najsilniej – w efekcie ceny posiadłości w centrum Londynu poszybowały od 2009 r. w górę, podczas gdy płace realne nie przestały spadać.

    W przypadku strefy euro mechanizm transmisji jest jeszcze bardziej zagmatwany. Chociaż wszystkie kraje należące do strefy euro posługują się tą samą walutą, kryzys pokazał, że różne gospodarki z różnymi instytucjami finansowymi stają w obliczu odmiennych problemów. Nawet tak prosty wskaźnik jak stopa inflacji kształtuje się bardzo rozmaicie. Podczas gdy w Portugalii ceny spadły o 0,4%, w Hiszpanii o 1,1%, zaś w Grecji o 2,6%, to już Niemcy doświadczyły w ostatnim roku wzrostu cen o 0,2%, a Holandia o 0,7%. Nic nie wskazuje na to, by polityka monetarna oparta na założeniu „jeden rozmiar dla wszystkich” może w ogóle działać.

    Do zakładanych skutków luzowania ilościowego należy utrzymanie długoterminowych stóp procentowych na niskim poziomie. Skupując na wielką skalę obligacje rządowe, bank centralny powoduje wzrost ich ceny. A ponieważ oprocentowanie obligacji jest odwrotnie proporcjonalne do ich ceny, koszty uzyskiwania pożyczek powinny spadać. Jednak dla większości członków strefy euro koszty kredytu są już bardzo niskie. Pole manewru do ich dalszego obniżania jest już bardzo wąskie.

    Obawa przed porażką w dzieleniu ryzyka

    Strefa euro składa się z wielu odmiennych gospodarek i ryzyko kredytowe jest w nich zróżnicowane – dlatego stopy procentowe mogą się tak różnić. Np. pożyczanie pieniędzy rządowi Niemiec jest uważane za mniej ryzykowne niż pożyczanie rządowi Grecji. Rolą unii walutowej jest maskowanie tych dysproporcji, w tym sensie że wszyscy używają tej samej waluty kontrolowanej przez ten sam bank centralny.

    Jednak Europejski Bank Centralny nie opiera się na jednym państwie, jest podtrzymywany wspólnie przez wszystkie państwa strefy euro. EBC mógłby przyjąć na siebie większe ryzyko, np. skupując ryzykowne obligacje rządowe krajów takich jak Grecja. Jednak ciężar owego dodatkowego ryzyka nie będzie rozkładał się równo w całej strefie euro, lecz spocznie na jej najsilniejszych członkach, w praktyce głównie na Niemcach. Rząd Niemiec sprzeciwia się przyjmowaniu ryzyka załamania w innej części strefy euro.

    Aby luzowanie ilościowe zadziałało, EBC musiałby podjąć dodatkowe ryzyko, skupując obligacje państw członkowskich strefy euro. Ostatecznie propozycja Banku zbudowana jest na kompromisie, który nosi w sobie zarodki rozkładu strefy euro.

    Uzgodniono więc, że większa część ryzyka skupu aktywów w ramach tego programu ulokowana będzie w bankach centralnych państw członkowskich. Pozostając w ramach strefy euro, będą funkcjonować jako filia EBC dla danego kraju. Tak więc 80% skupowanych obligacji zaksięgowanych będzie w bilansie narodowych banków centralnych, podczas gdy zaledwie 20% będzie włączonych w „dzielenie się ryzykiem” w ramach EBC.

    Co to oznacza dla euro

    Wygląda to na pierwszy rzut oka dość niewinnie. Jednak istotą euro jest to, że jest to jedna waluta, podporządkowana jednolitej polityce pieniężnej i z ryzykiem rozłożonym na całą strefę. W złotych latach unii walutowej to jednolite zarządzanie i wspólne dzielenie się ryzykiem wydawały się działać. Różnice w stopach procentowych między takimi Niemcami a Grecją były minimalne, zaś nabywcy obligacji wierzyli, że ryzyko rozłoży się równomiernie, a Europejski Bank Centralny nigdy nie pozwoli krajowi członkowskiemu na bankructwo lub opuszczenie unii walutowej. To założenie prysło w październiku 2009 r., wraz z wybuchem kryzysu w Grecji. Od tej pory stopy procentowe w obrębie strefy euro zaczęły być znacząco zróżnicowane.

    Szczególne ryzyko wpisane w tę wersję luzowania ilościowego wynika z zasadniczej różnicy między EBC a bankami centralnymi państw strefy euro. EBC może emitować własną walutę i dlatego nie grozi mu niewypłacalność. Ale narodowe banki centralne nie mają takiej władzy. Podobnie jak zwyczajne banki prywatne zależą od wsparcia ze strony banku centralnego. Teoretycznie jest więc możliwe, że załamią się i będą potrzebować ratowania z publicznych funduszy. Trzymanie przez banki centralne państw strefy euro obligacji własnego rządu wiąże się zatem z ryzykiem, zwłaszcza wtedy, gdy sam ten dług jest ryzykowny – jak np. w Grecji.

    Program luzowania ilościowego ogłoszony przez EBC w istocie instytucjonalizuje fakt, że unia walutowa składa się z odrębnych gospodarek narodowych bez odpowiednich mechanizmów współdzielenia ryzyka. EBC przyznaje tym samym, że jednolita waluta nie funkcjonuje jako skuteczny mechanizm przenoszenia ryzyka, gdyż ryzyka nie są już w pełni przenoszone. Zarazem ci członkowie strefy euro, którzy najbardziej potrzebują luzowania ilościowego – kraje z południa Europy – w najmniejszym stopniu skorzystają z tego programu.

    Funkcjonowanie euro jako jednolitej waluty zostało nadwerężone, zaś zwolennicy opuszczenia strefy zyskali nowe argumenty. Kryzys w strefie euro jest od samego początku jedną wielką próbą udawania, że nie ma żadnego kryzysu – i że fundamentalny problem powstający, gdy 19 różnych krajów próbuje używać jednej waluty został naprawdę rozwiązany. Jeśli jednak ktoś chciałby przyspieszyć rozpad strefy euro, to ogłoszony pod koniec stycznia pakiet luzowania ilościowego jest dobrym krokiem. Złożone przez Draghiego w 2012 r. zapewnienie, że zrobi „cokolwiek będzie konieczne”, by uratować euro – obietnica, która wówczas uspokoiła szalejące rynki – dziś wydaje się pustosłowiem. Draghi zrobi 20% tego, co będzie konieczne.

    Jak to się wszystko skończy?

    Wyobraźmy sobie, że pakiet luzowania ilościowego zadziałał. Unia walutowa została utrzymana. Widmo deflacji pierzchło. Zaś sygnały ożywienia, na które niektórzy wskazywali, okazały się obiecujące. W ciągu kilku lat wracamy do szczęśliwych lat sprzed 2008 r. Nadchodzi pora, by zakończyć program luzowania i sprzedać obligacje z powrotem na rynek, zgodnie z zapowiedzią. Zakłada się, że to konieczne, gdyż w przeciwnym wypadku całe to luzowanie ilościowe nie byłoby tak naprawdę niczym więcej niż dodrukowaniem pieniędzy w celu obniżenia wartości długu. Całe skomplikowane przedsięwzięcie okazałoby się lipą. Tak więc luzowanie ilościowe trzeba w końcu cofnąć.

    Jednak wyprzedaż obligacji spowoduje spadek ich cen, a tym samym zwyżkę stóp procentowych. Według szacunków koszt zamknięcia ostatniego programu luzowania ilościowego przez Rezerwę Federalną przekroczył 500 mld dol. W minionym roku przekonaliśmy się, że nawet groźba osłabienia aktualnego programu luzowania w Stanach Zjednoczonych spowodowała panikę rynkową, zwłaszcza w krajach o średnich dochodach. Nikt nie wie, jak z powodzeniem wycofać się z programu luzowania ilościowego, ponieważ nikt dotąd jeszcze tego nie robił.

    Na dodatek zawisła nad tym wszystkim perspektywa przerzucania kosztów na innych w wyścigu dewaluacji. W każdej gospodarce, gdzie zastosowano luzowanie ilościowe, kurs waluty spadł w stosunku do innych. Euro nie jest wyjątkiem: jego kurs spadł do najniższego poziomu od lat dzień po tym, jak EBC ogłosił swoje plany. (Przyczyna tego jest prosta: więcej euro w obiegu oznacza, że ich wartość względem innych walut spada).

    To dobra wiadomość dla eksporterów ze strefy euro, gdyż tańszy eksport napędza popyt. Jednak wszyscy pozostali będą musieli zmierzyć się z ostrzejszą konkurencją. Może ich korcić, by również zakosztować konkurencyjnej dewaluacji – i w efekcie wszyscy będą się ścigać o to, by produkowane przez nich dobra były coraz tańsze. Grozi nam (a może już się rozpoczął) desperacki wyścig na dno, co przypomina sytuację w latach 30., po załamaniu standardu złota.

    Możliwe rozwiązanie

    Rozwiązaniem może być to, co przed wyborami 25 stycznia proponowała Syriza: pogodzić się z tym, co nieuchronne, i anulować długi. Warto powiązać to z tym, co New Economics Foundation określa „strategicznym luzowaniem ilościowym”, i do czego wzywał Janis Warufakis, jeden z wiodących ekonomistów Syrizy: zamiast używać pieniędzy z luzowania ilościowego do skupu obligacji rządowych, lepiej wpompować gotówkę bezpośrednio w obieg realnej gospodarki.

    EBC mógłby na przykład skupować obligacje Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI), który z kolei mógłby bezpośrednio inwestować w infrastrukturę, nakręcając popyt i tworząc dziesiątki tysięcy miejsc pracy – prawdziwy Nowy Ład dla Europy. EBC nie zdecyduje się na taki krok bez nadzwyczajnej presji. Aby dojść do obecnego programu trzeba było sporo czasu z powodu opozycji rządu Niemiec. Strategiczne luzowanie ilościowe zakładałoby rozmycie ścisłej granicy między polityką pieniężną i fiskalną, na co stanowczo nie ma dziś entuzjazmu.

    Bardziej prawdopodobna pozostaje redukcja długów. Uderzyłaby ona w banki, a także w europejskie instytucje obciążone dziś greckim długiem. Jednak ceną za nieskończone udawanie, że taki dług można utrzymać, a strefa euro może dalej funkcjonować jak dotąd, wydaje się dziś być trwała stagnacja.

    Artykuł The ECB’s quantitative easing programme ukazał się na stronie New Economics Foundation (Fundacji Nowej Ekonomii).

    Leki generyczne – legalne, identycznie działające i bezpieczne kopie leków patentowanych – odgrywają kluczową rolę w globalnej ochronie zdrowia, zapewniając dostęp do leczenia osobom, dla których markowe leki pozostają zbyt drogie.

    Udział generyków w sprzedaży leków w Unii Europejskiej wzrósł z 50% w roku 2009 do 54% obecnie, przyczyniając się do tego, że systemy ochrony zdrowia zaoszczędziły łącznie niemal 28 mld funtów (prawie 160 mld zł – przyp. red. pol.). W krajach słabiej rozwiniętych ich niska cena czyni je niezbędnym elementem wysokiej jakości opieki zdrowotnej. Opublikowana przez Światową Organizację Handlu w 2001 r. Deklaracja z Doha w sprawie porozumienia TRIPS i zdrowia publicznego (TRIPS – Porozumienie w sprawie Handlowych Aspektów Praw Własności Intelektualnej, zawarte w 1994 r., przyp. red. pol.) podkreśla potrzebę elastyczności wobec państw rozwijających się, która umożliwiłaby im omijanie ochrony patentowej na potrzeby zagwarantowania dostępu do leków ratujących życie. Deklaracja ta jasno podkreśliła znaczenie leków generycznych w walce z takimi zagrożeniami, jak epidemia HIV/AIDS w Indiach czy Afryce.

    W ostatniej dekadzie rosnąca konkurencja ze strony generyków doprowadziła do zbicia ceny leków antyretrowirusowych przeciwko HIV z poziomu 6 tys. funtów (34 tys. zł) na osobę rocznie do 63 funtów (360 zł) – był to fakt kluczowy dla ich dostępności dla osób mieszkających w krajach rozwijających się.

    Leki generyczne stanowią jak widać niezwykle ważne narzędzie do zwiększania dostępności do ważnych lekarstw, a ich znaczenie w najbliższych latach będzie rosło.

    Szacuje się, że między rokiem 2011 a 2015 przeszło pięćdziesiąt opatentowanych leków straci swoją ochronę, co oznaczać będzie straty dla produkujących je koncernów rzędu 120 mld dol. (445 mld zł. Porozumienie TTIP zdaje się być ukierunkowane na to, by zapobiec tym stratom przemysłu farmaceutycznego, proponując szereg niepokojących rozwiązań:

  • Zezwolenie przedsiębiorstwom na wydłużanie ich monopoli o czas, jaki wymagany jest na zdobycie zezwoleń ze strony różnych agencji regulujących rynek. Wspomnianą praktykę określa się mianem wydłużania okresu patentowego.
  • Ograniczenie dostępności danych z badań klinicznych (tzw. wyłączność na dane), która dla produkcji leków generycznych jest kluczowa. Pomysł ten idzie w przeciwnym kierunku niż apele Europejskiej Agencji Medycznej, domagającej się szerszej dostępności do wyników badań.
  • Niemające precedensu poszerzanie praw inwestorów do skarżenia rządów przed nieprzejrzyście działającymi trybunałami arbitrażowymi za działania mogące przynieść uszczerbek ich potencjalnym zyskom. Klauzula ta, znana jako ISDS, jest wykorzystywany m.in. przez farmaceutycznego giganta Eli Lilly, który zaskarżył kanadyjski rząd na pół miliarda dolarów (ponad 1,85 mld zł). Ratyfikacja TTIP mogłaby narazić państwa Unii Europejskiej na podobne ryzyko.
  • Próba stworzenia globalnego standardu praw patentowych, który mógłby rozwodnić unijne standardy, wymagające od wynalazku, by był on „nowy” i „posiadał poziom wynalazczy” by mógł on być opatentowany (art. 52 Konwencji o udzielaniu patentów europejskich). W wypadku TTIP wymogiem byłaby jedynie „nowość” oraz „nieoczywistość” (US Code, artykuł 35, ustępy 102 i 103). Kluczową różnicą byłaby rezygnacja z „poziomu wynalazczego”, zapisanego dziś w europejskim prawodawstwie. Umożliwiłoby to firmom farmaceutycznym ponowne patentowanie leków, poddanych jedynie niewielkim modyfikacjom czynnika aktywnego (proces który można określić mianem „ponownego zazieleniania” albo „unieśmiertelniania” – ever-greening).
  • Generyki już dziś odgrywają istotną rolę w obniżaniu kosztów leczenia w krajach rozwiniętych, a co ważniejsze – ratują życie w państwach rozwijających się. Przejście porozumienia TTIP może skutkować utratą postępów, jakie osiągnęliśmy w zapewnianiu, że ochrona zdrowia i jej jakość nie zależy od poziomu zamożności jednostki. Jasno zatem mówimy: STOP TTIP!

    Tekst pochodzi z publikacji przygotowanej za zlecenie europosłanki Jean Lambert What’s wrong with TTIP. Przeł. Bartłomiej Kozek.

    STOP_TTIP_tlo

    Aby zielona wizja polityki energetycznej znalazła szeroki oddźwięk, należy odpowiedzieć na pytania, jak będą finansowane konieczne zmiany i jakie korzyści przyniosą osobom w trudnej sytuacji ekonomicznej. Pozytywnym przykładem może być „Fényhozók” – projekt adresowany do mniejszości romskiej na Węgrzech.

    Ubóstwo energetyczne: wszechobecny problem

    Polityka energetyczna w Europie bardzo się w ostatnich dekadach zmieniła, ale obecnie stoi w obliczu nowych i licznych wyzwań. Mimo że decyzje polityczne w kwestii energii w różnych państwach członkowskich mogą się różnić, mamy trzy wyraźne i wspólne cele: ograniczenie wpływu produkcji, transportu i zużycia energii na klimat i środowisko; zapewnienie niezawodnych i nieprzerwanych dostaw energii; sprawienie, że energia będzie dostępna cenowo dla każdego obywatela, a ubóstwo energetyczne będzie spadało.

    Pierwsze dwa cele są przedmiotem szerokiej dyskusji. Tu zajmę się więc kwestią dostępnością cenową energii i ogólnie – społecznymi aspektami polityki energetycznej, która ma widoczne powiązania z kwestiami klimatu i bezpieczeństwa energetycznego. Najpierw jednak chciałbym przypomnieć, że:

  • Potrzebujemy znacznej i trwałej redukcji emisji gazów cieplarnianych aby uniknąć przekroczenia ekologicznych i klimatycznych granic wytrzymałości planety. Przejście w stronę niskowęglowej gospodarki skutkowałoby też poważnymi oszczędnościami na kosztach paliw w Unii Europejskiej: według szacunków Komisji Europejskiej możemy oszczędzać 175-320 mld euro rocznie przez następne 40 lat.
  • Musimy odwrócić obecne trendy i zredukować zależność Unii Europejskiej od dostaw energii. Zależność ta wzrosła z poziomu 40% konsumpcji energii brutto w latach 80. do 53,4% w 2012 r. Aby odwrócić ten trend, niezbędna jest ambitna i spójna strategia polityki energetycznej.
  • Tym dwóm wyzwaniom towarzyszy wszechobecny problem ubóstwa energetycznego w wielu regionach Unii – głównie w Europie środkowej i wschodniej oraz państwach regionu Morza Śródziemnego. Sprawienie, by energia i zrównoważone technologie były dostępne dla wszystkich obywateli UE, jest więc paląca kwestią. Dotyczy to również skali globalnej – według szacunków Międzynarodowej Agencji Energetycznej podanych w raporcie World Energy Outlook 1,8 miliarda ludzi pozbawionych jest dostępu do elektryczności i w niektórych regionach, zwłaszcza w Afryce subsaharyjskiej i rozwijających się regionach Azji, ubóstwo energetyczne albo pozostało na niezmienionym poziomie, albo pogłębiło się w miarę tego, jak wzrost populacji przegonił wysiłki poprawy dostępu do energii.

    W samej Europie szacuje się, że ubóstwo energetyczne dotyka 50-125 milionów obywateli, co oznacza, że te gospodarstwa domowe nie mogą ogrzać domu, używać usług energetycznych na odpowiednim poziomie i są zmuszone wydawać ogromną część dochodów na utrzymanie. Wiele gospodarstw domowych nie jest w stanie wydobyć się z ubóstwa energetycznego i nie ma możliwości skorzystania z obecnych programów modernizacji energetycznej (np. izolacja i poprawa efektywności ogrzewania domów) z powodu niekorzystnej sytuacji finansowej.

    Na poziomie europejskim należy skoncentrować wysiłki na zapewnieniu programów dla gospodarstw domowych o niskich dochodach, aby mogły oszczędzać energię i miały dostęp do inwestycji w energię odnawialną. To ostatnie pomogłoby im zróżnicować własne źródła energii i zbudować autonomię energetyczną na poziomie domowym.

    Potrzebujemy programów, które nie wymagają wkładu własnego od defaworyzowanych gospodarstw domowych. Potrzebujemy też niezbyt kosztownych mikroprojektów adresowanych do najbardziej wrażliwych grup.

    Węgry: pozytywna inicjatywa w trudnym kontekście

    W moim kraju, na Węgrzech według ostatnich badań 75%-85% gospodarstw domowych na nie ma żadnych oszczędności; 80% spośród gospodarstw domowych planujących inwestycje związane z energią nie dostanie kredytu bankowego, aby pokryć koszty inwestycji. Według niedawnych raportów Eurostatu w 2013 roku 33,5% obywateli Węgier było zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym, zaś liczba żyjących poniżej granicy ubóstwa wynosiła 1 milion 363 tysięcy osób. Co ważniejsze, na Węgrzech – w wielu wypadkach skutkiem niewłaściwego korzystania z funduszy UE – przepaść między najbogatszymi a najbiedniejszymi jest większa niż kiedykolwiek. Według raportu Fundacji Bertelsmanna „Sprawiedliwość społeczna w UE – porównanie między krajami” wśród 28 krajów UE Węgry zajmują 25. pozycję pod względem spójności społecznej i zapobiegania dyskryminacji.

    Mimo to na Węgrzech można też znaleźć przykłady najlepszych praktyk oparty na podejściu partycypacyjnym. Projekt „Fényhozók” („Niosący światło”) ma na celu zapewnić ubogim romskim rodzinom proste rozwiązania typu „zrób to sam” w dziedzinie energetyki słonecznej.

    W ramach tego programu studenci i absolwenci Fundacji Romaversitas pomagają najuboższym rodzinom żyjącym w gettach w zbudowaniu samofinansujących się społeczności. Cele są namacalne: wyposażenie najuboższych domów w panele solarne, oświetlenie LED i akumulatory; znalezienie najbardziej wydajnych i zrównoważonych technik ogrzewania, jak i szerzenie potrzebnej wiedzy wśród niewykształconych ludzi. Poza tymi konkretnymi celami program skupia się na wzmocnieniu społeczności przez zmniejszenie zależności rodzin od dostawców usług.

    Mając pewien wgląd w użycie funduszy UE na Węgrzech i obecne cele Węgierskiego Programu Operacyjnego Środowiska i Efektywności Energetycznej, mogę zaznaczyć, że zapobieganie ubóstwu energetycznemu nie jest integralną częścią tego programu i istnieje wysokie ryzyko, że unijne fundusze będą przyczyniać się do wzrostu nierówności społecznych. Jak pokazuje wiele dobrych przykładów europejskich, fundusze UE mogą i powinny być kierowane na planowanie, implementację i prowadzenie przez (niezamożne) społeczności lokalne programów efektywności energetycznej. Kluczowe jest zwracanie szczególnej uwagi na tę kwestię przez organy UE, decydentów, a nawet ekspertów pracujących w którymkolwiek z powiązanych obszarów.

    Poszerzanie dostępu do energii

    Polityka energetyczna Unii Europejskiej musi sprostać potrójnemu wyzwaniu. Potrzebna jest przemyślana zmiana nastawiona na połączenie rozwoju zielonej energii ze zmniejszaniem ubóstwa energetycznego.

    Powinniśmy wykorzystać wzmożone zainteresowanie kwestią bezpieczeństwa energetycznego, aby zbudować ambitne ramy da polityki energetycznej, która zapewni odpowiednie bodźce, będzie sprzyjać zmianie zachowań konsumentów energii i zarazem przyniesie korzyści ogółowi społeczeństwa. Upowszechnianiu się bardziej zrównoważonych technologii musi towarzyszyć zmniejszanie dysproporcji w obrębie UE.

    Oszczędność energii, efektywność i odnawialne źródła energii muszą być fundamentalnymi elementami nowej, wspólnej polityki energetycznej UE. Potrzebujemy zdecentralizowanego systemu energetycznego opartego na prosumentach – co wymaga odmiennych rozwiązań, inwestycji i priorytetów infrastrukturalnych w porównaniu z tradycyjną siecią energetyczną.

    Powinniśmy myśleć szerzej niż tylko o rozwoju infrastruktury, systemów i technologii, i celować w zapewnianie lepszych usług i ponad wszystko poprawę najszerzej pojętego dostępu do energii. Projekt „Fényhozók” Fundacji Romaversitas jest dobrym przykładem, jak można połączyć wszystkie wymienione aspekty.

    Artykuł Bringing light: social aspects of the energy agenda ukazał się w „Green European Journal” (Zielonym Magazynie Europejskim). Przeł. Tomasz Szustek.