Żyjemy w rzeczywistości oplecionej coraz większą ilością wzajemnych powiązań. (więcej…)

O tym jak neoliberalizm kolonizuje globalną gospodarkę z Przemysławem Wielgoszem rozmawia Marcin Wrzos.

(więcej…)

O tym jak Morawiecki przejął strategię azjatyckich „tygrysów” oraz mądrościach Zenona z Elei z prof. Jackiem Tittenbrunem rozmawia Adam Ostolski.

(więcej…)

W portalu Rządowego Procesu Legislacyjnego: https://legislacja.rcl.gov.pl/projekt/12302252 zamieszczono projekt kolejnego rozporządzenia o zmianie rozporządzenia o okresach polowań na zwierzęta łowne.

Projekt przywraca okres polowań na łosie, w województwach: lubelskim, podlaskim, warmińsko-mazurskim, oraz na wschód od linii Wisły w województwie mazowieckim, kujawsko-pomorskim i pomorskim. Na byki łosi można będzie polować od 1 września do 30 listopada, a na klępy i łoszaki – od 1 października do 31 grudnia. Tym samym, przywrócone mają być w Polsce polowania na łosie, dotychczas teoretycznie zaliczane do zwierząt łownych, ale objęte całorocznym okresem ochronnym.
Na konsultacje publiczne Minister Środowiska dał (jak zwykle ostatnio) 5 dni, uzasadniając wyjątkową pilność sprawy potrzebą przywrócenia polowań na łosie jeszcze w tym roku.
Jako uzasadnienie polowań na łosie, oprócz typowych argumentów o odbudowie i stabilizacji populacji, rosnących szkodach w uprawach rolnych i w lasach i wzrastającej liczbie wypadków drogowych z udziałem zwierząt i wnoszonych roszczeniach względem Skarbu Państwa, pojawił się nowy argument – odstrzał ma być niezbędny do monitorowania ewentualnego pojawienia się w Polsce potencjalnie śmiertelnej choroby jeleniowatych, tzw. CWD, odnotowanej dotąd w Norwegii.
Źródło: Klub Przyrodników

25.08. po południu Ministerstwo Środowiska przedstawiło projekt nowelizacji jednej z ustaw kluczowych dla polskiego systemu ochrony przyrody. Resort ministra Szyszki przygotował zmiany, które umożliwią przeprowadzenie czystki personalnej w dyrekcjach ochrony środowiska. Konkursy na stanowiska dyrektorskie zastąpią ministerialne nominacje, a przy wyborze pracowników będzie brana pod uwagę ich dotychczasowa “postawa”. Mimo wpływu proponowanych zmian na system ochrony przyrody w Polsce, ministerstwo wyznaczyło zaledwie cztery dni na konsultacje społeczne.

Od grudnia ubiegłego roku, kiedy ujawniliśmy pakiet szkodliwych projektów dotyczących ochrony środowiska [1], alarmujemy, że minister Szyszko prowadzi stopniowy demontaż systemu ochrony przyrody. Zmiany w dyrekcjach ochrony środowiska to dążenie do podporządkowania instytucji odpowiedzialnych za ochronę polskiej przyrody woli najgorszego ministra środowiska w historii wolnej Polski – komentuje proponowane przepisy Paweł Szypulski z Greenpeace Polska.

Obecnie Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska oraz jego zastępcy wybierani są w otwartym i konkurencyjnym naborze. Zgodnie z proponowaną nowelizacją ustawy o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko tę procedurę zastąpi nominacja ministra środowiska. Czystka będzie mogła być przeprowadzona niemal natychmiast, gdyż z dniem wejścia w życie ustawy, 1 stycznia 2018 r., odwołani zostaliby dotychczasowi dyrektorzy Generalnej i Regionalnych Dyrekcji Ochrony Środowiska.

Zgodnie z projektem zmiany kadrowe szykują się nie tylko na stanowiskach zarządczych. Część pracowników GDOŚ i RDOŚ z dniem wejścia w życie ustawy straci pracę. Innym zostaną przedłużone umowy, ale zaproponowanie nowych warunków uzależnione będzie między innymi od oceny “postawy pracownika” w dotychczasowym przebiegu pracy. W listopadzie ubiegłego roku w ujawnionym przez Greenpeace i Greenmind piśmie do premier Beaty Szydło minister Szyszko pisał o potrzebie “gruntownej naprawy” systemu opartego o istniejące struktury RDOŚ i GDOŚ, “opanowanego przez ideologicznych nieprofesjonalistów” [2]. Przepisy planowanej nowelizacji mogą ułatwić ministrowi środowiska wymianę niewygodnych dla niego kadr w podległych mu urzędach.

Projekt nowelizacji opublikowany został w piątkowe popołudnie na stronie Rządowego Centrum Legislacji. Termin przewidziany na jego konsultacje to zaledwie cztery dni. Z załączonego pisma kierującego projekt do konsultacji wynika, że do złożenia uwag do projektu zaproszono przedstawicieli przemysłu oraz organizacje przychylne ministrowi Szyszce. [3]

Paweł Szypulski komentuje: Tak krótki termin konsultacji społecznych i przesłanie nowelizacji jedynie do organizacji jednoznacznie popierających ministra – jak Liga Ochrony Przyrody czy Polski Związek Łowiecki – to kolejny dowód na to, że minister Szyszko nie jest gotowy na zmierzenie się z poglądami odmiennymi od własnych: z głosem społeczności lokalnych, organizacji przyrodniczych, naukowców zajmujących się ochroną przyrody.

GDOŚ i RDOŚ pełnią kluczową rolę w polskim systemie ochrony środowiska. Zarządzają obszarami NATURA 2000 i przeprowadzają oceny oddziaływania na środowisko inwestycji, które mogą mieć znaczący wpływ na środowisko i zdrowie ludzi. Odgrywają ważną rolę w procesie inwestycyjnym m.in. fabryk, wysypisk śmieci czy uciążliwych ferm przemysłowych.

Przypisy:

[1] http://www.greenpeace.org/poland/pl/wydarzenia/polska/Koniec-ochrony-polskiej-przyrody/

[2] http://www.greenpeace.org/poland/pl/wydarzenia/polska/PILNE-Min-Szyszko-do-premier-Szydo-Zlikwidujmy-system-ochrony-przyrody-wykluczmy-NGOsy-organizacje-ujawniaj-dokumenty/

[3] http://legislacja.rcl.gov.pl/projekt/12302204/katalog/12454870#12454870

źródło: Greenpeace Polska, Informacja prasowa, 25 sierpnia 2017

O finansjalizacji i jej wpływie na gospodarkę oraz życie codzienne z Nataschą van der Zwan rozmawia Jan Chudzyński. (więcej…)

24 sierpnia minęły trzy miesiące od pierwszego zablokowania ciężkiego sprzętu wycinającego Puszczę Białowieską. Wycinka wciąż trwa – podobnie jak blokady.

24 sierpnia harwester i forwarder zostały zablokowane na około dwie godziny w okolicy miejscowości Świnoroje, w Nadleśnictwie Browsk. W późniejszych godzinach maszyny już tam nie pracowały. Jest to sukces, biorąc pod uwagę fakt, że do walki z obrońcami przyrody zmobilizowano około siedemdziesięciu uzbrojonych Strażników Leśnych z całego kraju, których wspiera kilka radiowozów policji z Białegostoku. Strażnicy nie tylko zachowują się agresywnie, ale również przekraczają znacząco swoje kompetencje na wielu poziomach – między innymi używając seksistowskiego języka i zachowań wobec aktywistek, mowy nienawiści, ale przede wszystkim – fizycznej agresji. Dodatkowo wielu strażników odmawia wylegitymowania się.

Absurdalne zachowanie strażników leśnych, łamanie praw obywatelskich, coraz bardziej się nasilają. W ciągu trzech miesięcy sytuacja diametralnie się zmieniła. Nasze protesty są dalej pokojowe, ale ze strony Lasów Państwowych nie ma ani zachowań pokojowych, ani chęci dialogu. Jesteśmy szykanowani, szkalowani i nieustannie obrażani – powiedziała Joanna Pawluśkiewicz, aktywistka z Obozu dla Puszczy.

Rzecznik Praw Obywatelskich dwukrotnie wystąpił do Komendanta Powiatowego Policji w Hajnówce, zwracając uwagę na to, że wolność zgromadzeń powinna być gwarantowana.

W okresie ostatnich trzech miesięcy nielegalne prace polegające na wycince naturalnych drzewostanów Puszczy były blokowane blisko dwudziestokrotnie. Czasem blokady odbywały się w kilku miejscach jednocześnie. Niektóre protesty trwały cztery dni. W protestach wzięło udział łącznie ponad 500 osób z całego świata – podsumowuje Jakub Rok.

Według wielu opinii Puszcza stała się polem walki. Szczególnego wsparcia polskim aktywistom udzielili Czesi. Wielu aktywistów stanęło i stanie przed sądem.

W pierwszych protestach brali udział głównie aktywiści Greenpeace Polska i Fundacji Dzika Polska.

Nie spodziewałem się, że grupa broniąca Puszczy na miejscu stanie się tak liczna i różnorodna. Oddolny ruch obywatelski „Obóz dla Puszczy” skupia ludzi z różnych dziedzin – od przyrodników przez artystów do mieszkańców Puszczy Białowieskiej. Akcje spowolniły wycinkę i pomogły zwrócić na nią uwagę światowej opinii publicznej – zwraca uwagę Adam Bohdan

Obóz odwiedziły największe światowe agencje informacyjne, mnóstwo gości z całego świata, turyści, aktywiści, powstały filmy, reportaże, artykuły. Obóz stał się ważnym centrum informacyjno-protestacyjnym, biorącym udział w monitorowaniu skali i zakresu wycinki. Działania grupy będą kontynuowane, aż rabunkowe pozyskanie drewna w Puszczy zostanie ograniczone.

Więcej informacji:

Obóz dla Puszczy

Joanna Pawluśkiewicz, tel. 790 664 427

Jakub Rok, tel. 608 484 245

dlapuszczy@gmail.com

Adam Bohdan tel. 532 284 313

adam.bohdan@wp.pl

Więcej informacji:

Obóz dla Puszczy

Joanna Pawluśkiewicz, tel. 790 664 427

Jakub Rok, tel. 608 484 245

dlapuszczy@gmail.com

Adam Bohdan tel. 532 284 313

adam.bohdan@wp.pl

żródło: Fundacja Dzika Polska

Czy po wrześniowych wyborach do Bundestagu niemieccy Zieloni po 12 latach wejdą do rządu? Po drodze udało im się zebrać doświadczenia na szczeblu krajów związkowych. (więcej…)

Czym, biorąc pod uwagę uwarunkowania polityczne i gospodarcze, jest bezpieczeństwo społeczno-ekonomiczne Europy w XXI wieku? (więcej…)

O zrównoważonym rozwoju, greenwashingu, i ekonomicznym podejściu do środowiska z Rebeccą Elliott rozmawia Jan Chudzyński.
Jan Chudzyński: Czy badania prowadzone na styku ekonomii, socjologii i środowiska są popularne?

Rebecca Elliot: W ramach socjologii występują różne subdyscypliny, z którymi badacze silnie się utożsamiają, jednak dla mnie najciekawsze zagadnienia leżą właśnie na styku tych obszarów. Sporym zainteresowaniem cieszy się zgłębianie roli rynków, ekonomistów, praktyki gospodarczej oraz instytucji w kształtowaniu relacji społeczeństwa ze środowiskiem naturalnym. Poza tym zwraca się też uwagę na konsekwencje korzystania z ekonomicznych narzędzi, technologii i wiedzy w interwencjach mających rozwiązywać problemy środowiskowe.

Część socjologów, jak na przykład badacze z nurtu teorii krytycznej, przyjmuje podejście mikro i przygląda się temu, w jaki sposób ekonomiści wyceniają dwutlenek węgla, i próbuje wgryźć się w ich narzędzia. Z kolei ci zainteresowani spojrzeniem makro analizują strukturę światowej produkcji, to, jak zorganizowane są łańcuchy dostaw i co decyduje o mniejszym lub większym wpływie produkcji na środowisko.

W jaki sposób rzeczywistość gospodarcza podchodzi do problemów środowiskowych?

Najlepiej obrazują to pytania, jakie stawiamy sobie w związku ze zmianami klimatu. W kontekście społecznym i politycznym najważniejsze są koszty zmian klimatu. Chodzi o koszty, jakie społeczeństwa będą musiały ponieść w związku z częstszymi i groźniejszymi klęskami żywiołowymi, o nowe obciążenia dla państw, a także o koszty zaniechania podejmowania działań i koszty ograniczenia emisji dzisiaj. Te wszystkie pytania mają bezsprzecznie ekonomiczny charakter, a żeby zrozumieć rynki oraz sposoby wyceny dwutlenku węgla, potrzeba wiedzy eksperckiej, narzędzi i racjonalności, którymi dysponują ekonomiści, ale także inni eksperci i aktorzy społeczni. Czynniki społeczne i polityczne mają wpływ na określenie warunków funkcjonowania rynków. Polityka ma ogromny wpływ na to, jak wygląda np. handel emisjami.

Myślę, że te ekonomiczne pytania przede wszystkim wyrażają to, jak postrzega się koszty i wartości, zarówno w odniesieniu do środowiska dzisiaj, jak i jego możliwych przyszłych zmian.

Sporo ludzi stara się zmienić świat na bardziej zrównoważony, próbując w ten sposób łagodzić presję, jaką wywieramy na środowisko.

Dyskurs dotyczący zrównoważenia jest wszechobecny i niejednoznaczny. To jedno z tych wieloznacznych pojęć, których znaczenie zależy od tego, kto się nimi posługuje. Stąd mamy do czynienia ze sporym zróżnicowaniem, jeśli chodzi o faktyczny wpływ działań, które w zamyśle mają być zrównoważone. I właśnie tej kwestii dotyczą badania nad greenwashingiem. Uważa się, że zrównoważenie stało się niemalże mitem, symbolicznym zasobem, mogącym pomóc w sprzedaży produktów i usług. Główną obawą przed greenwashingiem jest to, że rozpraszając uwagę, doprowadzi do sytuacji, w której ludzie będą jedynie pozornie postępować dobrze, nie dokonując żadnych istotnych zmian, które rzeczywiście ograniczałyby wpływ produkcji i konsumpcji na środowisko.

Zrównoważenie widzimy też w sektorze publicznym, w lokalnych samorządach i instytucjach, są od tego nawet profesjonalni eksperci. Nie ma konsensusu co do tego, czy to dobrze, czy źle, i myślę, że najważniejsze jest obserwowanie tego, czym naprawdę jest zrównoważenie w danym kontekście, w którym występuje.

A więc jest to chwytliwe hasło. Tak jak rozwój…

Tak, i wyraża ono szczególny klimat, powiedzmy ducha epoki. Rozwój jest świetnym przykładem, bo tak jak globalizacja i rozwój, zrównoważenie nagle stało się czymś, co możesz studiować i w czym możesz znaleźć pracę. Zrównoważenie poszło w ślady rozwoju, dlatego mamy całe zastępy ekspertów zatrudnianych w biznesie, organizacjach ekologicznych czy administracji rządowej.

W jednym z artykułów pokazujesz, że na termin „zrównoważenie” (sustainability) można patrzeć na trzy sposoby. Jak rozumieć zjawisko zrównoważenia w odniesieniu do rynku i gospodarki?

We wspomnianym przez ciebie artykule staram się stworzyć ramy konceptualne, których socjologowie ekonomiczni mogą używać w badaniach nad zrównoważeniem. Podstawową zasadą jest to, że powinniśmy być agnostyczni co do tego pojęcia i nie powinniśmy zakładać, że wiemy co ono oznacza. I dlatego proponuję trzy różne ścieżki, które pomogą uchwycić znaczenie zrównoważenia.

Zrównoważenie w ramach rynku i gospodarki to pierwsza z nich. Odnosi się do urynkowienia zrównoważenia, które samo w sobie wydaje się nabierać wartości rynkowej. To sprawia, że dla części ludzi pewne rodzaje produktów, procesy produkcji albo modele konsumpcji wydają się bardziej wartościowe. W tym podejściu można więc zwracać uwagę na to, jak pewne produkty są przedstawiane jako przyjazne środowisku, jakie grupy konsumentów są na to wrażliwe, a także jak to się ma do dotychczasowej wiedzy na temat tego, jak ludzie konsumują.

W takim razie druga ścieżka – zrównoważenie wraz z rynkami i gospodarką.

To ujęcie ma uchwycić tendencję do wykorzystywania zasad rynkowych w celu osiągnięcia zrównoważenia. Na przykład wśród największych organizacji ekologicznych, przede wszystkim w USA, widoczne jest częstsze sięganie po narzędzia rynkowe. Wcześniej ten sam cel zrównoważenia próbowano osiągnąć, lobbując za regulacjami stanowymi czy pozywając podmioty zanieczyszczające, a teraz możliwości, jakie daje rynek, z jakiegoś powodu wydają się atrakcyjne. Chodzi też o to, że prywatne podmioty na konkurencyjnym rynku mogą być mobilizowane do działania bez stosowania przymusu. Można wykorzystać zachęty rynkowe i sprawić, że sektor prywatny stanie się bardziej zrównoważony.

Takie podejście do sektora prywatnego i rynku staje się coraz bardziej popularne wśród niektórych organizacji ekologicznych. Pokazuje to kolejną część układanki, a więc co oznacza używanie rynków i innych narzędzi ekonomicznych do poprawy stanu środowiska.

W końcu trzecia, moim zdaniem najbardziej interesująca kategoria – zrównoważenie rynku i gospodarki. To chyba spojrzenie na to, jak bardzo zrównoważeni możemy się stać w ramach świata, w którym żyjemy.

Tak, to w pewnym sensie pytanie egzystencjalne. Czy rynek i kapitalizm uratują świat? Socjologowie i krytyczni badacze społeczni dyskutują nad tym, czy kapitalizm jako system produkcji nie jest przypadkiem z natury niezrównoważony. Są tacy, którzy uważają, że nie da się rozmawiać o ograniczaniu zmian klimatu bez dyskusji nad tym, jak należałoby zmienić światową gospodarkę kapitalistyczną. Inni nie zgadzają się z tym i twierdzą, że w kapitalizmie rynki naprawdę dobrze radzą sobie ze wspieraniem nowych technologii, a także z wyceną dóbr i rozwiązywaniem problemów wywoływanych przez efekty zewnętrzne działalności gospodarczej. Często słyszę, że możliwe jest dokonanie pewnych zmian, które bez konieczności rozmontowywania kapitalizmu pozwolą nam na utworzenie zrównoważonego systemu gospodarczego.

Obawiam się, że tego typu podejście to tylko greenwashing i to się kiedyś na nas zemści.

Jasne, wszystko, czego używamy do rozwiązania problemów i do wyjaśnienia tendencji, oferuje określoną formę wiedzy i działania. Myślę, że w tym przypadku główne obawy dotyczą przesadnego polegania na rynkach, co może doprowadzić do zablokowania innych dróg prowadzących do zmian.

Wokół tego zagadnienia rysuje się podział wśród organizacji ekologicznych w USA i na świecie. Duże organizacje, które zaczęły zmieniać podejście do sektora prywatnego i reprezentują tzw. rynkową ochronę środowiska, wyraźnie różnią się taktyką od grup świadomych tego, że to wspólne, na przykład związkowe działania i protesty dają efekty. I ten tradycyjnie rozumiany aktywizm wciąż jest silny, zresztą widzimy, jak Donald Trump oraz protesty w Standing Rock dodatkowo go wzmocniły. Poza tym są jeszcze Bill McKibben i organizacja 350.org, którzy za sprawą aktywizmu starają się wywierać presję nie tylko na przemysł paliw kopalnych, ale także na osoby i instytucje w nie inwestujące.

Oczywiście jest wiele sposobów, żeby chronić środowisko. Obawy związane z koncentrowaniem się na działaniach w ramach rynku dotyczą tego, że pomija ono te inne sposoby, które na pierwszym miejscu stawiają równość i sprawiedliwość klimatyczną. Wiemy bowiem, że rynkom dobrze wychodzi kreowanie wygranych i przegranych, i podobnie może być, gdy rynkowo potraktujemy ochronę środowiska.

W takim razie nawet w ramach strategii skupiających się na mechanizmach rynkowych występują różne podejścia. Kampanie nawołujące do dywestycji są przecież czymś zupełnie innym, niż promowanie instrumentów rynkowych, takich jak ograniczenia i handel uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla.

Tak, ale tym, co je łączy, jest ogromna moc presji rynkowej. W kampaniach na rzecz dywestycji chodzi o stworzenie groźby pogorszenia reputacji inwestorów i firm, które mają udziały w przedsięwzięciach z sektora paliw kopalnych. W ten sposób podmioty, będące celem kampanii, materialnie odczuwają ich działanie. Ale to oczywiście jest zupełnie co innego niż wiara, że rynek zadba o dystrybucję zasobów, wyznaczenie cen i sam rozwiąże problem.

Te podejścia różnią się też sposobem angażowania podmiotów, które bierze się za cel działań. W przypadku działań rynkowych są to współpraca i partnerstwo pomiędzy grupami ekologicznymi i firmami. Jest to obecnie bardzo często spotykana forma działania. Z kolei kampanie dywestycyjne są zupełnie inne i wykorzystują tradycyjne formy protestu, na przykład na kampusach uniwersyteckich czy przy rurociągach.

To świadczy o wzroście świadomości tego, jak działa świat i gospodarka. W końcu rozumiemy, że pieniądze przekazywane do funduszy emerytalnych mają wpływ na rzeczywistość i że możemy domagać się zmian w polityce inwestycyjnej.

Jak najbardziej. Myślę, że najmocniejszą stroną kampanii dywestycyjnych jest to, czego nie znajdziemy w ramach tego, co nazywam zrównoważeniem w ramach rynku, a więc w zielonej konsumpcji. Oczywiście mogę kupić papier kuchenny z recyklingu lub t-shirt z organicznej bawełny i dzięki temu poczuć się lepiej, ale wiemy już, że tego typu zachowania konsumpcyjne są jedynie kroplą w morzu potrzeb. W rzeczywistości największy wpływ na środowisko mają te procesy, które odbywają się dużo wcześniej, zanim produkt trafi do konsumenta.

Kampaniom dywestycyjnym udało się stworzyć ruch, łącząc nasze indywidualne zachowania i to, co robimy z naszymi pieniędzmi. Ma on już na swoim koncie sporo sukcesów, doprowadzając instytucje do przemyślenia swojej polityki inwestycyjnej. W pewnym sensie taka tradycyjna polityka jest więc najlepszym narzędziem, by zachęcić ludzi do udziału w walce przeciwko zmianom klimatu i innym formom degradacji środowiska. Poza tym jest też najskuteczniejsza w osiąganiu tych celów.

Wycena wartości środowiska spotyka się z krytyką z powodu stosowania ekonomicznego podejścia i logiki w stosunku do świata naturalnego. Mimo to ta metoda przedstawiana jest jako jedno z kluczowych rozwiązań służących ochronie środowiska i wydaje się już niezastąpiona…

Chodzi o możliwość uwzględnienia wartości elementów, które w inny sposób nie mogłyby zostać ujęte w analizie kosztów i korzyści oraz planowaniu ekonomicznym. Opiera się to na przekonaniu, że gdyby ludzie musieli płacić za korzystanie ze środowiska, to znalazłyby się sposoby, by nim odpowiednio zarządzać i minimalizować koszty. Ekonomiści wkładają dużo pracy w to, żeby móc uwzględnić środowisko w tradycyjnych modelach, których używają, by wycenić wszystkie inne dobra.

Ciekawym przypadkiem jest rynek handlu uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla. W teorii wydaje się on naprawdę prosty, jednak w praktyce to rozwiązanie okazuje się bardziej skomplikowane. Jak pokazują doświadczenia z europejskiego systemu handlu uprawnieniami (EU ETS) i systemu działającego w Kalifornii, to nie kwestie ekonomiczne są problemem, tylko polityka. Ekonomiści całkiem dobrze sobie radzą z projektowaniem zasad działania tego typu systemu, za to trudności pojawiają się, gdy trzeba ustalić, kogo ten system ma obejmować i czy uprawnienia będą przyznawane za darmo, czy sprzedawane w ramach aukcji. Tego typu decyzje polityczne są kluczowe w projektowaniu jakiegokolwiek rynku i dlatego pojawiają się wątpliwości co do wykorzystywania tego systemu w celu ograniczenia emisji.

Kalifornijski system handlu uprawnieniami rzeczywiście pomógł zredukować emisje, jednak należy pamiętać, że rynek nie działa w próżni. Największy spadek emisji wynikał bowiem z wprowadzenia standardów ograniczających zużycie paliwa, wymogów wykorzystywania odnawialnych źródeł energii oraz wprowadzanych przez władze stanowe zmian w sieci elektrycznej. Zwolennicy rozwiązań rynkowych często zapominają o tym, że obok rynków muszą działać też tradycyjne narzędzia w postaci odpowiednich regulacji.

Po latach zaprzeczania istnieniu zmian klimatu niektóre branże po prostu muszą uwzględnić w swoim działaniu ryzyko wywoływane przez ten proces. Dotyczy to między innymi badanego przez ciebie sektora ubezpieczeń.

Zmiany klimatu postrzegamy jako źródło ryzyka, a z nim zwykle wiąże się szkoda lub szansa. Dla podmiotów sektora finansowego, np. ubezpieczycieli, ryzyko jest więc potencjalną startą lub zyskiem. Myślę, że to może tłumaczyć zachowanie branży ubezpieczeniowej w reakcji na zmiany klimatu, a także nadzieje aktorów społecznych, którzy liczą na to, że branża ta stanie na czele działań.

Ubezpieczyciele są bowiem instytucjami finansowymi, których w pierwszej kolejności mogą dotknąć konsekwencje katastrof. W związku z zagrożeniem częstszego występowania powodzi, huraganów i innych zjawisk będą oni chcieli znaleźć sposób, by podzielić koszty tak, żeby były one możliwe do wytrzymania. Ale ubezpieczenia są też w stanie wpływać na indywidualne i zbiorowe zachowania. Jeśli mieszkam na terenie zagrożonym powodziami i mam wyższe koszty polisy, mogę podnieść swój dom, przez co obniżę ryzyko i wysokość składek. Ubezpieczenia mogą więc sprawić, że w tym zmieniającym się świecie będziemy bezpieczniejsi.

Z drugiej strony, ubezpieczyciele postrzegają też zmiany klimatu jako szansę. Polisa jest produktem rynkowym, w którego rozwój wkłada się duży wysiłek. Zmiany klimatu sprawiają, że stosowanie tradycyjnych metod opierających się o przeszłe statystyki nie ma sensu, i pokazują, że potrzeba innych sposobów modelowania i wyceny ryzyka. Ubezpieczyciele wprowadzają już nowe rozwiązania, ponieważ, jak w każdym biznesie, dbają o swoje zyski.

W tej branży nie ma już miejsca na dotychczasowe sposoby działania, „business as usual”. Ale jak pokazuje McKenzie Funk w Windfall, jest wielu upatrujących w zmianach klimatu okazji na biznes.

Postrzeganie ryzyka jako szansy nie ogranicza się do branży ubezpieczeniowej. Książka McKenzie Funka jest przykładem pięknego, wnikliwego dziennikarstwa i ukazuje przedstawicieli biznesu, którzy bardzo aktywnie starają się zarobić na zmianach klimatu. Na przykład oferując prywatne usługi pożarnicze, które, jeśli kogoś na to stać, zapewniają ochronę domu przed płomieniami. Topniejąca pokrywa lodowa umożliwi otwarcie nowych szlaków morskich oraz dostęp do nowych zasobów naturalnych, z kolei część branży budowlanej może zarobić na budowie ogrodzeń i murów, które pozwolą ekologicznie uprzywilejowanym odciąć się od migracji klimatycznych.

Obawiam się, że to, co pokazuje Funk, to początek tego, co zobaczymy w przyszłości, czyli zawłaszczania znikających zasobów, którymi można by dzielić się w bardziej sprawiedliwy sposób. Zresztą już dziś widzimy ludzi próbujących budować finansowe i polityczne twierdze, które mają chronić ich przed światem dotkniętym zmianami klimatu.

Wróćmy jeszcze do organizacji ekologicznych reprezentujących podejście rynkowe. W jakim stopniu jest to celowe działanie? Czy są oni świadomi zarówno zalet, jak i wad takiej strategii?

Moje wywiady z członkami takich organizacji pokazują, że ich podejście nie wynika z wiary w rynek, a jest raczej spowodowana frustracją wobec prowadzonej polityki środowiskowej. Rozmawialiśmy w czasie prezydentury Baracka Obamy, po ośmiu latach rządów George’a W. Busha, który wycofał USA z protokołu Kioto i nie był zainteresowany ochroną środowiska. W sytuacji, gdy próby dotarcia do Kongresu przypominają walenie głową w mur, a regulacje stanowe uchwalane są ze zmiennym powodzeniem, to chyba pragmatyczne jest przekonanie, że skoro nie da się dotrzeć do ustawodawców, to może lepiej porozmawiać z zanieczyszczającymi.

Myślałam, że wśród członków organizacji spotkam osoby szczerze wierzące w rozwiązania rynkowe, jednak tak się nie stało. Biorąc pod uwagę dostępne opcje, to po prostu pragmatyczne podejście. Choć to może się zmienić, tak samo jak wybór Donalda Trumpa na prezydenta może rozbudzić politycznego ducha tych organizacji.

W takim razie to podejście do ekologii może być czasem jedyną dostępną, krótkoterminową strategią. Ale pokazywanie, że nie ma alternatywy wobec działań rynkowych, też może się zemścić. Czy ta kwestia jest jakoś dyskutowana?

Tak. Jest bardzo dużo sprzeczek dotyczących tego, jakie podejście do ekologii jest najlepsze, i głosów wskazujących na to, że podejście rynkowe jest zbyt zachowawcze i że powinniśmy być bardziej ambitni i wymagający. Ja uważam, że powinniśmy pozwolić, by te różne podejścia funkcjonowały obok siebie, realizując różne cele. Wewnętrzna walka jest bowiem najgorsza i najmniej produktywna. Potrzebujemy przecież prawników skarżących zanieczyszczających, absolwentów studiów biznesowych angażujących Wal-Mart, a także protestujących w Standing Rock. To po prostu różne strategie.

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Jeżeli /chciałabyś/chciałbyś nam pomóc, kliknij tutaj: Chcę wesprzeć Zielone Wiadomości.
Podczas Festiwalu Wisły włocławskie, ciechocińskie, a zwłaszcza toruńskie nabrzeża żyły tak, jak żyją brzegi najprzedniejszych europejskich miast.

W Toruniu, gdzie miała miejsce kulminacja Festiwalu Wisły, 14 i 15 sierpnia na bulwary wyszły tysiące ludzi. Nie tylko na bulwary. Na Kępie Bazarowej i wiślanych łachach były dziesiątki spacerowiczów oraz cumujących na piasku festiwalowych łodzi. Wielka łacha naprzeciw Bramy Mostowej służyła jako punkt zbiórek i odpoczynku dla sterników – uczestników Festiwalu.

WOPR i policja, przyzwyczajone do wyganiania ludzi z wiślanych plaż oraz do zakazywania kąpieli, tego dnia nie bardzo wiedziały, co począć. No bo jak wypraszać z łachy kilku torunian, skoro cumuje tam kilka dziesiątek festiwalowych łodzi, a ponad setka ich załogantów spaceruje, brodzi, pływa w Wiśle i gra na bębnach? W te dwa festiwalowe dni linia Wisły nie była już linią odgraniczającą od południa miasto Toruń od dzikiej przyrody. Wisła była żywą arterią, po której obu stronach i na której wodach tętniło miejskie życie. Z doświadczenia tych kilku festiwalowych dni płyną dla mnie trzy wnioski.

Wniosek pierwszy: współpraca i szacunek

Sukces Festiwalu Wisły jest ogromny: ciekawe stoiska kulinarne, rzemieślnicze i edukacyjne, ponad 40 statków rzecznych z Polski i Francji, imponujące łodzie wikingów, a na zakończenie wspaniały koncert bębniarski z nocną paradą łodzi i pokazem fajerwerków. Toruń w końcu znalazł pomysł na Wisłę. Co więcej: Toruń w końcu ma swój festiwal o europejskiej skali, na którego następne edycje, co do tego nie mam żadnych wątpliwości, będą przyjeżdżali turyści z całej Europy. Wyzwanie organizacyjne było ogromne i nie mogło się udać bez zgodnego współdziałania wielu podmiotów: Kujawsko-Dobrzyńskiej Organizacji Turystycznej – organizatora i pomysłodawcy festiwalu oraz samorządów Torunia, Ciechocinka, Włocławka i województwa, a także środowiska żeglarzy wiślanych.

Wśród płatników festiwalu Toruń poniósł największe koszty. Prezydentowi Zaleskiemu należy się uznanie za to, że dostrzegł tę wielką szansę dla Torunia i nie szczędził środków. Równie istotne jest to, że zaufał zewnętrznej organizacji pozarządowej, a podległe Prezydentowi jednostki okazywały jej niezbędne wsparcie. To nowa jakość w Toruniu, której powinniśmy się trzymać. Ten model twórczej współpracy samorządu, NGO i luźnego środowiska się sprawdził i mam nadzieję, że nie ograniczy się jedynie do Festiwalu Wisły.

Wniosek drugi: infrastruktura wspierająca potencjał Wisły

Prezydent Zaleski już zapowiedział, że Festiwal Wisły będzie imprezą cykliczną. Z całego serca popieram tę deklarację. Aby jednak Toruń mógł w pełni wykorzystać potencjał Wisły podczas kolejnych edycji Festiwalu i na co dzień, potrzeba moim zdaniem zrewidować niektóre pomysły na nadwiślańską infrastrukturę. Plaża na Kępie Bazarowej, która powstanie w ramach Budżetu Partycypacyjnego w 2018 r., rozwijająca się oferta Fundacji Zamek Dybów i Gród Nieszawa, planowane przez Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej udrożnienie Małej Wisełki dla ruchu małych jednostek oraz budowa drugiej mariny w Porcie Zimowym to piękne i słuszne plany, ale wiślanym sercem Torunia jest Bulwar Filadelfijski. Z bulwarem jest jednak związanych kilka problemów.

Na zdjęciu powyżej: stromy Bulwar Filadelfijski w Toruniu i kamienie pod nim

Po pierwsze, Bulwar Filadelfijski został wybudowany dla spacerowiczów, po tym jak państwo polskie podjęło decyzję o wygaszeniu żeglugi śródlądowej. Działo się to w czasach, gdy prywatnych łodzi było jak na lekarstwo, a w każdym razie nie budowało się wówczas infrastruktury dla prywatnych armatorów. Dziś małe jednostki nie mają do czego cumować, bo bulwar sterczy latem dwa metry nad powierzchnią wody, od której oddzielony jest pasem groźnych dla łodzi kamieni. Dlatego w trybie natychmiastowym Toruń potrzebuje pływających pomostów, przy których małe jednostki turystyczne będą mogły cumować bezpiecznie, a ich załogi zwiedzać miasto. Dla spacerowiczów natomiast widok szpaleru zacumowanych łodzi to również doskonały pretekst, by bywać nad Wisłą.

Po drugie, z bulwaru nie widać cumujących łodzi (chyba że idzie się samym jego skrajem), a z zacumowanej łodzi nie widać miasta. Na całym świecie tysiące żeglarzy jest gotowych płacić za miejsca cumownicze z najlepszym widokiem na piękne miasta. W Toruniu niestety na chwilę obecną mogą podziwiać ze swojej łodzi (jeśli odważą się zacumować przy ostrych kamieniach) betonową ścianę bulwaru i szczyt wieży katedry św. Janów. Pozostała część widoku pozostaje schowana za skrajnią bulwaru. Sytuację co roku pogarsza wydobywanie z dna Wisły piasku, co sprawia, że poziom wody obniża się coraz bardziej (pomijam tu kwestie globalnego ocieplenia i krajowego pustynnienia spowodowanego nieprzemyślanym osuszaniem kraju przez kolejne rządy i samorządy). Zanim powstały Bulwary Filadelfijskie w latach 70 XX w., przez 750 lat Wisłę z murami miejskimi łączyła jedna linia spokojnie wznoszącego się brzegu, tak że spod murów miejskich był widok na wodę, a z wody na mury.

Szkoda, że w koncepcji przebudowy Bulwaru Filadelfijskiego miasto nie zakłada zmiany linii nachylenia nabrzeża (przynajmniej na jakimś odcinku) w taki sposób, by powstał łagodniejszy stok odsłaniający widok na wodę i pozwalający na bliższe z nią obcowanie. Jeżeli rozwój żeglugi turystycznej będzie postępował, a będzie, to obecny kształt bulwarów, czyli muru oddzielającego fizycznie i wizualnie miasto od Wisły stanie się barierą dla jego rozwoju. Można by temu zaradzić na przykład tworząc dodatkową najniższą półkę bulwaru w formie alei spacerowej, która chowałaby się pod wodą podczas wyższych stanów Wisły, albo poprzez łagodny trawiasty stok na przykład na odcinku dawnego średniowiecznego portu, czyli od mostu Piłsudskiego do wylotu Bramy Żeglarskiej. Zresztą zarówno podczas tegorocznego Śniadania na Trawie, jak i podczas Festiwalu Wisły, trawniki cieszyły się wielką popularnością wśród mieszkańców. Jeżeli u dołu takiego pochyłego trawnika mogłyby wjeżdżać dziobami na brzeg wiślane łodzie, to bez dodatkowych urządzeń cumowniczych uzyskujemy bardzo atrakcyjną przestrzeń miejską.

Komisja konkursowa, która wyłoniła zwycięską koncepcję przebudowy Bulwaru, poczytała zwycięskiemu zespołowi Riegler Riewe Architekci Sp. z o.o. z Katowic in plus fakt, że skupił się jedynie na przebudowie części spacerowej bulwaru. W moim odczuciu największym minusem ich propozycji jest właśnie fakt, że nie zaproponowali zmiany kątanachylenia bulwaru. Póki jednak nie rozpoczęły się prace, wszystko jeszcze można zmienić. Wezwałbym więc władze Torunia do wyciągnięcia wniosków z doświadczeń, których przysporzył nam Festiwal Wisły, i ponownego zastanowienia się, w jaki sposób możemy sprawić, by Bulwar Filadelfijski w Toruniu był najatrakcyjniejszym miejscem nad Wisłą w Polsce, a Toruń mógł stać się wiślaną stolicą Polski. Toruń ma po temu warunki, ma historyczne dziedzictwo i już w tej chwili dzięki Festiwalowi Wisły wysunął się na „wiślane prowadzenie”. Przebudowa bulwarów to nie może być kompromis. To musi być w 100% trafiona inwestycja, która przypieczętuję wiślaną supremację Torunia.

Wniosek trzeci: Wisła piękna, Wisła naturalna

Kolejną rzeczą, którą uzmysławia nam Festiwal Wisły, jest kwestia zagospodarowania Wisły – nie tylko w Toruniu. Wzorem dla Festiwalu Wisły był Festiwal Loary w Orleanie. Jeszcze sporo elementów jest do poprawy po pierwszej edycji, ale jak powiedzieli nasi francuscy goście, już mamy jedną przewagę nad naszym pierwowzorem: Festiwal Wisły łączy kilka nadwiślańskich miast i gmin, więc wiślany spław na trasie Włocławek-Toruń jest jego integralną częścią, podczas gdy we Francji Festiwal Loary odbywa się tylko w mieście Orlean. Dla Kujawsko-Dobrzyńskiej Organizacji Turystycznej, organizatora Festiwalu, rozwój turystycznej żeglugi oraz oferty turystycznej na wiślanym szlaku jest podstawowym celem, którego promocji Festiwal ma służyć. Wiślany szlak, nie tylko na odcinku włocławsko-toruńskim, na którym przebiegał Festiwal Wisły 2017, to czekający na wykorzystanie sektor gospodarki z setkami miejsc pracy przy obsłudze mogących powstać przystani, parków krajobrazowych, punktów gastronomicznych, bazy noclegowej itp. Wszystko to wymaga jedynie obrania właściwego kierunku i odpowiedniej koordynacji przez władze samorządowe województwa i nadwiślańskich gmin, bo Wiślany Szlak nie wymaga dużych pieniędzy. We flotylli festiwalowej płynął z nami z Włocławka do Torunia stalowy statek Drwęca, co pokazuje, że nawet przy niskich sierpniowych stanach wody, Wisła jest żeglowna nie tylko dla łodzi rekreacyjnych, ale mogłaby po niej kursować żegluga pasażerska.

Wisła to perła w środku Polski. Każdy kto płynął ze mną lub innymi flisakami Wisłą poza miastem, deklaruje, że powróci tu znów i że nie miał pojęcia, że mamy taki skarb pod nosem. Brakuje jedynie miejsc, gdzie można coś zjeść, wypić, skorzystać z toalety i bez obaw pozostawić łódź, kiedy załoga zwiedza lokalne atrakcje. W ciągu kilku lat jesteśmy w stanie tylko siłami samorządów powołać Wiślany Szlak i sprowadzić nad Wisłę tysiące ludzi, generując setki miejsc pracy, nie szkodząc przy tym przyrodzie. Ta wizja stoi jednak w sprzeczności z rządowymi pomysłami budowy Kaskady Dolnej Wisły, z prostowaniem łuków rzek (to nie żart, to właśnie zakłada Konwencja AGN przyjęta przez Sejm w grudniu 2016), podnoszeniem mostów, budową portów przeładunkowych itp.

Powyżej: postój flotylli festiwalowej w miejscowości Łęk-Osiek, brak przystani, brak pomostu cumowniczego, a potencjał jest

Plany rządowe wspierane, jak słyszę, przez miejskich radnych PiS (http://www.nowosci.com.pl/strefa-biznesu/a/torun-bedzie-port-przeladunkowy-na-wisle,12365312/#sondaPodglad) opiewają na dziesiątki, jeśli nie setki miliardów złotych i zakładają całkowitą zmianę charakteru i przyrody Wisły. Przez pierwsze dziesiątki lat (zaporę Włocławek budowano przez 7 lat) przysporzą pracy firmom hydrotechnicznym, które wygrają przetargi. Raczej na pewno nie będą to firmy z Torunia, bo tu takich nie ma. Po 20, 30, a może 40 latach inwestycji za dziesiątki miliardów złotych w końcu zobaczymy (zobaczą nasze dzieci?) śródlądowy szlak transportowy na Wiśle. Pozostanie jeszcze tylko zmusić importerów i eksporterów do korzystania z transportu wodnego. Zwolennicy dostosowywania polskich rzek do potrzeb wielkoskalowego transportu utrzymują, że ten transport jest tańszy niż drogowy. Tak, kiedy inwestycje infrastrukturalne już się zamortyzują (gdzieś pod koniec XXI wieku), pewnie tono-kilometr będzie tańszy. Jednak tono-kilometr kolejowy też jest tańszy niż tono-kilometr drogowy, ale dla przedsiębiorstw transportowych liczy się też elastyczność i szybkość dostaw. Skoro państwo polskie przez 25 lat nie potrafiło przerzucić transportu drogowego na tory (drogami przewozi się ok. 1500 tys. ton towarów, a koleją ok. 200 tys. ton, czyli 8 razy mniej), to dlaczego mam uwierzyć, że jeszcze wolniejszy transport śródlądowy będzie bardziej konkurencyjny?  Przecież Polska nie zrezygnuje z utrzymywania infrastruktury drogowej i kolejowej. Do tego dojdą koszta inwestycji i utrzymania trzeciego sektora – śródlądowej infrastruktury transportowej. Oczywiście poniosą go transportowcy albo podatnicy. Jeżeli rząd postrzega interes narodowy w taki sposób, żeby za pieniądze polskiego podatnika niszczyć ostatnią dziką rzekę Europy po to, aby chiński towar mógł taniej i szybciej docierać pod polskie strzechy, to gratuluję pomysłowości. A może chodzi o to, aby szybciej wywozić drewno z polskich puszcz na zachód?

Mam nadzieję, że torunianie i inni mieszkańcy regionu nad napuszone wizje rodem z epoki Gierka, które mają się ziścić za kilkadziesiąt lat, wyżej ocenią jednak bardziej zrównoważony i sprawiedliwszy model zagospodarowania Wisły. Nie tylko zabezpieczy on unikalną przyrodę Polski, ale również w krótkiej perspektywie przysporzy wymiernych korzyści mieszkańcom naszego regionu i Torunia.

W tekście wykorzystano zdjęcia autorstwa Moniki Chmarzyńskiej. Dziękujemy.

Większość ludzi kojarzy jogę z ćwiczeniami fizycznymi, tymczasem możemy ją rozpatrywać w co najmniej trzech kontekstach.

Pierwszy to joga klasyczna, jedna z sześciu głównych filozofii indyjskich.

Drugi to każda ścieżka, która dzięki praktykom medytacji i stosowaniu określonych zasad, prowadzi do tego, by uwolnić się – mówiąc bardzo ogólnie – od cierpienia.

I trzecie znaczenie, najbardziej teraz rozpowszechnione, czyli praktyka asan, która powinna być połączona z pracą nad oddechem i umysłem, mająca prowadzić do samodoskonalenia.

Współczesna praktyka jogi to początek XX wieku. Ojcem jej jest Tirumalai Krishnamacharya. Jako pierwszy usystematyzował i opisał asany, wytłumaczył ich działanie.

Gdy joga zadomowiła się na Zachodzie, a zwłaszcza w USA, zaczęły powstawać jej kolejne mutacje, które bazują na znanych od tysięcy lat asanach.

Vinyasa – rozwinął ją i opracował Krishnamacharya. Najprościej można powiedzieć, że chodzi w niej o dążenie do doskonałej koordynacji ruchu i oddechu. Praktyka powinna być dostosowywana do indywidualnych możliwości i predyspozycji ucznia. Sekwencję asan wykonuje się płynnie, jedna z drugą jest połączona. Sesje vinyasy są zawsze inne, sekwencje asan się zmieniają.

Ashtanga – tu też mamy dynamiczną sekwencję asan, w której jedna przechodzi w drugą. Ruch musi być zsynchronizowany z oddechem – ujjayi . Ważne jest uspokojenie umysłu i unieruchomienie wzroku – drishti. Pracuje się nad tzw. bandhami, czyli nad zamykaniem strumienia energii w ciele. Sekwencje pozycji są ściśle określone, poprzedza je seria powitań słońca.

Joga Iyengara– bardzo popularna metoda stawiająca na metodyczną, systematyczną pracę nad asanami. Intensywna praktyka ma pomóc przezwyciężyć wszystkie negatywne skłonności uczniów – te fizyczne i psychiczne. Metoda Iyengara przewiduje używanie podczas praktyki różnych pomocy, takich jak paski, klocki, krzesła, itp.

Sivananda – to tak naprawdę cały system, łączący asany, oddychanie, medytację, relaks, pozytywne myślenie i oczywiście odpowiednią dietę. Na zajęciach można spodziewać się klasycznych asan, wykonywanych powoli, z dużą uważnością. Zajęcia nie są forsujące.

Kundalini – polega na pracy z wewnętrzną energią. Koncentruje się na asanach, technikach oddechowych, mantrach i medytacji. Ma budzić potencjał człowieka i otwierać czakry, które leżą wzdłuż kręgosłupa. Te czakry, które leżą najniżej, odpowiedzialne są za aspekty fizyczne, te położone wyżej – za wyższe uczucia, potrzeby, relacje społeczne. Jogin poprzez swoją praktykę wzmacnia przepływ energii życiowej.

Bikram – odpowiednio opracowana sekwencja asan, którą wykonuje się w pomieszczeniu gdzie temperatura to ok. 35-40 stopni Celsjusza, a wilgotność utrzymuje się na poziomie ok. 40 proc. Sesja trwa 90 min. Wykonuje się podczas niej dwie niezmienne serie sekwencji 26 asan. Ciepło i wilgotność mają wspomagać krążenie krwi, pracę mięśni. Sesje są dynamiczne i dość wymagające dla praktykujących. Metoda ta ma swoich zagorzałych zwolenników i przeciwników, którzy twierdzą, że jest odpowiednia tylko dla osób młodych i zupełnie zdrowych.

Power joga – często spotykany w klubach fitness system ćwiczeń, inspirowany ashtangą.

Nidra – technika jogicznej, głębokiej relaksacji, zwana też jogą snu przy przytomnej świadomości. Podstawą jest savasana, zwana też pozycją trupa.

Joga hormonalna – podczas sesji praktykuje się specjalnie dobrane asany, które oddziaływują na całe ciało, a przede wszystkim regulują gospodarkę hormonalną, pracę jajników, przysadki i tarczycy. Praktykę łączy się z intensywnym oddechem. Działa profilaktycznie i m.in. niweluje nieprzyjemne skutki menopauzy.

Joga kręgosłupa – praca ze specjalnie dobranymi asanami, które mają terapeutyczne działanie na kręgosłup i stawy.

Joga śmiechu – narodziła się w 1995 r. w Indiach. Zapoczątkował ją dr Madan Kataria. Polega na… nieskrępowanym, spontanicznym śmiechu przez całe zajęcia. Ma dawać niesamowitą energię, bo nasze ciało czerpie z tego wywołanego sztucznie śmiechu takie same korzyści, jak z tego naturalnego, który nigdy nie trwa, tak długo jak na zajęciach.

Joga twarzy – szczególnie popularna w USA, choć do nas też już energicznie wkracza. Obejmuje ćwiczenia, które mają za zadanie „rozruszać” i ujędrnić ok. 50 mięśni naszej twarzy. Ma być naturalnym liftingiem.

Air joga, czyli latanie pod sufitem. To stosunkowo nowa metoda praktykowana asan, popularna mniej więcej od 10 lat. Wprowadziła ją w Nowym Jorku tancerka Michelle Dortignac. Asany wykonuje się w powietrzu, wisząc na podwieszonej na suficie specjalnej chuście lub trapezie.

Dobrym pomysłem na rozpoczęcie przygody z jogą jest Joga Festiwal. V Górski Maraton w Wierchomli. To największa otwarta impreza związana z jogą odbywająca się w takiej skali. Od lat przyciąga zarówno osoby nigdy nie ćwiczące, początkujących, jak i doświadczonych joginów. Dzięki Maratonowi Jogi pejzaż Beskidu Sądeckiego, gdzie leży Wierchomla Mała, wzbogaca się rokrocznie o kilkuset ludzi dbających tak o ciało, jak i umysł. Rejestrować można się pod adresem: http://maratonjogi.pl/zgloszenie/

Beata Zatońska, www.joga-joga.pl