Konstrukcja symbolu euro

Deflacja: na czym polega problem

James Meadway
5 lutego 2015

Nad strefą euro zawisło widmo deflacji. Dlaczego spadające ceny to niekoniecznie dobra wiadomość?

W miarę tego, jak spadają ceny ropy naftowej, w Europie daje się odczuć osobliwe zjawisko: deflacja. W przeciwieństwie do Japonii, zmagającej się z deflacją od lat 90., w Europie jest to fenomen prawie nieznany. Ostatnio obserwowaliśmy ją w ponurych latach 30. XX wieku. Dziś powróciła: jak pokazują dane opublikowane w grudniu 2014 r., ceny w strefie euro spadają w tempie 0,2% rocznie.

Ktoś mógłby pomyśleć, że to dobra wiadomość. W obliczu stagnacji w płacach i dochodach ludności spadające ceny oznaczają wzrost siły nabywczej. Za każde zarobione euro można dzięki temu kupić odrobinę więcej niż wcześniej. W krótkim okresie spadek cen ropy przekłada się na realną poprawę poziomu życia – a przynajmniej wyznacza jakąś dolną granicę ich obniżaniu.

Gdyby spadek cen polegał jedynie na zmniejszeniu kosztów energii i transportu, to rozumowanie miałoby wiele sensu. Tak było w latach 80., gdy gwałtowny spadek cen ropy sprowokował przejściową obniżkę cen w Niemczech i innych krajach Europy bez jakichś dalszych konsekwencji.

W świecie spadających cen

Jeśli jednak spadek cen miałby się utrzymać i rozszerzać na inne dobra, oznaczać to będzie dwa poważne zmartwienia.

Po pierwsze: jeśli spodziewasz się, że cena nabywanych przez ciebie towarów będzie w przyszłości niższa, czemu nie miałbyś poczekać z ich zakupem? Powszechne oczekiwanie, że ceny będą raczej spadać niż rosnąć, tworzy istotną zachętę do niekupowania. Popyt spada, spada sprzedaż, recesja pogłębia się.

Po drugie mamy do czynienia z bardziej złowieszczym efektem. Spadające ceny powoduję, że producenci zarabiają mniej na sprzedawanych przez siebie towarach, i muszą szukać sposobów na cięcie kosztów. To zaś oznacza zmniejszenie dochodu kogoś innego – albo cen dostawców, albo pensji pracowników. Równolegle do cen spadają też przychody. Ludzie mają do dyspozycji mniej pieniędzy, nawet jeśli każdy funt czy euro w ich portfelu ma teraz nieco większą wagę.

Jeśli jednak przypadkiem mają długi, to owe długi wciąż muszą być spłacane w pieniądzu – czyli właśnie tym, czego wszyscy mają teraz mniej. Realny ciężar długu zaczyna wzrastać. Skoro spadają przychody, to proporcjonalnie większa ich cząstka musi iść na obsługę zadłużenia. Kwota do wydania na dobra i usługi w efekcie jeszcze bardziej się zmniejsza. Gdy pogarsza się recesja, dochody spadają jeszcze bardziej, zwiększając realny ciężar zadłużenia. I tak to się toczy.

Deflacja zwiększa ciężar długu

To jest poważny problem w sytuacji, gdy udział długu w gospodarce jest znaczny. A tak się składa, że jeśli jest dziś czegoś w Europie po dostatkiem, to właśnie długu. Zarówno publicznego, np. w Grecji, jak i prywatnego, np. w Hiszpanii czy Wielkiej Brytanii.

To właśnie groźba deflacji długu skłoniła Europejski Bank Centralny do przyjęcie bardziej niekonwencjonalnych rozwiązań, obejmujących również luzowanie ilościowe (QE). Chodzi o to, by znów wzrosła ilość pieniądza w obiegu w gospodarkach strefy euro, co miałoby uchronić jednolitą walutę przed błędnym kołem deflacji.

Czy luzowanie ilościowe może pomóc?

Nie jest jednak pewne, czy luzowanie ilościowe zadziała, przynajmniej w dłuższym okresie. W Wielkiej Brytanii odniosło pewien skutek, ponieważ 375 mld uwolnionych dzięki niemu funtów zasiliło rynek mieszkaniowy za pośrednictwem hipotek. Bank Anglii posłużył się luzowaniem ilościowym, aby umożliwić dostęp do taniego pieniądza brytyjskim bankom, te zaś z kolei zwiększyły pożyczki hipoteczne (chociaż, co znamienne, nie objęło to drobnych przedsiębiorstw). Mechanizm ten niekoniecznie sprawdzi się w strefie euro, gdzie mieszkalnictwo i rynek hipoteczny mogą działać w odmienny sposób. Np. w Hiszpanii jest blisko 80% mieszkań własnościowych, podczas gdy w Niemczech niewiele ponad połowa.

Jeśli luzowanie ilościowe nie spełni oczekiwań, Europejskiemu Bankowi Centralnemu pozostanie zapewne już tylko jedno – przełamanie spirali deflacji długu od drugiej strony, czyli redukcja długu, jak domaga się grecka partia Syriza. W kręgach elit jest to rozwiązanie, mówić delikatnie, niezbyt popularne, gdyż oznaczałoby straty dla europejskich wierzycieli. W przypadku Grecji jest to Europejski Bank Centralny, w przypadku większości krajów europejskich – ich główne banki, które jak dotąd z powodzeniem przerzucały koszty kryzysu z dala od siebie, na ogół europejskiego społeczeństwa.

Kampania wyborcza w Grecji dotyczyła w wielkiej mierze właśnie tego, czy to się może tak kręcić dalej. W ciągu ostatnich trzech lat Europejski Bank Centralny minimalnie przesunął się w stosunku do swojej niewzruszonej linii z początków kryzysu, kiedy wymagał równocześnie nadzwyczajnych środków oszczędnościowych i restrykcyjnej polityki pieniężnej. Widmo lat 30. może przełamać opory EBC przed podejmowaniem działań zaradczych i stworzyć dla rządu Syrizy przestrzeń manewru. Jednak jeśli nie weźmie się pod uwagę anulowania przynajmniej części zadłużenia, nieuchronnie wkroczymy w drugą, poważniejszą fazę europejskiego kryzysu.

Artykuł Deflation and the eurozone: why falling prices aren’t always good news ukazał się na stronie New Economics Foundation (Fundacji Nowej Ekonomii).

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.