Po krakowskich muzeach

Bartłomiej Kozek
22 sierpnia 2014

Końcówka wakacji to jedna z ostatnich okazji na to, by spróbować nacieszyć się dobrą pogodą i ciekawą ofertą kulturalną. Zaglądaliśmy do Przemyśla – czas na Kraków.

W świętej pamięci „Przekroju”, a konkretniej na samym jego początku, znaleźć można było stałą rubrykę „W tym tygodniu nie piszemy o…”. Podsumowywane tam w dwóch zdaniach sprawy uznawane były przez kolejne redakcje za bądź to zbyt błahe, bądź oklepane.

Przywołuję ją tutaj, nie po to, by sugerować, że widziane przeze mnie wystawy były niemiłe oczom i mózgowi, ale nieskromnie przyznam, że tym razem weekendowy wyjazd do Krakowa obfitował w wydarzenia kulturalne, zasługujące na osobne artykuły. Gdybym jednak się na to targnął, redakcja „Zielonych Wiadomości” mogłaby zostać zasypana zażaleniami na nadmierną monotematyczność mej stałej rubryki.

Było

Nie napiszę zatem wiele na temat retrospektywy Anny Baumgart w Bunkrze Sztuki – w tym wypadku jestem jednak usprawiedliwiony, załapałem się bowiem na ostatni dzień wystawy. Kto nie widział klaustrofobicznej rekonstrukcji piwnicy Josefa Fritzla (ze zmuszającym dosłownie do zginania karku sufitem na wysokości 170 cm) czy spektaklu teatralnego, dla którego inspiracją były zdjęcia nazistowskich żołnierzy, odgrywających spektakl teatralny w okupowanej Norwegii – niech żałuje, bo była to dobra okazja do zaznajomienia się z niezłą rodzimą sztuką krytyczną.

Jest

Nie napiszę również o wystawianej w MOCAK-u wystawie, poświęconej ukraińskiej sztuce czasu trwającej obecnie rewolucji. Szczerze mówiąc spodziewałem się nieco większej ekspozycji – co nie znaczy, że nie warto na nią zerknąć. Znajdziemy na niej zarówno zdjęcia ludzi, ryzykujących swoim życiem na kijowskim Majdanie, jak i tworzone na parę miesięcy przed politycznym trzęsieniem ziemi obrazy, zapowiadające uliczną przemoc.

Komu mało sztuki dyskutującej o ważkich sprawach społecznych i politycznych, ten zerknie zapewne również na „Papieży” – choćby po to, by obok czarno-białych zdjęć z wiejskich chat, pełnych podobizn Jana Pawła II podziwiać dokładne kopie etażerki z rodzinnego domu Wojtyłów – tak dokładne, że brakuje w nich dokładnie tego samego co w oryginale drewienka.

O wiodącej wystawie tej ważnej dla kulturalnego życia Krakowa instytucji – „Zbrodni w sztuce” – nie napiszę zbyt wiele, bo po prostu warto na niej być. Godny szczególnej uwagi jest film dokumentalny, prezentujący sylwetki niewinnie skazanych na wieloletnie więzienie w Stanach Zjednoczonych.
Oprócz niego w siedzenie (w jednym wypadku – dosłownie) wbijają dwie, operujące tekstem i oparte na podobnym założeniu prace wideo. W pierwszej z nich czytamy wyznania przestępców, tłumaczących swoje zachowania, w drugiej – proces wydobywania zeznań z przesłuchiwanej. W obu wypadkach zderzenie tekstu z niepokojącą muzyką wytrąca z równowagi. Na ich obejrzenie macie czas do końca września.

Będzie

Napiszę za to o Fabryce Schindlera, do wizyty w której należy uzbroić się w cierpliwość (możemy bowiem trafić na długą kolejkę do wejścia). Mimo to warto – szczególnie, jeśli zdarzyło się nam wcześniej odwiedzić Muzeum Powstania Warszawskiego.

Kontrast między narracją wojenną zaproponowaną przez stołeczną placówkę a obrazem prezentowanym przez oddział Muzeum Historycznego Miasta Krakowa na Zabłociu jest tu dość wyraźny – tak jak różne są losy tych dwóch miast w czasie II wojny światowej.

Odczuwa się to choćby wtedy, gdy w sali kinowej ogląda się dokument „Lipowa 4”, poświęcony fabryce emalii Oskara Schindlera. Słuchając świadectw jej pracowników, wychwalających dyrektora za hojne racje żywnościowe i godne traktowanie polskich i żydowskich pracownic i pracowników, można momentami mieć problemy z umieszczeniem tych narracji na mapie polskiej pamięci o latach 1939-1945.

Choć wiemy, gdzie w tamtym czasie znajdowała się czerń, gdzie zaś biel, to w fabryce zobaczymy także pewne odcienie szarości. Widoczne są one przede wszystkim w kontraście między przedwrześniową militaryzacją społeczeństwa i jego wysiłkiem na rzecz modernizacji armii a późniejszym szokiem, spowodowanym szybkim zawaleniem się mającego mocarstwowe ambicje państwa. Gorzko – także w obliczu obecnych wydarzeń na Ukrainie – wyglądają plakaty Ligi Morskiej i Kolonialnej, a także ściana, na której zarządzenia nowych, okupacyjnych władz nazistowskich zasłaniają trochę tylko starsze plakaty deklarujące odwieczną polskość anektowanego w 1938 r. Śląska Zaolziańskiego.

Z ciekawszych, nieoczywistych wątków, jakie znajdziemy na wystawie stałej, wspomnieć warto o obecności kilkunastotysięcznej społeczności niemieckiej, która funkcjonowała w stolicy ówczesnego Generalnego Gubernatorstwa. Obecność ta miała być pierwszym krokiem do zupełnej germanizacji miasta, uznanego zresztą za pragermańskie. Naziści dokonywali sporych zmian w przestrzeni publicznej miasta, anektując na swoje potrzeby kolejne budynki (takie jak Teatr Słowackiego), przebudowując miejską architekturę czy szykując plany wypędzenia polskiej ludności na Podgórze. Burg zamiast Wawelu, Krakau zamiast Krakowa, Adolf Hitler Platz zamiast Rynku – Hans Frank i jego świta nie przepuszczali okazji by pokazać, kto miał tu rządzić.

Fabryka_SchindleraSpora część placówki poświęcona jest podtrzymywaniu pamięci o wojennych cierpieniach Żydów, zepchniętych do niewielkiego getta, a następnie do obozu w Płaszowie. Nie brakuje tu również innych wątków, takich jak praca przymusowa czy opór przeciwko okupantowi. Wydaje się jednak, że Fabryka Schindlera nakierowana jest raczej na prezentowanie ważnych wydarzeń tamtych czasów z oddolnej perspektywy (nie)codziennego życia i jego praktyk. Pewne wątki mogłyby być nieco bardziej rozbudowane – brak chociażby mocnej narracji kobiecej, a i ruch oporu zdaje się być zarysowany raczej na marginesie.

Mimo to dość nieoczekiwaną wizytę w Fabryce (placówek poświęconych II wojnie światowej raczej unikam) oceniam nader pozytywnie, a początkowy sceptycyzm ustąpił w mym wypadku szczeremu zainteresowaniu. Gdyby zatem zdarzyło się Wam przyjechać do grodu Kraka na krótko, a dostępny do zwiedzania czas był nader krótki, warto o Lipowej pomyśleć ciepło – tym bardziej, że wyprawa pozwoli przy okazji odkryć uroki nieco zapomnianego, przemysłowego dziedzictwa stolicy Małopolski.

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *