Rządowe plany rozwoju śródlądowych dróg wodnych grożą zniszczeniem polskich rzek, które powinny być kontrolowane i zarządzane przez lokalne społeczności, a przynajmniej z ich udziałem.

Unikalne przyrodniczo rzeki Wisła i Odra są wspólnym dobrem Polaków i Europejczyków, które – w interesie wąskiego lobby i w imię fałszywej obietnicy rozwoju gospodarczego i lepszej ochrony przeciwpowodziowej – może doznać wielkich szkód. W rzeczywistości plany te doprowadzą niechybnie do większych powodzi, suszy, konfliktów oraz zniszczenia niezwykle cennych siedlisk, nie poprawiając bynajmniej dobrostanu lokalnych społeczności.

Nastawiona na zrównoważony rozwój Unia Europejska wydaje się najbardziej zaawansowanym zakątkiem świata w zakresie ochrony środowiska, polityki klimatycznej i długofalowej ochrony zasobów niezbędnych do życia, w tym wód. Ponieważ czysta woda jest do życia niezbędna, rzeki, jeziora, wody powierzchniowe i wody podziemne stanowią dobra wspólne (wspólne zasoby) Europejczyków, które – dla zapewnienia dobrostanu dzisiejszych i przyszłych pokoleń – muszą być chronione przez przepisy i instytucje UE. Ramowa Dyrektywa Wodna, która powinna zostać wdrożona przez kraje członkowskie do końca 2015 roku, miała zapewnić osiągnięcie „dobrego stanu wód”. Jej intencją jest pogodzenie wymogów ochrony środowiska z interesami ludzi. Trudne zadanie. Bo dyrektywa niewiele mówi na temat regulacji rzek i hierarchii potencjalnego ich wykorzystania ani w jaki sposób najlepiej chronić ludzi przed ich destrukcyjną mocą. Rzeki pełnią bardzo liczne funkcje i są tymi dobrami wspólnymi, wokół których istnieje chyba najwięcej sporów o to, jak je najlepiej wykorzystać, jakim i czyim potrzebom i interesom mają priorytetowo służyć. W dzisiejszej Polsce, ale też szerzej w Unii Europejskiej, lokalne społeczności mają niewielki wpływ na decyzje dotyczące rzek, mimo iż są one zasobami mającymi istotny wpływ na jakość ich życia.

Rzeka Ruda i Kanał Rybnicki. Ruda to jedna z ostatnich nieuregulowanych rzek na Śląsku, która ma zostać przekształcona w Kanał Śląski. Fot.: Marcin Karetta

W Polsce rzeki należą niewątpliwie do kategorii zagrożonych dóbr wspólnych, czego głębszą świadomość ma dziś niestety tylko nieliczna grupa ekspertów przyrodników, ekologów i hydrologów oraz niektóre samoorganizujące się grupy wędkarzy i promotorów rzecznej ekoturystyki. Media i opinię publiczną zdominowało wiele stereotypów, utrzymywanych przez lobby melioracyjno-hydrotechniczne, np. o rzekomej konieczności prostowania rzek czy oczyszczania ich koryt. W post-komunistycznym kraju, jakim jest Polska – tradycyjnie katolickim, antropocentrycznym i zindywidualizowanym – obywatele nie są wystarczająco świadomi, aby zadbać razem o dobro wspólne, oprzeć się utowarowieniu i prywatyzacji, silnie promowanym przez produktywistyczną ideologię neoliberalną.

Nadambitne plany zagrażające rzekom

Odra i Wisła, dwie największe polskie rzeki, są dziś przedmiotem nadambitnych planów rozwoju żeglugi śródlądowej. Odra, uregulowana pod koniec XIX i na początku XX w., stanowiła do niedawna najdłuższy szlak wodny w Polsce, stopniowo coraz mniej używany ze względu na zbyt niski poziom wody oraz brak funduszy na kosztowne utrzymanie szlaków i ich odpowiedniej dla transportu towarowego głębokości. Wisła jest natomiast prawdopodobnie największą zbliżoną na ogół do naturalnej, „dziką” rzeką w Unii Europejskiej. Cała rzeka i dolina stanowi nieprzebrane bogactwo przyrodnicze. Jej bieg obejmuje dwadzieścia obszarów Natura 2000, szesnaście rezerwatów przyrody, pięć parków krajobrazowych i trzynaście obszarów chronionego krajobrazu oraz otulinę podwarszawskiego Kampinoskiego Parku Narodowego. Poza uregulowanym krótkim odcinkiem Górnej Wisły w okolicach Krakowa, na pozostałych ponad 900 km rzeki znajduje się tylko jedna zapora wodna, wybudowana między 1962 a 1970 rokiem.

Wisła - Warszawa/Fot.: Dominik Dobrowolski

Wisła – Warszawa/Fot.: Dominik Dobrowolski

Przygotowane przez polskie Ministerstwo Żeglugi i Gospodarki Morskiej oraz przyjęte przez Radę Ministrów „Założenia rozwoju śródlądowych dróg wodnych w Polsce na lata 2016-2020 z perspektywą do 2030 r.” przewidują wielkie plany rozwoju żeglugi śródlądowej na Odrze i Wiśle oraz połączenie obydwu rzek kanałem. Gdyby zostały zrealizowane, to m.in. wspaniała, niezwykle cenna przyrodniczo i w pełni objęta ochroną Natura 2000 Dolina Środkowej Wisły stałaby się skanalizowaną drogą wodną w ramach rzecznej autostrady E40 od Odessy do Gdańska. W proteście przeciw tym planom ponad sześćdziesięciu przedstawicieli organizacji od lat śledzących los rzek, takich jak Stowarzyszenie Ekologicznie EKO-UNIA, wspieranych przez naukowców i przedstawicieli samorządów, wystosowało Apel (link: http://bit.ly/2b5Pl4g). Sprzeciwiono się w nim rządowemu planowi i podważono jego uzasadnienie wskazujące jednostronnie na same korzyści, jak wzrost udziału przewozów żeglugi śródlądowej na rzekach, wzrost konkurencyjności portów morskich ujścia Odry i Wisły z powodu pojawienia się żeglugi, aktywizacja gospodarcza, poprawa bezpieczeństwa powodziowego czy produkcja odnawialnej energii na powstałych na rzekach piętrzeniach.

Rzeka Warta, nieuregulowany fragment/Fot.: Dominik Dobrowolski

Rzeka Warta, nieuregulowany fragment/Fot.: Dominik Dobrowolski

Autorzy Apelu podważają wskazywaną „konieczność gonienia Europy Zachodniej”, gdyż, jak piszą: „nie powinna być dla nas argumentem i wzorem żegluga śródlądowa na Renie, która rozwijała się w ubiegłym wieku przy zupełnie innym stosunku do ochrony bioróżnorodności, w innej epoce gospodarczej oraz warunkach klimatycznych. Tu powinniśmy być szczególnie ostrożni w przenoszeniu wzorców krajów zachodnich.” Ponadto istnieją znacznie wartościowsze przykłady do naśladowania w krajach zachodnich, jak rzeki Loara i Dordogne we Francji, z wieloma lokalnymi inicjatywami w oparciu o zasadę dostosowywania łodzi do rzeki, a nie odwrotnie.
Można śmiało stwierdzić i ma to oparcie w ekspertyzach naukowych, że plany te są całkowicie sprzeczne ze zbiorowym interesem: doprowadzą do zwiększenia zagrożenia powodziowego, silniejszych susz, spowodują straty gospodarcze, powiększenie deficytu budżetowego, potencjalne konflikty o wodę, wreszcie doprowadzą do dewastacji polskiej przyrody o europejskim znaczeniu. Inwestycje publiczne dla ich realizacji służyłyby przede wszystkim interesowi przemysłu hydrotechnicznego.

gawlik_dobra-dopl-widawy

Rzeka Dobra, dopływ Widawy/Fot.: Radosław Gawlik

Źródło konfliktów i zagrożeń

Polska ma mało wody, a zasoby polskich wód należą do najniższych w Europie. Konsekwentnie zbudowana i prowadzona w oparciu o środki publiczne żegluga śródlądowa może zabrać wodę innym sektorom i doprowadzić do niedoborów wody pitnej i konfliktów o wodę. Za większość poborów wód w Polsce odpowiadają dziś procesy produkcyjne, zwłaszcza energetyka oparta na spalaniu węgla, a następnie pobór wód przez sieci wodociągowe i nawodnienia. Polska produkuje 88% energii elektrycznej w elektrowniach węglowych, a energetyka oparta na węglu jest najbardziej wrażliwa na niedobory wody ze względu na konieczność chłodzenia. Ponadto, wraz z narastającym ociepleniem i powtarzającymi się suszami, należy się spodziewać masowego rozwoju systemów do nawadniania pól, jak na południu Europy. Istnieje więc groźba zbudowania z rzek drogich kanałów, w których nie będzie wody.

Rzeka Wilga przed i po regulacji/Fot.: Cecylia Malik

Projekt polskiego rządu nie dostrzega naturalnych sprzeczności między potrzebami żeglugi i ochrony przeciwpowodziowej. Żegluga będzie wymagać magazynowania wody w zbiornikach wielofunkcyjnych, aby zasilać spływ statków podczas częstych w Polsce niskich stanów wody. Ochrona przeciwpowodziowa powinna mieć te zbiorniki puste, aby mogły one przejmować silne fale powodziowe wyprostowanych i uregulowanych rzek. Żegluga oraz produkcja prądu na nowych piętrzeniach w elektrowniach wodnych zderza się z zapotrzebowaniem na wodę energetyki konwencjonalnej, którą Polska pragnie utrzymać jako główne źródło energii jeszcze przez dziesięciolecia, a która nie może funkcjonować bez wody z rzek do procesów technologicznych.

Ukryte koszty: ryzyko powodzi i nieodwracalne szkody ekologiczne

W planach dotyczących żeglugi śródlądowej nie ma mowy o dewastacji przyrodniczej, która spotka zbliżone do naturalnych polskie rzeki i ich doliny, jeżeli te plany zostaną zrealizowane. Polskie wciąż wyjątkowe przyrodniczo rzeki, podziwiane w Europie, to prawdziwy skarb i dziedzictwo bioróżnorodności nie tylko polskiej, ale też europejskiej. Większość dolin dużych rzek w Polsce pokrywają obszary Natura 2000, chroniące siedliska europejskie, florę i faunę, w tym ptaki. Regulacja Wisły i Odry oraz budowa drogi wodnej Odra – Wisła oznaczają zniszczenie tych obszarów na niewiarygodną skalę. To łamanie nie tylko Ramowej Dyrektywy Wodnej, ale także Dyrektyw Siedliskowej i Ptasiej.

rzeka Pluskawka/Fot. Paweł Augustynek Halny

Rzeka Pluskawka/Fot. Paweł Augustynek Halny

Dokument rządowy twierdzi, że użeglownienie wielkich rzek poprawi bezpieczeństwo powodziowe, ale zarówno aktualna wiedza naukowa, jak i doświadczenie kilkudziesięciu lat regulacji europejskich rzek wykazują, że głęboka regulacja rzek oraz budowa zapór i zbiorników mających zasilać żeglugę − przy nieuchronnych niskich stanach wód wraz z coraz częstszym zjawiskiem gwałtownych opadów – powodują wzrost ryzyka i zagrożenia powodziowego. Zapewnienie funkcji żeglugi śródlądowej jest sprzeczne z funkcją ochrony przeciwpowodziowej. Zwiększone ryzyko powodziowe oznacza dodatkowe wysokie koszty budowy zabezpieczeń powodziowych i ich utrzymania. Tak więc wydanie 80 mld złotych na program żeglugi ( część ekspertów twierdzi, że jest to koszt kilkakrotnie zaniżony!) to nie koniec wydatków publicznych, wręcz przeciwnie.

Publiczne pieniądze wydane przeciw wspólnemu dobru

Żegluga rzeczna to zamierający podsektor transportu, obarczony ryzykiem niepewności wobec zmiennych warunków klimatycznych. Bezcelowa jest jego kosztowna reanimacja. Ministerstwo żeglugi obiecuje przewożenie 20 mln ton towarów po Odrze oraz 7,8 mln ton po Wiśle w 2020 r., jednakże te liczby wydają się całkowicie nierealne. Poza tym towary te można bez problemu przewieźć rozwijaną aktualnie za unijne pieniądze państwową koleją, dofinansowywaną i modernizowaną za miliardy złotych i euro od wielu lat, która ma i będzie mieć dużo większą i niewykorzystaną zdolność przewozową, niż miałyby przekształcone w kanały polskie rzeki.

Rozwój polskiej żeglugi śródlądowej ma kosztować prawie 20 mld euro do 2030 r., w tym ok. 2,3 mld euro do 2020 r. Projekt rozwoju żeglugi rzecznej nie służy dobru wspólnemu i nie niesie żadnych wspólnych korzyści gospodarczych, społecznych czy ekologicznych, a już na pewno nie dla lokalnych społeczności.

Rzeka Iławka/Fot. Domonik Dobrowolski

Rzeka Iławka/Fot. Dominik Dobrowolski

Zamiast takiego projektu pożądany i potrzebny byłby realistyczny program wsparcia rozwoju lokalnej i ponadlokalnej żeglugi pasażerskiej oraz turystycznej, która korzystałaby z piękna tych rzek i ich walorów przyrodniczych. System mógłby też obejmować lokalne przewozy towarów po rzekach. Zasada jest tu prosta – dostosowujemy jednostki pływające, ich zanurzenie, do rzeki, a nie odwrotnie. Program rządowy i Banku Światowego chcą przywrócenia na koszt podatników barek o zanurzeniu ponad 2 m i długości ok. 100 m. Ofiarą tego pomysłu mają być Wisła i Odra. To szkodliwa iluzja.

Finansowanie destrukcji rzek: uzupełniająca rola funduszy UE

Program rozwoju żeglugi śródlądowej aktualnego polskiego rządu nawiązuje do umowy pożyczki podpisanej przez poprzedni rząd z Bankiem Światowym na sfinansowanie programu ODRA-VISTULA FLOOD MANAGEMENT PROJECT, rzekomego programu ochrony przeciwpowodziowej, a de facto programu regulacji i użeglownienia tych rzek ( na pewno Odry).

Ten zaskakujący program Banku Światowego został przygotowany „w skrytości” oraz przyjęty przez polski rząd po selektywnych konsultacjach społecznych, o których nie wiedziały i nie brały w nich udziału liczące się organizacje pozarządowe zajmujące się wodami. Program o wielkości ponad 1,317 mld dolarów stanowią m.in. pożyczki z Banku Światowego (504 mln dol) oraz Banku Rozwoju Rady Europy (329 mln dol), ale także dotacja Unii Europejskiej (219 mln dol).

Rzeka Ruda/Fot. Marcin Karetta

Rzeka Ruda/Fot. Marcin Karetta

Program ten wpisuje się w trwający kilkadziesiąt lat proces „ujarzmiania” rzek, co jest podejściem likwidującym ich naturalne funkcjonowanie i wyjątkowe ekosystemy. Plany te stworzono, pomimo iż doświadczenie i wiedza naukowa wykazują od lat, że naturalna rzeka, meandrująca, stale zmieniająca swój kształt i formy, wylewająca na tereny zalewowe w okresach wezbrania i cofająca się stopniowo do własnego nurtu, tworzy znacznie bogatsze ekosystemy i znacząco bardziej przyczynia się do dobrostanu lokalnych społeczności, a do tego znacznie lepiej chroni przed dramatycznymi w skutki powodziami.

Rzeka Drożdżynka/Fot. Roman Żurek

Rzeka Drożdżynka/Fot. Roman Żurek

A jednak Bank Światowy zgodził się na finansowanie tych inwestycji. Co dziwniejsze, projekt uzyskał też dofinansowanie z Unii Europejskiej, która protestowała przeciwko regulacjom i niszczeniu rzek i potoków ze środków unijnych w latach 2007-13 oraz zakwestionowała wydatki melioracyjne i hydrotechniczne w Polsce na kwotę setek milionów euro, uznając je za sprzeczne z Ramową Dyrektywą Wodną. A teraz Komisja Europejska ma zamiar finansować działania łamiące Dyrektywy Siedliskową i Ptasią oraz Ramową Dyrektywę Wodną? W tej sprawie sygnatariusze Apelu wysłali we wrześniu zapytanie do Komisarza UE d/s Środowiska. Na razie pozostaje ono bez odpowiedzi.

Ratowanie rzek oznacza wzmacnianie lokalnych społeczności

Czas przypomnieć decydentom i opinii publicznej, że rzeki tworzą niezwykle wartościowe ekosystemy i należą do dóbr wspólnych wszystkich ludzi, jak i innych istot. Zarządzanie rzekami, na wszystkich poziomach, powinno służyć społecznościom lokalnym i przyszłym pokoleniom, a także podlegać społecznej partycypacji i kontroli. W ten sposób wspólne zasoby stopniowo stawałyby się dobrami wspólnymi, the commons. Jednakże aby taka partycypacja i kontrola mogły mieć miejsce i były skuteczne, trzeba doprowadzić do obalenia stereotypów o rzekomo koniecznej i opłacalnej regulacji rzek, a obywatele – w ich własnym interesie oraz w interesie przyszłych pokoleń i ekosystemów – muszą posiąść wiedzę i zrozumienie, jak funkcjonują naturalne rzeki i na czym powinna polegać zrównoważona gospodarka ich wodami.

Zamiast promowania nierealnych dziś marzeń o nowych drogach wodnych, władze krajowe i lokalne powinny wspierać lokalną partycypację i samorządność społeczności mieszkających w pobliżu rzek, tak by ochronić te szczególne wspólne dobra przed ich przejęciem przez grupę interesów powiązaną i wpisaną w system państwowy. Obywatele powinni być aktywnie zaangażowani w utrzymanie terenów zalewowych ważnych dla ochrony przeciwpowodziowej oraz w zapewnienie wspólnego i zrównoważonego wykorzystania rzek do ekoturystyki, wędkowania i małego transportu lokalnego. Umożliwi to ochronę naturalnych funkcji ostatnich naturalnych dużych rzek Europy i ich unikatowych ekosystemów.

Sygnatariusze Apelu kontynuują kampanię. Złożyli list i Apel do prezesa Banku Światowego w Waszyngtonie oraz demonstrowali pod Biurem BŚ w Warszawie w sierpniu br. Domagają się wstrzymania projektu BŚ oraz takiej jego modyfikacji, aby to był program ochrony przeciwpowodziowej, nie niszczący europejskiej przyrody, chronionej siecią Natura 2000. List skierowali również do Komisarza ds. Środowiska UE, gdyż Komisja Europejska nie powinna wspierać projektów Banku Światowego, dewastujących obszary chronione przepisami UE.

Artykuł ukazał się w Zielonych Wiadomościach nr. 26.

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.

We wtorek, 6 grudnia Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku utrzymał w mocy decyzję Wojewody Pomorskiego, który pod koniec ub. roku uchylił pozwolenie na budowę dla Elektrowni Północ w miejscowości Rajkowy w okolicy Pelplina. O błędach w działaniach Starosty Tczewskiego od dawna informowały organizacje społeczne i mieszkańcy.

WSA przyznał rację Wojewodzie Pomorskiemu, że wydając pozwolenie na budowę Starosta Tczewski rażąco naruszył polskie prawo. Zdaniem Sądu Starosta niesłusznie ograniczył możliwość udziału w postępowaniu kilkudziesięciu lokalnym rolnikom. Mieszkańcy sprzeciwiają się budowie elektrowni w pobliżu ich domów i pól uprawnych, obawiając się jej szkodliwego wpływu na zdrowie i trwałe zanieczyszczenie tradycyjnie rolniczego obszaru.

Sąd zgodził się również z Wojewodą, że Starosta bezkrytycznie akceptował informacje o wpływie inwestycji na środowisko przedstawiane przez inwestora, firmę Polenergia, przy tym całkowicie bagatelizując zarzuty i wnioski prezentowane przez mieszkańców i organizacje pozarządowe, skupione w Koalicji Stop Elektrowni Północ. Zarzuty te dotyczyły m.in. zaniżania wartości emisji metali ciężkich pochodzących z elektrowni, pominięcia kwestii emisji innych szkodliwych substancji, np. metanu, podtlenku azotu, dioksyn i furanów. Materiał przedstawiony przez inwestora, zdaniem organizacji, nie pozwalał też na ocenę wpływu inwestycji na środowisko wodne.

Rozstrzygnięcie Sądu jest korzystne dla mieszkańców oraz daje możliwość rozwoju regionu w oparciu o niepodważalne walory tego miejsca – rolnictwo, przyrodę i turystykę – mówi Radosław Ślusarczyk ze Stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot. – Inwestycje są bardzo ważne dla rozwoju, ale tylko te bezpieczne dla ludzi i środowiska oraz realizowane w porozumieniu z mieszkańcami, a nie przeciwko nim – dodaje Ślusarczyk.

Sprawę komentuje też Małgorzata Smolak z Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi: Decyzja Sądu potwierdza, że kontrola społeczna takich inwestycji jest niezbędna i nie może być iluzoryczna. Razem z mieszkańcami zgłaszaliśmy wiele zastrzeżeń do tej inwestycji, ale były one ignorowane. Cieszymy się, że Wojewoda i WSA stanęli na straży praworządności.

Decyzja WSA nie jest jeszcze prawomocna. Mimo to stawia inwestycję w Elektrownię Północ pod znakiem zapytania. Polenergii już po raz drugi nie udało się uzyskać pozwolenia na budowę. Pierwsze zostało uchylone w 2012 roku z podobnych względów. W marcu 2015 roku Starosta Tczewski zdecydował się jednak wydać kolejną decyzję. I tym razem Wojewoda dostrzegł uchybienia i uznał za konieczne jej uchylenie. Tym samym, Polenergia znalazła się w punkcie wyjścia, z którego w marcu 2011 roku rozpoczynała starania o budowę elektrowni.

Nie ma zgody na Elektrownię Północ – prezentacja (PDF)

źródło: Pracownia na rzecz Wszystkich Istot

Więcej informacji o inwestycji i Koalicji STOP EP: http://stopep.org

Foto. stopep.org

Foto. stopep.org

Rozmowa z Prof. Stanisławem Obirkiem – teologiem, historykiem, antropologiem kultury, byłym jezuitą.

Piotr Kozak: Właściwie to po co nam wspólnota?

Stanisław Obirek: Nie mogę odpowiedzieć jednoznacznie, że wspólnota jest dobra albo zła. Różnie bywa. Sądzę, że każdy ma jakieś doświadczenie dzieciństwa, rodziny, w której się urodził, i to jest doświadczenie podstawowe, do którego się odwołujemy. To nam daje zakorzenienie w społeczeństwie. To pierwsze doświadczenie wspólnoty jest dla mnie osobiście bardzo ważne i pozytywne. Być może dlatego, że pochodzę z rodziny wielodzietnej. Mam szóstkę rodzeństwa i to jest pierwszy moment myślenia o wspólnocie – myślenie o siostrach, braciach i rodzicach. Z drugiej strony stosunkowo szybko rodzinę opuściłem i zamieszkałem w internacie. To już był inny typ wspólnoty, mimo że internat może się kojarzyć z pół więziennym życiem – to były lata 70-te, głęboki PRL, małe miasteczko. Reżim dyscyplinarny dość duży. Nie buntowałem się, bo nie miałem świadomości, że może być inaczej. Ale wtedy, jako nastolatek, dostrzegałem też inną, pod pewnym względem mocniejszą więź z rówieśnikami opartą na wspólnocie zainteresowań.

PK: Buntowałeś się?

SO: W latach 70-tych wyrażało się to dość mocno przez odmienność stroju, długich włosów. Sygnalizowaliśmy, że należymy do innego świata. Oczywiście to wszystko działo się z pewnym poślizgiem w stosunku do świata zachodniego, ale dzisiaj z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że powtórzyłem gest kontrkulturowy, który studenci artykułowali w latach 60-tych. Można powiedzieć, że było to odrzucenie burżuazyjnych wartości, ale dla mnie to był proces upodmiotawiania. Moja rodzina pozwoliła mi na to, odcięcie w sferze obyczajowej nie oznaczało w moim wypadku zerwania więzi. Funkcjonowałem trochę na zasadzie „Staszek jest inny”. Być może też zawsze wartość wspólnoty oceniałem przez jej łatwość akceptacji odmienności. O tyle jest ona dobrą wspólnotą, o ile nie tłamsi indywidualności. Ta wspólnota, która jest zdolna kwestionować własne wartości, jest wspólnotą dającą poczucie bezpieczeństwa. Natomiast wspólnota, która nie jest w stanie tego zrobić, powoduje, że w pewnym momencie musi dojść do rozejścia. W moim przypadku nastąpiło to po 30 latach funkcjonowania we wspólnocie zakonnej.

PK: Kim więc jesteś, Stanisławie Obirku? Polakiem, wykładowcą? Należymy do wielu wspólnot, ale jest takie przekonanie, że powinniśmy wybrać jedną dominującą wspólnotę. Np. przede wszystkim jestem Polakiem, warszawiakiem itd.

SO: Myślę, że to nie jest dobre oczekiwanie społeczne. Nie mam takiej potrzeby dookreślania się, kim jestem, tzn. wszystkie moje kręgi przynależności traktuję jako przypadkowe w sensie kulturowym. To, że urodziłem się Polakiem, że rozmawiamy po polsku, że wiele lat spędziłem we wspólnocie jezuickiej – nie przywiązuję do tego większej wagi. To jest pewien przypadek, że tych siedem miliardów ludzi ma różne konfiguracje przynależności kulturowej. Jednak to, że nie absolutyzuję tych kręgów kulturowych, nie oznacza, że uważam, że są one nieistotne. Istotne jest jednak to, co z tymi przynależnościami robimy. Szczególnie w obecnym momencie, w którym w Polsce ma miejsce wzmożenie nastrojów patriotycznych, podkreślanie przynależności do polskości, a co za tym idzie, tworzy się narracje dumy narodowej czy pewnej historycznej wyjątkowości.

Sprowadzanie na siłę mojej tożsamości do pewnego kręgu kulturowego jest nie tylko niemądre, ale również szkodliwe. Zamykamy wtedy oczy na złożoność tych przynależności. Bardzo mi trudno na przykład włączyć do mojej polskiej tożsamości nasze kolonialne dziedzictwo na Wschodzie. Pisał o tym francuski historyk Daniel Beauvois, a wiele z jego twierdzeń przejął w swojej znakomitej książce Fantomowe ciało króla Jan Sowa. Chętnie przyznajemy się do tolerancji i do dziedzictwa jagiellońskiego, pomijamy natomiast te ciemne strony, bo w końcu polskość ma być konstruktem idealnym. Ma być mitem, który mnie uskrzydla. W praktyce jest to dość prymitywna i paraliżująca zbroja rodem z najgorszych tradycji nacjonalistycznych.

PK: Skąd się bierze taka potrzeba idealizowania? Bo bez wątpienia mamy skłonność do zapominania o ciemnych kartach naszej historii.

SO: Myślę, że Andrzej Leder wskazał na pewien istotny element naszej świadomości (Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej, 2014 – przyp. red.). Mechanizm prześnionej rewolucji opiera się na nie wzięciu odpowiedzialności za to, co się działo w naszej historii. Leder zastosował klucz psychoanalityczny, ale myślę, że o wiele trafniejsze są niejednowymiarowe interpretacje. Myślę np. o Niemytych duszach Witkacego, który zrobił psychoanalizę naszym kompleksom. Oczywiście zrobił to w niezdyscyplinowany sposób, ale tam jest pewna odpowiedź. Jest to wizja Witkacego, którego rzeczywistość Polski okresu międzywojennego niezwykle martwiła – wizja, w której prężymy muskuły i gardzimy innymi, a tymczasem są to kompensacje nieprzepracowanych kompleksów niższości kulturowej. Myślę, że psychoterapia tożsamości kulturowej jest nam niezwykle potrzeba.

PK: W szczególności teraz!

SO: Rozmawiamy po roku od „dobrej zmiany” i jak na dłoni widać, że grupa rządząca, od Kaczyńskiego przez Dudę po Szydło, ma ogromny kłopot ze swoją tożsamością. „Dobra zmiana” jest mechanizmem kompensacyjnym, nie ma nic wspólnego z budowaniem wspólnoty, ale jest ucieczką w niedojrzałość. Jest to infantylizm wręcz chłopięcy. Infantylizm dzieci, jak Macierewicz bawiących się w wojnę.

PK: My chyba nigdy nie byliśmy jedną wspólnotą. Bez względu na to, czy mówimy o okresie piastowskim, oświeceniu, czy o okresie międzywojennym. Zawsze to było szycie wielu wspólnot. Zawsze były to również konflikty – konflikty na poziomie chłop-szlachta, konflikty na poziomie religijnym czy narodowym. Infantylizm polega też chyba na przeświadczeniu, że był taki moment w historii rzeczywistej lub mitycznej, w której tworzyliśmy jedną wspólnotę, i ktoś nam tę wspólnotę zabrał.

SO: To jest znowu ten mit utraconego raju. Wypędzenia z łona matczynego. Nawet naród to jednak kategoria wyobrażona. Oczywiście można się zastanawiać, jakie funkcje spełniało pojęcie narodu w końcu XIX wieku. Na pewno polski nacjonalizm ma jednak cechy typowe dla narodu małego z poczuciem krzywdy. Przykładem może być cały nasz romantyczny okres kompensacji narodu pozbawionego tożsamości politycznej, który osiągnął swoje apogeum w idei Polski-Chrystusa narodów. Dla obcokrajowców jest to po prostu groteskowe.
Myślę, że podobne cechy ma nacjonalizm żydowskich ultrakonserwatystów w Izraelu. Zresztą trzeba jasno powiedzieć, że ani Polacy, ani Żydzi nie mają tutaj monopolu. Nacjonalizm daje o sobie znać również w krajach o ugruntowanych tradycjach demokratycznych, jak Francja czy Stany Zjednoczone. Warto jednak zauważyć, że zwykle tam, gdzie najżywiej budzą się demony nacjonalizmu, pojawiają się też równie żywe reakcje. Przykładem jest bardzo mi bliska koncepcja postetnicznej Ameryki, wypracowana przez Davida Hollingera. Ale nacjonalizmy i populizm zdają się dzisiaj dominować.

PK: Masz pomysł, jak to zmienić?

SO: Potrzebna jest nam redefinicja polskości. Po pierwsze, jak pokazała Olga Tokarczuk w Księgach jakubowych, Polska w swojej historii nigdy nie była tworem jednolitym religijnie. Po drugie, mamy już wystarczająco dużo dowodów, że kultury mono etniczne lub mono religijne źle kończą. Są jałowe kulturowo. Po trzecie, żyjemy w erze globalizacji, w której jeżeli możemy mówić o lokalnej tożsamości, to na zasadzie kultury lokalnej dosłownie bombardowanej wpływami globalnymi. Każdy, kto tego nie uwzględnia w swoim myśleniu o tym, kim jest, skazany jest na śmieszność.

PK: Być może mamy tylko tę śmieszność. Chcę się postawić w roli adwokata diabla. Z punktu widzenia naszej kultury – marginalnej pod względem dorobku cywilizacyjnego – powrót do korzeni, do tożsamości narodowych, to prawdopodobnie jedyne co mamy. Przez ostatnie 25 lat zaciskaliśmy pasa. Teraz dochodzimy do pewnej granicy rozwoju ekonomicznego. Być może jedyne, co mamy, to groteskowość, a już na pewno nie działa zawołanie: „jesteście groteskowi, idzie globalizacja, nie nadążacie”.

SO: Oczywiście nie o to chodzi! Zauważ, że ci, którzy dzisiaj tworzą mit Polaka, który był wykluczony przez ostatnie 25 lat, nie są osobami poszkodowanymi przez transformację. Powodem ich cierpienia mogło być co najwyżej to, że nie są autorami głównej narracji. Kaczyński czy Macierewicz nigdy nie byli wykluczeni, choć z pewnością czuli się wykluczeni. Obecna dobrozmianowa narracja o dowartościowaniu wykluczonych jest narracją fałszującą. To nie jest tak, że daje się platformę do artykulacji tym, którzy do tej pory nie mieli głosu. Operacja jest o wiele bardziej skomplikowana. Znacznie silniejszy niż inkluzywizm jest ekskluzywim – jeżeli nie jesteś z nami, jesteś przeciwko nam. Nawet brak entuzjazmu dla dobrej zmiany jest postrzegany jako zdrada. Jest też pewna nowa jakość. Mamy do czynienia z perfidnym aliansem z upolitycznioną religią. Rydzyk ze swoją retoryką wykluczenia i nienawiści bardzo dobrze wpisuje się w nową rzeczywistość. Spotkanie religii z polityką o wyraźnych tendencjach autorytarnych jest nową, a zarazem bardzo groźną jakością. Kościół w swej większości z sympatią patrzy na to nowe przymierze. Tego nie było nawet w okresie międzywojennym! Większość księży w latach 30. była przeciwko sanacji.

PK: Co jest nam zatem potrzebne? Zerwanie z religią? A może jest właśnie odwrotnie? Być może jest to jakieś światełko w tunelu? Zgadzam się z Tobą wprawdzie co do diagnozy i co do sojuszu kościoła i państwa, ale być może jest jakaś nadzieja we wspólnotach religijnych. Dostrzegasz jakiś potencjał emancypacyjny religijnych wspólnot? Istnieje w kościele jakiś ruch, który idzie w poprzek negatywnych prądów?

SO: Mamy pewne doświadczenie z historii, które może nam ułatwić odpowiedź. Myślę o katolicyzmie w Europie w latach 60-tych. Mieliśmy wówczas do czynienia z rosnącym oddalaniem się od świata i coraz większym poczuciem izolacji u Piusa XII. To był papież, który nie był w stanie nawiązać kontaktu, nie mówiąc o jakimkolwiek dialogu ze światem zewnętrznym. Silne było jednak przekonanie, że trzeba coś zmienić i nie bez przypadku słowa, których użył Jan XXIII, to aggiornamento (uwspółcześnienie) i dialog. Jan XXIII, człowiek wówczas stary i schorowany, przez kilka lat pontyfikatu wskazał przynajmniej kierunki możliwego rozwoju, co radykalnie odmieniło kościół. Oczywiście potem mieliśmy okres restauracji i zamrożenia u papieża Polaka i jego następcy. Niemniej od trzech lat coś się znów zmienia.

PK: Nawet w Polsce?

SO: Myślę, że brak krytycyzmu i nienaruszalność ikony papieża, które zastosował episkopat po śmierci Jana Pawła II, powoli pękają. To było skuteczne przez około 10 lat. W tej chwili ten paroksyzm oblężonej twierdzy przekłada się na bardzo sceptyczny stosunek do Franciszka. Oczywiście żaden biskup nie posunie się do tego, by – jak w przypadku Terlikowskiego – otwarcie zarzucać Franciszkowi zerwanie z dziedzictwem Jana Pawła II, ale myślą tak. Paradoksalnie jest to znak nadziei. To jest jak późny Breżniew. Również wówczas wydawało się, że jest to nie do ruszenia. Sowietologów zaskoczyła pierestrojka. Podobnie w Polsce. Polski kościół nie ma języka, żeby zasymilować Franciszka. Rydzyk ze swoimi wielomilionowymi dotacjami, biskupi grzmiący na gender, inicjatywy antyaborcyjne – to wszystko jest tylko wielkim znakiem odklejenia od rzeczywistości i tego, czym żyją ludzie. Społeczeństwo jest inne. Ludzie wyjeżdżają i wracają. Więc nie ruchy religijne. Nie powstanie nowy zakon jezuitów XXI wieku. Kościół nigdy się nie zmieniał z własnej inicjatywy. Zmiany były zawsze wymuszone. Wymuszenie na Kościele tych zmian w tej chwili przyjdzie z góry – od papieża. Oczywiście jeśli pożyje wystarczająco długo.

PK: No, ale czekaliśmy na papieża, tymczasem jego pobyt pod koniec lipca 2016 roku nic w Polsce nie zmienił!

SO: Tak, to prawda, wielu czekało na papieża i mieli nadzieję, że coś zmieni. Trzeba jasno powiedzieć, że nie zmienił nic. Ale młyny kościelne wolno mielą. Papież może zmienić polski katolicyzm, zmieniając biskupów. Tak się już dzieje w innych krajach. Tak samo stanie się też i w naszym.
Fot. z archiwum domowego S. Obirka

Dobra wspólne wracają! Trudno nie zauważyć ich popularności. (więcej…)

Drewno pochodzące z polskich lasów zgodnie z propozycją ministra Szyszki będzie mogło być współspalane w elektrowniach węglowych. Trafić tam mogą także drzewa z Puszczy Białowieskiej. Eksperci przemysłu drzewnego i organizacji pozarządowych przecierają oczy ze zdumienia i biją na alarm. Konsultacje projektu rozporządzenia w tej sprawie trwały zaledwie trzy dni.

paliclasy-og

Chodzi o projekt rozporządzenia w sprawie kryteriów dla tzw. drewna energetycznego, które będzie mogło być wykorzystywane między innymi przez koncerny energetyczne. Proponowana definicja zakłada, że do kotłów trafiać będzie drewno o charakterze produkcyjnym, które zalegałoby na składnicach lasów państwowych, a także drewno małowymiarowe. Eksperci uważają, że przyjęcie tej propozycji spotęguje presję przemysłową na ekosystemy leśne, a także spowoduje wzrost cen surowca między innymi dla przemysłu meblowego, który odpowiada za 10% polskiego eksportu. W pierwszej kolejności zmiany odczują osoby, które ogrzewają domy drewnem, w tym gałęziówką, czyli drewnem małowymiarowym, które zacznie być skupowane na masową skalę.

– Wiemy nie od dziś, że zużycie biomasy leśnej w energetyce wpływa na rynkową cenę tego surowca. Do tej pory zakłady energetyczne nie mogły spalać drewna o zastosowaniu produkcyjnym, a drewno opałowe i gałęziówkę przeznaczano na potrzeby lokalnej ludności. Każde celowe rozdrabnianie dużych kłód drewna podlegało karze. Nowa propozycja ministra Szyszki zmienia praktyczne wszystko. Do pieców elektrowni będzie trafiać cenny surowiec, dodatkowo wsparty dopłatami do współspalania – wyjaśnia Robert Cyglicki, dyrektor Greenpeace Polska. Greenpeace kilka lat temu zabiegał o wyłączenie z definicji biomasy energetycznej drewna mającego zastosowanie produkcyjne, a także domagał się wycofania dopłat do współspalania, technologii błędnie uznawanej za ekologiczną.

Ministerstwo Gospodarki pod kierownictwem Waldemara Pawlaka proponowało wygaszanie dopłat do współspalania i zakaz spalania drewna produkcyjnego. Kolejni ministrowie gospodarki i środowiska stopniowo rozmiękczali ten kierunek zmian, idąc coraz bardziej na rękę koncernom energetycznym lobbującym na rzecz utrzymania dotacji do współspalania. Zdaniem Greenpeace Polska proponowane przez ministra Szyszkę rozporządzenie przebija jednak wszystkie z dotychczasowych absurdów. Według Polskiej Izby Gospodarczej Przemysłu Drzewnego proponowana definicja drewna energetycznego jest niedopuszczalna i niezgodna interesem polskiej gospodarki.

– Rozporządzenie toruje drogę do spalania drzew z Puszczy Białowieskiej zaatakowanych przez korniki i martwego drewna. Sprzyjać będzie wyłącznie interesom koncernów energetycznych, które staną się głównymi beneficjentami nowej regulacji. Wraz z wprowadzeniem rozporządzenia w życie, każdy element drewna będzie mógł być wykorzystywany w obrocie komercyjnym, co zwiększy i tak rosnące pozyskanie w polskich lasach – twierdzi Paweł Średziński z Greenpeace Polska.

Organizacje pozarządowe* wnioskują o odrzucenie większości zapisów tego rozporządzenia, uznając je za szkodliwe z punktu widzenia interesu ochrony przyrody, a także ograniczające dostępność drewna dla odbiorców innych niż przemysł energetyczny.

* Greenpeace Polska, Fundacja Dzika Polska, Pracownia na rzecz Wszystkich Istot i Fundacja Dziedzictwo Przyrodnicze

źródło: Greenpeace Polska

W najbliższych tygodniach, Komisja Europejska przedstawi Stałemu Komitetowi ds. Roślin, Zwierząt, Żywności i Pasz trzy projekty przepisów mających na celu odnowienie zezwoleń na uprawę w Unii Europejskiej trzech odmian kukurydzy GMO [1].

Stały Komitet, który składa się z ekspertów z krajów członkowskich, może uprawomocnić lub zablokować propozycję Komisji podczas głosowania, jeśli uda im się uzyskać kwalifikowaną większość głosów. Kilka lat temu Komitet ten zajmował się kwestią zezwolenia na uprawę kukurydzy TC1507 i zagrożeń dla środowiska (zwłaszcza pszczół) ze strony tej rośliny GMO, i sprawa ta okazała się dla ekspertów niezwykle kontrowersyjna. W rezultacie Komisja wycofała swój projekt jej autoryzacji.

Lecz w zeszłym roku sytuacja zmieniła się, ponieważ weszły w życie przepisy umożliwiające poszczególnym krajom członkowskim wprowadzenie zakazu uprawy rośliny GMO na swoim terytorium, nawet jeśli uzyskała autoryzację na poziomie unijnym. 17 krajów członkowskich użyło pierwszego „etapu’ tej nowej procedury, aby zakazać kukurydzy GMO, uzasadniając to zagrożeniami dla środowiska, lokalnej gospodarki lub rolnictwa ekologicznego.

Odnosząc się do decyzji stojącej przed tymi krajami, Zielony eurodeputowany, Bart Staes powiedział: „Komisja liczy na to, że kraje członkowskie, które zakazały GMO na swoim terytorium, nie będą się sprzeciwiać ich autoryzacji na poziomie Unii Europejskiej, lecz jest to całkowicie nielogiczne! Dlaczego kraje członkowskie miałyby podchodzić do tego z taką hipokryzją? Jeśli uważasz, że nie powinno się uprawiać GMO, powinieneś dążyć do tego, aby nie były one uprawiane w całej Unii, to całkiem proste. Granice nie zatrzymają problemów ekologicznych!”

To prawda, zanieczyszczenie powietrza i wody przez pestycydy używane z tymi roślinami GMO będzie miały wpływ na kraje sąsiednie. Podobnie niepokojące jest pojawienie się w Hiszpanii spokrewnionego  z kukurydzą chwastu, teosinte, który krzyżuje się z kukurydzą GMO MON 810 firmy Monsanto. Może to prowadzić do wytworzenia niezwykle odpornych chwastów zawierających gen MON 810. Opinia EFSA (Europejska Agencja Bezpieczeństwa Żywności), że nie będzie to problemem, ponieważ władze hiszpańskie zapobiegną ekspansji teosinte, można w najlepszym razie uznać za myślenie życzeniowe. To, w jaki sposób roślina ta już się rozprzestrzeniła w ciągu ostatnich ostatnich siedmiu lat, budzi przerażenie. Teosinte widziano już na południu Francji, i nie ma powodu, aby przypuszczać, że ta ekspansja się zatrzyma.

„Jeśli nie chcemy, żeby GMO skażały nasze środowisko, jest oczywiste, że nie powinniśmy również pozwolić na to, aby zanieczyszczały naszych sąsiadów w Unii Europejskiej ani krajów afrykańskich [2] czy południowo-amerykańskich, tylko po to, byśmy mogli karmić nasze zwierzęta hodowlane tańszą paszą z kukurydzy GMO” – powiedział Bart Staes.

Parlament Europejski wyraził już jasno swoją opinię, popierając sprzeciw wobec tych trzech projektów autoryzacji na początku października. Odpowiedzialność za dalszy ich los jest teraz w rękach krajów członkowskich.

[1] Te trzy odmiany to: kukurydza Monsanto Mon 810 (odporna na omacnicę prosowiankę); kukurydza Bt 11 Syngenty (wytwarzająca toksyny z bacillus thuringiensis przeciwko omacnicy prosowiance i odporna na grupę herbicydów) oraz kukurydza TC1507 (odporna na omacnicę prosowiankę i grupę herbicydów). Wszystkie z nich używane są do wytwarzania paszy dla zwierząt.

[2] Parlament Europejski głosował w czerwcu 2016 roku za przyjęciem raportu potępiającego, obok innych problemów, używanie partnerstwa publiczno-prywatnego „Nowego Sojuszu dla Bezpieczeństwa Żywnościowego i Odżywiania” ( New Alliance for Food Security and Nutrition) w celu promocji upraw GMO w Afryce wbrew woli lokalnych rządów.

źródło: greens-efa.eu

Tłumaczenie: Jan Skoczylas

Od kilkunastu dni demoliberalny świat nie może się pozbierać – oto zadeklarowany rasista, ksenofob, seksista, zwykły nieokrzesany cham i kłamca, a do tego miliarder (ale nie z pucybutów, tylko po rodzicach) został najpotężniejszym człowiekiem świata – wybrany na prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Dlaczego? Jak TAKI KTOŚ mógł przekonać do siebie Amerykanów? Te pytania i pochodne są obecnie obracane na wszelkie możliwe sposoby przez wszystkie media zajmujące się polityką.

W Polsce po całej serii wyborów, których wyniki tak mało były spodziewane, jak przejechanie przez byłego prezydenta po pijanemu na przejściu dla pieszych przy czerwonym świetle zakonnicy w ciąży – amerykański szok nieszczególnie powinien zaskakiwać. Po drodze przydarzył się jeszcze Brexit i wybory w Austrii. Wydarzenia te miały miejsce zdecydowanie wbrew bazującym na sondażach kwalifikowanym przewidywaniom, potęgując zaskoczenie. Tak jakby nagle, w ciągu kilkunastu miesięcy, zasadniczo zmieniła się – przynajmniej dla istotnych dotąd dominujących środowisk obserwatorów – logika funkcjonowania świata polityczno-społecznego, radykalnie uniemożliwiając trafną w nim orientację.

Czyj świat?

Osobiście sądzę, że nie tyle świat nagle się zmienił, co dość gwałtownie stało się jawne wszem i wobec, a nie tylko dla licznych, ale niekoniecznie eksponowanych środowisk, że nasz świat jest wyraźnie inny, niż zdawało się środowiskom opiniotwórczym. Ta „inność” nie była przez całe dziesięciolecia dostrzegana albo nie była przyjmowana do wiadomości. Więc i polityka kreowana w oparciu o taki stronniczy ogląd świata musiała być polityką jednostronną. Skoro model świata, praktycznie służący jako jego mapa, określający to, co potrafimy zobaczyć (bo tego, czego nie ma na mapie, nie można odnaleźć w rzeczywistości) odwzorowuje świat wybiórczo, to działanie w tym świecie, przynajmniej do czasu, musi być ograniczone tylko do niektórych ludzi, rzeczy i procesów, a inne musi ignorować. Ale właśnie do czasu. I ten czas graniczny najwyraźniej nadszedł – albo nadchodzi: czas Zmiany (?).

Płynny, ponowoczesny świat globalny miał być przychylny dla Silnych i Sprawnych. I tak też został skrojony – pod ich potrzeby i możliwości, co nie zawsze było do udźwignięcia dla pozostałych. Ograniczenia sprawczej aktywności Silnych – w tym rozmaite serwituty na rzecz tych, którzy nie byli Silni – zostały rozbrojone jako krępujące. Uwolnienie od ograniczeń, wyzwalające aktywność tych, którzy nieśli potencjał sprawczej energii, miało przynieść niedostępny wcześniej przyrost bogactwa i pomyślności. Najpierw („zasłużenie”) tym, którzy go wygenerowali, ale z czasem korzyści miały mieć powszechny zasięg i objąć wszystkich.

Że tak się nie stało, że korzyści z „uwolnienia” aktywności Silnych i Sprawnych na rzecz bogactwa i rozwoju bynajmniej nie stały się udziałem wszystkich, nawet większości – dziś już wiadomo. Dochodzenie do takiej świadomości, czyli uświadamianie sobie głębokiego rozczarowania tak niesprawiedliwym urządzeniem świata trwało długo, a dzisiaj ta świadomość eksploduje. Na szczęście w akcie wyborczym, a nie krwawej rewolcie. Zbuntowanym i rozgoryczonym nie chodzi tylko o materię, bogactwo czy dobrobyt, ani tylko materialne bezpieczeństwo. Chodzi też o sens i godność, poczucie wartości własnej. Została ona fundamentalnie podkopana przez propagowany masowo wzorzec mentalny, w myśl którego na szacunek zasługuje jedynie człowiek tzw. „sukcesu” (kasa, sława, władza), a pozostali to nieudacznicy. Ponieważ „sukces” jest udziałem zdecydowanej mniejszości, powyższa konstrukcja generuje – po upadku nadziei na automatyczne i „naturalne” spłynięcie bogactwa „w dół” hierarchii (dzieje się dokładnie odwrotnie) – oceany frustracji i upokorzenia, a potem wściekłości i agresji.

Wolność – bez równości i braterstwa

Znoszenie ograniczeń dla swobodnej działalności kreatorów „bogactwa i rozwoju” ma za uzasadnienie ideę indywidualnej wolności, wyniesionej ponad wszystko i oderwanej od innych nowożytnych fundamentów aksjologicznych dobrego społeczeństwa, czyli równości i braterstwa. „Inni” to piekło i konkurencja, jesteście sami i musicie sobie radzić. Społeczeństwo nie istnieje, są tylko jednostki („There is no such thing as society” – Margaret Thatcher) walczące z innymi o indywidualny sukces, to jeden z aksjomatów neoliberalizmu. W Polsce w okresie transformacji społeczno-ekonomicznej establishment wbił do głowy nawet szczerym i wytrawnym socjaldemokratom (np. Jackowi Kuroniowi…), że im bardziej brutalny kapitalizm zostanie zaprowadzony, tym lepiej, bo tym szybciej będziemy się rozwijać i stawać się krajem naprawdę cywilizowanym. Stąd porządki zaprowadzane po 1990 r. tworzyły kraj przyjazny dla „ludzi sukcesu”, którzy mieli wreszcie utworzyć upragnioną, oczekiwaną klasę średnią. Reszta, czyli większość, znalazła się we własnym (?) kraju i państwie na pozycjach peryferyjnych. Można powiedzieć, że została „porzucona” przez własne państwo i jego elity.

Tymczasem to właśnie słabsi (społeczno-ekonomicznie, politycznie) członkowie społeczności, których zwykle jest najwięcej, potrzebują władzy, państwa, prawa dla chronienia ich podstawowych potrzeb. Nasilniejsi i najbogatsi mogą sobie wszystko kupić (albo „załatwić”): od bezpieczeństwa i sprawiedliwości po zdrowie i wykształcenie. Działo się odwrotnie, w rezultacie rozwój („rozwój”?) miał charakter jednostronny, koślawy. Rozwój dla jednych, stagnacja dla wielu innych. W rezultacie rozpadło się ogólnospołeczne „my”, w Polsce żywe jeszcze na początku lat 90-tych. Rozpadło się na dwa społeczeństwa, kiedyś komplementarne, potem alternatywne, obecnie przeciwstawne. Ściślej – na cały archipelag „segmentów” społecznych – społeczności, środowisk, obozów, plemion mających ze sobą coraz mniej wspólnego. Na krótszą metę to społeczne rozbicie i nierówności sprzyjały interesom grup najsilniejszych. W ostatnim czasie pojawiła się świadomość ekonomicznych kosztów takiej sytuacji (Picketty i „Kapitał XXI wieku”) i zagrożeń dla całokształtu ładu światowego, ale mocno późno.

Sama kategoria „wspólnoty” była w demoliberalnym dyskursie nacechowana raczej negatywnie, z historycznie uzasadnionych powodów – skojarzeń z nacjonalizmem, ksenofobią, autorytarnym kolektywizmem sprzecznym z indywidualną wolnością. Używano neutralnych pojęć „społeczeństwo”, „społeczność” – opisowych, a nie nacechowanych, jak „wspólnota”, afirmacją i metafizyką potencjalnie groźną. Do wspólnoty się przynależy i ona wiąże, rolę społeczną się przyjmuje i bywa, że można ją negocjować lub zmienić. Okazało się jednak, że dla bardzo wielu „wspólnota” jest jak żyzna gleba, bez której życie nie jest możliwe albo pozostaje jałowe. I groźne, bo z ich perspektywy bez przynależności jednostka jest nikim, jest sama, wyobcowana, bezbronna. „Istnienie zbiorowe” ma dziś swoje silne racje w konfrontacji z liberalną, indywidualną wolnością. Obok upokorzenia ze strony systemu nobilitującego Silnych, a pozostałych dyskredytującego, oraz realnego upośledzenia pod względem szans na zaspokojenie potrzeb życiowych na wystarczającym poziomie – destrukcja więzi wspólnotowych jest najistotniejszym źródłem narastającej frustracji, wściekłości i na koniec buntu.

Polskie końce świata

W Polsce stare wspólnoty straciły przywódców przez wojenne wyniszczenie elit, co zdaniem Andrzeja Ledera („Prześniona rewolucja”) było częścią rewolucji społecznej spowodowanej przez nazistów i radzieckich. Przede wszystkim jednak wspólnoty rozpadły się z historycznych powodów – na skutek wojny, eksterminacji, wysiedleń i przesiedleń, migracji ze wschodu na zachód oraz ze wsi do miast i z prowincji do centrum, urbanizacji i industrializacji. Oraz, zwłaszcza, opresji komuny, która intencjonalnie rozbijała stare więzi wspólnotowe, zaprowadzając „nowy kolektywizm”, programowo plebejski. Wielki ruch „Solidarności” to była skoncentrowana emanacja tego egalitarnego, socjalistycznego społeczeństwa, posiłkująca się tradycyjną symboliką – narodową i religijną. Z kolei transformacja ustrojowa lat 90-tych ten kolektywny ład rozbiła, a wcześniejszych więzi nie ożywiła – bo nie mogła i nie chciała.

Socjolog Stefan Nowak w latach 70-tych odkrył fenomen „próżni socjologicznej”. Badania pokazały, że Polak/Polka dysponuje identyfikacją społeczną na dwóch przeciwstawnych poziomach – mikro i makro. Poziom mikro obejmuje rodzinę, krewnych, najbliższych przyjaciół i sąsiadów. Poziom makro to (wyobrażony) naród polski, także z kościołem rozumianym dość abstrakcyjnie. Pomiędzy nie było nic – żadnych innych społecznych bytów średniej skali, z którymi Polacy by się identyfikowali, jak kluby, zrzeszenia, organizacje społeczne, związki zawodowe, korporacje branżowe, lokalne zrzeszenia mieszkańców itp. Nie oznacza to, że takiej społecznej organizacji nie było, przeciwnie, była i bywało, że ludzie byli w tę działalność głęboko zaangażowani. Jednak badania pokazały brak głębszej identyfikacji z nimi, typu wspólnotowego. Jest oczywiste, że komuna nie dopuszczała autentycznej, oddolnej i autonomicznej aktywności, która nie byłaby politycznie kontrolowana, jako niedopuszczalnego przejawu wolności zrzeszania się.

Socjalistyczny kolektywizm był specyficznie „abstrakcyjny”, czego wyrazem był ogólnonarodowy zryw „Solidarności”, a jednocześnie np. kompletny brak szacunku dla własności wspólnej, czyli społecznej. Transformacja ustrojowa lat 90-tych unicestwiła ten niewielki pozostały po jej rozbiciu potencjał uspołecznienia i wspólnotowości, przez komercjalizację osłabiła więzi rodzinne , przyjacielskie, sąsiedzkie, zaś „naród” i kategorie pochodne na lata znikły z mainstreamowego dyskursu publicznego. W sensie egzystencjalnym zwykły człowiek pozostał z niczym. Niektórzy karmili się długo iluzjami szans na materialny sukces, mający umożliwić satysfakcjonujące sycenie się konsumpcją. Kraj widziany jako supermarket, a społeczeństwo jako jego klientela, może być atrakcyjny, ale tylko kiedy ma się forsę…

Transformacja… świadomości

Czas transformacji społeczno-ekonomicznej, czyli lata 90-te, to okres destrukcji mentalnego ładu posocjalistyczno-posolidarnościowego. W istocie chodziło od odwrócenie porządku (względnego), jaki ludzie mieli w głowach po kilkudziesięciu latach centralnie planowanej, niekomercyjnej gospodarki państwowej, stosunków kolektywnych i autorytarnych rządów oraz po ogólnonarodowym doświadczeniu zrywu „Solidarności”, a potem złamania tego ruchu, Zadanie było karkołomne – wykazać, że polityka radykalnego odejścia od idei „Solidarności”, z całym ich aksjologicznym zapleczem (w tym lewicowym, wspólnotowym, socjalnym), to konsekwentna i wierna ich realizacja. Różnym wymiarom tych praktyk i reakcjom na nie poświęcono trochę uwagi, powstało kilka znaczących książek, niekoniecznie eksponowanych – m.in. „Klęska ‘Solidarności’ Davida Osta, „Prywatyzując Polskę” Elizabeeth Dunn albo „Siedmiolatka, czyli kto nam ukradł Polskę” Jacka Kuronia. Nie wchodząc tu w szersze analizy, warto przypomnieć niektóre obrazy sytuacji perswazyjno-dyskursywnych charakterystycznych dla tamtego okresu.

Społeczny, socjalny, wspólnotowy i lewicowy (socjalistyczny – poza własnym doświadczeniem i oceną taką interpretację NSZZ „Solidarność” lat 80-tych daje Karol Modzelewski, ówczesny rzecznik prasowy Związku, w swojej głośnej, autobiograficznej książce „Zajeździmy kobyłę historii, czyli wspomnienia poobijanego jeźdźca”) charakter związku „Solidarność” propaganda wczesnej transformacji przykryła dyskursem antykomunistycznym, narodowym, wolnościowym. Jakkolwiek prawdopodobnie największe znaczenie perswazyjne miała obietnica powszechnego zbawienia w raju masowej konsumpcji, dobrobytu dla wszystkich, który zapewni kapitalizm jak najbardziej „ortodoksyjny” – w obiegu była narracja o „tygrysach wschodu”, których błyskawiczny rozwój gospodarczy miał być wzorem.

W zwięzłej syntezie propagowanej ówcześnie, topornej aksjologii rywalizacja (indywidualna o „sukces”) była przeciwstawiona współdziałaniu, egoizm – solidarności, interesowność – altruizmowi, indywidualność była przeciw wspólnocie, a pragmatyczny materializm przeciw idealizmowi, rynek („wolny”) – państwu („marnotrawnemu” i „rozbuchanemu”), a władza publiczna (niewydolna i sprzedajna) – biznesowi (z natury efektywnemu). Taki naiwny i prostacki przekaz miał być odtrutką na toksyczne miazmaty „komuny” i ekspresowo przekształcić świadomość społeczną na wzór (wydumany! zmitologizowany!)) burżuazyjnych społeczeństw Zachodu.

W kwestii własności aksjologiczna przewaga własności prywatnej jako najbardziej „godnej”, „słusznej” i „naturalnej”, zsakralizowanej („święte prawo własności”…), uzyskała najwyższą podstawę formalno-prawną w zapisie konstytucyjnym (Art. 20-22). Praktyczne tego skutki są widoczne np. w orzecznictwie sądów, gdzie własność inna niż prywatna – państwowa, społeczna, komunalna, grupowa-wspólna jest na gorszej pozycji. Intencją było wymierzenie historycznej sprawiedliwości komunie, deprecjonującej własność prywatną. Efektem stała się reguła, że wielka własność wygrywa z małą, prywatna z publiczną, komercyjna z użytkową/osobistą. Czyli rządzi wielki biznes, a korzyści płynące z tranformacji społeczno-ekonomicznej są prywatyzowane, zaś jej koszty – uspołecznione. Państwo i prawo jest silne wobec słabych, a słabe wobec silnych. W wymiarze praktycznym – wielki biznes wygrywa z władzą publiczną i podmiotami społecznymi nie tylko dzięki zapisom Konstytucji i ustaw. Wygrywa, bo stać go na najlepsze kancelarie prawne, lepsze niż radcy w urzędach albo działający pro bono adwokaci wspierający NGO-sy..

Lata 90-te to był czas wbijania do głów neoliberalnej aksjologii i filozofii społeczeństwa i gospodarki, opartej na wizji brutalnego darwinizmu, egoistycznej rywalizacji w dżungli o „sukces”, pieniądze, pozycję… Gdzie wspólnota, współdziałanie, państwo i sfera publiczne są szkodliwe i powinny być ograniczane. Dość żenującym przykładem jest wieloletnia kampania mediów liberalnych, propagująca różne sposoby obchodzenia systemu podatkowego, która nasila się w okresie rozliczeń podatku dochodowego. Okazuje się, że dzisiaj młodzi buntownicy, poszukujący w nacjonalizmie pożywnej egzystencjalnie i emocjonalnie wspólnoty, wyznają społeczny darwinizm w wymiarze ekonomicznym, łącząc go ze wspólnotowością w wymiarze symbolicznym, nasyconym tradycjonalnymi treściami.

Finale

Nowe „My” wyrastające na takiej glebie warunków społeczno-ekonomicznych, w opozycji do projektu emancypacyjnego lewicowo(?)-liberalnego, który okazał się wykluczający, oznacza REGRES. Bo to „powrót” do archaicznych formuł istnienia zbiorowości – etnicznych, plemiennych, narodowych, rasowych, zwróconych przeciw innym, wspólnot agresji, odwetu i eksploatacji. Wydawało się, że bolesne lekcje historii ten etap skompromitowały. Wykluczeni na szeroką skalę przez neoliberalną gospodarkę i ekskluzywny projekt emancypacyjny nie dążą jednak do zanegowania systemu i sposobu myślenia, który z zasady żeruje na słabszych. Wyzwolone demony przeszłości nie prowadzą do zniesienia wykluczenia i dyskryminacji, tylko do ich radykalizacji przez wykluczenie Innych. Według potrzeb i namiętności.

Wydaje się, że polska debata publiczna zatrzymała się gdzieś w XVII/XVIII wieku. Jej głównymi podmiotami są współczesne wcielenia sarmatów, a spór-walka toczy się pomiędzy Sarmatami „progresywnymi” próbującymi implementować „nowinki” z Zachodu, a Sarmatami „tradycjonalistami”, broniącymi pod hasłami Bóg-honor-ojczyzna wzorów życia (wyobrażonego) z przeszłości. To jest prastary konflikt polski z bajek biskupa Krasickiego, komedii Fredry i „Pana Tadeusza”, odgrywany ponownie i wciąż jak chocholi taniec. Mentalnie sprzed oświecenia… Jedni i drudzy wznoszą się wysoko nad ludem prostym, w którym nie widzą podmiotu praw, wolności i polityki. Jednak Sarmaci tradycjonalni jako dobrzy panowie rozdają szczodrze jałmużnę w naszym folwarku, czym zyskują wdzięczność i poparcie ludu prostego. Sarmaci progresywni, zgodnie ze swoimi wyobrażeniami o „postępie”, tokują o dawaniu ludowi prostemu wędki zamiast ryby, kiedy sami uprawiają rybołówstwo za pomocą generatorów prądu dużej mocy. Toteż dostępnych ryb dawno już w stawach nie ma.

***

Nie udało nam się wykreować projektu nowoczesnej, otwartej, nieekskluzywnej i prospektywnej wspólnoty ludzi równych, ale różnych, a tym bardziej nie udało się do niego na szerszą skalę przekonać i wprowadzić w życie. Dlatego rozdziobią nas kruki, wrony…. Co też już było.

Komisja Europejska opublikowała 30 listopada projekty ośmiu nowych regulacji w zakresie energetyki – tzw. pakiet zimowy. Przepisy zapewniają bardziej kompleksowe, a nie jak dotychczas – sektorowe podejście do realizacji polityki energetycznej i klimatycznej w Unii Europejskiej. Największe zmiany odczują konsumenci energii, których potrzeby mają stanąć w centrum nowego rynku energii.

Nowe prawo zmierza do tworzenia krajowych rynków energii wokół interesów i potrzeb konsumentów, jednocześnie kładąc większy niż dotychczas nacisk na ochronę odbiorców wrażliwych i walkę z tzw. ubóstwem energetycznym.

– Do tej pory konsument energii rozumiany był jako pasywny uczestnik rynku, którego aktywność sprowadzała się do zakupu energii z sieci. Proponowane przepisy odwracają ten stan rzeczy. Obrazują to pojawiające się w prawie europejskim nowe prawnie wiążące pojęcia, takie jak: aktywny odbiorca energii, lokalna wspólnota energetyczna oraz „agregator” – tłumaczy dr Marcin Stoczkiewicz z Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.

Takie zmiany są bardzo potrzebne, szczególnie w Polsce, gdzie konsument na rynku energii ma obecnie bardzo słabą pozycję, słabszą niż na każdym innym rynku produktów – komentuje Stoczkiewicz.

Aktywny konsument energii miałby być rozumiany znacznie szerzej niż aktualnie obowiązujący w polskim prawie „prosument”. Zdaniem Komisji, aktywnym konsumentem powinna móc zostać zarówno osoba bądź grupa osób jak i przedsiębiorstwo działające w innym sektorze niż elektroenergetyka. Podobnie szeroka ma być definicja „lokalnej wspólnoty energetycznej”, którą mogłoby zostać stowarzyszenie, spółdzielnia, organizacja pozarządowa bądź spółka, której głównym celem działalności nie jest osiąganie zysków.

Obydwie formy prawne pozwalałyby uczestniczyć w lokalnym rynku energii poprzez wytwarzanie, oszczędzanie, magazynowanie lub sprzedaż energii, a także świadomie regulowanie zapotrzebowania na energię (tzw. DSR).

O tym, czy nowe uprawnienia wejdą w życie w proponowanej formie zadecydują Rada i Parlament Europejski.

Poniżej przedstawione są najważniejsze propozycje nowych praw dla odbiorców energii:

Propozycje uprawnień dla konsumentów energii:

  1. Uprawnienie do zawarcia z dostawcą umowy opartej o dynamiczne ceny energii elektrycznej;
  2. Wzmocnienie uprawnienia do wolnego wyboru dostawcy;
  3. Uprawnienie do:
  • zawarcia umowy z agregatorem bez uzyskania zgody dostawcy,
  • rozwiązania umowy z agregatorem bez ponoszenia nieuzasadnionych kosztów,
  • otrzymania wszystkich danych zebranych przez agregatora w okresie trwania umowy.

Propozycje uprawnień dla aktywnego odbiorcy energii:

  1. Uprawnienie do produkowania, sprzedaży, magazynowania wyprodukowanej energii  bez obciążania go utrudniającymi procedurami i nieproporcjonalnymi opłatami, które nie odzwierciedlają kosztów, w szczególności opłatami sieciowymi;
  2. Uprawnienie do uczestniczenia poprzez systemy zarządzania popytem.

Propozycje uprawnień dla lokalnej wspólnoty energetycznej:

  1. Prawo do produkcji, sprzedaży, magazynowania wyprodukowanej energii bez obciążania jej utrudniającymi procedurami i opłatami;
  2. Prawo ustanawiania i samodzielnego zarządzania sieciami lokalnymi.

Źródło: Fundacja ClientEarth Prawnicy dla Ziemi

Sprawy środowiskowej nie można ostatecznie rozstrzygnąć przed prawomocnym sądowym rozstrzygnięciem wniosku organizacji ekologicznej o przyznanie jej w tej sprawie prawa strony – orzekł Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w wyroku C-273/15 z 8 listopada 2016 r.,  interpretując w ten sposób art. 9.2 i 9.4 Konwencji z Aarhus oraz art. 47 Europejskiej Karty Praw Podstawowych. Tj. nie można, w czasie oczekiwania na rozstrzygnięcie w sprawie dopuszczenia organizacji ekologicznej do postępowania – zakończyć postępowania głównego nie dając w ten sposób organizacji ekologicznej możliwości przedstawienia swoich argumentów i w razie potrzeby zainicjowania sądowej kontroli rozstrzygnięcia.

Mimo że spraw dotyczących „oddziaływania na Naturę 2000” nie wymieniono wprost w konwencji z Aarhus, to są one „innymi sprawami mogącymi mieć znaczące oddziaływanie na środowisko” o których mowa w tej dyrektywie, co oznacza że organizacjom ekologicznym musi, co do zasady,  przysługiwać możliwość inicjowania sądowej kontroli  rozstrzygnięć w takich sprawach – potwierdził Trybunał.

Ten i inne wyroki TSUE są dostępne (także po polsku) na www.curia.eu

Konwencja z Aarhus to Konwencja o Dostępie do Informacji, Udziale Społeczeństwa w Podejmowaniu Decyzji oraz Dostępie do Sprawiedliwości w Sprawach Dotyczących Środowiska, podpisana 25 czerwca 1998 r. w Aarhus w Danii, ratyfikowana w 2001 r. także przez Polskę. Została podpisana przez ówczesną Wspólnotę Europejską i następnie zatwierdzona decyzją 2005/370, dlatego też na podstawie art. 216 ust. 2 Traktatu o Funkcjonowaniu UE, stanowi integralną część porządku prawnego Unii, co uprawnia Trybunał Sprawiedliwości UE do jej interpretacji i stosowania w zakresie regulowanym prawem UE.

Źródło: Klub Przyrodników (www.kp.org.pl)

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w dniu 10 listopada 2016 r. wydał wyrok w sprawie C-504/14, w której Komisja Europejska zarzucała Grecji niewystarczającą ochronę żółwi morskich Caretta caretta na plażach w rejonie miejscowości Kyparissia. Plaże zatoki Kyparissia na zachodnim wybrzeżu Peloponezu w ostatnich latach stały się najważniejszym w Unii miejscem lęgowym żółwia morskiego Caretta caretta ze stale rosnącą liczbą gniazd. Ten trend przyczynił się przypuszczalnie również do tego, że Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody i Jej Zasobów (IUCN) oceniła populację żółwia w obszarze morza śródziemnego w 2015 roku jako „least concern”, tzn. przyjęła najniższy z możliwych w jej systemie ocen stopień zagrożenia. Mimo to, ochrona żółwi zdaniem organizacji pozarządowych, podzielonym następnie przez Komisję Europejską, nie jest tam wciąż satysfakcjonująca. Głównym problemem jest żywiołowo rozwijająca się turystyka ze wszystkimi jej przejawami: legalną i dziką urbanizacją, ułatwianiem dojazdu do plaż, ekspansją drobnej infrastruktury rekreacyjnej i samą presją rekreacji, w tym powtarzającymi się przypadkami nieprzestrzegania wprowadzonych przez Grecję przepisów ochrony żółwi. Obserwowany dziś wzrost populacji – liczne składanie jaj – odzwierciedla sukces rozrodczy sprzed mniej więcej 20 lat i wynika z podejmowanych wtedy działań ochronnych.

Mimo pozytywnego obrazu całościowego stanu populacji żółwia w zatoce Kyparissia, zarzuty Komisji zostały w znacznej części uznane. Trybunał orzekł, że:

Grecja uchybiła wymogom art. 6.2 dyrektywy siedliskowej (wymóg zapobieżenia pogarszaniu stanu przedmiotów ochrony), m. in. poprzez

  • Dopuszczenie do urbanizacji obszaru Natura 2000 (co generuje oddziaływania zanieczyszczenia, wibracje, zwiększenie obecności ludzkiej, jak również uciążliwości dźwiękowe i świetlne dla żółwi rozmnażających się na plaży) poprzez udzielanie zezwoleń na budowę domów i rezydencji, a także poprzez brak skutecznego systemu zapobiegania mającym miejsce, licznym samowolom budowlanym;
  • Ułatwienie dostępu pojazdów mechanicznych i ludzi do plaż, przez dopuszczenie do nielegalnego ulepszenia i wyasfaltowania dróg dojazdowych do plaży (sąd uznał tu m. in. że utwardzenie dróg piaszczystych ułatwia ich użytkowanie, w szczególności przez pojazdy mechaniczne, co może oddziaływać w znaczący sposób na siedliska wydmowe i poważnie zwiększać niepokojenie żółwi morskich na plaży);
  • Niezastosowanie środka tymczasowego w postaci  wstrzymania użytkowania w/w dróg, gdy przed sądami krajowymi toczy się postępowanie w sprawie nielegalnego ich ulepszenia;
  • Nie podjęcie odpowiednich i skutecznych działań w celu zapewnienia przestrzegania zakazu dzikiego biwakowania w pobliżu plaż;
  • Tolerowanie funkcjonowania na plażach hałaśliwych i oświetlonych nocą barów, a także organizacji imprez plenerowych;
  • Tolerowanie sprzętu plażowego (parasole i leżaki) na plażach;
  • udowa rampy dla inwalidów przy hotelu przy plaży, bez rozważenia mniej szkodliwych rozwiązań alternatywnych i zrównoważenia zaangażowanych interesów;
  • Tolerowanie emisji światła w pobliżu plaż (dotyczy także oświetlenia publicznego powstałego przed uznaniem obszaru Natura 2000);
  • Tolerowanie rybołówstwa w pobliżu plaż, co zagraża znaczącym przyłowem żółwi.

Trybunał przypomniał, że działalność (choćby kontynuowana sprzed powstania obszaru Natura 2000) jest zgodna z art. 6 ust. 2 dyrektywy siedliskowej tylko wtedy, gdy jest zagwarantowane, że nie powoduje ona zakłócenia mogącego w istotny sposób oddziaływać na cele tej dyrektywy, w szczególności na jej cele w zakresie ochrony. Do wykazania naruszenia nie trzeba udowodnić istnienia związku przyczynowego między realizacją przedsięwzięcia a poważnym niepokojeniem dotkniętych tym gatunków, a wystarczy wykazać prawdopodobieństwo lub ryzyko powodowania w wyniku tej realizacji poważnego niepokojenia tych gatunków.

Grecja uchybiła wymogom art. 6.3 dyrektywy siedliskowej (obowiązek właściwej oceny) poprzez brak właściwej oceny oddziaływania na obszar przed udzieleniem zezwolenia na budowę kilku domów i hotelowej rampy dla inwalidów (por. wyżej). Trybunał wskazał tu w szczególności, że działania nielegalne, podjęte bez uzyskania wymaganego zezwolenia i tym samym bez odpowiedniej oceny oddziaływania na obszar Natura 2000, nie stanowią naruszenia art. 6.3, ale sam fakt, że państwo takim działaniom skutecznie nie zapobiega, stanowi naruszenie art. 6.2 dyrektywy siedliskowej.

Grecja uchybiła wymogom art. 12 dyrektywy siedliskowej (ochrona gatunkowa gatunków z załącznika IV, w szczególności zakaz nawet nieumyślnego pogarszania stanu miejsc rozrodu gatunku) nie ustanawiając spójnego i skutecznego systemu ochrony miejsc rozmnażania się żółwi przed zaburzeniami. Nie zmienia tego fakt,  że działania zakłócające rozród żółwi są zakazane greckim prawem: naruszenie polega na tym, że do działań przeszkadzającym żółwiom dochodzi mimo zakazu (por. wyżej), czemu Grecja skutecznie nie zapobiega. Naruszeniu art. 12 nie zaprzecza podnoszony przez Grecję fakt, że mimo zaburzeń populacja żółwi jest stabilna i wykazuje pewien wzrost.

Wyrok C-504/14 w sprawie Kyparissia będzie ważnym elementem interpretacji przepisów dyrektyw siedliskowej, podobnie jak jest nim także wcześniejszy wyrok C-103/00 w sprawie żółwi morskich na Zakinthos.

Interesujące wątki pojawiły się także w poprzedzającej wyrok i zasadniczo podtrzymanej przez Trybunał opinii Rzecznika Generalnego. Wskazał on m. in., że

  • aktywne działania dla ochrony gatunku stanowią tylko prowizoryczne rozwiązanie nie mogące usprawiedliwiać tolerowania antropogenicznych pogorszeń; wynikające z dyrektywy siedliskowej obowiązki w pierwszej kolejności mają jednak na względzie zapobieganie niepokojeniu chronionych gatunków, aby mogły się one bez pomocy człowieka rozmnażać w swym naturalnym otoczeniu;
  • zakaz pogarszania stanu nie kończy się na zakazaniu nowych rodzajów szkodliwych działalności. Wymaga on także, by państwo członkowskie podjęło stosowne środki zapobiegające pogorszeniom, tj. skuteczne egzekwowanie zakazów;
  • nawet ściganie i karanie wykroczeń przeciwko ochronie gatunkowej nie jest jeszcze wystarczające jako wykonanie obowiązków dyrektywy jeśli nie jest skuteczne, np. jeśli kary nie są odstraszające.
  • Samo zwiększenie ryzyka negatywnego oddziaływania jest negatywnym oddziaływaniem (np. drogi asfaltowe do plaży zwiększają ryzyko nielegalnych wjazdów samochodami na plaże, co przez ubijanie piachu szkodzi żółwiom);

Ten i inne wyroki Trybunału są dostępne ( w większości także po polsku) na www.curia.eu

Źródło: Klub Przyrodników (www.kp.org.pl)

Ewa Sufin-Jacquemart: Czy możesz skomentować COP22, jak oceniasz ten szczyt klimatyczny, jakie są jego osiągnięcia, a jakie punkty najbardziej wrażliwe?

Florent Marcellesi: COP22 wysłał światu jasny przekaz polityczny, że cokolwiek zrobi Trump, nowy prezydent amerykański, transformacja ekologiczna jest nie do zatrzymania, to znaczy nie ma możliwości powstrzymania podjętej walki ze zmianami klimatu.

Przekonaliśmy się też, że jest wiele oddolnych inicjatyw, w miastach i w regionach, które przypominają nam, że poza władzami i administracjami państw jest wiele instytucji i grup społeczeństwa obywatelskiego, które już są na drodze tej transformacji, ekologicznej i sprawiedliwej.

Co prawda chcielibyśmy widzieć ambitniejsze zobowiązania redukcji emisji [ZW: gazów cieplarnianych], a także więcej ambicji w kwestiach finansowania, szczególnie dla krajów południa, tak aby mogły się przystosować, gdyż to one są dziś najbardziej narażone na skutki zmian klimatu. Chcielibyśmy również widzieć więcej ambicji ze strony Unii Europejskiej, która była jednym z najważniejszych aktorów w walce ze zmianami klimatu i miała okazję, z wyborem Trumpa, znów przejąć leadership klimatyczny. No i oczekujemy od Unii Europejskiej więcej spójności, gdyż w tej chwili, biorąc np. pod uwagę mało ambitny „Pakiet Zimowy” Komisji Europejskiej dotyczący energii odnawialnych, przekonujemy się, że jest jeszcze zbyt wiele otwartych furtek dla brudnej energii.

Jest to więc bilans z punktami pozytywnymi co do zaangażowania politycznego poszczególnych stron, ale jednocześnie widzimy, że moglibyśmy osiągnąć znacznie więcej, a przede wszystkim, że musimy działać znacznie szybciej, bo w 2023 roku skończy się nasz budżet węglowy, a podjęte do tej pory zobowiązania redukcji emisji są na razie znacząco niewystarczające, aby osiągnąć cel z Paryża, to znaczy nie doprowadzić do wzrostu średniej temperatury na Ziemi o więcej niż 1,5*C.

Tak więc koniecznie trzeba kontynuować tę trudną drogę, a przede wszystkim pogłębić ją, zwiększając zobowiązania i zapewniając lepsze finansowanie dla krajów rozwijających się.

ES: Czy słyszałeś, że Polska ma znów organizować szczyt klimatyczny – COP24 w 2018 roku? Co o tym myślisz?

FM: Pewnie to dobra rzecz dla Polski (śmiech…), która przyjmie 30 tysięcy delegatów na szczycie COP24, ale nie wiem czy to dobrze dla negocjacji klimatycznych i dla Europy. Bo niestety Polska była do tej pory krajem, który najbardziej hamował ambicje Unii Europejskiej. Nie jedynym oczywiście, były Włochy, no i Hiszpania oczywiście, ale niestety Polska nie jest dziś krajem, który jest na drodze wielkiej transformacji ekologicznej w kierunku świata bez węglowodorów. Mam więc nadzieję, że do tej pory albo w Polsce się coś zmieni, albo w Unii będzie większa presja. Tym bardziej, ze COP24 będzie szczególnie ważny, znacznie ważniejszy niż COP23, gdyż właśnie wtedy zaczniemy robić przegląd zobowiązań redukcji emisji do wejścia w życie porozumienia paryskiego w 2020 roku. Polska będzie miała ogromną rolę do odegrania w tym przeglądzie w 2018 roku, a więc wpływ na końcowy kształt porozumienia.

ES: Bardzo dziękuję i życzę powodzenia.

Według Oxfamu, konferencja klimatyczna ONZ w Marakeszu upewniła nas, że Porozumienie Paryskie będzie nadal obowiązywać, ale poza tym zrobiła bardzo niewiele, aby naprawić jego największe wady, które sprawiają, że kraje biedne i najbardziej narażone na konsekwencje globalnego ocieplenia znajdują się w niebezpieczeństwie.

Isabel Kreisler, odpowiedzialna w Oxfam International za politykę klimatyczną, powiedziała: „Zapowiadano, że konferencja będzie skoncentrowana na działaniu i wcielaniu w życie Porozumienia Paryskiego. Zamiast tego byliśmy świadkami upartej odmowy ze strony ministrów z krajów rozwiniętych i negocjatorów zapełnienia luki kapitałowej w funduszu adaptacyjnym i skonfrontowania się z faktem, że Porozumienie nie chroni w pełni życia ludzi, którzy najbardziej ucierpią na skutek zmiany klimatu”.

Ubiegłoroczne Porozumienie nie sprecyzowało, jaka część pieniędzy przeznaczonych na pomoc klimatyczną dla krajów rozwijających się powinna zostać przeznaczona na adaptację, stwierdzając jedynie, że środki te powinny pozostawać w „równowadze” w stosunku do funduszy mających na celu pomoc w ograniczeniu emisji. Jak wykazał Oxfam i wielu innych, ma to niewiele wspólnego z rzeczywistością.

W czasie negocjacji z zadowoleniem przyjęto „przedstawienie” przez państwa ofiarodawców harmonogramu, który przewiduje, że zaledwie 20% całości funduszu klimatycznego zostanie przeznaczonych ze środków publicznych na adaptację. Naciskając na przyjęcie takiego planu działania, państwa będące donatorami pokazały, że nie przeszkadza im ten ogromny brak równowagi.

„Fundusz adaptacyjny nie jest po prostu abstrakcyjną grą liczbową. Chodzi o zapewnienie rolniczkom w Afryce nasion upraw odpornych na suszę, a więc umożliwienie wyżywienia ich rodzin; chodzi o zbudowanie falochronów, aby umożliwić milionom ludzi zamieszkujących na wybrzeżach przetrwanie w warunkach podnoszącego się poziomu morza” – powiedziała Kreisler. „Kraje rozwijające wywiązują się ze swoich zobowiązań. Forum Państw Zagrożonych Zmianami Klimatu (he Climate Vulnerable Forum), grupa czterdziestu siedmiu najbardziej zagrożonych, ogłosiła zobowiązanie do przejście w 100% na energie odnawialne. Kraje rozwinięte powinny wypełnić swoją część umowy”.

Bardzo niepokoi fakt, ze świat nadal zmierza w kierunku ocieplenia powyżej 3° Celsiusza, co stoi w całkowitej sprzeczności sprzeczności z zadeklarowaną w Porozumieniu Paryskim ambicją ograniczenia go do 1,5°. Ponieważ negocjacje w Marakeszu zrobiły bardzo bardzo niewiele dla zwiększenia zaproponowanych przez kraje celów w zakresie ograniczenia emisji, grozi nam, że cel 1,5° będzie niemożliwy do zrealizowania.

Wyniki wyborów prezydenckich w USA położyły się cieniem na negocjacjach, pojawiły wątpliwości czy prezydent-elekt Donald Trump uhonoruje Porozumienie Paryskie.

Pomimo tej niepewności, Oxfam odnotował wiele oznak, ze reszta świata pozostaje wierna zobowiązaniu do walki ze zmianami klimatu. W ciągu ostatnich dwóch tygodni, kilkanaście następnych państw ratyfikowało Porozumienie, a najważniejsi przywódcy określili je w swoich wystąpieniach, jako „nieodwracalne” i „nie do zatrzymania”. W przedostatnim dniu konferencji, wszystkie kraje podpisały „Proklamację ws. Działania” (Marrakech Action Proclamation), aby potwierdzić swoje zobowiązanie do walki ze zmianami klimatu oraz „dać impuls do solidarności, nadziei i możliwości dla obecnych i przyszłych generacji”.

Ten dający się odczuć, autentyczny rozmach sprawia, ze brak postępu w zapewnieniu niezbędnych funduszy na adaptację i redukcję emisji, jest jeszcze bardziej żenujący.

Prezydencję COP obejmuje teraz Fidżi, którego premier mówił w sposób poruszający o „nowej przerażącej erze”, w którą wkroczył jego kraj z powodu zmiany klimatu.

„Porozumienie Paryskie ma bez wątpienie historyczne znaczenie, ale miliony ludzi zagrożonych z powodu ekstremalnych, zmiennych warunków pogodowych, nie mogą dłużej czekać. Oxfam ma nadzieję, że „Pacyficzny COP” w 2017 roku skieruje uwagę świata na zagrożenia, w obliczu których stoją małe wyspy na Pacyfiku i w innych rejonach, i rzeczywiście zapewni niezbędne działania i pomoc potrzebne ludziom zagrożonym konsekwencjami zmiany klimatu na całym świecie” – powiedziała Kreisler..

źródło: Oxfam

Tłumaczenie: Jan Skoczylas