Likwidacja subwencji budżetowych dla partii nie zlikwiduje korupcji politycznej. Wręcz przeciwnie. (więcej…)

Czy południe Polski jest ekologiczną pustynią? A może już dziś widać tu przebłyski nowego myślenia o gospodarce? Bartłomiej Kozek rozmawia z Patrykiem Białasem z Parku Naukowo-Technologicznego Euro-Centrum. (więcej…)

Musimy skupiać się zarówno na kwestiach społecznych, jak i ekologicznych. Chcę wzmacniać tę drugą nogę – deklaruje nowa przewodnicząca Zielonych, Małgorzata Tracz, w rozmowie z Markiem Nowakiem. (więcej…)

Zachwalanie zalet „cywilizacji europejskiej”, kontrastowanej dziś często z innymi, uważanymi za gorsze czy mniej rozwinięte, stało się ważnym elementem narracji populistycznej prawicy. W psuciu jej dobrego samopoczucia może pomóc wydana parę lat temu książka Enzo Traverso.

„Przeprowadziłem niereprezentatywny sondaż wśród swoich 15 znajomych i wszyscy jesteśmy przeciw przyjmowaniu przez Polskę imigrantów. Niech za ludzi z Czarnego Lądu i Syrii odpowiadają te państwa, które je kolonizowały” – mniej więcej taką wypowiedź dzwoniącego do radiowego studia słuchacza usłyszałem niedawno podczas popołudniowego spaceru.

W Europie razem, ale osobno

Z pozoru argument ma pewien sens – tak naprawdę jednak zdaje się uwidaczniać pewne podwójne standardy, jakie lubimy stosować. Z jednej strony oczekujemy europejskiej solidarności, kiedy potrzeba nam funduszy na rozwój kraju. Najlepiej, by nie wpisywały się one w żadną ogólnokontynentalną strategię (np. budowę gospodarki niskowęglowej), chcemy bowiem robić z nimi to, co uznajemy za słuszne. Bo tak – bo zabory, bo wojna, bo komuna…

Rządząca obecnie formacja lubi podkreślać swą „proeuropejskość”, ale zasadniczo ogranicza się to do retoryki. Kiedy europejskim standardem stają się np. związki partnerskie czy ochrona klimatu, nad Wisłą dochodzi do egzotycznych sojuszy, dla których to pierwsze rozwiązanie staje się „sprzeczne z polskimi tradycjami” (podobnie jak i europejska konwencja antyprzemocowa), to drugie zaś ma być wręcz kolejną fazą niemieckiego podboju Europy – tym razem pod płaszczykiem ochrony środowiska.

W wypadku imigracji bywa podobnie. Za empatyczne i postępowe stanowisko zaczyna uchodzić postulat przyjmowania syryjskich rodzin chrześcijańskich – tak jakby przemoc Państwa Islamskiego ograniczała się wyłącznie do tej grupy. Pod drugiej stronie barykady staje cieszący się wedle najnowszego sondażu zaufania do polityków nowa gwiazda polskiego antyestablishmentowego buntu, Paweł Kukiz, dla którego zaproponowane przez Komisję Europejską rozwiązania dotyczące przyjmowania imigrantów mają być kolejnym krokiem do osłabienia narodu polskiego.

Szpetna twarz Starego Kontynentu

Postawy rodzimych elit politycznych wobec tematu migracji (czy szerzej – solidarnej polityki unijnej) chodziły mi z tyłu głowy podczas niedawnej lektury „Europejskich korzeni przemocy nazistowskiej” włosko-francuskiego historyka i politologa Enzo Traversa.

Chodziły, bo autor ów stara się rozprawić z mitem, który zarówno wśród badaczy, jak i w opinii publicznej potrafi trzymać się mocno – mitem o Holocauście jako antytezie europejskości, krwawym wydarzeniu, które zupełnie nie wpisuje się w jej dziedzictwo kulturowe i które łatwo można zrzucić na karb pojedynczej nacji i jej niedostosowania do wspomnianego dziedzictwa.

Zakwestionowanie tego mitu nie oznacza rzecz jasna, że Traverso wierzy w to, że wszyscy jesteśmy na równi winni hekatombie społeczności żydowskiej w czasie II wojny światowej. Zamiast tego pokazuje, jak poszczególne elementy europejskiej kultury – mniej więcej od czasu rewolucji francuskiej – zmieniały postrzeganie świata i umożliwiały późniejszą tragedię.

Niektóre z nich w dzisiejszym odbiorze społecznym odgrywają zupełnie inną rolę niż proponowana przez Traverso. Przywykliśmy na przykład sądzić, że niosąca szybką, w miarę bezbolesną śmierć gilotyna była postępem wobec krwawych i okrutnych praktyk kata. Miała jednak i drugą stronę, którą unaocznił późniejszy rewolucyjny terror – umożliwiała szybkie, mechaniczne zadawanie śmierci. Z rytuału kary stała się ona czymś rutynowym, podobnie jak i zabijanie zwierząt w rzeźniach.

Myśląc o rzeczywistości obozów koncentracyjnych historyk przypomina o tym, że były one wynalazkiem wcześniejszym. Pierwsze z nich pojawiły się w trakcie wojny burskiej, na masową skalę zaczęto je zaś stosować wobec wrogich jeńców w czasie I wojny światowej.

Traverso zastrzega, że nie były one wówczas tak przerażające, przypomina jednak, że stanowiły istotny etap na drodze do znieczulania się na zjawisko odgradzania wroga, wykorzystywania jego pracy oraz do jego nierównego traktowania.

Dla przykładu w trakcie Wielkiej Wojny w obozach internowania dla włoskich jeńców, rozlokowanych na terenie Austro-Węgier, zginąć ich miała jedna szósta – 100 z 600 tysięcy. Powód? Blokada ekonomiczna państw centralnych, skutkująca oszczędzaniem przez nie na wydatkach na utrzymanie godnych warunków na terenie wspomnianych obozów.

Jądro ciemności

Afryka okazała się polem eksperymentów wykraczającym poza obozy koncentracyjne. Kiedy przypominamy sobie hitlerowską koncepcję Lebensraum, która stać miała za eksterminacją m.in. Żydów, Romów i Słowian i skolonizowaniem przez III Rzeszę przestrzeni sięgającej po Ural, słowo „skolonizować” nie pojawia się przypadkiem.

Kiedy od czasu do czasu zdarza się słyszeć o tym, jak to Europejczycy przynosili kolonizowanym krajom kaganek oświaty, warto naprzeciw tej tezie postawić przywoływane przez Traversa liczby, o których rzadko się pamięta. Słyszy się jeszcze czasem o horrorach, jakie zaznało Kongo króla Leopolda, w wyniku których w okresie między rokiem 1880 a 1920 liczba ludności zmniejszyła się z 20 do 10 milionów. Lista takich przypadków jest jednak dłuższa i obciąża wiele europejskich krajów.

Wymieńmy tylko kilka, poruszonych w książce: Wybrzeże Kości Słoniowej (Francja) – spadek liczby ludności z 1,6 mln do 160 tysięcy w ciągu raptem 10 lat (1900-1910). Sudan (kondominium brytyjsko-egipskie) – redukcja z 8-9 do 2-3 milionów w latach 1882-1903. Depopulacja rzędu 90% na Tahiti i w Nowej Kaledonii (Francja). Szereg klęsk głodu, które dziesiątkowały ludność Indii (Wielka Brytania). Masakry dokonywane na rdzennej ludności dzisiejszej Namibii przez niemieckie oddziały kolonialne…

Procesy kolonizacyjne nie zaprzątają nam tak bardzo głowy, działy się bowiem daleko – na metaforycznym „Czarnym Lądzie”. Jeśli jednak sądzimy, że nie mają wpływu na to, jak postrzegamy dzisiejszy świat, to bardzo się mylimy.

Traverso pokazuje, jak sprzężenie języka naukowego i imperializmu służyło tworzeniu nierówności i usprawiedliwianiu zbrodni. Darwinistyczny dobór gatunków przenoszono na grunt stosunków międzyludzkich, dowodząc niższości podbijanych ludów. Wspierający podboje badacze i publicyści dowodzili, że humanitarne uczucia wobec dalekich ludów są bez sensu, bowiem są one niejako „z natury” skazane na wyginięcie.

Do tej już i tak niepokojącej mieszanki wystarczyło zdaniem Traversa dorzucić jeszcze tylko kilka czynników, by w ich wyniku powstała narodowosocjalistyczna mieszanka, która wywróciła Europę do góry nogami. Krwawa łaźnia przemysłowej wojny w okopach zmieniła postrzeganie żołnierza jako rycerskiego bohatera i przeniosła społeczną wyobraźnię w stronę robotnika, biorącego udział w fabrycznym procesie selekcji narodów – tym razem już tych europejskich.

Dawne fobie wobec społeczności żydowskiej, opierające się głównie na różnicy kulturowej, coraz częściej wyrażane były w języku „biologii”. Tworzono całościowe dychotomie, wedle których byli Żydzi źródłem całego zła, wiązanego z narodzinami nowoczesnych społeczeństw przemysłowych. Wiązano ich zarówno z ponadnarodowym kapitałem, jak i bolszewickim zagrożeniem, za które również mieli być odpowiedzialni.

Powidoki

No dobrze, ale czemu wszystko to skojarzyło mi się z dzisiejszymi debatami na temat migracji? Choćby dlatego, że bardzo często dowodzimy, jak to jesteśmy pełnoprawnymi członkami europejskiej rodziny.

Co złego, to nie my – z równym zapałem wypomnimy Szwecji czy Szwajcarii konszachty z III Rzeszą co zaprzeczymy problemowi z antysemityzmem wśród Polaków w czasie II wojny światowej. Pojawienie się tematu Jedwabnego w niedawnych debatach prezydenckich pokazuje, że nadal mamy problemy z uwierzeniem, że w latach 1939-1945 zbiór Polek i Polaków nie pokrywał się w 100% ze zbiorem Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata.

Z wypominaniem kolonializmu miewamy zresztą podobnie. Jeśli już nie twierdzimy, że zachodnie mocarstwa przyniosły Afryce, Azji czy Karaibom li tylko postęp, to z chęcią zapominamy o masowym fenomenie tęsknoty za polskimi koloniami. Do opisu tego zjawiska nie trzeba odwoływać się do tez Jana Sowy o tym, że dla Rzeczpospolitej Obojga Narodów terenem kolonizacji była Ukraina – wystarczy cofnąć się do okresu międzywojennego, kiedy to milion osób należało do zabiegającej o zamorskie posiadłości dla kraju Ligi Morskiej i Kolonialnej.

Jeśli dziś możemy wygłaszać opinie o tym, że nie odpowiadamy za problemy rejonów, z których do Europy ciągną imigranci, to jest to raczej efekt braku przestrzeni do kolonizacji w momencie odzyskania niepodległości, nie zaś fundamentalnego odrzucenia tej idei, kiedy święciła ona swe tryumfy.

Dość wspomnieć (o czym przeczytać możemy w omawianej na łamach „Zielonych Wiadomości” książce „Kraków i Galicja wobec przemian cywilizacyjnych (1866-1914). Studia i szkice”), że w latach 80. XIX wieku polska opinia publiczna z zapartym tchem śledziła wyprawę Stefana Szolca-Rogozińskiego do Kamerunu, która w pewnym momencie nieomal przekształciła się w konflikt kolonialny między Niemcami a Wielką Brytanią, pod protektorat której chciał oddać poznawane przez siebie obszary. Nie ma powodu sądzić, że gdyby istniała wówczas niepodległa Polska, zwracałby się pod opiekę królowej Wiktorii.

Imigranci a sprawa polska

Jeśli więc na serio myślimy o byciu nowoczesnym europejskim społeczeństwem, musimy umieć mierzyć się także z tymi mniej przyjemnymi faktami z życia cywilizacji, której częścią się czujemy. Nie negując jej niewątpliwych osiągnięć, powinniśmy widzieć z pozoru nieoczywiste powiązania między pewnymi elementami postępu a ich niezbyt chwalebnymi skutkami.

Chwaląc się zatem przynależnością do cywilizacji europejskiej nie powinniśmy zapominać o tym, że ma ona również i swoją drugą, bardziej mroczną stronę. Świadomość ta powinna sprawić, że z jednej strony dostrzeżemy tragedię tonących na Morzu Śródziemnym, z drugiej zaś zaproponujemy wobec niej alternatywy bardziej humanitarne niż oddawanie uchodźców w ręce przemytników czy rządów krajów Afryki Północnej, spychających ich do obozów na pustyni.

Alternatywy te nie muszą oznaczać w pełni otwartych granic – na początek możemy przyjąć minimalistyczne założenie, że uciekającym przed wojną należy się pomoc. Kiedy już uznamy je za słuszne, będziemy mogli krok po kroku pokazywać, że Europa może jeszcze być dumna z podejmowanych przez siebie działań. Wystarczy, że zacznie budować trochę lepszy świat. Polska może w tym procesie odgrywać rolę bardziej ambitną niż tylko „wyciskania brukselki”.

Enzo Traverso, Europejskie korzenie przemocy nazistowskiej, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2011, 209 stron.

Uwagę pasażera pociągu na odcinku między Przemyślem a Radymnem zwracają kręcące się na horyzoncie turbiny wiatrowe. Choć nie ma ich szczególnie dużo, to jednak pozwalają poczuć się przez chwilę prawie jak w Niemczech, które przechodzą właśnie transformację energetyczną.

Na zachodzie – nie bez zmian

Zamiast trwać przy węglu czy atomie, zdecydowały się one na stopniowe przechodzenie na energetykę odnawialną, która dziś stanowi już ponad 27% tamtejszego miksu energetycznego. Było to możliwe dzięki wprowadzeniu prostego mechanizmu, nazywanego feed-in tariff – taryfą gwarantowaną. Polega on na gwarantowanej cenie skupu energii ze źródeł odnawialnych (np. wiatru czy słońca), finansowanej z opłaty doliczanej do rachunków za energię.

System taryf gwarantowanych ma na celu z jednej strony stworzenie warunków do rozwoju przyjaznych środowisku form wytwarzania energii poprzez zapewnienie stabilności finansowej oraz przewidywalności inwestycyjnej, z drugiej zaś – przyczynić się do powstania zupełnie nowej gospodarki dzięki finansowaniu upowszechniania się nowych technologii i związanego z tym faktem obniżania się cen produkcji energii ze źródeł odnawialnych.

Choć wspomniany system nie jest idealny, ma on na swym koncie niebagatelne osiągnięcia. W sektorze odnawialnych źródeł energii pracuje w Niemczech już niemal 400 tysięcy osób – przeszło dwukrotnie więcej niż w energetyce konwencjonalnej.

Wyższe opłaty ekologiczne stworzyły tam warunki dla ekologicznej reformy podatkowej, polegającej na zmniejszaniu obciążeń podatkowych pracy na rzecz zwiększaniu opłat za zanieczyszczanie środowiska.

Dziś Niemcy – mimo iż nie słyną z bycia przesadnie słonecznym krajem – posiadają ponad 1/3 całej mocy produkcyjnej energetyki solarnej świata, a przeciętna cena jej zainstalowania na dachu w tym kraju w latach 2006-2012 spadła aż o 66%. Moc niemieckich turbin wiatrowych wzrosła w ciągu 20 lat czterdziestokrotnie – od 50 do 2057 kW w latach 1990-2010.

Polskie drogi

Nic nie stoi na przeszkodzie, by Polska również mogła pójść tą drogą. Nic, poza kolejnymi polskimi rządami, preferującymi trzymanie się węglowego monopolu energetycznego, nawet jeśli oznacza to wzrost importu tego surowca, a także rozwój energetyki jądrowej i wykorzystywania zasobów gazu łupkowego. Skupienie się na tych inwestycjach często kończy się lekceważeniem działań mogących stymulować rozwój energetyki odnawialnej w Polsce.

Tymczasem nawet dość ostrożne prognozy autorstwa Instytutu na rzecz Ekorozwoju wskazują, że – przy jednoczesnym podjęciu działań na rzecz oszczędzania energii – Polska może czerpać (przy obecnych możliwościach technologicznych) aż do 46% swojej energii ze źródeł odnawialnych, takich jak wiatr, słońce czy biomasa. Obecnie potencjał ten wykorzystywany jest jedynie w ok. 20%.

Z kolei w raporcie „Pracując dla klimatu” Greenpeace Polska wskazuje, że dzięki inwestycjom w rozwój OZE mogłoby powstać w Polsce do 2030 roku aż 187 tys. miejsc pracy netto – a więc już po uwzględnieniu konieczności zmniejszenia zatrudnienia np. przy wydobyciu węgla.

Podkarpacie miałoby szansę sporo zyskać na procesie zazieleniania polskiej energetyki. Po pierwsze, alternatywy dla OZE, takie jak energia jądrowa czy gaz łupkowy, nie będą wdrażane na jego terytorium. Po drugie – potencjał rozwoju zielonej energii jest tu całkiem spory. Już dziś – mimo skromnej w porównaniu do Niemiec polityki wsparcia dla instalacji słonecznych – pod względem sprzedaży kolektorów Podkarpacie jest trzecim województwem w Polsce, wyprzedzanym jedynie przez Śląsk i Małopolskę.

Instytut Energetyki Odnawialnej szacuje, że potencjał stawiania małych turbin wiatrowych na obszarach wiejskich jest tu również bardzo wysoki – wyższe od Podkarpacia wskaźniki notuje jedynie znacznie większe Mazowsze oraz Małopolska. Rozwój energetyki odnawialnej na wsi może być jednym z czynników, pozwalających na przeciwdziałanie wyludnianiu się województwa. Niemal 60% mieszkanek i mieszkańców Podkarpacia mieszka na obszarach wiejskich – to dla nich spora szansa, szczególnie, jeśli wezmą sprawy w swoje ręce.

W Niemczech połowa energii ze źródeł odnawialnych należy do osób prywatnych – jednostek oraz spółdzielni. 11% całości mocy OZE w tym kraju należy do rolników, dla których stanowią one dodatkowe źródło dochodu. Wizja polskiego rolnika, inwestującego w źródła odnawialne może dziś wydać się abstrakcyjna, warta jest jednak rozważenia. Model ten już dziś pozwala rosnącej liczbie samorządów u naszego zachodniego sąsiada cieszyć się samowystarczalnością energetyczną.

Patrząc w przyszłość

By taka transformacja mogła się ziścić, potrzebny jest aktywny nacisk na rzecz urzeczywistnienia tej wizji. Wymagać ona będzie sięgnięcia po środki europejskie, współpracy władz centralnych i samorządów, ale też wielu innych aktorów.

Postawienie przez region na energetykę odnawialną stworzy przestrzeń do współpracy między lokalnymi uczelniami (z Politechniką Rzeszowską na czele) a lokalnym biznesem, ale też uzyskanie wsparcia w zdobywaniu finansowania na komercjalizacje pomysłów ich absolwentek i absolwentów.

Aktywne PodkarpacieTekst jest zaktualizowanym fragmentem artykułu „Zielony Nowy Ład dla Podkarpacia”, który ukazał się w publikacji „Aktywne Podkarpacie 2013”, wydanej przez Instytut Podkarpacki. Dziękujemy Instytutowi za zgodę na przedruk.

Potrzebujemy ogromnego skoku naprzód w stronę zielonej gospodarki. TTIP prowadzi nas w dokładnie przeciwnym kierunku. (więcej…)

Po wielu latach dyskusji Sejm RP przyjął ustawę o odnawialnych źródłach energii. Nikt nie jest do końca zadowolony, chociaż wydaje się, że lobbyści indywidualnych instalacji osiągnęli pewien sukces. Jakie są największe wady nowej ustawy? Utrwalenie negatywnego postrzegania OZE, niewykorzystane szanse rozwoju energetyki społecznej oraz brak zachęt do harmonijnego współdziałania OZE z systemem elektroenergetycznym.

Aukcje na energię

Nowa ustawa wprowadza aukcje na energię z OZE od roku 2016. System aukcyjny ma stopniowo zastąpić istniejący system zielonych certyfikatów. Celem systemu aukcyjnego jest poddanie wydatków na OZE pewnej kontroli i ograniczeniu. Chociaż działający obecnie system zielonych certyfikatów jest bardzo niestabilny, to jednak ma on pewne cechy rynkowe, które są likwidowane w systemie aukcyjnym i zastępowane systemem stałych taryf.

Aukcje mają dotyczyć poszczególnych technologii, a ich ogłaszanie będzie poprzedzone ustaleniem cen referencyjnych. O ile ceny referencyjne mogą być narzędziem ograniczenia wsparcia dla OZE, to ich obiektywne ustalenie jest bardzo trudne i będzie mieć charakter uznaniowy. Może to powodować szereg nieprawidłowych relacji pomiędzy producentami i administracją, prowadząc do manipulacji cenami referencyjnymi.

Prosumenci

Rozwiązania przyjęte w nowej ustawie trudno nazwać prosumenckimi. Preferowana jest nie produkcja na własny użytek, ale sprzedaż całej wyprodukowanej energii do systemu. W dodatku produkcję tej energii, jak również przyłączenie instalacji, wyłączono spoza praktycznie jakiejkolwiek kontroli. Producenci energii z małych instalacji nie muszą uzyskiwać koncesji czy zgody na przyłączenie instalacji i nie muszą prowadzić działalności gospodarczej w zakresie produkcji energii elektrycznej. Oznacza to znaczne uprzywilejowanie dla pewnej grupy, prowadzącej w praktyce jednak działalność gospodarczą, ale bez jej rejestracji.

Niejasne jest w jaki sposób będą wykazywane dla celów podatkowych przychody ze sprzedanej energii oraz inne przychody, jak unikanie płacenia znacznej części opłaty sieciowej czy zyski z net meteringu, które są w zasadzie zyskami ze sprzedaży opcyjnej. W ustawie wprowadzono wiele subsydiów dla prosumentów, i ciekawym jest czy Urzędy Skarbowe „podarują” spore przychody grupie obywateli, którzy teoretycznie powinni traktowania na równi z innymi, a nie są, tylko dlatego, że założyli małą instalację do produkcji energii elektrycznej.

W ustawie jest zastawiona pułapka na potencjalnych prosumentów. Podmioty zobowiązane do nabywania energii z małych instalacji mogą stosować preferencyjne ceny zakupu 75gr/kWh lub 65gr/kWh tylko w przypadku, gdy mają pewność, że mikroinstalacja do 3kW mocy należy do pierwszych 300MW, a mała instalacja od 3-10kW do pierwszych 500MW takich instalacji w kraju. Brak jasnego systemu rejestracji tego typu instalacji, ustalania ich kolejności i wystawianie odpowiednich świadectw/zaświadczeń może spowodować, że cały pomysł pozostanie na papierze.

Niepokój budzi brak kontroli dotyczącej przyłączenia, a następnie działania, co prawda małych, ale jednak instalacji produkujących energię elektryczną. Mogą one stanowić poważne źródło zagrożeń dla prac konserwacyjnych i naprawczych na liniach dystrybucyjnych. Stosowane obecnie procedury bezpieczeństwa nie przewidują możliwości pojawienia się napięcia na końcu wyłączonej linii energetycznej. Co prawda, instalacje OZE są w większości budowane jako źródła prądowe potrzebujące podania zewnętrznego napięcia, aby generować energię, jednak coraz powszechniej stosowane zasobniki energii mogą być właśnie takim źródłem napięcia i pobudzić do pracy małe instalacje OZE w odłączonej linii energetycznej, na które pracują ludzie dokonujący napraw i konserwacji, przekonani, że odłączona linia jest bezpieczna.

Energetyka społeczna

W ustawie nie wykorzystano szansy na wsparcie dla energetyki społecznej, preferując rozwiązania indywidualne. To wielka szkoda.

Energetyka rozproszona pozwala na wykorzystywanie różnego rodzaju źródeł energii przy stymulacji aktywności lokalnych społeczeństw. Preferencje i odpowiednie środki wsparcia powinny być kierowane do różnego rodzaju spółdzielni energetycznych, których współwłaściciele produkowaliby energię elektryczną za pomocą różnych technologii, a także ciepło, zapewniając bardziej równomierną w czasie produkcję i harmonijną współpracę z systemem elektroenergetycznym.

Takie spółdzielnie energetyczne mogłyby działać jako współwłasność prywatno-państwowa z zaangażowaniem środków gminnych oraz środków otrzymywanych z Unii Europejskiej. Spółdzielnie energetyczne byłyby częścią planów zrównoważonego rozwoju i obniżenia emisji. Byłyby one również impulsem do powstawania małych firm energetycznych, świadczących usługi na rzecz powstających spółdzielni, zapewniając profesjonalną obsługę i bezpieczną pracę instalacji OZE oraz lokalnej sieci.

Na stosowanych w obecnej ustawie o OZE rozwiązaniach zarobi kilkaset tysięcy zamożnych właścicieli willi, a odbędzie się to kosztem pozostałych użytkowników energii, którzy nie mają szans zostać „prosumentem” i skorzystać z bardzo dużych przywilejów danych w ustawie. Nie przyczyni się to do tworzenia podstaw długofalowego rozwoju odnawialnych źródeł energii, ale będzie utrwalać negatywny obraz producentów energii z OZE.

Współpraca OZE z systemem elektroenergetycznym

Wzrost produkcji z odnawialnych źródeł energii wymaga ich harmonijnej współpracy z systemem elektroenergetycznym. Z pierwszej fazy rozwoju OZE nazywanej „produce and forget”, trzeba przejść do kolejnej, która nazywana jest „network cooperation”.

Konieczne jest zmniejszenie wahań w produkcji energii z OZE. W tym celu należy tworzyć lokalne obszary bilansowania w sieci dystrybucyjnej, w których niestabilna w czasie produkcja energii elektrycznej z OZE byłaby kompensowana przez inne technologie, jak instalacje biomasowe i biogazowe, wykorzystanie mikrokogeneracji oraz zastosowanie zasobników energii. Tylko takie lokalne obszary bilansowania i źródła odnawialne pracujące w klastrach wyrównujących niestabilność produkcji są w stanie zapewnić wzrost produkcji z OZE w dłuższym horyzoncie czasowym.

OZE_Mielczarski

Odnawialne źródła energii mogą też świadczyć różnego rodzaju usługi systemowe na rzecz sieci dystrybucyjnej podnosząc jakość dostaw energii. Przykład aktywnego obszaru bilansowania pokazany jest na rysunku. Wykorzystanie w nim, poprzez odpowiednie systemy optymalizacyjne, różnego rodzaju źródeł i aktywnych odbiorów dla kształtowania się profilu przepływu energii pomiędzy systemami lokalnymi/dystrybucyjnymi i systemem lokalnym/przesyłowym jest w stanie zapewnić stabilność pracy systemu elektroenergetycznego przy dużym udziale OZE. Byłaby to również możliwość finansowego wsparcia producentów OZE. Szkoda, że nowo uchwalona ustawa nie przewiduje takich możliwości.

W Polsce obecnie zainstalowanych jest około 4000MW elektrowni wiatrowych. Moc instalacji fotowoltaicznych (PV) jest bardzo niewielka, ale pomimo to, przy silnych wiatrach i produkcji z elektrowni wiatrowych na poziomie 3500MW oraz nałożenia się kołowych przepływów z systemów sąsiednich, również powodowanych przez produkcję z farm wiatrowych, polski system elektroenergetyczny zbliża się do granic stabilności. Zwiększenie mocy farm wiatrowych i instalacji PV o kolejne 2000-3000MW będzie powodowało konieczność awaryjnego wyłączania instalacji OZE.

Trudno sobie wyobrazić dalszy wzrost produkcji energii ze źródeł odnawialnych bez lokalnych obszarów bilansujących, o ile instalacje OZE nie mają być wyłączane awaryjnie przez operatorów sieci, co będzie powodowało spadek wolumenu produkcji i odpowiedni wzrost kosztów. Dlatego konieczne jest już obecnie identyfikowanie barier rozwoju OZE i wprowadzanie takich zasad, które pozwolą na dalszy, długofalowy rozwój OZE bez naruszania stabilności pracy systemu elektroenergetycznego. Miejmy nadzieję, że nowa czy zmieniona ustawa o OZE pozwoli na stworzenie warunków długoterminowego rozwoju produkcji energii ze źródeł odnawialnych.

Z Wojciechem Jankowskim, reżyserem powstającego filmu dokumentalnego o Tęczy na Placu Zbawiciela, rozmawia Marek Nowak. (więcej…)

Jak się żyje w Hiszpanii po kilku latach zaciskania pasa? Co mogą zmienić wybory? Z Gracielą Malgesini Rey z Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu rozmawia Bartłomiej Kozek. (więcej…)

Pojedynczy głos przechodni (STV) coraz częściej wskazuje się jako alternatywę zarówno dla JOW-ów, jak i dla obecnej ordynacji proporcjonalnej. Czy STV może być odpowiedzią na problemy demokracji? I jak tak naprawdę działa taki system?

Demokracja jest procesem

Sto lat temu, na początku XX wieku, coraz dotkliwiej dawał się we znaki problem istniejących systemów parlamentarnych. Choroba polegała na braku reprezentacji politycznej szerokich mas społecznych: robotników, chłopów, drobnomieszczaństwa, wolnych zawodów, drobnych kupców, rzemieślników czy kobiet. Stary system, gwarantowany przez liczne cenzusy (uzależnienie praw wyborczych od majątku, stanu czy wykształcenia) i jednomandatowe okręgi wyborcze nieuchronnie zbliżał się do zderzenia z murem społecznego sprzeciwu. Stopniowo w całej Europie odchodzono od cenzusów, przyznając całym narodom powszechne prawa wyborcze, zmieniając także przy okazji system na proporcjonalny. Była to odpowiedź na wzrost zróżnicowania na scenie politycznej, gdzie obok konserwatystów i liberałów pojawili się socjaliści, nacjonaliści, komuniści czy chrześcijańscy demokraci.

Demokracja nie zatrzymuje się w miejscu, zadowolona z wypracowanych wyników. Idzie naprzód, gdyż społeczeństwa pragną mieć coraz większą kontrolę nad swoim życiem. Dziś, podobnie jak przed stuleciem, mamy do czynienia z problemem braku reprezentacji. Istniejąca forma demokracji przestaje odpowiadać oczekiwaniom obywatelek i obywateli.

Oczekiwanie zmiany idzie w dwóch kierunkach. Po pierwsze chodzi o zapewnieniu decyzyjności na poziomie lokalnym (budżety partycypacyjne, konsultacje społeczne, rady osiedlowe) i konkretnych, pojedynczych decyzji (referenda ogólnokrajowe), po drugie – o zwiększenie obywatelskiego wpływu na parlamenty. Wyzwaniem jest znalezienie złotego środka pomiędzy reprezentatywnością, charakterystyczną dla ordynacji proporcjonalnych i obywatelskością, rozumianą jako możliwość wystawienia i poparcia kandydata społecznego, oddolnego, który nie musi być powiązany z żadną partią czy obozem politycznym.

Także w naszym kraju toczy się obecnie debata nad zmianą ordynacji wyborczej. Zwolennicy Pawła Kukiza utrzymują, że jednomandatowe okręgi wyborcze (JOW) zapewnią nam możliwość wyboru takich obywatelskich posłów. Rzeczą oczywistą jest, że do takiej sytuacji nie dojdzie, bo kandydat niezależny musiałby być najsilniejszy w całym okręgu, a sytuacja, w której przedstawiciel społeczny ma przewagę nad posiadającym struktury, know-how, pieniądze i wsparcie ogólnokrajowego komitetu kandydatem partyjnym, jest dramatycznie rzadka.

JOWy nie są sposobem na wyłanianie obywatelskich posłów. Ale istnieje ordynacja, która może to zapewnić, nie tracąc nic z proporcjonalności.

Złoty środek

Gdyby nie fakt, że system Pojedynczego Głosu Przechodniego (Single Transferable Vote – STV) powstał w XIX w., można by uznać, że został wymyślony przez dziecko, które z elementów brytyjskiego systemu First Past The Post (FPTP, „zwycięzca bierze wszystko”) i ordynacji proporcjonalnej niczym z klocków poskładało nowy system. Jest on bowiem niezwykły w prostocie swoich założeń, a jednocześnie niesamowicie elastyczny, możliwy do przekształceń na niezliczone sposoby, tak by znaleźć rozwiązanie skrojone na miarę każdego społeczeństwa, które postanowi przestawić się na tę ordynację.

STV z jednej strony niemal całkowicie likwiduje zjawisko zmarnowanego głosu, każdy głos bowiem może być wykorzystany do wyłonienia reprezentacji parlamentarnej. Jednocześnie STV nie wyklucza startowania kandydatów spoza list partyjnych, przez co zachowujemy swobodę startowania jako kandydaci niezależni. Odpadają więc dwa podstawowe zarzuty wysuwane przeciwko sobie przez dwa główne obozy zwolenników JOW z jednej strony, i systemu proporcjonalnego z drugiej.

Można jedynie zapytać – dlaczego system nie został wprowadzony powszechnie wcześniej, skoro wymyślono go już w 1821 r.?

Foto: William Murphy, https://www.flickr.com/photos/infomatique/5480835432/, CC-BY-SA

Foto: William Murphy, https://www.flickr.com/photos/infomatique/5480835432/, CC-BY-SA


Otóż jest to ordynacja dość skomplikowana w przeliczaniu głosów, wymaga silnych mocy obliczeniowych i pochłania dużo czasu, gdy wyniki liczy się ręcznie. Zarówno więc państwowe komisje wyborcze, jak i politycy bardzo długo uznawali ten system za co najmniej kłopotliwy do wprowadzenia, woląc prostsze systemy proporcjonalne.

Sytuację zmieniło wynalezienie komputera i internetu, które umożliwiają bardzo szybkie i automatyczne w zasadzie liczenie wyników i ich przesył do centralnego serwera, dzięki czemu problemy związane ze złożonością procesu przestają być istotne.

Poza tym system ten funkcjonuje już na świecie. Wybiera się w nim m.in. parlament Irlandii, Senat Australii, parlament Malty, niektóre lokalne zgromadzenia w Stanach Zjednoczonych i Nowej Zelandii czy Zgromadzenie Irlandii Północnej.

Wyborcze klocki Lego

Ale na czym właściwie polega Pojedynczy Głos Przechodni? W większości systemów proporcjonalnych i brytyjskim systemie jednomandatowym mamy jeden głos, który oddajemy na jednego kandydata startującego do jednej izby parlamentu, stawiając krzyżyk przy jego lub jej nazwisku. W STV zamiast stawiać krzyżyk przy nazwisko faworyta wpisujemy w okienko cyfrę „1”. Jeśli jest więcej kandydatów, których popieramy, ale w mniejszym stopniu, to przy ich nazwiskach stawiamy kolejne liczby: 2, 3, 4 i tak dalej. Głosy te zwane są „preferencjami”.

Nie ma konieczności głosowania na kandydatów z jednej tylko partii – jeśli oprócz kandydatów partii A chcemy wesprzeć także jakiegoś kandydata z partii B, to po prostu umieszczamy przy nim kolejną liczbę. Tak samo można zrobić z kandydatami niezależnymi.

Zanim w STV przeliczymy wyniki i wskażemy zwycięzców, musimy określić kwotę, czyli liczbę głosów, które trzeba zdobyć, by otrzymać mandat. Są dwa główne sposoby obliczania kwoty: bardziej popularna kwota Droopa dopuszcza pewną ilość zmarnowanych głosów, znacznie jednak niższą niż przy systemach proporcjonalnych. Wspiera ona ugrupowania duże, zapewniając im czasami pewną nadreprezentację w stosunku do uzyskanych głosów (nie jest to jednak tak duża nadreprezentacja jak w przypadku JOW w systemie brytyjskim czy francuskim). Z kolei kwota Hare’a wyklucza zmarnowane głosy, zapewniając wszystkim wyborcom udział w wyłanianiu parlamentu, jednocześnie jednak wspiera partie małe, powodując niekiedy niedoreprezentowanie głównych graczy sceny politycznej.

Przeliczanie wyników w tym systemie odbywa się na zasadzie przeliczania kolejnych preferencji. Jeśli kandydat uzyska liczbę głosów pierwszej preferencji równą lub większą od obowiązującej kwoty, otrzymuje mandat. Jego nadwyżkowe (a czasami wszystkie) głosy natomiast wędrują do kandydatów, którzy na kartach do głosowania otrzymali drugą preferencję. I tak po kolei głosy kolejnych preferencji są rozdzielane aż do przyznania wszystkich mandatów w okręgu, których zazwyczaj jest od dwóch do siedmiu (dzięki temu komitety wyborcze wystawiają bardzo ograniczoną liczbę kandydatów i preferencje liczy się łatwiej).

Jeśli w którejś turze zliczania głosów nie udało się, mimo przekazania głosów od zwycięzców, wybrać kolejnego zwycięzcy, wówczas odrzucany jest jeden lub więcej najsłabszych kandydatów i ich głosy rozdzielane są kolejnym w preferencji kandydatom. W niektórych systemach przy przekazywaniu głosów kolejnych preferencji ustala się, że głosy te nie mogą mieć takiej samej wartości jak głosy wyższych preferencji, więc ustala się wagi, np. głos drugiej preferencji posiada wagę 0,5. Możliwe są też inne modyfikacje, np. głosowanie grupowe (o którym niżej) czy ograniczenie liczby preferencji, jakie może wskazać wyborca czy wyborczyni.

Łyżka dziegciu

Nie ma idealnych systemów wyborczych, każdy ma jakieś mankamenty i narażony jest na specyficzne dla siebie patologie. Dotyczy to również pojedynczego głosu przechodniego.

W wyborach australijskich pojawił się rychło problem tak zwanego „oślego głosowania” (donkey voting). Polega ono na tym, że wyborca niezbyt dobrze znających kandydatów ze swojego okręgu, ale popierający jedną konkretną partię, głosował na jej kandydatów przyznając pierwszemu od góry kandydatowi preferencję pierwszą i każdemu kolejnemu preferencje kolejne jadąc w dół. W ten sposób do parlamentu dostawali się z najwyższym poparciem politycy z nazwiskami na literę „A”, gdyż wielu wyborców głosowało w taki sposób.

Australijczycy znaleźli na to sposób. Wprowadzili system grupowego głosowania. Karta do głosowania podzielona jest na dwie części, z których wyborca może wybrać tylko jedną. Pierwsza część pozwala na głosowanie na komitet wyborczy jako całość. Wtedy preferencje rozdzielane są wewnątrz komitetu zgodnie z jego zapotrzebowaniem (ponieważ w Australii liczba preferencji jest równa liczbie kandydatów, i należy użyć wszystkich, wybrana w pierwszej preferencji partia decyduje także o przyznaniu reszty preferencji kandydatom spoza swojej partii). Sposób ten nazywa się „głosowaniem powyżej linii” (voting above the line). Drugi sposób, „głosowanie poniżej linii”, (voting below the line) polega na samodzielnym przyznawaniu preferencji kandydatkom i kandydatom. Australijską kartę do głosowania z widoczną linią widzimy poniżej. 95% wyborców wybiera głosowanie powyżej linii, co pokazuje, że także w Australii głosuje się jednak na partię, a nie kandydata.

Karta do głosowania w wyborach do Senatu Australii.

Karta do głosowania w wyborach do Senatu Australii

Najpoważniejszą trudnością związaną z STV jest stopień jego skomplikowania. To system wymagający znacznie większego przygotowania od wyborcy niż brytyjski FPTP czy polska ordynacja proporcjonalna. Wyborcy często boją się tej ordynacji, nie rozumieją jej i przez to liczba głosów nieważnych jest stosunkowo wysoka (standardowo, gdy nie funkcjonuje wariant grupowego głosowania, nawet 10%). Rozwiązanie tego problemu stoi zarówno przed państwem, w którym wprowadza się STV, jak i przed mediami. Jedne i drugie mają w obowiązku dokładnie poinformować i wyjaśnić sposób działania nowego systemu, tak, by obywatele mogli świadomie i swobodnie dysponować w nim swoim głosem.

A może STV + JOW?

Część spośród zwolenników JOW, którzy zgadzają się z krytyką ordynacji brytyjskiej, przywołuje jako lepszą opcję ordynację australijską (w Australii jedna z izb jest wybierana w STV, druga w JOW). System, w którym metody głosu przechodniego działają w okręgach jednomandatowych nazywa się systemem głosu alternatywnego (alternative vote, AV).

Tam także przyznaje się preferencje kandydatom. Jeśli żaden z nich nie uzyska co najmniej połowy głosów z pierwszej preferencji, odrzuca się najsłabszych kandydatów tak długo, aż ktoś tę kwotę uzyska. AV faktycznie jest systemem bardziej reprezentatywnym niż First Past The Post z Wielkiej Brytanii, ale także tu dochodzi do zmarnowania głosu, tyle że procent głosów przepadłych jest mniejszy niż w FPTP, ale może być znacznie większy niż w STV.

Nie bójmy się nieznanego!

Najtrudniejszym zadaniem, jakie stoi przed zwolenniczkami i zwolennikami STV, jest przekonanie do niego zwykłych wyborców, którzy na co dzień zajmują się swoimi sprawami, a kwestie ordynacji wyborczych zostawiają politykom i specjalistom.

Gdy mówimy o polskich wyborcach, warto zwracać uwagę na fakt, że STV znacznie ogranicza „czarną kampanię”, gdyż politycy muszą bardziej się skupić na przekonaniu do siebie osób także niekoniecznie będących w ich żelaznym elektoracie, często wyborców partii konkurencyjnych, bo bez tych dodatkowych preferencji nie mają szans na zwycięstwo. Z tego względu daleko bardziej opłacalną strategią jest otwarcie się na przeciwny elektorat, niż atakowanie faworytów tego elektoratu. W kraju, w którym zwraca się uwagę na bardzo brutalną walkę polityczną, może to zadziałać pozytywnie na zachowanie polityków.

Dzięki temu wybierani są politycy względnie umiarkowani, koncyliacyjni i otwarci na kompromisy, jednak nie zamyka on całkowicie drogi kandydatom antysystemowym (jak to robią JOWy brytyjskie), o ile zyskali oni wystarczającą ilość głosów by uzyskać kwotę.

Warto też podkreślać elastyczność tego systemu. Ordynację proporcjonalną można modelować jedynie za pomocą metod liczenia głosów lub progami wyborczymi, system FPTP (czyli brytyjskie JOWy wspierane przez Kukiza i obóz Platformy Obywatelskiej) jest w ogóle niemal niemożliwy do transformowania. STV, dzięki niezliczonej ilości metod przeliczania przekazywanych głosów, dzięki różnym metodom liczenia kwot, dzięki różnym wersjom karty do głosowania (listy komitetów, jedna lista, okrągła karta z promieniście wychodzącymi ze środka nazwiskami kandydatów, alfabetyczne lub losowe rozmieszczanie nazwisk), wreszcie dzięki manewrowaniu liczbą preferencji dostępnych wyborcy czy wprowadzeniu grupowego głosowania jest systemem, który można przestawiać i którym można kombinować, by uzyskać możliwie najsprawiedliwszy system wyborczy.

Wreszcie ostatni argument, którego warto używać, a który ucina całą dyskusję nad wyborem systemów wyborczych – STV posiada zalety zarówno ordynacji proporcjonalnej (wysoki poziom reprezentatywności, czyli podziału głosów na mandaty) jak i jednomandatowych okręgów wyborczych (kandydaci mogą startować z własnych komitetów). Jednocześnie minimalizuje lub likwiduje całkowicie wady tych dwóch systemów.

Zielona posłanka z Niemiec Bärbel Höhn opowiada o źródłach sukcesu i wyzwaniach związanych z niemiecką transformacją energetyczną w rozmowie z Bartłomiejem Kozkiem. (więcej…)

Trwająca w stołecznej Królikarni wystawa „Majątek” była kanwą dyskusji o naszej pamięci o przeszłości. Czego się z niej dowiedzieliśmy? (więcej…)