Rząd podjął decyzję o likwidacji sprawdzianu szóstoklasisty i wprowadzeniu mechanizmu odwoławczego dla maturzystów niezadowolonych z oceny swojego egzaminu.
Pomysły te wyszły z Ministerstwa Edukacji Narodowej, a dziś zatwierdziła je rada ministrów. Wprowadzone mają być od roku szkolnego 2016/2017, co oznacza, ze obecni maturzyści i szóstoklasiści byli ostatnimi, którzy funkcjonowali według starych zasad.
Sprawdzian ma być zastąpiony dobrowolnym egzaminem diagnostycznym, który będzie przeprowadzany w razie zgody ze strony dyrekcji.
Maturzyści będą mogli odwoływać się od części sumarycznej oceny punktowej egzaminu pisemnego do Kolegium Arbitrażu Egzaminacyjnego. Będą one obsługiwać także odwołania od wyników egzaminów zawodowych.
Łukasz Markuszewski
Globalny program Światowej Organizacji Zdrowia w zakresie walki z epidemią wirusa Zika został dotąd sfinansowany tylko w 13 proc., co naraża na szwank wysiłki na rzecz ograniczenia rozprzestrzeniania się wirusa – podała w poniedziałek WHO.
Budżet programu walki z wirusem Zika wynosi 15,9 mln euro.
Jednocześnie rzeczniczka WHO zapewniła, że brak środków nie będzie miał negatywnego wpływu na najbliższe letnie igrzyska olimpijskie, które zostaną przeprowadzone w Brazylii, kraju najbardziej dotkniętym epidemią wirusa.
WHO odrzuciła w ub. tygodniu apel 150 lekarzy z różnych krajów, by przesunąć datę igrzysk. Oceniła, że nie wpłynęłoby to znacząco na ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa na świecie. Jednocześnie zaleciła sportowcom i wszystkim odwiedzającym dodatkowe środki, by chronić się przed komarami przenoszącymi wirusa. Odradziła także podróże do Brazylii kobietom w ciąży i planującym dziecko.
Od 2015 roku wirusem Zika zaraziło się w Brazylii 1,5 mln osób.
Wirusa Zika wywołuje mikrocefalię (małogłowie) u noworodków i w rzadkich przypadkach choroby neurologiczne u dorosłych.
Źródło: pap.pl
Główny Urząd Statystyczny przedstawił wyniki raportu „Polska w liczbach”. Według nich wzrosła liczba osób najuboższych.
Zgodnie z danymi w latach 2010-2015 odsetek osób w gospodarstwach domowych, o wydatkach poniżej relatywnej granicy ubóstwa spadł z 17,4 proc. do 15,5 proc. Odsetek osób o wydatkach poniżej ustawowej granicy ubóstwa wzrósł jednak w tym czasie z 7,4 proc. do 12,2 proc., a odsetek osób o wydatkach poniżej granicy minimum egzystencji wzrósł z 5,8 proc. do 6,5 proc.
Z wyjaśnień GUS dotyczących granic ubóstwa ekonomicznego wynika, że granica relatywna to poziom 50 proc. średnich miesięcznych wydatków gospodarstw domowych. Granica ustawowa odpowiada kwocie uprawniającej do ubiegania się o przyznanie świadczenia pieniężnego z systemu z systemu pomocy społecznej. Natomiast minimum egzystencji oznacza granicę ubóstwa skrajnego – wyznacza ona poziom zaspokojenia podstawowych potrzeb, poniżej którego zagrożone jest życie i rozwój psychofizyczny człowieka.
Źródło: forsal.pl
Wywiad z Maude Barlow, przewodniczącą Rady Kanadyjczyków, przeprowadzony po jej wykładzie na SGH w Warszawie w kwietniu 2016 r. Maude Barlow twierdzi, że CETA, porozumienie o wolnym handlu i inwestycjach Unii Europejskiej z Kanadą, jest równie niebezpieczne co TTIP, porozumienie UE z USA. Są to jej zdaniem dwa etapy tego samego groźnego porozumienia transatlantyckiego.
Ewa Sufin-Jacquemart: Czy może nam Pani opowiedzieć o Council of Canadians? Jakim rodzajem organizacji jesteście?
Maude Barlow: Jestem przewodniczącą organizacji kanadyjskiej zwanej Council of Canadians[ESJ: Rada Kanadyjczyków]. Jesteśmy organizacją non-profit i bezpartyjną, ruchem sprawiedliwości społecznej i pro-środowiskowym. Mamy sto tysięcy członków w Kanadzie i posiadamy lokalne komórki aktywistów, grupy w ponad siedemdziesięciu społecznościach, które wykonują całą pracę u podstaw, pracę edukacyjną i wszelkie rodzaje aktywizmu. Prowadzimy duże kampanie dotyczące wpływu globalizacji i porozumień handlowych na różne aspekty życia. Mamy kampanię na rzecz sprawiedliwości klimatycznej, wodnej, handlowej, na rzecz handlu i służby zdrowia, jednym słowem wykonujemy sporą pracę na rzecz sprawiedliwości społecznej i środowiskowej. Współpracujemy także w tych kwestiach na poziomie międzynarodowym z aktywistami i społecznościami, szczególnie w kwestii wody, praw człowieka do wody i globalnego kryzysu wody.
ESJ: Czy to nowy ruch?
MB: Rada Kanadyjczyków rozpoczęła działalność trzydzieści jeden lat temu. Pojawiliśmy się, aby walczyć z porozumieniem handlowym USA-Kanada, które powstało zaraz przed NAFTA [ESJ: Nord American Free Trade Agreement – umowa pomiędzy USA, Kanadą i Meksykiem]. Zatem dosłownie trzydzieści jeden lat walczymy z porozumieniami handlowymi…
ESJ: Jakie są wasze największe zwycięstwa, a jakie porażki?
MB: Cóż, myślę, że przegraliśmy wiele walk na polu handlu, przegraliśmy z pierwszym porozumieniem o wolnym handlu USA-Kanada, przegraliśmy z porozumieniem NAFTA, teraz walczymy z CETA. Nie wiem, czy wygramy z innymi porozumieniami handlowymi, które pojawią się w międzyczasie. Jednocześnie powstrzymaliśmy poszerzenie NAFTA na Amerykę Południową i wielostronne porozumienie inwestycyjne w OECD w latach 90-tych, walczymy bardzo mocno z WTO, Światową Organizacją Handlu… Więc wie Pani, nigdy nie ma pełnej wygranej, nie można powiedzieć, że wygraliśmy wszystko, ale budujemy ruch krytyczny wobec globalnego handlu.
Mieliśmy wiele zwycięstw w kwestii wody. Dla mnie największym, a byłam mocno zaangażowana w tą sprawę, było przekonanie ONZ do uznania w 2010 roku prawa do wody i jej uzdatniania za prawo człowieka, pracowaliśmy też, aby zatrzymać prywatyzację wielu usług dotyczących wody na świecie. Od 2000 roku 235 aglomeracji miejskich, które miały sprywatyzowane usługi w tym sektorze, powróciły do zarządzania publicznego [ESJ: pisaliśmy w ZW o „rekomunalizacji” zarządzania wodą], toteż było wiele zwycięstw.
Dużym zmartwieniem, jeżeli chodzi o wodę, jest to, że jej zasoby się zmniejszają, a standardy dotyczące wody obniżają się. Gdy nie ma wiele wody dla wszystkich, zaczynamy dostrzegać, że ludzie tracą do niej dostęp, i to nie tylko w biednych krajach, ale także w Europie i Stanach Zjednoczonych. . Nadchodzi zatem wielka burza w kwestii wody: zmniejszają się zasoby, spada jakość wody, wzrasta liczba ludzi biednych, których nie stać, aby za nią płacić. Prowadzi to do prawdziwych cierpień ludzi.
ESJ: Czy Pani zdaniem ten kryzys wody jest efektem zmian klimatu, porozumień handlowych, czy może działań firm wydobywczych?
MB: Po trochu każdego z wymienionych. Kryzys wody jest po części skutkiem zmian klimatu, z powodu ogrzewania się atmosfery. Powietrze podgrzewa wodę, śnieg i lód szybciej topnieją i większe jest parowanie z jezior i rzek. Ale poza zmianami klimatu nadmiernie wydobywamy wodę. Pobieramy ją z rzek, tamujemy rzeki, wydobywamy wodę z wód gruntowych szybciej, niż natura może odbudować te zasoby, nasze metody rolne i produkcji żywności są zorientowane na wysoką konsumpcję wody, są dla niej niszczące i zatruwają ją.
Przemieszczamy też wodę z miejsc, w których powinna być, bo jesteśmy przyzwyczajeni do tworzenia „zdrowego ekosystemu” tam, gdzie jest to dla nas wygodne. W istocie jest to nadużycie koncepcji wody, gdyż uważamy ją za zasób, służący naszej wygodzie i użyteczny dla naszego zysku, podczas gdy kwestię wody należy postrzegać inaczej [ESJ: jako dobra niezbędnego do życia] i chronić jej zasoby. To bardzo ważne.
ESJ: A jaki związek widzi Pani między porozumieniami handlowymi a zasobami wody?
MB: Jeśli chodzi o porozumienia handlowe, jest kilka aspektów wpływających na wodę. Jednym z nich jest to, że wprowadzają prywatyzację, więc jeśli dane miasto nie sprywatyzowało systemu wodociągowego, te porozumienia będą wymuszały prywatyzację. Jeżeli już jest on sprywatyzowany, trudno jest od prywatyzacji odejść, ponieważ firmy mogą pozwać państwo za straty. Mówią: „nie możecie, teraz mamy prawo do zarządzania tym systemem wodociągowym, ponieważ pozwoliliście nam to robić. Nie możecie zmienić zdania, nawet jeśli wam się to nie podoba, mamy prawo robić to już zawsze”. Zatem wymuszają one prywatyzację, traktowanie wody jako produktu [ESJ: rynkowego]. Dają też korporacjom prawo do pozywania państw celem zapewnienia sobie prawa do dostępu do wody. I dają zagranicznym korporacjom prawo do podważania prawa i regulacji, które będą chronić wodę. Zatem woda jako prawo człowieka do wody albo woda jako prawo do usług publicznych może być przez te porozumienia handlowe zagrożona.
ESJ: W swoim wykładzie podała Pani przykłady firm pozywających państwa z powodu wody.
BM: Jest wiele przykładów i zebrałam je w raporcie, który napisałam, ponieważ chcę, aby ludzie mieli bardzo konkretne przykłady. Jednym, o którym słyszałam niedawno, był ten dotyczący firmy holenderskiej, która pozwała państwo estońskie, ponieważ firma zarządza systemem wodnym w oparciu o zyski i chcieli podnieść znacznie taryfy, a państwo odmówiło, ponieważ obywateli nie było na to stać, więc pozwali rząd przed międzynarodowym sądem [ESJ: prywatnym trybunałem arbitrażowym], aby rozstrzygnąć spór w Nowym Jorku. I z tego, co widzę, chodzi o miliardy euro, to duża sprawa. Chcą zadośćuczynienia do końca kontraktu za to, co zyskaliby, gdyby mogli podnieść ceny wody.
Inny przykład mamy w Quebeku, w moim kraju. Prowincja Quebec wprowadziła moratorium na szczelinowanie hydrauliczne. Teraz została pozwana przez firmę, właściwie kanadyjską, ale wykorzystującą podwykonawcę amerykańskiego, aby pozwać rząd kanadyjski. I nawet nie pozywają lokalnego rządu, tylko rząd federalny, ponieważ to on podpisał porozumienie [ESJ: mowa o porozumieniu NAFTA]. Istnieje zatem wiele, wiele sposobów, na które te porozumienia handlowe mogą uderzyć i podważyć prawo rządów do określania warunków i zasad współpracy, a powinny one mieć prawo do stanowienia o tym.
ESJ: Mówiła Pani w swoim wykładzie, że dla Pani TTIP i CETA to dwie twarze tego samego porozumienia dla Unii Europejskiej. Czy może Pani to wyjaśnić?
BM: Tak, wielokrotnie słyszałam w Europie, że ludzi martwi TTIP, a wielu nie słyszało nawet o CETA i gdy o tym myślą, myślą „Kanada to nie problem, nie martwi nas porozumienie z Kanadą, tylko porozumienie ze Stanami Zjednoczonymi”. Chcę zaznaczyć, że jeśli ktoś jest przeciwko TTIP, powinien być również przeciwko CETA, bo to jakby to samo porozumienie w dwóch etapach. Najpierw jest CETA, potem jest TTIP.
Nawet gdyby udało się uniknąć TTIP – współpracując z grupami w USA występującymi przeciwko niemu nie dopuścić do jego wejścia w życie, to CETA i tak będzie miało ten sam skutek, gdyż amerykańskie firmy będą pozywać przez Kanadę. Mogą bowiem użyć zapisu o ochronie inwestorów w CETA, aby pozywać Unię Europejską czy rządy europejskie, o co tylko będą chciały. Istnieje 42 000 amerykańskich firm, które mają holdingi lub filie w Kanadzie, więc nie muszą korzystać z TTIP, mogą wykorzystać CETA. Zatem porozumienie CETA jest ważniejsze w tej chwili jako pierwsze i myślę, że ludzie powinni odwrócić swoją uwagę od TTIP i zwrócić ją na CETA, które jest równie niebezpieczne dla nas wszystkich.
ESJ: Komisja Europejska wprowadziła do CETA nowy system ochrony inwestorów ICS. Są głosy, że jest on niebezpieczniejszy niż początkowy system ISDS.
MB: Tak, zgadzam się, w pewien sposób jest on nawet groźniejszy. Tak, jest bardziej przejrzysty i pewnie ujdzie w niektórych rozprawach, ponieważ pozwala na apelację, więc w tej kwestii może wyglądać lepiej, ale problem z nim polega na tym, że ustanawia on sąd o stałym składzie, który daje zagranicznym inwestorom prawa, których krajowe firmy nie mają. Można sprzeciwiać się tajnemu procesowi, który ma miejsce w NAFTA, ale gdy ten sąd ma stały skład i wyznaczonych sędziów, i tak będą oni prawnikami wyspecjalizowanymi w prawie handlowym. Będzie bardzo, bardzo trudno to odkręcić i myślę, że danie osobnego sądu transnarodowym korporacjom to powiedzenie: „Są ponad prawem, nie muszą przestrzegać tego samego prawa, co ty i ja. Mają swoje własne prawo.” I myślę, że to błąd. Myślę, że to groźne.
Zaraz stracę głos. Mówiłam przez cały dzień.
ESJ: Jeszcze tylko dwa pytania. Mówiła Pani w wykładzie, że TTIP i CETA po raz pierwszy są groźne dla samorządów i lokalnych społeczności. Czy może Pani powiedzieć dlaczego?
MB: Aż do teraz wszystkie te porozumienia handlowe dotyczyły tylko wydatków rządów na poziomie federalnym. W CETA i TTIP po raz pierwszy chodzi o wydatki lokalne [ESJ: lokalne zamówienia publiczne]. Prowincje, stany, regiony, miasta, systemy wodne, infrastruktura, drogi, służba zdrowia, wszystko, na co wydajemy większość pieniędzy podatników jest bardziej lokalne. Jeżeli wartość danej usługi przekracza pewien poziom, samorządy będą musiały poddać się konkurencji [ESJ: transatlantyckiej]. Nie można powiedzieć „zatrzymamy je w rękach publicznych” lub „będą one należały do społeczności lokalnych, więc zatrzymamy pieniądze w regionie”. Nie będzie można już tak robić. Zatem przyznajemy wielkim firmom żywnościowym, usługowym, opiekuńczym i wodnym prawo do narzucania swoich reguł lokalnym samorządom. W praktyce odbiera to im prawo do promowania zdrowej gospodarki lokalnej, lokalnej produkcji żywności czy lokalnych rolników.
ESJ: Ostatnie pytanie dotyczy NAFTA. Jak opisałaby Pani krótko najważniejsze konsekwencje NAFTA dla Kanady i Meksyku?
MB: Straciliśmy wiele suwerennych praw ustalania naszych własnych standardów w wielu kwestiach i nasz rząd uważał, że to gra warta świeczki, a moim zdaniem przegraliśmy, oddaliśmy te prawa. Straciliśmy kontrolę nad naszą energią czy produkcją żywności na rzecz wielkich amerykańskich firm, które teraz zarządzają naszymi farmami i naszym rynkiem żywności. Musieliśmy zrestrukturyzować sposób, w jaki produkujemy żywność, aby być bardziej konkurencyjni, co oznacza większy agrobiznes, większe przemysłowe farmy, więcej zanieczyszczeń, więcej konkurencji, więcej eksportu. Teraz chodzi głównie o tanie jedzenie i większy eksport.
Straciliśmy też naszą bazę produkcyjną dóbr, przeszliśmy od stanu, w którym produkcja przemysłowa stanowiła 26% naszego PKB, na obecne 11%. Meksyk tylko pozornie zyskał na tym porozumieniu, mówiąc: „Jesteśmy tutaj na dole, damy wam tanią siłą roboczą i prawo zrzucania zanieczyszczeń na naszą ziemię i wody, nie będziemy narzekać”. Nawet mimo że mają dobre prawa dotyczące środowiska, powiedzieli zwyczajnie „odwrócimy głowy”. Więc wielkie firmy przeniosły do meksykańskich przygranicznych stref wolnego handlu wiele, wiele dobrze opłacanych miejsc pracy [ESJ: z Kanady i USA]. Straciliśmy np. wiele miejsc pracy w sektorze samochodowym, po prostu zniknęły, i to wszystko z powodu NAFTA. Staliśmy się ponadto bardziej nierównym, niesprawiedliwym społeczeństwem, straciliśmy wiele z naszego systemu opieki społecznej na rzecz garstki bogatych ludzi, pewnej klasy społecznej. Zyskały na tym wielkie firmy wydobywcze i energetyczne, ale naprawdę uważam, że nie zyskali na tym zwykli obywatele.
ESJ: Nawet w Meksyku?
MB: Zwłaszcza w Meksyku. Meksyk ma teraz wszystkich tych miliarderów. Przekształcił się z podzielonego społeczeństwa na bardzo podzielone i pełne przemocy społeczeństwo. Miało to przynieść korzyści i pokój. Nie przyniosło żadnego z nich. Najgorsze z miejsc pracy powędrowały do Meksyku kosztem milionów meksykańskich rolników, więc myślę, że jest to ogromna strata dla obywateli wszystkich tych trzech krajów, a wielka wygrana dla korporacji.
ESJ: Bardzo dziękuję za wywiad.
MB: Cała przyjemność po mojej stronie.
Tłumaczenie: Tomasz Szustek
Maude Barlow jest prezeską kanadyjskiej organizacji Council of Canadians. Pełniła funkcję głównego doradcy ds. gospodarki wodnej przy 63. przewodniczącym Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Od wielu dekad działa jako aktywistka w walce o sprawiedliwe traktaty handlowe i o sprawiedliwość środowiskową w Kanadzie i na całym świecie.
Skrajnie prawicowe partie, posiłkując się populistyczną retoryką, stają się znaczącymi graczami w Europie. Dlaczego? (więcej…)
W kolejnym odcinku programu „Dni rewolty” gościem dziennikarza Chrisa Hedgesa jest aktywista klimatyczny Tim DeChristopher. Rozmówcy dyskutują o zabójczej niezdolności uprzemysłowionego świata do reakcji na skutki zmiany klimatu, powodowanych przez nią społecznych napięciach i niesprawiedliwościach, naszej etycznej odpowiedzi na rozgrywający się dramat.
Transkrypcja rozmowy:
Chris Hedges: Nazywam się Chris Hedges. Witam w „DNIACH REWOLTY”. Tematem rozmowy będzie niezdolność uprzemysłowionego świata do konfrontacji z zabójczymi skutkami zmiany klimatu oraz nasza etyczna reakcja na zbliżającą się zagładę ekosystemu. Poruszymy te kwestie z Timem DeChristopherem, który był „Licytantem nr 70” w 2008 roku w Salt Lake City. Brał udział w aukcji na działki eksploatacyjne na terenach publicznych, nie posiadając pieniędzy na wydobycie minerałów. Został aresztowany i wtrącony do więzienia na 21 miesięcy. Jest założycielem Centrum Nieposłuszeństwa Klimatycznego. Dziękuję, Tim.
Tim DeChristopher: Dziękuję za zaproszenie.
CH: Podziel się swoją wizją przyszłości świata, będącej konsekwencją braku reakcji ze strony globalnych elit. James Hansen [były główny klimatolog NASA] nazwał ostatnią konferencję klimatyczną oszustwem.
TD:Tak. Konferencję paryską określam mianem zabawy w udawanie. Z całą pewnością nie zatrzymamy zmiany klimatu na poziomie 1.5°C. Wzrost ten jest przesądzony. Nie zatrzymamy jej na 2°C.
CH: Czy nie mamy zagwarantowanego wzrostu o 4-5°C, nawet gdybyśmy powstrzymali wszystkie emisje CO2?
TD:Wielu naukowców twierdzi, że przy 2°C przekroczymy punkty krytyczne, które zaprowadzą nas do 4-5°C. Co oznacza, że nie ograniczymy zmiany klimatu do poziomu, który pozwoli uratować pokrywy lodowe czy chronić nasze przybrzeżne miasta. Mamy zagwarantowane potężne zaburzenia wzorów pogodowych, ekosystemów, praktyk rolniczych. Migracje na ogromną skalę. Patrzę na to pod kątem potencjalnego wpływu, jaki wydarzenia te wywrą na ludzi. Często mówimy o wpływie w wymiarze naukowym – wzroście poziomu morza, stopniu zmiany cyklu opadów itd. Myślę, że obierając taką perspektywę, umniejszamy wagę tych zjawisk. Zmiana klimatu jest mechanizmem spustowym napięć społecznych i niesprawiedliwości, których doświadczamy już teraz. Przyglądam się południowemu zachodowi USA. Spędziłem tam mnóstwo czasu, pracując w okolicach rzeki Kolorado, która wysycha. Przewiduje się, że proces ten będzie postępował znacznie szybciej, niż się spodziewano. W 2015 roku Biuro Melioracji potroiło prawdopodobieństwo, że do 2020 nastąpi spadek poziomu jeziora Mead uniemożliwiający generowanie prądu.
CH: W każdym nowym raporcie klimatycznym czytamy, że wydarzenia przyspieszają w tempie, którego badacze się nie spodziewali.
TD:Tak. Każdy nowy raport jest kolejną porcją złych wiadomości. Sprawy mają się gorzej…
CH: I ulegają pogorszeniu znacznie szybciej.
TD:Tak. Częściowo jest to związane z pojawiającym się nowym rozumieniem zagadnień. W innych przypadkach klimatolodzy po prostu bardziej otwarcie mówią o tym, co wiedzą od pewnego czasu. Posiadają mocniejsze dowody, aby bez wahania podzielić się wiedzą posiadaną od 5-10 lat. Są świadomi od 2005 roku, że nie powstrzymamy zmiany klimatu. Podczas klęski w Kopenhadze było jasne, że nie ograniczymy jej do niekatastrofalnego poziomu. Rozważmy wpływ tych faktów na dynamikę relacji międzyludzkich. Na południowym zachodzie kraju stoimy w obliczu niedoborów wody. Nie dzieje się to w próżni czy idealnym społeczeństwie. Ma to miejsce w regionie, w którym mamy grupy takie jak „suwerenni obywatele”, które mają w zwyczaju obwiniać za swoje problemy imigrantów i osoby ciemnoskóre. Przy obecnym poziomie desperacji strzelają do imigrantów przekraczających granicę. Dochodzi do tego mimo braku jakiegokolwiek realnego niebezpieczeństwa. Biali mężczyźni widzą rzekome zagrożenie…
CH: Być może ekonomiczne.
TD:Tak, ale jego poziom jest niewielki w porównaniu z ustaniem produkcji prądu…
CH: To prawda.
TD: …kiedy pojawią się obowiązkowe ograniczenia dostępu do rzeki Kolorado.
CH: Wyjaśnij, co to oznacza.
TD:Chodzi o międzynarodowe porozumienie między rządem federalnym i Meksykiem dotyczące prawa dostępu do wody z rzeki Kolorado. Spadający jej poziom w rezerwuarach uruchamia obowiązkowe ograniczenia. Miejsca takie jak Arizona są nimi objęte w pierwszej kolejnści. Dotyczą podlewania trawników itp. Przemysł rolny znajduje się na liście ograniczeń przed polami golfowymi.
CH: Tak samo jest w Kalifornii.
TD:Najpierw odcinamy dostawy wody do gospodarstw, a potem do pół golfowych. Kiedy ustanie produkcja prądu, pola też będą suche. Oznacza to, że turystyka, rolnictwo doświadczą rzeczywistych, poważnych konsekwencji. Poza tym pojawi się bardzo ludzki brak poczucia bezpieczeństwa, kiedy z kranu przestanie lecieć woda. Powoduje to głęboki niepokój. Skoro tak śladowe zagrożenie dla patriarchatu i białej supremacji wystarczy, by ludzie zaczęli strzelać do imigrantów, to jaką reakcję wywoła w naszym i innych społeczeństwach poważne, rzeczywiste zagrożenie bezpieczeństwa? Mamy z nim do czynienia w Syrii.
CH: Powinniśmy dodać, że oczywiście trwa tam straszna wojna domowa, ze zmasowanymi nalotami głównie USA i Rosji, ale są również poważne problemy związane z wodą i zasobami.
TD:Tak. I nawet CIA przyznała, że głównym zarzewiem konfliktu była kilkuletnia susza, która zmusiła rolników do opuszczenia swojej ziemi. Susza spowodowała ogromną migrację kilku milionów ludzi do miast, co wywołało liczne napięcia społeczne. W Darfurze susza podobnie była ważnym czynnikiem sprawczym ludobójstwa. Uważam, że nasza rola polega na tym, by w tę napiętą, potencjalnie wrogą sytuację wnieść człowieczeństwo. Nie jest kwestią przesądzoną, że niedola antagonizuje ludzi, wyzwala w nas to, co najgorsze. Uważam, że niedola może być też przebudzeniem. Może dzięki niej stwierdzimy, że „wartości” takie jak chciwość i konkurencja nie są najlepszym fundamentem społeczeństwa. Może zwróci nas ku sobie i zaczniemy więcej współpracować. Autentyczna niedola zmiany klimatu może być doborem naturalnym preferującym osoby chętne do współpracy, a nie tych, którzy gotowi są robić rzeczy najstraszniejsze.
CH: Można argumentować, że w miarę pogarszania się stanu środowiska naturalnego jedynie ci, którzy ze sobą współpracują będą mieli szansę zbudować systemy przetrwania. Kropotkin pisze, że w świecie zwierząt idea „przetrwania najsilniejszych” jest błędna. To stada, grupy, w których osobniki dbają o siebie nawzajem, cieszą się najwyższymi wskaźnikami przetrwania.
TD:Tak czy inaczej, żadna z opcji nie jest nieunikniona. Myślę, że jest to społeczny wybór. Musimy być do niego przygotowani. Jeśli wpadniemy w ten kryzys ze zwyczajowym szukaniem kozła ofiarnego i przemocą, która szaleje w naszym społeczeństwie, wówczas przed nami bardzo mroczna droga. Jeśli wkroczymy z większą dozą świadomości, intencji i odwagi, możemy tę drogę zmienić.
CH: Jak mamy zbudować tę świadomość, skoro żyjemy w gabinecie luster, iluzji? Nie konfrontujemy się z rzeczywistością kierunku, w którym zmierzamy, a nawet z tym, co dzieje się wokół nas.
TD:Myślę, że świadomość pochodzi od osób, które tę rzeczywistość dostrzegają i są gotowe szczerze o niej mówić. Wielu członków ruchu klimatycznego wie, że jest za późno, by powstrzymać zmianę klimatu, ale mówią „Nie możemy tego publicznie przyznać, ludzi sparaliżuje strach” itd. „Nie możemy mówić o strategiach adaptacji, bo odciągnie to uwagę od wysiłków zapobiegawczych”.
CH: Adaptację do zmiany klimatu.
TD:Tak. Po klęsce konferencji w Kopenhadze w 2009 roku stało się jasne, że miejsca takie jak Bangladesz znajdą się pod wodą. Było to oczywiste po roku 2009.
CH:To samo spotka większość naszych dużych przybrzeżnych miast, chociażby Miami.
TD: Tak. Kiedy stało się oczywiste, że kraj zostanie zalany, pojawiło się pytanie o los ludzi. Ze 160 milionów Banglijczyków połowa żyje poniżej 10 metrów nad poziomem morza. Nie było na ten temat otwartej rozmowy. Powiedziano nam, że nie powinniśmy o tym mówić, bo ludzie nie radzą sobie z rozmową na ten temat. Ale ktoś tę rozmowę odbył. Dwa lata po konferencji Indie rozpoczęły budowę ogrodzenia na granicy z Bangladeszem. Ma długość 2880 kilometrów i jest częściowo pod napięciem. Ktoś podjął decyzję: „Zatrzymamy tych ludzi tam, gdzie są, żeby nie sprawiali nam kłopotu”.
CH: Wiemy, że Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) analizowała scenariusze zmiany klimatu. Armia i Pentagon z pewnością przygotowują się na nadejście tego świata. Oczywiście odbywa się to w tajemnicy.
TD:Właśnie. Przy braku publicznej rozmowy o tym, w jaki sposób mamy pokonywać tę trudną drogę, respektując wartości, które nas łączą i pozwalają zachować człowieczeństwo, wyjściem domyślnym staje się ludobójstwo. Przykładem tego są decyzje dotyczące Bangladeszu.
CH: Jak sobie radzisz z manią nadziei, która jest właściwa kulturze amerykańskiej? Jeśli nie masz do przekazania wiadomości pełnej nadziei, nikt nie chce cię wysłuchać.
TD:Szkoda, że nie mam dobrej odpowiedzi. Zmagam się z tym. Często.
CH: Przed chwilą przedstawiłeś opartą na faktach rzeczywistość, która nie zaniesie nas ku świetlanej przyszłości. W tej kulturze ludzie odrzucą taki przekaz.
TD:Po konferencji w Paryżu przez kilka tygodni byłem w depresji. Byłem świadkiem nieszczerej reakcji ruchu klimatycznego. Nawet tej jego części, którą zazwyczaj szanuję.
CH: Chodzi o nazwanie konferencji „przełomem” itd.
TD:Tak. „Bezprecedensowym porozumieniem”, które nie jest bardziej ambitne czy wiążące niż faktyczne porozumienie z 1992 – pierwotna Ramowa Konwencja ONZ w sprawie Zmiany Klimatu.
CH: Dlaczego tak postąpili? Jak sądzisz? Przecież muszą wiedzieć. Na pewnym poziomie muszą rozumieć…
TD:Myślę, że przez wzgląd na różne czynniki. Częściowo odpowiada za to struktura organizacji pozarządowych i wymogi jej finansowania, co muszą robić, aby chronić i promować swoje organizacje. Po części wpłynął na to świecki charakter ruchu, któremu brakuje narzędzi, by zmierzyć się z trudną prawdą.
CH: Poruszyłeś istotną kwestię, do której chciałbym powrócić.
TD:Narzędzia te pozwalają radzić sobie z żalem, rozpaczą, które przychodzą, gdy uznasz tę prawdę. Nie chcę przypisywać innym zbyt wielu negatywnych motywacji.
CH: Czy nie jest to tak naprawdę pewien rodzaj infantylności?
TD:Tak. Panuje dość powszechne przeświadczenie, że ludzie nie udźwigną tej prawdy. Musimy karmić ich małymi porcjami informacji, które według nas zdołają przyswoić; sterować nimi, by podjęli pożądane działania.
CH: Pomówmy o żalu. Odczuwam go. Czytam raporty klimatyczne. Mam dzieci. Napełnia mnie to rozpaczą. Jak sobie z tym poradzić?
TD:Częściowo poprzez przyznanie, że kierunek, w którym zmierzamy był nieunikniony i nasze życie dobiegnie końca.
CH: Jako gatunku.
TD:I jako jednostek. Kultywujemy to progresywne mniemanie, że robiąc rzeczy dobre uczynimy świat lepszym w bliżej nieokreślonej przyszłości. Nawet kiedy mamy świadomość, że nie będzie to przyszła „ziemia obiecana” czy utopia, wciąż trzymamy się systemu wartości opartego na rezultacie. Ostatecznie wszystko będzie dobrze.
CH: To mit postępu.
TD:Tak. Ale myślę, że jest to również powiązane z mitem o nieśmiertelności. Relacjonując jedne z najszlachetniejszych naszych uczynków, mówimy, że „ocaliliśmy czyjeś życie”. Ale osoba ta i tak umrze. Każdy człowiek, którego spotka z naszej strony coś dobrego, umrze. Jeśli nasze działania zorientowane są na rezultat, to znaczy, że oszukujemy samych siebie.
CH: Dlatego Herman Melville pisząc „Moby Dicka” stworzył złowrogie bóstwo i właśnie z tego powodu stanął po stronie Ahaba. Poszukuje on białego kaszalota, by zabić złowrogie bóstwo. Jak napisał Marek Edelman, dowódca powstania w getcie warszawskim: „Osłaniamy płomień, dopóki nie zostanie zdmuchnięty”. Jak mamy zmierzyć się z tą śmiertelnością jako jednostki i społeczeństwo? Starożytni Grecy postrzegali jednostki i społeczeństwa jako podlegające cyklowi narodzin, dojrzewania, rozkładu i śmierci. Nikt z nas nie jest na to uodporniony. Ale ze względu na hebrajskie, chrześcijańskie pojęcie liniowego czasu, nasz sposób myślenia jest odmienny. Jak trafnie zauważyłeś, utrudnia on nam mierzenie się ze śmiertelnością. Jak można go spenetrować? Jakie duchowe środki pozwolą nam skonfrontować się z rzeczywistością?
TD:Myślę, że takim środkiem jest proces, który zakorzenia nasze wartości w „tu i teraz”, w uznaniu, że nasze wartości, o które walczymy, mają sens tu i teraz, niekoniecznie w odniesieniu do odległego rezultatu. Troszczymy się o siebie nawzajem i otaczający świat, walczymy o sprawiedliwość, ponieważ jest to sposób na okazanie wdzięczności światu, który kochamy, ludziom, których kochamy czy bogu, który kocha świat. To naprawdę jedyny sposób, by być częścią darów świata, które otrzymujemy.
CH: A nie dlatego, że sytuacja ulegnie poprawie.
TD:Tak. Nie musi to być bezwarunkowe oddanie jednemu z tych poczuć moralności – opartemu na obowiązku lub rezultacie. Nie oznacza to, że działania podejmujemy arbitralnie, nie licząc na ich skuteczność. Z pewnością nie prowadzi to do dobrego aktywizmu.
CH: Kiedy rozmawiałem z ojcem Danielem Berriganem, powiedział, że jego wiara była przekonaniem, że dobro – na ile potrafimy je określić – przyciąga dobro. Być może wszystkie empiryczne dowody temu przeczą, ale nie unieważniają one tego, co zrobiłeś. Buddyści nazywają to karmą. Sądzę, że właśnie to masz na myśli. Być może największym kryzysem egzystencjalnym naszych czasów jest widzieć wyraźnie to, co jest przed nami, i mimo to czynić dobro, o ile możemy to tak nazwać. Właśnie to definiuje życie duchowe. Uważam, że jego wielka siła tkwi w tym, że nie wierzy w iluzję. Akceptuje mrok. Jednak odpowiada na ten mrok – jak zauważyłeś – troską o życie.
TD:I według mnie na tym polega fundamentalna różnica między aktywistą duchowym…
CH: Którym jesteś.
TD:…i aktywistą technokratycznym.
CH: Nie chcę szargać twojej reputacji wypominając ci harwardzkie religioznawstwo… Podobnie jak ty ukończyłem te studia. W miarę postępującego rozpadu świata potrzebować będziemy umocowania duchowego – niekoniecznie w religii chrześcijańskiej lub religii w ogóle – aby stawić czoła temu, co jest przed nami. Posiadał je Albert Camus i inni ludzie, którzy nie wywodzą się z tradycji religijnej. Znaleźli inne słownictwo, by to umocowanie wyrazić.
TD:Widzę coraz większy jego głód w szeregach aktywistów. Zwłaszcza wśród tych najmłodszych. Wraz z pozostałymi założycielami Centrum Nieposłuszeństwa Klimatycznego odwiedziliśmy przedstawicieli Sieci Działań na rzecz Lasów Deszczowych. Wyjaśniliśmy, dlaczego nasza strategia może skutecznie wprowadzić społeczną zmianę. Była to ze wszech miar logiczna prezentacja. We wstępnie wspomnieliśmy, że podchodzimy do tej kwestii z perspektywy duchowej. Kiedy nadszedł moment pytań, nasi gospodarze chcieli rozmawiać wyłącznie o duchowym umocowaniu naszej pracy.
CH: Co im powiedzieliście?
TD:Wywodzimy się z nieco odmiennych środowisk; wyjaśniliśmy, skąd się wzięło duchowe umocowanie; co znaczy dla każdego z nas; kiedy zaczęliśmy ufać, że perspektywa ta może odegrać w naszej pracy realną rolę. Jeśli chodzi o mnie, to przekonałem się o tym kilka lat temu, kiedy udzielałem rad grupie aktywistów Greenpeace’u, którym postawiono zarzuty za wywieszenie baneru i groziło im za to 9 lat więzienia. Instruowałem ich, jak przygotować się do procesu i odsiadki. Kilka dni później dowiedziałem się, że nazajutrz po naszym spotkaniu jeden z aktywistów popełnił samobójstwo. Zmusiło mnie to do ponownego zastanowienia na tym, co to znaczy pomóc komuś w znalezieniu narzędzi do wykonywania tej pracy. Uświadomiło mi, że w pracy na rzecz sprawiedliwości klimatycznej walczymy z wielkimi nikczemnościami.
CH: Walczymy z siłami śmierci. Dosłownie.
TD:Tak. Na wiele sposobów. Mężczyzna, który się zabił był również weteranem z Iraku i Afganistanu. Walka z przemysłem paliw kopalnych przeplata się z walką o sprawiedliwość społeczną i z innymi przejawami zła w naszym zmilitaryzowanym społeczeństwie. Nowej powagi nabrała kwestia, na jakim gruncie stoimy, gdy występujemy przeciwko takiemu złu; jak rozwijamy ją w tym ruchu. Zrozumiałem, że nie włożyliśmy dość wysiłku w te duchowe zmagania.
CH: Myślę, że masz rację. I jest to spoiwo, które pozwoli nam trzymać się razem, kroczyć dalej. To rozumienie, że istnieją moralne imperatywy ważniejsze nawet od samej skuteczności działań. Jeśli pozostaniemy wierni tym imperatywom, moralnemu życiu, nawet klęska nie przekreśli wartości naszych starań. W oporze i walce o sprawiedliwość nie chodzi o osiągnięcia, tylko o to, kim dzięki niej się stajemy jako istoty ludzkie. Dziękuję, Tim.
TD:To ja dziękuję.
CH: I dziękuję państwu za obejrzenie „DNI REWOLTY”.
Polityka ministra Jana Szyszki, który jest głuchy na argumenty naukowców i uparł się walczyć z kornikiem w Puszczy Białowieskiej za pomocą pilarek, zaprzepaściła szansę Białowieskiego Parku Narodowego na odzyskanie prestiżowej nagrody Rady Europy – Europejskiego Dyplomu Obszarów Chronionych. Może też zagrozić kandydaturze Polski, która chce być gospodarzem sesji Międzynarodowego Komitetu Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Europejski Dyplom Obszarów Chronionych (EDPA) to wyróżnienie dla najcenniejszych obszarów przyrodniczych, które są zarządzane we wzorowy sposób. Przyznawany od 1965 roku dyplom posiadają 74 obszary; w Polsce tylko Bieszczadzki Park Narodowy. Białowieski Park Narodowy mógł się szczycić prestiżową nagrodą od 1997 do 2007 roku, kiedy Dyplom Rady Europy zawieszono ze względu na brak planu ochrony parku i wycinkę ostatnich starodrzewi w puszczańskich lasach w zagospodarowanej części Puszczy.
BPN starał się odzyskać wyróżnienie. Jesienią 2015 r. odbyła się wizyta ekspertów Rady Europy, po której zamierzali nagrodę przywrócić. Ale zmienili zdanie po tym, jak administracja Lasów Państwowych przeforsowała aneks do PUL zwiększający wycinkę w puszczańskich nadleśnictwach. W świetle nowych faktów eksperci poprosili polskie władze o wyjaśnienia i postanowili odłożyć decyzję ws. dyplomu dla Białowieskiego Parku Narodowego do 2017 roku.
Europejskiej lewicy nie udało się zająć głównej roli w debacie na temat humanitarnych rozwiązań kryzysu uchodźczego. (więcej…)
Podczas gdy Mahatma Gandhi jest przede wszystkim kojarzony ze swoją kampanią na rzecz zakończenia brytyjskiego kolonializmu pół wieku temu, większa część pracy jego życia poświęcona była przywróceniu witalności Indii i regeneracji ich kultury od samych podstaw.
Był niezmordowanym orędownikiem idei, którą nazywał swadeshi, lub lokalną samowystarczalnością. Wierzył, że duch Indii zawarty jest w społeczności wiejskiej, a prawdziwa wolność narodu indyjskiego może być osiągnięta jedynie poprzez stworzenie konfederacji samorządnych, samodzielnych i pracujących na własny rachunek społeczności ludzi żyjących na wsi, którym środków do godziwego życia dostarczają produkty z ich własnych gospodarstw.
Jak pokazała historia, po uzyskaniu przez Indie niepodległości idee Gandhiego zostały zignorowane, szczególnie jego nauki o oszczędności i ochronie zasobów. Podobnie jak wiele innych krajów rozwijających się, Indie przez pewien czas flirtowały z socjalizmem, później jednak porzuciły go na rzecz reform rynkowych w stylu zachodnim. Obecnie wszystkie główne partie polityczne wiążą przyszłość kraju z rozwojem najnowszych technologii, co najprawdopodobniej przyniesie krótkoterminowe korzyści niektórym Hindusom, ale w dłuższym okresie czasu pociągnie za sobą negatywne konsekwencje społeczne i ekologiczne.
Lecz jednocześnie rośnie w siłę ruch społeczny nawiązujący do idei Gandhiego i czerpiący z nich inspirację. Coraz więcej i więcej ludzi, w Indiach i gdzie indziej, zaczyna kwestionować wartość reform wolnorynkowych i deregulacji. Dostrzegli oni, że dążenie do globalizacji gospodarczej wywołało mnóstwo negatywnych skutków, od pogłębienia nierówności ekonomicznych i przeludnionych miast, po zniszczenie środowiska i unicestwienie tradycji i kultur lokalnych.
Jedną z czołowych spadkobierczyń intelektualnej spuścizny Gandhiego jest Vandana Shiva, z wykształcenia fizyk i filozof kultury, która zyskała znaczną renomę, jako orędowniczka zrównoważonego rozwoju, samostanowienia, praw kobiet i sprawiedliwości ekologicznej. Napisała ponad tuzin książek, m.in.: Monocultures of the Mind, Staying Alive: Women, Ecology and Development, i Biopiracy. Jest również znana w Indiach z powodu swojego zaangażowania w działania obywatelskie na rzecz ocalenia lasów, rozwoju sieci współpracy kobiet oraz ochrony bioróżnorodności.
Vandana Shiva jest dyrektorką the Research Foundation for Science, Technology, and Natural Resource Policy w Dehra Dum. Otrzymała liczne nagrody I wyróżnienia, w tym w 1998 roku Alfonso Comin Award i w 1993 roku Right Livelihood Award, nazywaną również Alternatywną Nagrodą Nobla. Nieżyjący już ekolog, David Brower powiedział pewnego razu, że gdyby istniało stanowisko prezydenta świata, chciałby, żeby została nim Shiva.
Scott London: Z wykształcenia jesteś fizykiem i filozofem nauki. Jak to się stało, że zainteresowałaś się aktywizmem ekologicznym, prawami kobiet i problemami globalnej gospodarki?
Vandana Shiva: Studiowałam fizykę z powodu mojej miłości do natury. Kiedy byłam młodą studentką nauk ścisłych, uczono mnie, że fizyka jest sposobem na uczenie się natury. Tak więc moje podróże w dziedzinie fizyki były w istocie wyrazem tych samych pragnień, które sprawiły, że zagłębiłam się w ekologię. Nie są one tak naprawdę czymś różnym, oprócz tego, że jest dodatkowy wymiar – dostrzeganie zniszczeń ekologicznych i systemu podtrzymującego życie, który pozwala nam przetrwać na tej dewastowanej przez ludzi planecie. To sprawia, że chcę robić więcej niż tylko badania; to zmusza mnie do działania, do interwencji.
Jestem kobietą, córką feministki i wnuczką dziadka feministy. Nie sądzę, żebym mogła uniknąć zajmowania się kwestiami kobiet. Nie zajmuję się tym dla kariery, ani nie traktuję jako profesji, jest to sedno mojej natury, jako istoty ludzkiej. Kiedy widzę zbyt wiele niejasności w sposobach, na jakie wyjaśnia się istnienie nierówności – dlaczego ludzie, którzy pracują najciężej na świecie, stają się najubożsi – nie potrafię po prostu zdystansować się i nie starać się zrozumieć przepaści dzielącej biednych i bogatych, która nieustannie się pogłębia, lub dlaczego tak wielu ludzi cierpi z powodu bezdomności i głodu. Dla mnie wszystkie te kwestie – sprawiedliwości, ekologii, dociekań naukowych za pomocą fizyki – mają to samo źródło. W pewnym sensie, tak naprawdę nie zmieniłam obszaru zainteresowań, podróżowałam i podróżuję tą samą drogą.
Scott London: Czy nie jest to w jakiś sposób niezwykle, że hinduska kobieta interesuje się fizyką i robi doktorat w tej dziedzinie?
Vandana Shiva: Byłam oryginalna. Tak naprawdę do tej pory nie wiem, co zainspirowało mnie do studiowania fizyki. Ale odkąd miałam dziewięć lub dziesięć lat, chciałam być taka jak Einstein. Był moim bohaterem. Nie znałam żadnych fizyków. Nie znałam żadnych naukowców. Nie miałam nikogo w pobliżu. I chodziłam do szkoły, w której nie było nawet wyższej matematyki i fizyki. Sama nauczyłam się tych przedmiotów, żeby dostać się na studia.
Lecz wziąwszy pod uwagę to, że interesowałam się fizyką, myślę, było mi łatwiej studiować ją w Indiach. Sądzę, że struktury wykluczenia są mocniej wbudowane w społeczeństwo amerykańskie, na przykład młode dziewczyny, które interesują się naukami ścisłymi, po pewnym czasie przestają wierzyć w siebie. Struktury wykluczenia działają przeciwko nim. W Indiach mamy inne struktury wykluczenia, ale nie wokół nowoczesnej wiedzy naukowej. Więc jeśli jesteś w stanie to robić, nikt cię nie będzie zatrzymywał, ponieważ nie uważa się tego za coś, czego nie powinny robić kobiety. W gruncie rzeczy w Indiach jest więcej matematyczek, lekarek i naukowców płci żeńskiej niż w Ameryce. Mieliśmy nawet kobietę jako głowę państwa, a jest to coś co w Stanach Zjednoczonych jeszcze się nie zdarzyło.
Scott London (śmiejąc się): To prawda. A więc po uzyskaniu stopnia magistra w dziedzinie fizyki, kontynuowałaś studia i zrobiłaś doktorat z filozofii nauki.
Shiva: Tak. Zaczęłam od fizyki jądrowej. Lecz po tym, jak stałam się bardziej wrażliwa na ekologiczne i zdrowotne konsekwencje systemu nuklearnego – byłam pierwszą kobietą w Indiach przygotowywaną do pracy przy reaktorze powielającym na prędkich neutronach (i byłam w nim, gdy po raz pierwszy sytuacja stała się krytyczna) – nie czułam się z tym dobrze. Zajęłam się więc fizyką teoretyczną.
Napisałam pracę magisterską na temat cząstek elementarnych. Ale podstawą cząstek elementarnych jest teoria kwantowa, wokół której było zbyt wiele problemów pojęciowych, które nie dawały mi spokoju. Zdecydowałam się więc na pracę nad podstawami teorii kwantowej. W tej dziedzinie zrobiłam mój doktorat.
Jedyną uczelnią oferującą taki program był Uniwersytet Zachodniego Ontario. Zgromadził on matematyków, fizyków, filozofów i logików z całego świata. Byłam częścią tego niezwykłego wydziału w jego szczytowym, najbardziej ekscytującym momencie, w czymś, co prawdopodobnie stanowiło pięć lub sześć najwspanialszych lat w dziedzinie podstaw teorii kwantowej.
Nie porzuciłam fizyki z powodu znudzenia. Zostawiłam ją, ponieważ wciągnęły mnie bardziej inne kwestie. I zawsze sobie powtarzam: „Gdy będę miała 60 lat, chciałabym wrócić do tego, co przerwałam”.
Scott London: Czy mogłabyś powiedzieć, jakie były niektóre z tych „gorących spraw”, które tak bardzo Cię zainteresowały w tych wczesnych latach?
Vandana Shiva: Pierwszą kwestią, która mnie zaintrygowała, była przedziwna sprzeczność pomiędzy faktem, że Indie były krajem wysoko rozwiniętym pod względem naukowym (byliśmy wtedy trzecią największą potęgą naukową na świecie), a niewiarygodnym ubóstwem, z którym w tym samym czasie musieliśmy się zmagać. Zależność liniowa, która mówi, że nowoczesna nauka równa się rozwojowi i zmniejszeniu ubóstwa, nie odnosiła się do Indii. Nie działała. Coś było nie tak. Tak więc zrozumienie społecznego kontekstu nauki i technologii stało się jednym z moich imperatywów.
Inną sprawą było zanikanie himalajskiego lasu, w którym dorastałam. Powstał i wspaniale się rozwijał ruch społeczny nazywany ruchem Chipko. Kobiety wiejskie obejmowały drzewa, żeby zapobiec wycince. Mój ojciec był leśnikiem i dorastałam na tych wzgórzach. Widziałam, jak znikały lasy i strumienie. Przyłączyłam się do tego ruchu i zaczęłam pracować z wieśniaczkami. Dowiedziałam się od nich, jakie znaczenie mają lasy dla wiejskich kobiet w Indiach – dostarczają opału, pożywienia i lekarstw, są źródłem bogatej wiedzy.
Mój ojciec, który był leśnikiem z wykształceniem akademickim, wiedział co nieco o lesie. Ale stało się dla mnie jasne, że te kobiety wiedzą więcej o lokalnej bioróżnorodności niż jakikolwiek wykształcony leśnik. Znały każdy zakątek swojego ekosystemu. Tak wiec uczyłam się od nich i pracowałam dla nich, pisząc ich raporty i sprawozdania.
To właśnie spowodowało, że porzuciłam pracę wykładowczyni uniwersyteckiej i założyłam instytut pod nazwą The Research Foundation for Science, Technology and Active Resource Policy. Brzmi to niezwykle górnolotnie, ale tak naprawdę oznacza bardzo prostą rzecz – zaprzęgnięcie badań naukowych w służbę nie tylko bogatych i posiadających władzę w społeczeństwie, czy też rządu i sektora prywatnego, lecz również ruchów oddolnych.
Dostrzegłam znakomite pomysły powstające w tych ruchach, które potrzebowały lepszej artykulacji, szczegółowego opracowania i systematycznej analizy. Po prostu poszłam za tym, i jest to bardzo ekscytujące.
Scott London: Powiedziałaś, że najważniejszy problem stojący przed dzisiejszym światem, jest dwoistej natury: z jednej strony potrzeba zrównoważenia ekologicznego, a z drugiej sprawiedliwości społecznej. Dla wielu ludzi, szczególnie w USA, są to nie mające ze sobą związku, osobne kwestie. Lecz dla ciebie są one niemożliwe do rozdzielenia.
Vandana Shiva: Tak, dla mnie są one ściśle ze sobą związane, częściowo ponieważ mój pogląd na ekologię wywodzi się z marginesów indyjskiego społeczeństwa, od producentów rolnych, którzy stanowią 70% indyjskiej populacji – ludzi, którzy są zależni od zasobów naturalnych, bioróżnorodności, ziemi, lasów i wody. Ich środkami produkcji jest natura. Dewastacja środowiska jest więc dla nich formą niesprawiedliwości. Kiedy las zostaje zniszczony, kiedy obwałowuje się rzekę, kiedy zanika bioróżnorodność, kiedy pola przesiąkają wodą lub ulegają zasoleniu z powodu działalności gospodarczej, zagraża to przetrwaniu tych ludzi. Zatem nasze ruchy ekologiczne są ruchami na rzecz sprawiedliwości społecznej.
Myślę, że przyczyna tego, że nie jest tak w warunkach północnoamerykańskich, ma związek z historią tego kraju. Okupacja tego kraju (a przybycie Kolumba z pewnością było okupacją, nie da się temu zaprzeczyć) oznaczała, że cała historia Rdzennych Amerykanów została ukryta. Ziemię można okupować tylko wtedy, gdy najpierw określi się ją, jako niezamieszkałą. Więc uznano ją za niezamieszkałą dzicz, pomimo że od tysiącleci żyła na niej ludność tubylcza.
Tak więc historycznie natura została zdefiniowana jako dzicz. Później, gdy pojawił się ruch na rzecz ochrony środowiska, powstał on niezależnie od kwestii nierówności społecznych i problemów ekonomicznych związanych z przetrwaniem. Był to ruch ekologiczny stworzony przez kulturę okupantów. Z pewnością, gdyby zapoczątkowali go Rdzenni Amerykanie, nie miałby tych samych korzeni.
Zatem obecnie ruch ekologiczny znalazł się w opozycji do kwestii sprawiedliwości. Można to dostrzec w sposobie, w jaki przedstawia się problemy. Jest to ciągłe powtarzanie schematu praca versus środowisko, natura versus chleb. Są to skrajnie nienaturalne dychotomie.
Sądzę, że osiągnęliśmy stadium, na którym powinniśmy poszukiwać równocześnie rozwiązań problemów związanych z niesprawiedliwością ekonomiczną i brakiem zrównoważenia. Zrównoważenie dotyczące środowiska i sprawiedliwość w znaczeniu prawa każdej jednostki do własnego miejsca w systemie produkcji i konsumpcji – to dwa aspekty tej samej kwestii. Zostały one w sposób sztuczny rozdzielone i muszą na nowo stać się częścią zachodniego sposobu myślenia.
Scott London: To bardzo ciekawe, że chociaż jesteś naukowcem i kształciłaś się w zdecydowanie zachodniej tradycji intelektualnej, reprezentujesz bardzo różny światopogląd.
Vandana Shiva: Mój proces edukacji naukowej był w istocie bardzo krytyczny wobec nauki mechanistycznej. Studiowałam teorię kwantową, która pojawiła się na początku zeszłego stulecia. Jesteśmy opóźnieni o całe stulecie, jeśli chodzi o uświadomienie sobie, jak ogromnym krokiem naprzód dla umysłu ludzkiego była teoria kwantowa. Na przykład pogląd, że rzeczy mają niezmienne właściwości, jest błędnym widzeniem świata. Właściwości są tworzone poprzez związki i procesy. Nie tkwią w istocie elektronów, fotonów czy kwantów w większym stopniu niż w naturze gleby, drzew czy ludzi. Tak więc moja krytyka redukcjonistycznej nauki wypływa z mojego przygotowania naukowego. Lecz pogłębiła się ona w wyniku moich doświadczeń, jako ekologa, na skutek uświadomienia sobie mającego obecne miejsce zniszczenia środowiska.
Rozumiem to w ten sposób, że zasadniczo nasz dominujący model nauki stał się niezwykle sprawny w manipulacji rzeczami dla pojedynczych funkcji i dla zewnętrznych celów. Tak więc, na przykład, jeśli chcesz, żeby krowa nie była jedynie krową lecz maszyną do produkcji mleka, możesz to zrobić tworząc nowe hormony, takie jak bydlęcy hormon wzrostu (Bovine Growth Hormone). Krowa może zapaść na poważną chorobę, może się uzależnić od leków, a konsumenci mogą się obawiać o swoje zdrowie i bezpieczeństwo mleka. Ale tak bardzo przyzwyczailiśmy się do manipulowania rzeczami, organizmami i ekosystemami dla jednego celu, że ignorujemy związane z tym koszty. Nazywam to „monokulturą umysłu”. Patrząc z perspektywy monokultury, manipulowanie rzeczami jest bardzo, bardzo sprytne. Lecz z perspektywy wielowymiarowej, z perspektywy różnorodności, jest to niesłychanie prymitywne, ponieważ straciliśmy krowę, która służy za źródło zrównoważonej energii.
W Indiach na skutek programów krzyżowania mających na celu uzyskanie produkcji mleka na poziomie zachodnich krów, takich jak krowy rasy Jersey i Holstein, nasze zwierzęta tracą zdolność do ciągnięcia pługów i wozów. Tak więc w konsekwencji mamy teraz zwierzęta pozbawione garbów i wytrzymałości. Jeśli postrzegamy bydło zarówno jako źródło naturalnego nawozu, zwierzęcej energii, jaki i mleka, wtedy bydło indyjskie nie jest gorsze. Jeśli oceniamy je jako maszyny do produkcji mleka, staje się mniej wartościowe. A co będzie jeśli ocenimy mleczne krowy amerykańskie lub rasy Jersey czy też alpejskie krowy szwajcarskie pod względem ich przydatności do pracy? Będą bez porównania gorsze.
Tak więc pojedynczy, jednowymiarowy sposób myślenia wytworzył monokulturę umysłu. A monokultura umysłu stała się samospełniającą się przepowiednią. To jest główna przyczyna naszego postrzegania równości jako czegoś niezgodnego z ekologią, a zrównoważenia jako sprzecznego ze sprawiedliwością.
Scott London: Usprawiedliwiamy te monokultury potrzebą wzrostu i rozwoju ludzkości.
Vandana Shiva: Jeśli weźmiemy pod uwagę cały system, rozwijanie czegoś w jednym wymiarze może w rzeczywistości spowodować niedobory w innym. Kiedy mówimy, że musimy zwiększyć produkcję, ponieważ ludzie potrzebują więcej jedzenia, więcej domów, więcej mięsa i więcej mleka, możemy sprawić, że jedna rzecz wzrośnie w określony sposób. Ale czyniąc to powodujemy skutki zewnętrzne i powstają niedobory innych, powiązanych rzeczy. Na przykład brakuje wody, gdy zanieczyścimy ją azotanami. Tracimy bioróżnorodność, kiedy obsiewamy ogromne pola tą samą odmianą kukurydzy, więc kiedy wybucha epidemia jednej choroby – zdarzyło się to w USA w latach siedemdziesiątych – wszystkie pola w całym kraju ulegają zniszczeniu. To wtedy Amerykanie uświadomili sobie znaczenie bioróżnorodności i rozpoczęli dyskusję na temat zasobów genetycznych i ich ochrony.
Dzisiejszy system technologii produkcji uzasadnia się potrzebą wytwarzania większej ilości dóbr, aby nakarmić więcej ludzi i zaspokoić więcej potrzeb. Lecz w rzeczywistości niszczy on więcej zasobów, których potrzebujemy w celu zaspokojenia tych wielorakich potrzeb. Jeśli przestawimy się na percepcję ekologiczną, percepcję różnorodności, zdamy sobie sprawę z tego, że niektóre z narzędzi, z których jesteśmy tak bardzo dumni, są w istocie niezwykle prymitywne w radzeniu sobie z naturą. Dla mnie jest to wielka lekcja świadomości ekologicznej na przełomie tysiąclecia.
Scott London: Wypowiadasz się zdecydowanie przeciwko patentowaniu roślin i ziół, jest to coś, do czego przemysł farmaceutyczny dąży bardzo agresywnie w ostatnich latach.
Vandana Shiva: Tak, to zjawisko zaczęło się w USA, gdzie korporacje zaczęły rościć sobie prawa do form życia, bioróżnorodności i innowacji innych kultur, występując o patenty na nie. Na przykład pestycydy z drzewa Neem w Indiach są opatentowane. Istnieje teraz patent ograniczający użycie zioła zwanego philantis neruri, którego używa się do leczenia żółtaczki. Jeszcze lepszym przykładem jest używanie kurkumy do gojenia ran, robi to każda matka i babcia w każdym domu w Indiach. Teraz Mississipi Medical Centre twierdzi, ze „wynalazło” zdolność kurkumy do gojenia ran.
London: Opisujesz dramatyczny przypadek pewnych amerykańskich badaczy, którzy pojechali do Indii i w gruncie rzeczy przejęli uświęcone tradycją i powszechnie znane lekarstwa medycyny ludowej dla celów czysto komercyjnych.
Vandana Shiva: Dokładnie. Nazwałam to zjawisko zawłaszczania wspólnej wiedzy i nauki ludów tubylczych „biopiractwem” i „intelektualnym piractwem”. Zgodnie z systemami patentowymi nie powinniśmy mieć możliwości patentowania czegoś, co istnieje jako „wcześniejsze dzieło” lub „aktualny stan wiedzy” (prior art). Ale w Stanach Zjednoczonych system patentowy jest w pewien sposób wypaczony. Przede wszystkim nie traktuje on wiedzy innych społeczeństw jako „prior art.”. Zatem ktokolwiek z USA może pojechać do innego kraju, dowiedzieć się o stosowaniu roślin leczniczych, lub znaleźć nasiono używane przez rolników, zgłosić to jako wynalazek albo innowację, uzyskać patent, i przywłaszczyć sobie wyłączne prawo do używania tych produktów lub procesów związanych z tą wiedzą.
Scott London: Czy możesz podać jakieś przykłady?
Vandana Shiva: Powiedziano mi właśnie, że Nestle wzięło sobie patenty na przyrządzanie pullao. (Pullao jest sposobem, w jaki przyrządzamy potrawy z naszego ryżu w Indiach, z warzywami, mięsem albo z czymkolwiek innym). Zanim się zorientujesz, każde powszechne zastosowanie roślin będzie opatentowane przez zachodnią korporację.
Dla mnie jest to absolutnie oburzające. Jest to gorsze od handlu niewolnikami, ponieważ to czym się handluje, jest sama wiedza umożliwiająca przetrwanie 80-ciu procentom ludzi na tym świecie. Tych 80 procent ludzi żyje dzięki bioróżnorodności i wiedzy, którą wypracowali, jako część bogatego kolektywnego dziedzictwa, obejmującego używanie nasion do uprawy roślin przeznaczonych do celów spożywczych i roślin leczniczych stosowanych do leczenia chorób.
Twierdzenie, że ten rodzaj piractwa jest „wynalazkiem” przypomina trochę tezę, że Kolumb, jako pierwszy „odkrył” ten kraj. W rzeczywistości został on „odkryty” tysiące lat temu przez Rdzennych Amerykanów.
Tego rodzaju zamykanie dostępu do biologicznych i intelektualnych dóbr wspólnych stanowi realne zagrożenie dla przyszłości ludzi na całej planecie, ponieważ powoduje sytuację, w której garstka korporacji agrobiznesowych, farmaceutycznych i agrochemicznych uzyskuje monopol na powszechne praktyki, które od pokoleń były częścią ludzkiego życia. W rezultacie ludzie tracą zdolność do samodzielnego dbania o własne życie. Każdy farmer musi każdego roku udać się do firmy nasiennej, aby zakupić jej nasiona i zapłacić korporacji 80 procent należności licencyjnej. To już się dzieje w tym kraju. Wymiany pomiędzy sąsiadami zaczęły być traktowane, jako przestępstwo. A jeśli chcesz zwalczać szkodniki metodami biologicznymi, nie możesz dłużej używać nasion ze swojego ogródka. Zamiast tego musisz polegać na Grace Corporation lub innym przedsiębiorstwie. Taki rodzaj zależności zasadniczo prowadzi do zwiększenia ubóstwa i większej degradacji ekologicznej.
Scott London: Jak się temu przeciwstawiacie – ty i kobiety, z którymi pracujesz?
Vandana Shiva: Mamy wielopoziomowy program oporu. Pierwszy krokiem jest podważanie tego jako kwestii moralnej i etycznej – w taki sam sposób, w jaki handel niewolnikami był poddawany w wątpliwość ze względu na to, że handel ludźmi jest nieetyczny. Nie można kopiować i sprzedawać wiedzy, jest to bezprawne i nie powinno mieć miejsca.
Drugim krokiem jest wypracowanie metod przywracania ludzkiej wiedzy, upewniania się, że ludzie odzyskują zaufanie do swojej własnej wiedzy, aby bioróżnorodność i wiedza pozostały w domenie dóbr wspólnych.
Trzeci polega na pracy nad alternatywami prawnymi. Tak jak prawa własności intelektualnej chronią innowacje indywidualnych osób, potrzebne są wspólne prawa własności, aby chronić dziedzictwo intelektualne ludności rdzennej. Prawa te zostały uznane w Konwencji o różnorodności biologicznej (Convention on Biological Diversity). Pracujemy nad tym, by stały się one niepodważalnymi podstawami naszego orzecznictwa.
Nie jest to łatwe, ponieważ jako kraj jesteśmy wciąż zastraszani na podstawie amerykańskiego prawa dotyczącego handlu zagranicznego (United States Foreign Trade Act). Zawiera ono klauzulę zwaną Special 301, która mówi, że jeśli Indie lub innych kraj, nie mają przepisów, które podobnie jak w USA pozwalają na rozwój tych monopoli, Stany Zjednoczone zastosują środki odwetowe.
Musimy więc budować strategie przeciwstawiania się retorsjom handlowym, opierając się na demokratycznych prawach ludzi i starodawnym dziedzictwie kolektywnych innowacji. Pracujemy od poziomu lokalnego – zwykłych obywateli – aż po rząd państwa i Światową Organizację Handlu. Oznacza to zasadniczo, że nasze kampanie są bardzo wielowymiarowe. I to między innymi nie pozwala się nudzić. Potrzebny jest zarówno opór, jak i kreatywność. Wymaga to konstruktywnego działania, a jednocześnie powiedzenia „nie”.
Scott London: Nacisk na pokojową odmowę współpracy ma dużo wspólnego z podejściem do zmiany społecznej reprezentowanym przez Gandhiego.
Vandana Shiva: Cóż, kiedy rozpoczynałyśmy naszą pracę, nazwałyśmy ją satyagrahą nasion (seed satyagraha). Jak wiesz Gandhi zapoczątkował walkę o niepodległość satyagrahą soli. Satyagraha oznacza „walka o prawdę” . Satyagraha soli była akcją bezpośrednią, polegająca na odmowie współpracy. Kiedy Brytyjczycy próbowali stworzyć monopol na produkcję i sprzedaż soli, Gandhi udał się na plażę w Dindi, podniósł grudkę soli i powiedział: „Natura dała nam to za darmo, aby nas pokrzepić, nie pozwolimy na stworzenie monopolu mającego na celu finansowanie armii imperialnej”.
Robimy dokładnie to samo w sprawie bioróżnorodności i nasion. Natura obdarzyła nas bogatą bioróżnorodnością biologiczną. Nie pozwolimy na monopol garstki korporacji. Jest ona podstawą naszego bogactwa i pożywienia – nie pozwolimy, by nam ją odebrano.
Odmowa współpracy z monopolistycznymi systemami praw własności intelektualnej, patentów i bioróżnorodności – mówienie „nie” patentom na życie i wypracowywanie intelektualnych koncepcji oporu – są w dużej mierze kontynuacją satyagrahy Gandhiego. Dla mnie chodzi tutaj o zachowanie wolności życia w jego bioróżnorodności. To jest satyagraha na następne tysiąclecie. Ruch ekologiczny musi się w to zaangażować, nie tylko w Indiach, ale również w Stanach Zjednoczonych. Ludzie, którzy wierzą w wolność idei, muszą się w to zaangażować, skądkolwiek by nie byli.
Scott London: Cytujesz Gandhiego, który powiedział: „W oporze zawiera się kreatywne tworzenie alternatywy”. Tak więc, jak to rozumiem, decyzja o sprzeciwie nie polega tylko powiedzeniu „nie”. Jest również częścią bardzo konstruktywnego poszukiwania lepszej alternatywy.
Vandana Shiva: Tak. Cały czas uczymy się na przykładzie ruchu niepodległościowego. Gandhi nie tylko powiedział „nie” dla importowanych tekstyliów niszczących nasz przemysł włókienniczy; zapędził wszystkich do pracy przy produkcji tkanin. Kołowrotek stał się symbolem niepodległości Indii. Z tego powodu zawsze mówimy „jeśli kołowrotek był symbolem naszej pierwszej niepodległości, to nasiono jest symbolem naszej wolności odzyskanej po raz drugi”.
Scott London: Jednym z najbardziej palących problemów ekologicznych jest dzisiaj przeludnienie. Kwestia ta jest często określana, szczególnie tutaj na Zachodzie, jako „problem trzeciego świata”, ponieważ najwyższy wskaźnik urodzin występuje w krajach biednych. Jaki jest twój punkt widzenia?
Vandana Shiva: Ludzie, którzy postrzegają eksplozję populacji w sposób maltuzjański – jako geometryczną progresję – zapominają, że wzrost populacji nie jest kwestia biologiczną. Liczba ludzi nie wzrasta z powodu ludzkiej głupoty i ignorancji. Wzrost populacji jest zjawiskiem ekologicznym ściśle związanym z innymi problemami, takimi jak uzurpacja zasobów niezbędnych ludziom do życia.
W Anglii nagły wzrost populacji bardzo wyraźnie związany był z zawłaszczeniem dóbr wspólnych, które pozbawiło chłopów ich ziemi. W Indiach było tak samo: liczba ludności wzrosła, gdy władzę przejęli Brytyjczycy i indyjskie ziemie zostały skolonizowane. Ziemia zamiast karmić naród indyjski, zaczęła karmić imperium brytyjskie. Wzrosło więc ubóstwo. Ludzie ubodzy, którzy nie są w stanie wyżywić się z własnej ziemi, mogą się jedynie utrzymać zwiększając liczbę członków rodziny, i z tego powodu się rozmnażają. Jest to racjonalna reakcja ludzi pozbawionych środków do życia.
Eksplozja populacji jest zjawiskiem ekologicznym, związanym z wysiedleniem. Jeżeli nie rozwiążemy ekologicznego problemu wysiedlania ludzi – aby budować wielkie zapory wodne i autostrady, aby zabrać ludziom to, czego potrzebują do przetrwania – nadal będziemy pompować coraz więcej pieniędzy w programy ludnościowe. Będziemy mieli coraz bardziej represyjne i agresywne metody, które traktują ciało kobiety, jak pole eksperymentalne do testowania nowych środków antykoncepcyjnych. Jednak nie rozwiąże to problemu przeludnienia.
Scott London: W jaki sposób powinniśmy podejść do tego problemu?
Vandana Shiva: Z problemem nadmiaru ludności można sobie poradzić tylko poprzez uznanie, ze ludzie mają prawo do podstawowego bezpieczeństwa ekonomicznego. Jeśli zapewnimy im bezpieczeństwo materialne i ekologiczne, populacja sama się ustabilizuje. Pokazuje to bardzo jasno przykład Kerali. Kerala jest stanem w południowych Indiach, gdzie tendencje są całkowicie przeciwne niż w reszcie trzeciego świata i pozostałej części Indii. Jest tak z dwóch lub trzech powodów. Panuje tam niezwykła równość płci. W stanie tym przeprowadzono również bardzo radykalny program reformy rolnej, więc nawet najbiedniejsi ludzie są właścicielami kawałka ziemi, na której stoi ich chata. Na przykład bezrolni robotnicy rolni mogą pracować na cudzej ziemi, ale posiadają na własność ziemię, na której stoi ich dom. Ta gwarancja zasobów ma ogromne konsekwencje dla bezpieczeństwa tych ludzi.
Kiedy byłam w stolicy stanu Kerala, pamiętam, że pewni bogaci ludzie powiedzieli mi: „Nie można znaleźć pokojówek, które chciałyby przychodzić każdego dnia. Mają domy i nie potrzebują pracować codziennie, ponieważ jeśli zostaną w domu, nie będą głodować”.
Scott London: Czy są jakieś wielkie postacie, które są dla ciebie wzorem do naśladowania?
Vandana Shiva: Jak powiedziałam wcześniej takim wzorem do naśladowania był dla mnie Einstein. Teraz mówi się dużo o tym, że oszukiwał kobiety i okropnie traktował swoją żonę, i prawdopodobnie, gdybym wiedziała o tym wcześniej, nie byłby dla mnie takim bohaterem.
Czasami, kiedy mam czas, rzeźbię, i pierwszą rzeczą, którą wyrzeźbiłam było popiersie Einsteina. Nadal stoi na moim biurku i wciąż mnie inspiruje. Był osobą, która uruchomiła moją wyobraźnię i moje idee.
Inną osobą jest Gandhi. Uważam, że Gandhi jest jedynym człowiekiem, który wiedział, na czym polega prawdziwa demokracja – nie demokracja rozumiana, jako prawo do kupowania tego, co chcesz, lecz demokracja polegająca na odpowiedzialności wobec wszystkich ludzi wokół. Demokracja rozpoczyna się od wolności od głodu, wolności od braku pracy, wolności od strachu i wolności od nienawiści. Dla mnie to są prawdziwe wolności, na których zbudowane są dobre ludzkie społeczeństwa.
Kobiety z Chipko i ludzie tacy jak Sunderlal Bahaguna, który też należy do tego ruchu, również byli i są dla mnie potężnymi wzorami do naśladowania. Pracuję od wielu, wielu lat nad kwestiami ekologicznymi i spotkałam trochę twórczych ludzi na całym świecie, ludzi, którzy nieustannie dają natchnienie wszystkim wokół, i to właśnie sprawia, że ten rodzaj pracy jest tak inspirujący. Sprawia, że warto opuścić dom i pojechać do Kalifornii, aby spotkać się z ludźmi na Forum Międzynarodowej Globalizacji (Edwardem Goldsmithem, Jerrym Manderem i innymi), ludźmi kreatywnymi, prawymi i nieustraszonymi. Jest mnóstwo ludzi, którzy mnie inspirują.
Scott London: Czy z nadzieją patrzysz w przyszłość?
Vandana Shiva: Jestem absolutnie pewna, że nastąpią zmiany. Sądzę, że zobaczymy wiele zniszczeń, lecz wierzę, że jeśli będziemy w stanie dostrzec właściwe wzorce i wyciągnąć odpowiednie nauki z tych zniszczeń, możemy być zdolni do odbudowy, zanim będzie za późno. A poza tym mam ostateczną wiarę, że nawet jeśli nie będziemy w stanie tego zrobić, życie odnowi się samo. Globalna gospodarka może się załamać, ale Gaja przetrwa, nie zniknie również ludzka inwencja. Odbudujemy społeczeństwo, odbudujemy lokalne gospodarki, odbudujemy ludzkie aspiracje. Ten rodzaj globalnej monokultury, w której każdy czuje się, jakby musiał biec szybciej niż biegną inni po to, by pozostać w tym samym miejscu, nie może trwać dłużej. Sądzę, że rozczarowanie blaskiem globalizacji stanie się powszechne.
Ten wywiad został zaadoptowany z serii audycji radiowych „Insight&Outlook.
Podziękowania dla Scotta Londona za zgodę na publikację tego tłumaczenia.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Z Orlando von Einsiedelem, reżyserem nominowanego do Oskara filmu Virunga rozmawia Piotr Chmielewski.
Piotr Chmielewski – Czy wiesz, jaka jest obecnie sytuacja w Parku Narodowym Virunga? Co się zmieniło od czasu, gdy powstał film?
Orlando von Einsiedel: Od czasu premiery filmu nastąpiło wiele zmian. Przede wszystkim bezpieczeństwo w parku uległo znacznej poprawie, do tego stopnia, że turyści znów mogą bezpiecznie odwiedzać park, by obserwować goryle. Jest to wprost fantastyczny sposób na wspomaganie parku Virunga i bezpośrednio przyczynia się również do poprawy sytuacji ekonomicznej ludności zamieszkującej tereny wokół parku.
Ponadto bardzo dynamicznie realizowany jest ambitny projekt rozwojowy – Przymierze Virunga (Virunga Alliance). W nadchodzących latach program ten ma stworzyć 100 tysięcy nowych miejsc pracy poprzez rozwój turystyki, elektrowni wodnych oraz inicjatyw rybackich. Jest to jedna z największych nadziei na stabilizację w sektorze leśnictwa oraz na stworzenie fundamentów trwałego pokoju w regionie, który przez ostatnie 20 lat ogarnięty był ciągłymi działaniami zbrojnymi. O projekcie tym można dowiedzieć się więcej pod adresem: https://virunga.org/virunga-alliance/
Pomimo tych pozytywnych zmian nad przyszłością parku wciąż gromadzą się czarne chmury, związane z chęcią eksploatacji złóż ropy, które znajdują się na terenie Virungi. Co prawda SOCO (międzynarodowa firma zajmująca się poszukiwaniem złóż gazu i ropy naftowej – przyp. red.) podpisało z WWF (Światowym Funduszem na rzecz Przyrody) porozumienie dotyczące wydobycia ropy na terenie parku, jednak w rzeczywistości dokument ten nie ma dużego znaczenia i paradoksalnie może spowodować więcej złego niż dobrego.
– Dlaczego krytycznie odnosisz się do tego porozumienia?
– Ponieważ opinia publiczna uwierzyła, że problem jest rozwiązany, gdy tak naprawdę sprawa jest bardzo daleka od pozytywnego zakończenia. Na mocy tego porozumienia SOCO zgodziło się wstrzymać działania operacyjne w parku, lecz tak naprawdę i tak mieli to od początku w planie, ponieważ potrzebują czasu na analizę wyników ich działań eksploracyjnych. Porozumienie pozostawiło szeroką furtkę dla SOCO, by powrócić do parku, jeśli rezultaty badań okażą się pozytywne.
Do tej pory SOCO International nie oświadczyło, że nigdy nie poszukiwało ropy w obrębie granic Parku Narodowego Virunga i nie odpowiedziało na zarzuty postawione im w filmie (aczkolwiek ostatnio zarządzili niezależne śledztwo w sprawie zarzutów o naruszenie praw człowieka).
Reasumując, wszystko to wywołuje nasz niepokój o potencjalny wpływ działań SOCO International na przyszłość parku i całego regionu.
– Czy myślisz, że zwiększona uwaga światowej opinii publicznej wobec sytuacji parku Virunga pozytywnie przekłada się na bezpieczeństwo jego pracowników? Na chwilę przed premierą filmu Virunga miała miejsce nieudana próba zabójstwa dyrektora parku – Emmanuela de Mérode. Czy wydaje ci się, że obecnie sytuacja pracowników parku jest bardziej stabilna?
– Strażnicy parku, lokalni aktywiści i rybacy, zamieszkujący tereny wokół jeziora Edwarda, śledzili działania SOCO i instytucji z nim sprzymierzonych na długo przed tym, jak zaczęliśmy kręcić film. Jednakże robili to na własną rękę, wielokrotnie grożono im śmiercią, a uwaga światowych mediów wobec ich problemów była bardzo ograniczona. Obecnie przeciwstawianie się inwestycjom związanym z wydobyciem ropy cały czas wiąże z niebezpieczeństwem, aktywiści wciąż dostają pogróżki zabójstwa, jednakże tamtejszej sytuacji przygląda się cały świat, a informacje o takich działaniach szybko przedostają się do opinii publicznej poprzez międzynarodowe media i organizacje pozarządowe. Jako twórcy filmu wierzymy, że dzięki niemu głos lokalnych opozycjonistów stał się bardziej słyszalny na arenie międzynarodowej, a to przełożyło się na wzrost ich bezpieczeństwa.
– Wiele osób po obejrzeniu Twojego filmu chce się zaangażować w ochronę Parku Narodowego Virunga. Co byś poradził tym osobom? Jaki jest najlepszy sposób, by pomóc?
– Istnieje wiele sposobów na to, by wesprzeć park – począwszy od bezpośrednich dotacji (www.virunga.org/donate), poprzez odwiedziny parku w roli turysty (www.visitvirunga.org), skończywszy na uważnej analizie swoich domowych inwestycji. Pełna lista działań, które można podjąć w obronie parku, jest dostępna na naszej stronie: www.virungamovie.com/#takeaction.
– Twój film demaskuje mechanizm niszczenia przez chciwy biznes i skorumpowanych polityków niezwykle cennych i wyjątkowych skarbów natury. Obnażyłeś ten system na przykładzie parku Virunga, lecz podobne sceny rozgrywają się na całym świecie. Czy widzisz sposób, by powstrzymać takie działania? Co my jako mieszkańcy globalnej wioski możemy zrobić, by przyczynić się do poprawy sytuacji?
– To niezwykle przygnębiające, że te same schematy, które można zaobserwować na przykładzie parku Virunga, istnieją na całym świecie. Bez reorientacji całego globalnego systemu nie jest możliwe, by zapobiec tego typu wątpliwym moralnie inwestycjom. Jednakże w zasięgu naszych możliwości leży uświadomienie sobie, jak funkcjonuje ten dzisiejszy system i upewnienie się, ze przez nasze działania nie przyczyniamy się do jego umacniania (np. przez nieświadomą konsumpcję lub inwestycje). Kolejnym poziomem działania jest aktywne zaangażowanie się w rozwiązywanie problemów. W każdej sytuacji potrzebna jest odpowiednia forma działania – może to być na przykład wsparcie finansowe lub wywieranie presji społecznej.
– Virunga jest filmem dokumentalnym, lecz jest w nim niezliczona ilość dramatycznych i dynamicznych scen, których nie powstydziłby się niejeden thriller. Jak udało Ci się osiągnąć ten efekt? Jaki jest sekret reżysera Virungi?
– Pierwsza odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, jest taka, że mieliśmy wielkie szczęście, by poznać tak inspirujące osoby, jak Andre, Rodrigue, Melanie oraz Emmanuel. Wiele fantastycznych osób po obu stronach kamery stworzyło drużynę, która zrobiła wszystko, co w jej mocy, by nakręcić jak najlepszy film.
Duże znaczenie odgrywał też fakt, że aby odpowiednio nagłośnić sprawę poruszaną w filmie, musimy stworzyć obraz, który przyciągnie przed kinowe ekrany wielu widzów. Dlatego niezwykle istotną dla nas kwestią było zbudowanie narracji, która byłaby dramatyczna i ekscytująca, lecz równocześnie ukazywała niesprawiedliwość z dziennikarską rzetelnością. Jeśli chodzi o narrację, to inspiracją były dla nas zarówno filmy w rodzaju The Cove czy Dirty Wars, jak filmy fabularne typu Avatar. Można stworzyć film o najbardziej istotnej sprawie świata, lecz jeśli będzie on nudny, to nigdy nie przyciągnie szerokiej publiczności, a jego wpływ na zmianę opisywanej w nim sytuacji będzie znikomy.
– Dla wielu osób, które widziały Twój film, jednym z najbardziej poruszających momentów była śmierć goryla podczas operacji zbrojnej na terenie parku. Sceny te są bardzo dynamiczne i pozostawiają pewne pole do interpretacji, co było bezpośrednią przyczyną śmierci tego zwierzęcia. Mógłbyś opowiedzieć o tej sytuacji jako jej naoczny świadek?
– Jedyne, co mogę powiedzieć, to że dla mnie jako człowieka bycie w centrum walk było nieprawdopodobnie przerażające i stresujące. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak straszne musi to być dla zwierzęcia, które nie jest w stanie zrozumieć, co się dzieje, gdy niemal bez przerwy przez wiele dni słyszy kanonadę wystrzałów i huk wybuchających bomb. Wszyscy wiemy, że stres powoduje choroby i osłabia system immunologiczny, co zwiększa podatność na choroby. Bardzo możliwe, że ten goryl mógłby zostać uratowany, gdyby na czas otrzymał pomoc weterynarza, który nie mógł dostać się w pobliże parku z powodu toczących się walk.
– Film Virunga powstawał przez dwa lata – to wystarczająco dużo czasu, by jego twórcy mogli poznać życie parku i odkryć jego sekrety. Co przez ten czas zrobiło na Tobie największe wrażenie?
– Odwaga strażników. W całym swoim życiu nigdy nie spotkałem bardziej honorowych i oddanych ludzi. Każdego dnia ryzykują życiem, bo wierzą w rolę, jaką może odgrywać park dla rozwoju wschodniego Kongo. Bardzo rzadko spotyka się ludzi, którzy są w stanie położyć na szali swoje życie w imię czegoś większego od nich. Dali mi wiele inspiracji, by próbować być lepszą osobą w moim własnym życiu.
Nominowany do Oscara film „Virunga”, który do tej pory zdobył 47 międzynarodowych nagród filmowych, prezentowany był również w Polsce w ramach Festiwalu Filmów Afrykańskich – AfryKamera. W ramach zbiórki zorganizowanej podczas tego wydarzenia udało się zebrać 9.500 zł, które przelane zostały na konto Parku Virunga. Od czasu premiery filmu stale rośnie zainteresowanie ochroną parku. Kategoryczne stanowisko wobec działań SOCO zajął kongijski minister środowiska – Bienvenu Liyota, a pod naciskiem opinii publicznej Kościół Anglii pozbył się udziałów wartości 1.6 mln funtów, które miał w eksploatującej Park Virunga spółce SOCO International.
Odejście od „wspierania własności” w polityce mieszkaniowej zapowiedziała na posiedzeniu RM premier Beata Szydło. Ma to być podstawowe założenie Narodowego Programu Mieszkaniowego.
Na program mają składać się trzy elemenety. Pierwszym z nich są tanie mieszkania na wynajem, które mają być budowane na gruntach państwa, a koszt ich budowy ma nie przekraczać 3 tys. zł. za metr kwadratowy. Oprócz opcji wynajmu ma być też opcja „dojścia do własności” na przestrzeni lat.
Drugim elementem są książeczki mieszkaniowe, które mają umożliwiać odkładanie Polakom na własne M, co ma być gratyfikowane dopłatami państwowymi do zakupu kredytu.
Trzecim składnikiem ma być wsparcie spółdzielni, by te efektywniej wynajmowało istniejący zasób i budowało nowe mieszkania.
Resort Mieszkalnictwa i Budownictwa zaznacza, że utrzymane będą programy Rodzina na Swoim i Mieszkanie dla Młodych.
Premier Szydło, referując sprawę Narodowego Programu Mieszkaniowego, powiedziała: „To jest kolejne nasze zobowiązanie w stosunku do polskich rodzin. Wywiązaliśmy się i jest już realizowany program Rodzina 500 plus, teraz czas na Mieszkanie plus”.
Łukasz Markuszewski
Władze rosyjskie podjęły w ostatnich miesiącach szereg kroków służących dyskryminacji mniejszości tatarskiej na Krymie, jako grupy potencjalnie antyrządowej.
W ostatnich dnia zabroniono im upamiętnić rocznicę przesiedleń z Krymu za czasów Stalina. Ogłoszono jedynie oficjalne, rządowe uroczystości, na które nie zgadzają się Tatarzy. Wobec tego liderzy społeczności tatarskiej wezwali do modlitwy w domach i minuty ciszy w ciągu dnia.
W kwietniu władze zdelegalizowały samorząd tatarski i dokonały fali rewizji u działaczy tatarskich pod pretekstem zapobiegania terroryzmowi.
Tatarzy zostali w roku 1944 wysiedleni z Krymu na obszar Azji Środkowej, a także okolic Niżnego Nowogrodu i Kostromy za kolaborację z Niemcami. Powrócili w latach 80tych. Podczas samego transportu zmarło 44 tys. osób. W 2015 r. parlament Ukrainy uznał wygnanie Tatarów za akt ludobójstwa.