ISSN 2657-9596
Zdjęcie: Canva

Granice solidarności czy solidarność bez granic?

Maria Świetlik
19/12/2025

O prawach pracowniczych w czasach globalnych podziałów


– Uczyliśmy maszyny rozpoznawania treści – oznaczaliśmy te, które były zbyt brutalne albo niezgodne z innymi zasadami. Wyobraź sobie, że oglądasz film, na którym ktoś morduje kogoś albo odcina drugiej osobie jakąś części ciała. Nawet jeśli zobaczysz to tylko raz, ten widok będzie cię prześladować przez wiele dni. A teraz wyobraź sobie, że oglądasz takie sceny codziennie przez 8-10 godzin. Dzień po dniu. Nie możesz zobaczyć jednego i powiedzieć “koniec”. Bo kiedy ten się skończy, od razu włącza się następny i następny – opowiada Sonia Kgomo, która  pracowała jako moderatorki treści Facebooka. Sonia pochodzi z RPA, jest aktywistką, która działa na rzecz praw pracowniczych w ramach kampanii African Tech Workers Rising, wspieranej przez Communications Workers Union of Kenya (Związek Pracowników Komunikacji Kenii) i federację związków zawodowych UNI Africa. 

Za algorytmami i LLM, także tymi, które spotykamy codziennie w mediach społecznościowych, kryją się ludzie, wykonujący w krajach Globalnego Południa ciężką i nisko opłacaną pracę, często w bardzo złych warunkach.  Wykorzystuje się ich na wiele sposobów dla podtrzymania systemowo utrzymywanej nierównej wymiany między krajami kapitalistycznego centrum a peryferii  – strasząc mieszkańców owego centrum ich „napływem” i wiążącym się z tym rzekomo upadkiem lokalnych rynków pracy.

Niewidoczna praca karmicieli algorytmów

W swoim rodzinnym kraju Sonia pracowała dla jednej z organizacji pozarządowych, ale w czasie pandemii fundacja musiała zmniejszyć zatrudnienie. Poszukując pracy, trafiła na ofertę pracy dla administratorów IT. W ogłoszeniu rekrutacyjnym nikt nie wspomniał, że chodzi o moderację treści. Na czym będzie polegać jej rola, dowiedziała się już na miejscu.

Pytam, czy wolno było im robić przerwy, kiedy treść była zbyt drastyczna.

– Niby nikt nie mówi, że nie masz prawa zatrzymać oglądania, ale po pierwsze, jeśli przez 15 sekund nie jesteś aktywna, program monitorujący automatycznie oznaczy, że robisz sobie przerwę. Po drugie, przez cały dzień możesz nie patrzeć na monitor tylko przez 30 minut – to cały czas jaki masz na jedzenie czy pójście do toalety. Wyobraź sobie, że jest już godzina 15:00, a ty zużyłaś już swoje 30 minut. Nawet jeśli masz atak paniki po tym, co właśnie obejrzałaś, nie możesz wstać i zrobić przerwy, żeby ochłonąć, musisz siedzieć i oglądać dalej – zbyt długa przerwa oznacza niższą wypłatę, a i tak płaca jest niska i ledwo ci wystarcza na życie.

Dopytuję, ile zarabiają moderatorki – za pracę na rzecz jednej z najbogatszych światowych korporacji, wykonywaną przez specjalistów, w stolicy kraju, dostają 2 dolary (7,50 zł) za godzinę. Mniej nie mogą, bo to po prostu płaca minimalna w Kenii. 

–  Odpowiedziałam na ogłoszenie, które oferowało pracę w moim mieście, w Johannesburgu, miała być to praca adminki. Dopiero na drugim spotkaniu dowiedziałam się, że praca jest w innym kraju. A o tym, że jest to moderacja, zorientowałam się już na szkoleniu. Tylko że wtedy już zmieniłam całe życie, żeby przenieść się do Nairobi [stolicy Kenii] i nie było łatwo się wycofać.

To brzmi jak opowieść, którą usłyszałam kilka dni wcześniej, rozmawiając z Rocio – ale o tym za chwilę. Opowieść Soni toczy się dalej:

– Uczenie maszyn to praca, która trwa kilka lat, potem nie jest już potrzebna, bo automat nauczy się robić to za ciebie i stajesz się zbędna – tłumaczy mi dalej Sonia. – A z czym zostaną pracownicy? Z blisko 100 moich koleżanek i kolegów wiele osób cierpi na bezsenność, ma PTSD, kilkoro podjęło próby samobójcze. Wielu nie nadaje sie teraz do żadnej pracy. Zarabiamy tak mało, że ledwo nas stać na jedzenie, nie ma szans na opiekę psychologiczną. Maszyna nie narzeka, nie założy związku zawodowego…

To brzmi, jak stara kolonialna zasada ekstrakcji lokalnych zasobów. Zagrabić co się da, zamknąć interes i nie martwić się o zniszczenia, które się po sobie zostawia.

Proszę Sonię, żeby powiedziała, jakie treści były dla niej najtrudniejsze:

–  Dla mnie najgorsze były okaleczenia ciała i odbieranie życia… Większość tego, co oglądałam, to była przemoc na tle płci (ang.  gender-based violence). 80% ofiar to były kobiety i dzieci. Patrzyłam, jak kobieta błaga o swoje życie, krzyczy… A ja muszę dalej to oglądać, a jak tylko się skończy następny – jeden po drugim, jeden po drugim… Musiałam siedzieć tak przy komputerze 8-9 godzin i to oglądać, bez opcji, by zatrzymać się chociaż na 2 minuty, odpocząć…

Trudno mi słuchać tej opowieści. Widzę, że Eugenio Hernandez Villasante z UNI Global, który przysłuchuje się naszej rozmowie, bezwiednie zakrył twarz ręką. Orientuję się, że i ja zrobiłam to samo. 

Na koniec Sonia opowiada, czym zajmuje się jako organizatorka pracownicza:

– Kiedy zobaczyłam ogłoszenie o pracę, zrobiłam mały research – wszystko wydawało się OK, więc nawet jeśli na początku nie wszystko pasowało do oferty, miałam zaufanie, że jest to wiarygodny pracodawca. Ale kiedy już zaczęłam pracować, zorientowałam się, co tu się naprawdę dzieje. Zaczęłam rozmawiać z ludźmi, brałam specjalnie drugą zmianę, żeby poznać jak najwięcej osób – usłyszałam wiele historii podobnych do mojej. To jest sektor, który nigdy nie był uzwiązkowiony, chociaż pracownicy platform w tym czasie już mieli swoje związki zawodowe. I my chcieliśmy założyć związek, ale wówczas wszystkich nas zwolniono. To nas nie zatrzymało. Pozwaliśmy firmę i teraz równolegle toczy się wiele procesów – także w sprawie braku opieki zdrowotnej i wielu innych naruszeń naszych praw. Ale przede wszystkim dbamy o to, żeby osoby pracujące, lub chcące pracować, jako moderatorzy treści wiedziały, na czym ta praca polega, żeby dostały wsparcie i mogły wspólnie walczyć o lepsze warunki i pieniądze.

Gdzie leży Globalne Południe

Zajmowanie się prawami pracowniczymi w kontekście Globalnego Południa, kiedy samemu mieszka się na Północy, nie musi oznaczać wyłącznie wspierania tego, co ruch pracowniczy robi gdzieś daleko. Solidaryzowanie się z akcjami i żądaniami tego ruchu jest oczywiście ważne i słuszne, ale do tego z pewnością nie muszę przekonywać osób czytających Zielone Wiadomości. Chcę za to zwrócić Waszą uwagę na fakt, że ta solidarność może oznaczać także zajmowanie się sytuacją migrantów, którzy pracują tuż obok nas: w fabrykach, magazynach, na budowach, w gastronomii, w dostawach czy w sektorze opieki. 

Globalne Południe to bowiem nie tylko geograficzne odniesienie do państw znajdujących się w mniej zamożnej części świata – to termin, który opisuje peryferyjną pozycję w systemie kapitalistycznej akumulacji zasobów; to miejsce w systemie, skąd kapitaliści z Północy czerpią tanie zasoby, które potem przetwarzają w krajach półperyferyjnych i drogo sprzedają w centrum (czyli konsumentom z Północy), by w ten sposób pogłębiać nierównowagę. Ta  pozycja w systemie – podległość wobec kapitału i słabsza siła przetargowa – „ciągnie się” za człowiekiem z Południa, nawet jeśli przeniesie się fizycznie na Północ. Zapewnia to nasz system prawny dotyczący obywatelstwa, działający pod dyktando interesów 1% najbogatszych.  

Niestety, dziś nawet na lewicy pojawiają się głosy wspierające segregację rasową pracowników. Robi się to oczywiście w zawoalowany sposób, aby ich faktycznie rasistowski charakter pozostał na pierwszy rzut oka niewidoczny. Często wręcz postulaty te opakowane są w wyrazy troski o pracowników –  dzięki temu te poglądy urządzają się coraz wygodniej w lewicowej bańce. Budują kluczową dla tego przekazu opozycję: My (i nasze interesy) kontra Inni (i ich interesy sprzeczne z naszymi).

 Jak to często z takimi poglądami bywa, mają one pozór intelektualnej analizy i moralnej słuszności  – inaczej nie mogłyby się tak dobrze nieść i docierać nawet do odległych od prawicy regionów politycznego spektrum. Od czego jednak mamy krytyczne myślenie, jeśli nie na takie sytuacje właśnie. A zatem – czy prawdą jest, że imigranci kradną nam pracę?( Tu od razu wprowadzę pewną poprawkę językową – zamiast „migranci” będę pisała „cudzoziemcy”, bo już samo wprowadzenie osobnego terminu „migranci” na określenie tych obcokrajowców, których nie chcemy, w odróżnieniu od cudzoziemców z Francji czy USA, czyli krajów kapitalistycznego centrum, jest częścią manipulacji, której tu chcemy odebrać sprawczość. 

Jeśli do danego państwa przybywa znaczna grupa pracowników gotowych pracować za niskie stawki i w gorszych warunkach, to w efekcie lokalni pracownicy (Polacy!) zostaną zwolnieni – tak przekonują zwolennicy „ograniczenia migracji zarobkowej”. 

Powiedzmy sobie od razu, że takie ograniczenie w obecnych realiach oznacza brutalne wyłapywanie i deportowanie osób, które faktycznie już podjęły pracę w kraju Północy lub zamierzają to zrobić. Oznacza mury, push-backi, utonięcia, których dałoby się uniknąć, gdyby służby kierowały się humanitaryzmem, a nie antyludzkim prawem czy rozkazem władz działających w interesie kapitału. Nie ma innego, „kulturalnego” sposobu na ograniczenie migracji w sytuacji, gdy kolejne rejony świata, czy to wskutek kryzysu klimatycznego, czy innej polityki, nie pozwalają na godne życie dla wszystkich. Migracje są i będą – polityka antyimigracyjna będzie w związku z tym zawsze brutalna. Kto opowiada się za „ograniczeniem migracji” poprzez zaostrzanie kontroli, odbieranie prawa do azylu, chce de facto, żeby z murów Twierdzy Europa zrzucać ludzi drągami do pustej fosy.

Mit o rzekomej stałej liczbie miejsc pracy

Wróćmy jednak do rzekomej ekonomicznej podstawy takiego myślenia. W tym rozumowaniu kryje się założenie, że w gospodarce danego kraju istnieje stała liczba miejsc pracy – o które konkurować będą w tej sytuacji pracownik Polski z cudzoziemką. Jest to znany błąd logiczny o rzekomej stałej liczbie miejsc pracy  (ang. lump of labour fallacy).  Opisał go już w 1891 ekonomista David Frederick Schloss.  Paul Krugman, laureat ekonomicznego Nobla,  w jednym ze swoich felietonów nazwał go zombie – wielokrotnie zabity, znów powraca po to, by pożerać mózgi kolejnych pokoleń rozdyskutowanej klasy (czy jak to określił Krugman – lumpenkomentariatu).

Nowe rynki, nowe miejsca pracy – wyzysk po staremu

Nie istnieje żadna stała liczba miejsc pracy, tak ja nie istnieje stała czy ograniczona wielkość gospodarki czy rynku (ten z kolei błędny pogląd określa się po ang. fixed pie fallacy). Rynek pracy jest dynamiczny, a zmiany w technologii, popycie i innych czynnikach mogą prowadzić do tworzenia nowych miejsc pracy, co niekoniecznie oznacza, że ktoś inny musi zostać bez pracy. Gospodarka może rosnąć lub kurczyć się (mierzymy to np. PKB) w zależności od wielu czynników – tak samo i liczba miejsc pracy.  

Kapitalizm ze swojej ekspansywnej „natury” skazany jest na ciągłe poszerzanie rynków zbytu dla swoich towarów i usług. Podbija nowe terytoria i podporządkowuje je logice akumulacji, przejmuje też kolejne sfery życia, takie jak komunikacja czy relacje. Tworzy nowe potrzeby konsumpcyjne, a wraz z nimi nowe produkty, usługi i zawody – i nowe miejsca pracy. Niektóre również eliminuje – za mojego życia np. upadł rynek wypożyczalni filmowych z kasetami wideo i płytami dvd. (Zauważyliście, że gdy to technologia „niszczy” rynek pracy, to nazywamy to postępem, a gdy migranci – budujemy zasieki)?

Motyw dotyczący „zabierania pracy” ostatnio pojawia się w dyskusji o sztucznej inteligencji. Zombie lump of labour fallacy znów powraca, tym razem jako potwór Frankensteina – z głowy sterczą mu śrubki i kabelki, dając pozór nowoczesności, ale intelektualnie jest to nadal pustka. Z ust specjalistów od (promowania) tego nowego rynku można usłyszeć, że podobno pracownicy martwią się, że „AI zabierze ludziom pracę”. Moja obserwacja jest taka, że taką tezę stawiają przede wszystkim nie sami pracownicy czy związki zawodowe, ale ci, którzy chcą ją zaraz obalić. Brzmi niedorzecznie?

Byłam na początku 2025 roku w Paryżu na międzynarodowej konferencji AI Action Summit. Dostałam się tam dzięki zaproszeniu ze strony amerykańskiej organizacji pozarządowej, w nadziei, że na miejscu toczyć się będzie poważna dyskusja na temat tego, w jaki sposób niekontrolowane wykorzystanie modeli językowych zagraża prawom człowieka, w tym prawom pracowniczym, oraz co z tym można zrobić. Tymczasem była to impreza PR-owo-fundraisingowa. Zarówno tematy paneli, jak i ich skład miały zagwarantować, że państwa przeznaczą miliony na rozwój tej technologii i nie będa się interesować tym, czy czyni komuś krzywdę (nazywa się to w języku neoliberalnej propagandy deregulacją lub – po liberalnej korekcie ostatnich lat – „dbaniem o to, by nadmierne regulacje nie powstrzymywały postępu”).

W konsekwencji dowiedzieliśmy się, że AI jest tym magicznym wynalazkiem, który (zapewne podobnie jak słynny „złoty ryż”) już wkrótce rozwiąże problemy nierówności globalnych. Rzućcie pieniądze i odwróćcie się na chwilę, a GMO zlikwiduje głód na świecie, a AI zapewni godną pracę mieszkańcom i mieszkankom Globalnego Południa. O tym ostatnim zapewniała osobiście dyrektorka generalna WTO, Ngozi Okonjo-Iweala, podkreślając, że na tej innowacji skorzystają zwłaszcza afrykańskie kobiety. Sama będąc Nigeryjką, pierwszą kobietą i pierwszą Afrykanką na tym stanowisku (nota bene administracyjnym, a nie politycznym), wydawała się być przekonywująca. Na szczęście mój intersekcjonalny nos kazał mi również wziąć pod uwagę jej pozycję klasową oraz to jak zgubną rolę WTO, organizacja, którą reprezentuje, odegrało we wprowadzaniu neoliberalnych polityk, które przyduszają Południe. Dlatego postanowiłam sprawdzić tę bajeczną opowieść w bardziej wiarygodnym źródle – opowieść Soni o pracy na rzecz rozwoju nowych technologii już znacie.

Co naprawdę kształtuje sytuację pracowników

O tym, czy ludzie mają pracę, czy jej warunki i płaca są dobre, nie decyduje żadna niewidzialna ręka rynku, tylko polityka – przestrzeń, w której ścierają się różne grupy i ich interesy. 

Na warunki życia pracowników wpływają dwie rzeczy: płaca i warunki pracy – ale zawsze w relacji do otoczenia. To, czy możemy godnie żyć z naszej pensji, zależy nie tylko od jej wysokości, lecz także od cen żywności,  jakości usług publicznych, dostępu do mieszkań, transportu, opieki nad dziećmi, starszymi rodzicami czy osobami niesamodzielnymi, do ochrony zdrowia, ale także od długości czasu wolnego (czyli czasu na reprodukcję, regenerację, rozwój). 

Jeśli sfera reprodukcji, czyli to wszystko, co służy naszej regeneracji, jest na wysokim poziomie, nie obciąża jednej płci, pozwala łączyć życie wspólnotowe z indywidualnymi potrzebami, to wysokość pensji ma mniejsze znaczenie. Na przykład, jeśli zakład pracy lub państwo oferuje darmowe ośrodki wczasowe albo dofinansowanie do urlopów, to nie musimy co miesiąc odkładać z pensji znacznej sumy na wakacyjną regenerację. Jeśli każdy ma prawo do darmowej opieki lekarskiej, to nie musimy walczyć o miejsca pracy w tych firmach, które oferują tzw. benefity w postaci abonamentu w prywatnej przychodni, ani rujnować się na dentystę. I odwrotnie, jeśli powszechna edukacja jest na niskim poziomie, to znacznie więcej pieniędzy poświęcimy na korepetycje albo czesne w prywatnej placówce.

Jak widać, warunki pracy są ściśle powiązane z emancypacją kobiet z roli jedynych „zapewniaczek” reprodukcji. Gdy kapitalizm znajduje się w kryzysie, zaraz wzrasta presja na „tradycyjne wartości”, czyli próba przymuszenia kobiet, by wykonywały tę pracę reprodukcyjną za darmo. A co się dzieje, gdy prawa kobiet mają się dobrze? Tu możemy przywołać jeden z kluczowych momentów „inwazji” nowych pracowników na rynek pracy – mówię oczywiście o tym momencie, kiedy amerykańskie kobiety (przede wszystkim te z klasy średniej, bo te z klas ludowych pracowały od dawna) zaczęły zamiast pozostawać „przy mężu” rozwijać własne kariery zawodowe. Dane przywołane przez Krugmana we wspomnianym felietonie pokazują, że nie nastąpiło wtedy masowe bezrobocie dotychczasowych pracowników, czyli mężczyzn. Wręcz przeciwnie. Nastąpił wzrost gospodarczy, powstały nowe zawody, nowe usługi, nowe miejsca pracy. Kobiety stały się niezależnymi konsumentkami, firmy i dziś dwoją się i troją, by sięgać  po ich pieniądze. 

Kto ukrywa się w cieniu rozpalonych emocji

Moje doświadczenie w dyskursywnych potyczkach nauczyło mnie, że równie ważne jak to, o czym „się mówi”, jest to, o czym lub o kim się wtedy nie mówi. Jeśli rozmawiamy o cudzoziemcach jako kluczowym czynniku kształtujący płace, to o kim nie rozmawiamy? Np. jeśli pracownicy mają być źli na „migrantów”, bronić naszych granic przed trzema Erytrejczykami, to na kogo mają w tym momencie nie patrzeć? Wrócimy do tego pytania za chwilę.

Opowieść Soni brzmiała do jakiegoś stopnia podobnie do tej, którą podzielili się ze mną członkowie Związku Zawodowego Pracowników i Pracowniczek Ameryki Łacińskiej w Polsce, Rocio Flores, Vanessa i Luis.

– Przyjechałam do Polski z Meksyku, żebyśmy ja i moja córka były bezpieczne – mówi Rocio, kiedy pytam, czy przyjechała ukraść mi pracę.

– Przyjechałem do pracy w fabryce samochodów, miałem zarobić kilka razy więcej niż mógłbym u siebie w Kolumbii – mówi Luis. –  Ale dostałem pracę w przetwórni mięsa, najgorzej płatną, w dodatku muszę pracować 14-16 godzin na dobę. Wolne mam tylko w niedzielę, żeby zrobić zakupy. Tyle że w niedzielę w Polsce wszystkie sklepy są zamknięte. Ale jak ktoś protestuje, to wylatuje z pracy i ma 30 minut, żeby się wynieść z mieszkania… – zawiesza głos, bo co tu więcej  tłumaczyć.

Rocio i Vanessa mówią mi, że tego typu sytuacja jest typowa. W Kolumbii działa cała sieć „rekruterów”, można na nich trafić przez Facebook czy na Whatsappie – wyglądają profesjonalne, zapewniają pełną legalność zatrudnienia i pobytu, przedstawiają dokumenty (jak się później dopiero okazuje – fałszywe). Bilety lotnicze są drogie, ale ludzie zapożyczają się lub zbierają pieniaðze po rodzinie – by tę jedną osobę wyprawić za ocean w nadziei, że tam będzie jej dobrze i  że zarobi tyle, by wesprzeć tych na miejscu. 

Kiedy przyjeżdżają, okazuje się, że obiecany pracodawca jest „chwilowo” niedostępny, ale przecież muszą od razu zarobić na nocleg i jedzenie, więc biorą co jest – prace w najgorszym sektorze, jakim jest produkcja mięsa. Mieszkają stłoczeni, bez kogoś, kto pomógłby im dowiedzieć się, jakie mają prawa, co robić, kiedy wypłata jest zbyt niska albo kiedy koordynator każe pracować 14 godzin na dobę. 

– I właśnie dlatego założyliśmy związek zawodowy – mówią Rocio i Vanessa – żeby ostrzegać, edukować, wspierać.  

Luis mówi, że teraz po tych wszystkich doświadczeniach studiuje prawo, chce bronić siebie i innych.  

Po spotkaniu Rocio wysyła mi filmik, na którym jakiś mężczyzna, wyglądający na Polaka, wyciąga z samochodu broń i wrzeszcząc „Debile!”, grozi pistoletem kolumbijskim pracownikom. „Polisija, polisija” – słyszę w tle krzyk kobiety filmującej zajście. W raporcie przygotowanym przez związek zawodowy  doczytuję, że ten mężczyzna to jeden z koordynatorów produkcji w pobliskim zakładzie, a ponieważ  zdaniem wezwanej policji pistolet  był fałszywy, więc wnoszenie sprawy przeciw niemu niczego by nie dało.

To właśnie takie świadectwa pokazują, że warunki pracy zależą od całego otoczenia prawnego i politycznego, od siły związków zawodowych, a nie od tego, ilu cudzoziemców pracuje na danym rynku. Pracownik migrancki i lokalna pracownica mają podobne potrzeby: oboje potrzebują uczciwego wynagrodzenia, stabilnych umów i zaangażowanej odpowiedzialnej polityki państwa. Konkurencja między nimi to fikcja – prawdziwy konflikt toczy się między światem pracy a kapitałem, który tworzy podziały, napuszcza na siebie całe grupy społeczne, by osłabić solidarność i bez przeszkód wyzyskiwać zwłaszcza  tych, których wyłącza się spod ochrony państwa – bo są „nielegalni”.

Solidarność bez granic

Teza, że „migranci odbierają miejsca pracy” lokalnym pracownikom, brzmi pozornie racjonalnie, ale nie wytrzymuje konfrontacji ani z teorią ekonomiczną, ani z potocznym doświadczeniem. Ludzie, którzy nie mają wyjścia, bo już są zadłużeni, zazwyczaj wchodzą w segmenty rynku pracy, w których lokalni nie chcą pracować – czy to z powodu niskich płac, czy ciężkich warunków. 

Co więcej, w sytuacji, kiedy państwo nie angażuje się w rozliczanie nieuczciwych pracodawców, powstają zakłady pracy, które swój cały model biznesowy opierają na brutalnym wyzysku najsłabszych uczestników rynku – migrantów bez uporządkowanych dokumentów, nie zatrudniałyby one lokalnych pracowników tak czy inaczej. To nie „migranci”, ale rządzący ustalają reguły, w których możliwe jest prowadzenie takiej działalności. To nie cudzoziemcy, ale nasze własne państwo odpowiada za istnienie patologicznych agencji pracy tymczasowej, za Specjalne Strefy Ekonomiczne, za przywileje podatkowe dla firm niszczących związki zawodowe, za brak polityki mieszkaniowej i za niedofinansowanie inspekcji pracy. I to państwo karze oszukanych pracowników dotkliwiej niż oszustów, którzy łamią ich prawa.

Możemy więc odwrócić perspektywę: „migranci” nie są zagrożeniem, lecz zwierciadłem, w którym odbija się kondycja naszych własnych praw pracowniczych. Jeżeli godzimy się na ich wyzysk, akceptujemy także osłabianie pozycji całej klasy pracującej.

Historie Soni, Luisa, Rocio i Vanessy pokazują jeszcze jedno – cudzoziemcy migrujący w poszukiwaniu lepszej pracy nie tylko jej nikomu nie zabierają, wręcz przeciwnie – wnoszą swój zapał, wiedzę i inteligencję, by walczyć o lepsze warunki pracy dla wszystkich. 

Solidarność pracownicza nie zna granic – ani geograficznych, ani etnicznych. I to właśnie ona jest najskuteczniejszą odpowiedzią na kryzysy współczesnego świata. O lepszych warunkach życia i pracy nie zadecyduje niewidzialna ręka rynku pracy – tylko zaciśnięte pięści solidarnych pracownic i pracowników.

 

Maria Świetlik działa na rzecz praw pracowniczych jako członkini Ogólnopolskiego Związku Zawodowego „Inicjatywa Pracownicza”. Zajmuje się m.in. tematyką wolnego internetu i praw cyfrowych, globalnej sprawiedliwości i feminizmu socjalnego. Publicystka, redaktorka książek m. in. dot. praw cyfrowych (Eben Moglen „Wolność w chmurze” , J. Oleszczuk-Zygmuntowski  „Kapitalizm sieci”).

Jeśli nie zaznaczono inaczej, materiał nie może być powielany bez zgody redakcji.

Odkryj więcej z Zielone Wiadomości

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej