To już ostatnie dni, aby zapisać się na Joga Festiwal. V Górski Maraton Jogi, który odbędzie się 25 – 27 sierpnia 2017 r. To największe w Polsce wydarzenie tego rodzaju. Festiwal jest przeznaczony przede wszystkim dla tych, którzy zaczynają swoją przygodę z jogą.
Na uczestników czekają warsztaty jogi prowadzone przez Wiktora Morgulca, Radka Rychlika, Katarzynę Enerlich i Agnieszkę Lasotę. W programie Festiwalu znajdują się: darmowe zajęcia jogi, joga dla dzieci, piąta edycja Maratonu Jogi „108 Powitań Słońca”, jak i liczne warsztaty poświęcone takim tematom, jak: anti-age’ing twarzy, zielarstwo, kulinaria czy uważność. Organizatorzy przewidzieli także koncert na gongi i misy tybetańskie oraz konkurs
z nagrodami.
Joga Festiwal. V Górski Maraton Jogi w Wierchomli to największa otwarta impreza związana
z jogą odbywająca się w takiej skali. Od lat przyciąga zarówno osoby nigdy nie ćwiczące, początkujących, jak i doświadczonych joginów.
Joga Festiwal. V Górski Maraton Jogi to wydarzenie, które może się odbyć w takim wydaniu także dzięki patronom, jak: Ambasada Indii w Polsce, Akademicki Związek Sportowy, Stowarzyszenie Jogi Akademickiej, Stowarzyszenie Miłośników Jogi, Fundacja Art of Living, POLIM Polski Instytut Mindfulness oraz sponsorom: NEWBY TEAS, YOPE, PRIMAVIKA, ORGANIQUE, POLSOJA, ID’EAU.
Rejestrować można się pod adresem: http://maratonjogi.pl/zgloszenie/ Pełny program wydarzenia znajduje się pod linkiem: http://maratonjogi.pl/program/
Organizatorami Festiwalu są kompleks narciarsko-turystyczny Dwie Doliny Muszyna-Wierchomla – czyli Stacja Narciarska Dwie Doliny Muszyna-Wierchomla i ***Hotel Wierchomla Ski&SPA Resort – oraz portal Joga-Joga.pl – pierwszy ogólnopolski serwis internetowy o tematyce poświęconej jodze, zdrowemu, pożytecznemu stylowi życia. Stanowi największe w Polsce kompendium wiedzy o jodze i tematach pokrewnych.
Więcej informacji: Przemysław Kutnyj, rzecznik prasowy Stacji Narciarskiej Dwie Doliny Muszyna-Wierchomla i ***Hotelu Wierchomla Ski&Spa Resort, tel.: 506 004 898 przemyslaw.kutnyj@wierchomla.com.pl
Na naradzie dyrektorów parków narodowych 11 sierpnia 2017 r., dyrektorom wszystkich parków przekazano polecenie Ministerstwa Środowiska, by do listopada „zredukować” zagęszczenia dzików w poszczególnych parkach, w całej Polsce, do poziomu nie większego niż 1 szt./1000 ha na wschód od Wisły (w tym w parkach karpackich), a 5 szt./1000 ha na zachód od Wisły. Rzeź dzików mają wykonać w ramach obowiązków służbowych pracownicy parków posiadający odpowiednie uprawnienia.
Dyrektorom przekazano konkretne liczby dzików, które pod rygorem odpowiedzialności służbowej dyrektora mają być zastrzelone. Liczby te wyliczone zostały przy biurku w MŚ na podstawie pomnożenia przez 2 raportowanej przez Parki wiosennej liczebności dzików (przyjęto że przyrost zrealizowany wynosi wszędzie 100%) i odjęcia zakładanego „stanu docelowego” wynikającego z powierzchni parku. Żądana przez Ministerstwo hekatomba dzików to w skali kraju ponad 7000 osobników. Najwięcej dzików ma być zabitych w Drawieńskim Parku Narodowym (1500), Kampinoskim (1113), Wielkopolskim (918), Gór Stołowych (762), Magurskim (581), Ujściu Warty (546). Tylko parki: Biebrzański (który wiosną podał Ministerstwu że ma zaledwie 40 dzików) i Białowieski (który… nie podał wiosennej liczebności, co MS przyjęło jako zero) nie otrzymały liczby dzików do wymaganego odstrzelenia. W parkach, zdaniem MŚ, pozostać może przeciętnie po najwyżej kilkadziesiąt dzików na park (od 3 w Babiogórskim i 4 w Pienińskim, przez przykładowo 19 w Magurskim i 60 w Drawieńskim, po 338 w Kampinoskim Parku Narodowym).
Tym samym, odstrzały mają zostać wykonane także w tych parkach, w których założenia ochrony zakładały dotąd zupełny brak polowań na jakiekolwiek zwierzęta (Bieszczadzki, Narwiański, Słowiński, Świętokrzyski, Tatrzański), w parkach których założenia ochrony zakładały nieingerencję w populację dzika (Magurski, Gorczański, Babiogórski, Bory Tucholskie, Gór Stołowych), bądź w parkach w których opracowania eksperckie wykonane dotąd w ramach opracowania planów ochrony wskazywały, że dzików nie należy redukować (Drawieński, Ujście Warty).
Planowana rzeź dzików w parkach narodowych uzasadniana jest zwalczaniem afrykańskiego pomoru świń (ASF) – zakaźnej choroby wirusowej trzody chlewnej (niegroźnej dla zdrowia ludzi, ale powodującej straty gospodarcze). Przypadki ASF odnotowano dotychczas tylko na wschodzie kraju: http://www.wetgiw.gov.pl/719—asf-w-polsce
Mimo istnienia nowo wprowadzonych mechanizmów prawnych, umożliwiających weterynarzowi powiatowemu, wojewodzie lub ministrowi rolnictwa, w razie wystąpienia lub zagrożenia chorobą zakaźną zwierząt, nakazywanie odstrzałów dzikiej zwierzyny, co znosi przepisy ochronne form ochrony przyrody, mechanizm ten nie ma być wykorzystany. Odstrzału w parkach narodowych nie nakazują służby weterynaryjne. Jest to inicjatywa Ministerstwa Środowiska, które chce, by wystrzelanie dzików zrealizować jako „ochronę przyrody” (w ramach działań ochronnych i na koszt parków narodowych), a nie jako nadzwyczajne działanie zoo-sanitarne (z przepisów ustawy o ochronie zdrowia zwierząt, w ramach kosztów zwalczania epizoocji).
16 sierpnia Andrzej Szweda-Lewandowski, pełniący funkcję Głównego Konserwatora Przyrody, skierował do parków narodowych pismo nakazujące przygotowanie projektów zmian zadań ochronnych, w których należy ująć żądany odstrzał dzików jako „działanie ochronne” w poszczególnych parkach. Nakazał także cotygodniowe raportowanie działań i postępów – liczby odstrzelonych dzików, liczby osób wykonujących odstrzały, liczby wyjść na łowiska. Projekty zmian zadań ochronnych mają być przedłożone Ministerstwu w nadzwyczajnym trybie i tempie (do 22 sierpnia).
_______________________________________________
Źródło: informacja prasowa Klubu Przyrodników
Nie ma wspólnoty bez tradycji. Nawet lewica, ostrożna wobec ograniczania wolności, jakie każda wspólnota, by przetrwać, narzuca swoim członkom, również jej potrzebuje.
Ruchy miejskie też muszą szukać swojej tradycji. Jest w historii Polski epizod znany tylko historykom i hobbystom, który po „odgrzebaniu” może stać się ważnym elementem polskiej tradycji miejskiej. To istniejące w latach 1815-1846 państwo Wolne Miasto Kraków, w języku potocznym – Rzeczpospolita Krakowska.
Poza heroicznym upadkiem w czasie powstania krakowskiego w 1846 roku, w tej historii nie ma martyrologii, za to jest dużo żmudnej i niewdzięcznej, pozbawionej spektakularnych wydarzeń pracy u podstaw. Jedyne miasto, które w burzliwej historii Polski miało tak szeroką suwerenność, zdało egzamin z odpowiedzialnego zarządzania swoimi sprawami.
Nie powinien być przeszkodą w przejęciu tej tradycji przez ruchy miejskie „nieprawy” akt założycielski. Rzeczpospolita Krakowska powstała w wyniku decyzji Kongresu Wiedeńskiego w 1815 roku z inicjatywy cara Aleksandra I (w przypadku przyznania podobnego statusu Toruniowi nie przełamał on sprzeciwu Prus). Pozbawiona prawa do prowadzenia własnej polityki zagranicznej, Rzeczpospolita Krakowska na tle odrestaurowanych po Rewolucji Francuskiej i Napoleonie monarchii absolutnych była jednym z najbardziej liberalnych państw europejskich. Konstytucja gwarantowała równość wobec prawa, niezależność sądów i jawność procedur sądowych. Chłopom zagwarantowano wolność, a pańszczyzna została zniesiona. Żydzi stanowiący 15% mieszkańców cieszyli się swobodami nieosiągalnymi w tej części Europy. Ich pozycja społeczna mierzona zakresem wolności była niższa niż mieszczan czy okolicznych ziemian, ale wyższa niż polskiego chłopstwa. Na 28 gmin, na które administracyjnie podzielono państwo, dwie gminy oficjalnie miały status żydowskich o odmiennym niż polskie gminy ustroju. Tak jak dla kultury polskiej Kraków był wolną enklawą, tak dla społeczności żydowskiej Europy środkowej i wschodniej miasto stanowiło enklawę dla haskali, żydowskiego oświecenia.
Pierwotny kształt Konstytucji Rzeczpospolitej Krakowskiej zredagował książę Adam Czartoryski, przyjaciel cara, członek rosyjskiej Rady Państwa, przez dwa lata minister spraw zagranicznych Rosji, a po Powstaniu Listopadowym jeden z przywódców Wielkiej Emigracji. Miastem rządził jednoizbowy parlament – 41-osobowe Zgromadzenie Reprezentantów, zbierające się raz w roku celem uchwalenia budżetu i rozliczenia władzy wykonawczej za rok poprzedni. Jego członków wybierały gminy (z wyjątkiem gmin żydowskich, które wybierały swoje własne samorządy), na które administracyjnie podzielone było państwo. Czynne prawo wyborcze mieli obywatele spełniający cenzus wykształcenia lub majątkowy (nie było ich więcej niż 1% mieszkańców Rzeczpospolitej, ale na tle absolutyzmów europejskich była to oaza demokracji). Część członków Zgromadzenia powoływał Uniwersytet Jagielloński, kapituła katedralna oraz Senat Rządzący. Ten ostatni spełniał rolę organu wykonawczego. Liczył 12 członków, z których 8 wybierało Zgromadzenie, a po dwóch Uniwersytet i kapituła (niektórych dożywotnio, niektórych czasowo). Jego pracami kierował prezydent. Przez większość okresu istnienia Rzeczpospolitej Krakowskiej funkcję tę pełnił hrabia Stanisław Wodzicki, prekursor konserwatystów krakowskich, który w sporach wewnętrznych z liberalną opozycją nie wahał się odwoływać do zaborców. W okresach, gdy przewagę nad konserwatywnym okolicznym ziemiaństwem zdobywali liberalni mieszczanie i przedstawiciele Uniwersytetu (w pierwszych latach Rzeczpospolitej liderem liberalnej opozycji był rektor Jagiellonki Walentyn Litwiński), funkcja ta była pełniona rotacyjnie przez kolejnych senatorów. O szczególnej pozycji Uniwersytetu w Rzeczpospolitej świadczy podporządkowanie mu edukacji. To przy Uniwersytecie, a nie organach władzy, powołano Komisję Włościańską, która nowocześnie uregulowała status osobisty i majątkowy chłopów. Wobec swoich profesorów i studentów kompetencje sądownicze sprawował sam Uniwersytet, a nie sądy krakowskie.
Rzeczpospolita Krakowska posiadała wiele atrybutów państwa świadczących o jej suwerenności. Utworzyła ważną w tamtych czasach oznakę suwerenności, jaką była własna poczta. Kurier do Warszawy jechał 22 godziny, co było najszybszym połączeniem pocztowym w ówczesnej Europie. Kraków nie był uprawniony do posiadania sił zbrojnych, ale w ramach 500-osobowej milicji („straży miejskiej”) sformował dwie kompanie fizylierów w barwach armii Księstwa Warszawskiego, dowodzone przez byłych oficerów kościuszkowskich lub napoleońskich.
Kraków pozostawał w unii walutowej z Królestwem Kongresowym, ale gdy po Powstaniu Listopadowym Rosjanie wycofali z obiegu monety z polskim orłem, Kraków zaczął bić własną monetę. Złoty krakowski dzielił się na 30 groszy. Kraków korzystał z położenia na styku Rosji, Prus i Austrii, rozwijając wolny handel napędzający rozwój gospodarczy całego państwa. Do Rzeczpospolitej Krakowskiej ciągnęły tłumy z trzech zaborów. W ciągu 30 lat liczba mieszkańców wzrosła z 90 do 150 tysięcy.
Pomoc społeczna nie wychodziła poza działalność Towarzystwa Dobroczynnego. Zgodnie z ówczesną myślą postępową na wzgórzu wawelskim założono obóz resocjalizacyjny dla osób z marginesu społecznego. W trakcie całego okresu Rzeczpospolitej zapadł i został wykonany na Błoniach tylko jeden wyrok śmierci na pewnym mordercy. Kraków pod tym względem był jednym z najbardziej postępowych państw w ówczesnej Europie.
Codzienne życie Krakowa wyglądało prozaicznie, ale przecież dziś ruchy miejskie potrzebują dobrych wzorców takiego funkcjonowania miasta. O tym, jak bardzo jesteśmy sobie bliscy, świadczy zasługujący na przypomnienie spór, jaki rozgorzał w pierwszych latach istnienia państwa, którego błogosławione rezultaty odczuwamy do dziś. Po ostatnim zaborze Austriacy zarządzili rozbiórkę murów miejskich. Nie miały już one militarnego znaczenia, a ponieważ popadły w ruinę i stały się schronieniem dla osób bezdomnych, włóczęgów i rzezimieszków miejskich, decyzja zaborcy spotkała się z przychylnym przyjęciem przez mieszczan, kontynuujących rozbiórkę w czasach przynależności do Księstwa Warszawskiego oraz w pierwszych latach Rzeczpospolitej Krakowskiej. Dopiero w 1817 roku, gdy na posiedzeniu Senatu padł wniosek o dokończenie rozbiórki murów przez rozebranie Barbakanu, Bramy Floriańskiej i pozostałych baszt oraz łączącego ich muru, profesor Uniwersytetu Feliks Radwański zmobilizował swoimi żarliwymi wystąpieniami opinię publiczną przeciw takim pomysłom. Bo co, jak nie stare mury świadczyły o dawnej świetności Polski? W dobrej wierze trochę manipulował, gdy w swoim memoriale do władz miasta przekonywał, iż „wiatry północny, północno-wschodni i północno-zachodni a z tych pierwszy i ostatni niosą nam zwyczajnie śniegi zadymne, takowe miotałyby ie gwałtownie ze samego Kleparza wsrzód Rynku i gdyby te panowały, ciężkoby się komu przyszło na nogach utrzymać tembardziey, że plac targowy kleparski potężny poziomem i po wielkiey części otoczony domami od ulicy Warszawskiey niczem nie zasłoniony przesyłałby wichry prostą ulicą wsrzód miasta. Przez wzgląd na zdrowie, pieszczenie wychowane kobiety i dzieci byłyby wystawione na częste fluxye, reumatyzmy a może i paraliże.” Senat powołał Komitet Upiększania Miasta pełniący rolę konserwatora zabytków i przyrody miejskiej. W pierwszej kolejności przystąpiono do założenia na miejscu dawnych murów parku, czyli Plant krakowskich. Nie obyło się bez krzywd ludzkich, gdy wysiedlano z tych terenów spontanicznie pozakładane na miejscu wyburzonych murów slumsy. Niewyburzone mury miejskie odrestaurowano i wkomponowano w najbliższe otoczenie. KUM zakazał budowy drewnianych domów i wyburzył starą, drewnianą zabudowę. Modernizacyjny zapał nie zawsze jest dziś pochwalany – zburzono średniowieczny ratusz i trzy kościoły gotyckie. Był to pierwszy przypadek rewitalizacji przestrzeni miejskiej w polskim mieście na taką skalę.
O roli Rzeczpospolitej Krakowskiej dla wszystkich ziem polskich symbolicznie świadczą pierwsze po utracie niepodległości pogrzeby bohaterów narodowych, jakim w 1817 i 1818 roku było pochowanie na Wawelu – z udziałem delegacji wszystkich ziem polskich pod zaborami – księcia Józefa Poniatowskiego i Tadeusza Kościuszki (wtedy właśnie wzniesiono – w części czynem społecznym mieszkańców Krakowa i przy wsparciu materialnym wszystkich ziem polskich – Kopiec Kościuszki). Wolne Miasto Kraków nie było stolicą Polski, ale było stolicą Polaków.
Likwidacja Rzeczpospolitej Krakowskiej nastąpiła po kolejnym romantycznym zrywie powstańczym w 1846 roku, zorganizowanym przez lewicę „sarmacką”. Zaborcy zażądali od Senatu dobrowolnego wezwania wojsk austriackich, ale inaczej niż król Stanisław Poniatowski, przeciwne powstaniu władze Krakowa odmówiły stworzenia pozorów legalności zbrojnej interwencji. Rzeczpospolita kupców, kamieniczników i profesorów z domieszką ziemian potrafiła odejść z godnością.
Oczywiście, są takie sprawy w historii Rzeczpospolitej Krakowskiej, którymi z perspektywy XXI wieku nie ma się co chwalić. O emancypacji kobiet nie było mowy. Żydzi mogli wybierać władze swoich dwóch gmin, ale byli pozbawieni praw wyborczych do Zgromadzenia Reprezentantów, chyba że zamieszkali poza gminami żydowskimi, posyłali dzieci do szkół publicznych, przyjęli ubiory „cywilizowane”, za co czekała na nich środowiskowa anatema (co ciekawe, prawo nie wymagało jednak zmiany wiary!).
Kraków wyróżnia się jednak na tle innych państw epoki niewielką ilością spraw wstydliwych. Tradycję tę inaczej niż historię państw, które przetrwały, należy oceniać z uwzględnieniem historii „alternatywnej” – do czego Krakowianie by doszli, gdyby im pozwolono. Wiele wskazuje na to, że Kraków byłby oazą nie tylko zamożności, ale i coraz szerszej wolności. „Spłaszczona” struktura społeczna (nawet wśród ziemian przeważała bogata szlachta, nie latyfundyści) dobrze rokowała emancypacji słabszych grup społecznych. Ze względu na niewielki obszar państwa krakowskiego wpływ Uniwersytetu na odchodzenie od starego ładu byłby nieporównywalnie większy niż w innych organizmach państwowych. Dlatego poszukiwanie przez ruchy miejskie w Polsce na początku XXI wieku tradycji rządzenia miastem w Krakowie z pierwszej połowy XIX wieku może być uzasadnione.
Od 24 sierpnia 2017 r. wszystkie przepisy ochronne parków narodowych i rezerwatów przyrody (art. 15 ustawy o ochronie przyrody) zostaną wyłączone wobec myśliwych z PZŁ wykonujących odstrzały dzików w ramach zwalczania ASF nakazane rozporządzeniem Ministra Rolnictwa, wojewody lub powiatowego lekarza weterynarii.
Jest to konsekwencja wejścia w życie ustawy z dnia 20 lipca 2017 r. o zmianie ustawy o ochronie zdrowia zwierząt oraz zwalczaniu chorób zakaźnych zwierząt, która wprowadza przepis o brzmieniu:
W przypadku [zarządzenia odstrzału zwierząt dzikich w drodze rozporządzenia powiatowego lekarza weterynarii, wojewody lub Ministra Rolnictwa w przypadku wystąpienia choroby zakaźnej zwierząt lub bezpośredniego zagrożenia jej wystąpienia], zakazów, nakazów i ograniczeń wynikających z przepisów ustawy z dnia 16 kwietnia 2004 r. o ochronie przyrody oraz wprowadzonych na jej podstawie nie stosuje się w zakresie niezbędnym do przeprowadzenia odstrzału sanitarnego zwierząt, z tym że przeprowadzenie tego odstrzału odbywa się po ustaleniu jego warunków z dyrektorem parku narodowego – w odniesieniu do obszaru parku narodowego lub regionalnym dyrektorem ochrony środowiska – w odniesieniu do obszaru rezerwatu przyrody.
Zgodnie z innym przepisem ustawy o ochronie zdrowia zwierząt oraz zwalczaniu chorób zakaźnych zwierząt, nawet w parkach narodowych odstrzały ma wykonywać PZŁ.
Jeszcze na dziś przepis pozostaje teoretyczny: jak dotąd, odstrzał dzików został rozporządzeniem Ministra Rolnictwa z 19 lutego 2016 r. zarządzony we wschodniej części kraju, ale z wyłączeniem parków narodowych i rezerwatów przyrody. Nowe podstawy prawne dają jednak Ministrowi Rolnictwa, wojewodzie lub weterynarzom powiatowym praktyczną możliwość nakazania odstrzału zwierząt przez PZŁ także w tych parkach narodowych lub rezerwatach, których założenia ochronne zakładają zupełny zakaz polowań. Myśliwi wykonujący taki ostrzał będą mieć z mocy ustawy także np. prawo nieograniczonego wstępu i wjazdu na teren parku narodowego i rezerwatu, czy niszczenia roślinności w zakresie „niezbędnym dla wykonania odstrzału”.
Źródło: Informacja prasowa Klubu Przyrodników
9 sierpnia w Sądzie Rejonowym w Hajnówce odbyła się pierwsza rozprawa obrońców przyrody w sprawie o wykroczenie w związku z zablokowaniem prac ciężkiego sprzętu w Puszczy Białowieskiej. Wniosek o ukaranie wniósł Komendant Powiatowy Policji w Hajnówce. Obrońców Puszczy obwinia się o to, że podczas blokady harwesterów w dniu 8 czerwca 2017 r. w Czerlonce zakłócili spokój i porządek publiczny co wywołało oburzenie pracowników i mieszkańców. Na ławie oskarżonych zasiadło 7 spośród kilkudziesięciu osób uczestniczących w tym dniu w blokadzie, w tym Radek Ślusarczyk – prezes Pracowni na Rzecz Wszystkich Istot.
Blokada 8 czerwca w Czerlonce miała zabezpieczyć materiał dowodowy do czasu wizji lokalnej naukowców. Mieli oni sprawdzić, czy prowadzone prace nie obejmują drzewostanów objętych ochroną, a także drzew martwych, w których od dawna nie ma kornika. Jak się okazało, Lasy Państwowe uniemożliwiły przedstawicielom świata nauki wizję lokalną na terenach wycinek, wypraszając ich z lasu.
Obwinieni nie przyznali się do zarzucanych im czynów. Przed sądem argumentowali, że blokowanie wycinki miało na celu przeciwdziałanie łamaniu prawa przez pracowników Lasów Państwowych. 8 czerwca było już bowiem znane stanowiska ekspertów Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody oraz Komisji Europejskiej. Opowiadały się one jasno za wstrzymaniem wycinki Puszczy, wskazując że działania ministra Szyszki i Lasów Państwowych są nielegalne i zagrażają unikatowej przyrodzie Puszczy. W tej sytuacji moralnym obowiązkiem każdego obywatela jest przeciwdziałać niszczeniu przyrody i łamaniu prawa. Po tym jak zawiodły wszystkie argumenty prawne, naukowe i społeczne, obrońcy przyrody blokowali wycinkę ratując unikatową przyrodę, działając w stanie wyższej konieczności.
Przypomnijmy, że w samym Nadleśnictwie Białowieża w pierwszych czterech miesiącach 2017 roku wycięto 5,4 tys. m3 drzew, z czego 44% w drzewostanach ponadstuletnich. Na początku czerwca UNESCO opublikowało tzw. draft decision w którym wyrażono niepokój działaniami ministra Jana Szyszki i tym, że odpowiedzi przygotowane przez Ministerstwo Środowiska na temat zarządzania Puszczą zawierają nieścisłości i zapisy wzbudzające wątpliwość. W dokumencie eksperci UNESCO wezwali do natychmiastowego zatrzymania wycinki w najstarszych, ponadstuletnich częściach lasu. Także Komisja Europejska uznała, że wycinka szkodzi przyrodzie Puszczy i narusza europejskie prawo środowiskowe. Pod koniec kwietnia 2017 r. wszczęła ostatni etap postępowania przeciwko Polsce, dając miesiąc na wycofanie się z wycinki Puszczy. Co znaczące, wycinka drzew ponadstuletnich jest naruszeniem nawet planów autorstwa samych Lasów Państwowych. Wskazań gospodarczych dla drzewostanów ponadstuletnich nie przewidują bowiem nawet plany urządzenia lasu dla puszczańskich nadleśnictw.
„Z powodu rozprawy dotarły do nas bardzo liczne wyrazy wsparcia, w tym pomocy prawnej. To pokazuje, że społeczeństwo wie gdzie leży prawda i przeciwstawia się łamaniu prawa przez Lasy Państwowe i Ministra Szyszkę. Jeżeli celem pozwów miało być osłabienie ruchu obrońców Puszczy, to osiągnięto efekt odwrotny od zamierzonego. Nie odPUSZCZAMY!” – komentuje Radek Ślusarczyk z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot.
1 sierpnia 2017 r. pełniący funkcję Ministra Środowiska Jan Szyszko podpisał rozporządzenia zmieniające cztery rozporządzenia łowieckie.
Treść ostatecznych rozporządzeń jest co do meritum identyczna z ich projektami (drobne różnice dotyczą spraw formalnych). Rozporządzenia zostały opublikowane w Dzienniku Ustaw z 3 sierpnia (dostępne na: http://dziennikustaw.gov.pl/DU/2017), wchodząc w życie od dnia następnego po dniu publikacji.
Szakal złocisty, dotychczas stwierdzono w Polsce siedmiokrotnie, stał się więc gatunkiem łownym, a polowania na niego mają się rozpocząć od marca 2019 r. Wprowadzono regulacje, które mają ułatwić tępienie dzików – w tym zupełne zniesienie okresu ochronnego oraz zasadę, że wykonanego odstrzału sanitarnego nie uwzględnia się jako ubytku w planowaniu łowieckim populacji.
Wniesione uwagi z konsultacji społecznych (także uwagi Klubu Przyrodników) zamieszczono w odpowiednich katalogach Rządowego Procesu Legislacyjnego https://legislacja.rcl.gov.pl. Zestawiano je jednak dopiero…3 lipca, a z dat wpływu wynika, że minister z podpisaniem rozporządzenia nie poczekał nawet na wpłynięcie uwag z konsultacji, o które sam się zwrócił.
Źródło: Klub Przyrodników
O powstawaniu wskaźników rozwoju i ich wpływie na rzeczywistość z dr Kubą Krysiem rozmawia Jan Chudzyński
W jaki sposób wskaźniki używane do mierzenia poziomu rozwoju mogą wpływać na rzeczywistość?
Wskaźniki są narzędziami. I tak jak pilot dzięki nim jest w stanie bezpiecznie pilotować samolot, tak wskaźniki pomagają decydentom. To, jaką rzeczywistość kreują decydenci, zależy więc od narzędzi, którymi się posługują. Na razie posługują się głównie narzędziami skupiającymi się na wzroście gospodarczym, ewentualnie czasem ktoś zerknie na HDI (Human Development Index), czyli narzędzie, które oprócz wzrostu gospodarczego mierzy jeszcze długość życia i poziom edukacji. A jeśli podsuniemy im narzędzie, które jest uwrażliwione na inne kwestie, to mam nadzieję, że zacznie to odpowiednio zmieniać rzeczywistość.
No właśnie, mylimy rozwój z rozwojem gospodarczym, a ten z kolei ze wzrostem gospodarczym…
Błędnie je utożsamiamy. Warto zastanawiać się nad różnymi celami rozwoju oraz ścieżkami, które do tych celów prowadzą. Jeżeli decydenci i decydentki utożsamiają wzrost gospodarczy z podnoszeniem poziomu szczęścia czy poprawą jakości życia, to nie do końca trafnie to diagnozują. Od wielu lat wiemy, że wzrost PKB tylko trochę podnosi szczęście, i też tylko do pewnego poziomu.
Warto zacząć się zastanawiać, co jest celem rozwoju, a co jest środkiem, drogą do danego celu. Jeśli celem ma być podniesienie materialnego poziomu życia, to być może wzrost ekonomiczny jest jakąś (choć na pewno niewystarczającą) drogą do tego, ale czy to jest jedyny cel? Może są inne cele? No i jakie są koszty poszczególnych dróg?
I dlatego od lat 70-tych XX wieku PKB jest pod ostrzałem. Przez ten czas pojawiło się sporo wskaźników, których celem jest mierzenie rozwoju, a ty jesteś jednym z autorów kolejnego. Moim zdaniem jest w nim coś szczególnego, przyjęliście zupełnie inną logikę.
Tak. Trzeba zacząć ważyć cele preferencjami społeczeństwa.
Przejawia się to w tym, że to nie twórcy tego wskaźnika decydują o tym, co jest ważne, najważniejsze i w których sferach powinniśmy dokonać tej maksymalizacji.
Tak. Chodzi o zrelatywizowanie kulturowe tego, czym ma być rozwój i jak ma być mierzony, lub, inaczej mówiąc, o ważenie ścieżek rozwoju preferencjami społecznymi. To chyba najprostszy opis tej idei.
Dotychczas istniejące indeksy włączają koszty środowiskowe do PKB lub tak jak w przypadku HDI – próbują uwzględniać dodatkowe aspekty życia.
Przyjęty w Butanie i stosowany tam w planowaniu rozwoju tzw. wskaźnik szczęścia Narodowego (Gross National Happiness) uwzględnia 33 aspekty życia i łączy je w jeden wskaźnik. Każdy z tych indeksów przyjmuje jednak, że wszystkie społeczeństwa mają dokładnie ten sam zestaw celów rozwoju, że wszyscy z tą samą intensywnością te cele rozwoju życzą sobie realizować i podążają tą samą drogą ich realizacji. Tu nie ma zróżnicowania na różne społeczności, na społeczeństwa.
Z kolei nasz zespół proponuje, żeby jednak zacząć myśleć, że warto różnicować. W przypadku wskaźnika HDI, który jest średnią geometryczną trzech składowych, proponujemy zabieg sprawiający, że będzie on kulturowo wrażliwy. Wystarczy zrobić średnią geometryczną ważoną preferencjami społeczeństwa. To jest proste do zrobienia, tylko trzeba znaleźć odpowiednie wagi, odpowiednio je zmierzyć.
Jak działa ten zabieg ze średnią ważoną?
Idea jest taka, żeby wszelkie wskaźniki, które miałyby służyć do mierzenia rozwoju społecznego, zacząć uwrażliwiać na zróżnicowanie kulturowe, preferencje rozwoju. Czyli na przykład jeśli w społeczeństwie A 70% ludzi chciałoby żeby skupić się na rozwoju gospodarczym, a 30% ludzi wolałoby skoncentrować się na rozwoju duchowym, a w innym społeczeństwie proporcje są odwrócone, to twierdzę, że warto by zacząć konstruować wskaźniki tak, żeby to odzwierciedlać. Czyli w społeczeństwie A 70% wagi przyłożyć do rozwoju ekonomicznego, a 30% do duchowego, a w społeczeństwie B odwrotnie. Tak?
OK. Czyli tak naprawdę dla każdego z krajów wskaźnik jest inny, bo inaczej są skonstruowane ze względu na wagę poszczególnych celów. A skąd bierzecie dane o preferencjach społeczeństw?
Na razie bawimy się danymi zastanymi, żeby próbować pokazywać, jak to może działać, ale to wszystko jest dopiero do opracowania. To jest praca na lata. Póki co posługiwaliśmy się wartościami skwantyfikowanymi przez Shaloma Schwartza, który zebrał dane z ponad pięćdziesięciu krajów. Ale wyszukujemy je też z innych źródeł.
Patrzę na ten pomysł jako coś, co może stymulować debatę nad wartościami, krytyczne spojrzenie na rzeczywistość. Ciekawi mnie, jeżeli chcesz się tym podzielić, jakie były motywacje waszych działań?
W latach 60-tych ONZ przyjęła rezolucję dekolonizacyjną, w której zapisano: “wszystkie ludy mają prawo do samostanowienia; na mocy tego prawa określają według własnej woli swój status polityczny i swobodnie rozwijają swoje życie gospodarcze, społeczne i kulturalne”. To wszystko, co się dzieje w dzisiejszym świecie, to jest trzecia faza dekolonizacji. W latach 60-tych była dekolonizacja polityczna, gdzie Afryka i Azja Południowo-Wschodnia zapełniły się niezależnymi bytami politycznymi. Druga faza, nieudana, czyli dekolonizacja gospodarcza: prawie wszystkie kraje, które dawniej były koloniami nadal są pod silnym wpływem ekonomicznym dawnych “macierzy”. A teraz dekolonizacja kulturowa. Ryszard Kapuściński pisał, że dawniej będąc w Afryce czy Azji widywał pilotów głównie europejskich, na uniwersytetach europejskich profesorów, europejskie hotele, a w kioskach europejskie gazety. Jedak z czasem zaczęło się to zmieniać, pojawili się lokalni piloci, profesorowie i profesorki na uniwersytetach są już coraz częściej lokalni. Czyli zachodzi proces dekolonizacji kulturowej, i ja to sobie bardzo chwalę.
Ta idea przywrócenia ludziom wolności i równości. To są być może zbyt szumne hasła, ale jeżeli pytasz o inspiracje, to gdzieś tam w tle coś takiego się pojawia.
Funkcja performatywna wskaźników, fajnie by było, żeby ona..
…przyniosła swój skutek zamierzony, żeby coś się zadziało. Świat zawsze się zmieniał, więc cieszmy się, że zaczynamy o tym pisać i cieszmy się, że to może wejdzie do dyskursu.
Paweł Krzaczkowski: W swojej książce Dziury w całym: wstęp do miejskich rewolucji piszesz, że jej celem jest zmiana języka, którym się posługujemy, mówiąc o mieście. A zatem jaki język dominuje obecnie zarówno w skali globalnej, jak i lokalnej?
Krzysztof Nawratek: Nie można powiedzieć, że w skali globalnej obowiązuje tylko jeden język, bo są jednak pewne wariacje, jak Kurytyba, Seul, Bogota, czy wcześniej Porto Alegre, gdzie dokonują się niekapitalistyczne reformy. To o czym mówię, to przede wszystkim Europa, gdzie język neoliberalnego kapitalizmu stał się monopolistą.
Czym charakteryzuje się ten język?
Niezwykle prymitywną, jednowymiarową logiką kapitału, gdzie wszystko jest oceniane pod kątem bezpośredniego zysku finansowego. Nic więcej nie ma znaczenia. Cała książka Dziury w całym to wezwanie do rozbicia tej homogenicznej narracji i przywrócenia pluralizmu, do eksperymentowania i pluralistycznej gospodarki. Jest taka książka The end of capitalism (as we knew it), w której autorki dokonały wieloaspektowego zmapowania różnych, niekapitalistycznych porządków gospodarczych. Niestety nie są w stanie pokazać, jak można by w ten sposób zawalczyć o uniwersalizm. A to z kolei jest ambicją Dziur w całym.
Kto w tym przypadku stoi za tą neoliberalną gramatyką?
Biznes, deweloperzy, politycy. Bardzo trudno usłyszeć w Polsce czy Europie polityka, który posługuje się inną logiką. Na szczęście poza Europą wygląda to nieco lepiej. Jaime Lerner dowiódł, że można myśleć inaczej, stawiając na jakość życia mieszkańców, a nie zysk. Podobnie burmistrz Seulu Park Won-soon wydaje się myśleć w innych kategoriach niż bezpośredni zysk. To jest działacz społeczny, który przez wiele lat angażował się w rozwijanie ekonomii recyklingu. Stworzył sieć punktów, w których ludzie na przykład wymieniają się ubraniami, zamiast je kupować. Tak że te alternatywne narracje gdzieś powoli kiełkują.
Czy miasta odgrywają dzisiaj istotną rolę polityczną?
Mam zdecydowanie odmienne zdanie niż Benjamin Barber, który mówi o parlamencie miast i politycznej sile miasta. Według mnie współczesne miasta znalazły się w głębokim kryzysie. Ich znaczenie jest niewielkie i zapożyczone z zewnątrz. Kiedy w swoich rozważaniach wracam do miasta przemysłowego, to dlatego, że mechanizm wzrostu był w ich przypadku wewnętrzny. To była lokalna, sterytorializowana gospodarka o globalnej skali rażenia. Współczesne miasta są tylko zasobem dla globalnego kapitału. W konsekwencji wszystkie budynki, które miały określone funkcje – produkcyjne czy mieszkalne – stały się w istocie jedynie przedmiotem operacji finansowych. Ich racją bytu jest zysk posiadaczy kapitału. W tym sensie architektura przestała służyć mieszkańcom miast. Dlatego moim zdaniem współczesne miasta są bardzo słabe. Jedyna ich siła to mieszkańcy – oni są „zasobem”, który może się zbuntować.
Czy takie słabe miasto może być podmiotem rewolucji?
Odpowiem tak. Współczesny kapitalizm finansowy jest niematerialny, a miasto jest materialne. Ma budynki, ciało, infrastrukturę. W związku z tym miasto istnieje w konflikcie z obecną formą kapitalizmu. I tutaj wóz albo przewóz. Albo miasto się podda i zostanie tym, czym jest w tej chwili, czyli polem wyzysku, albo spróbuje odbudować znaczenie terytorialności, lokalności, materialności.
Właściwie dlaczego istnieją miasta? Może to tylko obszary zurbanizowane, a nie miasta?
Miasto istnieje tylko dlatego, że istniało. Jedyny sens miasta polega dzisiaj na byciu przestrzenią, w której globalny, niematerialny i nieterytorialny kapitalizm styka się z tym, co materialne. Żeby się mógł przetworzyć i wzmocnić, kapitał musi dotknąć tego, co materialne.
Jeżeli myślimy o programie emancypacji, czy możemy znaleźć dla niego jakąś inspirację w historii miast?
Bardziej w micie niż historii. Mówię o micie, bo wyobrażenie demokracji ateńskiej nie ma nic wspólnego z tym, co było naprawdę w Atenach, ale jako mit i demokracja ateńska, i polis są inspirujące, podobnie włoskie miasta handlowe.
Zmierzam do pytania, czy można postawić tezę, że w pewnych okresach historycznych miasto było bardziej upodmiotowione niż dzisiaj?
Na pewno tak, choćby dlatego, że centra finansowo – decyzyjne znajdowały się w miastach. Tak było w przypadku miast przemysłowych dziewiętnastego wieku.
Uważasz, że miasta mogą dzisiaj same się upodmiotowić?
Podmiotem rewolucji może być tylko władza. Taki podmiot, który posiada już nad czymś władzę. Zauważ, że miasta europejskie dostawały nadania królewskie, a zatem władza zewnętrzna, państwowa budowała podmiotowość miasta. W innym przypadku to się nie udawało. Miasto samo nie potrafiło zbudować swojej podmiotowości.
A zatem, żeby miasto się upodmiotowiło, potrzebuje silnego impulsu ze strony silnego państwa?
Dzisiaj państwa nie wiedzą, co zrobić z miastami, a najlepszym rozwiązaniem jest według mnie użycie ich jako dźwigni rozwoju całego państwa, jako trampoliny do skoku w nowoczesność. Tak zrobiły Chiny, kiedy wprowadzano tam kapitalizm. Państwo zainwestowało w miasta, pozwoliło sobie na eksperymenty na obszarach specjalnych stref ekonomicznych i dzięki temu samo się wzmocniło. To jednak państwo nadało miastom podmiotowość. Swoją drogą, Chiny wydają mi się bardzo ciekawe, bo z jednej strony mamy tam silny wątek neokapitalistyczny, a z drugiej, gdy obserwuję chińskie miasta, wydaje się, że logika jest tam nieco inna, bardziej pluralistyczna, że obok języka kapitalistycznego wzrostu obecny jest język spoistości społecznej, nawet jeśli te dwa języki są w oczywistym konflikcie.
Przyjmijmy na moment, że tendencje neoliberalne będą się nasilać przez kolejne dziesięciolecia. Jak to może zmienić miasta? Czy możemy traktować Dubaj jako wzorzec miasta przyszłości?
Tak, ale pod warunkiem że weźmiesz Dubaj w całości, to znaczy z milionami wyzyskiwanych robotników. Myślę, że to może być wizja przyszłości, tylko nie mówmy tego głośno, bo w Polsce wszyscy się tym zachwycą.
Czy taka tendencja rozwojowa pociąga za sobą także unifikację architektoniczną? Czy morfologia Dubaju jest tutaj czymś paradygmatycznym?
Myślę, że tak. Przecież następuje okropna unifikacja architektury. Różni się tym, że jest wygięta w lewo czy prawo. W zasadzie nie powstają nowe typologie i nowa architektura jako taka. Rem Koolhaas napisał kiedyś o wieżowcu jako ostatecznym modelu typologicznym. W S, M, L, XL Koolhaas w pewnym momencie przekracza architekturę. Rzeczywiście wieżowiec to koniec architektury, ale istnieje coś dalej, czyli architektura, która staje się urbanistyką. I tutaj można się spodziewać czegoś nowego.

Wieżowce w Dubaju. Foto: Christopher Lance/Flickr/CC BY-NC-ND 2.0
Ta skala chyba bardziej cię interesuje niż same budynki.
Uczę architektury, więc jako taka musi mnie interesować, ale wolę zajmować się miastem, a jeśli budynkiem, to jako elementem większej całości, czyli co on robi dla swojego otoczenia, dla miasta, społeczeństwa.
To co robią budynki dla otoczenia?
Logika, którą według mnie można przeciwstawić logice zysku, to logika rozwiązywania problemu. Jeśli przeniesiemy ją na obszar architektury, nie będziemy mówić o budynku, który ma jakoś wyglądać, przyciągać uwagę, że ma być oryginalny i ładny, że ma być tani, ale drogo się sprzedać, tylko o tym, jak zaczyna odpowiadać na określone problemy, o tym, czy je rozwiązuje, czy nie, czy jest na przykład samowystarczalny energetycznie, czy przetwarza odpady, czy otwiera się na inne budynki, czy staje się hybrydą placu i budynku.
Czy architektura i skala architektoniczna mogą odegrać jakąkolwiek rolę emancypacyjną, nadać dynamikę ruchowi społecznemu?
Zauważ, że budynek nie powstaje sam z siebie, ale w sieci zależności. Ktoś go buduje, skądś pochodzą materiały budowlane, wykorzystuje się określone umiejętności, i ktoś go potem użytkuje. W związku z tym coś tak nieważnego jak pojedynczy budynek ma wpływ na szerszy kontekst. Często powołuję się na przykład kościołów budowanych w latach osiemdziesiątych w Polsce. Z cząstkowych badań wynika, że około 40 procent produkcji cegielni, które były małymi, niepaństwowymi zakładami, szło wówczas na kościoły. W tym czasie powstało jakieś cztery tysiące kościołów. To był ogromny ruch społeczny, który materializował się w budynkach, łącząc szereg różnych praktyk i instytucji. Myślę więc, że architektura może mieć polityczną moc sprawczą.
A dzisiaj? Czy widzisz gdzieś takie cegielnie i kościoły?
Te ruchy są dużo słabsze. Kościół był jednak potężną instytucją. Dzisiaj to takie działania lokalne, spółdzielnie społeczne, squaty. Tutaj można szukać aktorów oporu. Można też wspomnieć o Rural Studio, które jest zinstytucjonalizowaną próbą wypracowania niekapitalistycznej teorii i praktyki architektonicznej. Grupa ta stworzyła jakiś czas temu program budowy tanich domów po 20 tysięcy dolarów. Pojawił się jednak problem, bo domy zaczęły trafiać na rynek wtórny i kosztowały już znacznie więcej. W związku z tym Rural Studio zaczęło wypracowywać mechanizmy, które zabezpieczą te budynki przed spekulacją. I to jest dla mnie ciekawe, że coś, co się zaczyna od czysto architektonicznego zadania: jak zbudować tani budynek, nie jest w stanie się obronić bez wejścia w dialog i współpracę z pewnymi aktorami społecznymi, politycznymi czy ekonomicznymi.

Foto: Hans Drexler/Flickr/CC BY-NC 2.0
Czy ten model Rural Studio mógłby się upowszechnić?
On się nie może rozpowszechnić tak łatwo, ponieważ funkcjonuje w określonym kontekście, też prawnym. W stanie Alabama, gdzie działa Rural Studio, prawo budowlane jest bardzo liberalne, w związku z tym łatwo było rozpocząć tego typu działalność, budować budynki z odpadów, bez specjalnego troszczenia się o pozwolenie na budowę. Więc takie proste przełożenie ich doświadczeń na warunki na przykład polskie nie może się udać. Z drugiej strony oni działają już dwadzieścia lat i ten ogrom doświadczeń, który zebrali, na pewno jest do wykorzystania. To zresztą nie musi być trudne. Łatwo sobie wyobrazić konkurs na tanie budynki mieszkalne ogłoszony przez miasto, budynki, które są zarazem projektem socjoekonomicznym, mieszkańcy partycypują w jego budowie, uczą się fachu i tak dalej. Do tego miasto udostępnia bezpłatnie swoje tereny. Jeśli Rural Studio może budować domy po 20 tysięcy dolarów każdy, to nie sądzę, by mieszkania w Polsce po 40 czy 50 tysięcy złotych były czymś niemożliwym. A budynki komunalne w takiej cenie robiłyby różnice. To nie jest coś, czego nie da się zrealizować, brakuje jednak woli politycznej, żeby przeciwstawić się wielkiemu kapitałowi i deweloperom.
Czym są dzisiaj architekci i architektki?
W zasadzie 2008 rok zrobił bardzo dobrze architektom, bo zmusił nas do refleksji, co tak naprawdę robimy. W wielu miejscach na świecie, także w Polsce, architekci i architektki szukają swojej drogi z większym zaangażowaniem w sprawy społeczne. Razem z Tatjaną Schneider z Uniwersytetu w Sheffield próbujemy tworzyć organizację skupiającą postępowych architektów i wykładowców, zobaczymy, co z tej inicjatywy wyjdzie. Ale tego typu grup pojawia się coraz więcej. W niedawno wydanej książce Future practice Rory Hyde usiłuje tę dokonującą się w tej chwili zmianę w zawodzie architekta opisać.
Czy architektura w kategoriach politycznych może odegrać jeszcze jakąkolwiek pozytywną rolę?
Architektura jest niezbędna, bo współtworzy ramy dla aktywności społecznej, ekonomicznej, politycznej. W związku z tym mam nadzieję, że architektura będzie istotna. Ale niekoniecznie architekturę będą robić architekci. To od architektów zależy, czy będą chcieli się włączyć do rewolucji, czy raczej będą się starali zachować uprzywilejowane pozycje.
Pier Vittorio Aureli zadał niedawno pytanie o rolę papierowej architektury w praktykach architektonicznych i krytyce. Odwoływał się oczywiście do Archizoomu i Superstudia. Uważam, że ich doświadczenia powinny stanowić ważny punkt odniesienia w szukaniu strategii oporu w obszarze architektury. Czy sądzisz, że można dziś wskazać na jakieś krytyczne praktyki architektoniczne, coś w rodzaju architektury krytycznej?
Najciekawsze dzisiaj, choć jestem do tego sceptycznie nastawiony, są wszystkie rozwiązania open source. Choćby wikihouse. To jest bardzo interesujące, bo kwestionuje pozycję architekta, choć nie brutalnie, bo ktoś tę początkową wiedzę wypracowuje. Nie chodzi tutaj o odrzucenie wiedzy fachowej, a demokratyzację wiedzy. To ma rdzeń anarchistyczny i towarzyszy temu wizja samoorganizującego się społeczeństwa. Wydaje mi się, że to za mało. Nie odrzucam tego, ale uważam, że wrogowie są za silni, żeby coś takiego było dostateczną formą oporu. Zgadzam się, że lata sześćdziesiąte są ważnym punktem odniesienia i wciąż można i należy z nich korzystać. Architektura bez architektów to właśnie lata sześćdziesiąte. Teraz się to powtarza, tylko ze względu na internet i inną technologię ma trochę inny wymiar. Jeśli chodzi o architekturę papierową, to jej w zasadzie nie ma. Wielokrotnie rozmawiałem ze swoimi studentami o tym, jak komunikować się ze społeczeństwem, bo nie mamy obecnie ani wizualnego, ani konceptualnego języka, który byłby do przyjęcia, i który mógłby przedstawić wizję innej architektury i świata.
Co z kolei ważnego dzieje się w skali urbanistycznej? W osiemnastym czy dziewiętnastym wieku istotnym czynnikiem przekształceń morfologii miast było to, by znalazły się w nich parki publiczne. Czy dostrzegasz dzisiaj coś analogicznego?
Jeszcze tego nie widzę, ale to może być moja ślepota, bo do pewnego stopnia urban farming, czyli uprawa żywności w miastach, może być zapowiedzią czegoś takiego. I to jest przełożenie tamtych parków, o których mówiłeś, i nie tylko w Hawanie, Detroit, ale też w Seulu. Z wielką nadzieją patrzę przede wszystkim na przewartościowanie pojęcia własności. Statuty miejskie, które uchwalono w Brazylii na początku dwudziestego pierwszego wieku, pozwalają przejmować nieruchomości, które są nieużytkowane albo źle użytkowane przez wspólnotę lub miasto. Ponadto odrzucenie mocnego podziału na to, co prywatne i publiczne. Wydaje mi się, że to też jest optymistyczne. Miasto kompaktowe, czy tego chcemy, czy nie, będzie rozwiązaniem, które jest konieczne, i ze względu na koszty funkcjonowania miast, i kwestie społeczne. Wydaje mi się, że miasta będą musiały się radykalnie zwijać i zagęszczać, i to oczywiście stworzy zupełnie nową urbanistykę i nową architekturę. Czekają nas bardzo ciekawe czasy.
Tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Recykling Idei” Dziękujemy za zgodę na publikację.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Tekst jest zapisem wystąpienia podczas seminarium Climate Ethics and Economic Growth, które odbyło się w dniach 30-31 stycznia 2017 roku w Manchesterze. Tytuły w tekście pochodzą od redakcji.
Pojęcie „degrowth” brzmi jak zaprzeczenie wzrostu, stąd można odnieść wrażenie, że opowiadamy się za ujemnym wzrostem PKB (produkt krajowy brutto). Jednak degrowth to nie tylko propozycja zmniejszenia PKB, można bowiem wyróżnić trzy główne elementy, które przewijają się przez literaturę i nasze dyskusje. Podsumowaliśmy je w wydanej dwa lata temu książce (Degrowth. A vocabulary for a new era).
Po pierwsze, degrowth jest bezwzględną krytyką dogmatu wzrostu gospodarczego i towarzyszącej mu ideologii. Idee, które uprawomocniają wzrost gospodarczy, są też ideami, które starają się nas przekonać, że jego konsekwencje są zawsze korzystne, oraz że możliwe jest pogodzenie ciągłego wzrostu z istnieniem równościowego, zrównoważonego środowiskowo społeczeństwa.
Po drugie, degrowth jest hasłem, wokół którego skupiają się badania i poszukiwanie alternatyw. Skoro odrzucamy przyszłość podporządkowaną wzrostowi gospodarczemu, to co dalej? Jak rozwiązywać kwestie zatrudnienia, jak ma wyglądać praca, a jak polityka społeczna? I jak to zrobić w gospodarce, która nie tylko nie rośnie, a nawet może maleć?
I w końcu chyba najbardziej kontrowersyjny punkt. Twierdzimy, że zmniejszenie gospodarki nie tylko jest uzasadnione ze względu na negatywne konsekwencje dalszego wzrostu gospodarczego, ale jest też, co chciałbym stanowczo podkreślić, nieuniknione. Przyszłość wygląda ponuro i w perspektywie stu lat gospodarka w jakiś sposób pewnie i tak ulegnie zmniejszeniu. Tylko czy stanie się tak wskutek katastrof wywołanych zmianami klimatu, czy będzie to wynik przemyślanego przekształcenia? Oto jest pytanie.
Ograniczenie PKB nie jest zatem głównym postulatem degrowthu. Naszym bowiem zdaniem jest ono nieuniknione, zarówno jeśli chcemy „zazielenić” gospodarkę, jak i w razie ziszczenia się najgorszych scenariuszy. Hipoteza degrowthu zakłada, że dokonując pewnych zmian, możemy pomyślnie doprowadzić do zmniejszenia gospodarki. „Pewne zmiany” brzmią, jakby to było proste, choć oczywiście w rzeczywistości jest to bardzo trudne. Chodzi bowiem o głębokie przeobrażenie społeczeństwa, które sprawi, że ograniczenie gospodarki odbędzie się w sposób społecznie zrównoważony.
Jak naprawdę działa gospodarka
Większość ekonomistów twierdzi, że gospodarka może rosnąć nawet bez wzrostu w obrębie sektorów emitujących duże ilości dwutlenku węgla (carbon intensive). Oznaczałoby to, że wzrost tak zwanej nieważkiej części gospodarki (weightless economy), a więc gospodarki cyfrowej, usług informatycznych itp., mógłby zrekompensować spadek wzrostu w „cięższych” sektorach. W ramach ekonomii neoklasycznej i standardowego paradygmatu w ekonomii oczywiście ma to sens, ponieważ sposób, w jaki PKB łączy wszystkie dobra i usługi w jeden wskaźnik, sprawia, że mogą się one wydawać doskonale wymienne. Oczywiście teoretycznie może istnieć gospodarka, w której wzrost wywołany zwiększającą się liczbą masaży i usług językowych będzie w stanie zrekompensować spadki w produkcji przemysłowej. Jest to jak najbardziej możliwe, posługując się logiką PKB, ale coś tu chyba musi być nie tak. Przecież wiemy, że gospodarka wcale tak nie działa. Jest to złożony system, w którym nie jest możliwe, by same usługi napędzały wzrost PKB, podczas gdy przemysł i rolnictwo się kurczą.
Może was to zaskoczy, jeśli nie studiowaliście ekonomii, ale w klasycznej teorii wzrostu gospodarczego nie ma miejsca dla zasobów. Głównymi czynnikami produkcji, o których się naucza, są praca i kapitał. W nowych teoriach wzrostu dodatkowo uwzględnia się idee, innowacje i kapitał ludzki. I to by było na tyle. Dlatego właśnie wśród ekonomistów ekologicznych mówi się, że zgodnie z wywodzącym się z ekonomii głównego nurtu modelem do wypieku ciast i ciasteczek potrzeba tylko pieca i piekarza. Nie potrzeba paliwa do rozgrzania pieca ani mąki do wyrobienia ciasta. To jest właśnie standardowa funkcja produkcji w teoriach wzrostu gospodarczego.
Ekonomia ekologiczna, a więc dziedzina, z której się wywodzę, zupełnie inaczej postrzega gospodarkę. To podejście biofizyczne, zgodnie z którym proces gospodarczy polega na wydobyciu i przetworzeniu energii i zasobów oraz „zatopieniu” ich w produktach i usługach. Jest to zatem proces przetwarzania materii. Takie ujęcie zawdzięczamy Nicholasowi Georgescu-Roegenowi, na którego pracy opierają się badania wielu ekonomistów ekologicznych.
Usługi w ramach „nieważkiej” gospodarki także zawierają w sobie energię i zasoby. Bez wątpienia zawiera je w sobie komputer, zresztą ja jako wykładowca też wyrażam sobą całą energię i zasoby zużyte w procesie edukacji. Nauka, uniwersytet, przeloty, energia elektryczna używana w moim liceum itp. Wszystkie te procesy uosabiają sobą energię, dlatego z punktu widzenia ekonomii ekologicznej mówienie o usługach jako czymś „nieważkim” jest, podkreślam, bez sensu.
Czym z punktu widzenia ekonomii ekologicznej jest wzrost? Gospodarka jest przede wszystkim napędzana przez pracę – zarówno tę wykonywaną przez ludzi, jak i tę, którą za nas robią paliwa kopalne. I tak, gdy mówimy o wyrażanej w koniach mechanicznych mocy silnika, chodzi o pracę koni, którą dziś wykonuje paliwo, a z którą jeszcze wcześniej to my się mierzyliśmy. Oczywiście paliwo jest w stanie zrobić dużo więcej niż jakikolwiek człowiek, i dlatego to ono jest siłą napędzającą naszą gospodarkę. Wzrost opiera się właśnie na wykorzystywaniu wypracowanych w ten sposób nadwyżek. Produkuje się i pracuje dużo więcej, niż wraca do nas, pracowników. Ta nadwyżka przypada kapitaliście, który inwestuje w dalszy wzrost, pracę i dalsze wydobycie paliw kopalnych. O to chodzi we wzroście.
Wzrost nie jest zielony
Zdaniem ekonomistów ekologicznych wzrost jest uzależniony od ciągłego dostarczania tzw. energii netto. Chodzi o energię pomniejszoną o energię konieczną do jej wytworzenia, to właśnie ona napędza gospodarkę. Dlatego z punktu widzenia ekonomii ekologicznej nie jest zaskoczeniem, że wzrost PKB idzie w parze z emisją dwutlenku węgla. W końcu powstała w XIX wieku gospodarka kapitalistyczna była oparta na paliwach kopalnych i to one umożliwiły ten niesamowity i wyjątkowy etap w dziejach ludzkości. Oczywiście oprócz paliw kopalnych stały za tym również kapitalistyczne instytucje i rozwiązania, które wprowadziły innowację umożliwiającą przechwycanie nadwyżek i zasilanie nimi dalszego wzrostu.
O to chodzi – wykorzystywanie nadwyżek z nowych źródeł energii i zasilanie nim dalszego wzrostu. Myślę, że musimy zrozumieć ten proces, żeby uzmysłowić sobie, gdzie jesteśmy. Bo jeśli patrzeć na niego w taki sposób, jak robi to ekonomia neoklasyczna, bardzo trudno byłoby dojść do argumentów, jakie formułujemy. Z neoklasycznego punktu widzenia przecież wszystko jest możliwe, nawet zielony wzrost. Skoro można piec ciasteczka bez mąki i ciepła…
Kto ma rację? Oczywiście to otwarta kwestia. Nie twierdzę, że to my na pewno mamy rację, a neoklasyczni ekonomiści się mylą. Ale myślę, że warto spojrzeć na dane, a te zdają się potwierdzać nasze spojrzenie.
Jeśli wziąć pod uwagę emisje dwutlenku węgla wywołane przez handel międzynarodowy, widać, że gospodarka nie ulega dematerializacji. PKB idzie w parze z przepływem produktów, a tzw. ślad materialny krajów pokazuje, że im większa jest gospodarka, tym więcej materiałów zużywa. Relacja światowego PKB i emisji dwutlenku węgla wynosi jeden do jednego, i choć tzw. intensywność węglowa spada, to w tempie zaledwie 1% rocznie. Niektórzy powiedzą, że rok 2015 był pierwszym, w którym bez kryzysów i recesji udało osiągnąć się wzrost PKB bez zwiększania emisji. Możliwe, ale jeśli to w ogóle prawda, to odbywa się to bardzo, bardzo powoli.
Zestawiając PKB krajów z ich emisjami dwutlenku węgla okazuje się, że 1% wzrostu PKB powoduje zwiększenie emisji o 0,6-0,7%. Oczywiście są też inne czynniki wpływające na poziom emisji dwutlenku węgla, ale to wielkość gospodarki okazuje się statystycznie najistotniejsza. Odnawialne źródła energii budzą ogromne nadzieje, jednak przeszłość pokazuje, że wcale nie prowadzą one do dekarbonizacji gospodarki, a jedynym znanym sposobem ograniczenia emisji jest spadek PKB. OK, mogę się mylić i może w przyszłości to się zmieni i uda nam się doprowadzić do dematerializacji gospodarki i rozdzielenia wzrostu gospodarczego od emisji dwutlenku węgla (decoupling), ale w tym momencie najrozsądniej jest planować działanie na podstawie rzeczywistości, a nie naszych nadziei lub marzeń.
Ekonomiści mówią, że tak jak dzięki technologii wzrasta wydajność pracy, tak samo nowe rozwiązania pozwolą na wydajniejsze wykorzystywanie zasobów. OK, ale mówiąc o wyższej wydajności pracy wcale nie przewidują oni zmniejszenia zatrudnienia – to przecież oznaczałoby, że technologia tworzy bezrobocie. Tymczasem twierdzi się, że zatrudnienie wciąż rośnie. Dlaczego? Z powodu wzrostu. To ma sens i działa tak samo w odniesieniu do wydajności zasobów. Nadwyżki uzyskane dzięki wyższej wydajności są inwestowane w dalszy wzrost, czyli kolejne działania gospodarcze wykorzystujące zasoby. Nazywamy to paradoksem Jevonsa, od nazwiska Stanley’a Jevonsa, który jako pierwszy zauważył, że wzrost wydajności produkcji energii osiągnięty dzięki wykorzystaniu silnika parowego doprowadził do wzrostu, a nie ograniczenia zużycia węgla.
Nie uważam, żeby to był paradoks. Tak po prostu działa kapitalizm, i robi to dobrze. Nowe technologie podnoszą wydajność pracy i zasobów, i w ten sposób tworzy się wzrost. A co robi wzrost? Zużywa coraz więcej pracy i zasobów. Oto proces, który ekomoderniści, lub raczej postenvironmentaliści, próbują przedstawić nam jako nowinkę mająca uratować naszą przyszłość. Twierdzą, że w jakiś sposób dzięki nowej technologii zaczniemy zużywać mniej zasobów.
Inny argument wywodzący się z ekonomii mówi, że brudne źródła energii możemy zastąpić czystymi. Jednak w rzeczywistości mamy do czynienia z systemem, który stale dokonuje ekspansji poprzez dodawanie nowych źródeł energii. Stosowanie drewna jako paliwa wcale nie zostało ograniczone, gdy odkryto węgiel, gaz i ropę naftową. System zachowa się tak samo, gdy nadejdą odnawialne źródła, po prostu dodając je jako kolejne źródło energii. Naprawdę nie ma powodu, żeby przypuszczać, że cokolwiek zastąpi ropę, jeśli nie zadziałamy aktywnie w celu usunięcia jej z gospodarki. Ekomoderniści mówią, że „naturalnie zawsze zastępujemy”. Oczywiście zastępujemy, ale jak się okazuje zarówno zastępujące, jak i zastępowane źródła energii pozostają z nami.
Pozwólcie, że zadam ostateczny cios idei wzrostu gospodarczego, bo tak jak powiedziałem na początku, degrowth jest przede wszystkim jego bezwzględną krytyką. Wzrost wykładniczy brzmi niewinnie, a 2% rocznie nazywane jest zdrowym tempem wzrostu i uważane za umiarkowane i rozsądne. Choć czasem określa się je także jako „niski” wzrost. Ale te 2% wzrostu rocznie oznacza, że gospodarka podwoi się po 35 latach, po 70 latach będzie cztery razy większa, a po 105 latach urośnie ośmiokrotnie itd. Idea wzrostu wykładniczego polega właśnie na tym, że coś rośnie szybko i aż do nieskończoności. To jednak niemożliwe, bez względu na to, co podlega temu procesowi. Nawet jeżeli to coś jest nieważkie i tylko odrobinę materialne, po odpowiednim czasie i tak zbliży się do nieskończoności. Na tym właśnie koncentrowała się krytyka zawarta w raporcie Klubu Rzymskiego i w pracach Paula Ehrlicha na temat populacji i wzrostu gospodarczego. Hipoteza nieskończonego wzrostu jest nielogiczna, dlatego musimy zastanowić się jak ma wyglądać „lądowanie”. Oczywiście moglibyśmy schować głowy w piasek i uznać, że pomyślimy o tym za 50 lat, kiedy dalsze podążanie tą ścieżką nie będzie już możliwe, ale od pytania o sposób „lądowania” nie uciekniemy i któreś pokolenie musi okazać się wystarczająco odważne, by na nie odpowiedzieć.
Gdyby od 1960 roku roczna stopa wzrostu światowego PKB była niższa o 1%, to przy zachowaniu tej samej historycznej intensywności węglowej wyemitowalibyśmy 300 Gt (gigaton) dwutlenku węgla mniej. Z kolei wzrost wyższy o 1% oznaczałby wyemitowanie do atmosfery dodatkowych 442 Gt, co prawdopodobnie sprawiłoby, że dzisiaj zbliżalibyśmy się już do wzrostu temperatury o 2°C. To pokazuje, jak istotny wpływ na poziom emisji ma stopa wzrostu PKB. Oczywiście możemy założyć, że uda się ograniczyć intensywność węglową do zera, a przez to wzrost PKB przestanie mieć znaczenie. Ale nie tym powinniśmy się zajmować. Zajmujmy się rzeczywistością gospodarczą, a tę pokazuje nam dotychczasowy sposób funkcjonowania gospodarki.
W kierunku transformacji
Inżynierowie mówią, że dysponujemy już technologiami, których użycie mogłyby obniżyć emisje do pożądanego przez nas poziomu. Nie potrzebujemy zatem więcej innowacji i nowych technologii, mamy je, ale ich nie używamy. Dlaczego? Ponieważ nie przynosi to wystarczająco wysokich zysków i nie tworzy wystarczająco wysokiego wzrostu dla tych, którzy kontrolują gospodarkę. Wyzwaniem jest więc zmiana systemu i rozpowszechnienie tych technologii, nawet jeśli jest to nierentowne.
W ramach społeczności zajmującej się degrowthem dyskutujemy na temat kształtu systemu technologicznego, jaki mógłby funkcjonować w gospodarce bez wzrostu. Jest sporo interesujących pomysłów, wywodzących się z ruchu commons, jak otwarte oprogramowanie i otwarte zasoby wiedzy, a szerzej – zmiana systemu ochrony własności intelektualnej. Takie dyskusje są w tym momencie potrzebne i wymagają zaangażowania interdyscyplinarnej społeczności, świadomej ograniczeń, jakie nakłada na nas budżet węglowy (carbon budget). Nie powtarzajmy po raz kolejny, że aby uzyskać odpowiednią technologię, potrzebujemy wzrostu gospodarczego, zastanówmy się, jak zmienić system jej tworzenia i rozpowszechnienia.
Możecie twierdzić, prawdopodobnie słusznie, że degrowth jest pomysłem politycznie niemożliwym i że politycznie niemożliwe jest wyobrażenie sobie sugerowanej przeze mnie transformacji, prowadzącej do zmniejszenia gospodarki. Oczywiście dziś trudno wyobrazić sobie jakikolwiek projekt polityczny o charakterze przekształcającym rzeczywistość, a jeszcze trudniej taki, który zakłada łagodne zmniejszanie gospodarki. Nie zgadzam się jednak, że z tego powodu powinniśmy przestać o tym mówić, bo to doprowadzi do samospełniającej się przepowiedni. Myślę, że powinniśmy być wierni naszej diagnozie i nie powinniśmy jej dostosowywać do politycznych realiów. W polityce nie ma bowiem żelaznych praw – przecież nikt się nie spodziewał Francuskiej Rewolucji. Ale odróżnieniu od polityki, takie prawa działają we wszechświecie i mogą dotyczyć biofizycznego wymiaru gospodarki, sprawiając że, odwrotnie niż w polityce, nie wszystko jest możliwe.
Najpierw jednak powinniśmy zgodzić się co do diagnozy. Bowiem jeśli ktoś się z nią nie zgadza i jego zdaniem wzrost gospodarczy jest nieodzowny i do tego może być zielony, wtedy nic nie osiągniemy. Rozmowa na temat rozwiązań jest możliwa tylko jeśli zgodzimy się co do podstaw.
Kończąc pesymistycznie, przypomnę że jesteśmy na najlepszej drodze, żeby doprowadzić do podniesienia się temperatur o 2ºC, a może nawet o 4ºC. Niestety szybkie wprowadzenie w życie odpowiednich technologii wydaje się naprawdę trudne, szczególnie w ramach obowiązujących reguł. Poza tym nie ma raczej perspektyw na szybką zmianę społeczną, która zmieniłaby sposób używania energii. Wszystko to każe się zastanowić, jaki świat tworzymy. W razie upadku – o ile nadal pozostaniemy na powierzchni ziemi – gospodarka szybko się dostosuje, a PKB nadal będzie szło w parze z emisjami dwutlenku węgla, tyle że tym razem w dół. Pozostaje więc pytanie: jakie sposoby transformacji jesteśmy sobie w stanie wyobrazić mimo tak ponurej przyszłości?
* Zdecydowaliśmy się pozostać przy terminie angielskim „degrowth” (dosłownie: „de-wzrost”), ponieważ nie ma on na razie polskiego odpowiednika. Przyjęło się tłumaczyć go jako „post-wzrost” , co jednak nie jest do końca właściwe, ponieważ angielski termin „post-growth” ma nieco odmienne znaczenie (przyp. red.).
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Na retorykę węgierskiego premiera Viktora Orbana składa się mieszanka lęków związanych z brakiem bezpieczeństwa socjalnego, utratą narodowej tożsamości oraz zagrożeniem dla bezpieczeństwa kraju. Wszystkie one odgrywają ważną rolę dla jego ustawiania się w charakterze jedynego obrońcy Węgier. (więcej…)
Elektrownie i ciepłownie węglowe w Europie mają cztery lata, aby znacznie zmniejszyć emisje szkodliwych substancji do powietrza. 31 lipca Komisja opublikowała komunikat w sprawie najnowszych regulacji unijnych dotyczących norm zanieczyszczeń z dużych obiektów spalania (tzw. BAT LCP). Polskie firmy energetyczne szukają środków na modernizacje albo liczą na uzyskanie odstępstw od nowych obowiązków.
Nowe, bardziej restrykcyjne limity emisji zanieczyszczeń zostały ujęte w tzw. konkluzjach BAT (z ang. Best Available Techniques) przegłosowanych pod koniec kwietnia tego roku. Dotyczą one wszystkich dużych obiektów spalania o mocy od 50 MW, chyba że instalacja korzysta z uzyskanych wcześniej derogacji.
Zgodnie z nowym prawem, właściciele instalacji mają cztery lata – licząc od momentu publikacji konkluzji – na dostosowanie elektrowni do nowych norm. W wyjątkowych przypadkach prawo dopuszcza jednak wyjątki w postaci tzw. „odstępstw”.
– Zakładamy, że duża liczba instalacji będzie starać się o uzyskanie odstępstwa, szczególnie, że Ministerstwo Środowiska stworzyło furtki prawne pozwalające na ich łatwiejsze zdobycie. Furtki te stoją w sprzeczności z prawem unijnym i w naszej ocenie ich wykorzystanie przez organy samorządowe nie może być stosowane. Ostatecznie, to państwo polskie będzie odpowiadać za prawidłowe wdrożenie BAT-ów – mówi Małgorzata Smolak, prawniczka z Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.
ClientEarth zauważa także, że problemem przy staraniach o uzyskanie odstępstw jest bardzo zła jakość powietrza w Polsce. Organ wydający wniosek o odstępstwo stosowania dopuszczalnych wielkości emisji z konkluzji BAT – marszałek województwa bądź starosta – musi upewnić się, że nie doprowadzi to do osłabienia standardów jakości środowiska.
W Polsce przekroczenie standardów jakości powietrza występuje na znacznym terenie, w szczególnie wysokie jednak na obszarze wysoko zindustrializowanym, np. na Śląsku. W dużym stopniu pokrywa się ono z lokalizacją bloków węglowych. Energetyka węglowa jest trzecim największym źródłem emisji pyłów do powietrza w naszym kraju.
Analiza prawna ClientEarth Prawnicy dla Ziemi dot. zasad wdrażania BAT w Polsce: Konkluzje BAT– kolejny krok ku ograniczaniu emisji zanieczyszczeń z dużych instalacji spalania
Komunikat Komisji Europejskiej: http://ec.europa.eu/environment/pdf/31_07_2017_news_en.pdf
Źródło: Fundacja ClientEarth Prawnicy dla Ziemi
Ostatni dzień VII Międzynarodowej Konferencji La Via Campesina rozpoczął się dla polskiej delegacji o 8:00 rano spotkaniem reprezentantów i reprezentantek z Europy Środkowej i Wschodniej.
Jak przy poprzednich spotkaniach, głównym celem było rozpoznanie i potwierdzenie wspólnych interesów, wspólnych wyzwań i możliwości współpracy w ramach naszego regionu. Wśród delegatek i delegatów z Polski, Białorusi, Rosji, Rumunii, Turcji i Gruzji znalazła się tym razem również rolniczka z Serbii. Podczas omawiania potencjalnej współpracy w nadchodzących latach na pierwszy plan wybiła się kwestia Deklaracji Praw Chłopów i Chłopek, dokumentu będącego wciąż w procesie konsultacji i formułowania przy Radzie Praw Człowieka ONZ. Dokument ten, jeśli doprowadzono by do jego zatwierdzenia w duchu suwerenności żywnościowej, znacznie umocniłby pozycję drobnych rolników, chłopów i innych ludzi ziemi. Stworzyłby też nowy kontekst prawny dla rozmowy z władzami i decydentami przy tworzeniu i egzekwowaniu praw dotyczących produkcji i dystrybucji żywności, dostępu do zasobów, praw pracowniczych, praw ludności rdzennej oraz wpływu człowieka na ekosystem naturalny.
By zapoznać uczestników spotkania z tematem Deklaracji, zaproszono dwie osoby uczestniczące w procesie ustalania jej treści od samego początku — Henry’ego Saragih (Indonesian Peasant’s Union, International Coordination Comitee La Via Campesina) oraz Genevieve Savigny (Confederation Paysanne, Europen Coordination Comitee La Via Campesina). Opowieść rozpoczęła się od II Konferencji LVC w 1996, kiedy to powstała grupa robocza Praw Człowieka i rozpoczęły się dyskusje o łamaniu praw chłopów.
W kolejnych latach przybywało przykładów oddziaływania agresywnej gospodarki neoliberalnej na życie wspólnot tradycyjnych i wiejskich we wszystkich rejonach świata. W związku z tym w 2003 miała miejsce pierwsza próba wnioskowania o prawa chłopów w Genewie, między innymi wobec trudnej sytuacją chłopów w Nepalu. Światowy kryzys żywnościowy, który miał miejsce w 2008 roku, ostro naświetlił i uwidocznił problemy chłopów – ich zależność od wielkich korporacji i spekulacji żywnością na giełdach finansowych.
W związku z zaogniającą się sytuacją w kwietniu 2009 r.odbyło się spotkanie Rady Praw Czlowieka ONZ (UN Human Rights Council) w Nowym Jorku i tam zawiązała się grupa negocjacyjno-konsultacyjna wokół treści Deklaracji. Negocjacje trwają od tamtej chwili do dziś.
Konsultacje trwają również w ramach Unii Europejskiej – 6. września 2017 roku odbędzie się ponowne spotkanie Europejskiej Rady Praw Człowieka. Proces powoli zmierza do końca – w lutym 2018 roku ma zostać przedstawiona ostateczna wersja Deklaracji, jej ratyfikacja miałaby nastąpić w czerwcu 2018. Obecnie największy opór można obserwować ze strony USA i EU, które starają się zmienić zapisy traktujące o „prawie do ziemi” czy „prawie do nasion” na prawo „dostępu do ziemi i nasion”, co gruntownie zmienia znaczenie i zakres możliwości używania tego dokumentu jako instrumentu nacisku wobec krajowych, lokalnych i ponadnarodowych praw. Ignorowana jest również specjalna relacja, jaka wiąże chłopów z lokalnym ekosystemem i z naturą.
Organizatorki spotkania podkreślały, jak ważny jest obecnie nacisk na reprezentantów naszych interesów – bezpośrednie apele do ministrów Spraw Zagranicznych, Rolnictwa czy Rozwoju czy też rozmowy z lokalnymi reprezentantami ONZ, z Rzecznikiem Praw Człowieka w kraju, pracownikami FAO w regionie. W listopadzie tego roku planowane są również kampanie w Europie Wschodniej — okazja dla polskiego ruchu Suwerenności Żywnościowej, by włączyć się międzynarodowe działania. Zaproponowano również stworzenie nieformalnej sieci podmiotów – od krajów po organizacje — które zadeklarowałyby przestrzeganie i podążanie za Deklaracją, zanim jeszcze zostanie formalnie ratyfikowana.
Edyta Jaroszewska-Nowak w ramach dzielenia się doświadczeniami z krajów Europy Środkowej przedstawiła na forum, jak dotychczas funkcjonują relacje między przedstawicielami rządu a rolnikami stowarzyszonymi w Ekolandzie i innych współpracujących organizacjach. Zapowiedziała również, że wykorzysta istniejące już relacje partnerskie i linie współpracy do rozpowszechniania Deklaracji. Delegatki zapowiedziały jej tłumaczenie na język polski oraz znalezienie strategicznych sojuszników w celu wprowadzenia Deklaracji i włączenia się reprezentanta Polski w proces konsultacyjny nad Deklaracją przy ONZ.
Tym mocnym akcentem zakończyła się merytoryczna część Konferencji dla polskich delegatek. Czas do południa wykorzystały na nagrywanie wypowiedzi rolników z całego świata pod kątem stworzenia podsumowującego Konferencję materiału, który mógłby również zostać pokazany polskim rolnikom jako obraz międzynarodowej współpracy, która toczy się od lat, jak dotąd bez udziału Polski. Kraje, których głos usłyszymy niebawem w relacji video, to m.in. Hiszpania, Indie, Mozambik, Ghana, Palestyna, Zimbabwe‚Tunezja, Dominikana, Turcja, Gruzja, Rumunia, Norwegia czy Białoruś.
Po obiedzie odbyła się zamykająca Mystica z Ameryki Południowej, symboliczny spektakl muzyczno-taneczny obrazujący tragiczne losy chłopów padających ofiarą systemów władzy i ekonomii w krajach Ameryki Łacińskiej i na całym świecie. W trakcie sesji podsumowującej odbyła się ceremonia przekazania funkcji Międzynarodowego Komitetu Koordynacyjnego LVC na najbliższe cztery lata w ręce kolejnych osób. Ogłoszono treść Deklaracji VII Konferencji LVC Euskal Herria, już siódmego takiego dokumentu opracowanego po międzynarodowej konferencji, ostatniego w serii zapisów zmieniającej się sytuacji politycznej na świecie i rozwijającego się ruchu La Via Campesina.
Podziękowano tłumaczom i ekipie COATI, ponad czterdziestu osobom, dzięki którym międzynarodowa komunikacja mogła stać się rzeczywistością. Organizatorzy wyrazili wdzięczność i podziw dla gospodarzy – Basków, oraz dla wszystkich uczestników, którzy porzucili prace i przybyli ze swoich rozsypanych po całym świecie wsi, by wspólnie pracować nad lepszą rzeczywistością dla siebie i wszystkich innych istot i organizmów.
Zakończenie konferencji nie oznaczało jednak zakończenia spotkania. Następnego dnia odbył się wielki przemarsz wszystkich delegatek i delegatów ulicami Bilbao – taneczny korowód uśmiechniętych i zdeterminowanych twarzy wszystkich kolorów i nacji, twarzy ludzi ciężko pracujących i współpracujących blisko z wiatrem, słońcem i ziemią. Suwerenność żywnościowa wykrzykiwana w dziesiątkach języków rezonowała mocno wśród kamienic Bilbao i w umysłach wielu Basków obserwujących pochód. Kiedy marsz zakończył się ucztą i pokazami artystycznymi, miało się nieodparte wrażenie, że to tylko postój, i że wszyscy razem będą szli dalej.