Niemcy odchodzą od węgla, chociaż dzieje się to w bólach i wciąż za wolno. Powołana właśnie Komisja Węglowa ma opracować mapę transformacji energetycznej. W międzyczasie problem nie ma już tylko charakteru technologicznego, ale także polityczny. Podsycane w ostatnich latach płonne nadzieje, że węgiel zostanie, przyparły Niemcy do muru – czy Angela Merkel wygra i wróci na tory lidera ochrony klimatu czy zwycięży raczej ksenofobiczna i populistyczna partia AfD, która będzie teraz żerować na obawach tych, którzy na transformacji mogą stracić najwięcej?
Stany Zjednoczone ostrzegają Niemcy?
Pod koniec czerwca 2018 r. niemiecki węgiel był solą w oku polityków, związków zawodowych, aktywistów i mieszkańców wsi zagrożonych wysiedleniem. Kraj nad Sprewą stoi przed trudnym zadaniem – współzałożyciel wspólnoty węgla i stali, a następnie unijny progresywny kraj pod względem rozwoju energetyki odnawialnej, pokazuje swoje pierwotne, węglowe oblicze. Mówi się o tym już nie tylko w kuluarach. Al Gore, laureat pokojowej nagrody Nobla za działania na rzecz ochrony klimatu twierdzi: „Niemcy, lider ochrony klimatu ryzykuje, że zostanie w tyle”. Podczas pobytu w Berlinie, amerykański polityk udzielił wywiadu dla New York Times’a 26 czerwca. Tego dnia Gore rozpoczął spotkanie dla mówców na rzecz ochrony klimatu (Climate Reality Project) w stolicy republiki federalnej. W tym samym czasie zaczęła obradować Komisja Węglowa przy Bundestagu. Podczas debat w ramach Climate Reality Project Niemcy były wielokrotnie podawane za przykład, że walka ze zmianami klimatu cały czas wymaga większego zaangażowania, gdyż koncerny konwencjonalne wciąż napierają. Obecny na spotkaniu organizowanym przez Gore’a Norbert Winzen z miejscowości Keyenberg, która podobnie jak Immerath zostanie zniszczona na rzecz odkrywki Garzweiler należącej do RWE powiedział: „Przyjedźcie do Nadrenii Północnej-Westfalii i zobaczcie jak kopalnia pożera wsie oraz ludzkie zdrowie psychiczne. Zobaczycie krajobraz jak po wojnie”. Gdzie są dzisiaj Niemcy z tamtych progresywnych, odnawialnych lat?

Immerath niedaleko Keyenberg, fot: Thomas Deicke, www.sola-domum.info
Niewygodna prawda
Niemcy przez lata uchodziły za przodownika ochrony klimatu na szczeblu unijnym i międzynarodowym. Wyznaczały standardy, dawały nadzieję na progres odnawialnych źródeł energii. Niestety pod wieloma względami to już przeszłość. Co prawda ich poziom rozwoju OZE jest wciąż imponujący (5 lipca 2018 samo słońce o godzinie 12 w południe dało 22 GW), ale wiele wskazuje, że na horyzoncie pojawiają się inni, np. Dania czy Szwecja, którzy bardziej niż Republika Federalna zasługują na miano lidera Energiewende.
Z pewnością nie jest to powód do dumy, ale fakty mówią same za siebie – cel redukcji gazów cieplarnianych o 40% do 2020 w stosunku do roku 1990 nie zostanie w Niemczech zrealizowany. Wszystko dlatego, że pod powierzchnią ambitnych czynów cały czas żarzył się protest lobby węglowego, które teraz zdołało się wybić na świecznik.
Słońce czy węgiel
Mimo rozwoju energetyki odnawialnej Niemcy nie odnotowały spadku emisji gazów cieplarnianych w ostatnich latach. Winny temu jest kochany przez Niemców transport i przemysł samochodowy oraz energetyka konwencjonalna. „Gdybym był Niemcem wziąłbym to sobie do serca” – powiedział Gore. Należy też dodać, że pieniądze na transformację płacą główni zwykli konsumenci prądu, obywatele. Za to często zwolnione są z tych opłat np. koncerny energetyczne. „Nie można spocząć na laurach. Niestety Niemcy nie są już liderem zielonej energetyki. Jest wiele krajów, które są obecnie szybsze na drodze zmian”. Również Kathrin Gutmann, dyrektorka kampanii Europe Beyond Coal czy Stefanie Groll mówiły w Berlinie, że od działania komisji węglowej zależy teraz reputacja Niemiec, jak również na co zostaną przeznaczone ogromne środki, którymi dysponują Niemcy – na energetykę odnawialną czy na węgiel. Niemcy mają problem, gdyż są wciąż numerem jeden w Europie, jeżeli chodzi o emisje CO2. Jeżeli będą teraz osłabiać cele polityki klimatycznej, to wydaje się mało prawdopodobne, aby mogły przekonać kogokolwiek na następnym COP 24 w Katowicach do swojego zielonego oblicza i progresywnej ścieżki. Polska, niestety, może na tym skorzystać.
Jak niemiecki węgiel walczył z unijnymi przepisami
Mówi się często, że to Polska idzie w zaparte jeżeli chodzi o forsowanie węglowej gospodarki, ale przykład z Niemiec, a konkretnie osób, które zasiadają teraz w komisji węglowej, pokazał, że także tam węgla broni się do upadłego. Przyjrzyjmy się zatem, jak niemieckie lobby chciało podważyć nowe unijne przepisy dotyczące emisji przemysłowych. Zaostrzenie przepisów emisyjnych dla np. tlenków azotu czy rtęci zostało przyjęte przy poparciu krajów członkowskich w kwietniu 2017 r. Chodzi o Dyrektywę w sprawie emisji przemysłowych UE. Uznano ją za krok w dobrym kierunku a mianowicie w stronę poprawy jakości powietrza, a więc też ludzkiego życia, poprzez zamykanie najbardziej zanieczyszczających elektrowni np. węgla brunatnego. Szybko znalazły się jednak podmioty, którym się to nie spodobało. Kiedy okazało się, że nowe przepisy oznaczają problemy dla około 2900 elektrowni węglowych branża zaczęła walczyć o zachowanie status quo. A że przemysł węglowy jest bardzo silny w Niemczech nie zdziwiło, że właśnie z tego kraju wyłonili się orędownicy zatrzymania procesu odchodzenia od węgla.
Jednym z aktywniejszych polityków okazał się Stanislaw Tillich (CDU) były premier Saksonii. Tillichowi zależało na rewizji przepisów unijnych dotyczących standardów emisyjnych dla tlenków azotu i dla rtęci. Tym samym, przy okazji, zagrał na anty-europejskich resentymentach w Saksonii. W ostatnich wyborach do Bundestagu prowęglowa kampania Tillicha przyniosła znamienny efekt – w landzie wzrosło poparcie dla AfD. O ile Tillich musiał się nieco powstrzymywać w węglowych obiecankach, kandydaci AfD mówili o brunatnej przyszłości dla Saksonii bez ogródek. Wzrost poparcia odnotowała dlatego AfD, a nie CDU.
Tillich występując przeciwko unijnym przepisom popierał de facto emisje rtęci czy tlenków azotu. O tym, że elektrownie na węgiel brunatny mają problem z emisją rtęci przekonaliśmy się w Polsce po ujawnieniu znacznie wyższej niż raportowanej (18 razy więcej) emisji tej neurotoksyny z elektrowni Bełchatów. Mimo że zanieczyszczenia ze spalania tego wyjątkowo emisyjnego paliwa przyczyniają się do przedwczesnych zgonów czy chorób, to minister Tillich uparcie walczył w trakcie pełnienia swoich publicznych obowiązków, aby branża węgla brunatnego w Europie miała się dobrze. Nie dziwi, że chciał również, aby do protestu dołączyły Polska i Bułgaria. Już samo to powoduje, że należy mieć wątpliwości, czy obecność Tillicha w komisji sprzyjać będzie rozwojowi i ochronie klimatu, czy raczej węglowi. Jeżeli teraz on czy Matthias Platzek (kolejny członek komisji przyjazny węglowi) zaczną działać wbrew swoim wcześniejszym obietnicom, może się okazać, że potencjalni wyborcy CDU czy SPD także przejdą na stronę AfD. A to oznacza dla Angeli Merkel nie lada problem oraz wyzwanie.

Kiedy pod koniec czerwca w Berlinie Al Gore uczył ludzi, jak skutecznie rozmawiać o zmianach klimatu, a Greenpeace rozlał żółtą farbę w centrum miasta, która z wysokości ułożyła się w kształt słońca – zaczęła obradować tzw komisja węglowa. Komisja nosi znamienną nazwę – „Rozwój, zmiana strukturalna i zatrudnienie”, jednak i tak nazywana jest Kohlekomission czyli Komisja Węglowa. Tillich i Platzek mówią otwarcie, że ich praca będzie wzorem dla innych węglowych regionów Europy. Z jednej strony możemy mieć nadzieję, że się nawrócili. Jeżeli jednak tak się nie stało, prace i wnioski komisji rzeczywiście mogą się okazać, ale antywzrorem ochrony klimatu.
Cele pracy komisji
Komisja „Rozwój, zmiana strukturalna i zatrudnienie” to pierwsze takie ciało powołane przy Rządzie Federalnym. Do jej głównych zadań należy:
- przedstawienie konkretnych możliwości dla przyszłościowych miejsc pracy w regionach, które czeka transformacja,
- opracowanie metod zmiany strukturalnej uwzględniającej sprawiedliwość społeczną oraz ochronę klimatu,
- przedstawienie, w jaki sposób uda się zrealizować cele redukcyjne do 2030 r.. Należy dodać, że Niemcy nie zrealizują celu 40% do 2020 r., ale prace Komisji mają sprawić, aby to zaniedbanie jak najbardziej zminimalizować,
- wreszcie komisja ma zająć się stopniowym odchodzeniem od spalania węgla oraz zaproponowaniem daty, kiedy w Niemczech węgiel nie będzie już spalany.
Prace komisji kierują na siebie spojrzenia wielu podmiotów, także w Polsce. Komisja węglowa ma zaprezentować swoje pierwsze ustalenia jesienią, m.in. na szczycie klimatycznym w Katowicach COP 24. Można się domyśleć, że od stanowiska Niemiec zależeć będą ambicje pozostałych państw w tym Polski. A ambicje członków Komisji idą w sukurs polskim lobbystom węglowym, którzy wyrazili swoje opinie ostatnio w Programie dla Sektora Węgla Brunatnego w Polsce. Matthias Platzek, członek komisji, mógłby się sam podpisać do wieloma tezami wyrażonymi w polskim programie. On sam, jako premier landu Brandenburgia przez lata uczył jak nieszczyć cele polityki klimatycznej oraz propagować hasła, że bez węgla brunatnego czeka nas zapaść.
Wysokie napięcie
Skład komisji sugeruje, że prace będą burzliwe. W każdym komisyjnym sektorze mamy spolaryzowane stanowiska – przewodniczący to lobbyści węglowi – wymieniani już Matthias Platzek i Stanislaw Tillich ale też Ronald Pofalla, który wsławił się m.in. przy lobbowaniu kontrowersyjnego projektu kolejowego Stuttgart 21. Do tego jest tam kobieta Barbara Praetorius, kiedyś związana z Agora Energiewende. Następnie mamy związek zawodowy Ver.di oraz IG BCE, który znany jest z poparcia dla węgla. Udział lobbystów węglowych ze wschodnich Niemiec pozwala na obawy, że zamknięcie tamtejszych elektrowni, bez których redukcja emisji CO2 w Niemczech nie będzie ani łatwa, ani szybka, może być odwlekane. Chodzi o elektrownie Jänschwalde czy Boxberg. Prace komisji wyznaczą także przyszły los dla planowanych odkrywek Welzow-Süd Teilfeld II czy Jänschwalde. Ewentualne poparcie dla dalszego istnienia zarówno kopalni jak i elektrowni we wschodnich Niemczech będą najlepszą wodą na młyn dla polskich planów budowy odkrywki Gubin, Złoczew czy Oczkowice. Trzeba dodać, że władze Brandenburgii czy Saksonii życzyłyby sobie, aby węgiel spalany był tam jeszcze przez dziesiątki lat. Nie trzeba chyba dodawać, że podobny plan nijak ma się do ochrony klimatu, żeby nie powiedzieć, że jest to wykorzystywanie sytuacji do realizacji własnych interesów kosztem bezpieczeństwa przyszłych pokoleń – naszych dzieci i wnuków.

Berlin – akcja Greenpeace
W niedzielę 24 czerwca w Berlinie i w innych niemieckich miastach odbyły się także protesty mieszkańców pod hasłem „Stop Kohle”. Ludzie skandowali hasła nawołujące, aby wziąć się do aktywniejszej pracy dla klimatu. Adresatem był rząd federalny – ludzie chcą większego wsparcia i ambicji na drodze odejścia od spalania węgla.
Przykład Niemiec może być przestrogą dla Polski – brak ambicji i transparencji w transformacji energetycznej wiązać się może z jej spowolnieniem, ale także z pożywką dla populizmu. Będzie też wyrzucaniem pieniędzy w błoto – tylko po to, aby wytrzeć łzy tym, którzy musieliby zacząć się dzielić bogactwem i energią. Okłamywanie ludzi, że przyszłość należy do węgla zemści się prędzej czy później – rozczarowani obywatele pokażą figę, kiedy przyjdzie wyłożyć karty na stół.
Czy nasze podejście do planety ma szansę się zmienić? Z Anne Snick rozmawiają – Joanna Lebiedzińska i Robert Reisigová-Kielawski.
Joanna Lebiedzińska: Jak najlepiej wytłumaczyć, co to jest postwzrost? Szczególnie ludziom, którzy ciągle uważają, że konkurencja to podstawowy mechanizm porządkujący życie publiczne. Muszą przecież walczyć o pieniądze, pracę, status…
Anne Snick: Zaczęłabym od przypomnienia faktu, że nasza planeta nie rośnie. Tworzy raczej układ zamknięty – jak w pierwszej zasadzie termodynamiki. A jednak stworzyliśmy model ekonomiczny całkowicie zależny od wzrostu, który nie współgra z rzeczywistością planety. Ten prosty fakt leży u podstaw kolejnych kryzysów, konfliktów, degradacji środowiska, czy migracji.
Rozwiązanie tych problemów wymaga modelu ekonomicznego, którego celem jest mądre zarządzanie zasobami mające na celu zapewnienie dobrobytu wszystkim żywym istotom. Chodzi o to, by wzrost dobrobytu nie był zależny od wzrostu produkcji i konsumpcji dóbr. To właśnie podstawowe założenia postwzrostu, na których powinniśmy budować ekonomię.
Robert Reisigová-Kielawski: A jak rozprawisz się z poglądem podważającym to, że nasza planeta i działalność ludzka to układ zamknięty? Ciągle pokutuje przeświadczenie, że rozwój technologii może nas zbawić i niejako otworzyć ten układ – wzrost postrzegany jest jako właśnie przekraczanie naszych możliwości.
AS: Załóżmy, że zaprojektujesz świetne urządzenie do zarządzania systemem wspólnego użytkowania samochodów (car sharing). W obecnym modelu jest tak, że aby przetrwać, twoja firma musi rosnąć, czyli zwiększać sprzedaż i pewnie zużywać więcej zasobów. Ale ten cel – wzrost – nijak się ma do systemu wspólnego korzystania z samochodów, którego celem jest zapewnienie mobilności jak największej liczbie osób, zużywając przy tym jak najmniej zasobów.
Wzrost może być oczywiście wyłącznie finansowy, ale wtedy mamy do czynienia ze spekulacjami. Kolejne bańki na rynkach nieruchomości skutecznie nam o tym przypominają. Spekulacje mogą dać wzrost finansowy, ale nie mają nic wspólnego z ekonomią rozumianą jako mądre i sprawiedliwe zarządzanie zasobami, którego celem jest dobrobyt wszystkich istot, nawet pszczół. A taką funkcję powinna mieć ekonomia w świecie postwzrostu.
Obecny system oparty jest na wydobyciu zasobów. Rozwój technologiczny niczego nie zmieni, ponieważ działamy w systemie planowanego niedoboru pieniądza, którego celem jest „robienie pieniędzy”, czyli zysk – wspólny mianownik kolejnych kryzysów, konfliktów i nierówności. Mamy politykę monetarną, która nie służy społecznym funkcjom ekonomii. Służy bankom, ale ludzie i planeta mają jej wyraźnie dość.
JL: Jeśli nie rozwój technologii, to może zrównoważony rozwój?
Przyłączasz się do głosów, że zrównoważony rozwój to wyświechtane hasło marketingowe – jak społeczna odpowiedzialność biznesu? Czym różni się postwzrost od zrównoważonego rozwoju?
AS: Na pewno „zrównoważona” polityka nie powinna być dzisiaj celem samym w sobie. Celem jest przetrwanie ludzkości i ekosystemów Ziemi oraz zaprojektowanie takiego modelu ekonomicznego, który nie będzie służył garstce wybranych kosztem pozostałych. Dzisiaj każda branża przemysłu konkuruje, walczy o przetrwanie i zasoby. Polityka zrównoważonego rozwoju zakłada, że ekstraktywizm – czyli eksploatację ludzi i planety w celu zanotowania wzrostu – należy zreformować tak, by praca i kapitał służył ludziom, zwierzętom i całej planecie, co pomoże stworzyć zielone produkty i miejsca pracy, poprawi sprawiedliwość społeczną i dobrobyt. Jeśli przyjmiemy taką definicję, to naturalnie zrównoważony rozwój częściowo pokrywa się z założeniami postwzrostu, ale trzeba pamiętać, że wzrost na planecie, która nie rośnie z definicji będzie oparty na eksploatacji i ekstraktywizmie.
Przyłączam się jednak do głosów, że zrównoważony wzrost nie wystarczy, ponieważ nie kwestionuje obecnej polityki monetarnej, nie wyciąga wniosków z systemowych błędów, opisanych choćby przez Thomasa Piketty’ego w Kapitale w XXI wieku: koncentracja kapitału pogłębia nierówności. Eksploatacja Globalnego Południa trwa w najlepsze. Biedni zmuszeni są do migracji. Z kolei Richard Wilkinson i Kate Pickett w Duchu równości dowodzą, że nierówności szkodzą wszystkim, nie tylko biednym. Społeczeństwo amerykańskie jest bogatsze od japońskiego, ale bardziej nierówne i to właśnie ci drudzy żyją szczęśliwiej. Dzisiaj zrównoważony rozwój to za mało, by walczyć z nierównościami.
JL: Jeśli wzrost jest paliwem kryzysów, wojen, migracji i nierówności, to w jaki sposób postwzrost może pomóc uniknąć ich w przyszłości?
AS: Niedobór pieniądza jest ważną przyczyną nierówności. Jeśli stworzymy system, w którym pieniędzy nie brakuje, zysk jako cel sam w sobie zostanie zastąpiony przez równość i dobrobyt. Zresztą ludzie dobrze to wiedzą i już teraz tworzą własne systemy wymiany, niezależne od banków. W paradygmacie postwzrostu wzrost nie oznacza wzrostu zysków, które dzielą społeczeństwa, czy rozbudowy infrastruktury, która przyspiesza zmiany klimatu. Jeśli celem ekonomii będzie więcej dobrobytu i mniej nierówności, i jeśli tak zdefiniujemy wzrost, to osiągnięcie go może zakładać spadek tradycyjnie rozumianego wzrostu. Postwzrost oznacza więc rozwój bardziej dostępnej i włączającej infrastruktury opartej na odnawialnych źródłach energii. W pewnym sensie dzisiaj mamy już fragmenty takiej infrastruktury. Tworzą ją praca u podstaw i oddolne inicjatywy społeczne – często wbrew dogmatom wolnorynkowym.
Warto dodać, że wiele pracy wykonywanej jest poza ekonomią, choć bez niej nie byłoby „wolnego rynku”. Przede wszystkim chodzi o pracę opiekuńczą i pracę społeczną. W kategoriach postwzrostu taka praca jest fundamentalna, ponieważ jej celem jest właśnie zdrowie, dobrobyt, solidarność czy więzy społeczne. Dotychczasowe modele ekonomiczne wykluczały to, co niektórzy nazywają „wartościami kobiecymi”, były patriarchalne, ceniły konkurencję i hierarchiczność. Modele, które cenią współpracę wymagają innej filozofii zarządzania – opartej na zaufaniu. Zamiast odgórnej hierarchiczności, potrzebujemy modeli wrażliwych na inicjatywy oddolne.
Weźmy wspomniany car sharing. Jestem członkinią takiego systemu i uczestniczę w procesach zarządzania. Na pewnym etapie nasz car sharing stał się nie tylko korzystny dla nas samych, czyli poszczególnych „klientów”, ale lokalni politycy powoli zaczęli dostrzegać, że takie rozwiązania poprawiają jakość życia wszystkich mieszkańców. Zaczęli więc wspierać takie inicjatywy. W Gandawie za darmo zaparkujesz tylko samochodem należącym do systemu wspólnego użytkowania. To pokazuje powolne zmiany w systemie zarządzania: oddolnie idzie sygnał, że chcemy taki system, a odgórnie mamy rozwiązanie, które pozwala mu się rozwijać. Inicjatywy społeczne muszą być rozpoznawane, wspierane i popularyzowane. Liczne przykłady takich inicjatyw znajdziemy we francuskim dokumencie Nasze jutro.
JL: Sugerujesz, że ekonomia wzrostu gospodarczego zaniża wartość pracy opiekuńczej, którą wykonują głównie kobiety, a jednocześnie umacnia wiarę w większą „wydajność” mężczyzn i tym samym utrwala nierówności między płciami. Jakie rozwiązania tej kwestii podsuwa postwzrost?
AS: Powtórzę. Obecny system wymusza wzrost gospodarczy i wzrost wydajności pracy. Jednak rozumienie „wydajności” jest związane z kulturą, rolami społecznymi i przyjętą polityką monetarną. Ponieważ mężczyźni nie rodzą dzieci, mogą być w pracy zamiast na sali porodowej i w mniejszym stopniu zajmują się domem i dziećmi, są bardziej „wydajni” w systemie, który zaniża wartość pracy opiekuńczej. Ciąża i opieka nad dziećmi są niestety wykluczające dla kobiet, ponieważ nie uznaje się wpływu takiej pracy na indywidualny zysk. Historia feminizmu pokazuje, że wywalczenie prawa do udziału w patriarchalnym społeczeństwie przez uprzywilejowane kobiety oznaczało, że w pracy opiekuńczej musiały je zastąpić kobiety z najniższych klas, czarne kobiety oraz migrantki.
Tradycyjnie rozumiany wzrost wymusza konkurencję i walkę o zasoby, bo przetrwanie zależy od możliwości ich eksploatacji. Nie każda działalność może się rozwijać, może generować zysk, ponieważ planeta jest układem zamkniętym. Wychowujemy kolejne pokolenia w duchu rywalizacji i indywidualizmu, ponieważ obecna polityka ekonomiczna takie wartości premiuje. Ostatni kryzys ekonomiczny jest tego przykładem. Instytucje finansowe prowadzą śmiertelnie niebezpieczną grę w pogoni za zyskiem, a rządy wyciągają je z tarapatów za pieniądze podatników. Mamy więc przyzwolenie na żyłkę do hazardu, co ma fatalne skutki dla społeczeństwa.
Nieprzypadkowo kobiety zarabiają mniej i częściej zmagają się z ubóstwem. Postwzrost przeciwstawia się takim niesprawiedliwościom, logice zysku i wyniszczającemu ekstraktywizmowi. Jego celem jest przeprojektowanie ekonomii tak, by jej celem było zmniejszanie nierówności. Nierówności niszczą, na różnych poziomach. Dzisiaj bogate kraje Europy mogą kupić sobie prawa do połowu w biednych krajach Globalnego Południa i zniszczyć lokalne rynki oraz społeczności, jak w Senegalu.
RRK: Jaki powinien być kolejny krok w stronę postwzrostu? Jak edukować i lobbować za postrozwojem, aby wyjść poza paradygmat zrównoważonego rozwoju?
AS: Odpowiedzi na te pytania już teraz szuka wiele osób i instytucji – od lokalnych polityków, przez ruchy społeczne, po firmy. To żywe laboratoria, na które warto zwrócić uwagę, aby zrozumieć zmiany w myśleniu o funkcjach ekonomii. Niestety nie widzę żadnego ogólnoświatowego planu. Idee postwzrostu znajdują odbicie w działaniach lokalnych, bo tam pojawia się zrozumienie dla dobrobytu wspólnoty, tam pojawia się zaufanie. Jeśli chcemy zmiany w skali makro, to musimy przyglądać się zmianom w skali mikro i wspierać wszelkie działania mające na celu sprawiedliwą alokację zasobów.
Niestety na poziomie samorządów i państw sprawa się komplikuje, są ogromne opory. Obawiam się, że bez jakiegoś gwałtownego zwrotu wkrótce może być za późno, by zatrzymać zmiany klimatu na poziomie, który zapewni godne warunki życia nie tylko kilku bogaczom. Obowiązująca dogma ekonomistów prowadzi nasz tankowiec prosto na górę lodową. Wpływ ideologów i interesantów wzrostu jest tak potężny, że nie ma szans, byśmy zmienili kurs jakąś odgórną decyzją. Chodzi raczej o to, by wszyscy aktorzy zainteresowani przywróceniem ekonomii jej podstawowych funkcji połączyli siły i naciskali na klasę polityczną. Im więcej osób dowie się, że ciągły wzrost sprowadzi na nas katastrofę, tym większe szanse na to, że alternatywne rozwiązania takie jak postwzrost będą brane pod uwagę.
Postwzrost może oznaczać zmniejszenie produkcji – na przykład samochodów, których mogłoby być mniej, jeśli sprawnie działałyby systemy wspólnego użytkowania. Chodzi tu przede wszystkim o funkcję (równy dostęp do środków transportu i mobilność), którą odpowiedni model ekonomiczny powinien zapewnić. Transformacja w kierunku ekonomii postwzrostu wymaga społecznej innowacyjności, czyli takiej organizacji lokalnych społeczności, która zapewni dobrobyt wszystkim jej członkom i członkiniom. Wymaga również wspierania takiego rozwoju technologicznego i naukowego, który pozwoliłby lepiej zarządzać dostępnymi zasobami. Oczywiście kolejnym wymogiem jest odpowiednia polityka monetarna, której celem byłoby zapewnienie równego i bezpiecznego przepływu kapitału. Wreszcie taka transformacja wymaga zmian w prawie, co pozwoliłoby utrwalić model postwzrostu.
Bez zmiany we wszystkich opisanych obszarach – nie może być mowy o świecie postwzrostu. Sama technologia nas nie zbawi i nie chodzi tylko o prawo patentowe. Ekonomia i polityka są nierozerwalnie połączone w zglobalizowanym świecie. Świadomość kresu obecnego modelu nie ogranicza się wyłącznie do elity w krajach bogatej Północy. Alternatywne modele ekonomiczne pojawiają się w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Powodem są wyniszczające skutki nierówności. Pojawienie się oporu wobec ideologii wzrostu w różnych zakątkach świata daje nadzieję na nowe sojusze i możliwości wywierania wpływu na polityków.
Już dzisiaj wiemy, że bieda, głód, zmiany klimatu mają i będą miały katastrofalne skutki. Mam tylko nadzieję, że idee postwzrostu w porę złagodzą je i poprawią życie przyszłych pokoleń. Przecież ekonomia i polityka są właśnie od tego!
Przełożył Robert Reisigová-Kielawski
Dr Anne Snick – doktorat z filozofii edukacji. Prowadzi badania naukowe (KU Leuven), pracuje z rodzinami cierpiącymi ubóstwo (Uniwersytet Centrum Kortenberga) i badania-działania (action research) wprowadzające nowe modele ekonomiczne (Flora Network). Zainteresowania badawcze: systemowa analiza ubóstwa, nierówności (gender) i katastrofy ekologiczne, współtworzenie alternatywnych modeli społeczno-gospodarczych. Stworzyła ramy metodologiczne dla ułatwiania transdyscyplinarnych inicjatyw na rzecz zrównoważonego zarządzania. Od 2012 roku jest członkinią zarządu Klubu Rzymskiego – rozdziału UE.
Przygotowana przez lewicę lista grzechów Unii Europejskiej jest całkiem długa. Czy Bruksela zasłuży na rozgrzeszenie?
Decyzja o wyjściu Wielkiej Brytanii z UE przyczyniła się do wzrostu ciepłych uczuć wobec Unii w jej pozostałych państwach członkowskich.
Nie ma dnia gdy nie okazuje się, że rezygnacja z aktywnego współkształtowania rzeczywistości w Brukseli generuje niemało bólu głowy – od oczekiwanej utraty korzyści ze zniesienia opłat roamingowych aż po obaw przed niedoborami żywności i leków na półkach sklepowych wkrótce po formalnym zerwaniu więzi między Londynem a kontynentem w marcu przyszłego roku.
Wstrząsy wtórne
Entuzjaści projektu europejskiego i wartości, które mają go symbolizować nie mogą jednak spać spokojnie. Czujność obniżyła im się zapewne po wyborczych porażkach Geerta Wildersa oraz Marine Le Pen. Nieszczególnie podniosła się po zawarciu w Austrii koalicji idących na prawo chadeków z od dawna antyimigrancką i eurosceptyczną Wolnościową Partią Austrii.
Powyborczy sojusz Ruchu 5 Gwiazd i Ligi (niegdyś Północnej) przypomniał im jednak, że fala prawicowego populizmu wcale jeszcze nie opadła. Jej konsekwencje – w wypadku wymknięcia się sytuacji ekonomicznej we Włoszech spod kontroli w wypadku niekontrolowanego wzrostu zadłużenia w wyniku jednoczesnego obniżania podatków i zwiększania wydatków publicznych – w skrajnym wypadku mogą wysadzić strefę euro w powietrze.
Strefa ta być może (jeśli ziści się plan Emmanuela Macrona) doczeka się wkrótce swojego własnego budżetu. Póki co, ze względu na daleko posunięty sceptycyzm kanclerz Angeli Merkel, nie będzie on szczególnie wielki, ale coraz wyraźniej widoczna jest chęć przekroczenia przez rządy części państw członkowskich kolejnego, symbolicznego Rubikonu na drodze do „Europy wielu prędkości”, która coraz silniej miałaby integrować się wokół państw ze wspólną walutą.
Czyja waluta, czyj budżet?
Po raz kolejny oznacza to, że do rachunków ekonomicznych, związanych z ewentualnym przyjmowaniem bądź nie euro w Polsce dochodzą aspekty polityczne. Po wyjściu Zjednoczonego Królestwa z UE pozycja przetargowa krajów poza strefą wspólnej waluty gwałtownie osłabnie – tym bardziej, że kraje południowo-wschodniej Europy jasno deklarują chęć jego przyjęcia.
Zostawia to coraz mniej miejsca na dyskusje o tym, czy przyjmowanie w tym momencie euro przez Polskę (na co przy obecnych rządach się nie zanosi) będzie korzystne ekonomicznie i czy europejski pieniądz jest bardziej odporny na wstrząsy i kryzysy gospodarcze niż ostatnim razem.
Projekt nowych wieloletnich ram finansowych Unii na okres 2021-2027 nie do końca może przekonywać osoby, oczekujące lepszej koordynacji wspólnych działań i sprawnego wsparcia dla wyrównywania szans rozwojowych i poziomu życia w poszczególnych regionach Europy.
Nie pomaga w tym wyrwa, jaką pozostawia w nim Brexit, wymuszający cięcia m. in. w poziomie dostępnych w najbliższych latach funduszy strukturalnych. Wzrost udziału unijnego budżetu do unijnego PNB, więcej środków na innowacyjność czy młodzieżowy program Erasmus+ to z kolei druga, lepsza strona tego europejskiego medalu.
Coraz bardziej widać jednak, że dokładanie kolejnych plastrów nie sprawia, że goją się nabrzmiałe przez lata kryzysu rany. Dla niektórych zdają się one potwierdzać tezę o europejskim projekcie jako czymś od swego zarania (neo)liberalnym, stojącym w kontrze do realnego potencjału tworzenia bardziej sprawiedliwych społeczeństw, możliwego ich zdaniem do zrealizowania na poziomie narodowego państwa dobrobytu.
Krytyka z lewa
Z tego typu poglądami możemy zetknąć się na kartach zbioru tekstów „Koniec Europy jaką znamy” pod redakcją Przemysława Wielgosza. Warto do niego zerknąć na nowo po paru latach od ich wydania przed ostatnimi wyborami do Parlamentu Europejskiego. Warto również uważnie przeczytać go pod kątem pesymistycznych prognoz co do przyszłości kontynentu, by porównać je z sytuacją na rok przed kolejnym głosowaniem do PE.
Okazuje się wówczas, że strefa euro – przy wszystkich opisanych wcześniej zastrzeżeniach oraz przy ogromnych kosztach społecznych – przetrwała. Co więcej, wedle danych Eurostatu poziom bezrobocia jest w niej obecnie najniższy od czasu wybuchu globalnego kryzysu w roku 2008. Zauważalny jest również wzrost gospodarczy, dzięki czemu, co może wydać się zaskakujące, sytuacja gospodarcza kontynentu wydawać się dziś może lepsza niż ta polityczna.
Z drugiej strony nie da się ukryć, że podstawowa (zawarta m.in. w tekście Costasa Lapavitsasa) diagnoza bolączek eurozony w kontekście problemów krajów południa Europy pozostaje trafna. Wspólna waluta uniemożliwiała bronienie swej konkurencyjnej pozycji na globalnym rynku za pośrednictwem dewaluacji, zapewniła też dostęp nisko oprocentowanych kredytów, tworzących podwaliny baniek spekulacyjnych w sektorach takich jak budownictwo.
Problem w tym, że w wydanym w ramach Biblioteki Le Monde Diplomatique zbiorze nie znajdziemy zbyt wiele wskazówek co do pozytywnych rozwiązań opisywanych w nim problemów z Unią. Dużo tu za to dowodzenia, że wizja Europy socjalnej jest praktycznie niemożliwa do zrealizowania. Pomija on również konteksty, w których poziom europejski siłą rzeczy wydaje się bardziej adekwatny niż szczebel narodowy (jak chociażby zmiany klimatu).
Momentami zaczyna zresztą dryfować w dość niepokojące kierunki. W tekście Bernarda Cassena „Unia przeciwko Europejczykom” w charakterze dobrego bohatera występują na przykład korzystający ze zdobyczy Rewolucji Francuskiej… myśliwi z rejonu Loary Atlantyckiej, ujarzmieni przez ograniczające okresy odstrzału ptactwa regulacje sieci Natura 2000.
Nowy duch integracji
Po drugiej stronie barykady zdaje się sytuować niemiecka politolożka Ulrike Guerot. W „Europejskiej wojnie domowej” skupia się na konflikcie, który rozrywać ma obecnie nasz kontynent. Konflikt ten jej zdaniem dużo więcej niż z osią lewica-prawica ma mieć wspólnego z podziałem na wielkomiejskich kosmopolitów i tradycyjne obszary wiejskie.
Ze swadą dowodzi ona, że wbrew obiegowym opiniom nie musimy podejmować wysiłków na rzecz budowy europejskiej sfery publicznej – jej zdaniem mamy z nią bowiem do czynienia już dziś, kiedy to konflikty w poszczególnych państwach członkowskich pozostają w dużej mierze podobne, ogniskując się na kwestiach związanych z polityką migracyjną oraz kulturą i światopoglądem.
Przekonuje również, że problemem we wspólnym dialogu o Europie nie są również bariery językowe, podając za przykład Indie – największą demokrację świata, w której obowiązywać ma 29 języków urzędowych.
Odpowiedź na bolączki kontynentu brzmi radykalnie – obywatelska konstytuanta miałaby przyjąć zasadę „jeden wyborca – jeden głos”, państwa narodowe zastąpić by miała Rzeczpospolita Europejska. Podatek od transakcji finansowych sfinansować by miał europejski dochód podstawowy, wprowadzone by również zostało powszechne ubezpieczenie od bezrobocia. Wszystko to w nowym super-państwie, w którym znacząco zwiększyłaby się rola regionów.
Od wściekłości do nadziei
Autorka „Europejskiej wojny domowej” miewa jednak słabsze momenty. Do jednego worka wrzuca prawicowy populizm oraz nowy, lewicowy anty-elitaryzm – tak jakby hiszpańskie Podemos i niemiecka AfD miały takie samo podejście do projektu europejskiego i w równym stopniu przyczyniały się do prucia kontynentu.
Widząc przestrzeń dla nowych rozwiązań instytucjonalnych i finansowych dla strefy euro dopuszcza z kolei powstawanie „Europy wielu prędkości”, z której trudno jednak będzie stworzyć później spójną federację.
Stawiając na ostrzu noża kwestie odejścia od państwa narodowego nie dopuszcza wizji bardziej harmonijnego współistnienia tego i europejskiego szczebla władzy, np. dzięki odejściu od reprezentacji narodowych interesów w Radzie Europejskiej na rzecz drugiej izby, złożonej z przedstawicieli parlamentów narodowych (dzielonych wedle proporcji, jakie poszczególne partie w nich zajmują).
Guerot potrafi zatem jednocześnie inspirować i irytować. Nie sposób odmówić jej umiejętności czytelnej argumentacji – nawet jeśli trudno się z nią czasem zgodzić.
Nie twierdzi, że obecny model integracji jest najlepszym z możliwych, nie wierzy jednak w popularną choćby w części francuskiej radykalnej lewicy (co widać w „Końcu Europy jaką znamy”) tezę o projekcie europejskim jako czymś z natury antyspołecznym, nakierowanym na uwalnianie rynków zamiast na budowanie podstaw kontynentalnej solidarności.
Docenić również warto jej optymizm. Przypomina ona, że w wypadku pojawienia się politycznej woli zmiany potrafią zachodzić bardzo szybko, tak jak w wypadku trwającego 8 lat (1994-2002) procesu wprowadzania euro. Odnotowuje, że brzmiące dziś radykalnie pomysły „Europy regionów” jeszcze w latach 90. XX wieku były elementem politycznej wizji jak bodaj największego symbolu europejskiego głównego nurtu, a więc niemieckiej CDU.
Nawet jeśli ma się inne recepty na przyszłość Europy to ten optymizm, pozostający w silnym kontraście choćby do niedawnego konfliktu między CDU a CSU o politykę migracyjną czy o spór wokół reform sądownictwa na osi Bruksela-Warszawa przyda się w dzisiejszych czasach szczególnie mocno.
Bruksela, 27 czerwca 2018 roku – Europejski Trybunał Sprawiedliwości ogłosił, że 25 lipca podejmie decyzję ws. statusu prawnego GMO uzyskanych za pomocą nowych technik modyfikacji genetycznej. Niezależnie od tego jakie będzie to orzeczenie, to Unia Europejska będzie musiała zadecydować w jaki sposób wcielić ją w życie.
Każdego dnia przemysł biotechnologiczny wymyśla nowe terminy, aby stworzyć gęstą zasłonę dymną, której zadaniem jest ukrycie jego genetycznych manipulacji. Na przykład firmy biotechnologiczne twierdzą, że wprowadzają jedynie pewne „ulepszenia” uzyskane za pomocą tradycyjnej mutagenezy, a tak naprawdę wytwarzają nowe GMO o nieuregulowanym statusie prawnym. Z pewnością wiele technik inżynierii genetycznej wymaga fazy mutagenezy. Jednak oprócz mutagenezy wszystkie one zawierają inne techniki, które bez wątpienia prowadzą do powstania uregulowanych prawnie organizmów modyfikowanych genetycznie. Metody te, to między innymi rozmnażanie komórek wyizolowanych in vitro w laboratoriach, a następnie przekształcanie ich w nowe rośliny i zwierzęta, albo wprowadzanie materiału biologicznego do komórek zwierzęcych lub roślinnych za pomocą transgenezy w celu spowodowania modyfikacji genetycznej…Przepisy obowiązujące w Unii Europejskiej nie przewidują wyjątków dla tego rodzaju technologii i zgodnie z europejskim prawem prowadzą one do wytworzenia organizmów modyfikowanych genetycznie.
Wszystkie te nowe GMO zostały opatentowane, co stanowi dowód na nieprawdziwość twierdzeń przemysłu biotechnologicznego, że zastosowane techniki „działają tak jak natura”. Kopiowanie natury nie jest wynalazkiem podlegającym opatentowaniu. Podobnie jak transgeneza, wszystkie te techniki powodują liczne niezamierzone sztuczne modyfikacje genetyczne, które mogą prowadzić do nieprzewidywalnych szkód dla rolnictwa, zdrowia i środowiska. Z tego powodu niezwykle ważne jest, aby nowe GMO zostały poddane ocenie i, w przypadku dopuszczenia ich na rynek, były oznakowane i monitorowane.
ECVC apeluje do Unii Europejskiej, aby nie dała się zwieść manipulacjami języka technicznego używanego przez przemysł biotechnologiczny i przed dopuszczeniem na rynek roślin, zwierząt i innych organizmów, wymagała dokładnych informacji o wszystkich zastosowanych technikach hodowli, selekcji i rozmnażania. Oparcie się na prostym twierdzeniu, że nie są to organizmy modyfikowane genetycznie, doprowadziłoby do powszechnej dezinformacji rolników, konsumentów i obywateli. Drobni rolnicy mają prawo do rzetelnych informacji i podejmowania na ich podstawie świadomych decyzji w kwestii odrzucenia bądź akceptacji proponowanych im roślin uprawnych i zwierząt hodowlanych. Konsumenci mają prawo wiedzieć, jakie produkty żywnościowe oferują im producenci, a obywatele mają prawo do wiedzy na temat wpływu rolnictwa na ich środowisko. Gdy stawką jest ochrona rolnictwa i produkcji żywności, zdrowia i środowiska, nie można zasłaniać się „tajemnicą handlową”.
Źródło: European Coordination Via Campesina
za: Nyeleni Polska
W dniach 12. do 15. lipca 2018 r. w Janowie Podlaskim odbędzie się czwarty już Zielony Letni Uniwersytet, nad którym patronat objęła redakcja „Zielonych Wiadomości”.
Tytuł tegorocznego ZUL to PRZEKRACZANIE GRANIC, zwrot o wielu znaczeniach i implikacjach, wspomaganych przez fakt, że ZLU będzie odbywać się w pobliżu granicy z Białorusią i Ukrainą, w regionie mieszania się wielu kultur, dialektów, języków i religii.
Będziemy „przekraczać granice” budując koalicję polsko-ukraińsko-białoruską przeciwko planowanej drodze wodnej E40 z Odessy do Gdańska, a także polsko-czesko-niemiecką koalicję przeciwko podobnemu projektowi E30 zagrażającemu Odrze.
Tytuł ten ma również znaczenie w kontekście dzików i wirusa afrykańskiego pomoru świń (ASF), jako że ma powstać 1200 km ogrodzenie wzdłuż wschodniej granicy Polski w celu powstrzymania rozprzestrzeniania się wirusa, zaledwie kilka kilometrów od miejsca ZLU. Ale czy można narzucić granice dzikim zwierzętom? Obecnie rzeka Bug pełni rolę naturalnej granicy, ale przecież zwierzęta nie mają nic wspólnego z politycznym aspektem granic czy narodowości.
Kolejnym kontekstem, do którego odnosi się tytuł, jest kontekst geopolityczny: relacje między Unią Europejską, której częścią jest Polska, a Ukrainą i Rosją. Te relacje, dzięki zewnętrznym naciskom ze strony Władimira Putina i Donalda Trumpa, jak i wewnętrznym ze strony polskich polityków, wydają się prowadzić do drugiej zimnej wojny.
„Przekraczanie granic” odnosi się również do zmian klimatycznych, które są problemem przekraczającym wszelkie granice, podobnie jak problem zanieczyszczonego powietrza. Ponadto odnosi się do globalizacji, która doprowadziła do szybkiej ekspansji wielonarodowych korporacji i ich ponadnarodowej władzy i wpływu, de facto nie uznających żadnych granic.
Granice wpływają również na naszą żywność i sposoby jej wytwarzania oraz na konsekwencje wynikające z tych sposobów produkcji i reguł międzynarodowego handlu dla gospodarstw rodzinnych, środowiska i przyszłych pokoleń.
Jako Zieloni staramy się także przekraczać „granice” narzucone przez dominującą rzeczywistość naszych miast. Wraz z ruchami miejskimi zrzeszonymi w Kongresie Ruchów Miejskich działamy na rzecz przekształcenia miast w przestrzenie zakorzenione w idei Commons – miejsc, które służą swoim mieszkańcom i wspierają wspólnotowe, zorientowane na społeczność mechanizmy podejmowania decyzji, a tym samym tworzenie bardziej otwartych i tolerancyjnych miast, w których między innymi kobiety mają równy głos.
Krótko mówiąc, zielona polityka burzy wiele konwencjonalnych idei i wizji świata i wiele różnych granic. Nasz Zielony Letni Uniwersytet ma na celu pokazanie i wzmocnienie nowych, przekraczających granice wizji.
Program ZLU, oprócz debaty otwierającej na temat przyszłości Europy w kontekście zmieniającej się geopolityki i zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego, ogniskuje się wokół kilku głównych tematów:
– Zmian klimatu i przygotowania do szczytu klimatycznego COP24 w Katowicach;
– Zielonych wizji rolnictwa, żywienia, rozwoju obszarów wiejskich i Wspólnej Polityki Rolnej;
– Zielonych wizji samorządu, ze szczególnym uwzględnieniem samorządów regionalnych i miejskich oraz z przekształceniami miast zgodnymi z ideałami ruchów miejskich;
– Rzeczy Zielony Letni Uniwersytet w ramach współpracy z Koalicją Ratujmy Rzeki
Oprócz kilku warsztatów, okrągłych stołów i debat ekspertów, odbędą się również dyskusje na temat walki z zanieczyszczeniem powietrza, miast równych szans, przeciwdziałaniu korupcji oraz roli sztuki i artystów w aktywizmie obywatelskim i politycznej transformacji Polski i Europy.
W Janowie Podlaskim otwieramy się także na lokalną społeczność i lokalnych działaczy, aby usłyszeć od nich o ich marzeniach i osiągnięciach oraz dostarczyć im informacji o nowym zielonym transgranicznym projekcie.
Kiedy: 12-15 lipca 2018 r.
Gdzie: Pensjonat „Uroczysko Zaborek” w Janowie Podlaski (adres: Kolonia 28, 21-505 Janów Podlaski)
www.zaborek.com.pl
*** SZCZEGÓŁOWY PROGRAM (pobierz załącznik)
Źródło: Fundacja Strefa Zieleni – www.strefazieleni.org
Zielony Letni Uniwersytet «Przekraczanie granic» jest organizowany przez Green European Foundation przy wsparciu Fundacji Strefa Zieleni, z finansowym wsparciem Parlamentu Europejskiego.
Seminarium „Zielona wizja rolnictwa, żywienia i rozwoju obszarów wiejskich” oraz warsztat „W kierunku COP24” organizowane są we współpracy i przy finansowym wsparciu Fundacji Heinricha Boella w Warszawie.
Debata na temat transformacji miast w kierunku Dóbr Wspólnych jest organizowana w ramach międzynarodowego projektu „Tworzenie społeczeństw społeczno-ekologicznych poprzez transformację miejskich Dóbr Wspólnych” przez Zieloną Fundację Europejską przy wsparciu Fundacji Strefa Zieleni, przy finansowym wsparciu Parlamentu Europejskiego.
W dniach 18-22 lipca 2018 roku w Świętnem w Gminie Wilczyn w woj. wielkopolskim odbędzie się pierwszy Obóz dla Klimatu. Hasło przewodnie wydarzenia: ODZYSKUJEMY ENERGIĘ.
Miejsce organizacji obozu klimatycznego w Polsce nie jest przypadkowe – na pograniczu województw wielkopolskiego i kujawsko-pomorskiego, gdzie znajduje się Gmina Wilczyn, z powodu odwadniania złoża przez kopalnie odkrywkowe węgla brunatnego znikają piękne jeziora, Noteć wysycha na długości ponad 30 kilometrów, a rolnicy każdego roku zbierają mniejsze plony.
Podczas obozu uczestnicy będą dzielić się wiedzą, doświadczeniami i umiejętnościami, dowiadywać się o konsekwencjach wydobycia i spalania węgla, dyskutować o przyszłości regionu oraz planować wspólne działania na rzecz sprawiedliwości klimatycznej i społecznej. Pięciodniowy program tworzą warsztaty, wykłady, wycieczki, pokazy filmów i wydarzenia artystyczne. Każdy dzień obozu ma swój temat przewodni. Są to: Lokalność, Praca, Solidarność, Samoorganizacja i Alternatywy.
Obóz dla Klimatu tworzy nieformalna grupa osób, które dążą do odzyskania politycznej sprawczości, w aktywny sposób przeciwstawiając się niesprawiedliwym stosunkom społecznym i wszelkim formom wyzysku.
Ich cele to:
– wzajemna edukacja,
– samoorganizacja w walce z wyzyskiem ludzi i natury,
– nawiązanie kontaktów między rozproszonymi środowiskami.
Więcej informacji:
www.obozdlaklimatu.org
https://www.facebook.com/obozdlaklimatu/
https://www.facebook.com/events/208313893102884/
Badania Elinor Ostrom, która w 2009 r. otrzymała ekonomiczną nagrodę Nobla za pracę na temat dóbr wspólnych, dowiodły, że oddolne wspólnotowe zarządzanie pastwiskiem, łowiskiem czy lasem może dawać lepsze efekty niż prywatyzacja tych zasobów bądź państwowa kontrola nad nimi. Co z tego wynika dla globalnych dóbr wspólnych takich jak klimat?
Kiedy w 2009 roku nagroda Nobla trafiła w ręce Elinor Ostrom, docenionej za pracę o dobrach wspólnych, polskie media nie poświęciły zbyt wiele uwagi ani samemu wydarzeniu, ani tematowi badań Olstrom. Podobny los spotkał zresztą w kolejnych latach innych laureatów, którzy otrzymali nagrodę za badania kwestionujące dogmaty neoliberalnej ekonomii, takich jak Angus Deaton, badający wzorce konsumpcji i ich związek z ubóstwem, czy Jean Tirole, autor badań wskazujących na konieczność regulowania rynków, zwłaszcza zdominowanych przez niewielką liczbę silnych graczy. Tymczasem wnioski zmarłej w 2012 r. Ostrom stają się coraz bardziej aktualne i ważne z każdą kolejną odsłoną polityczno-gospodarczego kryzysu, w jakim znalazł się świat.
Najważniejsza praca Ostrom nt. dóbr wspólnych to książka zatytułowana Governing the Commons: The Evolution of Institutions for Collective Action, wydana, co ciekawe, już w 1990 r., a więc na długo zanim zainteresowała się nią kapituła ekonomicznego Nobla, którego Ostrom otrzymała – co też nie jest bez znaczenia – w rok po wybuchu kryzysu finansowego, gdy cały świat ekonomii głowił się, czemu nikt nie przewidział kryzysu i gdzie tkwi błąd istniejącego systemu gospodarczego. Dziś, po upływie kolejnych kilku lat, wiemy na ten temat już całkiem sporo, a to co wiemy wskazuje wyraźnie, że koncepcja dóbr wspólnych może być jednym z kluczy do wyjścia z kryzysu (gospodarczego i ekologicznego) i stworzenia nowego, stabilnego systemu. Dlatego dziś bardziej niż kiedykolwiek warto pochylić się nad zagadnieniami, które badała profesor Ostrom.
Mówiąc najprościej, wkład Ostrom w rozwój myśli ekonomicznej polegał na dowiedzeniu, że – wbrew dominującemu wcześniej przeświadczeniu – wspólnotowe zarządzanie zasobami nie musi zawsze kończyć się „jazdą na gapę”, nadmierną eksploatacją i zniszczeniem. Owo przeświadczenie o niemożliwości dobrego zarządzania dobrem wspólnym utrwalił w publicznej świadomości Garrett Hardin w swoim słynnym artykule pt. Tragedia wspólnego pastwiska (Tragedy of the Commons), opublikowanym w piśmie Science w 1968 r. Co ciekawe, Hardinowi, który nie był w ogóle ekonomistą tylko biologiem i obrońcą przyrody, chodziło przede wszystkim o wykazanie, że ludziom nie można pozwolić na nieograniczone rozmnażanie się, ponieważ zasoby środowiska są ograniczone, to zaś sprawia, że konieczna jest jakaś forma kontroli populacji. Hardin w swoim artykule przywoływał szereg przykładów dowodzących jego zdaniem, że jeśli jakiś zasób jest dobrem wspólnym, zawsze będzie nadmiernie eksploatowany i ostatecznie ulegnie zniszczeniu, ale wszystko to były tylko argumenty na poparcie jego tezy o konieczności ograniczenia ludziom swobody rozmnażania się.
Z dzisiejszej perspektywy te rozważania w kilku punktach wydają się kuriozalne, w kilku brzmią zadziwiająco aktualnie, ale najbardziej znamienne jest to, że o ile Hardin nie przekonał nikogo do wdrożenia przymusowej kontroli urodzin, to z jego tekstu zapamiętano bardzo dobrze jedno: że dobra wspólne są nierealną utopią, a jedynym skutecznym sposobem zarządzania zasobami jest podział i prywatyzacja. Był to pogląd zgodny z rodzącą się wówczas nową doktryną ekonomiczną, mówimy bowiem o początkach ery thatcheryzmu i reaganomiki. Nie był chyba jednak do końca zgodny z intencjami samego Hardina, któremu chodziło przede wszystkim o zapobieżenie nadmiernej eksploatacji przyrody, tyle że jedyny skuteczny sposób na to widział w ograniczeniu liczby eksploatujących, zdawał sobie bowiem sprawę, że nie da się rozparcelować i sprywatyzować oceanów i atmosfery, a obowiązująca koncepcja własności prywatnej wręcz zachęca do ich zanieczyszczania i niszczenia.
Jak to jednak często bywa, z jego rozważań wzięto i zapamiętano to, co było najbardziej przydatne z punktu widzenia aktualnej ideologii gospodarczej, czyli w tym przypadku przekonanie, że „dobra wspólne to jakaś tragedia” (chociaż Hardin w swoim artykule przedstawił również między innymi zarys zasady „zanieczyszczający płaci”, który to pomysł, w przeciwieństwie do zakazu prokreacji, okazał się wykonalny i kilka lat później stał się jednym z filarów wspólnotowych przepisów dotyczących ochrony środowiska w Unii Europejskiej).
Jednak co by nie sądzić o pomysłach Hardina, jego artykuł zawierał autorskie przemyślenia niepoparte żadną rygorystyczną analizą danych. Ostrom często zżymała się na to w swoich wystąpieniach, zarzucając Hardinowi, że zajmował się „wyobrażonym” pastwiskiem zamiast przyjrzeć się pastwiskom realnie istniejącym. Ona sama zabrała się do pracy właśnie w ten sposób – zanim sformułowała hipotezę, zbadała dokładnie, jak funkcjonują dobra wspólne w realnym świecie. Przebadała bardzo wiele przypadków z różnych stron świata, dokładnie analizując liczby i statystyki. Doprowadziło ją to do wniosku, że kolektywne, oddolne zarządzanie dobrem wspólnym, np. pastwiskiem, łowiskiem, systemem nawadniającym itp., oparte na samoorganizacji i samorządzie, może w wielu sytuacjach być lepsze i skuteczniejsze niż państwowa kontrola administracyjna bądź prywatyzacja, a więc dwa rozwiązania, które, jak do tej pory sądzono, wyczerpują wachlarz sensownych możliwości w tym zakresie.
Skuteczne zarządzanie dobrami wspólnymi wymaga jednak spełnienia kilku warunków. Dobro wspólne musi mieć jasno wytyczone granice, reguły rządzące korzystaniem z niego muszą odpowiadać lokalnym uwarunkowaniom, wszystkie osoby korzystające z danego dobra muszą mieć zagwarantowany udział w procesie podejmowania dotyczących go decyzji, muszą istnieć skuteczne mechanizmy kontroli sprawowanej przez osoby korzystające z danego dobra, musi istnieć system stopniowych sankcji za naruszanie reguł, a także tani i łatwo dostępny mechanizm rozwiązywania konfliktów, i wreszcie prawo wspólnoty korzystającej z danego dobra do samodzielnego decydowania musi być respektowane przez władzę. W przypadku wspólnych zasobów o skali większej niż symboliczne „pastwisko”, rozwiązaniem, które działa, jest zarządzanie nimi przez sieć mniejszych wspólnot odpowiedzialnych każda za swoją część danego zasobu.
Można zastanawiać się, dlaczego Bank Szwecji w momencie, gdy chwiał się cały światowy system finansowy, postanowił nagrodzić pracę, dla której punktem wyjścia była obserwacja pasterskich praktyk Masajów i płynące z niej wnioski dla pasterzy w innych częściach świata. W 2009 r. ekonomiści dopiero analizowali przyczyny kryzysu finansowego i poszukiwali dróg wyjścia z niego, trudno więc było nagrodzić kogokolwiek za badania w tej dziedzinie, ale raczej nie był to jedyny powód. Ostrom wraz ze swoimi współpracownikami rozpoczęła prace nad stworzeniem szerszych teoretycznych ram dla optymalnego zarządzania tzw. systemami społeczno-ekologicznymi. Wyszła poza obowiązującą przez kilka dekad logikę myślenia o korzystaniu z zasobów przyrody, zgodnie z którą istniały tylko dwa sposoby zarządzania nimi: kontrola państwowa i prywatyzacja (preferowana w neoliberalnej gospodarce), oraz pokazała, że oddolne zarządzanie wspólnotowe oparte na samoorganizacji czasem okazuje się lepszym rozwiązaniem. Jeśli weźmiemy pod uwagę głęboki kryzys, w jakim znalazły się dziś globalne dobra wspólne, takie jak oceany, lasy tropikalne, atmosfera czy klimat, zrozumiemy, jak ważny i potrzebny jest wytyczony przez Ostrom kierunek poszukiwań.
Dotychczasowy sposób zarządzania tymi dobrami okazał się porażką – po dwóch dekadach zabiegów o ochronę klimatu prowadzonych na szczeblu światowych przywódców politycznych znaleźliśmy się na skraju katastrofy ekologicznej, z coraz mniejszymi szansami na zahamowanie ocieplenia klimatu, wymierania oceanów i kurczenia się globalnego areału ziemi uprawnej. Dziś widać wyraźnie, że bez radykalnej zmiany logiki nie ruszymy z miejsca. „Rehabilitując” pojęcie dóbr wspólnych Ostrom pokazała, na czym mogłaby polegać ta nowa logika. Jej badania wykazały, że ludzkie wspólnoty potrafią korzystać z zasobów przyrody nie niszcząc ich, o ile mają rzeczywistą możliwość decydowania o nich w demokratyczny sposób i znają zakres swojej odpowiedzialności za nie.
Podobne myślenie prezentuje Naomi Klein w swojej najnowszej, wydanej też po polsku książce To zmienia wszystko. Kapitalizm kontra klimat. Klein stwierdza tam wyraźnie, że na polityków nie ma co liczyć, bo przez ostatnie dwadzieścia lat dowiedli, iż mają inne priorytety. Ekosystem Ziemi może jej zdaniem uratować jedynie oddolny ruch społeczny złożony z lokalnych wspólnot broniących każda swojego kawałka Ziemi. Skoro światowi przywódcy nie są w stanie wynegocjować porozumienia, które naprawdę zahamowałoby wzrost emisji dwutlenku węgla, trzeba wziąć się za to oddolnie i lokalnie, organizując opór wobec budowy nowych kopalń odkrywkowych, elektrowni węglowych, rurociągów, odwiertów gazu łupkowego i wszelkich tego typu przedsięwzięć, które co prawda przybliżają nas do skraju przepaści, ale w krótkim okresie przynoszą biznesowy i polityczny zysk, więc dostają od polityków zielone światło.
Oczywiście wspólne pastwisko to zupełnie inna skala niż wspólna planeta, jednak największa trudność w zastosowaniu wniosków Ostrom do globalnych dóbr wspólnych nie polega na tym, że wspólnota, do której one należą, liczy nie kilkaset osób, a kilka miliardów, i są to ludzie z różnych kultur, mówiący różnymi językami i mieszkający w różnych państwach. W modelu opracowanym przez Ostrom jest na to rozwiązanie: polega ono na stworzeniu sieci współpracujących ze sobą mniejszych wspólnot i choć nie jest ono łatwe do wdrożenia, to nie jest też nierealne. Największym problemem jest jednak odzyskanie przez te wspólnoty rzeczywistej władzy decydowania o swoim „pastwisku”, realnej możliwości zablokowania szkodliwych inwestycji, zakwestionowania błędnej polityki rozwojowej, przełamania wspólnego frontu polityków i biznesu. Nie da się tego zrobić bez politycznej walki, ale warto mieć świadomość, że każdy protest antyodkrywkowy, każdy sprzeciw przeciwko wycinaniu drzew, każda antyłupkowa blokada to nie tylko sprawa danej społeczności, ale element szerszego frontu w walce o dużo większą stawkę.
Artykuł ukazał się w Zielonych Wiadomościach nr. 26.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.
Ponad 600 osób podpisało się pod apelem mieszkańców Rzyk o zatrzymanie budowy gigantycznego ośrodka narciarskiego w Beskidzie Małym. To reakcja lokalnej społeczności na propozycję zmiany miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Inwestorem jest Czarny Groń – firma, która co roku dopuszcza się łamania prawa w ośrodku narciarskim w Rzykach Praciakach. Zagrożona jest także Pustelnia Archidiecezji Krakowskiej. W obronie przyrody protestują przyrodnicy i lokalna społeczność.
Czytaj więcej: Pracownia na rzecz Wszystkich Istot: Wielkie inwestycje w Beskidzie Małym. Przeciwni mieszkańcy i przyrodnicy
Wzrost znaczenia tak zwanej ekonomii (współ)dzielenia sprawił, że coraz częstszym widokiem w wielu europejskich miastach są dziś rowerzyści, wiozący na swych plecach jedzenie do klientów.
Mniej widoczne, ale również poddawane procesowi uelastyczniania stają się sektory opieki, sprzątania czy wyrafinowanych usług. Choć istnieją różnorodne definicje gig economy ich punktem wspólnym jest uznanie roli oprogramowania, łączącego ze sobą chmurę pracowników z konsumentami, a także dopasowujących i śledzących świadczenie usług algorytmów. Czwórka panelistów dyskutuje o wyzwaniach i możliwościach, związanych z nowymi sposobami organizacji pracy, a także o tym, w jaki sposób mogą na nie odpowiedzieć rządy.
Green European Journal: Ekonomia (współ)dzielenia obiecuje przedsiębiorcom oszczędności na świadczeniach socjalnych dla pracowników, przestrzeni biurowej, szkoleniach czy na proszeniu o porady ekspertów tylko w konkretnych sprawach. W wypadku osób pracujących w wolnych zawodach może to oznaczać większą równowagę między czasem wolnym a pracą. Czy jednak rzeczywistość odzwierciedla te deklaracje?
Lorenzo Zamponi: Znacznie bardziej widoczne są negatywne strony ekonomii (współ)dzielenia. W dużym stopniu jest ona – przynajmniej w Europie – jedynie skrajną formą znanego od dawna fenomenu uelastyczniania i prekaryzacji pracy. Zatrudniające pracowników platformy korzystają z wysokiego stopnia ich elastyczności, w efekcie uzyskując dostępną na żądanie siłę roboczą.
Metka gig economy służy zakryciu faktu, że mamy do czynienia z bardzo tradycyjną relacją zależności, w której unika się zobowiązań dotyczących zapewnienia pełni praw socjalnych, dostępnych w wypadku tradycyjnych umów o pracę. Nie oznacza to, że sektor ten nie ma perspektyw na rozwój, chociażby przy dostawach żywności.
Ekonomia (współ)dzielenia może przyczynić się do tworzenia nowych miejsc pracy – musi być jednak znacznie lepiej regulowana.
Karolien Lenaerts: Jedną z powtarzających się w badaniach kwestii jest konieczność znalezienia równowagi między wspieraniem innowacji, poszukiwań nowych modeli biznesowych oraz tworzeniem nowych okazji na rynku pracy z jednej, a zapewnieniem odpowiedniej ochrony pracownikom sektora ekonomii (współ)dzielenia z drugiej strony.
Jeśli chodzi o nowe możliwości to istnieje przekonanie, że platformy mogą przyczynić się do tworzenia nowych miejsc pracy i że dzięki nim dostęp do zatrudnienia uzyskać mogą osoby mające trudności na rynku, takie jak imigranci, osoby z niepełnosprawnościami czy samotni rodzice. Póki co jednak niewiele jest empirycznych dowodów, które mogą potwierdzić tę tezę.
Nie wiemy też, co dziać się będzie z tymi, którym udało się znaleźć pracę w sektorze. Czy uda się im znaleźć stabilne zatrudnienie? Czy mogą później znaleźć jakąś inną pracę? A może ekonomia (współ)dzielenia staje się dla nich pułapką, w którą wpadają nie mając alternatywy? Warto w tym wątku wspomnieć, że gig economy ma bardzo zróżnicowany charakter, a jej złożoność w Europie wraz z upływem czasu będzie tylko rosnąć.
Bartłomiej Kozek: Ekonomia (współ)dzielenia zaczęła być tematem publicznych dyskusji w Polsce w zeszłym roku, kiedy na ulice miast ruszyli protestujący przeciwko Uberowi taksówkarze.
W dyskursie pojawiły się dwie główne opinie na ten temat. Pierwsza dowodziła, że powinniśmy zachować dotychczasowy charakter rynku pracy i albo zakazać Ubera, albo zmusić go i korzystających z aplikacji kierowców do przestrzegania tych samych regulacji, które obowiązują firmy taksówkarskie i pracujących w nich kierowców. Po drugiej stronie znaleźli się technooptymiści o często libertariańskich zapędach, spoglądający na Ubera jako na nieunikniony trend, który nie tylko należy akceptować, ale wręcz wspierać.
Premier Mateusz Morawiecki uważa „ekonomię (współ)dzielenia” za wielką okazję biznesową. Brakuje za to dyskusji o przyszłości pracy – o tym, jak możemy ją kształtować i regulować, a także na jakich szczeblach powinna odbywać się ta regulacja. Mamy do czynienia z bardzo zróżnicowanymi podejściami do tego tematu, czego przykładem może być różne w zależności od miasta podejście samorządu do Ubera.
Lisbeth Bech Poulsen: Debata w Danii w dużej mierze przypomina opisany przez Bartka wzorzec. Biorący w niej udział technooptymiści przekonują, że nie powinniśmy ograniczać ekscytujących okazji biznesowych. Inni pozostają głęboko krytyczni wobec ekonomii (współ)dzielenia, argumentując swoje stanowisko kwestiami związanymi z opodatkowaniem, warunkami pracy czy nierównościami.
Obecny duński rząd stworzył tak zwaną „radę do spraw zakłóceń” (disruption council), mającą za zadanie promowanie tego typu innowacji i przedsiębiorstw. Rada ta prezentuje bardzo ograniczone podejście do tematu, patrząc się głównie na interes firm oraz sposoby przyspieszenia wzrostu gospodarczego. Próżno w ich działaniach szukać kwestii społecznych czy etycznych.
Warunki pracy w Danii tradycyjnie negocjowane były między pracodawcami a pracownikami – model ten przez wiele lat działał bez większych zarzutów. Ekonomia (współ)dzielenia z pewnością stanowi dla niego wyzwanie. W naszym kraju nie mamy regulowanej prawnie płacy minimalnej – w związku z tym, że platformy często odmawiają udziału w negocjacjach, na których opiera się model duński, ich pracownicy często kończą z bardzo niskimi płacami.
Kilka lat temu Uber nie był gotowy do wspomnianych negocjacji, a jego przedstawiciele wykazywali się dość sporą arogancją.
Twierdzili, że chcą działać w Danii, ale nie mają ochoty negocjować warunków swojego działania. Koniec końców duński sąd uznał ich działania za nielegalne, uznając je za „pirackie taksówki”. Firma myśli teraz o powrocie do gry twierdząc, że chce negocjować warunki pracy – w tym płace. Akceptowalne dla wszystkich rozwiązanie wydaje się jednak trudne do osiągnięcia.
Wspomnieliście już, że wiele pracowników sektora gig economy musi radzić sobie w nieuregulowanym środowisku, często zarabiając nieznacznie więcej niż wynosi płaca minimalna. Co można dla tych pracowników zrobić?
Lisbeth Bech Poulsen: W Danii działają platformy, świadczące usługi sprzątające w domach klientów. Konsekwentnie stoją one na stanowisku, że wykonujący je ludzie nie są ich pracownikami, lecz wolnymi strzelcami. Przekonują, że oddają im jedynie do dyspozycji platformę, na której przedsiębiorcy mogą zdobywać potencjalnych klientów.
Powodem tego stanowiska jest niechęć do ponoszenia odpowiedzialności, które mają pracodawcy. Tego typu stanowisko stanowi jednak istotny problem dla władz każdego szczebla. Jeśli platformy rezygnują ze swojej odpowiedzialności, wówczas do publicznej kasy nie trafiają pieniądze potrzebne na finansowanie urlopów rodzicielskich, emerytur czy ochrony zdrowia.
Musimy zatem stworzyć jasną definicję zatrudnienia. Jeśli jakaś firma zarządza kimś i ustala przynależną stawkę za pracę, wówczas osoba ta z zasady powinna być uznawana za pracownika. Trudno jednak będzie ruszyć naprzód, jeśli definicja ta nie będzie zapisana w prawie.
Bartłomiej Kozek: Chciałbym w tym miejscu uczynić krok w tył. Regulacje wprowadzane są w pewnych konkretnych, zróżnicowanych w zależności od kraju kontekstach społecznych. Istnieje ryzyko, że jeśli nie zostaną one zaakceptowane pozostaną na papierze. W wypadku Polski za terminem „przedsiębiorczość” od czasu upadku komunizmu ciągnie się określona ideologia.
Przedsiębiorców uważa się za koło zamachowe gospodarki – ilość osób prowadzących własną działalność gospodarczą czyni nas jednego z europejskich liderów. Dużo rzadziej słyszy się o tym, że niemal co piąta osoba z tej kategorii deklaruje, że znajduje się w niej nie z własnej woli, np. z powodu niemożności znalezienia innej możliwości pracy.
Promowanie i ochrona praw pracowniczych w kontekście, w którym przedsiębiorczość jest „musem”, a nie możliwością, pozostaje trudnym zadaniem.
Związki zawodowe tracą w ostatnich latach znaczenie nie tylko w Polsce, ale również w innych krajach regionu, takich jak Czechy, Słowacja czy Węgry. Tradycyjne organizacje pracownicze uznawane są za skostniałe i szkodzące stojącym przed krajem szansom biznesowym.
Jeśli jednak chcemy spojrzeć na to, co i jak powinniśmy regulować, to powinniśmy spojrzeć na dwie kwestie. Po pierwsze – jak regulować rynki pracy. W wypadku Polski kluczową kwestią staje się realizacja wyroku Trybunału Konstytucyjnego, dającego prawo do samoorganizacji nie tylko osobom zatrudnionym na umowy o pracę, ale też samozatrudnionym czy pozostającym na tzw. „umowach śmieciowych”.
Po drugie – bardzo istotną kwestią, związaną z wpływem postępów technologicznych na rynki pracy jest to, czy istnieją opcję zatrudniania pracowników na lepszych warunkach. Przykładem może być tu brytyjska New Economics Foundation, pracująca nad stworzeniem nowego serwisu, mającego gwarantować lepsze warunki pracy.
Nie powinniśmy również zapomnieć o tym, że wiele platform buduje swoje modele biznesowe na wykorzystywaniu spersonalizowanych danych – potrzebne są zatem zapisy prawne, zapewniające nam kontrolę nad naszymi danymi.
Karolien Lenaerts: Też chcę zwrócić uwagę na parę kwestii. Przede wszystkim w ekonomii (współ)dzielenia mamy do czynienia z bardzo zróżnicowanymi warunkami. Znajdziemy tu pracowników, którzy za zrealizowanie jakichś drobnych zadań otrzymują kilka centów, ale także dostawców Deliveroo czy kierowców Ubera, których zarobki mogą zbliżać się do płacy minimalnej – albo być znacznie niższe.
Na drugim krańcu spektrum mamy do czynienia z prawdziwymi przedsiębiorcami, którzy wykorzystują platformy do poszukiwania nowych okazji biznesowych i którzy – tak jak w wypadku konwencjonalnego biznesu – potrafią zapewnić bardzo wysokie zarobki. Różne osoby kierują się różnymi motywacjami, co czyni dyskusje o płacach i zatrudnieniu jeszcze bardziej skomplikowanymi.
Poruszony przez Bartka wątek ochrony danych przypomniał mi o kwestiach związanych z przejrzystością. W związku z tym, że wszystkie zadania i transakcje odbywają się w przestrzeni cyfrowej ekonomia (współ)dzielenia daje realną szansę na wydostania części aktywności gospodarczej z szarej strefy. Oczywiście nie oznacza to, że cyfryzacja nie wiąże się z problemami związanymi z ochroną danych.
Lorenzo Zamponi: Nie powinniśmy zapominać o tym, że brak regulacji stanowi kluczową kwestię w realizowanych przez sektor gig economy modelach biznesowych. Zyski tych firm zależą od tego, że nie mają one formalnie pracowników, lecz zależą od puli udawanych wolnych strzelców, dostępnych na żądanie w wypadku pojawienia się zapotrzebowania.
W większości wypadków w platformach tych nie ma niczego specjalnie innowacyjnego. Skupiają się głównie na wykorzystywaniu luk w prawie i omijaniu swej odpowiedzialności wobec pracowników.
Można do tego podejść na szereg sposobów. Można zmusić firmy do przestrzegania istniejących przepisów albo tworzyć zachęty dla pracowników do zrzeszania się w spółdzielczych wersjach platform. Nazywam takie osoby pracownikami, ciężko bowiem uznać noszących odzież służbową i przestrzegających rygorystycznych ram czasowych za wolnych strzelców.
Musimy również spojrzeć na funkcjonowanie tego rynku – uważam jednak, że trudno stawiać kategoryczne tezy na tym etapie jego rozwoju. W wypadku chociażby dostarczania żywności wciąż znajduje się on w okresie przejściowym. Wiele platform działa w sektorach, w których „zwycięzca bierze wszystko” – inwestują zatem w osiągnięcie pozycji, która zapewni im sukces. Już wkrótce mogą one przypominać rynek mediów społecznościowych, w którym monopolista czerpie z niego zyski dzięki możliwości zniszczenia konkurencji. Powinniśmy zatem uważnie je obserwować.
Karolien, przeprowadziłaś analizę politycznych odpowiedzi na wyzwania gig economy, jakie zdecydowano się wcielić w życie w różnych krajach. Jakie są najważniejsze wnioski z tego badania?
Karolien Lenaerts: Zauważyliśmy, że głównym elementem dyskusji wśród decydentów były kwestie związane z ograniczaniem negatywnych skutków zmian. Konkurencyjność, kwestie podatkowe, wspieranie innowacyjności oraz przedsiębiorczości okazały się dla nich najważniejszymi priorytetami. Znacznie mniej było debat na temat ochrony praw pracowniczych, dostępu do usług publicznych, reprezentacji oraz organizacji pracowniczej.
Władze lokalne i regionalne są najczęściej w awangardzie prób znajdywania rozwiązań, podczas gdy szczebel krajowy często okazuje się słabiej na to przygotowany – szczególnie na początku procesu. Wiele rządów poszukiwało wskazówek ze strony szczebla UE. Jako temat ten nie jest szczególnie mocno opracowany trudno jest tu o dobre rozwiązania.
Wraz ze wzrostem ilości osób, mających do czynienia z tymi platformami – zarówno jako pracownicy, jak i konsumenci – regulatorzy zaczęli zdawać sobie sprawę z konieczności odejścia od skupiania się wyłącznie na kwestiach konkurencyjności i opodatkowania. W większości krajów przyczyniło się to do poświęcenia uwagi kwestiom związanym z zatrudnieniem. W związku z kształtem prawa pracy dochodzi do binarnego podziału, w którym możesz być albo pracownikiem (i tym samym cieszyć się pełnią gwarantowanych ci praw), albo samozatrudnionym (i być zostawionym samemu sobie).
Często pojawiał się również wątek stworzenia „trzeciej opcji” dla pracowników z sektora ekonomii (współ)dzielenia.
Większość regulatorów póki co nie skłania się do jej stworzenia, jako że prawo pracy w większości krajów jest już dostatecznie skomplikowane. Możemy stwierdzić, że rządy zdecydowały się na zróżnicowane podejścia, ale udzielane przez nie odpowiedzi przychodziły dość późno. Starają się przewidywać, z jakimi doświadczeniami będziemy mieć do czynienia i w jaki sposób odpowie na nie opinia publiczna.
Najciekawsze jak do tej pory rozwiązania regulacyjne znajdziemy dziś we Francji. Zmieniono tam prawo pracy, poszerzając prawo do zrzeszania się, co umożliwia pracownikom gig economy dołączanie do związków zawodowych lub zakładanie własnych.
Lisbeth, co – jako duńska polityczka – robiłaś w kwestii regulacji tego sektora?
Lisbeth Bech Poulsen: Zeszłej jesieni duński rząd przygotował pakiet rozwiązań, które zaprezentował pod hasłem „promowania ekonomii (współ)dzielenia”. Wrzuca on do tego worka wszystkie zjawiska z sektora gig economy – tylko dlatego, że w ten sposób brzmią one lepiej.
W tym samym pudełku kończy Uber, Airbnb, wykonujący mikrozadania czy inne aktywności. Dzięki temu rząd twierdzi, że stanowią one elementy pozytywnych zmian na rynku pracy. Regulatorzy próbują ułatwić konsumentom dostęp do usług, a przedsiębiorcom – funkcjonowanie. Kwestie warunków pracy pojawiają się tu na marginesie.
Nasze walki musimy dostosować do zróżnicowania samych platform. Inaczej reguluje się Airbnb, inaczej zaś Ubera czy sektor opieki. Każda z tych branż zasługuje na osobne traktowanie. Na pewno stwierdzić za to możemy, że warunki pracy w całym tym sektorze pozostają uregulowane na niedostatecznym poziomie.
Kwestia regulacji nie jest jednak w Danii prostą sprawą, jako że zawsze dominowały tu układy zbiorowe między pracownikami a pracodawcami. Ani jedni, ani drudzy nie przepadają za sytuacją, w której rząd wchodzi im w paradę ze swoimi pomysłami.
Większość Dunek i Duńczyków naprawdę docenia ten model – potrzebujemy zatem większej roli aktorów społecznych takich jak związki zawodowe w tym procesie. Bywają oni jednak zaskoczeni tym, co dzieje się na naszych rynkach pracy, przez co nie za bardzo wiedzą, w jaki sposób mają na te zmiany reagować.
Bartku, jak wyglądają środkowoeuropejskie doświadczenia z zakresu regulacji sektora?
Bartłomiej Kozek: Zgadzam się z tym, że różne firmy i sektory potrzebują różnego typu regulacji, ale może to również oznaczać, że dyskusja na temat gig economy stanie się z czasem pełna niuansów i technikaliów.
Raz jeszcze warto tu uczynić krok w tył i przedyskutować to, w jaki sposób przygotować nasze rynki pracy na wyzwania przyszłości. Najważniejszym elementem tego procesu jest skupienie się na systemach edukacyjnych i na tworzeniu realnych możliwości mierzenia się przez młodych ludzi z czekającymi na nas wyzwaniami. Edukacja na rzecz przyszłości jest niemal tak ważna jak regulacje.
Inną istotną kwestią jest wyrównanie szans między tradycyjnymi a nowymi graczami na rynku pracy.
W wypadku Polski wielu młodych przez długi czas nie miało innej możliwości, jak tylko pracować na umowach śmieciowych bez prawa do zabezpieczeń społecznych. Tego typu sytuacje są niedopuszczalne – żaden gracz rynkowy nie może w ten sposób budować swojej pozycji.
W wypadku Ubera w Polsce wielu korzystających z aplikacji kierowców to Ukraińcy – dzięki ekonomii (współ)dzielenia mają oni szansę na nowe źródło zarobku. Choć daje on im szansę na dostatnie życie, to szczególną uwagę powinniśmy poświęcić zagwarantowania im równego dostępu do sieci zabezpieczeń społecznych.
Lorenzo, jakie możliwości mają pracownicy sektora gig economy, jeśli chodzi o możliwość samoorganizacji i wstępowania do związków zawodowych?
Lorenzo Zamponi: Wraz ze wzrostem znaczenia gig economy coraz trudniej jest budować społeczną tożsamość wokół sposobu zarabiania na życie – nie mówiąc już o politycznym dowartościowaniu takiej tożsamości. Coraz trudniejsze staje się uzwiązkowienie czy szerzej rozumiana samoorganizacja pracowników.
Wśród pracowników sektora zauważalne jest ogromne zróżnicowanie. W samej branży dostaw żywności znajdziemy zarówno dorabiających studentów, jak i pracujących po 12 godzin dziennie po to, by związać koniec z końcem. Szanse na związanie się z pracą i stworzenie oddolnej inicjatywy na rzecz walki o poprawę warunków zatrudnienia są z pewnością większe w wypadku tych starszych pracowników.
Kolejną kluczową dla organizacji politycznej kwestią jest fakt, iż w naszych głowach współistnieją tożsamości nas samych jako pracowników i jako konsumentów.
W tej drugiej roli chcemy płacić najmniej, jak to tylko możliwe, ale musimy zdawać sobie sprawę z tego, że wiąże się to z niższymi płacami. Sprzeczność ta bywa niekiedy ciężka do przezwyciężenia.
W wypadku sektora ekonomii (współ)dzielenia dochodzi jeszcze jedna kwestia – dostawcy jedzenia zarabiają dzięki skojarzeniu ich z usługi z wizerunkiem nowoczesności, świeżości oraz przyjazności dla środowiska. Wizerunek ten czyni jednak firmy z sektora podatnymi na głosy ze strony opinii publicznej.
Próby zbiorowego domagania się przez pracowników swoich praw odniosły sukcesy na poziomie dyskursu, dzięki czemu udało się do pewnego stopnia ograniczyć dominację technooptymistycznej wizji branży, która widoczna była przez ostatnie lata. Przykładem tej zmiany są Włochy, gdzie byliśmy świadkami stawania przez ludzi po stronie pracowników, a nie firm. Po strajkach i demonstracjach płacą oni z reguły dwukrotnie wyższe napiwki dostawcom żywności.
Artykuł „The Gig Workers on Tap” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek
Zdj. Franklin Heijnen na licencji CC BY-SA 2.0
Badanie zaprezentowane 16 maja w Parlamencie Europejskim pokazuje, że glifosat, substancja chemiczna zawarta w najpowszechniej stosowanym środku chwastobójczym – Roundupie, może mieć negatywny wpływ na rozwój seksualny, geny i pożyteczne bakterie jelitowe w dawkach uważanych za bezpieczne.
Badanie zostało przeprowadzone przez włoski Ramazzini Institute we współpracy z kilkoma europejskimi i amerykańskimi uniwersytetami.
„Długotrwała ekspozycja na herbicydy oparte na glifosacie może prowadzić do bioakumulacji tej substancji” – powiedział koordynator badania, Daniele Mandrioli podczas prezentacji w Parlamencie Europejskim
Dodał, że glifosat niszczy mikrobiom (ogół mikroorganizmów) przewodu pokarmowego u szczurów urodzonych przez matki wystawione na działanie glifosatu w dawkach uważanych za bezpieczne, co może mieć poważne szkodliwe konsekwencje, w tym niekorzystnie wpływać na rozwój seksualny i sprzyjać powstawaniu nowotworów.
Naukowcy przebadali potomstwo szczurów, które zgromadziły glifosat w tkankach na poziomie 1,75 mikrograma na kilogram ciała, które został uznany za bezpieczny przez Amerykańską Agencję Ochrony Środowiska (EPA)
Rozpuszczony w wodzie glifosat był podawany szczurom przez 3 miesiące. Pomimo że nowonarodzone zwierzęta nie miały bezpośredniego kontaktu z aktywną substancją, naukowcy zaobserwowali znaczący i potencjalnie szkodliwy wpływ na ich mikrobiom jelitowy.
Badanie zostało opublikowane dzień po trzecim publicznym posiedzeniu specjalnej komisji ds. procedur autoryzacji pestycydów, na którym zwracano uwagę na cechy obecnych procedur, które pozwalają wątpić w niezależność badań naukowych nad glifosatem, na podstawie których wydawane są zezwolenia na jego stosowanie:
- większość badań naukowych jest opłacana przez przedsiębiorstwo ubiegające się o autoryzację
- niektóre z badań nie są publicznie dostępne ze względu na tajemnicę handlową
- przedsiębiorstwo występujące o zezwolenie może wybrać według własnego uznania, które z państw członkowskich będzie sprawozdawcą procesu autoryzacji.
Badanie Ramazzini Institute zostało sfinansowane przez crowdfunding.
źródło i więcej informacji: Euractive
Link do badania: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/29843725
To, co dla jednej osoby jest wolnością dla innej może być brakiem bezpieczeństwa.
Oto obraz sytuacji na rynku pracy, na którym jedne umiejętności cieszą się sporym zainteresowaniem, inne zaś okazują się coraz bardziej zbędne.
Holenderski europoseł z partii GroenLinks, Bas Eickhout, oraz reprezentujący świat biznesu dyrektor zarządzający w firmie rekrutacyjnej Hays Belgium Robby Vanuxem dyskutują o zmieniającym się podejściu do pracy, nowego typu relacjach między pracownikami a pracodawcami, a także o wyzwaniach, stojących przed systemem edukacji i zabezpieczeń społecznych.
Green European Journal: Jakie – w kontekście cyfryzacji, globalizacji, masowego bezrobocia czy zmian demograficznych – widoczne są dziś trendy, kształtujące świat pracy w Europie?
Robby Vanuxem: Przede wszystkim dostrzegamy, że kluczową rolę odgrywa w nim wciąż kapitał ludzki. Kluczowymi hasłami, z którymi stykamy się jako firma headhunterska, są elastyczna praca i elastyczny czas pracy. Zauważamy istotną zmianę dotyczącą punktu widzenia zarówno pracowników, jak i kandydatów na stanowiska.
Obserwujemy trend w stronę innego niż do tej pory trybu pracy, planowania kariery, pobudzania i podtrzymywania motywacji.
Ludzie poszukują nie tylko możliwości elastycznego układania sobie grafików, ale również zakresu obowiązków i typów umów, co daje się zauważyć we wzroście znaczenia freelancingu czy pracy projektowej.
Bas Eickhout: Trend dotyczący elastyczności w istotny sposób wpływa na sektor usług – uważam, że nie jest on już możliwy do odwrócenia. Elastyczność to jednak obosieczny miecz. Większość pracowników chętnie by z niej skorzystała – nie tylko jeśli chodzi o zakres ich obowiązków, ale również w kwestii zapewnienia sobie lepszej równowagi między życiem zawodowym a prywatnym.
Przedsiębiorcy potrafią jednak wykorzystywać ten trend, czego jednym z efektów jest postępujące ograniczenie roli związków zawodowych i negocjacji zbiorowych. Freelancing czy samozatrudnienie mogą zostać z nami na stałe, ale za procesem tym kryje się pewien fałsz, gdy w praktyce wiąże się z zatrudnieniem bez towarzyszących mu zabezpieczeń.
Jakie zmiany zachodzą w przekonaniach dotyczących pracy?
Robby Vanuxem: Dla młodych profesjonalistów – szczególnie zaś kandydatów o wysokich kwalifikacjach – coraz większe znaczenie odgrywa misja oraz wizja organizacji, w której mieliby pracować, a także jej wpływ na społeczeństwo.
Nie mają ochoty zawieszać wyznawanych przez siebie wartości na kołku by wspinać się po kolejnych szczeblach kariery i przedziału zarobków. Poszukują również lepszych możliwości dostępu do szkoleń, równowagi między czasem wolnym i pracą, a także stymulującego środowiska pracy.
Bas Eickhout: Uważam, że jesteśmy świadkami nowego typu powiązań między pracą formalną a opiekuńczą, np. w kwestii odpowiedzialności ojców za opiekę nad dziećmi. Istotna stała się również opieka nad osobami starszymi.
Jeszcze innym wyzwaniem jest zmieniająca się rola nauki przez całe życie.
Coraz częściej oczekuje się od pracowników dalszego poszerzania swej wiedzy, co wiąże się jednak ze sporą odpowiedzialnością ze strony pracodawców. Nie mogą oni ograniczać się do twierdzenia, że za rozwiązanie tego problemu leży wyłącznie w gestii pracowników.
Czy agencje rekrutacyjne, które rozwijały się co najmniej od ostatniej dekady, nie są przypadkiem pieśnią przeszłości? Mamy dziś przecież platformy cyfrowe oraz wybory odpowiednich kandydatów za pomocą algorytmów.
Robby Vanuxem: 15 lat temu mierzyliśmy się z podobnymi pytaniami, gdy na rynek wchodziły serwisy pokroju StepStone czy Monster. Dziś wirtualne tablice ogłoszeniowe zastępowane są przez platformy cyfrowe. Uważam je jednak przede wszystkim za narzędzia, umożliwiające nam wykonywanie dobrej roboty.
Koniec końców przyjęcie kandydata do pracy nie zostanie oddane w ręce robotów. Jeśli między twoim kandydatem a klientem ma powstać chemia to czynnik ludzki jest w tym procesie niezbędny.
Nowe ścieżki kariery mogą wpływać na to, kto wchodzi, a kto wypada z rynku pracy. W jaki sposób zapewnić równe traktowanie starszych pracowników – tak, by nie czuli się niesprawiedliwie traktowani, np. z powodu niedostatecznych umiejętności cyfrowych czy braku elastyczności?
Robby Vanuxem: Idealny kandydat dla firm często musi się pochwalić 5-15 latami doświadczenia, określonymi umiejętnościami, posiadaniem wizji i energii.
Również i my jako firma wspierająca procesy rekrutacyjne mamy do odegrania swoją rolę w pokazywaniu klientom wartości dodanej zatrudniania starszych pracowników. Jeśli jednak mamy sobie z tym wyzwaniem poradzić jako społeczeństwo, wówczas to rząd musi zainwestować w szkolenia oraz inne opcje kształcenia przez całe życie.
Bas Eickhout: Walka z dyskryminacją to niełatwe zadanie, jako że oznacza ona zmaganie się z nierzadko głęboko zakorzenionymi uprzedzeniami. Nie tylko pracodawcy, ale również władze publiczne powinny aktywnie inwestować w rozwijanie umiejętności – szczególnie osób starszych.
Pomóc mogą również działania antydyskryminacyjne w rodzaju anonimizacji CV, wykluczania z nich danych takich jak płeć czy wiek, a także częstsze używanie testów pisemnych.
Robby Vanuxem: Wdrożyliśmy już działania antydyskryminacyjne, z których szkolimy naszych pracowników. Nie powinniśmy jednak zapominać o mediach społecznościowych czy o danych, umieszczanych na profesjonalnych platformach zawodowych. Możemy – o czym mówił Bas – wprowadzić regulacje dotyczące uczciwych procesów rekrutacyjnych dzięki ograniczeniu dostępu do pewnych danych. Pracodawcy znajdą jednak sposób na to, by dogłębnie poznać kandydata jeszcze zanim zdecydują się na jego zatrudnienie.
Big data czy badania rynkowe operują znacznie większą ilością danych niż firmy zajmujące się rekrutacją. Unia Europejska może regulować nasze działania za pomocą RODO – co zresztą robić powinna – ale to nie wystarczy. Przykład Facebooka pokazuje, w jaki sposób duża ilość danych tworzy ryzyko profilowania. Stworzenie niezawodnego systemu regulacji zbierania danych nie jest (przynajmniej na razie) możliwe.
Poza skupianiem się na kwestii bezpieczeństwa danych musimy zwrócić naszą uwagę na kwestie nauki przez całe życie oraz podnoszenia świadomości.
Instytucje publiczne powinny poczynić kroki w celu pokazywania zalet bardziej dojrzałych kandydatów oraz wartości, jaką ich obecność wnosi na rynek pracy.
Nie brak i innych ofiar dyskryminacji na rynku pracy. W jaki sposób poprawić ich sytuację?
Robby Vanuxem: Wraz ze starzejącą się populacją kluczowe staje się skupianie uwagi na tych zawodach, w których brakuje osób z odpowiednimi umiejętnościami. Władze muszą zapewnić lepsze wsparcie migrantom w ich integracji oraz – co jeszcze bardziej kluczowe – w kształceniu w zawodach, na które istnieje popyt.
Jednym z nich będzie sektor opieki. Kluczowymi czynnikami w walce z dyskryminacją są system edukacyjny oraz zdolność rządów do podnoszenia świadomości znaczenia migracji oraz jej pozytywnych aspektów.
Bas Eickhout: Patrząc się na obecne poziomy imigracji do Europy widać, że nie może ona realizować dotychczasowej polityki, którą można streścić hasłem „znajdź pracę i daj nam spokój”. Integracja staje się kluczowa. Cel ten można osiągnąć poprzez zatrudnienie, ale polega on również na nauce języka i na staniu się częścią społeczeństwa.
Musimy wspierać te aspekty integracji – w przeciwnym wypadku grożą nam podziały społeczne oraz pęknięcia w obrębie siły roboczej. Co do walki z dyskryminacją ze względu na płeć uważam, że instytucje publiczne muszą być w tej materii wzorem dla innych. Kwoty minimalnego udziału kobiet stanowią w tym wypadku użyteczne narzędzie.
Przejdźmy na szczebel europejski. Dane wskazują na rosnącą polaryzację miejsc pracy na te wymagające niskich oraz wysokich kwalifikacji. Robby, twoja firma zajmuje się głównie tą drugą grupą. Jakie są twoje prognozy co do rynku pracy przyszłości i jak odpowiedzieć na wspomnianą polaryzację?
Robby Vanuxem: Zawody, które wymagają średniego poziomu kwalifikacji to te, które mierzyć się będą z największą konkurencją ze strony sztucznej inteligencji oraz robotyzacji. Miejsca pracy dla osób o niskich kwalifikacjach zostaną utrzymane, a ilość tych, w których wymaga się wysokich umiejętności wzrośnie. W wypadku sektora usług potrzebę posiadania wysokich kwalifikacji widać w sektorze informatycznym, prawa z zakresu ochrony danych czy badań i rozwoju. To samo tyczy się prac inżynieryjnych i budowlanych – także i one stanowić zatem będą zawody przyszłości.
Potrzebni są nam ludzie do odkrywania, tworzenia i podtrzymywania infrastruktury – działania ze średniego poziomu trudności i złożoności najłatwiej dziś zautomatyzować. W wypadku Belgii mierzymy się z poważnym problemem niedopasowania umiejętności zawodowych do zapotrzebowania rynkowego właściwie w każdym jego segmencie. Poza tym niedopasowaniem w średnim czasie będziemy musieli myśleć o zastępowaniu odchodzących z rynku pracy przedstawicieli pokolenia baby boomu.
Bas Eickhout: Elity polityczne mają tu do odegrania niemałą rolę, póki co jednak ograniczają się do powtarzania samospełniającej się przepowiedni o nieuchronności wspomnianych trendów. Istnieją rozwiązania polityczne, które są w stanie odpowiedzieć na polaryzację miejsc pracy i jej konsekwencje.
Być może brzmi to na proste działanie, ale już odpowiedniej wysokości, realnie egzekwowana płaca minimalna zmniejsza ryzyko skupiania się na konkurowaniu jak najniższymi wynagrodzeniami.
Jako że firmy nie będą mogły próbować zachowywać swej konkurencyjności poprzez strategię niskich płac zmniejszy to również ekspansję miejsc pracy wymagających niewielkich kwalifikacji.
Jak w świecie wolnych zawodów i elastyczności, w którym często pracuje się projektowo czy wręcz zadaniowo za określoną stawkę, możliwe jest utrzymanie znaczenia płacy minimalnej?
Bas Eickhout: Jeśli aktualnym trendom na rynku pracy towarzyszyć ma zapewnienie odpowiednich dochodów, wówczas istotnym wyzwaniem staje się przemyślenie naszych systemów zabezpieczeń społecznych, włącznie ze świadczeniami socjalnymi czy emeryturami. Musimy zapewnić powszechne bezpieczeństwo socjalne, co oznacza przejście z wiązaniem go wyłącznie z pracą (jak to ma miejsce obecnie) do myślenia o nim w kategoriach obywatelstwa.
Inną kwestią, wymagającą zmian w związku z rosnącą elastycznością rynku pracy jest rozwijanie i wdrażanie znacznie bardziej rygorystycznego prawa pracy na szczeblu unijnym. Na poziomie europejskim elastyczność często oznacza tak naprawdę wyzysk pracowników.
Tak w wypadku zabezpieczeń społecznych, jak i prawa pracy państwa członkowskie regulują je coraz mniej chętnie, wykazując zarazem daleko posuniętą innowacyjność w cięciach i zaciskaniu pasa. Sytuacja ta tworzy niebezpieczną mieszankę, skutkując rosnącymi nierównościami dochodowymi, edukacyjnymi oraz w dostępie do różnych stylów życia.
Robby Vanuxem: Sporo mówi się o „pokoleniu Y”, które obecne jest już na rynku pracy(1). Ma ono inne oczekiwania względem pracy w porównaniu do poprzednich pokoleń, potrzebujemy zatem lepiej rozumieć nową elastyczność w relacjach pracownik-pracodawca. Prawo pracy oraz instytucje rynku pracy nie do końca są przygotowane na jego wejście do gry.
Ewolucji powinien również ulec model dialogu społecznego.
Widoczne są ogromne różnice między Holandią a krajami takimi jak Belgia i Francja, w których systemy negocjacji z udziałem związków zawodowych w swej obecnej formie wydają się anachroniczne. Opinia publiczna ma coraz mniej wyrozumiałości chociażby dla strajków. Wywalczone w ciężkich bojach prawa z czasów pokolenia baby boomu oraz jeszcze wcześniejszych są ważne, ale brak dostosowania ich do nowej rzeczywistości generuje zauważalne napięcia w dzisiejszym świecie pracy.
Jak zatem rysuje się przyszłość firm? Czy będziemy mieć do czynienia z ich silną defragmentacją, której przejawami są outsourcing, offshoring czy globalne łańcuchy tworzenia wartości? Czy oznacza to koniec wielkich koncernów, ekonomii skali oraz niskich kosztów transakcyjnych?
Bas Eickhout: Globalizacja ma potencjał do jeszcze większego poszatkowania całego łańcucha produkcyjnego. Globalna konkurencja oznacza jednak outsourcing do tańszych wykonawców i potencjał do równania w dół w kwestiach płacowych. Europa i rządzący nią politycy okazali się naiwni wierząc, że globalizacja jest nieuniknionym, przebiegającym bez zakłóceń trendem. Tymczasem generuje ona zarówno zwycięzców, jak i przegranych.
Nie mówię tego zbyt często, ale Donald Trump nie mówi w tej kwestii zupełnie od rzeczy. Zauważa, że globalna konkurencja nie toczyła się do tej pory w uczciwy sposób i że Stany Zjednoczone powinny być bardziej krytyczne, chronić swój własny przemysł (tak miejsca pracy, jak i wymagane w nich umiejętności) oraz brać pod uwagę racje rodzimych pracowników oraz przedsiębiorców.
Aktualne napięcia po raz kolejny pokazują, że Unia Europejska nie ma własnej wizji rozwoju przemysłowego oraz odpowiedzi na pytanie o to, co chcemy produkować i jakie sektory gospodarki oraz związane z nimi zawody pragniemy rozwijać.
Z perspektywy ekopolitycznej palącą kwestią jest dziś dyskusja o tym, w jaki sposób chronić produkcję przemysłową i tym samym korzystać z globalizacji, a nie jedynie doświadczać jej negatywnych skutków. Potencjał przewodzenia temu procesowi przez Europę – stania się przez nią pionierką w sektorze zielonego przemysłu, gospodarki o obiegu zamkniętym czy relokacji części produkcji – jest ogromny i do tej pory niewykorzystany.
Tak też pozostanie, dopóki mieć będziemy jeden rynek pracy i rynek wewnętrzny, ale za to 28 różnych systemów podatkowych, konkurujących ze sobą za pomocą ulg i zachęt o firmy i inwestorów. Elementem lepszej przyszłości pracy na kontynencie musi być jednolita stawka podatku CIT.
Jaką rolę pełnią w tej wizji przyszłości usługi? Czy także i one ucierpią z powodu globalnej konkurencji, napędzanej dziś przez nowe technologie?
Robby Vanuxem: Co najmniej od ostatniej dekady zauważalny był wśród firm z sektora usług trend uciekania się do korzystania z zagranicznych centrów usługowych i globalizowania działań poprzez ich outsourcing do mniej lub bardziej odległych krajów – Polski, Turcji czy państw azjatyckich.
W ostatnich 5 latach widzimy jednak firmy z Belgii i Holandii, które wracają z nimi do Europy. Widzą one, że ich klienci stali się bardzo wymagający – nie chcą tracić czasu na kontakt z ludźmi, którzy nie rozumieją ich punktu widzenia czy nawet języka.
(1) Określane również mianem „millenialsów”. Najczęściej określa się tym mianem osoby urodzone między rokiem 1980 a początkiem i wczesnymi latami XXI wieku.
Artykuł „The Right Match: Finding Work in a Flexible Future” ukazał się na łamach Zielonego Magazynu Europejskiego. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek
Zdj. fragment okładki nowego numeru Zielonego Magazynu Europejskiego poświęconego przyszłości pracy.
Rozwiązania problemów, z którymi boryka się dzisiaj rolnictwo, muszą wykraczać poza ekologię. Powinny być ukierunkowane na suwerenność żywnościową.
Niedawno opublikowany raport kanadyjskiego radia La Semaine Verte ujawnił, w jaki sposób globalne interesy korporacyjne otwarcie przywłaszczają sobie rolnictwo ekologiczne. Wydaje się, że zaledwie kilka lat temu ekologiczna produkcja rolna była odizolowaną domeną relatywnie niewielu osób (parafrazując raport – „bandy hipisów”). Jednak w świetle tych aktualnych tendencji, zdaje się jasne, że uprzemysłowienie rolnictwa ekologicznego, które obecnie stało się przedmiotem zainteresowania przedsiębiorstw kapitalistycznych, będzie nadal prowadziło system żywnościowy w kierunku katastrofy spowodowanej brakiem zrównoważenia.
To relatywnie niespodziewane zauroczenie produktami ekologicznymi wytworzyło niszowy rynek nastawiony na zaspokajanie pragnień konsumentów, gotowych zapłacić wysokie ceny za żywność, która nie została poddana opryskiwaniu chemikaliami ani innego rodzaju chemizacji. W rzeczywistości ta „nisza” okazała się być źródłem znacznych dochodów, częścią lukratywnego rynku, którego wartość szacuje się na ponad 90 miliardów dolarów. Nic więc dziwnego, że giganci agrobiznesu z entuzjazmem powitali nową modę, stosując przemysłowy model rolnictwa do upraw ekologicznych. Prawdopodobnie nieprzypadkowo w Quebecu nowa polityka rolno-żywnościowa rządu zakłada podwojenie produkcji ekologicznej do 2025 roku.
Przemysłowe produkty ekologiczne: Doskonały przykład zrównoważonego rozwoju?
Z ekologicznego punktu widzenia, stosowanie praktyk rolniczych w coraz większym stopniu ukierunkowanych na zasady produkcji ekologicznej na pewno wydaje się bardziej pożądane, ponieważ w rezultacie zmniejszy się użycie chemicznych środków ochrony roślin i nawozów sztucznych, i jednocześnie zużycie paliw kopalnych. I z pewnością, gdyby zrównoważenie systemu można było zdefiniować jedynie za pomocą jego aspektów środowiskowych, czemu nie mielibyśmy cieszyć się z faktu, że przemysł zabrał się za tego rodzaju uprawy? Naszym, członków Union Paysanne, zdaniem, haczyk polega na tym, że ta tendencja, w bardzo realny sposób, prowadzi do koncentracji agrobiznesu w kolejnym ogniwie łańcucha żywnościowego, zwiększając jeszcze bardziej uzależnienie ludzi od jego kapitalistycznego modelu.
Mówiąc szerzej, należy zauważyć, że rolnictwo przemysłowe jest w dużej mierze oparte na efekcie skali – co oznacza dążenie do wykorzystania jak największych powierzchni produkcyjnych i maksymalizacji produkcji w celu redukcji kosztów i zwiększenia zysków. Skutki tego skoncentrowania na ekonomii skali doskonale widać na przykładzie monokultur: systemy całkowicie pozbawione różnorodności i innych korzyści ekologicznych (które są już oczywiste w świecie rolnictwa ekologicznego). W tej pogoni za zyskiem agrobiznes nie waha się przenieść produkcję gdziekolwiek, gdzie jej koszty są niższe, co zwykle oznacza gdziekolwiek, gdzie można znaleźć tańszą siłę roboczą.
W rezultacie obszary produkcyjne stają się coraz bardziej skoncentrowane geograficznie. Nie tylko prowadzi to do wyzysku robotników rolnych, lecz również sprawia, że konsumenci stają się uzależnieni od importu żywności, a co za tym idzie – od konsekwencji strategii wolnorynkowych, które nakazują przewożenie towarów po całym świecie i bezmyślne spalanie ogromnych ilości paliw kopalnych. W tych warunkach, kupowanie żywności ekologicznej – które było niegdyś nieodłącznie związane z konsumpcją lokalną – może nie mieć nic wspólnego ze wspieraniem lokalnych rynków. A to właśnie te rynki nasza organizacja – Union Paysanne, chciałaby pomnożyć.
Raport La Semaine Verte znakomicie zilustrował również fakt, że ziemie uprawne są gwałtownie przechwytywane przez zmniejszającą się liczbę gospodarstw. Drobni rolnicy, zmuszeni do konkurowania z dysponującymi ogromnymi zasobami biznesami, znikają. Ludzie, którzy byli niegdyś w stanie utrzymać się na przyzwoitym poziomie z rolnictwa na drobną skalę, muszą albo stać się pracownikami najemnymi agrobiznesu, albo wyemigrować do miast – przyczyniając się do dalszej erozji społeczności wiejskich i przeludnienia aglomeracji miejskich. Skalę zjawiska obrazują statystyki: od połowy dwudziestego wieku liczba gospodarstw w Quebecku zmniejszyła się o 80%.
W poszukiwaniu alternatywy
Raport Semaine Verte znakomicie przedstawił problemy związane z industrializacją sektora ekologicznego, natomiast pozostawił niewiele miejsca dla dyskusji o rozwiązaniach. Jednak, pomimo że sytuacja może generalnie sprawić, że staniemy się sarkastyczni i nabierzemy poczucia, że jako jednostki nie mamy możliwości wpływu na jej zmianę, globalne ruchy społeczne takie jak La Via Campesina od lat pokazują, że są alternatywy.
Zasadniczo główny problem z uprzemysłowieniem rolnictwa ekologicznego związany jest z leżącym u jego podstaw poglądem, że w porządku neoliberalnym nadzór nad przepływem produktów rolnych należy do kompetencji globalnej elity gospodarczej, a efektywna dystrybucja zależy od swobodnej wymiany w ramach międzynarodowego handlu (z tego powodu podstawowe znaczenie ma wyeliminowanie jakichkolwiek barier, takich jak taryfy handlowe, które mogłyby utrudnić przepływ towarów na rynki międzynarodowe). Innymi słowy, to założenie jest całkowicie sprzeczne z koncepcją suwerenności żywnościowej, za którą La Via Campesina opowiada się od 1996 roku:
Suwerenność Żywnościowa jest procesem budowania ruchów społecznych i umożliwiania narodom i ludom organizacji ich społeczeństw w sposób, który przekracza neoliberalną wizję świata towarów, rynków i nastawionych na własny zysk podmiotów gospodarczych.
Jest to ruch, który dąży do zbudowania lokalnych systemów żywnościowych, zorganizowanych wokół potrzeb społeczności.
Agroekologia: „lokomotywa” transformacji społecznej
Industrializacja rolnictwa ekologicznego zagraża dobrostanowi zarówno ludzi jak i środowiska. Z tego powodu Union Paysanne opowiada się za suwerennością żywnościową, jako kluczową odpowiedzią na grabieżcze aspekty globalizacji, które dostrzegamy na całym świecie. Co więcej uważamy, że suwerenność żywnościową można osiągnąć wyłącznie poprzez agroekologię chłopską, innymi słowy poprzez ekologiczne praktyki rolnicze wywodzące się z tradycyjnej wiedzy lokalnej, i edukację polityczną, która umożliwi społecznościom skuteczną samoobronę przeciwko agrobiznesowi.
Stąd praktyka agroekologii jest wspierana przez horyzontalną wymianę wiedzy pomiędzy chłopami (lub rolnikami) i wdrażana w oparciu o ocenę realiów konkretnych gospodarstw. W pełni funkcjonujący system agroekologiczny (niezależnie od tego czy jest zajęty pod uprawę, czy też nie) opiera się na różnorodności biologicznej, integracji roślin, drzew i zwierząt w tym samym miejscu – w skrócie, na polikulturze. W dłuższej perspektywie agroekologia zmierza do zmniejszenia zależności ludzi od nakładów zewnętrznych, przyczyniając się do autonomii rodzin i społeczności wytwarzających żywność. Jednocześnie jej celem jest redukcja uzależnienia społeczności od produktów importowanych poprzez rozwijanie lokalnych sieci dystrybucji. Ponadto agroekologia dąży do odtworzenia bądź zbudowania nie istniejących dzisiaj bezpośrednich więzi pomiędzy rolnikami a nie-rolnikami – poprzez kolektywne tworzenie systemów żywnościowych, które są sprawiedliwe i zrównoważone ekologiczne. Agroekologia jest narzędziem, które doprowadzi nas do suwerenności żywnościowej.
Co więcej agroekologia po prostu nie może współistnieć z rolnictwem przemysłowym. Nie można jej postrzegać jako marginalny trend istniejący równolegle do dominującego modelu. W rzeczywistości jest ona jedyną realną czy nawet możliwą do zaakceptowania alternatywą. Jednakże agroekologia nie zaistnieje bez wsparcia szerszego ruchu na rzecz społecznej, politycznej i gospodarczej sprawiedliwości. A więc w pewnym sensie wymaga szerokiego spektrum różnorodnych, wzajemnie powiązanych batalii.
Ale gdzie jest następne pokolenie rolników?
Chcielibyśmy również zwrócić uwagę na jaskrawy problem, zarówno w Quebecu jak i gdzie indziej, dotyczący poważnego niedoboru ludzi chcących zajmować się uprawą roli. Wyzwanie nie polega jedynie na zastąpieniu obecnych konwencjonalnych producentów innymi – znalezieniu ludzi, którzy przejmą tę konwencjonalną uprawę soi lub tamto ogromne pole kukurydzy. Nie, następne pokolenie rolników nie może po prostu powielać dzisiejszego systemu i przekazywać problemów powodowanych przez rolnictwo przemysłowe przyszłym pokoleniom. Ci rolnicy muszą znaleźć miejsce w wyłaniającym się właśnie nowym modelu produkcji – modelu agroekologicznym. Muszą oni wierzyć, że prawdziwie zrównoważone metody agroekologiczne są możliwe. A zatem to ci nowi rolnicy będą się domagać radykalnie odmiennego kontekstu społecznego, stanowiącego zachętę do opracowania strategii zgodnych z dążeniami społeczeństwa do bardziej sprawiedliwego świata.
Często pomijany problem
Kiedy podejmujemy temat „odpowiedzialnej” lub „etycznej” konsumpcji, coraz częściej odnosimy się produktów lokalnych albo pochodzących ze sprawiedliwego handlu. To podejście, które odwołuje się do naszej dobrej wiary, jest problematyczne, ponieważ jest niezwykle ograniczone: tylko ludzie posiadający odpowiednie środki mogą pomóc w rozwiązaniu problemów, którymi się zajmujemy. Jeśli chodzi o żywność ekologiczną, może się wydawać, że każdy może wybrać ten sposób odpowiedzialnej konsumpcji, ale prawda jest taka, że tego rodzaju żywność z powodów ekonomicznych jest dostępna tylko dla pewnej grupy ludzi. W rezultacie w świece, w którym możemy ponoć „głosować naszymi pieniędzmi” lub „głosować naszymi widelcami”, ci, którzy znajdują się w gorszej sytuacji społeczno-ekonomicznej, po prostu nie mają prawa głosu. Zarówno nie mają dostępu do żywności lepszej dla ich zdrowia, jak i nie mogą wybrać nawyków konsumpcyjnych, które przyczyniłyby się do dobrostanu rolników i środowiska. W związku z tym system żywnościowy zależny od rolnictwa przemysłowego i tworzenie nowych nisz rynkowych opartych na nawykach konsumentów dotyczących wydawania pieniędzy, jest zwyczajnie dyskryminacyjny. I podczas gdy uwagi te można odnieść do wszystkich dóbr produkowanych w gospodarce kapitalistycznej, stosowanie tej logiki do czegoś tak podstawowego jak żywność wydaje szczególnie odrażające.
Jeżeli jedynym sposobem na wyjście z tego impasu jest zaczekanie, aż konkurencja pomiędzy międzynarodowymi przedsiębiorstwami doprowadzi do spadku cen żywności, będzie poważne zwycięstwo dla niektórych, lecz także wielka szkoda dla drobnych rolników i chłopów, którzy zostali osłabieni, zduszeni przez interesy korporacji. Jest tak ponieważ w tym wyścigu do produkcji taniej ale zrównoważonej żywności, wszystkie inne problemy związane z rolnictwem przemysłowym tylko się zaognią.
Żywność jest niezbywalnym prawem. Nie ulega wątpliwości, że rządy powinny przyjąć strategie sprzyjające rozwojowi lokalnych rynków oferujących ekologiczną żywność dostępną cenowo dla każdego. Wydaje się, że najlepszą drogą do osiągnięcia tego celu, jest wprowadzenie powszechnego dochodu gwarantowanego, który stanowiłby wsparcie zarówno dla konsumentów, jak i rolników. I ten skok w kierunku suwerenności żywnościowej może się dokonać jedynie poprzez rozwój agroekologii, która jest także modelem transformacji społecznej.
Gabriel Leblanc, koordynator komitetu międzynarodowego Union Paysanne, przy współudziale innych członków komitetu
Tłumaczenie z jęz. angielskiego: Jan Skoczylas
Artykuł ukazał się pierwotnie w języku francuskim na stronie Ricochet Media.
Tłumaczenie na jęz. angielski: Bryan Dale.
źródło: La Via Campesina
za: Nyeleni Polska
Artykuł ukazał się w 29. numerze Zielonych Wiadomości.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy, prosimy, rozważ możliwość wsparcia Zielonych Wiadomości. Tylko dzięki Twojej pomocy będziemy w stanie nadal prowadzić stronę i wydawać papierową wersję naszego pisma.